
W ciągu najbliższych kilku dni wszyscy mieszkańcy Wiednia dowiedzieli się, że cesarz Franciszek Józef I zaręczył się z księżniczką bawarską Elżbietą z rodu Wittelsbachów. Trudno zresztą, aby było inaczej, wszystkie wiedeńskie gazety o tym pisały i to na pierwszych stronach, a gazeciarze sprzedający je, bardzo głośno wykrzykiwali takie oto informacje:
- Najświeższe wiadomości! Czytajcie wszyscy! Nasz cesarz zaręczył się! Jego wybranką została księżniczka z rodu Wittelsbachów z Bawarii! Czytajcie wszyscy! Najświeższe wiadomości! Zaręczyny już oficjalnie ogłoszone! Poznajcie wybrankę serca naszego cesarza! Czytajcie wszyscy!
Sensacyjna informacja sprawiała, że nakład gazety znacznie wzrósł i trzeba było wydać więcej numerów niż zwykle, aby wszyscy mieszkańcy Wiednia mogli przeczytać o tym niezwykłym wydarzeniu, którego od dawna oczekiwano. No bo jak mogłoby być inaczej? Cesarz był młody i w odpowiednim wieku do żeniaczki, a ponadto mieszkańcy Wiednia go lubili, nawet ci, którzy nie byli oddani duszą i sercem dynastii Habsburgów. Młody władca zyskiwał ich sympatię, bo widzieli w jego władzy zapowiedź postępu, jak też i reform zmieniających na lepsze życie w cesarstwie. Co prawda, owe reformy jeszcze nie nastąpiły, ale wielu ludzi wciąż wierzyło w ich pojawienie się na scenie politycznej. Niektórzy oczywiście, którzy liczyli na natychmiastowe reformy i nie otrzymawszy ich, zmienili nastawienie do swego władcy, mówili, że skoro zmiany nie następują, to nie nastąpią już nigdy. Ale takich ludzi nie było zbyt wielu. Większość ludzi o liberalnych poglądach nie traciło nadal nadziei na to, że nadchodzą nowe, lepsze czasy.
- Na pewno one nastąpią, to tylko kwestia czasu - mówili - Świat idzie wciąż do przodu i cesarz byłby chyba ślepy, gdyby tego nie widział. Tak jak i my, chce on zmian, bo jak młodzi mogą nie chcieć zmiany tego, co robili starzy? To normalna na tym świecie praktyka. Ale zmiany wymagają czasu, nie można ich popędzać. One muszą być wprowadzane stopniowo i powoli, a cesarstwo jest wielkie, więc to normalne, że taki proces musi potrwać.
- Ale przecież cesarz nadal pozostaje pod wpływem konserwatystów, takich jak Radetzky czy Zottornik - odpowiadali na to sceptycy - Skoro chce zmian, to dlaczego wciąż się otacza tymi starymi piernikami, którzy zmiany uważają za zło?
- Otacza się nimi, bo tylko ich zna - stwierdzali obrońcy cesarza - Ci ludzie jak dotąd, a przynajmniej w jego mniemaniu, wiernie i bardzo skutecznie służyli cesarstwu. Trudno mu odsunąć od siebie takich ludzi. Nie chce wyjść na kogoś, kto nie umie okazać wdzięczności wiernym urzędnikom swojego ojca. Poza tym, może trudno mu znaleźć urzędników młodych i zdolnych? Nie wolno nam tracić nadziei. Reformy muszą zostać wprowadzone, dlatego musimy wspierać naszego cesarza, bo tylko w nim cała nasza nadzieja.
Malkontenci, którzy liczyli na rychłe zmiany i tracili już wiarę w nie, mieli na ten temat inne zdanie, lecz liberałowie spodziewający się zmian wprowadzanych drogą stopniowej ewolucji, nadal wierzyli w to, że jeszcze ich nadzieje się ziszczą, a osobą mogącą doprowadzić do tego ziszczenia, może być tylko Franciszek Józef. Dlatego cieszyło ich, że cesarz się zaręczył, bo szczęśliwy w miłości władca ich zdaniem prędzej przychyli się do reform, zwłaszcza, jeśli jego przyszła żona także ich pragnie. O tym natomiast zapewniał ich pewien młody dziennikarz Johannes Chronist, który od czasu do czasu pisał liberalne artykuły na łamach gazety „Nowe perspektywy”. Gazeta owa, z natury centralna, pisała o wszystkim, o czym pisać nie chciały gazety prawicowe, a o czym gazety lewicowe potrafiły pisać z wielkim patosem, mocno wyolbrzymiając wiele rzeczy, aby nastawić czytelnika przeciwko obecnej władzy. „Nowe perspektywy” była całkiem uczciwą prasą, nigdy niczego nie zmieniającą na potrzeby sprzedaży, a piszącą prawdę, która była niewygodna zarówno z prawa, jak i z lewa. Ale ludzie chcący spokojnie wprowadzanych zmian lub po prostu obawiający się rewolucji i przelewu krwi, lubili tę gazetę i bardzo im brakowało przez ostatnie kilka miesięcy artykułów pana Chronista i z prawdziwą radością przywitali kolejny z nich, zapewniający ich o tym, że narzeczona cesarza chce zmian na lepsze w kraju, którym za niedługo będzie rządzić. Chronist pisał, iż jest pewien tego, że nadchodzą lepsze czasy, kiedy to młodzi przejmą po starych stery rządów, a następnie wprowadzą zmiany. Ostrzegał jednak, aby nie ulegać fali zmian nazbyt mocno, gdyż może dojść do tego, że w euforii reform wprowadzi się takie, które pozornie są pożyteczne, a w rzeczywistości jedynie zaszkodzą ludowi. Ostrzegał również przed chęcią zmian rewolucyjnych, przywołując na przykład rewolucję, jaka miała miejsce we Francji pod koniec ubiegłego wieku. Pisał on o tej sprawie tak:
Dlatego właśnie wystrzegać się należy ludzi mówiących o chęci zmian drogą rewolucji. Ludzie, którzy tak mówią, przekonani są o tym, że zmiany na lepsze da się wprowadzić szybko i sprawnie. Jednak oba te słowa nie pasują do siebie i wiele razy w polityce bywały już ze sobą sprzeczne. Zmiany zawsze wprowadzać należy powoli i na spokojnie, drogą ewolucji. Zdaję sobie sprawę, iż wielu ludzi postrzega drogę spokojną jako zbyt wolną i bezsensowną, która zmierza donikąd, zwłaszcza ci, którzy przez błędy urzędników państwowych cierpią najmocniej. Jednak pragnę tutaj ostrzec tych ludzi, aby nie dali się zwieść nowo panującym prądom. Coraz więcej już ludzi krzykiem domaga się zmian i grozi wszczęciem rewolty, jeżeli nie zostaną ich postulaty wysłuchane. Pragnę ostrzec, aby nie dawać takim ludziom wiary, gdyż zwykle są oni bowiem marionetkami w rękach podstępnych łajdaków, traktujących ludzi jak narzędzia do osiągnięcia celu. Zapewnić mogę, że nie kiwną oni nawet palcem, aby potem ratować tych, którzy w ich imieniu wszcząć pragną rewolucję i wpadną przez nich w kłopoty. Ponad to muszę powiedzieć, iż ci, którzy grożą rewolucją, nie zdają sobie sprawy z tego, co mówią. Czy oni kiedykolwiek widzieli rewolucję? Czy oni wiedzą, co to jest? Nie, tego nie wiedzą, bo i skąd mają to wiedzieć? A rewolucja to jest przyroda, to jest klęska żywiołowa. To są tysiące trupów na ulicach, to są osierocone dzieci, spalone pola, zniszczone budynki itd. To po prostu terror i zniszczenie. Taką drogą nigdy się niczego nie zbuduje.
