wtorek, 21 marca 2023

Rozdział XXI - Paryska idylla



Sissi siedziała pod drzewem, rozkoszując się pięknem pierwszych jesiennych dni. Była już mocna zmęczona zajęciami u baronowej von Tauler, a najbardziej tą pustotą, jaką te lekcje przekazywały. Mimo swoich naprawdę usilnych starań, aby w choćby najmniejszym stopniu polubić baronową i prowadzone przez nią zajęcia, nie była w stanie tego dokonać. Helga von Tauler wydawała się jej osobą sztywną i nieprzyjemną, czepiającą się o byle co, natomiast zajęcia, którym ją poddawała za pozbawione jakiegokolwiek sensu. Nic z tego, czego uczyła ją baronowa, nie było w stanie wzbudzić w niej zainteresowania, zwłaszcza, że wiedza w tym wszystkim zawarta była co najmniej znikoma. Sissi dawno sobie to już uświadomiła i dlatego postanowiła uczyć się, jak być prawdziwą damą, aby nie ośmieszyć ukochanego Franciszka, gdy nadejdzie dzień próby, ale w zdobywaniu prawdziwie pożytecznej wiedzy polegać wyłącznie na sobie i dlatego po zajęciach często czytała książki z biblioteki swojego ojca na temat cesarstwa i jego historii, jak i też o historii tych krajów, które wszechmocne cesarstwo sobie podporządkowało. Szczególnie chyba poruszyła ją historia Węgrów, narodu niezwykle walecznego i honorowego, który w roku 1848 wywołał powstanie w celu wywalczenia sobie niepodległości, co się jednak bardzo źle skończyło dla tego narodu. Historia ta była jej naprawdę bliska, przede wszystkim dlatego, że Wilhelm brał udział w tych walkach i z niemałym trudem tata zdołał go potem wykupić z niewoli, w którą przez to popadł. Wilhelm nieraz opowiadał bliskim o powstaniu i o tym, jak ono przebiegało i jak bardzo on współczuł Węgrom, jak ich podziwiał za odwagę i ideały i jak bardzo żałuje, że nie był w stanie nic więcej dla nich zrobić. Sissi, gdy czytała historię Węgier z miejsca sobie o tym wszystkim przypomniała i poczuła nieodpartą chęć zrobienia czegoś dla tego narodu, choćby przez wzgląd na swego starszego brata, jak i też dlatego, że czuła, iż Węgrzy są z jakiegoś powodu jej bliscy.
- Przecież tak jak oni, ja też jestem w czymś na kształt niewoli - mówiła sama do siebie, gdy rozważała to wszystko - Oczywiście tej niewoli, w którą popadłam, nie da się w ogóle porównać z ich, bo ich niewola jest zdecydowanie większa i o wiele bardziej okrutna, ale mimo wszystko rozumiem, co oni muszą czuć, kiedyś im ktoś narzuca wiele rzeczy i zmusza do robienia czegoś, co ich upokarza. Bo i ja jestem w podobnej sytuacji. Te lekcje u baronowej może i są ciekawe, ale odnoszę nieraz wrażenie, że mają mnie zamienić w piękną porcelanową laleczkę, która ma za zadanie jedynie stać i ładnie wyglądać. A w pałacu cesarskim jest strasznie. Ta etykieta i te zasady. I to, że poza Franciszkiem, Idą i hrabią Jamiszem chyba nikt tam nie traktuje mnie poważnie. Franz jest po mojej stronie, ale boję się, że nie jest on na tyle przekonany do potrzeby zmian, abym wprowadzić na dworze atmosferę taką, abym się tam mogła czuć tak swobodnie, jak tutaj, w moim kochanym domu. Chcę wierzyć, że tak będzie, ale dopóki na dworze wpływy będą mieli tacy ludzie jak Zottornik czy Radetzky, obawiam się, iż długo jeszcze nie będę dobrze się tam czuć i nie będę w stanie pomóc ludowi tak, jakbym tego chciała.
Tak zasmucona Sissi mówiła do siebie, gdy naszły ją refleksje tuż po lekturze książki na temat Węgrów. Podczas tych refleksji przypomniała sobie Ludwika i to, że nigdy nie czuł się on dobrze na dworze cesarskim i wspominał jej, że życie takie ogólnie go zniesmacza. Gdy przypomniała sobie bezduszność Zottornika wobec tej biednej kobiety, która musiała oddać dziecko do sierocińca, bo popadła w nędzę z powodu uwięzienia swojego męża za ulotki antycesarskie, doskonale rozumiała, co jej kuzyn miał na myśli. Choć i tak użył przy tym niezwykle łagodnych słów, kiedy opisywał jej swoje emocje w tej sprawie. Jej to wszystko nie tylko zniesmaczało, ale wręcz budziło obrzydzenie. Kanclerz i feldmarszałek bezdusznie stwierdzili, że takie sytuacje jak ta z ta kobietą i jej dzieckiem to coś naturalnego i koniecznego, aby cesarstwo mogło istnieć silne i potężne. Gdyby nie to, że Karol i Zofia stanęli po jej stronie, to nie była pewna, czy Franciszek by ich nie posłuchał i odrzucił jej prośbę o ułaskawienie męża tej biednej kobiety. Oczywiście jej ukochany zaczynał dostrzegać potrzebę zmian na lepsze wielu spraw, ale nadal wobec tych zmian był ostrożny, a ponadto nadal w kwestiach politycznych wiele do powiedzenia mieli Zottornik oraz Radetzky. Ludwik w jednej z rozmów, zanim pojechał do Francji, powiedział jej, że dopóki ten stary cap (miał tutaj na myśli Zottornika) i ten stary tłusty wieprz (tu mówił o Radetzkym) będą rządzić cesarstwem, reformy pozostaną w sferze marzeń, a nawet jeśli jakieś zostaną wprowadzone, to w sposób niewielki i ich moc przełomowa będzie raczej znikoma. Sissi, im więcej o tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że jej kuzyn miał rację. Niedawna sytuacja, gdy apelowała o ułaskawienie męża tej biednej kobiety, którą widziała w sierocińcu, jasno jej to pokazała. Ponadto smutne i zarazem zmuszające do myślenia dla niej było to, że Radetzky i Zottornik mówili do niej w sposób protekcjonalny, jakby była małym dzieckiem, które ma swoje kaprysy i z którego zdaniem nie trzeba się liczyć. To chyba najbardziej ją zabolało, bo ta ich bezduszność zasadniczo jej nie zaskoczyła. Oburzyła, ale jakoś nie zdziwiła, bo była łatwa do przewidzenia. Ale ten ton, w jakim oni do niej mówili, kiedy to przedstawiali jej swoje racje, był po prostu straszny.
- Oni nadal mnie mają za małe dziecko, które nic nie wie o życiu - mówiła do Idy Ferenczy niedługo po całej sytuacji - Odniosłam może nad nimi zwycięstwo, ale ile razy jeszcze mi się to uda? Boję się ich wpływu na Franciszka. I boję się, że zechcą oni doprowadzić do tego, abym skończyła jako malowana cesarzowa bez prawa głosu w jakiekolwiek sprawie.
Ida co prawda pocieszała ją, że cesarz na pewno do tego nie dopuści, ale Sissi mimo wszystko miała poważne obawy w tej sprawie. Dodatkowo przypomniało jej się nagle to, o czym rozmawiała jakiś czas temu z Ludwikiem, gdy bronił on przed nią swojego artykułu, w którym opisał ją jako wielką zwolenniczkę reform. Mówił jej wtedy o potrzebach cesarstwa, o wyższych racjach, o potrzebie zmian i innych rzeczach, a ona właśnie wtedy zaczęła rozumieć, jak niewiele wie o kraju, którym kiedyś będzie rządzić. Teraz jednak rozumiała to wszystko o wiele lepiej. Teraz w pełni widziała to, co Ludwik próbował jej wtedy przekazać. Rozumiała, że od lat na tym przeklętym dworze kobiety, nawet cesarzowe, były zawsze sprowadzane jedynie do roli pięknych, malowanych laleczek z porcelany, mających rodzić dzieci i ładnie się prezentować podczas przyjęć. Lekcje baronowej zmierzały właśnie w tym kierunku. Franciszek, zajęty sprawami państwowymi i uważający, że nie jest on w sprawie edukacji kobiet ekspertem, nie miał pojęcia, iż to wszystko prowadzi prostą drogą do tego, że zostanie ona jeszcze jedną laleczką w tym domu lalek. Co prawda, Zofia stanęła po jej stronie w sprawie z ułaskawieniem autora ulotek, ale zdawała się popierać tego rodzaju edukację. Franciszek też nie miał nic przeciwko, choć kiedy wspomniała mu w poufnej rozmowie, że zdobywa wiedzę i na własną rękę, nie wyraził sprzeciwu, a nawet ją za to pochwalił. Jednak i on też był zdania, że to wszystko, czego uczy ją baronowa jest ważne i pomoże jej odnaleźć się na dworze i zostać prawdziwą damą, co powinno być pierwszym obowiązkiem jego przyszłej żony. Nie rozumiał, że tego rodzaju obowiązek tylko daje broń do ręki takim osobom jak Zottornik czy Radetzky, bo utwierdza ich w przekonaniu, że ona jako kobieta nie ma nic mądrego do powiedzenia w kwestiach politycznych, zatem to im powinna pozostawić rozstrzyganie ważnych spraw.
Zatem, podsumowując to wszystko, Ludwik miał od początku rację. Dopóki ona sama nie weźmie się za siebie i nie przygotuje się do bycia cesarzową, to nie może liczyć na szacunek na cesarskim dworze. Dlatego z tym większym uporem czytywała książki z biblioteki ojca, zdobywając wiele pożytecznej wiedzy, a także prowadziła długie rozmowy z Idą Ferenczy, prosząc ją przy okazji, aby po cichu ją uczyła węgierskiego. Choć język ten był dość trudny, Sissi w ciągu ostatnich paru tygodni opanowała dość dobrze wiele słów i zdań, głównie dlatego, że miała talent do języków obcych, co w jej rodzinie było dziedziczne.
- Jestem pewna, że Wasza Wysokość będzie w ciągu roku mówić jak rodowita Węgierka - powiedziała jej Ida po jednej z ich potajemnych lekcji - Pozwolę sobie jednak zapytać, po co to Waszej Wysokości?
- Czuję sympatię do Węgrów z powodu mojego brata, który walczył u nich w powstaniu i z powodu ciebie, moja droga - odpowiedziała jej wówczas Sissi - A poza tym, chciałabym móc czasami porozmawiać z tobą tak, aby nikt nas nigdy nie podsłuchał, a jeśli nawet, to nic z tego nie zrozumiał. Chcę mieć możliwość pełnej swobody słowa podczas naszych rozmów. I coś czuję, że język węgierski nam go zapewni, bo chyba mało kto zna go na dworze cesarza, jeśli w ogóle.
Ida była zachwycona jej pomysłowością i tym bardziej pomagała jej w tym przedsięwzięciu. Ponadto pochwała projekt potajemnego dokształcania się przez Sissi na własną rękę, choć w przeciwieństwie do niej czuła, że raczej nie pomoże jej to przekonać do siebie takich osób jak Radetzky czy Zottornik, nieprzywykłych do tego, aby kobiety miały jakikolwiek wpływ na politykę, a już na pewno nie taki wpływ, który podważa ich władzę i autorytet. Sissi jednak stwierdziła, że o tym jest święcie przekonana, iż ich opinia o jej osobie nie zmieni się, choćby stała się mądra jak królowa Saby, ale to nie ma znaczenia. Dla niej liczyło się zdanie Franza i dlatego chciała dla niego i dla siebie samej być mądra. Wierzyła, że jeżeli tak się stanie, to ukochany bardziej ją doceni i więcej się będzie liczyć z jej zdaniem niż ze zdaniem tych starych półgłówków. A to z kolei bardzo pomoże sprawie reform, których Sissi była od niedawna oddaną orędowniczką, czując przy tym chwilami do samej siebie żal o to, iż nie stała się nią wcześniej.
O tym wszystkim rozmyślała, siedząc pod drzewem i odpoczywając sobie od kolejnych lekcji z baronową. Była nimi naprawdę zmęczona i chciała porządnie zregenerować siły, zanim poczyta znowu jakieś mądre dzieło na temat Węgier lub innego kraju podporządkowanego Austrii. Ostatnio czytała o Polsce. Dowiedziała się, że był to kraj bardzo niezwykły, bo od śmierci króla, na którym wymarła ich wybitna dynastia, wprowadzili dziwny zwyczaj obierania sobie królów z elektów promowanych przez inne kraje, a kilka razy wybrali kogoś z siebie na władcę. Ten oto zwyczaj doprowadził do tego, że Polska stopniowo, choć była silnym krajem, stała się karykaturą i błaznem Europy, a Rosja, Prusy i Austria podporządkowały ją sobie i rozdzieliły między siebie jej ziemie. Sissi była bardzo ciekawa tego kraju. Był on zupełnie inny niż Węgry. W przeciwieństwie do nich bowiem Polska nigdy nie była krajem tragicznym, raczej groteskowym, który za dużo władzy dał panom magnatom i szlachcie, a za mało władcom czy choćby prostemu ludowi i oto, jakie mieli tego efekty. Ale mimo wszystko, kraj ten posiadał w swojej historii wiele ciekawych aspektów, a zwłaszcza dotyczyło to terenów, które odebrała im Austria, bo o nich w książkach Sissi znalazła najwięcej informacji. Choć polski naród w jej oczach wydawał się co najmniej dziwaczny, to nie zgadzała się z Wolterem, który w swoich pracach pisał, iż Polska jest krajem chaotycznym i pełnym ciemnoty oraz bezprawia i powinien zostać podporządkowany oświeconemu mocarstwu dla jego własnego dobra. Nie była w stanie w to uwierzyć, bo nie wierzyła w to, aby takie było prawo istnienia na tym świecie, aby jednostka słabsza lub mająca wady winna dla swego dobra ulegać jednostce silniejszej i bez wad. Poza tym, nie ma tworów ani ludzi bez wad. Ponadto, Wolter uważał, że owym mocarstwem, któremu Polska winna ulec, musi być Rosja. A do Rosji Sissi nigdy nie miała sympatii. Zresztą, gdy zapytała o to tatę, wyjaśnił jej sprawę następująco:
- Wolter to był mądry i oświecony człowiek, ale nawet taki ulec potrafi jakieś propagandzie bystrego polityka, a takim niewątpliwie była ta wiedźma, ta podła i perfidna caryca Katarzyna II. Przedstawiła mu się od najlepszej strony, a o Polsce nic nie wiedział, bo ukazała mu ją w taki sposób, aby nie miał wątpliwości, kto w tej sprawie ma słuszność, a kto nie. Tak go omotała, że uwierzył jej we wszystko, co mu mówiła. Łatwo mu zresztą przyszło oceniać Polaków, których nigdy nawet na oczy nie widział. Zauważyłaś, córeczko, że najłatwiej nam zawsze ocenia się tych, których nigdy nie spotkaliśmy, a o których jedynie coś słyszeliśmy? Taka to już chyba ludzka natura. Ale nie każdy tak ma. Ja tak nie mam i proszę, ty też tak nigdy nie rób, córeczko. Zanim kogoś ocenisz, poznaj lepiej.
- A co zrobić z postaciami historycznymi, które już nie żyją? - zapytała Sissi.
Ojciec jej parsknął śmiechem, rozbawiony inteligencją tego pytania i odparł:
- Tutaj sprawa jest prosta. Myślę, że można oceniać takie postacie, ale należy to robić rozsądnie i bez przesady ani w kwestii pochwał, ani w kwestii krytyki.
Sissi rozważała słowa ojca w głowie, siedząc pod drzewem i odpoczywając po lekcjach z baronową. Pomyślała sobie, że ją samą chyba te słowa też dotyczą. Bo ona łatwo ocenia swoją nauczycielkę, widząc w niej wyłącznie osobę niemiłą i wredną, która żyje jedynie zasadami. Przyszło jej nagle do głowy, że może jest to bardzo zła ocena? Może baronowa jest zupełnie inną, bardziej złożoną osobą niż jej się wydaje? Może bardziej cierpi niż chce pokazać? Bo to, że cierpi, to więcej niż pewne. Przeżywa śmierć ukochanego męża i nie potrafi się po niej podnieść. To nie było trudne do odgadnięcia, nawet dla laika. Ale czy reszta jej oceny osoby baronowej była zgodna z rzeczywistością i czy nie wynikała jedynie z niechęci do niej? Na swoją obronę Sissi mogła jedynie powiedzieć, że baronowa nie była pod tym względem lepsza. Jakoś bardzo łatwo oceniała Sissi, choć nic tak naprawdę o niej nie wiedziała i chyba nie chciała wiedzieć. Podobnie mieli ludzie na dworze cesarskim. Dla nich była uroczą i śliczną dziewuszką, która jedynie urodą umiała błyszczeć i niczym innym błyszczeć ani nie umiała, ani nawet nie powinna umieć. To było smutne, bo nawet jej nie znali, a jeżeli nawet, to tylko powierzchownie, bo spotkali ją raz czy dwa, a już z góry wyciągnęli wnioski na jej temat. Więcej, oni te wnioski wyciągnęli nawet zanim ją spotkali, zanim przybyła na dwór. Sissi była tego całkowicie pewna. Spojrzenia tych ludzi mówiły same za siebie. Dlatego ona wiedziała, że nie powinna nikogo oceniać zbyt pochopnie. Nawet baronowej, choć mogła być pewna tego, iż tej kobiety nigdy nie polubi. Ta kobieta chwilami niemal jawnie okazywała jej wrogość, ale Sissi też miała powody, aby nie darzyć jej ani gramem sympatii, a wręcz miała powody, aby być jej wrogiem. To wszystko było prawdą, ale im więcej Sissi o tym myślała, tym bardziej czuła, że chwilami bardzo jej baronowej żal. Nie umiała czerpać radości z życia i nie chciała tego umieć. To było niczym upośledzenie, żyć wiecznie swoją żałobą oraz bólem. Sissi zdawała sobie z tego sprawę i dlatego, choć darzyła baronową niechęcią, a chwilami nawet i wrogością, zwłaszcza ostatnio, to mimo wszystko jej współczuła i wiedziała, że gdyby tylko kobieta chciała ją przeprosić i zmieniła się, Sissi wybaczyłaby jej i kto wie, może nawet by jej pomogła? Ale w to, księżniczka nie wierzyła.
- Sissi! Hej, Sissi! Dołączysz do nas? Woda jest ciepła!
Z głębokich rozmyślań naszą bohaterkę wyrwał krzyk młodszej siostry. Sissi lekko potrząsnęła głową, aby wyrzucić z siebie poważne myśli i skarciła się za to, że zapomniała kompletnie, w tym natłoku myśli o trójce uroczych dzieci, właśnie tak wesoło sobie pluskających w jeziorze. Spojrzała w ich kierunku przepraszająco i uśmiechnęła się delikatnie na widok Marii w samych majtkach i ociekającej wodą z włosów i reszty ciała, stojącej właśnie na brzegu jeziora, zaledwie jakieś kilka metrów od niej. Sissi pokręciła przecząco głową i powiedziała:
- Wybaczcie, ale nie. Ktoś musi czuwać, na wypadek gdyby baronowa się tu zjawiła. Muszę przecież czatować, pamiętacie? Poza tym, nie mam kostiumu.
- Wielka mi rzecz - mruknęła Maria, ocierając sobie wodę z oczu - My też nie mamy i jakoś nam to nie przeszkadza.
Sissi parsknęła śmiechem. Rzeczywiście, kiedy Maria z Teodorem i Ilary byli z nią, Franciszkiem, Ludwikiem i Elodie nad jeziorem w Austrii, dzieciaki sobie pływały w majtkach. Teraz robiły dokładnie to samo, a obecność Sissi, siedzącej pod drzewem, bynajmniej ich nie peszyła. I nic dziwnego. Skoro nie peszyło ich i to nie tak dawno znacznie większe towarzystwo nad austriackim jeziorem, czemu mieliby być zmieszani teraz, w swojej ukochanej Bawarii, w towarzystwie jedynie jednej osoby dorosłej i to w dodatku Sissi? Cała trójka pluskała się bardzo wesoło w wodzie niczym trzy małe wyderki, nurkowała, ochlapywała się wodą i śmiała radośnie, nie będąc w żaden sposób skrępowana. Sissi z uśmiechem patrzyła na ten widok, rozkoszując się nim i zazdroszcząc chwilami dzieciakom tej wolności oraz swobody, które jej już nie dotyczyły. Była wszak na to za stara, choć potajemnie teraz kąpała się nago w jeziorze, gdy tylko miała ku temu okazję. Nie wiedziała jednak, czy umiałaby to robić w czyimkolwiek towarzystwie, nawet rodzeństwa.
- No wiem, kochanie, ale ja chyba jestem za duża na takie zabawy - rzekła po chwili Sissi.
- Jasne jak słońce, że jesteś, ale możesz o tym zapomnieć - powiedziała Mimi.
- Nie wydaje mi się, żebym umiała. Poza tym, wiesz... Jest tu Teo.
- No i co z tego?
- Teo przecież to facet.
Maria parsknęła śmiechem, niemalże krztusząc się od niego.
- Teo? Jaki z niego facet? To tylko chłopak. I do tego brat.
- Nawet brat nie powinien patrzeć na damę, gdy jest nieubrana.
- Na damę tak, ale przecież to tylko ty - rzucił wesoło Teo, siadając na chwilę przy brzegu.
- Zapłacisz mi za to - syknęła w jego kierunku Sissi.
Maria machnęła ręką na to i powiedziała:
- Nie zwracaj na niego uwagi. On już świata nie widzi poza Ilary. Ale może to i dobrze? Nabierze przy niej kiedyś dobrych manier.
- Wierzę w to, bo ja i ty jakoś nie umiałyśmy go ich nauczyć - odparła Sissi.
Obie dziewczyny zachichotały, a Teodor lekko urażony prychnął pod nosem ze złością, coś jakby: „Siostry” i powrócił do pływania z Ilary.
- Dobrze, zostań na czatach, Sissi i w razie czego ostrzeż nas - powiedziała wesoło Maria i powróciła do wody.
- Nie ma sprawy, w razie czego to zrobię - odparła Sissi i oparła się wygodnie o drzewo, patrząc na zabawę dzieci.
Widząc, jak cała trójka wesoło się pluska, uśmiechnęła się pogodnie. Widok ten obudził radość w jej sercu, a przy okazji też przywołał naprawdę bardzo miłe wspomnienia. Bo przecież i ona też jako dziecko tak pływała z chłopcem, który się jej podobał. Oczywiście mowa tu była o Franciszku Józefie. Bo przecież on jedyny jej się zawsze podobał. Tylko on w jej oczach stanowił ideał mężczyzny, którego pokochała i z którym chciała być, pomimo tego, że nie zawsze się rozumieli, ale to jej nie zrażało, bo była pewna, iż rozumieją się w najważniejszych sprawach, a on sam udowodnił niedawno, że potrafi zrozumieć jej punkt widzenia i stanąć po jej stronie w ważnych dla niej sprawach. To wszystko dowodziło, że dobrze wybrała i on jest wart jej uczuć. Zawsze zresztą był. Bawił się z nią, ratował z tarapatów, w które notabene sama się pakowała, rozśmieszał ją, opiekował się nią, nigdy jej nie zostawił samej w kłopotach. Jak można było go nie kochać? Nigdy nie zapomniała tego, ile oboje dla siebie zawsze znaczyli, jak bardzo byli sobie bliscy. Nigdy też nie zapomniała, że to z nim się pierwszy raz całowała. Miała wtedy dziesięć lat, a on piętnaście. Dorastał, stawał się młodzieńcem, a ona była jeszcze dzieckiem, ale mimo wszystko utwierdzonym w miłości do niego. Jak często bywało, kąpali się oboje w samych majtkach w jeziorze. Chyba nawet w tym, w którym teraz bawili się Maria, Teo i Ilary. Franz był, z powodu swego wieku, lekko już skrępowany tą sytuacją, która kiedyś, gdy miał o wiele mniej lat, nie stanowiła dla niego żadnego problemu. Ale ona nie przejmowała się tym, zachęcała go do zabawy, a po niej usiadła z nim na brzegu jeziora i dotknęła jego dłoni z miłością, rozmawiali oboje, a potem usiadła mu na kolanach okrakiem i pocałowała go w usta. Tak po prostu, jak niewinnie całować może dziecko, mające zaledwie zarys piersi i fiu bździu w głowie, jak to sama się potem określiła po latach. Ten pocałunek też był taki sobie. Ot, po prostu złączyła swoje usta z jego, jak to nieraz robili jej rodzice. Objęła go też za szyję, ocierała się lekko zarysem swoich piersi o jego tors i marzyła, aby być dorosła i móc już w tamtej chwili wyjść za niego za mąż. Wariactwo kompletne. Ale jakie urocze.
Sissi parsknęła śmiechem, rozbawiona własnymi wspomnieniami. Jaka była wtedy młodziutka i jaka głupiutka jednocześnie. I jaka rozpieszczona. Bo chociaż mama chciała wychować ją na prawdziwą damę, to ojciec nie miał nic przeciwko temu, aby wyrosła na uroczą dzikuskę, jak ją nazywał. Dlatego pozwalano jej na więcej rzeczy niż wielu rodziców pozwalałoby swoim dzieciom. Zresztą nie tylko ona miała taką swobodę. Całe jej rodzeństwo było tak samo wychowywane. Tata i mama pozwalali im na więcej, chcąc bardzo tego, aby ich dzieci były swobodne i nie zepsute z powodu etykiety i beznadziejnych zasad panujących w domach wielu rodzin arystokratycznych. Oboje, choć mieli czasami inne zdanie w tej sprawie, to mimo wszystko zgodnie uważali, że dzieci lepiej się wychowują w swobodzie i w atmosferze miłości. Dlatego tej nigdy nie brakowało w domu, podobnie jak i też szczęścia i radości. Dzieci księcia i księżnej Wittelsbach mogły zatem biegać sobie swobodnie po łące, kąpać się w jeziorze, toczyć walki na poduszki, jeździć konno po całej okolicy itd. Ogólnie rzecz biorąc, miały dużo swobody i to nawet w tym wieku, kiedy już podrosły i musiały się uczyć. Nawet wtedy wolno im było o wiele więcej niż dzieciom z innych rodów arystokratycznych. Ponadto też zaznały one od rodziców mnóstwo miłości i tę miłość umiały przekazać innym. Sissi wiedziała, że ona i Teo są tego najlepszymi przykładami. Teo pokochał Ilary, ona Franza.
No właśnie, Franz. Tak bardzo go jej brakowało. Gdy patrzyła na to jezioro, w którym bawiły się dzieciaki, ogarnęły ją miłe wspomnienia. Tak chciała, żeby do niej przyjechał i żeby zobaczył je ponownie. W końcu tyle się tu wydarzyło. To tu oboje pływali jak małe wyderki. To tu się pierwszy raz pocałowali. I to tutaj, gdy jezioro zamarzło, on ją uratował i wyznali sobie miłość. Choć, jak o tym myślała, to czuła, że ta sytuacja nie była aż tak dramatyczna. W końcu lód pod nią pękł, gdy była prawie przy brzegu. Nie utonęłaby w lodowatej tafli, choć wówczas myślała inaczej. Poza tym, nie zmieniało to faktu, że ukochany ją wówczas uratował. Bo  gdyby wylądowała choćby na chwilę pod taflą tej lodowatej wody, gdyby się tak przewróciła i upadła na dno, to nie wiadomo, co by się stało. Zatem Franciszek ją ocalił, tak czy inaczej. Dlatego tym bardziej go kochała. I tym bardziej był on jej taki bliski, choć był zawsze. Przecież przed byle kim by się nie rozebrała, nawet jako dziecko.
Myśląc o kwestii rozbierania się, Sissi uśmiechnęła się na wspomnienie tego, jak jakiś czas temu ukochany widział ją kilka razy nagusieńką. Najpierw podczas spaceru nad jeziorem, gdy nurkowała sobie beztrosko. Drugi raz w łaźni, chociaż była owinięta ręcznikiem, ale musiał co nieco zobaczyć. A trzeci raz w kąpieli, gdy mył jej plecy i ją całował. Sissi przypomniała sobie, że jakoś nie była wtedy przed nim skrępowana. Co najwyżej oburzona, iż przyszedł do niej bez zapowiedzi i ją tak zaskoczył. Nie tym, że ją zobaczył nagą, bo przecież w dzieciństwie widział ją wiele razy w całej okazałości. Czemu zatem miałaby się przed nim wstydzić? To, co ją wtedy zdenerwowało, to fakt, że był taki swobodny wobec niej. Że ją naszedł i że jej pragnął, czego nawet nie ukrywał. Chociaż, czy to ostatnie było naprawdę czymś złym? Ona też wówczas jego pragnęła. Gdyby nie to, że wolała mieć dobrą reputację i chciała wiedzieć, iż on nie chce tylko jednego, bez wahania by się z nim wtedy kochała. Niestety, nawet ona, choć bardziej swobodna w swych obyczajach, musiała liczyć się z opinią ludzi i nie mogła pozwolić sobie na to, aby mówiono, że sypiała z przyszłym mężem przed ślubem, co w tym głupim i konserwatywnym świecie zepsułoby jej opinię. Dlatego musiała wtedy odmówić. Poza tym, przede wszystkim musiała mieć pewność, że jego uczucia do niej są szczere i uczciwe. I zyskała tę pewność, zyskując przy tym także i pewność, że jest on wart jej uczuć. Tak samo, jak był ich wart, gdy jeszcze byli oboje dziećmi.
Wzruszona tymi przemyśleniami i wspomnieniami, Sissi wygodnie wyłożyła się pod drzewem i patrzyła na bawiące się dzieci, rozmyślając o tym, co też robi teraz jej ukochany. I co też robi teraz Ludwik, który to od około dwóch tygodni już był na dworze cesarza Francji. Miał pojechać z jakąś misją dyplomatyczną, a był tam już tak długo. Lato się zdążyło skończyć, zaczęła się jesień, a on nie wracał. Ciekawe, co też go tam zatrzymało? Albo raczej kto? Chociaż na to pytanie, Sissi bardzo szybko sobie odpowiedziała. Wiedziała doskonale, kto zawrócił w głowie jej kuzynowi i kto też podbił jego serce podczas swego pobytu w Wiedniu. Tak, to nie ulegało wątpliwości. To z powodu tej osoby Ludwik przedłużył swój pobyt w Paryżu i pewnie jeszcze go przedłuży.
- Kto wie? Może mój kochany kuzynek powróci tutaj już z narzeczoną? A ja zyskam jednocześnie przyjaciółkę i kuzynkę? - pytała sama siebie Sissi i delikatnie się przy tym uśmiechała.

