środa, 11 stycznia 2023

Rozdział XIII - Cudowny dzień


Plan wyjazdu Franciszka do Possenhofen został odłożony o jeden dzień i to z przyczyn równie mocno niespodziewanych, co niezwykłych. Wszystko zaczęło się o poranku, kiedy to Elodie nie przyszła na śniadanie, które miała zjeść razem z Franciszkiem, Karolem i Ludwikiem. Zamiast niej, do owej trójki przyszła jedynie Blanche ze smutną miną na twarzy, aby oznajmić, że księżniczka nie może przyjść i zjeść z nimi posiłek, gdyż bardzo źle się czuję.
- W imieniu moim i swoim własnym, Jej Wysokość prosi Wasze Wysokości o wybaczenie - zakończyła swoją wypowiedź młoda kobieta.
- Czy to coś poważnego? - zapytał szczerze zatroskany Ludwik.
- Może sprowadzić lekarza? - dodał równie mocno zaniepokojony Franciszek.
Blanche zmieszała się lekko, kiedy usłyszała to pytania. Poczuła się okropnie ze świadomością, że musi ich okłamywać. Ale co niby miała powiedzieć? Że jej pani i zarazem przyjaciółka tak mocno przeżyła fakt o posiadaniu przez Franciszka narzeczonej, iż musiała to wszystko odleżeć, oczywiście w samotności i nie chciała nikogo widzieć? Przecież, nawet kiedy mówiła to sama do siebie, brzmiało to tak głupio, że aż śmiesznie. Aż wstyd było to powtórzyć na głos. Dodatkowo jakoś nie pasowało jej to do Elodie. Wszak ona zawsze była mądra i rozsądna, a do tego też wyróżniała się spośród swoich rówieśniczek zachowaniem godnym szacunku. No, a teraz? Boże drogi... Teraz to zachowywała się jak zakochana pensjonarka. Jak to było w ogóle możliwe, że osoba zwykle tak mądra i rozważna, teraz postępuje w tak irracjonalny sposób? Chyba prawdą jest, iż przez miłość ludzie głupieją. Elodie zdecydowanie zgłupiała. I co ona zamierza teraz robić? Siedzieć w swoim pokoju już do końca życia? Unikać jak ognia Franciszka i wszystkich mężczyzn? I jeszcze ryzykować sprowadzenie do niej przez zatroskanego jej zdrowiem cesarza doktora od siedmiu boleści, który ją zbada, uzna, iż nie widzi fizycznych problemów i dla poprawy jej samopoczucia, upuści biedaczce krwi?
O nie! Do tego nie można było dopuścić. Podobnie jak i do tego, że cesarz i jego przyjaciele dowiedzą się o prawdziwych motywach zachowania księżniczki. To by była już całkowita kompromitacja. Blanche, jak na prawdziwą przyjaciółkę przystało, nie mogła na to pozwolić. Musiała zatem bardzo szybko coś wymyślić, aby nikomu z tu obecnych nie chciało się drążyć tematu.
- Nie, Wasza Cesarska Mość. Lekarz nie jest tutaj potrzebny - powiedziała na głos, w głowie próbując szybko wymyślić powód uzasadniający jej słowa.
- Dlaczego? - zapytał Franciszek.
- Ponieważ to nie jest choroba, Wasza Cesarska Mość.
- A cóż takiego?
Blanche nie wiedziała, co ma powiedzieć. Zmieszana i niespokojna, poczuła, że aż się poci z nerwów. Za chwilę wszystko się wyda, to pewne. Im dłużej będzie milczeć, tym bardziej się wkopuje. Musiała szybko coś powiedzieć, inaczej cesarz nie przestanie drążyć tematu. Tylko co? Co ma mu rzec, aby nie chciał dopytywać się o szczegóły? Poczuła, jak w brzuchu coś ją gniecie. Nie wiedziała jednak, czy to z nerwów, czy z głodu. A może powody były bardziej kobiece? Tylko czy to już tego dnia by one przypadały? Ledwie jednak o tym pomyślała, oświeciło ją. Teraz wiedziała, co powinna powiedzieć.
- Ponieważ, Wasza Cesarska Mość - rzekła nieco konspiracyjnym tonem - Ja wiem, że nie powinnam, bo to wstydliwy temat, ale ze względu na to, że jestem nie tylko sługą, ale i przyjaciółką księżniczki, muszę o tym wspomnieć. Proszę jednak nie mówić o tym nikomu. I proszę o to wszystkich tu obecnych.
- Nigdy nie zdradziłem tajemnicy damy i nie zamierzam tego robić - odrzekł na to Karol.
- Ja tym bardziej - dodał Ludwik.
Blanche udała, że się zastanawia, co ma zrobić, ale ostatecznie ustępuje, po czym rzekła jak najbardziej konspiracyjnym tonem:
- Tu chodzi o pewne kobiece dolegliwości, Wasza Cesarska Mość. Tylko takie kobiece, które potrafią nastąpić zupełnie niespodziewanie i potem... A potem dzieje się to, co teraz z księżniczką.