Dlatego nie dawajcie wiary tym, którzy obiecują wam, że rewolucją zdołacie cokolwiek zbudować. W najlepszym razie bowiem wpadniecie w ręce ludzi bardzo nieodpowiedzialnych, a w najgorszym oszustów, dla których to będziecie jedynie narzędziem do osiągnięcia celów, które to narzędzia zostaną poświęcone, gdy tylko przestaną być potrzebne. Strzec się musicie takich ludzi, podobnie jak i tych ludzi, których przerażają wszelkie zmiany i próbują przedstawić wam je jako coś złego, co obraża prawa ludzkie i boskie. Ludzie tacy głoszą konieczność zachowania tego stanu rzeczy, jaki obecnie panuje, grożąc ogniem piekielnym każdemu, kto się z nimi nie zgadza, ponieważ nie chcą tracić w ten sposób swoich przywilejów oraz wygodnego trybu życia, jaki wiodą dzięki waszej wierze w takie słowa. Nie dajcie się zatem nabrać, kiedy tacy ludzie mówią, iż robią to dla waszego dobra, bo oni tak naprawdę mają na myśli jedynie swoje własne dobro, zakryte płaszczykiem pięknych słów, które może i pięknie brzmią, ale w praktyce nic nie znaczą.
Zamiast tego wierzcie w swojego cesarza i w fakt, że jako młody człowiek po szkołach zagranicznych otwarty jest on na reformy i rozumie ich potrzebę. Tego możecie być pewni, podobnie jak i tego, że narzeczona cesarza również rozumie potrzebę zmian na lepsze w cesarstwie, a połączenie takich osób gwarantuje nam rychłe przemiany. Ufajcie temu i pokażcie, że jesteście narodem gotowym na to, aby te zmiany przyjąć i mądrze je wykorzystać.
Tak właśnie brzmiał najnowszy artykuł, a raczej w tym wypadku list otwarty wystosowany przez Johanna Chronista do czytelników „Nowych perspektyw”. Jak wszystkie inne przedsięwzięcia jego autorstwa, tak i to spotkało się z odezwą ze strony każdego, kto był tą gazetą zainteresowany, zarówno jej zwolenników, jak też i przeciwników. Oczywiście ich reakcje były różne w zależności od tego, kto i w jaki sposób podchodził do poglądów dziennikarza.
Odzew miał miejsce niezwykle szybko i już następnego dnia szef gazety, gdy tylko miał ku temu okazję, porozmawiał na ten temat z Chronistem.
- Przyjacielu, sprawa jest naprawdę głośna. Twój artykuł wywołał wielkie, ale to naprawdę wielkie poruszenie wśród ludzi.
- To dobrze, przecież właśnie o to nam chodziło - stwierdził Chronist nieco beztroskim tonem.
- Nie wiem jednak, czy tego rodzaju poruszenie nam pomoże.
- O ile wiem, nakład gazety znacznie wzrósł. Jedynie „Dziennik wiedeński” z ogłoszeniem zaręczyn cesarza nas przebił, ale to tylko chwilowo.
Szef gazety z uwagą przyglądał się osobie Chronista, wysokiego mężczyzny w wieku około trzydziestu lat, blondyna z lekkim wąsikiem i w okularach, w dosyć skromnym ubraniu, noszonym jedynie dla zachowania incognito, ponieważ osoba tajemniczego dziennikarza i pisarza bynajmniej nie należała do biedoty. Nie, to był człowiek niezwykle wykształcony, po szkołach francuskich i angielskich, mówiący kilkoma językami i znający wiele dzieł filozofów politycznych. Biedak nie byłby w stanie pochwalić się taką wiedzą. Szef gazety podejrzewał, że w osobie Johanna Chronista skrywa się ktoś wysoko postawiony, bogaty, który na studiach nasiąkł mocno liberalnymi poglądami, ale doprawionymi zdrowym rozsądkiem, gdyż nie popierał on rewolucyjnej drogi do zmian w cesarstwie. To było idealne połączenie, bo dzięki temu mógł śmiało pisać na łamach centralnej prasy i wyrażać poglądy, które zachęcają do reform, ale i bez ryzyka, iż Zottornik każe im zamknąć gazetę lub ocenzuruje ją. Bo przecież, czego miał się uczepić w artykułach, w których nie tylko nie zachęca się do buntu wobec cesarza, ale namawia do wiary w młodego monarchę i działalność do przekonania go, iż reformy są potrzebne? Chociaż, czy to takie niemożliwe, aby nawet w takich gazetach odnaleźć dowód zdrady stanu?
- Nie ma ludzi niewinnych - rzekł raz Zottornik - Jeśli dasz mi trzy wiersze, które napisał najbardziej niewinny człowiek na świecie, to ja znajdę w nich choćby jeden powód, aby go powiesić.
Kanclerz był przekonany, że są to jego słowa. Mylił się, to stwierdzenie było autorstwa kardynała Richelieu i powstało w XVII wieku, ale Zottornik w swojej pysze zapomniał o tym, kiedy i w jakich okolicznościach usłyszał te słowa i uznał je za swoje własne. Dlatego zawsze istniało ryzyko narażenia mu się w ten czy inny sposób i trzeba było naprawdę ostrożnie pisać prawdę. Na szczęście „Nowe perspektywy” nie budziły jego niepokoju, ale za to gniew ze strony przeciwników politycznych, głównie gazet prawicowych, choć i te lewicowe nie szczędziły swej krytyki Chronistowi.
- Nie zaprzeczam, nakład gazet znacznie wzrósł, podobnie jak zawsze, kiedy tylko piszesz u nas - powiedział szef gazety - Ale jak dotąd nie było jeszcze tak wielkiego ataku na ciebie i to jeszcze z obu stron. Zawsze nas bowiem atakowała albo prawica, albo lewica, choć ta druga rzadziej. Teraz robią to obie strony naraz.
- A to dlaczego? - zapytał Chronist.
- Dotąd tylko krytykowałeś środowiska konserwatywne. Teraz wypowiadasz się ostro o liberałach chcących zmienić świat za pomocą rewolucji. Uważasz, że wszystkie takie środowiska są szkodliwe i kierowane przez podstępnych oszustów.
- A nie jest tak?
- Też nie pochwalam rewolucji, ale ty użyłeś ostrych słów. Wcześniej to tylko konserwatyści i Kościół od ciebie obrywały, a lewicowe stronnictwa pobłażliwie traktowałeś. Teraz jest inaczej. Pokazałeś, że jesteś również przeciw lewicy.
- Nie zamierzam podlizywać się żadnej ze stron. Zależy mi na tym, aby nigdy nie doszło tu do rewolucji, bo ona będzie kosztować zbyt wiele istnień. To będzie zbyt wielka cena za zmiany i postęp. Kiedy tu byłem ostatnio, nie krzyczano tutaj jeszcze o potrzebie rewolucji. Wtedy to właśnie Franciszek Józef dopiero co został koronowany. Wszyscy widzieli w nim zapowiedź zmian na lepsze, ale minęło już dość dużo czasu, a zmian nadal nie ma. Wielu ludzi, którzy wcześniej wiwatowali na cześć Franza, teraz opluwa jego portrety. To pożywka dla miłośników rewolucji. Nie można do niej dopuścić. Wszyscy inteligenci muszą się wziąć do pracy i jakoś powstrzymać radykałów nim będzie za późno. I dać do zrozumienia władzy, że te zmiany, o których piszemy są konieczne, inaczej ludzie zaczną mieć dość tego, iż władza ich sobie lekceważy i pokażą, jakie są tego konsekwencje. Wybuchnie tak wielki gniew, że nikt już go nie powstrzyma. Najpierw powieszą na latarniach tych urzędników, którzy ich ciemiężą, potem kolejnych, niewinnych, a następnie już w ogóle przestaną odróżniać, co jest dobre, a co złe. Lud zamieni się w bezmyślną i żądną krwi bestię, nad którą nikt nie będzie w stanie zapanować. I tak to wszystko się skończy. Nie wolno nam do tego dopuścić, bo skutki będą opłakane. Dlatego też mało mnie obchodzi, co myśli o mnie opozycja, bylebym zdołał nie dopuścić do najgorszego.