***

Ludwik po balu w Hotelu Lambert, niemalże nie rozstawał się z Elodie. Ich wspólny pocałunek stał się dla nich początkiem czegoś nowego. Co prawda, oboje nie powiedzieli sobie jeszcze, że się kochają, ale zrobili to z powodu wrodzonej w ich naturze ostrożności. Żadne z nich nie wiedziało przecież, co drugie do niego czuje i dlatego nie chcieli przerażać siebie nawzajem i przyspieszać tego, co winno być zawsze powoli i stopniowo rozwijane. Dlatego oboje cieszyli się jedynie tym, że mogą być ze sobą, spędzać ze sobą czas i stopniowo się poznawać, a to, co jest dla nich najważniejsze, powiedzieć sobie dopiero w odpowiednim momencie. Ale kiedy miał nastąpić ten moment, tego jeszcze nie wiedzieli, jednak nie zamierzali go w żaden sposób przyspieszać.
Oczywiście, nie mogli spędzać zbytnio samemu czasu. Ponieważ Elodie była panną, a jak na standardy tamtych czasów nawet starą panną, nie mogła całkiem swobodnie spędzać czas z ukochanym bez obecności przyzwoitki. Dlatego, choć to nie było żadnej ze stron na rękę, musiała chodzić za nimi Blanche. Ona również z tego powodu nie była zachwycona, choć zdawała sobie sprawę z tego, iż gdyby tak zrezygnowała z tego zadania, mogłaby narazić reputację Elodie, którą traktowała jak siostrę i o którą zamierzała dbać jak o siostrę. Nie, żeby posądzała Ludwika o jakieś niecne zamiary względem jej przyjaciółki. Nic z tych rzeczy. Za dobrze go znała, aby podejrzewać go o cokolwiek złego. Wiedziała jednak doskonale, że jeśli chodzi o opinię publiczną, to trzeba się liczyć z jej zdaniem, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi reputacja osoby publicznej, na stanowisku lub należącej do rodziny cesarskiej bądź królewskiej. Ludzie nie wiedzieli niczego o Ludwiku, a jeśli nawet coś o nim wiedzieli, to nie tyle, ile jego przyjaciele i nie mogli zatem wiedzieć o tym, że nie zrobiłby on Elodie krzywdy ani jej nie zhańbił. Dlatego widząc księcia bawarskiego w towarzystwie siostrzenicy cesarzowej Francji bez obecności kogoś, kto robiłby za przyzwoitkę, od razu zaczęliby plotkować. Co prawda, to był Paryż, a w nim zawsze panowała większa swoboda obyczajów i plotki krążyły tu o wiele rzadziej niż w tzw. pruderyjnych miastach, a ponadto Elodie nic nie obchodziło to, co ludzie o niej mówią, ale Blanche mimo wszystko czuła się w obowiązku dbać o to, aby jej przyjaciółka nie ośmieszyła się publicznie. Nawet jeżeli przyjaciółka nie zamierzała przejmować się tym wszystkim i ewentualnymi plotkami na temat jej osoby. Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy Blanche czuła się w obowiązku, aby zadbać o Elodie i jej dobre imię, nawet jeśli ono nigdy nie było wystawione na szwank ani przez nią, ani przez Ludwika.
Aby Blanche nie czuła się głupio lub jako niepotrzebny bagaż w obecności zakochanych, wraz z nią za Elodie i Ludwikiem chodził także jej mąż, Francois. W ten sposób mogli razem, całą czwórką wędrować po Paryżu, spędzać ze sobą czas i rozmawiać o różnych przyjemnych tematach. A mieli o czym rozmawiać. Wspólne ich pasje, obejmujące literaturę, malarstwo, teatr, politykę, historię, geografię oraz mity świata bardzo ich zajmowały. Mieli zatem o czym rozmawiać i nigdy się nie nudzili przy sobie. Nie odczuwali zatem dyskomfortu z powodu tego, że dwoje z nich było zakochaną w sobie parą, a dwoje kochającym się małżeństwem robiącym za przyzwoitki tej pierwszej dwójki. Oczywiście w głębi serca Ludwik oraz Elodie marzyli o tym, aby zostać sami we dwoje, ale wiedzieli, że chwilowo nie jest to możliwe. Poza tym, miło im było w towarzystwie przyjaciół. Dlatego radośnie bez krępacji spacerowali z nimi po całym Paryżu, podziwiając jego atrakcje i biorąc udział w kilku zabawach, jakie w nim zorganizowała paryska bohema artystyczna, w której cała czwórka miała przyjaciół.
Po jednym przyjemnie spędzonym dniu w mieście, Ludwik pożegnał Elodie, a potem poszedł do siebie, gdzie odwiedził go Francois. Obaj wygodnie usadowili się przy stoliku, nalali sobie wina do kieliszków, napili się i zaczęli rozmawiać.
- Powiedz mi, między tobą a Elodie jest coś poważnego, mam rację? - zapytał po skosztowaniu wina Francois.
- Oczywiście, traktuję ją jak najbardziej poważnie - odpowiedział Ludwik.
- Jesteś pewien tego uczucia? Czy to aby nie jest jakieś tam jedynie drobne zauroczenie?
Ludwik spojrzał zdumiony na przyjaciela i zapytał:
- Nie rozumiem, dlaczego o to pytasz.
- Bo Elodie jest naszą przyjaciółką. Znaczy moją i mojej ukochanej Blanche. I moja droga małżonka prosiła, abym cię wypytał o to. Oczywiście podejrzewa, że ją na poważnie traktujesz, ale wolałaby być pewna tak całkowicie. Bo ostatecznie, co prawda znała cię jako porządnego mężczyznę, jednak ludzie się zmieniają, jak na pewno doskonale wiesz i nie zawsze na lepsze.
Ludwik odetchnął z ulgą. A więc tylko o to chodziło. Uspokojony popatrzył w oczy przyjacielowi i odpowiedział:
- Zapewniam cię, że nie chcę się zabawić. Miałem kilka romansów, ale prawie zawsze traktowałem kobiety, z którymi się w nie wdawałem poważnie. Może raz czy dwa pozwoliłem sobie na romans bez zobowiązań, ale w tych sprawach, to od początku była sprawa stawiana uczciwie z obu stron. Nigdy zatem nie oszukałem ani jednej kobiety i teraz też tego nie robię.
- To dobrze. Blanche się ucieszy. Wiesz, Elodie jest jej jak siostra.
Przez chwilę nic nie mówili. Nalali sobie ponownie wina do kieliszków, po czym wypili je z zadowoleniem.
- Słuchaj, Francois... Jak myślisz, co to za uczucie, kiedy człowiek zaczyna już powoli mieć dosyć tej całej wolności i pragnie się ustabilizować? Co to może oznaczać dla człowieka?
- Że się starzeje - odpowiedział żartobliwie Francois, szczerząc przy tym zęby - A tak na poważnie, to wszystko jest dowodem dojrzałości. Czujesz, że wolność w postaci wiecznych romansów oraz życia bez poważniejszych zobowiązań cię już nie pociąga, że nudzi cię to albo tak naprawdę nigdy nie pociągało i pragniesz mieć coś więcej, coś poważniejszego, coś na stałe. I to zupełnie normalne. Mnie również to spotkało, choć wcześniej niż ciebie. Chociaż nie, przepraszam. Ciebie spotkało to także w podobnym czasie. Tyle, że los okazał się wobec ciebie okrutny.
Francois był jedną z niewielu osób żyjących poza Bawarią, którzy wiedzieli o miłości Ludwika do Joanny i o tym, jak to uczucie się skończyło. Drugą taką osobą był Andrassy. Obaj wiedzieli o nieszczęśliwej miłości księcia bawarskiego, bo obaj należeli do niewielkiego grona jego prawdziwych przyjaciół, na których mógł on zawsze polegać, a do tego jeszcze należeli do loży masońskiej Wielki Świt i wraz z Ludwikiem działali w jej imieniu i wprowadzali w życie jej idee. To sprawiało, że w oczach następcy tronu Bawarii zasługiwali oni na to, aby znać prawdę. Ale poza nimi niewiele osób o tym wiedziało. Wiedzieli oczywiście jego rodzice, bo jak by mogli nie wiedzieć? Wiedzieli wujek Maks i ciocia Ludwika oraz ich dzieci, a już w każdym razie te starsze, czyli Wilhelm, Nene i Sissi, ponieważ co do młodszych, to Ludwik nic im nie mówił, ale rodzice mogli już im o tym wspominać. Wiedziały zatem o tym sekrecie jedynie najbliższe osoby, w tym najbliższa rodzina i dwóch najwierniejszych przyjaciół. Ludwik wiedział, że jego ukochana Elodie powinna się o tym dowiedzieć, ale jeszcze nie czuł się na siłach, aby jej o tym mówić.
- Tak, to prawda - potwierdził słowa przyjaciela Ludwik - Mówiłeś już o tym Blanche?
- Jeszcze nie, ale w końcu będę musiał. Jest przecież moją żoną. Nie powinno się mieć tajemnic przed żonami. Zwłaszcza tymi, które się kocha.
- Tak, wiem o tym. Poza tym, ona też należy do moich przyjaciół. Powinna o tym wiedzieć, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nic jej nie mów. Muszę najpierw o tym opowiedzieć Elodie.
Ponownie milczeli przez chwilę. Potem Ludwik spojrzał na Francois i spytał:
- A skoro już mowa o Elodie, to powiedz mi... Czy można kochać kobietę tak całkowicie czystym uczuciem? Nie pożądając jej fizycznie? Ani nie pragnąc mieć jej nagiej w swoich ramionach przez całą noc?
- Naturalnie, że można - odpowiedział dowcipnie Francois - Jeżeli oczywiście umiesz okłamywać samego siebie.
- Nie rozumiem.
- Bo widzisz, przyjacielu... To, co mówisz, to jest jedna z wielu masek, które lubi nakładać instynkt utrwalania gatunku, zwłaszcza wtedy, gdy jest cyniczny.
Ludwik parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Instynkt, gatunek, instynkt utrwalania czegoś i utrwalanie gatunku - rzekł, nie kryjąc swego rozbawienia - Trzy słowa, a cztery głupstwa.
- Zrób szóste i ożeń się - powiedział Francois.
- Szóste? - zdziwił się Ludwik - A gdzie jest piąte?
- Piąte już zrobiłeś. Zakochałeś się - odparł Francois.
A widząc rozbawioną twarz Ludwika, szybko dodał:
- A co? Uważasz, że nie jesteś w stanie w swoim wieku tego zrobić? Mylisz się. Masz zaledwie trzydzieści lat. To epoka najlepszej miłości. Najlepszej, a przy okazji też i najgorszej.
- Dlaczego?
- Najlepszej, bo to już czas na dojrzałe zakochanie. I najgorszej, bo jeżeli w tym wielu spotka cię zawód miłosny lub inna tragedia, to z takiej miłości możesz już nie wyjść cało.
- Znawcy mówią, że to pierwsza miłość jest najgorsza.
- A nieprawda, bo pierwsza jest niedojrzała i dziecinna, zaboli cię i owszem, jak wszystkie inne miłości, ale jeżeli nie okażesz się takim głupcem jak Werter, to wtedy przebolejesz ją i będziesz żyć dalej, właśnie dlatego, że pierwsza miłość jest zwykle bardzo niedojrzała, szybko przychodzi, ale potrafi i szybko przeminąć. Po niej czeka cię sto innych, ale po sto pierwszej już raczej nic.
- A która jest ta sto pierwsza?
- Trudno powiedzieć. U każdego człowieka wygląda to inaczej. Ale wiadomo, że w przypadku takiej miłości nigdy już nikogo tak nie pokochasz i nigdy już nie będziesz tak szczęśliwy w miłości. W życiu każdego człowieka to następuje, że się raz wreszcie porządnie zakocha i to tak silnie, że już nie będzie w stanie pokochać kogokolwiek tak samo silnym uczuciem. Wtedy pokocha najmocniej na świecie i albo zwycięży, zyskując wzajemność i wielkie szczęście, albo do końca będzie już nieszczęśliwy.
- Albo ukochana osoba mu umrze i wtedy nie będzie już w stanie znowu się zakochać i z kimkolwiek związać.
- Tak, może i tak być. Ale spokojnie, ciebie i Joanny to nie dotyczy.
- Skąd to wiesz?
- Przecież pokochałeś Elodie, prawda? Jesteś zatem zdolny do miłości i to do miłości całkowitej. Kochasz ją, pragniesz jej i marzysz o tym, aby mieć ją znowu w swoich ramionach, całować ją, a także pragniesz czegoś więcej. To stąd twoje w tym względzie pytania, prawda? Czy istnieje miłość mężczyzny do kobiety czysta i bezinteresowna, pozbawiona erotyzmu? Odpowiem ci... Istnieje, jeżeli dotyczy ona ojca i córki albo dziadka i wnuczki. W przypadku zdrowych mężczyzny i kobiety, spoza tej listy, nie ma szans na brak pożądania.
Ludwik uśmiechnął się, zadowolony przenikliwością przyjaciela i odparł:
- Z Elodie czuję się niesamowicie. Nie umiem tego wyjaśnić, ale czuję do niej coś tak silnego, że nie umiem przestać o niej myśleć. Ona jest po prostu cudowna. A kiedy przypomnę ją sobie w tym stroju Hayde... To po prostu ogarnia mnie tak wielkie szaleństwo uczuć, że po prostu z trudem się opanowuję. Po prostu przy niej się czuję wyjątkowo pod każdym względem, ale nocami marzę o niej, że leży obok mnie i mogę ją tulić do siebie. Nie chcę jednak, aby ona o tym wiedziała. Nie chcę, aby myślała, że tylko jej pragnę. Zastanawia mnie czasami, czy to normalne, czuć do niej coś takiego.
Francois zachichotał i delikatnie trącił go w ramię.
- Oczywiście, że normalne. A co myślałeś? Nie przejmuj się tym jednak. Ty ją kochasz, nie chcesz jej skrzywdzić, zatem wszystko w porządku.
Ludwik uśmiechnął się uszczęśliwionymi tymi słowami i zmienił temat. Nie był co prawda pewien tego, czy przyjaciel go zrozumiał. A może on sam nie zdołał w odpowiedni sposób wyrazić, o co mu chodzi? A może nie umiał tego zrobić? Bo jak powiedzieć o tym, że najbardziej go niepokoi to, czy on umie jeszcze kochać i czy to, co czuje do Elodie jest miłością czy jedynie pożądaniem? Wątpliwości te naszły go dopiero niedawno, kiedy zobaczył ukochaną w tym ponętnym stroju. To wtedy pojawiły się w jego głowie obawy, że jedyne, co do niej czuje, to pociąg i nic ponadto. Nie wiedział jednak, jak to wyrazić słowami i dlatego używał podczas rozmowy z przyjacielem jedynie takich delikatnych pytań oraz odpowiedzi, które nie ukazałyby go w negatywnym świetle. Jednak mimo tego, kiedy myślał nad tym wszystkim wówczas, gdy szedł spać, zrozumiał, że Francois jednak rozwiał jego obawy. Odpowiedział mu szczerze i uczciwie, a ponadto powiedział to, co Ludwik przyjął za bardzo dobrą monetę. Słowa przyjaciela mówiły mu wyraźnie, że jeżeli do Elodie czuje nie tylko uczucie platoniczne, ale i fizyczne, jest to zupełnie, ale to zupełnie normalne. A to, że od niedawna więcej myśli on o tej drugiej sferze uczuć niż o tej pierwszej, to nie oznacza niczego złego. Jak przecież można nie pragnąć takiej cudownej dziewczyny jak Elodie? Może rzeczywiście nie ma w tym nic, ale to nic złego, pod warunkiem, że nad tym uczuciem panuje i nie jest ono jedynym uczuciem do niej? Bo przecież nie jest. Niekiedy nachodziły go takie obawy w tej sprawie, ale rozmowa z Francois, choć nie wyznał mu całej prawdy i nie mówił z nim wprost, pomogła mu to zrozumieć.
Gdyby jednak pojawiły się jeszcze jakieś wątpliwości, a te mogą się jeszcze pojawić, to lepiej będzie, jeżeli będzie się trzymał tej pewności, jaką teraz zyskał i podtrzymywał ją dalszymi spotkaniami z Elodie. Wierzył, że dzięki nim na pewno jego uczucia do ukochanej rozwiną się w taki sposób, iż z czasem już nigdy więcej nie będzie żadnych wątpliwości w tym kierunku.