Franciszek, Karol i Ludwik od razu zrozumieli, o co Blanche chodzi, a jako, że wszyscy trzej byli dżentelmenami z urodzenia, nie zamierzali drążyć tematu, ani tym bardziej pytać o szczegóły. Temat był wstydliwy nie tylko dla nich, ale i dla Elodie i dla Blanche. Wypytywanie o niego nie należało do dobrego tonu, dlatego zadowolili się jedynie tym, co Francuzka raczyła im powiedzieć.
- Och, no tak. Już wszystko rozumiem - odparł cesarz, lekko tym wszystkim już skołowany - Czy jednak mimo wszystko, nie jest potrzebny medyk? Może on zna jakieś metody, aby ulżyć księżniczce w cierpieniu?
- Nie, Wasza Cesarska Mość. Proszę się niepotrzebnie nie fatygować, aby dla księżniczki sprowadzać lekarza - odpowiedziała mu Blanche - Zapewniam, że na to się nie umiera, choć chwilami może się wydawać inaczej. W takim wypadku, to tylko spokój może pomóc. I samotność. Być może jutro albo pojutrze księżniczka poczuje się lepiej. Na razie jednak, proszę jej nie zasmucać. Księżniczka nie chce wiedzieć, że Wasza Cesarska Mość się o nią aż tak martwi.
- Trudno się nie martwić, gdy w grę wchodzi sprawa dyplomatyczna. Jednak jestem zdania, że wie pani, co pani mówi i księżniczka sama sobie z tym poradzi. Gdyby jednak było inaczej, jestem do dyspozycji.
To mówiąc, delikatnie się skłonił przed Blanche. To samo zrobili, choć nadal zostając na swoich miejscach, Karol i Ludwik.
- To naprawdę przykra historia - zauważył ten pierwszy.
- Życzymy księżniczce powrotu do zdrowia - dodał Ludwik.
- Dziękuję, przekażę - powiedziała Blanche, lekko dygając przed cesarzem i jego przyjaciółmi.
Zaraz potem wyszła z pokoju.
Franciszek spojrzał na Ludwika i Karola, jakby pytając ich wzrokiem, co o nim o tym wszystkim sądzą. Ci byli lekko zmieszani, ponieważ poruszony temat nie należał do czegoś, o czym mężczyźni potrafią swobodnie rozmawiać, a już tym bardziej w swoim gronie.
- W takiej sytuacji, nie mogę wyjechać do Possenhofen - powiedział po chwili Franciszek - Chyba mnie obaj rozumiecie. Mój gość się tak fatalnie czuje, a ja bym miał teraz wyjechać i się dobrze bawić?
- Z całym szacunkiem, braciszku, ale wydaje mi się, że nic tu nie pomożesz, kiedy w grę wchodzą kobiece sprawy - stwierdził nieco ironicznie Karol - Znaczy, ja jej współczuję i to bardzo, bo to nie może być nic przyjemnego. Ale co ty chcesz niby osiągnąć, zostając tutaj? Słyszałeś przecież, ona lekarza nie chce. Musi sobie sama z tym wszystkim poradzić. A twoja obecność w pałacu wcale nie sprawi, że ona się poczuje lepiej. Chyba, że posiadasz cudotwórcze ręce.
To mówiąc, wykonał on delikatny i zarazem zwariowany ruch dłońmi, jakby rzucał zaklęcie. Ludwik i Franciszek mimowolnie parsknęli śmiechem, rozbawieni tym gestem, ale ten drugi szybko spoważniał i powiedział:
- Nie, cudownych dłoni nie posiadam, ale posiadam obowiązki cesarza i przy okazji obowiązki gospodarza, u którego Elodie źle się poczuła. Owszem, nie jest to nasza wina, ale mimo wszystko muszę się upewnić, że nie jest gorzej niż myślimy. Muszę mieć pewność, że księżniczka powróci do zdrowia. Dlatego też chwilowo muszę tu pozostać. Obowiązki gospodarza mi to nakazują.
- Rozumiem doskonale, o czym mówisz, ale musisz też wyjaśnić kilka spraw w Possenhofen - powiedział Karol - Ostatecznie ta sprawa nadal jest tematem, do którego może przy byle okazji powrócić nasza kochana matka.
- A co niby tutaj wyjaśniać? - zapytał Ludwik - Doszliśmy przecież do chyba rozsądnych wniosków, że baronowa kłamie, a wasza matka uwierzyła w jej blagi, bo chce pozbyć się Sissi i te kłamstwa są jej na rękę. Po co to drążyć?