Chronist mówił z prawdziwą pasją w głosie. Widać było aż nadto wyraźnie, że święcie wierzy w to, o czym prawi i w zasadzie tak trafnie to wszystko ukazał, że szef gazety nie był w stanie mu przerwać i tylko z uwagą wysłuchał tego, co jego rozmówca ma do powiedzenia, a potem tylko z wrażenia aż westchnął, bo nie miał pojęcia, jak w inny sposób okazać Johannowi swoje uznanie. W tamtej chwili już zrozumiał to, czego wcześniej jedynie się domyślał, że ma do czynienia z kimś, kto jest oddany swoim poglądom, idealistę, aczkolwiek też rozsądnie patrzącego na realia świata i umiejącego w sposób rozsądny walczyć o swoje idee. Od razu, po uświadomieniu tego sobie, poczuł, że jego szacunek do Chronista znacznie się zwiększył.
- A tak przy okazji, to co uważa o mnie lewica? - zapytał dziennikarz - Bo to, co myśli o mnie prawica, doskonale wiem. Podejrzewam, że od moich poprzednich artykułów ich zdanie na mój temat niewiele się zmieniło. Co najwyżej, wzrosła ich niechęć do mojej osoby. Mam rację?
- A i owszem, rzeczywiście. Wzrosła i to poważnie - odpowiedział mu szef gazety, siadając przy biurku i wyjmując z niego gazety opozycyjne - Prawica ma o tobie nadal to samo zdanie, że jesteś wichrzycielem i burzycielem podstawowych zasad moralnych, że podważasz autorytet należny Kościołowi i starym urzędnikom i takie tam inne bzdury. Ale gorzej ma się sprawa z lewicą. Nigdy jeszcze tak nas nie karciła. Zwłaszcza ciebie.
- Domyślam się. A co o mnie mówią?
- Naprawdę chcesz tego słuchać?
- Całkowicie na pewno.
- No dobrze. Piszą tutaj, że jesteś zdrajcą sprawy reform, że niby chcesz dla tego kraju zmian, a jednak robisz to poprzez obietnice bez pokrycia i takie inne.
- Rozumiem. To bardzo ciekawe. Warto będzie przy jakieś najbliższej okazji, gdy powstanie kolejny artykuł, odeprzeć wszystkie te zarzuty.
- A kiedy stworzysz nowy artykuł?
- Tego jeszcze nie wiem, ale planuję zrobić to w najbliższym czasie.
- Liczymy na ciebie. Nasza gazeta nigdy nie miała tak dobrego dziennikarza jak ty. Może chciałbyś pisać tutaj na stałe?
- Nie mogę. Mam jeszcze bardzo wiele miejsc do zobaczenia, jak i też wiele rzeczy do zrobienia. Poza tym, lubię być wolnym duchem.
- Rozumiem. Szkoda - szef gazety nie krył smutku z tego powodu - Ale tak czy inaczej, dziękuję ci za dotychczasowe artykuły, zwłaszcza te, które nadesłałeś nam w ciągu ostatniego roku. Wierzę, że wielu ludzi doszło do mądrych wniosków dzięki nim.
- Będę szczęśliwy, jeśli tak się stanie - odpowiedział na to Chronist, po czym ukłonił się lekko szefowi gazety i wyszedł z jego gabinetu, ruszając na miasto.
Szedł tak przez jakiś czas, aż dotarł do pewnej gospody, gdzie dobrze mu już znany oberżysta za odpowiednią opłatą wynajmował mu pokój bez zadawania przy tym zbędnych pytań. Idealne miejsce do zmiany charakteryzacji dla aktora sztuki zwanej wielką polityką. Nim był bowiem Johann Chronist, który zaraz po dotarciu do celu wszedł do swojego pokoju, stanął przed lustrem, zdjął czapkę, a następnie pozbawił się blond peruki, niewielkiego wąsika i okularów, odkrywając przed tym, kto mógłby go teraz zobaczyć, twarz Ludwika von Wittelsbacha.
***
Zgodnie ze zwyczajem panującym na dworze cesarskim, Sissi musiała przez kolejny tydzień spęczać czas ze swoim narzeczonym, który postanowił nawet na głowie stanąć, aby tylko jego ukochana czuła się przy nim szczęśliwa. Na cześć swej wybranki urządził jeszcze jeden bal, na którym to adorował ją i tańczył tylko z nią. Ponadto przez pozostałe dni organizował dla niej różne zabawy i atrakcje, o jakich tylko każda kobieta mogła tylko marzyć. A ponieważ znał gust Sissi w tym kierunku, doskonale wiedział, jak do niej trafić i sprawić, aby dobrze się bawiła. Sama Sissi była oczywiście niezmiernie wdzięczna swojemu ukochanemu i wcale nie zamierzała ukrywać swojej radości z tego powodu. Dlatego z ogromną wręcz przyjemnością brała udział w tych wszystkich atrakcjach, a niektóre z nich, jak choćby przejażdżki konne we dwoje, czy też zabawa w ciuciubabkę w ogrodach pałacowych sama wymyślała. Czuła się wówczas szczęśliwa i widziała, że Franz także. Oboje oddawali się sielance, zapominając chwilami o całym bożym świecie.
Jedynym zgrzytem, jaki kładł się na relacjach zakochanej pary był fakt, że arcyksiężna Zofia, choć wciąż robiła dobrą minę do złej gry, wcale nie sprawiała wrażenia zadowolonej z takiej obrotu spraw. Nie okazywała oczywiście ani Sissi, ani jej matce jawnie niechęci, a wręcz wydawała się być niezwykle miła, ale nikt, kto ją dobrze znał nie wierzył w to, że cieszy ją szczęście syna. Sam Franz dobrze o tym wiedział i dlatego, ilekroć tylko spojrzał na matkę, dostrzegał w jej twarzy wyraźną dezaprobatę do swoich planów matrymonialnych. Nie chciał mówić o tym Sissi, aby nie psuć jej dobrej zabawy, ale ona sama dobrze to wszystko wyczuwała i dlatego niekiedy popadła z tego powodu w lekką melancholię, a wówczas jej luby Franz robił wszystko, co tylko mógł, aby poprawić jej humor, co naprawdę bardzo dobrze mu wychodziło.
Pozostała jeszcze sprawa z Nene, jednak dziewczyna, gdy tylko uspokoiła się i zdołała na spokojnie porozmawiać o całej tej sprawie z matką, doszła prędko do mądrego wniosku, iż nie może o to, co się stało winić Sissi, bo ona nie zrobiła nic, aby jej odbić Franciszka. A ponadto, widząc szczęście siostry, Nene była w głębi serca bardzo szczęśliwa i jedynie miłość własna, którą chyba każdy człowiek na tym świecie posiada w mniejszym lub większym stopniu sprawiała, iż nie była w stanie tak łatwo zapomnieć o tym, że Franciszek odtrącił ją dla Sissi. Dlatego też, chociaż już przestała się boczyć na siostrę, mimo wszystko wolała nie brać udziału w zabawach, jakie Franz dla niej organizował, co Sissi w pełni rozumiała, uznając, że jej siostrze najlepiej będzie po prostu dać czas, aby wszystko na spokojnie i bez pośpiechu przebolała w samotności, którą czasami jej przerywała, przychodząc do niej i zagadując na najróżniejsze przyjemne tematy. Nene doceniała to i dlatego też stopniowo jej relacje z Sissi wracały do normy, ale Franciszka dalej dziewczyna wolała nie oglądać. Jeszcze zbyt wczesną ranę zadał on jej sercu, aby była w stanie widzieć go z inną w ramionach.
Ludwika czuwała nad tym wszystkim, z radością witając fakt, jak powoli jej obie córki odzyskują ze sobą tak dobre relacje jak przedtem, choć wiedziała, że do tego, aby znowu wszystko było jak dawniej, potrzeba więcej czasu i nie wywierała wpływu ani na Sissi, ani na Nene, jedynie okazując wsparcie im obu, jak na matkę prawdziwą zresztą przystało. Próbowała też omówić z Zofią sposób, w jaki Sissi zostanie przygotowana do swoich nowych obowiązków na cesarskim dworze, ale jej dawna przyjaciółka nie chciała z nią na ten temat rozmawiać.
- Wszystko jest już od dawna ustalone przez wielowiekową tradycję i nic nie trzeba w tej kwestii ustalać - powiedziała, nie znoszącym sprzeciwu tonem.