***

Następnego dnia Ludwik i Elodie wędrowali ulicami Paryża w towarzystwie Francois i Blanche, rozmawiając ze sobą wesoło na przyjemne dla nich tematy. W tej rozmowie przodował Ludwik, żartując i rozbawiając całą kompanię. Jego żarty były tak genialne, że wszyscy niemalże płakali ze śmiechu, kiedy je opowiadał.
- Och, Ludwiku! Jesteś naprawdę strasznie dowcipny - powiedziała Elodie, ocierając sobie palcem łzy wywołane śmiechem.
- Jeszcze chwila i zaraz tutaj pęknę - dodała Blanche, również ocierając sobie z oczu łzy śmiechu.
- Naprawdę, spotkania z naszym kochanym Ludwisiem są zawsze wspaniałe - rzekł Francois.
Ludwik uśmiechnął się serdecznie do przyjaciół i powiedział:
- Naprawdę bardzo wam dziękuję za tak miłe słowa. Jesteście niezwykle mili.
- I szczerzy, bo nasze komplementy są zawsze szczere - zauważyła Elodie.
- Nigdy w to nie wątpiłem - odpowiedział Ludwik, uśmiechając się do niej.
Nagle zauważyli idącą w ich kierunku Martę. Była ona ubrana skromnie, ale dość elegancko, a przynajmniej na tyle, na ile ją było stać. Pod nosem powtarzała sobie jakieś słowa, możliwe, że tekst piosenki i początkowo nie zwróciła uwagi na wesołą kompanię. Jednak kiedy zbliżyła się do nich, nagle ich dostrzegła, po czym uśmiechnęła się serdecznie na widok Ludwika i zawołała:
- Ludwik, to ty?! Miło mi cię znowu widzieć!
- Witaj, Marto. Ciebie też miło widzieć.
Książę bawarski serdecznie powitał dawną koleżankę z aktorskiej trupy, po czym przedstawił ją swoim przyjaciołom.
- Marto, to moi przyjaciele: Elodie, Francois i jego żona Blanche. A to Marta, artystka rewiowa. Kiedyś należała do trupy aktorskiej, w której ja, nie chwaląc się, występowałem i doskonale się bawiłem. Obecnie jednak trupa się rozpadła. To jest, nie tak do końca, bo jeszcze jej resztki podróżują po Europie i dają przedstawienia, ale niewielu już ich tam pozostało. Z prawie trzydziestoosobowej trupy zostało już tylko dziesięcioro.
- To z nimi występowałeś wtedy na placu w Wiedniu? - zapytała Elodie.
- Tak, zgadza się - odpowiedział Ludwik - I to oni dali przedstawienie na balu u cesarza Austrii, które tak ci się podobało.
- Przedstawienie, w którym notabene, sam wziąłeś udział jako Mefistofeles - zauważyła wesoło Blanche.
Marta spojrzała uważnie na Ludwika i zapytała:
- No proszę. Chcesz powiedzieć, że dalej występujesz na scenie?
- Teraz to tylko okazjonalnie, ale lubię to robić - odpowiedział Ludwik - To dla mnie prawdziwa przyjemność.
- To wspaniale, może kiedyś czasem coś zaprezentujesz na scenie? Nie będę ukrywać, chętnie bym cię znowu zobaczyła podczas jakiegoś występu.
Następnie spojrzała na Elodie, Francois i Blanche, po czym powiedziała:
- Nie wiem, czy mi uwierzycie, ale naprawdę był wspaniałym artystą. Tak nas umiał rozśmieszyć, a publiczność porwać swoją grą, że czasami żałowaliśmy, iż jest on księciem, a nie prostym człowiekiem jak my, bo w grze chwilami nie miał sobie równych.
- Wiem, widziałyśmy z Blanche jego występ - odpowiedziała wesoło Elodie, patrząc przy tym na Ludwika z uśmiechem na twarzy - Przyznaję, że nie miał on sobie równych na scenie.
- Potwierdzam, grał ze wszystkich aktorów najlepiej - dodała Blanche.
- Już jako student, grywał czasami w naszym amatorskim teatrze studenckim - zauważył Francois - No i nie będę przed wami taił, był po prostu świetny.
- Wcale mnie to nie dziwi - odpowiedziała Marta z uśmiechem.
Ludwik zadowolony i ucieszony tak licznymi pochwałami, lekko skinął przed swoimi rozmówcami głową, po czym zapytał:
- A przy okazji, to mam takie małe pytanko. Dokąd się wybierasz, Marto?
- Ano właśnie, bo całkowicie bym zapomniała! - zawołała artystka, lekko się uderzając dłonią w czoło - Ja mam przecież ważną sprawę do załatwienia. Jestem na dzisiaj umówiona w miejscowym teatrze na rozmowę. Dyrektor szuka artystów do przedstawień i zamierza postawić na nowe twarze. Dlatego ja zamierzam się u niego zatrudnić. Jak dobrze wypadnę, to zacznę pracę w lepszym miejscu niż ten głupi kabaret. On nie jest zły, ale to dobre na jakiś czas. Poza tym, jaka klientela tam przychodzi i jakie przedstawienia możemy ludziom dawać my, artyści? O nie, w kabarecie nie ma stałego miejsca dla szanujących się aktorów. Teatr... O, teatr to co innego! To jest miejsce dla mnie. Dlatego chcę spróbować swoich sił na scenie teatru. I wierzę, że mi się uda.
- Wiara to połowa sukcesu - powiedział Francois.
Marta spojrzała na Ludwika i jego przyjaciół, zastanowiła się przez chwilę, po czym zaproponowała:
- Słuchajcie, a może pójdziecie tam ze mną? Na moją próbę?
- My? Na twoją próbę? - zapytał Ludwik.
- A to wolno tak sobie przychodzić na czyjąś próbę talentu? - spytała Elodie.
- Owszem, można. Teraz nie ma przedstawienia, można zatem przyjść i sobie popatrzeć - odpowiedziała Marta - Zwłaszcza, jeśli jest się znajomym aktora bądź aktorki. A przecież wy jesteście moimi znajomymi.
Ludwik chętnie przystał na tę propozycję, ale nie był pewien, co na to Elodie, Francois i Blanche, ponieważ nie chciał podejmować decyzje za nich, ani też nie chciał tam iść sam. Jednak widząc, że każde z nich uśmiecha się i kiwa delikatnie głową na znak, iż wyraża zgodę, zadowolony spojrzał na Martę i powiedział:
- A więc chodźmy.
Decyzja została podjęta i wszyscy udali się do teatru. Gdy tylko tam dotarli, to weszli do środka, a tam Marta powiedziała w recepcji, że jest artystką i ma tutaj umówione spotkanie z dyrektorem, a towarzyszą jej przyjaciele, którzy przyszli jej kibicować. Oczywiście wpuszczono ich bez żadnych ceregieli. Kiedy to nastąpiło, weszli na widownię, gdzie czekał już na nich dyrektor. Właściwie, nie czekał na nich, ponieważ siedział on właśnie w jednym z foteli w pierwszym rzędzie i z dużą uwagą przyglądał się występowali jakiegoś artysty wykonującego jakąś piosenkę. Nie chcąc przeszkadzać, Ludwik i jego przyjaciele odczekali cierpliwie, aż występ dobiegnie końca, a kiedy to już się stało, dyrektor zadowolony wstał z miejsca, po czym zawołał:
- Doskonale, proszę pana! Jest pan przyjęty!
Aktor zeskoczył ze sceny i zaczął dziękować, a dyrektor zadowolony uścisnął mu dłoń i dopiero wtedy dostrzegł Martę i jej kompanię. Powiedział więc artyście, aby następnego dnia przyszedł do teatru i wtedy podpiszą kontrakt. Następnie, gdy młody mężczyzna już wyszedł, zbliżył się do Marty i powiedział:
- Witam serdecznie, panno Marto. Miło mi, że pani przyszła. Rozumiem, że nadal chce pani pracować w naszym teatrze.
- Oczywiście, proszę pana - odpowiedziała mu Marta.
- Doskonale. Wiem, że pani dotychczas występowała w kabarecie, ale mówiła pani też, że prócz tego brała pani udział w teatrze objazdowym.
- To wszystko prawda.
- I dlatego uważam, że może się pani jak najbardziej nadawać do poważnych przedstawień, jak i do prostych występów dla mniej wymagającej widowni. Bo jak pani zapewne wie, w tym teatrze wystawiamy to i to. Nie grymasimy, bo publikę mamy różną i musimy być przygotowani na taką i na taką publiczność.
- Wiem o tym i jestem gotowa na różne przedstawienia.
- Doskonale. To bardzo dobrze, bo jak powiedziałem, różna tu bywa publika i do każdej z nich trzeba jakoś dotrzeć.
- Potrafię być dobrą aktorką i prostą komediantką.
- Nie wątpię w to. No cóż... Niech pani wejdzie na scenę i pokaże mi, co pani potrafi. A pani przyjaciół zapraszam na miejsca dla widzów. Mogą pani kibicować.
Ludwik, Elodie, Francois i Blanche usadowili się w najwygodniejszych dla siebie miejscach, a Marta weszła na scenę i zaczęła na polecenie dyrektora śpiewać jakąś francuską piosenkę. Gdy dyrektor przyklasnął jej występowi i zaproponował, aby zadeklamowała fragment jakieś sztuki. Na szczęście Marta, przebywając już od dawna we Francji, nauczyła się wielu ciekawych ustępów z Moliera i Szekspira na pamięć, oczywiście po francusku i dała sobie radę.
- Doskonale, bardzo mi się podoba - powiedział po chwili dyrektor, szczerze zachwycony - A w duecie coś pani potrafi wykonywać?
- Owszem, wiele razy pracowałam w duecie - odparła Marta - Mogę pokazać panu, tylko skąd wziąć kogoś do duetu?
- A może Ludwik? - zaproponowała Blanche wesołym tonem.
Ludwik delikatnie się zmieszał tą propozycją, nie wiedząc, czy powinien on to robić, ale zadowolona pomysłem Elodie, która bardzo chciała znowu zobaczyć ukochanego na scenie, powiedziała:
- To doskonały pomysł! Ludwiku, zaśpiewaj razem z Martą!
Książę spojrzał na dziewczynę nieco zdumiony, ale widząc jej radość, a także równie wielką wesołość u swoich przyjaciół, łatwo zrozumiał, że protestowanie w tej sprawie nie ma najmniejszego sensu i nawet tego nie próbował. Uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
- No dobrze, skoro publiczność prosi, to się nie odmawia.
- Zasada każdego porządnego teatru - powiedział rozbawiony tym pomysłem dyrektor - Zapraszam pana na scenę, panie Ludwiku. Tylko niech się pan niczym nie przejmuje. W końcu to nie pan jest dzisiaj egzaminowany.
Ludwik odpowiedział na to uśmiechem, po czym spojrzał ponownie na swych przyjaciół, a widząc ich miny, które zachęcały ją do działania, wstał z miejsca, po czym wszedł na scenę i dołączył do Marty.
- To zaśpiewajcie państwo coś wspólnie - zaproponował dyrektor.
- Ale co konkretnie? - zapytała Marta.
- Wszystko jedno, byle ciekawego - odpowiedział mężczyzna.
- Ale ja znam tylko kilka piosenek po francusku - powiedział Ludwik - Bo ja jestem z Bawarii, proszę pana i francuski pamiętam jeszcze z czasów studenckich, z których to pamiętam jeszcze kilka piosenek.
- To proszę zaśpiewać jedną z nich - rzekł na to dyrektor.
- To może „Okładka łatwo cię może zwieść”? - zaproponował Ludwik.
- Znam to, świetna piosenka - stwierdziła Marta.
- Doskonale, a więc do dzieła! - zawołał dyrektor, zgadzając się.
Elodie, Blanche i Francois zaczęli z uwagą wpatrywać się w scenę, nie mogąc się już doczekać występu przyjaciela, po którym spodziewali się wręcz cudownej zabawy. Widok ich zadowolonych i radosnych twarzy sprawiał, że Ludwik poczuł się od razu jak w swoim żywiole i dał znak Marcie, iż mogą zaczynać. Dyrektor z radością wskazał palcem na pianistę, siedzącego przy swoim instrumencie z boku pod sceną, ten zaczął grać i muzyka powoli dotarła do uszy artystów. Ci zaś w ten sposób otrzymali znak, że już pora i rozpoczęli występ. Pierwsza zaczęła śpiewać Marta:

Stryjek Gutenberg wielbił księgi,
Mieszkał sobie w Paryżu
I milion tomów w gabinecie miał.
Nałogowo mi je czytał,
Bo w nałogu ciągle żył,
Lecz był światłym bibliofilem
Dobrze pewną on mądrość znał.

Zaraz potem Ludwik i Marta zaczęli razem śpiewać, wykonując przy tym w ciekawy i zarazem fantazyjny sposób wesoły taniec:

Okładka łatwo cię może zwieść,
Więc książkę otwieraj, wejdź w jej treść,
A z liter linijek wnet odkryjesz,
Że ten król to zwykły kmieć.
Tytuł to zaledwie znak,
Zachęta mała, coś na smak,
Lecz przekaz czasem złudny może nieść.
Bo okładka ma sznyt, który łatwo cię może zwieść.

Artyści wykonali na scenie kilka tanecznych fikołków, a zaraz potem Ludwik, bo na niego teraz przyszła kolej, zaśpiewał:

Baronowa Hiacytrasz kokosy skryła w żarze plaż.
Tam tylko uśmiech zdobił ją.
I dwa pióra oraz list.
Więc nikt jej nie chciał okraść,
Bo jaki miałby z tego zysk?
Bo kto Adama nosi strój,
Ten biedny zdaje się jak mysz.

Następnie ponownie Ludwik i Marta, wykonując jednocześnie wesoły taniec, zaśpiewali jednocześnie:

Okładka łatwo cię może zwieść,
Więc książkę otwieraj, wejdź w jej treść,
A z liter linijek wnet odkryjesz,
Że ten król to zwykły kmieć.
Tytuł to zaledwie znak,
Zachęta mała, coś na smak,
Lecz przekaz czasem złudny może nieść.
Bo okładka ma sznyt, który łatwo cię może zwieść.

Piosenka dobiegła końca, a wówczas z widowni posypały się brawa. Bił je nie tylko dyrektor, ale także Elodie, Francois i Blanche. Brawa bił również muzyk przy pianinie, będąc nie mniej zachwycony niż pozostali.
- Brawo, doskonale! - zawołał radośnie dyrektor teatru, wstając z miejsca, po czym podchodząc do Marty i Ludwika, którzy właśnie zeszli ze sceny.
Uściskał im obojgu dłonie, a dłoń Marty nawet ucałował z szacunkiem, zaś z jego ust poleciał potok pochwał.
- Była pani wspaniała, panno Marto. Jestem pod wrażeniem. Nie potrzeba mi więcej dowodów pani talentu. Jest pani przyjęta.
Marta pisnęła z radości i mocno uściskała Ludwika, a spojrzała na dyrektora, składając mu wielkie podziękowania za danie jej szansy i zaczęła obiecywać, że na pewno pan dyrektor nie będzie miał powodów do narzekania na nią, że doskonale sobie da radę, że udowodni wszystkim widzom swój talent i ludzie ją pokochają.
- Nie wątpię w to - odpowiedział na to dyrektor z zadowoleniem w głosie - A pan, panie Ludwiku? Pan też występował wspaniale. Czy nie myślał pan o pracy w naszym teatrze?
Elodie i Blanche parsknęły śmiechem, słysząc tę propozycję, a Francois lekko zachichotał, czekając z ciekawości na odpowiedź Ludwika. Ten zaś powiedział:
- Pana propozycja sprawia mi naprawdę olbrzymią przyjemność, ale niestety muszę panu odmówić. Nie jestem zawodowym aktorem, gram jedynie od czasu do czasu i dla przyjemności. Mam inną pracę i jej się muszę poświęcić.
Dyrektor posmutniał, kiedy to usłyszał, ponieważ oczami wyobraźni widział już ten genialny duet, zachwycający swoimi występami milionową publiczność w jego teatrze. Mimo wszystko, uścisnął znów dłoń Ludwika i powiedział:
- Rozumiem pana. Jest mi przykro, ale rozumiem. Widocznie ma pan zupełnie inne przedstawienie przed sobą.
- Sam bym tego lepiej nie ujął - powiedział Francois rozbawiony jak nigdy.
- Rozumiem i nie naciskam - odparł dyrektor - Jeśli jednak kiedyś zechce pan zagrać w moim teatrze, to może pan być pewien, że na pewno panu to umożliwię.
- Och, dziękuję panu - powiedział Ludwik wzruszony propozycją - Z wielką przyjemnością u pana wystąpię przy najbliższej okazji. Jeżeli tylko będzie taka.
- Wierzę, że będzie. Proszę pamiętać o tym, gdy znowu będzie pan w pobliżu. Ta scena jest po prostu dla pana stworzona. Albo pan dla tej sceny.
Po tych słowach, dyrektor ponownie uściskał dłoń Ludwika, który uśmiechnął się do niego życzliwie, życzył powodzenia Marcie i skierował się ku wyjściu wraz ze swoimi przyjaciółmi.
- Ludwiku, naprawdę byłeś doskonały - powiedziała Blanche.
- Doskonały, tak jak wtedy w Austrii - dodała z zachwytem w głosie Elodie.
Z całej grupy, to właśnie ona była najbardziej pełna podziwu dla Ludwika i jego talentu aktorskiego. Nie ukrywała i nie zamierzała ukrywać, że książę jest w jej oczach naprawdę wspaniałym artystą, a podziwianie go na scenie jest dla niej prawdziwą przyjemnością. Żałowała, że sama takiego talentu nie ma, ale uznała, że nie można mieć wszystkiego. Poza tym i tak oboje mieli o czym rozmawiać i jak spędzać ze sobą czas, żeby nie musieć żałować tego, iż nie musi z nim występować na scenie.
- Jak dla mnie, nasz drogi Ludwiczek zdecydowanie minął się z powołaniem - powiedział dowcipnym tonem Francois.
- A z tym się zgadzam, choć może nie tak radykalnie jak ty - dodała Blanche - Jak dla mnie, to dobrze, że jest on księciem. Jako książę może więcej zdziałać na tym świecie i więcej dobrego w ten świat przynieść. Ale uważam, zapewne tak jak i wy wszyscy, że gdyby nie był następcą tronu Bawarii, to mógłby być znanym na całym świecie znakomitym aktorem.
- Podpisuję się pod tym obiema rękami - powiedziała Elodie.
Ludwik zachichotał, rozbawiony i wzruszonymi tymi komplementami.
- Miło mi, że tak mówicie i doceniacie mój talent. Nie chcę się chwalić, ale moim zdaniem dobrze sobie radzę jako aktor.
- Nie chcesz się chwalić, ale właśnie to robisz - rzuciła zadziornie Elodie.
- Och, Elodie. Jak możesz? Przecież ja tylko stwierdzam oczywiste fakty. A te są takie, że kocham sztukę i scenę.
- Nikt tego nie neguje, Ludwisiu. Tylko odrobina więcej skromności w twoim stwierdzaniu faktów by nie zaszkodziła.
Ludwik uśmiechnął się do Elodie, patrzącej na niego z figlarnymi iskierkami w oczach i powiedział:
- No, ale tak czy inaczej, nie mogę zostać zawodowym aktorem. Marta mi raz powiedziała, że jej zdaniem aktorstwo to dla mnie przede wszystkim dobra zabawa i tym się od siebie różnimy, że dla niej to sposób na zarabianie na życie, a dla mnie jedynie przyjemna odskocznia od obowiązków. I wiecie co? Ma rację. Naprawdę w tej sprawie ma rację. Ja kocham sztukę i scenę, ale czy umiałbym żyć jako aktor i to jeszcze wędrowny? Czy umiałbym tak żyć na dłuższą metę? Czy ja, wychowany w luksusie i zbytku, umiałbym z tego tak całkowicie zrezygnować? No, może ze zbytku i luksusu tak, ale nie z wygody, jakie one dają. Poza tym, nie gnuśnieję. Ja naprawdę mogę wiele zrobić jako przyszły władca Bawarii i zamierzam to robić. W zasadzie już robię, ale nie będę tu zdradzać szczegółów, bo znowu ktoś powie, że się chwalę.
Elodie zrobiła do niego zadziorną minę, gdyż doskonale wiedziała, że do niej jest ta aluzja, a Ludwik ciągnął dalej:
- Tak czy inaczej, muszę być tym, do czego zostałem stworzony. Ale z bycia aktorem nie zamierzam całkowicie zrezygnować. Gdy tylko będę miał możliwość, zagram na scenie niejeden jeszcze raz. I będę promował artystów. Bawaria stanie się za naszych czasów kolebką kultury i sztuki.
- A król Bawarii będzie mecenasem tej kolebki oraz aktorem - powiedział na to żartobliwym tonem Francois - Nie boisz się, że to ostatnie sprawi, że ludzie cię wezmą na języki?
- Nie, a niby czemu? - odpowiedział na to Ludwik beztrosko - Ja mam do tego takie podejście, jak w tej piosence z czasów studenckich. Pamiętasz ją, Francois?
Następnie zaczął wesoło śpiewać:

Są tacy ludzie, co martwią się zawsze.
Wszędzie znajdują tragedie najłzawsze.
Muszą się smucić, jawnie czy też skrycie,
Choć każdy przyzna, że piękne jest życie.
Gdyby szli wszyscy za moim przykładem,
Mieliby humor, tak jak i ja mam!
Na splin recepta jest, nie kryję wcale.
Całkiem bez „ale”, wszystkim darmo dam!

Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce.
Woda jest zimna, usta gorące.
Niebo błękitne, oczy czarne,
Dni posrebrzane, noce parne.
Gwiżdżę na wszystko, śpiewam z humorem.
Maluję serca złotym kolorem,
A sekret tego jest wciąż ten sam,
Że ciebie, miła, tak blisko mam.

Francois zachichotał, ponieważ doskonale znał tę piosenkę i dla zabawy teraz on zaczął śpiewać kolejną zwrotkę:

Słonecznie było, gdy byliśmy razem.
Ja byłem dziadem, ty byłaś obrazem.
Słowa jak grochy, a ty jak ściana
I notabene też pomalowana.
Lecz dni mijają i to się skończyło.
Ty sobie poszłaś, ja zostałem sam
Ale to dziwnie jakoś się złożyło,
Że nie rozpaczam, no i humor mam!

Ludwik rozbawiony i zadowolony, że przyjaciel pamięta ten utwór, spojrzał z radością na Francois, po czym obaj zaśpiewali refren:

Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce.
Woda jest zimna, usta gorące.
Niebo błękitne, oczy czarne,
Dni posrebrzane, noce parne.
Gwiżdżę na wszystko, śpiewam z humorem.
Maluję serca złotym kolorem,
A sekret tego jest wciąż ten sam,
Że ciebie, miła, tak blisko mam.

Elodie i Blanche zaczęły wesoło bić brawo swoim ukochanym, rozbawione i to na całego ich występem.
- Widzę, że nie tylko Ludwik minął się z powołaniem - powiedziała Elodie.
- Zgadzam się. Mój mąż nie jest wcale gorszy jako artysta - dodała Blanche.
- Uznaję to za komplement - odparł na to Francois.
Ludwik nic nie powiedział. Przysłuchiwał się jedynie śmiechowi Elodie, tak uroczemu i słodkiemu, jak dźwięk tysiąca uroczych malutkich dzwoneczków, które przyjemnie pieszczą ucho słuchającego i sprawiają, że nawet jeżeli jest w niezbyt dobrym nastroju, to musi pod ich wpływem się uśmiechnąć, do czego ma jeszcze większą ochotę, kiedy jest w dobrym humorze, czyli w takim, w jakim Ludwik był w tamtej chwili.

***

Kolejny dzień przyniósł zupełnie inne atrakcje dla Ludwika i Elodie. Oboje z ciekawości obejrzeli bibliotekę cesarzowej Eugenii, ponieważ podczas rozmów na temat najnowszych książek ulubionych pisarzy nie byli pewni, czy aby wszystkie je posiada władczyni Francji. Ponieważ przebywali cały czas na terenie pałacu, to przyzwoitka nie była im potrzebna i mogli pozostać całkowicie sami. Wykorzystali tę możliwość, aby dokładnie i bez pośpiechu przejrzeć zbiory cesarzowej. Ludwik był nimi naprawdę zachwycony. Zobaczył w niej wiele znakomitych dzieł, jakie i on posiadał w swojej bibliotece, oczywiście przetłumaczone na język niemiecki, co wszakże w jego przypadku nie było konieczne, bo doskonale znał francuski i to nie tylko w mowie, ale i w piśmie, jednak Ludwikowi to nie przeszkadzało, ponieważ był zdania, że najprzyjemniej się wszakże czyta książki w swojej ojczystej mowie.
W bibliotece jednak znalazło się również kilka tytułów jeszcze księciu wcale nie znanych. Jedno z nich szczególnie przykuło uwagę Ludwika, a była to krótka powiastka Prospera Merimee „Carmen”. Opowieść o losach pewnej Cyganki o tak podłym charakterze, że doprowadza zakochanych w niej mężczyznach do zguby. Najpierw wiąże się z pewnym bandytą, potem podczas kłótni w fabryce cygar, w której pracuje, rani nożem koleżankę, za co zostaje aresztowana, ale uwodzi ona młodego sierżanta Don Josego, który puszcza ją wolno, za który to czyn sam trafia do aresztu. Carmen jednak, bo tak nazywa się nasza okrutna Cyganka, pomaga mu uciec i zabiera go do bandyckiej kryjówki, a tam Jose odkrywając, że Carmen ma męża, zabija go w pojedynku i sam zostaje mężem ukochanej. Ta jednak szybko się nim nudzi i zaczyna wzdychać za bożyszczem tłumów, młodym i przystojnym torreadorem Escamilio. Gdy Jose to odkrywa, zrozpaczony próbuje zachować przy sobie ukochaną, a kiedy mu się to nie udaje, przebija ją nożem, na zawsze w ten sposób pieczętując swój los.
Tak oto w skrócie przedstawiała się fabuła owej powiastki, którą Ludwik oraz Elodie we dwoje postanowili bliżej poznać. Słyszeli o niej już wcześniej, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji, aby to zrobić, a teraz trafiła im się szansa i nie chcieli jej zmarnować. Dlatego zasiedli przy stoliku i zaczęli z uwagą czytać powieść. Nie obejrzeli się nawet, kiedy już przeczytali oboje całą książkę w około trzy godziny. Siedząc obok siebie i trzymając wspólnie powieść i razem czytając całą jej treść, tak doskonale się bawili, że nawet nie zauważyli, jak doskonale im minął czas i jak wspaniale się przy tym czuli.
Na dworze cesarskim dość szybko informacja o tym rozeszła się między nie tylko dworzanami, ale i dyplomatami, a nawet dotarła do samego Napoleona III, który nie omieszkał o wszystkim opowiedzieć swojej żonie, która z kolei nie kryła swego zadowolenia z powodu tego, co wielu innych uważało za co najmniej dość dziwaczny pomysł. Dworzanie żartowali, że książę Ludwik i księżniczka Elodie w kilka godzin, które mieli jedynie dla siebie, czytali książkę. Chociaż panował tutaj wielki szacunek do literatury, to jednak mole książkowe budziły w tym miejscu, co najmniej politowanie. Ludwik i Elodie jednak, idąc przykładem piosenki, którą to wczoraj śpiewał sobie książę bawarski i jego przyjaciel, gwizdali na to wszystko, choć głośno tego nie powiedzieli, poprzestając jedynie na ignorowaniu wszelkich w tej sprawie złośliwości, jakie na ten temat padały. Oni byli zadowoleni z tak dla siebie mile spędzonego czasu i nie zamierzali tego się wstydzić.
Innego dnia zostali zaś zaproszeni do domu Aleksandra Dumasa ojca, który to miał do nich naprawdę bardzo ciekawą wiadomość. Zaintrygowani bardzo z tego powodu Ludwik, Elodie, Francois i Blanche udali się do pisarza, w głowach sobie już układając różne ciekawe teorie na temat tego, z czym zostali wezwani. Jednak nawet najbardziej śmiałe pomysły w tej sprawie okazywały się całkowicie blade w porównaniu z tym, jaki był prawdziwy powód.
- Witajcie, moi kochani! - zawołał radośnie Aleksander Dumas ojciec, mocno ściskając Ludwika i Francoisa, a potem serdecznie całując w rękę Elodie i Blanche - Bardzo miło mi was widzieć. Cieszy mnie, że przyjęliście moje zaproszenie.
- Jak moglibyśmy nie przyjąć tak miłego zaproszenia? - zapytała Elodie.
- Jednak ciekawi mnie, co jest tego przyczyną - dodał Ludwik.
Dumas ojciec uśmiechnął się do nich ponownie, po czym poprowadził ich do salonu, gdzie czekał już, siedzący przy stoliku jego potomek, poznany już też przez naszych bohaterów Aleksander Dumas syn, znany tu od kilku lat pisarz romansów salonowych.
- Pamiętacie mojego syna, Aleksandra? - zapytał Dumas ojciec i zachichotał - Racja, jak moglibyście go nie pamiętać. Utalentowany chłopak i moja prawdziwa duma. Mój potomek, mój imiennik i zarazem mój dziedzic pod względem talentu. Z takiego syna każdy ojciec byłby dumny.
- Ojcze, nie przesadzaj - zaśmiał się lekko zmieszany tymi komplementami Aleksander Dumas syn.
- Widzicie, jaki skromny? To naprawdę wspaniały młody człowiek. I to lepszy nawet niż ja, bo skromny, czego o mnie powiedzieć się nie da - zażartował sobie Aleksander Dumas ojciec - A najlepszym dowodem jego wielkości jest to, że jego powieść została niedawno przerobiona na operę.
- O, to rzeczywiście wielki sukces - zgodził się Ludwik.
- I to nie byle jaką operę, ale włoską - dodał Dumas ojciec.
- Włoskie opery zawsze były najlepsze - powiedział Francois - Nie chcę tutaj bynajmniej odbierać splendoru operom naszym, jednak uważam, że włoskiej opery nic nie przebije.
- Zgadzam się, widziałam kilka włoskich oper. Są cudowne - dodała Blanche.
- Potwierdzam. One są po prostu cudowne i tworzone z taką pasją - rzekł na to Ludwik, nie kryjąc swojego zachwytu tą dziedziną sztuki - Zresztą wydaje mi się, że kto jak kto, ale Włosi wszystko robią z pasją.
- Nie inaczej i w tym wypadku też tak jest - powiedział Dumas ojciec - Ale ja chyba zaczynam mówić od końca, a nie od początku, jak należy. Chociaż mój syn czasami zaczyna tak swoje romanse salonowe. Najpierw znamy koniec, a dopiero potem stopniowo poznajemy wszystko, jak doszło do tego końca. Nie myślcie, że to jest zarzut. To bardzo dobry styl, choć ja wolę pisać inaczej.
- Każdy ma swój własny styl pisarski - zauważył Dumas syn.
Ojciec przyklasnął mu zadowolony i zawołał:
- Święte słowa, mój synu. Święte słowa! Ja tam wolę romanse przygodowe w swoich powieściach opisywać, ale zobacz, moje powieści jak dotąd nikt na operę nie przerobił. A tu proszę, twoja powieść ma zaledwie kilka lat i zobacz, już się na jej podstawie doczekałeś opery.
Następnie pisarz spojrzał uważnie na swoich gości i powiedział:
- Powiedzcie mi, proszę. Czy znacie powieść „Dama kameliowa”?
Cała czwórka doskonale ją znała. Od kilku lat ta opowieść o wielkiej miłości młodego arystokraty i uroczej kurtyzany o wielkich sercu i umierającej na gruźlicę, częściowo oparta na romansie samego Aleksandra Dumasa syna i kobiety bardzo podobnej do tej ukazanej na kartach powieści, która właśnie na gruźlicę zmarła, była opowieścią znaną powszechnie w całej Francji i kilku zagranicznych krajach. Dotarła ona także do Bawarii i Ludwik miał możliwość ją przeczytać. Widział też, kiedy Elodie przybyła do Wiednia, jak i ona czytała właśnie tę książkę. Powieść ta była naprawdę piękna pod wieloma względami, a do tego Ludwik częściowo się z bohaterem tej historii utożsamiał. Przecież jego ukochana Joanna zmarła właśnie na gruźlicę w kwiecie wieku i on sam mocno to przeżył. Oczywiście Joasia nigdy nie była kurtyzaną, ale damą z wyższych sfer i wykształconą, ale dla zakochanego człowieka nawet najmniejsze podobieństwo do prawdziwych wydarzeń, wyczytane przez niego w książce, ma ogromne znaczenie i stanowi powód do smutku albo też radości, w zależności od tego, do czego on znajduje to podobieństwo.
- A więc, skoro ją znacie, to wiecie, że to naprawdę doskonałe dzieło - mówił dalej Aleksander Dumas ojciec - Nic więc w tym chyba dziwnego, że zostało ono docenione przez włoskiego kompozytora i wyprodukował on na jej podstawie tak wspaniałą operę, że nie płakać na niej jest chyba dowodem braku wrażliwości. Ta opera nazywa się „Traviata”, a jej kompozytorem jest, wiecie kto? Nie kto inny, tylko sam Giuseppe Verdi.
- Sam wielki Verdi? - zapytał zaintrygowany Ludwik, któremu to nazwisko nie było obce.
- Nie inaczej, on sam - odpowiedział Dumas ojciec - Sam wielki Verdi. I jak się tego zapewne domyślacie, stworzył po prostu wybitne dzieło. No, może nie tak wybitne, jak dzieło mojego syna, ale zawsze. No i wyobraźcie sobie, że pan Verdi przybył niedawno do Paryża i ma wystawiać jutro tę operę i zaprosił mnie i mego syna na premierę jako gości honorowych.
- A my z ojcem pomyśleliśmy, że szkoda by było iść tam samemu - dołączył do rozmowy Dumas syn - I dlatego pomyśleliśmy o was, abyście poszli z nami.
- No właśnie, moi kochani - przytaknął temu Dumas ojciec - W końcu, chyba możemy się nazwać nawzajem przyjaciółmi. A nie wyobrażam sobie, abym miał w jutrzejszym dniu świętować wielki sukces mojego syna bez moich przyjaciół.
- Których i ja mam nadzieję zaliczać do grona swoich przyjaciół - dodał na to Dumas syn.
Zaproszenie to było na tyle urocze, że trudno było mu odmówić. Z tego zatem powodu ani Ludwik, ani reszta kompanii nie byli w stanie dać inną odpowiedź niż tylko pozytywną.

***

Następnego dnia, zgodnie z zapowiedzią pana Dumasa, odbyła się premiera opery „Traviata”. Ludwik, Elodie, Francois i Blanche nie byliby w stanie odmówić sobie takiej wspaniałej atrakcji, tym bardziej, że zostali oni zaproszeni na nią przez swojego przyjaciela i idola literackiego zarazem, czyli Dumasa ojca. Tego rodzaju zaproszenie stanowiło prawdziwy zaszczyt dla całej czwórki, jak i też przyjemność najwyższego poziomu, dlatego z przyjemnością przybyli oni do opery, gdzie zaraz odnaleźli oni obu Dumasów: ojca i syna. Ci powitali ich serdecznie, uradowani z powodu ich obecności.
- Strasznie się cieszę, że tutaj przybyliście, moi kochani - powiedział do nich głosem pełnym serdeczności Dumas ojciec.
- Bardzo nam miło, że przyjęliście nasze zaproszenie - dodał Dumas syn, w którego głosie także można było wyczuć wiele serdeczności.
- No cóż... Tak uroczemu zaproszeniu nie wyobrażam sobie, abyśmy umieli odmówić - odpowiedział na to Ludwik.
- Urocze zaproszenia to przecież mają do siebie, że odmówić im nie sposób - dodał wesoło Francois.
- Zwłaszcza, jeśli prosi o to przyjaciel - rzekła serdecznie Elodie.
Obaj panowie Dumas z radością im jeszcze raz podziękowali za przybycie, po czym poprowadzili ich do swojej loży, w której wygodnie się usadowili.
- Przy okazji, po jakiemu będzie ta opera? - zapytała Blanche.
- Po włosku, oczywiście - odpowiedział jej Dumas syn.
- Czyli w języku wielkiej sztuki - dodał Dumas ojciec.
Blanche i Francois całkiem dobrze znali ten język, choć nie perfekcyjnie. Za to Ludwik i Elodie potrafili się nim doskonale posługiwać i ich wiedza o nim była na tyle duża, że umieli bez problemu zrozumieć, o czym śpiewają tenorzy. Gdyby jednak nie znali tego języka, to i tak bez trudu zrozumieliby treść opery z powodu znajomości pierwowzoru, jak i z powodu swojej wrażliwości, która sprawiała, że uważali oni muzykę, a już zwłaszcza muzykę klasyczną za język uniwersalny i tak bardzo łatwo zrozumiały dla każdego, kto potrafi ją pokochać, a oni potrafili. Oni ją kochali od swoich najmłodszych lat i dlatego zrozumienie jej języka nie byłoby dla nich niczym trudnym, nawet gdyby włoski był im obcy. Ale nie był, dlatego też bez żadnego trudu zrozumieli, o czym jest opera i zachwycili się tym, podobnie jak i niezwykle piękną muzyką i przepięknie wyśpiewanymi ariami. Te chwytały ich za serce i sprawiały, że mogli ich słuchać i słuchać i rozkoszować się tym, jak one są cudowne i jak bardzo trafiały do ich wrażliwych serc.
Po zakończeniu przedstawienia, zewsząd posypała się prawdziwa burza braw. Nikt z widzów nie żałował oklasków i zachwytów, bo i powodów ku temu było tak wiele, że gdyby chciano wszystkie wymienić, zajęłoby to dużo czasu, a i tak wszak nie dawało gwarancji, że się wymieniło wszystkie. Widzowie to wiedzieli i dlatego z przyjemnością bili brawo na dowód swego zachwytu operą. Najgłośniej chyba w tamtej chwili jednak oklaski dawali Ludwik i Elodie, wzruszeni i zachwyceni aż do granic możliwości. Elodie miała łzy w oczach, a Ludwik z trudem powstrzymywał się od płaczu. Do obojga z nich tak mocno przemówił spektakl i chcieli dać tego wyraz jak najbardziej wyraźnie, aby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości w tej kwestii, że opera ich zachwyciła, że chwyciła ich za serce i że na pewno jeszcze, przy najbliższej okazji, zobaczą kolejny jej spektakl. Nikt z osób siedzących wraz z nimi w loży nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Po jednym spojrzeniu na ich twarze, Francois i Blanche oraz obaj panowie Dumas byli w stanie stwierdzić, że opera ich zachwyciła i bardzo wzruszyła. Dlatego nawet nie pomyśleli o tym, aby zapytać o ten fakt. Był on dla nich wręcz oczywisty.
- I cóż powie autor pierwowzoru na temat opery? - zapytała Blanche, patrząc na Aleksandra Dumasa syna.
Pisarz uśmiechnął się zadowolony i odpowiedział:
- Lepszej opery na podstawie mojej powieści nie można było stworzyć.
Po tych słowach zaproponował, aby złożyć podziękowania oraz uszanowanie kompozytorowi, żeby mógł on wiedzieć, jak doskonałe dzieło stworzył. Kiedy zaś do niego szli, zauważyli, że z panem Verdim rozmawia właśnie jakiś młodzieniec. Miał on zaledwie szesnaście lat, ciemne włosy, średni wzrost i sympatyczną twarz.
- Bardzo pana przepraszam, mistrzu, że przeszkadzam, ale naprawdę jakoś nie byłem w stanie się powstrzymać od zrobienia tego - mówił młodzieniec głosem tak bardzo podnieconym, że z trudem panował nad wzruszeniem.
- Ależ nic się nie stało, młody człowieku - odpowiedział mu Verdi, na którego twarzy malował się serdeczny i przyjazny uśmiech.
- Pan zapewne się dziwi, czemu do pana przychodzę, ale widzi pan, ja jestem studentem muzyki i w przyszłości chcę być kompozytorem, jak pan.
- Rozumiem. I chciał pan poznać starszego kolegę po fachu.
- Raczej swojego mentora i wzór do naśladowania.
Verdi zachichotał, rozbawiony tymi słowami.
- Wolałbym raczej określenie „kolegę po fachu”. Uważam, że ono tu bardziej pasuje. Nie wiem, czy nadaję się na mentora, a tym bardziej jeszcze na wzór do naśladowania. Ale mimo wszystko, miło mi słyszeć tak przyjemne słowa.
Rozmawiali przez chwilę na temat komponowania oper, dlatego obaj panowie Dumas i ich przyjaciele odczekali cierpliwie, aby nie przeszkadzać. Poza tym, ten młodzieniec wydawał się im naprawdę sympatyczny i pełen pasji. Byli w stanie go zrozumieć, bo sami posiadali pasję do tego, co robią. Umieli też pojąć, że na widok swego idola ów młody człowiek nie był w stanie zapanować nad chęcią rozmowy z nim. Ludwik szczególnie to rozumiał, sam przecież niedawno miał podobnie, gdy miał możliwość poznać osobiście Aleksandra Dumasa ojca.
W końcu jednak rozmowa dobiegła końca. Verdi udzielił kilku rad swojemu młodemu wielbicielowi i potem go pożegnał, przepraszając bardzo, ale widzi, że z nim chcą rozmawiać jeszcze inni ludzie i musi znaleźć dla nich czas. Młodzieniec oczywiście to zrozumiał, ukłonił się uniżenie i opuścił lożę mistrza Verdiego. Po drodze minął obu panów Dumas, witając ich serdecznie i mówiąc:
- Naprawdę, wspaniała opera na podstawie wspaniałej powieści. To jest to, co ja nazywam operą stworzoną z pasji.
- Dziękuję w imieniu swoim i pana Verdiego - powiedział Dumas syn.
- Nie ma za co, to sama prawda - odparł na to młodzieniec - A przy okazji, to sam kiedyś zamierzam taką skomponować. Nawet już mam pierwowzór, z którego stworzę swoje wiekopomne dzieło. To będzie piękna francuska opowieść o miłości pewnego hiszpańskiego żołnierza do zmiennej Cyganki. Zapewne państwo znacie to dzieło, prawda?
- Oczywiście, że znamy - odpowiedział na to Ludwik - To przecież „Carmen”. Zgadzam się z panem. To naprawdę piękna opowieść. Będzie z tego piękna opera.
- Też jestem tego pewna - powiedziała całkowicie szczerze Elodie.
Młodzieniec uśmiechnął się do nich przyjaźnie i podziękował za ich słowa, po czym ruszył wesoło w kierunku wyjścia.
- Chwileczkę, proszę pana! - zawołał Ludwik.
Młody mężczyzna zatrzymał się na schodach i obejrzał się na księcia.
- Tak, proszę pana?
- Może pan powiedzieć mi, jak się pan nazywa? Może pana nazwisko będzie kiedyś znane i zobaczę je na afiszach. Miło mi będzie wtedy powiedzieć sobie, że pana poznałem wcześniej, jeszcze przed zdobyciem przez niego sławy. To jak się pan nazywa?
- Bizet. Georges Bizet.
Po tych słowach, młodzieniec uśmiechnął się przyjaźnie do Ludwika i powoli ruszył w stronę wyjścia.