- Po to, aby naszej matce oraz tej kłamliwej żmii zatkać usta i pozbawić żądeł, którymi mogą dalej gryźć - powiedział z powagą w głosie Karol - Ludwiku, nie oszukujmy się. Dopóki wszystko nie zostanie wyjaśnione, moja matka dalej będzie mojemu bratu próbowała wmawiać, że Sissi go nie kocha i go zdradza, a baronowa będzie jej w tym wtórować. Jeżeli chcemy uciszyć te plotki, musimy wyjaśnić, że to brednie, a Franciszek zdoła to zrobić tylko na miejscu.
- Oceniasz chyba za surową naszą matkę, Karolu - powiedział Franciszek - Ja wiem, że nie znosi ona Sissi z jakiegoś powodu i jest jej na rękę to, co mówi o niej baronowa von Tauler, ale mimo wszystko nie wierzę, że mogłaby...
- Czego by nie mogła, Franciszku? - przerwał mu ze złością Karol - Czego by niby nie mogła? Nie jątrzyć przeciwko twojej narzeczonej, która jej nie pasuje tu, na dworze i z czym wcale się nie kryje? Nie widzisz, że ona już to robi? Sądzisz w swojej naiwności, iż powiesz jej kilka gorzkich słów i ona przestanie to robić? To tak nie działa. Każda inna osoba pewnie by tak postąpiła, ale nie ona. Nasza matka lubi stawiać na swoim, a już zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o ciebie. Bo jeśli o mnie chodzi, to jakoś zawsze było jej obojętne, z jakimi kobietami się zadaję.
- Ach, a więc tu cię boli? - zakpił sobie Franciszek - Kompleksy młodszego brata? Masz mi za złe to, o czym ostatnio rozmawialiśmy?
- Chyba sobie żarty stroisz. Myślisz, że to rozpamiętuję?
- A nie rozpamiętujesz?
- Nie. Nawet jestem w zasadzie wdzięczny naszej matce za to, że traktowała mnie inaczej niż ciebie. Bo przynajmniej nie mam klapek na oczach, tak jak ty. To jest zaleta bycia młodszym, mniej kochanym dzieckiem. Umie się wtedy patrzeć na swoich rodziców o wiele rozsądniej niż robią to te dzieci, które od zawsze były bardziej kochane.
Franciszka zabolały słowa brata i już chciał coś na nie odpowiedzieć, ale nim zdążył to zrobić, naszła go myśl, czy aby słowa Karola, choć bardzo bolesne, nie są prawdą? Ostatecznie ich matka niestety, zawsze jego faworyzowała, a Karolowi nie okazywała tyle ciepła i uczuć, choć paradoksalnie to Franciszek był męczony przez nadmiar obowiązków, a Karol jako ten, od którego nie oczekiwano nigdy za wiele, obowiązków miał bardzo mało lub prawie wcale. Czy jednak ta wolność, bo chyba tak można ją nazwać, była warta braku większych uczuć ze strony matki? Im więcej Franciszek o tym myślał, tym bardziej żal mu było brata. Kiedy żył ich ojciec, Karol zawsze mógł na niego liczyć i zapewne dlatego wciąż potrafił być tak wesoły i radosny. Chociaż, czy ten rozrywkowy tryb życia, jaki Karol wiódł, nie był aby jedynie sposobem na odbicie sobie kompleksów? I to kompleksów, które w nim spowodowała ich własna matka?
Biorąc to wszystko pod uwagę, Franciszek nie był w stanie spełnić swojego pierwotnego zamiaru i powiedzieć bratu coś niemiłego. Zamiast tego skinął głową powoli na znak, że go rozumie i odparł:
- Masz rację, Karolu. Nasza matka niestety jest strasznie upartą kobietą. Nie odpuści ona Sissi, skoro raz uwierzyła w te bzdury opowiadane przez baronową. I dopóty w nie będzie wierzyć, dopóki nie zrozumie, że się myli. A zrozumie to, gdy już wszystko wyjaśnimy, a jeszcze pewniej to się stanie, kiedy baronowa odwoła te swoje obrzydliwe kalumnie. A jedyny sposób na to, żeby to zrobiła, to przybycie do Possenhofen, osobiście zbadać sprawę i dowieść baronowej, że kłamie. Wtedy zostanie zmuszona do tego, żeby przy mojej matce odwołać swoje zarzuty wobec Sissi. Dlatego muszę jechać. Ale skoro księżniczka Elodie tak źle się czuje, muszę chwilowo jeszcze tutaj zostać. Pojadę do Possenhofen jutro. Do tego czasu dowiem się, co u księżniczki. Jeżeli nadal będzie tak źle się czuła, każę wezwać do niej lekarza i to bez względu na to, czy ona tego chce, czy nie. Myślę, że przynajmniej tyle, jako gospodarz mogę zrobić.
- Słuszne podejście, braciszku - powiedział Karol, tym razem z pełną aprobatą w głosie - Jako gospodarz masz wręcz moralny obowiązek tak postąpić. A kiedy już to zrobisz, to będziesz mógł spokojnie pojechać do Sissi.