- Mimo wszystko wolałabym wiedzieć, jakim praktykom poddasz moją córkę - powiedziała stanowczo Ludwika, również pokazując tonem swojego głosu, że nie znosi sprzeciwu i potrafi być tak samo stanowcza, co jej przyjaciółka.
Zofia wyczuła to bez trudu i łatwo zrozumiała, że takim tonem niczego nie zdoła z Ludwiką osiągnąć, postanowiła inaczej podejść do całej sprawy. Zmieniła zatem sposób mówienia i rzekła:
- Moja droga Ludwiko, wyczuwam w twoim głosie, że masz obawy wobec tego, w jaki sposób twoja córka będzie szkolona na przyszłą cesarzową. Zapewne obawiasz się, że zechcę ją w jakiś sposób skrzywdzić. Nie wiem jednak, dlaczego tak myślisz. Czy kiedykolwiek dałam ci powody do tego, abyś tak mogła sądzić?
- Dajesz mi powody swoim zachowaniem wobec Sissi - odparła Ludwika, nie dając się zwieść zmianie tonu Zofii - Widzę przecież wyraźnie, że nie jesteś wcale zadowolona z tego, że Sissi wychodzi za Franciszka. Nie zaakceptowałaś jeszcze wyboru swojego syna.
- Ludwiko, nawet jeżeli nie pochwalam wyboru mojego syna, nie znaczy to, abym miała chcieć w jakikolwiek sposób skrzywdzić jego wybrankę. Jeżeli bym to zrobiła, to pośrednio skrzywdziłabym własne dziecko, a przecież tego nie chcę.
- Miło mi to słyszeć, ale mimo wszystko nie jestem w stanie uwierzyć, że nic nie grozi Sissi z twojej strony. Nie mówię, że chciałabyś ją zabić, bo nie byłabyś do tego zdolna, ale jakoś łatwo mi jest uwierzyć w to, iż byłabyś zdolna do tego, aby jej uprzykrzyć życie.
- Naprawdę masz o mnie takie zdanie?
- Owszem. Takie właśnie mam o tobie zdanie.
Zofia spojrzała na Ludwikę i poczuła, że trudno będzie ją oszukać. Bo wszak to właśnie zamierzała ona zrobić. Sissi była jej solą w oku i nie zamierzała wcale bezczynnie czekać na ślub ukochanego syna z dziewczyną, która jej zdaniem nie nadawała się na bycie przyszłą cesarzową. Oczywiście nie zamierzała posuwać się do zbrodni, do której zdolna nie była, ale zniechęcenie dziewczyny do ślubu, to już inna sprawa. Zofia wierzyła, że to najlepsza metoda działania w tej sytuacji. Nie przewidziała wszakże tego, iż Ludwika przejrzy jej zamiary i zechce im zapobiec, czego teraz dała dowód poprzez swoje słowa skierowane do Zofii. Arcyksiężna w tamtej chwili pojęła, iż w swojej pewności siebie zapomniała o tym, że Ludwika ją doskonale zna i to jeszcze od czasów dzieciństwa i wiedziała o niej bardzo wiele. Zatem potrafiła domyślić się pewnych rzeczy i spodziewać się ich wtedy, kiedy inne osoby nie byłyby w stanie tego zrobić. Zofia tworząc swoje plany zapomniała o tym fakcie i teraz poczuła, jak poważny to był błąd. Jej dawna przyjaciółka była nazbyt bystra i nazbyt dobrze ją znała, aby się nabrać na to, iż kobieta odpuściła jej córce i nie planuje wobec niej niczego.
Świadomość tego faktu sprawiła, że Zofia zrozumiała, jak poważna przed nią stanęła przeszkoda. Pojęła, iż zniechęcenie Sissi do ślubu z Franciszkiem będzie o wiele trudniejsze niż sądziła, bo Ludwika z pewnością zechce patrzeć baronowej na ręce i nie dopuści do tego, aby ta pastwiła się psychicznie nad jej córką, co było przecież konieczne do powodzenia planu Zofii. Arcyksiężna mogłaby oczywiście do Ludwiki przemówić faktem, że owo pastwienie się jest częścią wielowiekowej tradycji dworu cesarskiego, ale to dla księżnej von Wittelsbach nie przemawiało i pomimo takiego tłumaczenia powiedziałaby temu wszystkiemu stanowcze „Veto”. Trzeba było zatem przekonać Ludwikę do tego, aby zaakceptowała to, co wobec Sissi zostanie zastosowane podczas jej szkolenia, chociaż z pewnością nie miało to być wcale proste.
- Moja droga Ludwiko... Ja rozumiem... Ja naprawdę doskonale rozumiem to, że możesz być wobec mnie nieufna, bo nie byłam wobec ciebie w porządku.
Zofia patrzyła uważnie na swoją rozmówczynię. Widziała, że słowa te, choć nadal przyjmowane z lekką nieufnością, to mimo to robią wrażenie na Ludwice. A więc dobra nasza, pomyślała sobie arcyksiężna. Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
- Ale mimo to pragnę cię zapewnić, że nie mam żadnych złych zamiarów ani wobec ciebie, ani twojej córki. Nie chcę was skrzywdzić. Nigdy tego nie chciałam. Ja chcę tylko dobra naszej małej, kochanej Elżbietki.
Zofia wolałaby, aby Ludwika nie była na tyle domyślna, bo w ten sposób by nie musiała teraz prowadzić wobec niej takiej gry. Choć ich relacje nie były takie, jak kiedyś, to mimo wszystko wciąż posiadała sporo sentymentu wobec swojej dawnej przyjaciółki, który to sentyment odżył znacznie po tym, gdy ta przybyła do Wiednia. Z tego właśnie powodu okłamywanie jej lub też prowadzenie wobec niej jakiekolwiek gierki, choć było konieczne, to jednak nie było dla Zofii przyjemne. Ale ostatecznie, czy aby na pewno ją okłamała? Przecież naprawdę chciała dobra Sissi. Nie chciała jej zrobić krzywdy. Ona chciała po prostu jej dokuczyć do tego stopnia, aby ta odeszła, ale przecież nie robiła tego z powodów osobistych. Do młodej Elżbiety przecież tak naprawdę nic nie miała. Jeżeli chciała ją odsunąć od Franciszka, to tylko dlatego, że była przekonana, iż dziewczyna nie nadaje się na cesarzową. Nie była na to w ogóle przygotowana i nie była świadoma tego, co ją czeka, jeżeli podejmie się tego zadania. Dla własnego dobra zatem lepiej zrobi, odchodząc. Jednak, aby to zrozumieć, trzeba podjąć wobec niej radykalne kroki, za które kiedyś dziewczyna jeszcze jej podziękuje.
Ludwika nie znała myśli arcyksiężnej, ale czuła, że nie są one tak do końca zgodne z tym, co ona mówi, jednak uznała, że może rzeczywiście Zofia nie chce niczego złego i nawet jeśli posiada pewne zastrzeżenia wobec Sissi, to ze względu na przyjaźń oraz dawne czasy, nie zrobi dziewczynie krzywdy. Mimo to, wrodzona ostrożność i uczciwość nakazywały jej postawić sprawę jasno.
- Zofio, posłuchaj mnie uważnie. Masz swoje wady i mam ci kilka rzeczy do zarzucenia. Choć zraniłaś wiele razy swoim zachowaniem moje uczucia, to jednak wiem też, że nigdy nie robiłaś tego celowo, a za twoim postępowaniem zazwyczaj stały złe reguły przyjęte na dworze za normę. Dlatego wiem, że nie jesteś złą osobą i jestem w stanie ci uwierzyć, że poddasz moją córkę szkoleniu zgodnym z tym, co nakazują ogólnie przyjęte w tej kwestii zasady i nie spróbujesz wykorzystać owo szkolenie, aby ją skrzywdzić.
- Dziękuję ci, Ludwiko. Cieszy mnie to, że wreszcie uwierzyłaś w szczerość moich intencji - powiedziała Zofia.
Jej rozmówczyni jednak jeszcze nie skończyła.