sobota, 4 marca 2023

Rozdział XX - Podróż do krainy snów



Misja dyplomatyczna nie była taka trudna, jak to się mógł Franciszek Józef I spodziewać. Dyplomaci z Ludwikiem do pomocy przedstawili dokładnie wszystkie warunki paktu, jakie przedstawił cesarz Austrii cesarzowi Francji. Napoleon III nie kwestionował żadnego z nich, nie próbował negocjować ani nic z tych rzeczy. To, czego życzył sobie od niego młody Habsburg przyjmował bez żadnych problemów i wydawał się sprawiać wrażenie zainteresowanego nimi całkowicie. Chciał jednak się naradzić w tej sprawie ze swoimi ministrami, dlatego poprosił o nieco czasu, aby z nimi je omówić, choć poufnie powiedział Ludwikowi, że jest to z jego strony jedynie formalność, aby jego urzędnicy czuli się potrzebni i ważni, bo w końcu za coś biorą pieniądze i niech wiedzą, za co. On zaś prywatnie może powiedzieć, że warunki od cesarza Austrii jak najbardziej mu odpowiadają.
- Rozumiesz jednak, jak wygląda wielka polityka - mówił potem do Ludwika, podczas ich prywatnej rozmowy - Władcy nie mogą rządzić sami, bez urzędników. Potrzebują ich, a oni potrzebują czuć się potrzebni w naszym świecie, choć nieraz byśmy się umieli bez ich rad doskonale obejść, dlatego musimy ich utwierdzać w tym przekonaniu, że są nam niezbędni. Wtedy będziemy mogli liczyć na nich, gdy będą naprawdę nam potrzebni.
Ludwik przyznał, że trudno jest się z tym nie zgodzić. Dlatego szczerze i bez żadnego podlizywania się, którego zresztą bardzo nie lubił, powiedział:
- Nie można zaprzeczyć słuszności tego stwierdzenia, Wasza Cesarska Mość.
Napoleon III uśmiechnął się do niego serdecznie, po czym poklepał go lekko po ramieniu swoimi wielkimi dłońmi i powiedział:
- Cieszy mnie, że mamy to samo zdanie, mój chłopcze. Wybacz, że tak śmiało do ciebie mówię, ale jesteś jeszcze taki młody. Nie to, co ja. Ale nieważne. Bardzo młody jest także mój syn, Lulu. Wiesz, niedawno zaczął wchodzić w dorosłe życie. Z tego, co wiem, lubi się nieco zabawić. Oczywiście nie myśl, że mam mu to za złe. Takie jest prawo młodego mężczyzny. Każdy z nich musi mieć czas, jak i też możliwość, aby się zabawić. Chciałbym cię jednak prosić, abyś poszedł wieczorem z moim synem do kabaretu. Widzisz, Lulu wiele o tobie słyszał od Elodie i jeszcze od kilku innych osób, które cię znają. Słyszał wiele dobrego i dlatego chce poznać cię osobiście i dowiedzieć się, ile jest prawdy w tym wszystkim, co słyszał o tobie.
- Wasza Cesarska Mość, naprawdę nie wiem, czy powinienem - odparł na to lekko zmieszany tą prośbą Ludwik - Zobaczą nas ludzie i powiedzą, że rozpijam syna Wasza Cesarskiej Mości, a bardzo bym tego nie chciał. Powiedzą, iż bardzo porządny młodzieniec pod wpływem obcokrajowca się demoralizuje. Wiem, jak to łatwo jest oceniać w taki sposób. Lubiono to robić już wtedy, gdy tu studiowałem.
Napoleon III niemalże ryknął gromkim śmiechem.
- Och, mój młodzieńcze. Nie wiesz nawet, co opowiadasz. Zapewniam cię, że nikt tak o tobie nie powie. Wszyscy wiedzą, że mój syn lubi się zabawić w sposób godny młodzieńca w jego wieku i z rodziny, z której pochodzi. Dbam jedynie, aby nie złapał czegoś niewłaściwego. Wiesz, co mam na myśli, prawda?
Ludwik doskonale zrozumiał. O to, czego mężczyźni, spędzający wiele czasu z kobietami lekkich obyczajów zawsze powinni się wystrzegać, a co niestety wiele razy od nich przynosili do domu. O Wenerę, jak to niektórzy nazywali wstydliwe i nieprzyjemne choroby, ochrzczone też mianem chorób wenerycznych od jednej z rzymskich nazw bogini miłości (drugą nazwą była Wenus), którą Grecy nazywali Afrodytą. Ludwik nigdy nie korzystał z usług takich kobiet, ale słyszał, że cesarz Austrii, jeszcze jako następca tronu, lubił mieć romanse i jego matka, aby jakoś mu to ułatwić i nie narazić go niepotrzebnie na choroby, badała dokładnie damy, które podobały się jej synowi, czy nie posiadają aby Wenery, którą mogłyby przekazać Franzowi. Dlatego był on nadal zdrowy i szczęśliwy. Jeżeli Napoleon III także o to dbał, to tym lepiej. Takich spraw nigdy nie powinno się lekceważyć.
- Tak, Wasza Cesarska Mość. Wiem, o co chodzi - odpowiedział Ludwik.
- Także nie musisz się niczego obawiać, młodzieńcze - rzekł Napoleon III - Nikt nie będzie posiadał o tobie złego zdania i nie posądzi cię o demoralizowanie mojego syna. Dlatego, jeżeli tego się obawiasz, to bądź spokojny. To ci nie grozi.
Ludwik nie śmiał odmówić Napoleonowi III i zrozumiał, że będzie musiał iść z młodym Lulu do kabaretu. Nie miał jednak na to najmniejszej ochoty. Powodów ku temu było kilka. Po pierwsze, nigdy nie był wielkim miłośnikiem tych miejsc, chociaż swego czasu kilka razy z kolegami bywał w nich, ale robił to rzadko. Po drugie, obawiał się, że niedoświadczony w takich sprawach Lulu szybko zamieni ich spotkanie w jedną wielką libację połączoną z rozpustą, a Ludwik jakoś nigdy nie przepadał za tego rodzaju rozrywkami. Nie był święty, lubił zawsze kobiety, a w czasie studiów zdarzało mu się korzystać z ich sympatii do siebie, ale przecież nigdy nie pociągało go życie tzw. złotej młodzieży. Po trzecie zaś, co wszak było dla niego najważniejsze, chciał pobyt w Paryżu wykorzystać przede wszystkim na spotkania z Elodie, na spędzanie z nią czasu, na nacieszenie się jej obecnością i na to, aby powiedzieć jej, co do niej czuje. Dlatego włóczenie się po podejrzanych miejscach z Lulu bynajmniej nie było mu na rękę. Mimo wszystko, jak niby można było odmówić cesarzowi Francji? Poza tym, bardzo chciał mieć z nim najlepsze relacje z możliwych i nie tylko zapewnić w ten sposób Austrii kontakty polityczne z Francją, ale przy okazji jeszcze i sobie szczęśliwy związek z Elodie. Dlatego też odmówić Napoleonowi III nie mógł. Nawet jeżeli nie bardzo miał ochotę spełniać życzenia władcy.
- Jeżeli tak się sprawy mają, to oczywiście spełnię życzenie Waszej Cesarskiej Mości - powiedział Ludwik, lekko się przy tym kłaniając.
- Doskonale, mój chłopcze - odpowiedział mu Napoleon III, klepiąc go lekko po ramieniu - A zatem spełnij moje życzenie, a gwarantuję ci, że nie będziesz tego żałować. I kto wie? Może w zamian za to, kiedyś ja spełnię twoje życzenie?
Ludwik uśmiechnął się, zadowolony ze słów, które właśnie usłyszał. Przyszło mu wówczas do głowy, że posiada on takie jedno życzenie i to od jakiegoś czasu i które rzeczywiście cesarz Francji byłby w stanie jak najbardziej spełnić. Najpierw jednak inna jeszcze osoba musi mu w tej sprawie pomóc. Musi mu wyjawić, czy w jakikolwiek sposób to życzenie ma szansę na spełnienie. Jeżeli tak, to rzeczywiście cesarz Napoleon III jest jak najbardziej w stanie mu pomóc. A zatem może warto jest spełnić jego prośbę? Zwłaszcza, że cesarz nie rozkazuje mu tego, a jedynie go o to prosi. Nie oczekuje od niego zgody, a jedynie liczy na nią. Można zatem się nieco poświęcić i zrobić to dla niego. Kto wie, co pożytecznego może przynieść to Ludwikowi? Poza tym, życzliwej i niezobowiązującej przecież do kolejnych tego typu spotkań prośbie trudno jest odmówić.
- A zatem, w jakim kabarecie mam wieczorem szukać syna Waszej Cesarskiej Mości? - zapytał po chwili Ludwik.

***

Książę bawarski bardzo szybko się przekonał, że obietnica spędzenia czasu z następcą francuskiego tronu, a spełnienie tej obietnicy to dwie różne rzeczy. Danie słowa cesarzowi było łatwe, ale dotrzymanie go było już nieco trudniejsze i to nie dlatego, że Ludwik w jakikolwiek sposób próbował się od tego wymigać. Ludwik nigdy nie sięgał po wymówki w takich sytuacjach i gdy zobowiązał się do czegoś, zawsze to potem wykonywał, bez względu na to, co o tym myślał. Jedyne, co mu potrafiło utrudniać dotrzymanie słowa, to właśnie jego myśli w tej sprawie. W tej sytuacji także tak było. Ludwik bowiem nigdy nie był miłośnikiem dzikich zabaw pełnych hałasu, alkoholu i rozpusty. Rozumiał, że niektórzy ludzie, a już zwłaszcza młodzi, po prostu muszą, przynajmniej od czasu do czasu tak się bawić, ale nigdy nie przepadał za tego rodzaju zabawami. Francois, mąż Blanche, to inna sprawa. W jego życiu studenckim przyjęcia z alkoholem i kobietami były dosyć częste, choć i on ostatecznie umiał się ostatecznie ustatkować, czego ślub z Blanche dowodził aż nadto. Może jednak to była kwestia tego, że ostatecznie przejadły mu się te zabawy i może dorósł na tyle, aby zrozumieć, iż to wszystko było wspaniałe, ale tylko do czasu i kiedyś człowiek ma już tego dość i chce po prostu się ustatkować. Dlatego, mimo sporych różnic w charakterze, Ludwik zawsze go lubił i zawsze potrafił się z nim porozumieć. Jednak młody Lulu, syn Napoleona III, zdecydowanie do takich osób, z których książę bawarski byłby w stanie się dogadać i zaprzyjaźnić, raczej już nie należał. Oczywiście, Ludwik nie przekreślał z tego powodu młodzieńca. To było dla niego zrozumiałe, iż Francois się ustatkował, bo jest w odpowiednim do tego wieku, a Lulu ten wiek ma jeszcze przed sobą i raczej szybko go nie osiągnie. Ale mimo wszystko, wolał za często nie przebywać w jego towarzystwie, gdyż za dużo nerwów może go to kosztować.
Do takich wniosków, książę bawarski doszedł po tym, jak rozmawiał na temat następcy tronu z Francois. Opowiedział mu on sporo o zabawach następcy tronu, które to kiedyś nawet bawiły męża Blanche, ale zdecydowanie obecnie raczej go już męczyły. Dlatego nie szczędził w prywatnej rozmowie z Ludwikiem niekiedy i ostrych słów krytyki wobec młodzieńca.
- Ja tam rozumiem młodych, sam byłem... Ba, co ja mówię? Ja nadal jestem i długo jeszcze będę młody.
To mówiąc, parsknął śmiechem i popatrzył wesoło na Ludwika.
- Ale jak wiesz, każdemu dorosłemu mężczyźnie w końcu przechodzi apetyt na tego typu rozrywki. Lubię się oczywiście pobawić, bale i zabawy są przyjemne, ale nie takie, jak dawniej. Te już do mnie nie trafiają. Ale nawet kiedy trafiały, to mi się wydaje, że chyba nawet ja, choć przecież święty nigdy nie byłem, tak się nie bawiłem jak teraz zabawia się Lulu. Opowiadają o jego zabawach już legendy. Ja tam nie wiem, ile w tym wszystkim prawdy, ale osobiście uważam, że cesarz w tej sprawie powinien nieco poskromić swojego zwariowanego synalka. Bo jeżeli on się tak zawsze będzie bawił, to ja niezbyt dobrze wróżę Francji i cesarstwu.
- Może z czasem wydorośleje? - zasugerował Ludwik.
- Niewykluczone, ale na chwilę obecną, to ja tego nie widzę.
Ludwik, po tej rozmowie, nie wyciągnął pozytywnych wniosków na temat Lulu, a w owym zdaniu utwierdził się jeszcze bardziej, kiedy tylko porozmawiał z cesarzem Napoleonem III w sprawie wycieczki wieczorem do kabaretu. Wszystko to dodatkowo jeszcze potwierdzało jego obawy o to, że Lulu zdecydowanie nie jest osobą, która mogłaby go zrozumieć i z którą by miło spędzał czas. I nie chodziło tu ani trochę o różnice wieku, ale wartości i ulubione rozrywki. W tej sprawie chyba wszystko ich dzieliło. Bo jak mogłoby być inaczej, skoro Lulu uwielbiał zabawy, im bardziej szalone, tym lepiej, a Ludwik wolał rozrywki bardziej spokojne, jak też i godne jego wieku. Z tego powodu nie palił się do pójścia wieczorem do kabaretu „Czerwona Róża”. Ale cóż... Dał już słowo i należało go dotrzymać. Poza tym, to może nie będzie tak źle?
Pocieszając się takimi słowami, Ludwik ubrał się najbardziej elegancko, jak to tylko było możliwe, a potem wybrał się do miejsca, gdzie miał na niego czekać syn cesarza Francji. Pojechał tam powozem, bo nie był pewien, czy zdoła odnaleźć kabaret sam, zwłaszcza, że ostatni raz w Paryżu przebywał bardzo dawno, jednak nawet wtedy nie ciągnęło go do takich miejsc. Zatem raczej sam by go nie znalazł i wolał w tej sprawie zaufać woźnicy, który z racji swego zawodu powinien mieć w tej sprawie niezbędną wiedzę. I rzeczywiście ją miał i zawiózł Ludwika tam, gdzie chciał on się dostać. Zadowolony książę zapłacił mu i poszedł do kabaretu, w sercu czując jednak pewien niepokój.
- Oby tylko Elodie nie pomyślała o mnie niczego złego, kiedy się dowie, że ja byłem w takim miejscu. Bo pewnie się dowie, wieści na dworze bardzo szybko się rozchodzą. Mam tylko nadzieję, że wyjaśnią jej przy okazji, że zrobiłem to jedynie dla jej kuzyna i nie zachowywałem się w sposób skandaliczny. Bo na pewno nie będę się tak zachowywał, to pewne.
Tego ostatniego był całkowicie pewien. Odkąd poznał Elodie, wszystkie inne kobiety nie były w stanie w jego oczach w jakikolwiek sposób jej dorównać, nawet gdyby o jego względy zabiegały same boginie greckie. Co jak co, ale w tej sprawie nie posiadał żadnych wątpliwości. Przez myśl nawet mu przeszło, że gdyby tak to jemu Hermes powierzył z woli Zeusa rozstrzygnięcie, której to z bogiń należy się jabłko dla najpiękniejszej, jak to przed laty nakazał uczynić Parysowi, to on sam nie przyznałby tego jabłka ani Herze, ani Atenie, ani Afrodycie, tylko Elodie. I to nawet wtedy, gdyby tak samo jak w micie, wszystkie te trzy boginie rozebrały się przed nim do naga i kusiły go swoimi wdziękami. Kiedyś, gdy tak sobie myślał o tym, to uznał, że przyznałby on jabłko Atenie, swojej ulubionej bogini z greckiego panteonu, ale teraz jednak przyznałby on je Elodie, która to przewyższała w jego oczach wszystkie nieśmiertelne istoty. Nawet, gdyby sama Kalipso, jak Odysowi, jemu też zaproponowała wieczne życie w młodości, szczęściu i zdrowiu, to on i tak by wolał spędzić życie z Elodie, tak jak Odys wolał spędzić życie z Penelopą. I z tego właśnie powodu Ludwik miał nadzieję, że jego ukochana nie wyciągnie z tego wszystkiego, co się dzisiaj wydarzy, pochopnych wniosków.
Z tymi myślami, książę bawarski wszedł do środka kabaretu. W środku, jak się tego obawiał, panował już ogromny gwar. Dla uszu Ludwika, oswojonych już z nocną ciszą, taki dźwięk był niemałym szokiem, dlatego też przez chwilę lekko się skrzywił, kiedy zetknął się z nim, ale na szczęście trwało to tylko krótki czas, po czym jego uszy dość szybko przywykły do gwaru. Zadowolony zostawił płaszcz i laskę w recepcji, a następnie wszedł na główną salę i zaczął wypatrywać Lulu. Nie było łatwo go odnaleźć, ponieważ było tam mnóstwo ludzi i wszystkie stoliki były zajęte. W końcu jednak dostrzegł młodego księcia, który machał mu ręką na znak, gdzie jest. Zadowolony poszedł do niego, a Lulu radośnie uścisnął go i zawołał:
- Witaj, Ludwiku. Tak się cieszę, że przyszedłeś. Już się bałem, że w ostatniej chwili zrezygnowałeś.
- Nie, Lulu. Nie mógłbym zrezygnować - odpowiedział mu Ludwik, siadając przy stoliku - Dałem twojemu ojcu słowo, że przyjdę dzisiaj i przyszedłem.
- Doskonale. A zatem trzeba to uczcić. Kelner, szampan dla mnie i mojego przyjaciela!
Kelner, który najwidoczniej dobrze już znał Lulu, skłonił się przed nim, po czym szybko udał się wykonać polecenie. Nie minęło wiele czasu, kiedy powrócił z butelką szampana i dwoma kieliszkami. Już po chwili obaj książęta imiennicy z serdecznymi uśmiechami popijali ów musujący gardło trunek. Ludwik poczuł, że tego mu brakowało, aby poczuć się tutaj nieco lepiej. Co prawda, nadal to miejsce nie było czymś, gdzie chciałby obecnie przebywać, ale ostatecznie tutaj również dało się normalnie bawić, bez żadnych szaleństw.
- Twój ojciec mówił mi, że chciałeś mnie lepiej poznać - powiedział Ludwik po chwili do Lulu.
- To prawda. Jestem bardzo ciekaw człowieka, który nie tylko nosi moje imię, ale jeszcze rozkochał w sobie moją kuzynkę - odpowiedział mu Lulu.
Ludwik zwrócił uwagę na to, co powiedział młodzieniec. Te słowa miały dla niego naprawdę ogromne znaczenie, jeżeli oczywiście były prawdziwe.
- Zdobyłem serce twojej kuzynki? - zapytał.
Lulu parsknął śmiechem, rozbawiony jego pytaniem.
- Proszę cię. Tylko mi nie mów, że nie wiedziałeś o tym. Ja tam zwykle wiem, czy się podobam jakieś kobiecie, czy nie.
- Ależ Lulu, podobanie się to jedno, ale zdobycie serca to inna sprawa. Skąd niby pewność, że zdobyłem jej serce?
- Bo mam oczy i poza tym, cały dwór mojego ojca już o tym mówi.
- O czym mówi?
- Że Elodie się zakochała w księciu bawarskim.
- A dlaczego tak mówią?
- Bo to wyraźnie widoczne. Przecież odkąd przyjechała do Paryża, o niczym innym nie mówi, jak tylko o pobycie w Wiedniu i spotkaniu z tobą. Naprawdę, to jest już chwilami irytujące. Ona co prawda, zawsze była jakaś dziwna, ale teraz jej dziwactwo przechodzi wszelkie pojęcie.
- Dziwactwo? W jakim znaczeniu?
- To nie wiesz? A myślałem, że ją poznałeś. Nic, tylko czyta książki, chodzi na przedstawienia, rozmawia z filozofami, uczonymi i artystami. Zalotników sobie odrzuca jednego po drugim, choć już czas najwyższy na to, aby wyszła za mąż. To nie jest twoim zdaniem dowód dziwactwa?
- Raczej inteligencji.
Lulu parsknął śmiechem i nalał sobie znowu szampana.
- Inteligencji to możesz szukać u towarzysza rozmowy, ale u kobiety?
- A co? Kobieta nie może być towarzyszem rozmowy?
- Ja jakoś nigdy nie miałem o czym rozmawiać z kobietą. A zresztą, podczas spotkania z płcią piękną szkoda czasu na słowa, kiedy można robić inne, znacznie ciekawsze rzeczy.
Ludwik uśmiechnął się ironicznie do Lulu, rozbawiony jego naiwnością i tym niedojrzałym sposobem myślenia, typowym wszakże dla młodzieńców z jego sfery i w jego wieku.
- Zobaczysz kiedyś, przyjacielu, że z kobietą można robić wiele przyjemnych rzeczy i to nie tylko tych, o których myślisz.
- Przyjemniejszych od tego na pewno nie da się robić - odparł na to Lulu.
Następnie nalał znowu szampana Ludwikowi i sobie, wypił wesoło trunek ze swego kieliszka i powiedział:
- A tak przy okazji, Ludwiku, to ja nie rozumiem, co ty właściwie widzisz w mojej kuzynce. Owszem, jest piękna i urocza, ale taka inna niż większość kobiet wokół niej.
- No i właśnie to mnie w niej najbardziej zachwyca - odparł Ludwik, nieco rozmarzonym tonem - Tym, że jest wyjątkowa.
- Każda jest wyjątkowa na swój sposób. Ale dlaczego właśnie moja kuzynka?
- Bo ona jest wyjątkowa dla mnie.
To mówiąc, Ludwik napił się nieco szampana z kieliszka i uśmiechnął bardzo zadowolony na samo wspomnienie ukochanej.
- A powiedz mi, czy zamierzasz się z nią ożenić? - zapytał Lulu.
- Oczywiście, bo traktuję ją niezwykle poważnie - odpowiedział Ludwik.
- Rozumiem. A powiedz mi, czy od początku uległa twojemu urokowi?
- Wręcz przeciwnie. Na początku nie chciała ze mną rozmawiać, dopiero po dłużej chwili dała się przekonać, abyśmy oboje poszli na spacer po Wiedniu.
- I chciało ci się męczyć, aby ją do czegokolwiek przekonać?
- Oczywiście. Nie wiesz, że najsłodziej jest zdobyć serce takiej, która jest dla ciebie nieprzystępna, przynajmniej na początku?
- Niby dlaczego?
- Bo potem będzie nieprzystępna dla innych. I wierna tylko tobie.
- Rozumiem zachwyty, moja kuzynka umie być zachwycająca, ale zaraz się żenić? Nie lepiej nacieszyć się życiem, póki możesz?
Ludwik popatrzył na niego poważnie, niemalże surowo i rzekł:
- Lulu, ja już mam trzydzieści lat. Nacieszyłem się życiem, jak tylko się dało. Ale nie można wiecznie tylko się cieszyć. Trzeba czasami pójść dalej. W pewnym wieku człowiek potrzebuje ustatkowania się. Ty możesz jeszcze tego nie czuć. Ale kiedyś poczujesz, wszystko w swoim czasie. Ja już poczułem.
- No dobrze, ale pamiętaj, że tego kwiatu jest pół światu. Nie musisz zabiegać tak od razu o Elodie i tylko o nią - odparł na to zdumiony jego powagą Lulu.
- Muszę. Lubisz polowania, prawda?
- Uwielbiam je.
- Otóż dowiedz się, że porządny myśliwy nie marnuje kul na przepiórki. On chce upolować łanię.
- Ale kuropatwy też mają słodki smak i jakie są cudowne.
- Być może. Ale jeszcze się nimi przejesz, zobaczysz.
Lulu zachichotał, najwidoczniej nie wierząc w to, co on mówi.
Chwilę później na scenie kabaretowej, na której występowali wcześniej jacyś artyści, na których rozmówcy nie zwrócili większej uwagi, pojawiło się dziesięć naprawdę urodziwych dziewczyn w czerwonych oraz kusych sukniach z czarnymi dodatkami i zaczęły dziko tańczyć pod rytm melodii Jacquesa Offenbacha. Ludzie zebrani w kabarecie od razu z uwagą zaczęli przyglądać się temu występowi, który rozpoznali jako popularny w tym mieście kankan. Lulu z prawdziwym zachwytem zaczął patrzeć na artystki, a Ludwik, choć dla niego Elodie była najpiękniejsza, też z uwagą podziwiał występ dziewczyn. Słyszał dotąd o kankanie, ale nigdy nie miał okazji go zobaczyć na własne oczy. Musiał przyznać, że występ ten był miły dla męskiego oka, a zwłaszcza w tych momentach, kiedy dziewczyny wyginały się w taki sposób, że prezentowały przed widzami swoje zmysłowe majtki. Trudno było więc oderwać od tego tańca wzrok. Trudno było też udawać, że ten widok jest mu niemiły. Dlatego Ludwik z uśmiechem przyglądał się tańcowi oraz wsłuchiwał w wesołą i bardzo skoczną muzykę, która od razu przypadła mu do gustu.
- Widzisz sam, jakie piękne kobiety są na świecie - powiedział wesoło Lulu do Ludwika - I wszystkie mogą być twoje, jeśli tylko zechcesz. A ty chcesz tylko jedną i to na całe życie. Naprawdę nie wstyd ci?
- Wstyd? Czemu miałoby mi być wstyd? - zapytał Ludwik.
- Bo naprawdę żal takiego przystojniaka jak ty dla jednej kobiety. Naprawdę nie rozumiem, jak można się zdecydować na taki pomysł.
- Jak widać, można.
- Ale nie żal ci będzie tego wszystkiego?
To mówiąc, wyciągnął rękę w kierunku tancerek, które właśnie kończyły swój występ i skłoniły się filuternie w kierunku widzów.
- Zdecydowanie nie będzie - odpowiedział mu Ludwik.
Lulu widząc, że w tej sprawie nie osiągną porozumienia, machnął ręką i nalał sobie ponownie szampana do kieliszka, który potem duszkiem wypił. Ludwik zaś zaczął obserwować scenę, będąc ciekawym kolejnych występów. Nagle dostrzegł, że pojawia się na niej jakaś wysoka ruda dziewczyna w stroju scenicznym i wesoło zaczyna śpiewać dowcipną piosenkę. Przyjrzał się jej uważnie, zaintrygowany i nie będąc pewnym, czy to aby ona. Po dokładniejszej obserwacji jednak doszedł do wniosku, że się nie myli i to musi być ona. Kolejna znajoma z czasów podróży po Bawarii, kiedy to uciekł z domu i dołączył do trupy aktorskiej. Wiedział, że owa trupa już nie jest tym, czym kiedyś, a większość artystów rozeszła się po świecie i tylko niewielu pozostało w Bawarii. Dlatego spotkanie kolejnej znajomej w tym miejscu nie było znowu dla niego czymś niemożliwym, choć zdecydowanie czymś zaskakującym.
Uśmiechnął się zadowolony, obserwując występ dziewczyny, a kiedy ten już dobiegł końca, wesoło poszedł za kulisy z zakupionymi wcześniej u sprzedawcy chodzącego po sali kwiatami, aby wręczyć je artystce. Zaszedł do jej garderoby, po czym zapukał do drzwi.
- Kto tam? - odezwał się kobiecy głos.
- Kwiaty dla pani Marty - odpowiedział Ludwik wesoło.
Drzwi się otworzyły i Marta, bo tak miała na imię artystka, ukazała się w nich ubrana w szlafrok szczelnie zawiązany i spojrzała na Ludwika zaintrygowana.
- Bardzo mi miło, ale naprawdę nie musiał pan - odpowiedziała.
- Musiałem pozdrowić starą znajomą - rzekł na to książę.
- Starą znajomą? Nie przypominam sobie.
- A przypomina pani sobie wycieczkę po Bawarii z trupą aktorską? I pewnego rozpieszczonego księcia, jak go pani na początku nazywała, który dołączył do was, aby się pobawić w bycie aktorem?
Marta przyjrzała mu się uważnie swoimi zielonymi oczami, po czym nagle się cała rozpromieniła i zawołała:
- Boże, Ludwik?! To naprawdę ty?! Ale numer!
Następnie rzuciła mu się na szyję, ucałowała go czule w oba policzki i bardzo mocno wyściskała. Zaraz potem zaprosiła księcia do swojej garderoby, posadziła go na krześle, kwiaty wstawiła do wazonu i siadając naprzeciwko swojego gościa, powiedziała radośnie:
- Ja naprawdę nie wierzę. To naprawdę ty. Boże, jaki ten świat jest mały. Ty tutaj? W tym kabarecie? I jeszcze mnie poznałeś. Naprawdę masz dobrą pamięć.
- Trudno nie pamiętać dziewczyny, która jako jedyna z trupy nie chciała mnie w niej widzieć, a potem mnie bardzo polubiła i szczerze było jej przykro, że muszę odejść i wrócić do domu.
Marta uśmiechnęła się do Ludwika lekko zawstydzona i powiedziała:
- Wiem, głupio wtedy zareagowałam. To naprawdę było beznadziejne z mojej strony. Po prostu zdziwiło mnie, że trupa ryzykuje branie cię ze sobą. Ostatecznie przecież jesteś następcą tronu Bawarii. Mogli nas oskarżyć o porwanie cię. Ale też bardzo cię polubiłam, kiedy w czasie naszych pierwszych wspólnych występów jeden z artystów skręcił sobie kostkę i nie mógł kilka dni występować, a my wtedy musieliśmy wystawić tę piosenkę, w której ja i on śpiewamy. Pamiętasz ją?
Ludwik uśmiechnął się zadowolony. On miałby nie pamiętać? Nigdy tego nie zapomni. To był jego pierwszy poważny występ. Co prawda występował tego dnia z aktorami na scenie, ale jako taka postać dodatkowa, epizodyczna, nie rzucająca się mocno w oczy. A ten wypadek sprawił, że dostał szansę na to, aby publiczność zwróciła na niego uwagę. I tak też się stało. Wykorzystał swoją szansę idealnie, że lepiej już chyba zrobić tego nie mógł.
- Pewnie, że pamiętam - odpowiedział Ludwik - Tego się nie zapomina. To był przecież mój debiut. 
Oczywiście poczuł podczas niego lekką tremę, ale jakimś cudem zdołał nad nią zapanować do tego stopnia, że chwilowy paraliż przez nią wywołany ustąpił, a on sam wskoczył wesoło na scenę, zaczął podrygiwać przed Martą, po czym oboje po kolei zaczęli śpiewać swoje kwestie. Dzieląc ten występ na role, to ich śpiew wyglądał tak:

LUDWIK:
Powiedz, mała, gdybym chciał
Z tobą wpaść w tak zwany szał,
Mógłbym liczyć?

MARTA:
Można by pogadać...

LUDWIK:
Szał to znaczy...

MARTA:
Ja już wiem... Cała trudność tylko w tem...

LUDWIK:
Już trudności?

MARTA:
Że się trzeba nadać...
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Tu mieć i tu mieć...

LUDWIK:
Wszędzie mam, więc raj mi stwórz!

MARTA:
Łyżka miłości na pół szklanki namiętności,
Kropla czułości i eliksir gotów już.

LUDWIK:
Daj mi wypić jeden haust.
Przyrządź mi to, jak sam Faust.

MARTA:
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Tu mieć i tu mieć...

LUDWIK:
Wszędzie mam, więc raj mi stwórz.

MARTA:
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Nic, tylko umieć...

LUDWIK:
Porozumieć się i już.

MARTA:
Faust, pamiętam, taki pan,
Co odmłodnieć chciał.

LUDWIK:
Nie sam.

MARTA:
A na skroni srebrzy się siwizna.
A tobie z tym do twarzy, lecz...

LUDWIK:
Starość to jest trudna rzecz...

MARTA:
Powiedz, jak starzeje się mężczyzna? No?

LUDWIK:
To trzeba umieć, starość musi się wyszumieć!
To trzeba umieć, trzeba tylko młodym być!

MARTA:
Łyżka miłości na pół szklanki namię...

LUDWIK:
...tności, mnóstwo czułości, na gorąco duszkiem pić!

MARTA:
Daj mi wypić jeden haust!

LUDWIK:
Nie kuś diable!

MARTA:
Głupi Faust.

LUDWIK:
To trzeba umieć, starość musi się wyszumieć!
To trzeba umieć, trzeba tylko młodym być!
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Nic, tylko umieć...

MARTA:
Porozumieć się...

OBOJE:
I już.

Ludwik i Marta zaśmiali się na wspomnienie tego przedstawienia. Dla obojga miało ono ogromne znaczenie. Dla niego było ono debiutem na scenie i pierwszym razem, kiedy publiczność zwróciła na niego uwagę, a dla niej zrozumieniem, że on jest kimś więcej niż tylko paniczykiem, który bawi się w bycie artystą. Zrozumiała wtedy, w jak wielkim była błędzie. On był artystą i to całym sercem. Doceniła to i od tego czasu oboje się lubili, a wspólne występy stały się dla obojga prawdziwą przyjemnością. Niestety, ich szczęście nie trwało długo. Po kilku tygodniach ludzie króla Bawarii odnaleźli zaginionego księcia i sprowadzili go z powrotem do domu, a trupa widziała się z nim odtąd tylko jeszcze kilka razy i czasami jeszcze z nimi wystąpił, ale zawsze jedynie okazjonalnie. Nic więcej ponad te krótkie występy w trakcie często przypadkowych spotkań.
- Naprawdę wielka szkoda, że tak to się skończyło - powiedziała po chwili Marta, kiedy oboje sobie przypominali wszystkie miłe wspomnienia - Ale może tak jest lepiej? Ten świat nie pasuje do ciebie w żaden sposób.
- Jaki świat? - zapytał Ludwik.
- Świat włóczęgów wędrujących od miasta do miasta i zarabiających swoimi występami na chleb. Ty w innym świecie się wychowałeś i do innych celów jesteś stworzony. Dla ciebie bycie artystą to tylko zabawa, odskocznia od obowiązków. Dla nas to jedyne źródło utrzymania. Taka jest prawda i nie da się temu zaprzeczyć w żaden sposób. Kiedyś tego nie rozumiałeś, teraz jednak chyba rozumiesz. Bo się zmieniłeś. Wciąż jesteś taki sam, ale jesteś też dojrzalszy, inny. To się zmieniło. I w zasadzie wiele się zmieniło. Trupa jest już inna niż kiedyś. Wielu z nas odeszło, a ci, którzy zostali, zwerbowali do trupy nowych aktorów, na miejsce nas, którzy odeszliśmy. Wielu z nas już zmęczyło wieczne podróżowanie i nie posiadanie w ten sposób swojego miejsca na ziemi. Inni jeszcze to kochają, ale jak długo? Czas pokaże. Ja w każdym razie złapałam swoją okazję i jestem tutaj. Nie zarabiam tutaj może milionów, ale dobrze mi się żyje. O ile wiem, inni z tych, którzy odeszli, też dobrze żyją. Wiesz coś może o nich?
- Niewiele. Stały kontakt mam jedynie z Henriettą.
- No tak, Henrietta. Kochana mała Henrietta. Byliście prawie nierozłączni, tak bardzo bliscy sobie. Braciszek i siostrzyczka. Słodka mała kruszynka. Tak płakała, gdy musiałeś do domu wracać, gdy ludzie twoich rodziców cię zabrali. Co u niej słychać? Wiedzie się jej?
- I to jeszcze jak. Wyszła za mąż za mojego kuzyna, Ludwika Wilhelma von Wittelsbacha, urodziła mu córeczkę i dostała tytuł baronowej od cesarza Austrii.
Marta lekko zagwizdała z podziwem, gdy to usłyszała.
- No proszę. Baronowa. I jeszcze wyszła za twego kuzyna. To też książę?
- Tak, choć nie następca tronu.
- Ale zawsze książę. A niech mnie. Ona to zawsze miała farta. A w każdym razie większego niż ja. Słuchaj, Ludwisiu, a masz więcej kuzynów książąt?
- Większość jest zajęta.
- A ten, co poślubił Henriettę, ma może brata?
- Tak, ale ten ma dopiero dziesięć lat. Za młody dla ciebie.
- Czy ja wiem? To tylko dwadzieścia lat różnicy. Tyle, co nic.
Chwilę później, oboje parsknęli śmiechem, tak mocno tym rozbawieni, że aż im łzy pociekły z oczu.
- Dobrze, Ludwisiu. Pozdrów Henriettę ode mnie, jak ją znowu spotkasz. I jej powiedz, że nie pogardzę, jeżeli i mnie załatwi jakiegoś księcia z bajki.
- Dobrze, Martusiu. Przekażę jej.
Artystka uśmiechnęła się wesoło do księcia bawarskiego i dodała:
- Wybacz, że dłużej cię nie zatrzymam, ale za niedługo mam kolejny występ. Muszę się przebrać i przygotować. Zostaniesz na widowni, żeby popatrzeć?
- Bardzo chętnie - odpowiedział Ludwik - Jestem ciekaw, czy nie wyszłaś z formy. Wierzę, że nie, ale warto zobaczyć to na własne oczy.
Marta kpiąco prychnęła i odparła ironicznie:
- Ja i wyjście z formy? Ja jeszcze długo z formy nie wyjdę. Sam się jeszcze przekonasz. Zobaczysz i się dowiesz.
- Trzymam cię za słowo.
Ludwik z uśmiechem na twarzy jeszcze raz pożegnał Martę, po czym wyszedł z jej garderoby i powrócił do stolika, przy którym siedział Lulu, bawiący się tak doskonale w towarzystwie pewnej artystki (jednej z tych, które tańczyły kankana), że nawet nie zauważył przez chwilę jego powrotu. Dopiero po dłuższym czasie to wreszcie zrobił, rozbawiony całą tą sytuacją.
- Och, wybacz mi. Nie zauważyłem cię, kiedy przyszedłeś. Co robiłeś?
- Spotkałem starą znajomą. Zagadaliśmy się - odpowiedział Ludwik.
- O, to tak, jak ja. Jak widzisz, też spotkałem starą znajomą.
Po tych słowach, Lulu rozbawiony i już wyraźnie wstawiony, wskazał dłonią na siedzącą obok niego artystkę.
- Słuchaj, ona ma kilka ładnych koleżanek. Może cię zapoznać z jedną z nich lub z dwiema, jeżeli nie pogardzisz liczniejszym towarzystwem.
Ludwik pokręcił przecząco głową.
- Dziękuję, przyjacielu, ale to nie dla mnie takie zabawy. Poza tym, ja bardzo jestem zainteresowany twoją kuzynką, jak może pamiętasz.
- Pamiętam, ale co przeszkadza ci zainteresować się też jakąś inną damą? - odparł na to Lulu - Daj spokój, jeszcze jej nie ślubowałeś. Poza tym, ona nie musi o niczym wiedzieć.
- Ale ja bym wiedział i nie umiałbym żyć w oszustwie.
- Ech, przyjacielu. Ty to naprawdę nie umiesz się bawić.
Chwilę później zapomniał o tym, że chciał poznać lepiej Ludwika i zaczął o wiele bliżej poznawać tancerkę, z którą rozmawiał i pił szampana. Książę bawarski zaś zajął się patrzeniem na scenę i podziwianiem swojej dawnej koleżanki z trupy, która podczas występu wesoło mrugnęła do niego okiem na znak sympatii. Występ jej był naprawdę świetny i Marta pokazała z jego pomocą, że rzeczywiście jeszcze nie wyszła z formy i nic nie zapowiada tego, aby miało to kiedykolwiek nastąpić.
Gdy jej występ dobiegł końca, Ludwik uznał, że jego pobyt tutaj też powinien się już skończyć. Był już mocno zmęczony, a ponadto jeszcze Lulu podczas swojej rozmowy z tancerką coraz mniej zwracał na niego uwagę i dlatego książę poczuł się tutaj zbędny. Zapłacił więc za siebie, pożegnał następcę tronu Francji i wyszedł z lokalu, odbierając w recepcji swój płaszcz, kapelusz i laskę. Potem zaś zamówił powóz do pałacu i powrócił nim do miejsca, gdzie miał to, o czym bardzo teraz marzył: ciszę oraz spokój. Zrozumiał wówczas, że nie tylko świat artystów od lat wędrujących po świecie bez celu, ale i świat wielkich elit i ich zabaw nie jest dla niego. Włóczęga artystyczna, choć kiedyś w jego oczach posiadała tak wiele zalet i zasadniczo nadal je posiadała, w końcu by go zmęczyła i musiałby osiąść na stałe w jednym miejscu. A świat zabaw elit, pełen gwaru, hałasu, alkoholu, używek oraz rozpusty jakoś nigdy go nie zachwycał. Więcej nawet, bardzo źle się w nim czuł, jakby był z innego świata, a może nawet i z innej planety.
Kładąc się spać do łóżka, Ludwik rozmyślał o tym wszystkim. Przypomniał sobie, jak wiele razy podczas studiów słyszał od kolegów, że jest jakiś dziwny, bo nie umie tak jak oni się dobrze bawić. Nie rozumieli tego, jak bardzo nieprzyjemny mu jest ten rodzaj zabaw i jak go on żenuje i jak smuci. Że lubił błyszczeć, ale nie w taki sposób. Że wreszcie, ten świat nie jest dla niego. Oni nie byli w stanie tego pojąć. A może nie chcieli pojąć? Może tak przyzwyczajeni do tego, że dla nich ten świat zabaw, jak i czerpania garściami z życia wszystkiego, czego się tylko pragnie i to bez pytania o zgodę był tak normalny, że każdy człowiek wychodzący poza tę normę uważany był przez nich za dziwadło. Ludwika początkowo to smuciło, ale dość szybko przeszło mu to uczucie. Zastąpiła je całkowita obojętność wobec tego, co myśli o nim świat. To już nie miało dla niego znaczenia. On chciał jedynie żyć szczęśliwie i w zgodzie z samym sobą. Jeżeli ceną za to był brak przyjaciół, to był gotów się na to zdobyć, byle tylko być w porządku wobec siebie samego, co on sam uważał za niezbędne w życiu każdego człowieka.
Niewiele osób go w pełni w tej sprawie rozumiało. Jedną z nich była Sissi. Jej tylko mógł powiedzieć o wszystkim, co czuje. A nawet raz to zrobił i to nie tak znowu dawno. To było wtedy, kiedy to Sissi dowiedziała się, że jej matka wraz z ciocią Zofią zaplanowały ślub jej i Nene. Ludwik był wtedy w okolicy i spotkał ją, kiedy opatrywała rany rannej lisicy. Książę bawarski pomógł jej w tym, zabierając wraz z nią lisicę do starego domku w lesie, aby tam mogła odpocząć, a wraz z nią jej lisiątka, aby nie zostały one bez matki w tak trudnej sytuacji, co niewątpliwie by mogło się dla nich zakończyć śmiercią.
- Tu będą miały wygodnie - powiedziała zadowolona Sissi, kiedy lisica i jej młode zostały wygodnie rozlokowane w chacie.
- No, pałac to może nie jest, ale ładnie tutaj - odparł Ludwik, rozglądając się przy okazji po wnętrzu chaty, gdzie w każdym kącie było widać pajęczyny i kurz, a także dowody na to, jak stare i dawno nieużywane to miejsce.
- Owszem, ale przede wszystkim miło - zauważyła Sissi - To stary domek i na pewno nikt nie będzie jej tu szukał.
- To duży plus. Będziemy mogli się zająć młodymi i ich mamą do czasu, aż się poczuje ona lepiej - dodał Ludwik, podchodząc do okna i patrząc przez nie - Wiesz, bardzo tu przytulnie.
- Tak, ale trochę brudno. Musiałbyś tu posprzątać, zanim się wprowadzisz.
Ludwik parsknął śmiechem, ale szybko spoważniał. Spojrzał przez okno na otaczający ich zewsząd las i powiedział:
- Może tak zrobię? Kto wie? Wszystko jest lepsze od mieszkania z rodzicami. Król i królowa Bawarii. Wiesz, jaka to odpowiedzialność? Ile się od ciebie wtedy oczekuje, gdy twoi rodzice to władcy? No i jeszcze jedno. Niemal wiecznie się jest na widoku innych, którzy oceniają twoje zachowanie. A spróbuj tylko zrobić coś nie tak, a możesz być pewna, że świat się o tym dowie szybciej niż pomyślisz.
Zasmucony opuścił głowę i dodał ponuro:
- No i te wszystkie bale, zabawy, a do tego także ten jeden bezmyślny bełkot rozmów o niczym. Człowiek, chcący coś osiągnąć i coś zrobić dla świata, musi od tego wszystkiego trzymać się z daleka. A ja chcę coś zrobić. Chcę pomagać. Chcę zmieniać choć trochę świat. Już co nieco osiągnąłem, studiowałem, zdobyłem tyle pożytecznej dla mnie wiedzy. Wiem, że mogę ją wykorzystać dla dobra Bawarii. Ale nie mam za wiele osób, z którymi mogę to wszystko dzielić. A ja z kolei jakoś nie umiem dzielić z innymi ich upodobań do błyszczenia na salonach i tego, aby w tych salonach wieść życie bez jakiegoś większego sensu.
Przez chwilę milczał, a Sissi patrzyła na niego ze smutkiem w oczach. Gdzieś w głębi serca czuła, że Ludwik prawdopodobnie jest chory, ale nazwać tę chorobę nie była w stanie. Nie wiedziała też, w jaki sposób mu pomóc. Czuła jednak, że go rozumie. Sama niezbyt dobrze czuła się na salonach, w tzw. wielkim świecie, który ma tak wiele dziwacznych zasad i który tak wiele od człowieka oczekuje, a tak mało mu daje. Co prawda, ona nie chciała zmieniać świata, bo wtedy jeszcze nie czuła, że te zmiany są potrzebne, ale rozumiała kuzyna, kiedy jej mówił o tym, co planuje i szczerze mu kibicowała. Wiedziała jednak, że o ile ona jeszcze odnajduje się w tym świecie, on robi to z wielkim trudem. W ich gronie rodzinnym zawsze był niemal duszą towarzystwa, ale na salonach był inny. Wycofany, trzymał się z boku, prawie w ogóle nie mówił, jadł i pił spokojnie w kącie, czasami tylko z nią lub z kimś innym sobie bliskim rozmawiał. Miał przez to łatkę dziwaka. Ona sama nie czuła się najlepiej na salonach, ale umiała się dobrze na nich bawić. Czy on też to potrafił? Nie była tego pewna. Czy przyczyną tego była śmierć Joanny? A może podłoże tego wszystkiego było dużo głębsze i miało swój początek jeszcze przed jej odejściem? Tego Sissi nie wiedziała, ale czuła, że Ludwik jest chory, a choroba ta prawdopodobnie zwała się „poczuciem inności”. Ponadto czuła, że i ona, choć może w mniejszym stopniu, też na to chorowała.
- Niektórzy pewnie zazdroszczą dzieciom królów, ale mnie życie na dworze zniesmacza - ciągnął po chwili Ludwik - Czuję się tam bardzo samotny. Zwłaszcza odkąd ona odeszła.
Sissi zasmucona podeszła do niego i dotknęła jego ramienia.
- Nie jesteś sam. Masz mnie i moje rodzeństwo - powiedziała czule - A moi rodzice kochają cię jak syna. A my kochamy cię jak starszego brata.
- Wiem o tym - odpowiedział Ludwik, odwracając się do niej - Kiedy jestem w Possenhofen, czuję się ważny, kochany i potrzebny. Ale kiedy wracam do domu, to już tego tak nie czuję.
- To przyjeżdżaj do nas jak najczęściej. Ja zawsze chętnie poprawię ci humor.
- Dziękuję, ale nie zawsze będziesz mogła to robić. Wkrótce wyjedziesz do Wiednia. Tam prawdopodobnie wyjdziesz za mąż za arcyksięcia Karola i tutaj już będziesz jedynie gościem.
Sissi posmutniała. Odwróciła głowę na bok, westchnęła i powiedziała:
- To niczego nie zmieni. Po prostu będę tylko trochę dalej.
- Może i tak. Ale boję się, że dwór cię zniszczy. Boję się o ciebie, jak sobie tam poradzisz. Dwór cesarski zmienia ludzi, rzadko na lepsze.
- Też się tego boję, ale to jeszcze nic pewnego, że tam zostanę. Może się nie spodobam Karolowi?
Ludwik uśmiechnął się rozbawiony.
- Daj spokój. Jak mogłabyś mu się nie spodobać? Taka urocza dziewczyna.
Widząc, że jest dalej smutna, zaproponował, aby przynieść lisicy wody. Sissi zaś poczuła, iż jej reakcja tylko pogłębiła jego przygnębienie, złapała go za rękę i powiedziała prędko:
- Zaczekaj! Jesteś na mnie zły?
- Nie, Sissi - odpowiedział Ludwik, uśmiechając się - Martwię się tylko, jak odnajdziesz się na dworze. Panuje tam tyle głupich zasad.
To mówiąc, ścisnął delikatnie jej dłonie na znak sympatii.
- Tak, bardzo głupich - powiedziała Sissi, głośno wzdychając - Ale wierzę, że nie zostanę z tym sama. Mam w końcu miłość rodziców, Nene i reszty. No i twoją przyjaźń. Jeśli mi ją dasz.
- Znasz odpowiedź - odparł na to życzliwie Ludwik - Obiecałem ci dozgonną przyjaźń, gdy byłaś jeszcze mała i nie zmienię zdania. Może będziesz arcyksiężną Karolową von Habsburg, ale dla mnie pozostaniesz moją małą Sissi. Przyjaciółką.
Sissi wzruszona, czule się do niego przytuliła. A on mocno ją objął i pogłaskał lekko jej włosy. Wiedział, że tak właśnie będzie, jak jej obiecał. Ale wtedy jeszcze nie wiedział, że w tamtej chwili narodziło się w nim coś, czego nie planował. Sissi bowiem wtedy zaczęła mu się podobać jako piękna dziewczyna, ale dopiero przy kolejnym ich spotkaniu to sobie uświadomił. Dlaczego to poczuł? Tego nie był w stanie zrozumieć. Może potrzebował kogoś, kogo będzie mógł przytulić i dbać o niego? Może chciał być rycerzem dla swojej księżniczki? Może chciał czuć się w ten sposób potrzebny? Może wreszcie jego serce tęskniło za miłością tak bardzo, że ta tęsknota pchała go do irracjonalnego zauroczenia kuzynką?
Jakby jednak nie było, Sissi miała rację. On nie był sam. Miał jej przyjaźń i jej zrozumienie. Miał także kilku wiernych przyjaciół, którzy go rozumieli takiego, jakim był. Ale przede wszystkim miał miłość Elodie. Rozmowa z Lulu utwierdziła go w tym przekonaniu. Warto było pójść z tym hulaką do kabaretu, choćby tylko po to, aby to zrozumieć.