Ludwikowi niezbyt się spodobała ta perspektywa. Nie wiedział przecież, czy Andrassy już zdążył opuścić teren Possenhofen, czy aby nie zostanie przyłapany w tym miejscu przez cesarza Austrii. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że mógłby za pomocą swojej wiedzy oczyścić Sissi z zarzutów, ale wiedział zbyt dobrze, jakie to mogłoby mieć konsekwencje polityczne. Zepsute relacje Austrii z Bawarią i może nawet wojna pomiędzy tymi krajami, nie mówiąc już o narażeniu biednej Idy na niebezpieczeństwo, nie wspominając już o Gyuli. Choć jego, to się powinno chyba przywiązać łańcuchem do jego pokoju. Co mu w ogóle strzeliło do głowy? Jak on mógł tak ryzykować i to jeszcze pomimo ostrzeżeń ze strony Ludwika oraz Idy? Naprawdę aż tak tęsknił za ukochaną, że nie potrafił wytrzymać bez niej i to mimo niebezpieczeństwa krążącego nad ich głowami? Ironia losu. Chce walczyć o wolne Węgry, a nawet nie potrafi zapewnić sobie bezpieczeństwa. To dopiero naiwność godna epoki romantyzmu. Jakby jednak nie było, Ludwik nie mógł niestety nic na ten temat powiedzieć Franciszkowi, nawet jeśli Sissi miała być przez chwilę z tego powodu o coś podejrzewana. Ona sobie poradzi, Franz nie uwierzy w te brednie i dość szybko wyciszy całą sprawę. Nie było to całkowicie w porządku wobec niej, ale co innego Ludwik miał zrobić? Zatajenie wiedzy w tym wypadku stanowiło o wiele mniejsze zło niż powiedzenie prawdy.
- Ludwiku, a co ty o tym wszystkim myślisz? - zapytał po chwili Franciszek.
- Uważam, że Karol ma rację. Im szybciej wszystko wyjaśnimy, tym lepiej - odpowiedział nieco wbrew sobie Ludwik - Ale mam jedną uwagę. Poprowadź to wszystko, Franciszku w taki sposób, aby Sissi o niczym nie wiedziała. Jak dotąd, tylko my, wasza matka i baronowa o tym wszystkim wiemy. I lepiej niech już tak pozostanie.
- Racja. Sissi poczuje się okropnie, jeśli się dowie o takich zarzutach pod jej adresem - zgodził się z nim Karol.
- No i jeszcze dobije ją to, że choć przez chwilę byłem w stanie uwierzyć w te wszystkie brednie - dodał przygnębionym tonem Franciszek, wyraźnie bardzo zły na siebie z tego powodu - Tak, masz rację, Ludwiku. Sissi nie może o niczym się dowiedzieć. Muszę zbadać sprawę bardzo dyskretnie. Wypytam po cichu służbę, a ona powinna wiele wiedzieć. Bo nie wierzę, że Andrassy potajemnie się wkrada na teren Possenhofen i nikt ze służby tego nie zauważył. To po prostu niemożliwe.
- No właśnie, Franciszku - poparł go Ludwik - Znasz tę służbę dosyć dobrze. W końcu jako dziecko wiele razy tam bywałeś, a więc łatwiej ich teraz przekonasz do tego, aby ci powiedzieli prawdę. A na pewno ci powiedzą, że twoja ukochana jest niewinna, a Andrassy nigdy tam nawet stopy nie postawił.
Tego ostatniego książę bawarski nie mógł być pewien, ale musiał przecież w jakiś sposób uspokoić Franciszka i utwierdzić go w przekonaniu, że Andrassy nie był nigdy w Possenhofen. Zbyt wiele teraz od tego zależało. Miał tylko nadzieję, iż służba potwierdzi jego słowa. W zasadzie, to raczej będzie leżeć w ich interesie. Bo jeżeli ktoś obcy wchodzi na teren pałacu i oni o tym nie wiedzą, to bardzo źle o nich świadczy. Poza tym, kochają panienkę Sissi i na pewno nie zrobią niczego, co by ją mogło postawić w złym świetle. Dlatego bez dwóch zdań, zapewnią Franza o tym, że ona jest niewinna.
Tylko, co dalej? Teraz Andrassy nie wpadł, ale naprawdę niewiele brakowało, aby tak się stało. A co, jeżeli znowu zacznie tak ryzykować? Czy następnym razem też będzie miał tyle szczęścia?

***

Mimo tego, że wszystko wskazywało na to, że Andrassy jest bezpieczny, jego bawarski przyjaciel wciąż z niepokojem czekał na rozwój wypadków. W końcu nie był pewien, czy jego przypuszczenia są słuszne. Chociaż potajemnie udało mu się ostrzec druha, aby trzymał się z daleka od Possenhofen, to jednak mimo wszystko obawy w tym kierunku jeszcze go trzymały. Na szczęście, zostały one rozwiane, gdy niespodziewanie około południa do Ludwika przyszedł telegram nadany przez Idę. Jego treść była krótka, ale treściwa.