- Wierzę w to, co mówisz i w to, że nie masz złych intencji. Jednak chcę ci też powiedzieć, że zgodnie z prawem przysługującym każdej matce, mam prawo być obecna przy tym szkoleniu i osobiście je nadzorować.
Zofia zbladła. Przecież to całkowicie niweczyło jej plany. Baronowa, jeżeli jej będą patrzeć na ręce, nie zrobi nic ponad to, co nakazuje protokół. Co prawda, ten i tak był dosyć trudny i poddanie się jego rygorowi na pewno mogło zranić uczucia Sissi, a w konsekwencji zmusić ją do rezygnacji ze ślubu, ale wszelkie ulepszenie metod nauczania obowiązków przyszłej cesarzowej stawało się niemal niemożliwe do realizacji. Co prawda, można było liczyć na to, że Ludwika, która w ogóle nie znała protokołu dworskiego, uwierzy we wszystko, co jej baronowa w tej kwestii powie, ale przecież nie jest głupia i może się spostrzec, kiedy ją oszukują. Trzeba było zatem dopilnować, aby tak się nie stało.
- Moja droga, chcesz ingerować w protokół nauczania przyszłej cesarzowej? - zapytała niewinnym tonem Zofia - Chcesz obserwować szkolenie swojej córki i może nawet w nie ingerować? Przecież to narusza zasady panującej w tym świecie od lat i zapewniam cię...
- Ja zaś z kolei zapewniam cię, że szkolenie ma się odbywać w moim domu, nie w twoim, a w moim domu ja ustanawiam swoje zasady - przerwała jej Ludwika - Dlatego twoja wysłanniczka będzie miała swobodę działania, ale pod moją stałą kontrolą.
- Ależ Ludwiko, to przecież...
- Powiem to tylko raz. Albo będę nadzorować te lekcje, albo też w ogóle nie wyrażę na nie zgody. Co wolisz?
Zofia przez chwilę pomyślała, że to dobry obrót spraw, bo brak niezbędnych przecież lekcji dyskwalifikował Sissi jako przyszłą cesarzową, jednak mimo to też sprawiał, że Franciszek, gdy się o wszystkim dowie, uzna matkę za winowajczynię takiego stanu rzeczy, przez co odsunie ją od siebie i nigdy nie zechce powiedzieć jej choćby jednego życzliwego słowa. Zofia nie wyobrażała sobie takiej sytuacji, dlatego musiała ustąpić. Przecież kochała syna i świadomość, że ten więcej się do niej nie odezwie z zemsty za jawne odtrącenie Sissi, był dla niej przerażający.
- Dobrze zatem. Szkolenie odbędzie się pod twoim okiem, Ludwiko.
Księżna była zadowolona z odniesionego zwycięstwa, jednak widząc wyraźne niezadowolenie na twarzy Zofii, podeszła do niej bliżej i rzekła:
- Posłuchaj mnie... Nie miałam nigdy przyjaciółki równie mi oddanej, co ty przed laty. Kiedyś byłyśmy sobie bliskie i nadal może tak być. Nie chcę toczyć z tobą wojny. Jeśli jednak, aby zrealizować swoje ambitne plany, skrzywdzisz moje dziecko, staniesz się moim wrogiem. I zniszczysz to, co teraz mamy jeszcze szansę odbudować. Naszą przyjaźń i to aż po grób, którą kiedyś sobie obiecywałyśmy we dwie. Dlatego zastanów się, Zofio, co jest dla ciebie większym priorytetem. Czy twoje własne ambicje i twoja własna wizja świata, czy moja przyjaźń i jej zasady, którym kiedyś obie byłyśmy wierne?
Zofia nie wiedziała, co ma jej na to odpowiedzieć. Tak mocno przywykła do stawiania zawsze na swoim, że nie była w stanie zaakceptować tego, że tak dobrze przygotowany przez nią plan walił się w gruzy. Mimo to, słowa Ludwiki mocno ją zabolały. Choć czuła wobec niej pewne uczucie wyższości, nadal była to jej wierna przyjaciółka z dawnych lat, która nigdy jej nie skrzywdziła i na której lojalność i to mimo upływu lat, nadal mogła liczyć. Czy naprawdę warto było to poświęcać dla ambicji i planów, które tak naprawdę wcale nie musiały być dla cesarstwa dobre? I czy rzeczywiście Sissi nie podoła zadaniom, jakie by na nią spadły, gdyby została cesarzową Austrii?
Wątpliwości krążyły po głowie Zofii całym stadem i dlatego nie wiedziała, co miała zrobić i jakie postępowanie będzie w tym wypadku najlepsze. Wiedziała za to, że Ludwika czeka na odpowiedź z jej strony i dlatego odparła:
- Możesz być pewna, że nigdy nie będę twoim wrogiem, Ludwiko. Elżbieta też nie ma się z mojej strony czego obawiać, gdyż jej związek z Franciszkiem jest całkowicie bezpieczny.
Chyba, że sama zrezygnuje pod wpływem natłoku obowiązków, pomyślała w duchu. No bo przecież protokół, nawet nie podrasowany przez baronową jest nad wyraz trudny i niełatwo jest mu podołać, zwłaszcza będąc dziewczyną wychowaną z dala od cywilizacji, w dalekiej prowincjonalnej Bawarii i przywykłą do wolności. Zatem jest szansa, że Sissi z tego powodu zniechęci się i sama zrezygnuje. Może zatem nie trzeba niczego przeciwko niej przedsięwziąć, a dziewczyna wycofa się sama, gdy tylko zobaczy, co ją czeka? Może warto zostawić wszystko własnemu losowi? W ten oto sposób nikt nie będzie mógł niczego Zofii zarzucić. Jeśli Sissi zrezygnuje ze ślubu bez ingerencji z jej strony, nikt nic przeciwko arcyksiężnej nie powie, zaś Ludwika i Franz nie będzie mogli mieć do niej pretensji.
Takimi myślami, Zofia dodawała sobie otuchy, kiedy to Ludwika zwycięsko opuszczała jej gabinet, pozostawiając ją z sytuacją zmuszającą do zmiany planów.
***
Sissi oczywiście nie wiedziała o tej rozmowie, dlatego nie musiała martwić się tym, jakie będą jej efekty i czy aby na pewno ciocia Zofia zechce dostosować swoje plany do zasad jej matki. Zresztą napawała ją taka radość z powodu tego, jak cudownie ją rozpieszczał Franciszek, że nie była w stanie myśleć o czym innym. A przynajmniej nie wtedy, kiedy jej ukochany okazywał jej w każdy możliwy sposób to, jak bardzo mu jest bliska i jak bardzo ją kocha. A że był cesarzem, potrafił to zrobić z prawdziwą klasą. Sissi jednak cieszyły bardziej nie drogie prezenty oraz wielkie bukiety kwiatów, jakimi ją zasypywał, ale właśnie czas, jaki mógł dla niej przeznaczyć i spędzić z nią na osobności. W ten sposób dziewczynie przypomniały się stare i dobre czasy, kiedy ona i Franz byli jeszcze dziećmi i bawili się razem w czasie jego wizyt w Possenhofen. Nic zdawało się nie mącić radości zakochanych.
No, prawie nic. Było kilka takich rzeczy. Po pierwsze obawa Sissi o to, czy ona i jej siostra zdołają odbudować między sobą swoje przyjazne relacje, która to jednak obawa dość prędko minęła, bo Nene, jak już było wspomniane, przestała się złościć na Sissi z powodu Franciszka i choć nadal wolała nie oglądać ich wspólnie spędzających czas, to mimo to cieszyła się ich szczęściem. Po drugie, zachowanie Zofii, która mimo pozornego zaakceptowania decyzji syna, nadal miała w swoim spojrzeniu dezaprobatę, która sprawiała, iż Sissi potrafiła na kilka chwil tracić swój dobry humor, ledwie tylko owo spojrzenie napotkała.