***

Następnego dnia Lulu, który wrócił dopiero nad ranem, był po prostu w stanie co najmniej okropnym. Leżał w łóżku z kompresem na oczach i głowie, nie będąc w stanie normalnie funkcjonować. Kiedy Ludwik go odwiedził, jęczał tylko, słowa wypowiadając z naprawdę wielkim trudem.
- Widzę, że zabawa była udana - zażartował sobie książę bawarski.
- Nawet mi nie przypominaj - jęknął Lulu, przyciskając do oczu i czoła mokrą  chusteczkę - Jeszcze nigdy się tak nie czułem. Miewałem już kaca, ale nie takiego. Już nigdy więcej nie będę pił. A już na pewno, nie tyle.
- Oczywiście. Zobaczymy następnym razem, czy dotrzymasz słowa.
Lulu jęknął ponownie i zerknął spod chusteczki na Ludwika.
- A co ty taki zadowolony?
- Bo się wyspałem i miałem przy okazji cudowny sen.
- No to masz farta. Mnie się nic nie śniło. A zresztą, co się może śnić, jak się człowiek nawet nie kładzie spać?
Ludwik rozbawiony tym stwierdzeniem, poklepał młodzieńca po ramieniu.
- Zdrowiej, Lulu. Potem pogadamy.
Po tych słowach, wyszedł z jego pokoju. Na korytarzu natknął się na Francois de Cortneya, męża Blanche. Jak zwykle, był on bardzo zadowolony.
- Jak się masz, Ludwiku? - zapytał wesoło, ściskając mu rękę - Wyspałeś się?To mnie trochę dziwi, bo słyszałem, że podobno spędziłeś ten wieczór w kabarecie w towarzystwie naszego drogiego Lulu.
- A kto ci o tym powiedział? - spytał Ludwik.
- Krasnoludki. Te od Śnieżki - odparł Francois i poklepał po ramieniu - A bo to jest jakaś tajemnica? Cesarz cię poprosił o to, abyś tam poszedł z jego synem i myślisz, że dwór miałby o tym nie wiedzieć?
- Rozumiem. Wolałbym jednak, aby o mnie nie plotkowano.
- To nie plotki, tylko prawda. Powiedz, nasz drogi Lulu cię wykończył, co?
- Raczej siebie. Ja wróciłem do pałacu dużo wcześniej niż on.
- Aha, no tak. To wszystko wyjaśnia.
Nagle Francois spoważniał, rozejrzał się dookoła, jakby chcąc uzyskać w ten sposób pewność, że nikt ich nie podsłuchuje, po czym powiedział:
- Jak się czuje Gyula? Wiem, że jest u ciebie. Przesłałem mu niedawno przez naszego wspólnego znajomego wiadomości, o które nas prosił.
- Aha, a więc to ty zdobyłeś dla niego te informacje - odpowiedział Ludwik, wszystko już rozumiejąc.
- Prosił o to, więc loża mu pomogła. Przecież takie jest jej zadanie. Wdrażać poprzez naszą działalność nasze reformy, a także pomagać sobie nawzajem, kiedy zajdzie taka potrzeba. Proste.
Ludwik spojrzał na przyjaciela bardzo uważnie. Francois należał do loży już od bardzo dawna. To on wciągnął do niej Gyulę, tak jak Gyula wciągnął Ludwika. Mimo upływu lat i tego, że dawno się nie widzieli, zawsze o sobie pamiętali i nie zamierzali tego zmieniać. Ta przyjaźń jedną z rzeczy, które Francois traktował tak poważnie, jak poważnie traktować to uczucie należy. W wielu sprawach uwielbiał sobie stroić żarty i wygłupiać się, ale jeżeli chodziło o miłość, przyjaźń czy sprawy loży, zawsze był niezwykle poważny.
- Powiedz mi, kto zdradził brata Guyli i jego oddział? - zapytał Ludwik.
- Gyula ci nie powiedział? - zdziwił się Francois.
- Nie. Gdy go o to zapytałem, odparł, że to jego prywatna sprawa i nic mi do tego i sam rozstrzygnie swoje sprawy rodzinne.
- No tak, to cały on. Dlaczego mnie to nie dziwi? Nic się nie zmienił przez te wszystkie lata. Może tylko zgorzkniał, ale to przecież zrozumiałe. Po tym, co on przeszedł, nie wyobrażam sobie, aby miał być inny.
- Niestety. Nie umiem mu pomóc, choć bardzo bym chciał. Boję się, że zrobi coś głupiego. Obiecał mi, że tego nie zrobi i zaczeka na dogodny moment, aby się zemścić, ale nie wiem, czy dotrzyma słowa.
- Na pewno dotrzyma. Co jak co, ale słowny to on zawsze był.
- Owszem. To powiedz mi, proszę. Kim jest ten zdrajca?
Francois pochylił się i wyszeptał mu na ucho jego nazwisko. Ludwika lekko zmroziło, kiedy je usłyszał. Zasadniczo nie powinno go to dziwić, przecież to, co się dowiedział bardzo pasowało do tej osoby. Ale mimo wszystko uważał dotąd, że nie jest ta osoba do tego zdolna. Jednak okazało się, że była.
- Jesteś tego pewien? - zapytał Ludwik.
- Całkowicie, to wiadomości z pewnego źródła - odpowiedział Francois - Na moje polecenie nasi agenci przepytali kilku urzędników austriackich, którzy brali w tym wszystkim udział. Jeden z nich o wszystkim wiedział. Zabrany do karczmy na kilka kolejek, wszystko wyśpiewał. Potwierdziło to zresztą nasze wcześniejsze ustalenia w tej sprawie. Nie ma więc wątpliwości, co do tożsamości zdrajcy.
- Rozumiem. Zasadniczo, to wszystko bardzo do niego pasuje. To kanalia, ale nie sądziłem, że aż taka. No cóż... Miałem o nim za wysokie mniemanie.
- Najwyraźniej tak.
Nagle na korytarzu zjawiły się Elodie i Blanche. Obie były rozbawione i to na całego. Obaj panowie zatem szybko zmienili temat i zaczęli przyjaźnie rozmawiać o Lulu, lekko się przy tym zaśmiewając.
- O, no proszę. Jak widzę, jesteście bardzo weseli - powiedziała Blanche na ich widok.
- Jak widzę, wy także - odparł żartem Francois.
- Owszem. Elodie poprosiła mnie właśnie, abym mówiła jej po imieniu.
- O, to ciekawe. A czy to nie łamie aby etykiety?
Elodie zaśmiała się ironicznie i odpowiedziała:
- Nie obchodzi mnie etykieta, która każe mi, aby moja przyjaciółka mówiła do mnie per „Wasza Wysokość” i czuła zawsze dystans z tego powodu. Poza tym, w tym towarzystwie wszyscy doskonale się znamy i jesteśmy na „ty”. Dlaczego więc biedna Blanche ma się czuć gorsza, wiecznie mnie oficjalnie tytułując? Stąd moja prośba, zresztą już dawno wyrażona, ale dopiero teraz wreszcie spełniona.
- Bardzo mądra decyzja - powiedział Ludwik, zadowolony z Elodie.
Księżniczka uśmiechnęła się do niego czule, po czym jej twarz przybrała tak uroczo figlarny wyraz, jaki Ludwik uwielbiał ponad wszystko.
- Słyszałam, że byłeś z moim kuzynem w kabarecie. Podobno dobrze się tam bawiliście, czy to prawda?
Ludwik uśmiechnął się dowcipnie, lekko spuścił wzrok i powiedział:
- Nie nazwałbym tego dobrą zabawą. W każdym razie, nie dotyczy ona mnie. Ja tam nie lubię takich zabaw. Dlatego liczę na to, że więcej twój wuj nie będzie o to prosił.
- Spokojnie. Poproszę go, aby tego nie robił.
Po tych słowach, uśmiechnęła się serdecznie do Ludwika i dodała:
- Za to ja miałabym prośbę. Jutro jest premiera nowej sztuki pana Dumasa.
- Pana Dumasa? - zapytał wyraźnie zainteresowany Ludwik - Ojca czy syna?
- Ojca. Syn pisze mniej i rzadziej. Ojciec za to jest bardziej płodny.
- I to w każdym znaczeniu tego słowa - zażartował sobie Francois.
Blanche lekko zgromiła go wzrokiem, a Ludwik tymczasem zapytał:
- A czy on będzie na premierze swojej sztuki?
- Podobno to ekscentryk, ale na premierze swojego dzieła zawsze się zjawia - odpowiedziała mu Elodie.
Następnie uśmiechnęła się do Ludwika serdecznie, domyślając się, dlaczego ją o to wszystko pyta. I wiedziała, że chętnie mu w tym pomoże.

***

Premiera sztuki „Świadomość” Aleksandra Dumasa ojca okazała się być nie tylko udana, ale i przy okazji przepustką do zdobycia kolejnych dużych pieniędzy dla jej autora. Dla autora, który prowadził na tyle wesoły i rozrywkowy tryb życia, że praktycznie zawsze potrzebował pieniędzy. Dlatego nikt, kto go dobrze znał, a już zwłaszcza takie osoby jak Elodie, nie miały wątpliwości, że długo przy sobie tych pieniędzy nie zachowa.
- Zobaczycie, kochani. Sukces przyniesie panu Dumas pieniądze, ale się nie nacieszy nimi zbyt długo - powiedziała do swych przyjaciół Elodie, gdy już sztuka dobiegła końca i wszyscy oklaskiwali ją.
- Czemu tak sądzisz? - zapytał Ludwik.
- Bo bardzo szybko je przetraci na hulaszczy tryb życia i będzie musiał pisać kolejne znakomite dzieło, aby mieć za co żyć.
- O ile wiem, nie stanowi dla niego jakiegoś problemu napisanie kolejnego wybitnego dzieła.
- To się tylko tak wydaje. Nawet nie wiesz, jaka to dla pisarza czasami wielka męczarnia, stworzyć kolejne znakomite dzieło.
- Albo, żeby w ogóle jakiekolwiek napisać - stwierdziła Blanche - Zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś bywa nieco kapryśny i zmienny.
- Dumas taki jest? - zapytał Ludwik.
- Ma zmienny charakter, to pewne. Zwykle jest rubaszny i sympatyczny, ale jak czasem najdzie chandra z byle powodu, to nie umie nic stworzyć przez nawet całe tygodnie - wyjaśniła Blanche - A potem nagle, zupełnie niespodziewanie ma taki przepływ energii, że w ciągu jednego dnia umie napisać dosłownie pół książki.
- Aż tak to wygląda? - spytał zaintrygowany Ludwik.
- Dokładnie tak - potwierdził Francois - Ludzie opowiadają o jego romansach i o jego trybie życia. Nie wiem, ile w tym wszystkim jest prawdy, ale zakładam, że raczej dużo. Ogólnie rzecz biorąc, Dumas mocno przypomina bohaterów swoich książek.
- A może odwrotnie? Może to bohaterowie jego książek przypominają jego? - zasugerowała Blanche.
- A może jedno równa się drugie? - zapytała wesoło Elodie.
Chwilę później cała czwórka wychodziła ze swojej loży, wesoło rozmawiając na temat sztuki, którą właśnie obejrzeli. Byli nią zachwyceni i żadne z nich ani na chwilę nie szczędziło słów podziwu względem tego, co mieli okazję zobaczyć na scenie. Elodie jednak, oprócz rozmawiania z pozostałymi, prowadziła ich w sobie tylko znanym kierunku, czego oni nie zauważyli, zajęci rozmową. Ona zaś tylko się tajemniczo uśmiechała i starała się nie dać niczego po sobie poznać. Kiedy zaś dotarli do miejsca, do którego ich prowadziła, czyli małego saloniku, gdzie autor sztuki odbierał gratulacje od najwierniejszych fanów, zawołała wesoło:
- Drogi panie Dumas, czy znajdzie się w tym pokoju miejsce dla jeszcze kilku fanów pana twórczości?
Aleksander Dumas ojciec zwrócił swój wzrok w kierunku Elodie i uśmiechnął się do niej serdecznie.
- Ależ naturalnie, Elodie. Jesteś tu zawsze mile widziana.
Księżniczka zachwycona podeszła do pisarza i pozwoliła, aby delikatnie ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek. Zaraz potem przedstawiła mu Ludwika, bo jej pozostałych kompanów doskonale on znał i w ich przypadku prezentacja nie była konieczna.
- To jest Ludwik von Wittelsbach, następca tronu Bawarii i wielki wielbiciel pana powieści i sztuk. Zawsze chciał pana poznać.
Ludwik dopiero teraz zrozumiał, że Elodie to zaplanowała od początku. Jej pomysłowość bardzo go zaskoczyła, ale i sprawiła mu przyjemność, dlatego z tak wielką radością spojrzał na nią, a jego oczy dziękowały jej bardziej niż usta byłyby w stanie tego dokonać. Serce biło mu w piersi jak szalone, a jego ręce drżały z tak wielkiej, nieskrywanej radości, kiedy to ściskał dłoń pana Dumasa, pisarza swoich ulubionych książek i swojego wielkiego literackiego idola. Czuł się wtedy jak małe dziecko pełne pasji, które poznaje ulubioną postać z bajki. Nie umiał wówczas nad sobą zapanować. Słowa same leciały mu z ust, kiedy mówił, jak cudownie czuje się, mogąc poznać osobiście znakomitego pisarza, którego książki uwielbia i które zawsze sprawiały mu olbrzymią przyjemność.
- Wiem, to brzmi na pewno strasznie śmiesznie i zapewne słyszał pan te słowa już niejeden raz, ale naprawdę nie umiem inaczej wyrazić mojego zachwytu. Ja po prostu jestem zachwycony, mogąc pana poznać.
Aleksander Dumas ojciec uśmiechnął się do Ludwika przyjaźnie. Dopiero w tamtej chwili, kiedy już skończył swoje przemówienie, miał okazję lepiej mu się przyjrzeć. Zobaczył, że ma przed sobą mężczyznę w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, Mulata średniego wzrostu o gładko ogolonej twarzy i kędzierzawej czuprynie, ubranego elegancko i ze smakiem, nieco puszystego, ale sympatycznego z twarzy i z powierzchowności. Czyli dokładnie takiego, jakiego go sobie wyobrażał.
- Ależ drogi panie, naprawdę nie uważam, żeby to, co pan powiedział, miało w sobie choćby odrobinę śmieszności - powiedział pisarz - Dla artysty każdy, kto jest zachwycony jego dziełem jest mile widziany. Poza tym, nie wiem, czy pan z tego sobie zdaje sprawę, ale to właśnie tacy czytelnicy jak pan sprawiają, że pisarz chce być pisarzem. To tacy czytelnicy sprawiają, że człowiek chce się rozwijać jako pisarz i tworzyć kolejne znakomite dzieła.
- Rozumiem. To dla mnie prawdziwa przyjemność, usłyszeć takie słowa.
- Nie, książę. To dla mnie jest przyjemnością usłyszeć pana pochwały. Nawet jeśli, jak to pan mówi, słyszałem je już niejeden raz.
Wszyscy w sali zachichotali rozbawieni, a Dumas jeszcze raz uścisnął dłoń Ludwika i powiedział głośno:
- Z okazji sukcesu mojej nowej sztuki, bardzo chciałbym uczcić z wami tę tak wspaniałą dla mnie okazję.
- Panie Dumas, jeśli pan pozwoli - odezwała się nagle Elodie.
- Słucham, księżniczko?
- Moja ciotka, cesarzowa Eugenia pragnie uprzejmie pana prosić, aby zechciał pan się zgodzić na to, abyśmy ja i moi przyjaciele przygotowali na pana cześć bal w sali balowej Hotelu Lambert. Całkowicie, oczywiście, na nasz koszt.
Dumas zdumiał się tą propozycją i choć była mu ona bardzo miła, musiał jej odmówić ze względu na swoją dumę pisarską oraz niechęć do przyjęcia jałmużny od kogokolwiek, nawet od wiernych fanów. Elodie szybko jednak pospieszyła z wyjaśnieniem, że źle on to wszystko odbiera.
- Moja ciotka nigdy nie poważyłaby się zaproponować panu jałmużny. Widzi pan, ona chce jedynie urządzić dla pana bal, ponieważ jest fanką pana książek. Nie tak dawno skończyła czytać wszystkie pana dotychczasowe powieści, którymi już zapełniła swoją bibliotekę i jest nimi zachwycona. Dlatego przysłała mnie, abym pana poprosiła o to, aby zgodził się pan urządzić dla siebie bal na pana cześć, ale z panem w roli gospodarza. Chce w ten sposób uczcić pana sukces pisarski i prosić, aby dalej pan tworzył i nigdy nie przestawał tego robić.
- Ach, jeśli tak, to co innego - odpowiedział Dumas zachwycony, przełamując się w końcu - Jeżeli tak się sprawy mają, to wobec tego grubiaństwem byłoby tak uroczej prośbie odmówić. Ale jeżeli mam być gospodarzem tego balu, to czy mogę zaprosić was wszystkich na ten bal?
- Obrazilibyśmy się, gdyby pan tego nie zrobił - zażartowała sobie Elodie.
Wszyscy zebrani w sali zaczęli głośno klaskać i wiwatować na cześć Dumasa i cesarzowej Eugenii. Ludwik zaś podszedł do Elodie i po cichu, aby tylko ona to usłyszała, zapytał:
- Naprawdę twoja ciocia wpadła na taki pomysł? Czy może była to wyłącznie twoja własna inicjatywa?
Elodie uśmiechnęła się do niego serdecznie i odpowiedziała:
- Oczywiście, że ciocia mi to zaproponowała. Naprawdę jest wielbicielką jego książek. Jak chcesz, pokażę ci po powrocie do pałacu jej bibliotekę. Pełno tam jest powieści pana Dumasa. Choć pewnie widziałeś coś podobnego, bo jestem pewna, że w swojej bibliotece masz nie mniej jego książek niż moja ciocia.
- Bardzo być może.
Następnie rozbawiony i uradowany zarazem Ludwik zawołał:
- A czy ja z mojej strony mogę zaproponować, abyśmy wszyscy przebrali się za postacie z książek pana Dumasa? Aby w ten sposób oddać mu jeszcze większy hołd, który mu się w pełni należy?
- Może lepiej nie, bo pan Dumas już nie przestanie się nigdy chwalić swoim dorobkiem i popadnie w samozachwyt - zażartowała sobie Blanche.
Pomysł jednak wszystkim przypadł do gustu i jednogłośnie został przyjęty.
- Ciekawy koncept. A za kogo się przebierzesz? - zapytał Francois Ludwika.
- To tajemnica. Zobaczysz na balu, o ile mnie oczywiście poznasz - odparł na to Ludwik.
Elodie spojrzała na Ludwika pytająco, ale po chwili namysłu domyśliła się, jaki jej zdaniem on mógłby założyć strój. W jej głowie wówczas narodziła się myśl o tym, jaki ona strój założy, aby mu sprawić miłą niespodziankę.