Dziękujemy za wiadomość <STOP> Goście wyjechali dwa dni temu <STOP> Wszystko gotowe na przyjęcie cesarza <STOP> Ida.

Ludwik odetchnął z ulgą, kiedy to przeczytał. Wiadomość ta oznaczała, że się niepotrzebnie niepokoił, bo Andrassy wyjechał już dawno, tak więc, kiedy książę bawarski nadał wczoraj depeszę, to jego już nie było w Possenhofen. A nawet jeśli był, to teraz już go tam nie ma. Franciszek Józef może sobie zatem spokojnie tam pojechać. Służba z lojalności do Sissi, na pewno nic mu nie powie. Poza tym, Sissi jest niewinna, więc służący będą mogli potwierdzić to, że z nikim nie romansuje, a baronowa odwoła te swoje kalumnie. Lepiej jednak, aby Gyula nie pojawiał się w okolicy ponownie, a przynajmniej nie wtedy, kiedy ta wiedźma tam jest. Wszystko wskazuje na to, że jest ona szpiegiem Zofii i ma za zadanie nie tylko uczyć Sissi, ale jeszcze ją pilnować oraz donosić na nią, jeżeli tylko będzie coś do donoszenia. Ludwik oczywiście nie powiedział tego wszystkiego Franciszkowi, który był co prawda w stanie uwierzyć w to, że matka uwierzyła w brednie baronowej na temat romansu Sissi z Gyulą i dała się oszukać, ale w to, iż sama kazała ją śledzić, to już by raczej nie uwierzył. Był za bardzo kochającym synem, aby to zrobić. W końcu, to mogłoby oznaczać, że jego matka jest perfidna, a w to żadne kochające dziecko nie uwierzy, choćby mu przedstawiono dowody na tacy. I trudno je za to winić. Bo jak niby dziecko może uwierzyć, że ktoś, kto jemu dał tyle miłości i wobec niego zawsze był w porządku, to wobec innych bliskich mu osób zachowuje się wręcz karygodnie i nie posiada przy tym żadnych skrupułów, aby się ich pozbyć? Z tego oto powodu Ludwik wolał nic nie mówić Franciszkowi o swoich podejrzeniach, zwłaszcza, że przecież mógł on źle oceniać arcyksiężnę i tak naprawdę nie kazała szpiegować Sissi i donosić na nią, a cała ta awantura wynikała jedynie z osobistej niechęci baronowej do Sissi. Jakby jednak nie było, kolejne sprzeczki z Franzem nie były Ludwikowi potrzebne. Jeżeli chciał go oderwać od maminej spódnicy, to nie może jawnie jej atakować. A zresztą, Zofia mimo swoich wad była kochającą matką i za samo to zasłużyła na szacunek swojego syna i Ludwik, sam szanujący swoją rodzicielkę, nie był w stanie namawiać Franciszka do tego, aby nie darzył on szacunkiem swojej. Poza tym, to i tak już o wiele lepiej sprawa wyglądała aniżeli niedawno. Odkąd tylko poznał Sissi, stopniowo zaczął się od matki odsuwać, nadal ją szanując i ceniąc, ale mniej niż ukochaną. To był już dobry znak i należało nie przeszkadzać tej sytuacji rozwijać się. A z pewnością by Ludwik jej przeszkodził, gdyby tylko spróbował buntować Franza przeciw matce. O nie, lepiej pozostawić sprawy takimi, jakimi są, aby toczyły się po swojemu. Ostatecznie cesarz to już nie jest małe dziecko i sam wie, co powinien myśleć. W razie czego, kuzyn był mu w stanie służyć pomocą, ale przecież podejmować decyzji za niego nie będzie.
A skoro już o decyzjach i myśleniu mowa, to zachowaniu Gyuli dalekie było od rozsądnego, pomyślał Ludwik. Miał nadzieję, że jego przyjaciel wyciągnie z tego na przyszłość należyte wnioski i nie będzie się więcej narażał na tak wielkie niebezpieczeństwo. W końcu, miłość miłością, ale ryzykowanie życia po to, aby choć na chwilę zobaczyć ukochaną, to zachowanie godne kochanków z powieści, a nie z życia. Chociaż w przypadku Andrassy’ego, który chwilami zachowywał się jak postać z romantycznych powieści pana Dumasa, wszystko było możliwe. I to naprawdę wszystko. Nawet porwanie się z motyką na słońce. Czyż nie był tego najlepszym dowodem jego udział w powstaniu z roku 1848?