Jednak o wiele smutniejszy dla księżniczki był fakt lekkiej dezaprobaty, jaką wykazał wobec jej zaręczyn książę Maksymilian von Wittelsbach, jej ojciec. Sissi bowiem wysłała mu telegram z informacją o tym, jaka jest szczęśliwa i kto został jej narzeczonym. Liczyła na to, iż otrzyma zapewnienie o tym, że jej kochany tatuś jest uradowany jej szczęściem. Jednakże ojciec wysłał w odpowiedzi córce taki oto telegram:
Nie zazdroszczę ci wyboru <STOP> To kompletny głupek <STOP> Ale jeżeli jesteś z nim szczęśliwa, mnie to wystarczy <STOP> Będziemy na was czekać w Possenhofen <STOP> Tata
Sissi nie uszczęśliwił ten telegram. Spodziewała się raczej ogromnej euforii i radości z jego strony, w końcu jego ukochana córeczka była szczęśliwa w miłości. On tymczasem okazał lekkie niezadowolenie i choć powiedział, że jeśli ona jest szczęśliwa, to jemu więcej nie potrzeba, to jednak mimo wszystko zabrzmiało to nieco tak, jakby było wymuszone. Zasmuciło to księżniczkę, która nie wiedziała, jak ma odbierać zachowanie taty. Co on w zasadzie miał do Franciszka? I dlaczego nie był szczęśliwy z powodu jej zaręczyn z cesarzem?
Dodatkowo humor pogorszył Sissi fakt, że zobaczyła u Idy Ferenczy gazetę „Nowe perspektywy” z artykułem na jej temat. Co prawda, sam fakt, iż pismo to o niej pisało, wcale jej nie przeszkadzało, w zasadzie uznała, że musi przywyknąć do takich sytuacji, bo stała się osobą publiczną, ale nie spodobało się jej to, co w tej gazecie przeczytała, gdy Ida podała jej pismo, aby mogła zobaczyć, co też piszą na jej temat miejscowi dziennikarze. To, co tam przeczytała, wywołało u niej lekkie niezadowolenie, która łatwo przerodziło się w złość.
- Jakim prawem oni tutaj piszą, że ja jestem za zmianami w polityce państwa? Ja przecież nie mam nie o polityce zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, czy chcę mieć o niej pojęcie.
- Ale chyba Wasza Wysokość przeciwna reformom nie jest - stwierdziła Ida Ferenczy.
- Nie wiem nic o tym, jakie reformy tutaj są potrzebne, bo niby skąd ja mam to wiedzieć? Franciszek nic mi nie mówi o polityce. Ludwik co prawda opowiadał mi co nieco, ale za mało, żebym mogła z tego wyciągnąć własne wnioski. A poza tym, to nie o to tutaj chodzi. Mnie oburza to, że ktoś ośmiela się pisać w gazecie, że ja myślę tak i tak, nawet nie pytając mnie o zdanie. Nawet nie pytając, czy sobie tego życzę, aby o mnie pisano takie rzeczy. Będą o mnie pisać, to pewne, ale czy powinni pisać, że ja coś myślę, kiedy nawet tego nie wiedzą?
- Wasza Wysokość, dziennikarze już po prostu tak mają. Coś usłyszą, coś do tego sobie dodadzą i potem mają artykuł. Taka kolej rzeczy.
- Może i tak, ale takie praktyki bardzo mi się nie podobają. Mogą pisać o tym, co ja myślę i czuję, jednak powinni to ze mną zawsze ustalać. Kto jest autorem tych bredni?
Kiedy przeczytała nazwisko autorka artykułu, zrozumiała wszystko. Zła jak osa pognała do pokoju Ludwika, nie czekając nawet na próbującą ją dogonić Idę, po czym minęła sługę czekającego przed pokojem i anonsującego następcy tronu Bawarii każdego gościa, jak nakazywał protokół dworski i nie czekając na to, aby zostać oficjalnie przyjętą, wpadła do pokoju kuzyna, który właśnie stał niedaleko okna i grał na skrzypcach. Był na tyle pochłonięty tym, co robi, że przez chwilę nawet nie zauważył kuzynki, patrzącej na niego ze złością. Spojrzał na nią dopiero wtedy, kiedy pojawił się sługa, tłumaczący się z tego, że księżniczka nie chciała czekać na oficjalne zaanonsowanie, za co on serdecznie przeprasza.
- Nic nie szkodzi. Nic się nie stało - odpowiedział Ludwik życzliwie, po czym odłożył skrzypce na biurko - Zostaw nas, proszę, Alfredzie.
Sługa skłonił się grzecznie księciu i wyszedł. Sissi i Ludwik zostali sami.
- Może usiądziesz? - zapytał następca tronu Bawarii.
- Daruj sobie te swoje grzeczności. Lepiej mi powiedz, co to jest.
To mówiąc, Sissi podała mu gazetę do ręki. Ludwik otworzył ją i uśmiechnął się delikatnie, zadowolony widokiem swojego artykułu.
- Ciekawe pismo. Zdaje się, że to gazeta stronnictw centralnych.
- Nie obchodzi mnie, co to jest za gazeta. Dlaczego w niej piszą o tym, jakie są rzekomo moje poglądy?
Ludwik uśmiechnął się delikatnie do Sissi i zapytał:
- Dlaczego zwracasz się z tym do mnie?
- Wiem, że Johann Chronist to ty - odpowiedziała Sissi - Widziałam książkę, którą dałeś Franciszkowi. Nie zaprzeczyłeś, że jesteś jej autorem. Nie zaprzeczysz też, że jesteś autorem tego artykułu. Bo gdybyś to zrobił, okłamałbyś mnie. A tego nie zrobisz, bo nigdy nie okłamałbyś swojej małej kuzyneczki. Tak mówiłeś, kiedy byłam dzieckiem.
Ludwik zachichotał rozbawiony jej słowami i powiedział:
- Nie zamierzam cię okłamywać i dlatego nie będę zaprzeczał prawdzie, kiedy już ją znasz. Powiedz mi, ciekawie mi wyszedł artykuł?
- Może i ciekawie, ale dlaczego napisałeś w nim o mnie? Dlaczego pisałeś o moich poglądach, jakie rzekomo mam? I nawet nie spytałeś mnie o zdanie?
- Licencia poetica, kuzyneczko. Takie jest prawo gazet. Poza tym, wszystkie pisma w całym mieście tak bardzo cię chwalą, że też musiałem to zrobić.
- Ale dopisując mi poglądy, których nawet nie mam?
- A skąd wiesz, że nie masz? Przecież denerwuje cię to, jak sztywne zasady tu panują, mam rację?
- Owszem, ale co to ma do rzeczy?
- W artykule napisałem, że chcesz zmian na lepsze. Bo chcesz ich. A zmiany na lepsze to również reformy w cesarstwie.
- Ale ja o reformach nic nie wiem, a ty piszesz, że ich pragnę.
- Ja napisałem, że podobnie jak wielu obywateli w tym kraju, ty także chcesz tu zmian. A o tym, iż chcesz reform, wynika jedynie z kontekstu. Zatem to, co w tej gazecie napisałem jest prawdą... Z pewnego punktu widzenia.
- Z pewnego punktu widzenia, tak?
- Owszem. Przekonasz się jeszcze, Sissi, że wiele prawd zależy wyłącznie od naszego punktu widzenia.
- Czy to lekcja obłudy?
- Raczej pragmatyzmu politycznego.
- Daruj, kuzynku, ale polityka mnie nie interesuje.
- Być może. Ale za to polityka interesuje się tobą. Jako osoba publiczna już nie będziesz nigdy w pełni wolna od polityki i chcesz czy nie, będziesz w centrum zainteresowania wielu polityków. Taka kolej rzeczy. Poza tym, tu nie chodzi tylko o ciebie, ale potrzebne dla cesarstwa reformy. One muszą zostać wprowadzone. Jak byłem tu ostatnio, ludzi cieszyło to, że Franciszek Józef zasiadł na tronie, widząc w nim zapowiedź zmian na lepsze. Teraz wielu ludzi, którzy wcześniej tak myśleli, przeszło do opozycji i dołączyło do radykałów uważających, że jedynie siłą można coś osiągnąć. Jeżeli zaczną realizować swoje cele, zginie wielu ludzi, a zwłaszcza wielu niewinnych. Zamachowcy zaczną zabijać urzędników, a represje za to nasz drogi kanclerz Zottornik skieruje wobec prostego ludu. Za błędy wielkich zatem odpowiedzą mali. Rozumiesz to, Sissi? Nie można do tego dopuścić. Jeżeli mogę coś zrobić, to zrobię to. Nawet jeśli będę musiał w tym celu lekko nagiąć fakty. Bo tu nie chodzi ani o ciebie, ani o mnie. Tu chodzi o ludzi. Jeżeli mój artykuł uspokoi wielu z nich i odbierze broń radykałom lewicowym, namawiających do zamachów na urzędników państwowych, jestem z niego dumny. I nie chodzi o to, że mam do tych urzędników jakąkolwiek sympatię. Wielu z nich zasłużyło na to, aby lud ich powiesić na latarni. Ale chodzi o konsekwencje, jakie z tego wyjdą. A te mogą być straszne. Dlatego wybacz mi, Sissi, ale musiałem to zrobić.