***

W ciągu kilku najbliższych dni Elodie z Ludwikiem ustalali, na prośbę samej cesarzowej Eugenii, wszystkie szczegóły balu w Hotelu Lambert. Chcieli bardzo, aby to było wyjątkowe i niezwykłe w każdym calu przyjęcie i aby pan Dumas za jego pomocą zrozumiał, jak bardzo go cenią i jak bardzo ważna jest dla nich jego twórczość literacka. Dlatego dbali o to, aby wszystkie szczegóły zostały dopięte na ostatni guzik. Właściciel hotelu zaś, otrzymawszy za zorganizowanie balu niemałą sumę, stawał niemalże na głowie, aby im to wszystko ułatwić. Nie szczędził przy tym starań, aby jego klienci byli bardzo zadowoleni. Dodatkowo miał na widoku jeszcze jedną korzyść, poza zapłatą od cesarzowej. Liczył na to, że ów bal stanie się dla jego hotelu najlepszą z możliwych reklam i przyciągnie do niego jeszcze więcej znakomitych klientów, dlatego też nie zamierzał przegapić tak dogodnej dla siebie okazji i postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ten bal okazał się być najlepszym ze wszystkich towarzyskich wydarzeń sezonu.
Gdy nadszedł zaś dzień balu, wszyscy zaproszeni goście zjawili się na nim i to punktualnie, przebrani oczywiście w stroje postaci z powieści pana Dumasa. Ale w sprawie strojów, należy wspomnieć, że nie wszystkie były oczywiste i niektórzy z gości musieli wyjaśniać, kim są, bo nie umiano ich zawsze rozpoznać. Niektóre jednak stroje były na tyle charakterystyczne, że pomylić się ich nie dało z żadnym innym. Najlepszym dowodem tego był chociażby Francois w stroju d’Artagnana i jeszcze trzech innych panów w strojach Atosa, Portosa i Aramisa. Podobnie rzecz się miała z jednym z gości przebranym za kardynała Richelieu, czy choćby z jedną damą w stroju królowej Margot, nie wspominając już o pewnej parze przebranej za Nerona i Akte, jak i też za Robin Hooda i Lady Marion (którym wszak pan Dumas również poświęcił swego czasu swoje powieści). Nie zabrakło tu też jednej damy z aksamitnym naszyjnikiem w kształcie gilotyny, groźnego wampira albo też władcy wilków, czyli postaci z raczej mniej znanych niektórym, jednak doskonale znanym prawdziwym wielbicielom prozy pana Dumasa powieści grozy, które także wyszły spod pióra wielkiego Aleksandra.
Ludwik przebrany był za hrabiego Monte Christo. W masce zasłaniając mu górną część twarzy i w swoim stroju czuł się znakomicie. Jakby był dzieckiem i oto trafił teraz do świata snów, świata swoich ukochanych książek, w którym to tak cudownym świecie odnajdywał się jak ryba w wodzie. Choć zwykle podczas bali stał on z boku i głównie się przyglądał innym, tym razem bawił się doskonale, z wielką przyjemnością patrząc na ludzi wokół niego przebranych za muszkieterów, za Józefa Balsamo, za Karola Szalonego, za Anioła Pitou, za Raula de Bragelonne, za człowieka w żelaznej masce i wiele innych znakomicie napisanych postaci z kart książek Dumasa ojca. Obserwował je, wypatrując pośród nich Elodie. Ale nie wiedział, za kogo się przebrała i gdzie ona teraz jest.
Nagle podeszła do niego jakaś tajemnicza kobieca postać ubrana w strój jakby z XVII wieku. Strój mieszczanki, niezbyt bogaty, ale za to bardzo elegancki.
- Witam pana, panie hrabio Monte Christo. Bo zakładam, że jego mam teraz przed oczami - powiedziała kobieta głosem Blanche.
- Witam serdecznie, Blanche - odpowiedział jej Ludwik - Wybacz mi, ale nie mam pewności, za kogo się przebrałaś.
- Jestem Konstancją Bonacieux, ukochaną d’Artagnana, którym jest mój mąż.
- Ach tak, rozumiem. Tak coś czułem, że o nią może chodzić.
- Chciałam być Marią Antoniną, ale Francois mnie do tego zniechęcił.
- Dlaczego?
- Stwierdził, że na pewno kilka kobiet się za nią przebierze, co jest prawdą. A po drugie spytał, czy jeśli ja będę Marią Antoniną, to czy on może być katem?
Ludwik parsknął śmiechem, rozbawiony tym pytaniem i odpowiedział:
- Och, nie gniewaj się na niego. On tylko żartował.
- Wiem, że żartował. Ale powiedział, że nie będzie Ludwikiem XVI. Wyobraź sobie, iż uważa się za zbyt przystojnego jak na tego króla.
- Tu się muszę z nim zgodzić. Ale zawsze mógł być kawalerem Oliverem de Charny, ukochanym królowej.
- To samo mu powiedziałam, ale nie chciał mnie słuchać. Dlatego ostatecznie zostaliśmy Konstancją i d’Artagnanem.
- Rozumiem. A nie wiesz, czy jest Elodie? Nigdzie jej nie widzę.
- Jest, spokojnie. Jestem pewien, że niedługo sama cię wypatrzy.
Po tych słowach, lekko przed nim dygnęła i odeszła. Ludwik zaś dalej zaczął się rozglądać za ukochaną, gdy nagle stanęła przed nim piękna dziewczyna. Była to wysoka blondynka w greckim, orientalnym stroju, w rozpuszczonych włosach i w czerwonej masce zasłaniającej jej górną część twarzy.
- Czy dobrze mniemam, że mam oto przed sobą hrabiego de Monte Christo? - spytała dziewczyna.
Ludwikowi jej głos wydawał się niezwykle znajomy, choć nieznajoma chciała go przed nim wyraźnie zamaskować, co ułatwiał jej gwar na sali. Uśmiechnął się więc do niej i powiedział:
- Istotnie, to ja. A wnosząc z pani orientalnego stroju, mam przed sobą Hayde, księżniczkę grecką i córkę Ali Paszy.
- Zgadza się, to ja.
Ludwik uśmiechnął się do dziewczyny i delikatnie ucałował jej dłoń.
- Cieszy mnie, że zdołałem tu panią spotkać. Wobec tego chyba wcale panią nie zdziwi, jeżeli poproszę, aby nie opuszczała mnie pani aż do końca balu.
- Zdziwiłoby mnie to, gdyby pan mnie o to nie poprosił, książę Ludwiku.
A więc ona mnie zna, pomyślał sobie. Wobec tego ja także muszę ją znać. To więcej niż pewne. Ale ona chyba pragnie ukryć przede mną swoją tożsamość. Bo inaczej, czemu by próbowała zmienić swój głos?
- Proszę mi wybaczyć, pani, ale walczymy nierówną bronią. Pani zna moje prawdziwe imię, lecz ja pani imienia nie znam.
Dziewczyna w stroju Hayde uśmiechnęła się do niego delikatnie i rzekła:
- Może mnie pan nazywać Gabrielą.
Ludwik ponownie ucałował dłoń dziewczyny i spojrzał jej w oczy, które to bardzo uważnie spoglądały na niego spod otworów maski. Były błękitne i zarazem jedyne w swoim rodzaju. Wiedział już, kogo ma przed sobą. Tylko jedna kobieta może mieć tak cudowne oczy, pomyślał.
- Czy pozwoli się pani porwać do tańca, Gabrielo?
- O niczym innym nie marzę, panie Ludwiku.
Chwilę później, gdy orkiestra zaczęła tańczyć, wziął ją w ramiona i zaczął z nią tańczyć walca. Zadowolony nie odrywał wzroku od jej oczu i coraz bardziej się utwierdzał w przekonaniu, że ma przed sobą tę osobę, którą podejrzewa, że ma. Z zadowoleniem, którego bynajmniej nie ukrywał, tańczył z nią, a dziewczyna czule i rozkosznie zwróciła się do niego:
- Wspaniały bal, nie sądzi pan?
- Owszem, nie widziałem nigdy piękniejszego - odpowiedział.
- Czy to prawda, że wymyśliła go księżniczka Elodie?
- O ile wiem, bardziej jej ciotka, cesarzowa Eugenia. Ale Elodie na pewno ten pomysł aprobuje.
- Nigdy nie widziałam księżniczki Elodie. Czy pan ją kiedyś spotkał?
- Oj tak, wiele razy.
- Jaka ona jest? Podobno jest bardzo piękna.
- Zdecydowanie piękna. Nie znam piękniejszej istoty od niej.
Dziewczyna zachichotała delikatnie i spytała:
- Nie sądzi pan, że to nietakt chwalić w obecności jednej kobiety drugą?
- Nie, jeżeli obie te kobiety są jedną i tą samą osobą, panno Elodie.
Rzekoma Gabriela zmieszała się lekko, początkowo nie wiedząc, co ma na to odpowiedzieć, potem jednak spojrzała uważnie na Ludwika i zapytała:
- Co mnie zdradziło?
- Twoje oczy. Nikt nie ma równie cudownych oczu, co ty.
- Mam normalne oczy.
- Masz niezwykłe oczy. Takich, jakich nie ma inna kobieta na świecie.
Rozmowę im przerwało nagłe zakończenie utwory, pod który tańczyli, potem zaś pojawienie się na środku sali Aleksandra Dumasa ojca z synem, również tego samego imienia i nazwiska, który wyglądał jak młodsza kopia ojca, tylko tak jakby nieco wyższa i bardziej postawna.
- W imieniu mojego syna i moim własnym chciałem serdecznie podziękować wam wszystkim za łaskawe przybycie - powiedział Dumas ojciec - Naprawdę nie umiem wyrazić słowami, jak cudownie mi być tu teraz z wami wszystkimi. Pragnę zatem wam powiedzieć, że brałem udział w różnych balach i zabawach, ale nigdy nie czułem się na żadnym z nich tak dobrze jak tutaj. Dlatego wiedzcie, że jest to dla mnie największy wyraz hołdu z waszej strony wobec mojej twórczości. Za tak cudowny prezent od was nie mogę zrobić nic innego, jak tylko obiecać wam, że ja i jak sądzę, także i mój równie zdolny, jeśli nie zdolniejszy syn, będziemy pisać dla was jeszcze długo i długo cieszyć was swoimi powieściami. Już teraz mamy obaj w planach kolejne dzieła, które mamy nadzieję, że przypadną wam do gustu.
Goście zebrani na sali zaczęli głośno klaskać na cześć obu pisarzy, którzy to zaraz potem wznieśli toast za zdrowie wszystkich tu zebranych, a potem dali znak orkiestrze, aby zagrała kolejny utwór. Ludwik uśmiechnął się do Elodie, po czym z przyjemnością poprosił ją do kolejnego tańca. Już chwilę później tańczyli, patrząc sobie przy tym w oczy, pod rytm cudownie brzmiących słów, które śpiewał jeden z muzyków, obdarzony naprawdę przyjemnym głosem. Słowa te brzmiały tak:

Wejdź co tchu w błękit snu.
Tam, gdzie miłość trwa.
Serca głos obudzi noc
Skrzydłem dnia.
Choćbyś sam pośród skał
W dal nieznaną szedł.
W siwej mgle odnajdzie cię
Serca szept.

W świecie snów nie trzeba słów
I chmur tam brak.
Nawet łzy przyniosą ci
Czułości smak.
Bo miłość to klucz.
Miłość to klucz.

Światła gwiazd wiodą nas
W nieba modrą toń.
W ciszę znów, wśród kwiatów stu
Z gwiezdnych łąk.
Pochwyci cię w ramiona swe
Miłości złoty krąg.

Ludwik i Elodie tańczyli, patrząc sobie w oczy. Uśmiechali się do siebie przy tym i czuli, jakby byli właśnie w krainie snów, w której nikt ich nigdy nie może skrzywdzić i w który oni mogli być całkowicie sobą. A w ich uszach tak cudownie brzmiały słowa pięknej piosenki:

W świecie snów nie trzeba słów
I chmur tam brak.
Nawet łzy przyniosą ci
Czułości smak.
Bo miłość to klucz.
Miłość to klucz.

Światła gwiazd wiodą nas
W nieba modrą toń.
W ciszę znów, wśród kwiatów stu
Z gwiezdnych łąk.
Pochwyci cię w ramiona swe
Miłości złoty krąg.

Kiedy piosenka dobiegła końca, muzyka chwilowo umilkła, a wszyscy goście rozeszli się powoli do stolików z przekąskami, aby coś podjeść. Ludwik i Elodie także to zrobili, przy okazji bardzo wesoło rozmawiając.
- Widzę, że doskonale się bawisz, Ludwiku - powiedziała Elodie, zajadając w tej samej chwili kawałek smacznego ciasta.
- Oj tak. Dawno tak dobrze się nie bawiłem - odpowiedział jej Ludwik, także jedząc ciasto i jednocześnie pożerając wzrokiem Elodie, wyglądają tak zmysłowo w swoim stroju Hayde.
- Czy lepiej niż w kabarecie z moim kuzynem? - zażartowała sobie Elodie.
Ludwik spojrzał na nią ironicznie i lekko westchnął.
- Boże drogi! Elodie, ile razy ja mam ci powtarzać, że ja wcale się tam nie bawiłem tak dobrze, jak tutaj? I że nie lubię tego rodzaju zabaw?
- Doprawdy? Nie podobały ci się panie tańczące kankana?
Ludwik uśmiechnął się wesoło i odparł:
- No, jeśli chodzi o ten widok, to był bardzo miły. Ale co z tego, skoro Lulu nie ma w ogóle wyczucia i potem zaczął się zabawiać z jedną z tancerek, a ja już nie mogłem na to patrzeć ani nie chciałem przeszkadzać, więc musiałem wyjść?
- Musiałeś wyjść? I co? Nie pomyślałeś o tym, aby zaprosić do stolika jeszcze jedną tancerkę, taką tylko dla siebie?
- Nie. Nie interesują mnie ostatnio inne kobiety poza jedną konkretną.
Elodie uśmiechnęła się delikatnie do Ludwika. Liczyła na taką odpowiedź, ale i tak sprawiła jej ona prawdziwą przyjemność.
- To ciekawe. A możesz mi wyznać, co to za kobieta?
- No wiesz, to tajemnica. Nie wiem, czy powinienem to robić - odparł Ludwik żartobliwym tonem.
Elodie zachichotała i przysunęła się nieco bliżej do niego.
- Proszę, Ludwiku. Obiecaliśmy sobie pielęgnować naszą przyjaźń. Chyba jej nie chcesz teraz zniszczyć jakimiś tajemnicami?
Książę bawarski popatrzył na nią bardzo czułym wzrokiem, odłożył pusty już talerzyk po cieście na stolik i odpowiedział:
- No dobrze, powiem ci. W mojej głowie jest już tylko jedna osoba. Bardzo, ale to bardzo dla mnie wyjątkowa i to pod każdym względem.
- A opowiesz mi coś o niej? Jaka ona jest?
- Jest miła, kochana, dobra, wrażliwa, ciepła i serdeczna, cudownie mi się z nią zawsze rozmawia. Ponadto nie znam piękniejszej od niej kobiety.
- Naprawdę? A jaka jest uroda tego twojego ideału?
- Ten ideał ma cudowne, długie blond włosy barwy słońca, oczy niczym niebo w pogodę, delikatne różowe jak maliny usteczka, a do tego cudowny nosek. Słodki i uroczy, zwłaszcza kiedy go lekko zadziera.
- Brzmi ciekawie. A jak się zwie ten ideał? Bo chyba mogę to wiedzieć?
Ludwik delikatnie ujął jej dłoń w swoją. Poczuł wtedy, jak delikatną ma ona skórę i jak cudownie mu jest ją dotykać. Delikatnie zaczął głaskać palcem jej rękę i powiedział z miłością:
- Sądzę, że na to pytanie znasz już odpowiedź.
Chwilę później, Ludwik podszedł do orkiestry i porozmawiał przez chwilę z nią. Muzycy uśmiechnęli się do niego serdecznie i skinęli głowami na znak, że się zgadzają na jego propozycję. Kiedy zaś książę powrócił do ukochanej, zaczęli grać utwór, który zamówił u nich wcześniej. Ludwik wyciągnął wówczas rękę do swej ukochanej, a ta ujęła go za nią i oboje dali się porwać piosence, podobnie jak i też pozostali uczestnicy balu. Wszyscy oni ulegli mocy tego pięknego utworu, który szedł oto tak:

To nic, niby nic,
Lecz musi się coś w tym kryć.
Jakaś moc, jakaś siła,
Co mnie zbudziła z twardego snu.
Ta moc, dziwna moc
Każe mi o tobie śnić.
Wyczekiwać i drżeć,
Tęsknić co noc i co dzień.

W błękicie oczu twych
Zgubiłem cały świat.
I myśli me i serce me
I spokój wszystkich dni.
W błękicie oczu twych
Sam zginąć byłbym rad,
By znaleźć w nich uśmiechy me
I szczęścia łzy.

I może jest to śmieszne,
Może to jest dziecinne,
Że tak wszystkiemu winne
Są słodkie oczy twe.
W błękicie oczu twych
Zgubiłem cały świat,
Lecz właśnie w nich
Znalazłem dzisiaj szczęście me.

Ludwik patrzył w oczy Elodie i poczuł, że słowa tej piosenki idealnie oddają jego uczucia do ukochanej. Zresztą doszedł do tego wniosku już wcześniej i z tego powodu chciał, aby usłyszała ona ten utwór, poznała jego słowa i zrozumiała, co jej chciał przez to powiedzieć. Dla pewności, kiedy muzycy znowu zaśpiewali tak piękne, ostatnie słowa piosenki, on wypowiadał je cicho w stronę Elodie.

I może jest to śmieszne,
Może to jest dziecinne,
Że tak wszystkiemu winne
Są słodkie oczy twe.
W błękicie oczu twych
Zgubiłem cały świat,
Lecz właśnie w nich
Znalazłem dzisiaj szczęście me.

Elodie spojrzała na ukochanego i poczuła, że serce bije jej jak szalone. W tej samej chwili na jej twarzy pojawiły się czerwone wypieki, a całe ciało nagle stało się jakby gorące. Westchnęła głęboko i powiedziała:
- Możemy na chwilę wyjść z sali? Trochę mi gorąco.
Ludwik ujął ją pod ramię i oboje opuścili na chwilę salę balową. Ledwie to zrobili, a od razu Elodie poczuła, że jej lepiej. Uśmiechnęła się z podziękowaniem do księcia bawarskiego, po czym zapytała:
- Czy zamówiłeś tę piosenkę?
- Tak, zgadza się. Chciałem ci w ten sposób powiedzieć coś bardzo ważnego - odpowiedział jej Ludwik.
- Rozumiem - rzekła Elodie, czule patrząc mu w oczy - Czy jesteś pewien, że to czujesz? Bo może to tylko zauroczenie? Jak w przypadku Sissi?
Ludwik pokręcił przecząco głową.
- O nie. Tych uczuć nie da się ze sobą porównać. Wiele o tym myślałem i to już od pierwszej chwili, gdy tylko cię spotkałem w parku cesarskim, kiedy czytałaś książkę. Byłaś wówczas taka zachwycająca. A potem oboje znaleźliśmy piękną nić porozumienia. Później spytałaś mnie, co będzie z naszą przyjaźnią. Ale ja wtedy już wiedziałem, że to uczucie znacznie silniejsze.
- I nic nie powiedziałeś?
- Nie wiedziałem, co ty do mnie czujesz.
- Rozumiem. Nie wiedziałeś, co ja czuję i niczym ten słynny poeta litewski, który tak pięknie pisze... Jak on się nazywał? Ach, przypomniałam sobie, Adam Mickiewicz! Więc tak jak Mickiewicz często sobie zadawałeś pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?
- Owszem, ale tylko pytałem siebie o twoje uczucia. Bo moich byłem pewien.
- Więc jakie są twoje? Czy to przyjaźń, czy kochanie?
Ludwik ujął ją delikatnie w ramiona i zapytał:
- Czy to wystarczy za odpowiedź?
I pocałował ją w usta. Elodie nie opierała się. Tak długo na to czekała. Od tej chwili, gdy po raz pierwszy to zrobił. Objęła go mocno za szyję i chociaż nie miała w tej kwestii doświadczenia, oddała mu pocałunek. Oderwali się od siebie dopiero wtedy, kiedy zabrakło im tchu w piersiach. Oddychali wówczas głęboko, a w ich piersiach serca szalone wybijały jeden ten sam, cudowny rytm.
- A więc rozumiem, że wybierasz kochanie, nie przyjaźń - rzekła po chwili, gdy już odzyskała równy oddech Elodie.
- A nie mogę mieć jednego i drugiego razem? - zapytał Ludwik - Czy moja ukochana nie może mi być też najlepszą przyjaciółką w jednej osobie?
- Nie jestem pewna. Musisz mnie o tym przekonać, Ludwiku.
Książę bawarski nie dał się długo prosić. Objął swoją ukochaną księżniczkę i bardzo namiętnie ją pocałował. Elodie poczuła wówczas, jak od czubków palców po końcówki jej włosów przechodzą ją przyjemne dreszcze, tak cudowne, że nie umiemy i nie chce się im opierać. Ten cudowny pocałunek, o którym tak marzyła, był dla niej cudem na ziemi. Tak jak i dla Ludwika, czującego teraz w swoim sercu wyraźnie, że nawet jeżeli wcześniej nie był w świecie swoich najcudowniejszych snów, to teraz na pewno w nim jest.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...