Ludwik doskonale to wszystko pamiętał. Tę chwilę, kiedy jego przyjaciel z czasów studenckich przyszedł mu oznajmić, że rzuca wszystko i rusza brać udział w walkach przeciwko tyranii cesarza Austrii. Miało to miejsce sześć lat temu, lecz mimo to książę bawarski doskonale to wszystko pamiętał. Miał wtedy wakacyjną przerwę od szkół angielskich, do których się przeniósł po zakończeniu studiów w Paryżu. Chciał bardzo poznać więcej liberalnych poglądów, aby móc je potem, gdy już zostanie królem, stopniowo wprowadzać. Przebywał wtedy w odwiedzinach u swoich krewnych, czyli oczywiście u rodziny Sissi. Tam też jego najstarszy kuzyn, Wilhelm von Wittelsbach oznajmił mu, że zamierza wraz z grupą ochotników iść do powstania na Węgrzech. Dodatkowo ten sam zamiar oznajmił mu Gyula, który  przyjechał po Wilhelma i spotkał u niego Ludwika. Książę bawarski był z tych ich pomysłów bardzo niezadowolony. Próbował ich odwieźć od tego zamysłu, jednak wszystkie jego argumenty trafiały w próżnię.
- Zrozumcie, że to, co robicie, to szaleństwo - mówił do nich z rozpaczą - To przecież jasne. Powstanie w takich warunkach nie ma najmniejszych szans. I niby co wy chcecie w ten sposób osiągnąć? Przecież tylko rozjuszycie bestię, która jak na razie jeszcze śpi spokojnie. Ale jak się obudzi...
- Spokojnie? O jakim ty spokoju mówisz? - zapytał go ze złością Andrassy - A prześladowania naszych? A dławienie wszelkich praw, jakie tylko nam się należą jako ludziom? A próba zamienienia nas w Austriaków? Czy to jest twoim zdaniem spokojne spanie bestii?
- Rozumiem doskonale, co czujesz, Gyula, ale...
- Nic nie rozumiesz, paniczyku. Twój kraj nie jest pod niczyją okupacją. Nikt wam nie próbuje odebrać autonomii. Nikt was nie traktuje jak podludzi, którzy się tylko powinni modlić i dziękować Bogu, że dał im cesarza za władcę. Co ty zatem możesz o nas wiedzieć? Dla ciebie wielka polityka to po prostu zabawa strasznie już znudzonego dworskim życiem książątka.
Ludwik chciał protestować, ale Wilhelm pokazał mu ręką, aby tego nie robił. I miał rację, próba odbicia argumentów i to z gniewem nic by nie dała, a do tego w obecnej chwili Andrassy był w takim stanie, że żadne logiczne wyjaśnienia z całą pewnością by do niego nie trafiły. Poza tym, czy on nie miał aby trochę racji? Co niby Ludwik mógł wiedzieć o Węgrzech i jej chęci bycia wolnymi? Co on mógł także wiedzieć o tym, jaka jest wielkoświatowa polityka? Przecież zaangażował się w nią dlatego, że go pociągała i zrobił to z własnej woli. Wielu natomiast nie miało wyboru i z racji swego pochodzenia zostało w nią wciągniętych, tak jak Andrassy.
- Gyula, to prawda. Wiele spraw nie jestem w stanie pojąć, bo nie umiem na nie spojrzeć z twojej perspektywy - powiedział po chwili - Być może też masz w tym, co mówisz, sporo racji. Być może zaangażowałem się w wiele spraw tylko z nudów i z braku innych zajęć. Nie zaprzeczam, że tak może być. Jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Czy jednak z tego powodu nie mogę powiedzieć, co o tym wszystkim myślę? Czy z tego powodu nie jestem już twoim przyjacielem?
- Gdybyś był moim przyjacielem, nie potępiałbyś tego, co robimy - odparł na to Andrassy - Nie potępiałbyś naszej sprawy. Nie oczekuję od ciebie, że będziesz z z nami walczył. Jesteś przecież jedynym następcą tronu Bawarii. Bez ciebie linia królewska może się skończyć. Bez ciebie nie będzie reform w twoim kraju. Ale to nie jest powód, abyś miał nas krytykować. Zapomniałeś, jakie ideały nam podczas studiów przyświecały? Zapomniałeś, co głosi loża?
Ludwik podczas studiów w Paryżu, wstąpił do loży masońskiej Wielki Świt. Wciągnął go do niej Gyula, który już wcześniej do niej należał. Obaj przyjaciele poważnie traktowali ideały przekazywane przez tę organizację. Andrassy jednak i udział w powstaniu traktował jako misję dla loży i dla celów, w jakie ona wierzy. W tej sprawie różnił się od Ludwika, który miał w tej sprawie zupełnie inną opinię.
- Loża nie kazała nam wywoływać powstań i zbrojnie walczyć o nasze idee - powiedział po chwili książę bawarski - Mówiła, że trzeba walczyć z ciemnotą za pomocą wiedzy. Ze złem za pomocą dobra, po przemoc sięgając jedynie wówczas, gdy nie ma innego wyjścia.