Sissi przyglądała mu się z uwagą, przez chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć na taki dobór argumentów. Z jednej strony wydawało się to jej cyniczne, ale też z drugiej słowa Ludwika brzmiały niezwykle sensownie. Poza tym, jeśli naprawdę tak się sprawy miały, to wobec tego zamachów nie uniknąłby nawet Franciszek. A tego ona by nie przeżyła, gdyby jakiś szaleniec rzucił w jej ukochanego bombą, bo uważałby, że tylko w ten sposób wywalczy niepodległość dla swojego kraju. Ta oto wizja najmocniej przemówiła do wyobraźni dziewczyny. Poczuła jednocześnie, jak bardzo mało wie o historii cesarstwa, skoro nie dostrzegała tego wcześniej, jedynie skupiona na zabawie z ukochanym i postanowiła, że kiedy tylko wróci do domu, to poprosi ojca, aby udostępnił jej ze swojej biblioteki (notabene ogromnej, jako że Maksymilian był molem książkowym) wszystkie książki o Austrii i krajach, jakie ona podbiła. Uznała, że jeśli sytuacja jest tak poważna, to jako przyszła cesarzowa powinna wiedzieć o niej jak najwięcej i wesprzeć swego ukochanego w rządzeniu krajem.
- Wybacz mi, Ludwiku. Nie wiedziałam, że to tak wygląda - powiedziała ze skruchą w głosie.
- Nie szkodzi. Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz, gdyż wiele rzeczy przed tobą, jako kobietą się ukrywa - odpowiedział na to Ludwik - Dlatego, jeżeli wiedza ta cię interesuje, sama musisz ją zdobyć.
- Zamierzam tak zrobić. Pragnę być pomocą dla Franza. Jednak powiedz mi, proszę, czy w razie czego mogę na ciebie liczyć?
Ludwik uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Oczywiście, że tak. Zawsze, gdy tylko będę mógł, kochana kuzyneczko.
Następnie wziął ponownie do ręki skrzypce i zaczął na nich grać utwór, który to Sissi rozpoznała jako „Taniec węgierski numer 5” Brahmasa. Zachichotała, nad wyraz rozbawiona tą swego rodzaju bezczelnością Ludwika, który ośmielał się tu, pod nosem samego cesarza i jego konserwatywnej matki, grać utwory bez żadnych wątpliwości chwalące Węgry.
- A ty wiesz, że kusisz los? - zapytała dowcipnie, gdy Ludwik skończył grać.
- A niby w jaki sposób? Grając tak niewinny utwór? - zapytał ją książę tonem niewiniątka - Przecież tutaj i tak większość ludzi nie wie, co to za utwór i zna go jedynie jako piękną melodię, ale nie zna jej nazwy. Ryzyko zatem żadne. A zresztą, człowiek czasami potrzebuje wrażeń.
Po tych słowach, zaczął wygrywać na skrzypcach utwór znany jako „Marsz Rakoczego” Hectora Berlioza, nazywany przez niektórych „Marszem węgierskim”. Sissi słuchała z uwagą utworu, a gdy ten dobiegł końca, zapytała:
- Tak w zasadzie, to po co to robisz?
- Bo dokuczanie im sprawia mi przyjemność. Nie lubię tych sztywnych ludzi, którzy w głowie mają tylko etykietę i to, co wypada lub co nie wypada. Miło mi, gdy mogę im lekko dopiec. I jeszcze, czemu to robię? Bo mogę. Czy zauważyłaś, że tym przyjemniej nam coś robić, kiedy mamy na to pozwolenie?
- A ja myślałam, że najprzyjemniejszy jest zakazany owoc.
- Owszem, on bywa smakowity, ale nie oszukujmy się. Na dłuższą metę jest raczej ciężkostrawny. O wiele przyjemniej smakuje to, co jest dla nas dozwolone i czym możemy się cieszyć w pełni i jawnie.
Sissi milczała, rozważając w głowie wypowiedziane przez kuzyna słowa.
***
Wieczorem, kiedy dwór powoli udawał się na spoczynek, Zottornik udał się do swojego tajnego gabinetu, w którym odbywał potajemne rozmowy ze swoimi sługusami i które to rozmowy miały być sprawą całkowicie poufną. Tutaj też lubił spędzać wolny czas, z dala od wszystkich innych, jedynie w towarzystwie swojego wiernego przyjaciela, psa Demona, który jako jedyna istota na tym świecie był mu miły i zarazem bezgranicznie oddany. Tylko jemu kanclerz bezgranicznie ufał, bo wiedział, iż on jeden nigdy go nie zdradzi.
Zottornik usiadł wygodnie w fotelu zaraz po tym, jak rozpalił ogień w swoim kominku. Zadowolony pogłaskał psa po łbie i czekał na przybycie baronowej. Ta zjawiła się u niego w ciągu najbliższych kilkunastu minut.
- Jestem, ekscelencjo - powiedziała z szacunkiem, lekko przed nim dygając.
- Jutro księżniczka Sissi wyjeżdża do swojej rodzinnej posiadłości, aby tam przejść odpowiednie szkolenie na przyszłą cesarzową - rzekł Zottornik, delikatnie gładząc psa między uszami - Czy plan, abyś ty była jej nauczycielką w tej sprawie nie zmienił się?
- Nie, Ekscelencjo. Wszystko zostało po staremu.
- Doskonale. Pamiętasz instrukcje?
- Owszem, ale nie jestem pewna, czy aby na pewno są one słuszne.
- Dlaczego?
- Ponieważ księżniczka Elżbieta budzi mój niepokój. Spędza za dużo czasu ze swoim kuzynem, Ludwikiem z Bawarii, który jest przecież człowiekiem o bardzo liberalnych poglądach.
- I co z tego? Uważasz, że dyskutują razem o polityce?
- Niewykluczone.
Zottornik parsknął śmiechem, rozbawiony mocno tym stwierdzeniem.
- Moja droga baronowo, nie przypisuj tej dziewczynie posiadania poglądów swego kuzyna. To, że on jest taki, nie znaczy, że ona także.
- Nie byłabym tego taka pewna. Proszę, niech pan zobaczy, co o niej piszą.
To mówiąc, wyjęła zza pazuchy gazetę i podała ją kanclerzowi. Ten otworzył ją i odczytał artykuł na pierwszej stronie. Wbrew jednak oczekiwaniom baronowej, nie zrobił on na nim jakiegoś większego wrażenia.
- No proszę, pan Chronist znowu coś napisał. Nie wiem jednak, dlaczego tak cię to przejmuje, baronowo.
- Jak to? Przecież on pisze, że księżniczka posiada liberalne poglądy.
- Pisze, że chce zmian. Nie pisze nic o liberalnych poglądach. A to różnica.
- Ale zawsze chce zmian. Czy powinniśmy to lekceważyć?
Zottornik odrzucił gazetę na biurko i rozsiadł się jeszcze wygodniej w swoim fotelu, przybierając lekceważącą pozę.
- Każdy młody chce zmian. To zupełnie naturalnie. Gdybyśmy mieli zamykać wszystkich, którzy ich chcą, musielibyśmy zamknąć połowę cesarstwa, jeżeli nie więcej. Sama chęć zmian nie jest przestępstwem. Zależy, o jakie zmiany chodzi. Ten cały Chronist nie precyzuje, jakich zmian oczekuje księżniczka. Poza tym, jak dla mnie, to po prostu tzw. kaczka dziennikarska, czyli nie ma to nic wspólnego z faktami i jest jedynie wymysłem Chronista. Zapewne po to, aby realizować swoją politykę. Nie warto zatem się tym przejmować. Poza tym, on potępia w swojej gazecie nie nas, ale radykałów chcących zmian gwałtownych. To nie przestępstwo.
- Ale prócz tego potępia środowiska konserwatywne, w tym nas. Jest wrogiem zarówno dla lewa, jak i dla prawa.
- I z obu stron obrywa po równo. Dlatego nie stanowi realnego zagrożenia dla nikogo. A już na pewno nie dla nas. Poza tym, on przecież zachęca w tych swoich artykułach do wierności wobec cesarza.
- Do cesarza, nie do cesarstwa, Ekscelencjo.
- To rzeczywiście różnica, ale w tej sytuacji niewielka. A dla nas być może i korzystna. Co prawda, nie oszczędza nas w swoich artykułach, ale przy okazji też zachęca do wierności cesarzowi. Uspokaja wzburzonych. Oczywiście nie zdoła w ten sposób uspokoić wszystkich, a ci, którzy nie ulegną jego propagandzie, będą dla cesarstwa poważnym zagrożeniem. I w końcu zaatakują, ale nie będą tak liczni i sprawni, jakby byli, gdyby zaatakowali teraz. Jego demagogia rozbija te grupy i doprowadza do tego, że nie są one zagrożeniem dla naszej władzy.
- Czyli oddaje nam przysługę?
- Oddaje ją cesarzowi, a my jedynie na tym korzystamy. W każdym razie, jak dotąd nie zaszkodziło nam to. Ta centralna gazeta zatem stłumiła zamieszki i to w zarodku. Zrobiła to lepiej niż my, gdybyśmy wysłali wojsko na demonstrantów.
- Wychodzi na to, że Chronist jest użytecznym idiotą.
- Och nie, baronowo. On nie jest głupi. Chce reform, które są nam nie na rękę, ale nie chce ich kosztem rewolucji. Mimowolnie oddaje nam przysługę, ale przy okazji oddaje ją i ludowi cesarstwa. Bo dzięki temu nie mamy pretekstu, aby na nich nakładać represje, nikt nie ginie, a obie strony trzymają się w szachu. Dlatego oddaje przysługę obu stronom i jednocześnie obie ogranicza.
- Jaki będzie jego następny ruch?
- Tego nie wiem, ale chwilowo mnie on nie interesuje. O wiele większym dla nas zagrożeniem są socjaliści. Wśród nich jest wielu radykałów. Chcą wywrócić ten świat do góry nogami, a ich metodami działania są bomby, sztylet i pistolet. Niby to hołota, ale są lepiej zorganizowani niż się wydaje. Co prawda, najwięcej z nich działa w Rosji, ale i tutaj mają coraz więcej zwolenników. Zwłaszcza jedna partia, założona głównie przez polskie mniejszości narodowe. Nazywają oni siebie Polską Partią Socjalistyczną, w skrócie PPS. To ich właśnie powinniśmy się teraz obawiać. Podobnie jak i stronnictw narodowych, które choć nie lubią tych z PPS, to nas nienawidzą o wiele mocniej. Gdyby tylko zawiązali sojusz, byliby nie do pokonania. Ale tego nie zrobią, bo jedni z nich są z lewicy, a drudzy z prawicy. Nie ma szans nigdy na sojusz tych dwóch stron. Ale i obie stanowią dla nas zagrożenie, dlatego to nimi zamierzam się zająć, a nie Chronistem, który zachęca do wierności wobec cesarza.
- Ale też zachęca do reform. Czy to rzeczywiście bezpieczne?
- Nie, jednak mimo wszystko najpierw musimy zniszczyć jedno zło, a potem wziąć się za drugie. A co do tego, co ten dureń wypisuje o księżniczce, to ja bym nie radził traktować tego poważnie. Nawet jeżeli to prawda, to nie ma to żadnego znaczenia. Ostatecznie przecież to tylko kobieta. I w dodatku młoda. Zresztą nawet stare nie są nigdy poważnym zagrożeniem dla wielkiej polityki.
Baronowa spojrzała lekko urażona na kanclerza i powiedziała:
- Ekscelencjo, nie radzę lekceważyć siły i potęgi kobiet. Wiele z nich w tej wielkiej grze zwanej polityką odegrało olbrzymią rolę. Nie należy ich lekceważyć.
- Doprawdy? A jaka kobieta teraz mogłaby odegrać rolę w polityce? Zofia? Przecież bez nas byłabym nikim. A może ty, która to beze mnie nie umiałabyś ani jednego kroku poprawnie zrobić?
Baronowa poczuła się urażona tymi słowami. A ponieważ nigdy nie darowała raz zadawanej sobie zniewagi, teraz też nie zamierzała tego robić. Spojrzała zatem na kanclerza z żądzą mordu w oczach i rzekła:
- Tak jak pan beze mnie. Kto jest pana główną agentką? Od kogo zawsze ma pan aktualne informacje? Kto zatem bez kogo niczego by nie zrobił?
Kanclerz, wbrew jej oczekiwaniom, nie stracił wcale panowania nad sobą. On zachował stoicki spokój, pomimo tego, że kobieta jawnie go obraziła. Nie chciał jednak wściekać się przy niej. Zamiast tego, powoli podniósł się z fotela, złapał za swą laskę i opierając się na niej powoli podszedł do baronowej i rzekł, wciąż mając na twarzy wymalowany spokój:
- Radzę ci uważać na słowa. Kiedyś, kapitan straży cesarskiej, zakradł się w nocy do pokoju swojej siostrzenicy i pięknym nożem ze zdobioną rękojeścią zabił pewną dziewczynę we śnie. Rozumie pani? I to nie byle jaką dziewczynę. On zabił własną siostrzenicę, która była mu jak córka. A wie pani, czemu to zrobił? Bo ja mu kazałem. Bo kobieta ta popełniła ten poważny błąd, że zrobiła sobie ze mnie wroga. Nie radzę ci robić tego samego. Masz taką piękną szyję. Szkoda by było ją szpecić bliznami, prawda?
Baronowa przerażona złapała się instynktownie za gardło i poczuła, że serce już nie bije jej w piersi, ale prawie wychodzi ustami na zewnątrz. Załamana stała w miejscu i czekała, aż Zottornik każe jej odejść. Gdy to zrobił, wyszła z gabinetu, a następnie ruszyła w kierunku wyjścia.
- Przeklęty stary łajdak - powiedziała, gdy po kilku minutach odzyskała jakoś spokój ducha - Ale uważaj, jesteś już siwy, śmierć nad tobą krąży. Nie będziesz żył wiecznie. A ja będę pić swoje zdrowie jeszcze długo po tym, jak twoje stare kości rozsypią się w proch. Zobaczymy więc, kto kogo przetrzyma.
Cały kraj żyje zaręczynami Sissi i Franciszka.
OdpowiedzUsuńOkazuje się, że tajemniczy dziennikarz to sam Ludwik Bawarski.
Jednak tekst, że Sissi też popiera reformy, to manipulacja z jego strony.
Sissi też dojrzewa i z płochej dziewczynki staje się kobietą, która zaczyna rozumieć, że wszystko jest polityką i warto mieć własne zdanie.
Rozumiem, że Nene czuję się zraniona i ma po tym wszystkim, co się wydarzyło dystans do Franza.
Ludwika przejrzała Zofię i nie da sobie w kaszę dmuchać. Nie pozwoli, żeby baronowa etykietą urządzała sobie tortury psychiczne jej dziecku.
I najlepsza końcówka przypominająca polityczny thriller. Zottornik ten stary piernik jest podły, ale przy tym szatańsko inteligentny i na razie on tu rozdaje karty. Zobaczymy jednak, czy w przyszłości ktoś mu się nie postawi.Na razie lekceważy znaczenie Sissi i jej wpływ na Franciszka. Bardzo duży błąd.