- Wyobraź sobie, że właśnie nie ma innego wyjścia - rzekł Andrassy - To jest ostateczność. Ostateczność, do której nasi oprawcy sami doprowadzili. Wodzili nas za nos, obiecując reformy, abyśmy siedzieli cicho. Ale nie dali nic. Dodatkowo też jeszcze wprowadzili takie prawa, które nas upokarzają. Mamy tego dość i dlatego właśnie musimy walczyć. Czas wreszcie pokazać im, do czego doprowadzili tym swoim łamaniem naszych podstawowych praw.
- Tak? I co wam to da? Co wam to da, że im to pokażecie?
- Nie mów, że jesteś po ich stronie.
- Nie. Ja po prostu boję się konsekwencji. Boję się, co z tego wyniknie. I boję się, że zamiast znieść represje, tylko je powiększycie. A za wasz bunt zapłacą nie tylko wasi najbliżsi, ale jeszcze całe Węgry. Ale wy tego nie doczekacie, bo w tej nierównej walce wszyscy zginiecie.
- Lepiej już zginąć jak mężczyzna niż żyć jako tchórz. Tak jak ty.
Ludwik stracił cierpliwość i schwytał go za poły jego ubrania. Popatrzył mu prosto w oczy i powiedział ze wściekłością w głosie:
- Uważaj lepiej, co mówisz, Gyula. Tobie się wydaje, że jestem ci wrogiem? Że chcę, aby was Austria gnębiła? Mylisz się. Pierwszy bym oddał krew za waszą sprawę, gdyby tylko to coś mogło pomóc. Ale to nie pomoże. Nikomu z was to nie pomoże. A ty od tchórzy mnie nie wyzywaj, bo ja się nigdy nie bałem walczyć o to, co słuszne. Jestem gotów walczyć, ale nie takimi metodami.
- Nie jesteś tchórzem? - zapytał z kpiną w głosie Gyula i wyrwał mu się - To chodź! Pokaż, co potrafisz! Stawaj do szabli!
To mówiąc, schwycił za rękojeść swojej broni, a Ludwik instynktownie zaraz chwycił za swoją, ale wtedy pomiędzy nich wskoczył Wilhelm i krzyknął:
- Zwariowaliście obaj?! Co wy chcecie w ten sposób udowodnić?! Dajcie już spokój! Przecież nie jesteście wrogami.
Obaj przyjaciele puścili rękojeści swoich broni, po czym Ludwik, który nieco wcześniej zdołał odzyskać spokój, powiedział:
- Zrobicie, jak zechcecie. Ale proszę, przemyślcie to sobie. Bo jeszcze nie jest za późno. Gyula, twój starszy brat jest jednym z przywódców, którzy planują to całe szaleństwo. Przekonaj go do tego, że to nie ma sensu! Nie dopuśćcie do tego! To jeszcze da się odwołać. Proszę, odwołajcie to! Jest jeszcze czas.
- Nie ma już czasu, Ludwiku - odpowiedział Gyula - Data powstania już jest wyznaczona. Nic w tej sprawie nie można zmienić. I nic nie chcemy zmieniać.
Ludwik załamany opuścił ręce. Zrozumiał, że już nic nie zdoła zrobić. Gyula i milczący Wilhelm powoli wsiadali na konie, aby wyruszyć w drogę, do swoich. To już był naprawdę koniec. Już ich nic nie mogło od tego odwieźć.
- Gyula! - zawołał Ludwik.
Andrassy odwrócił się do niego pytająco.
- Pamiętaj, że w moim domu zawsze będziesz mile widziany. A gdyby coś, to zawsze mój dom będzie twoim azylem. Znajdziesz w nim schronienie i pomoc.
Węgier uśmiechnął się do niego przyjaźnie, czując jednocześnie, jak bardzo mu wstyd za jego wcześniejsze słowa.
- Dziękuję, przyjacielu. Obym nie musiał z tego zaproszenia skorzystać.
A jednak musiał skorzystać, ponieważ sytuacja potoczyła się dokładnie w taki sposób, w jaki to przewidywał Ludwik. Powstanie upadło, a jego uczestnicy albo zginęli w walkach, albo trafili do niewoli, gdzie zostali potraktowani nie jak ludzie z wrogiej armii, ale jak pospolici buntownicy, którzy nie mają żadnych praw. Tak więc posypały się wyroki śmierci. Starszy brat Gyuli, Victor zginął powieszony, a sam Gyula ledwie tego uniknął. Zdołał uciec do Paryża, jednak nie zabawił tam za długo, gdyż w mieście odnaleźli go szpiedzy Zottornika. Na całe szczęście wciąż było w Paryżu wielu członków loży. Zabili oni szpiegów, którzy właśnie planowali porwanie Gyuli i zabranie go do Wiednia na proces, a już niedługo potem ci sami masoni bardzo szybko i bardzo sprawnie przenieśli go do Bawarii, gdzie Ludwik z rodzicami udzielili mu gościny, w której przebywał od około czterech lat. Wciąż tęsknił on za ukochaną Idą, którą to poznał niedługo przed wybuchem powstania i dyszał żądzą zemsty na jednym zdrajcy, przez którego jego oddział wpadł, a jego brata schwytano i niemal natychmiast, bez sądu powieszono. Gyula nie zamierzał tego wybaczyć tej kanalii i obiecał, że kiedyś go dopadnie.
Ludwik dobrze to wszystko pamiętał. Zbyt dobrze i dlatego nie chciał, aby ta cała sytuacja z powstaniem i lekkomyślnym pójściem prosto na śmierć w imię tej czy innej idei się powtórzyła. Dlatego miał nadzieję, że tym razem Gyula posłucha jego oraz Idy i nie będzie kręcił się w pobliżu Possenhofen, a już na pewno nie w tej chwili, kiedy tak wiele w ten sposób ryzykował.
Z rozmyślań i wspomnień, Ludwika wyrwało wezwanie do Franciszka Józefa, który chciał z nim porozmawiać na ważny temat. Książę więc powrócił spokojnie i bez pośpiechu do prawdziwego świata, po czym poszedł do gabinetu cesarza, aby dowiedzieć się, czego on sobie życzy.
Franciszek powitał go serdecznie, poprosił, aby usiadł, odprawił kilku ludzi, którzy z nim wtedy przebywali i kiedy upewnił się, że są sami, powiedział:
- Mój drogi Ludwiku, jak zapewne wiesz, jutro jadę do Sissi w sprawie nam obu wiadomej. Chcę raz na zawsze uciąć plotki na jej temat i odebrać mojej matce prawa do tego, aby je opowiadała. Dlatego muszę zakończyć ten temat i to raz na zawsze.
- Tak, wiem o tym wszystkim - odpowiedział Ludwik.
- Jednak pod moją nieobecność ktoś musi zająć się księżniczką Elodie. Chcę cię prosić, abyś to był ty.
Ludwik spojrzał zdumiony na kuzyna. Propozycja ta bardzo go zaskoczyła, choć sprawiła mu również swego rodzaju sporą przyjemność, gdyż urocza i bardzo słodka Francuzka wywoływała w nim od wczoraj same pozytywne uczucia. Jednak dlaczego cesarz Austrii prosił go o coś takiego?
- Nie rozumiem, w jaki sposób mam się nią zająć? - zapytał.
- Odwiedź ją, rozmawiaj z nią, zagaduj, rozbawiaj, pokaż jej miasto - odparł na to Franciszek tonem nauczyciela wyjaśniającego uczniowi proste zadanie - Och, mój Boże! Czy ja ci naprawdę muszę tłumaczyć, jak masz traktować piękną damę, którą ci powierzono pod opiekę?
- Ale jak ja mam niby gdzieś ją wyciągnąć, skoro ona jest chora?
- Jest albo i nie jest. Rozmawiałem z Blanche. Powiedziałem, że pomimo jej obiekcji pragnę wezwać lekarza. Zaczęła mi wtedy tłumaczyć, iż to niepotrzebne i wcale Elodie tego sobie nie życzy, ale wyraźnie się przy tym jąkała i nie patrzyła mi w oczy, kiedy to mówiła.
- Chyba już rozumiem, do czego zmierzasz. Uważasz, że ona kłamie?
- One obie kłamią. I Blanche i Elodie.
- Ale po co by miały to robić?
- Wspomniałeś mi o tym, że wiesz od Blanche, iż hrabia Jamisz na polecenie mojej matki wypytywał ją o to, czy Elodie jest z kimś zaręczona. Blanche z całą pewnością powtórzyła to swojej pani, a ta mogła zrozumieć, że pytam o to dlatego, że pragnę ją poślubić. Gdy zaś dowiedziała się o Sissi, poczuła się upokorzona i z tego powodu nie chce mi się pokazywać na oczy.
- Ciekawa teoria, ale nie wiemy, czy jest prawdziwa.
- Rozmawiałem już o tym z Karolem. Powiedział mi, że nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jego zdaniem to pewne, a moim bardzo prawdopodobne. Bo przecież Elodie zasmuciła się dopiero wieczorem, gdy dostałem list od Sissi i przy was o nim mówiłem. Wcześniej jakoś tryskała humorem, a w czasie kolacji, to już nagle jej przeszło. Widziałem to wszystko, dodałem dwa do dwóch i wyszło mi, że to wszystko układa mi się w logiczną całość.
- To rzeczywiście prawdopodobne, ale to tylko teoria.
- Możliwe, jednak jedno jest pewne. Jedyne, co jej poprawi humor, to miłe dla niej towarzystwo. A tym towarzystwem będziesz ty.
- Dlaczego ja? Dlaczego np. nie Karol?
- Bo to kobieciarz i jeszcze nie daj Boże, zechce uwodzić Elodie, a wtedy to już naprawdę ją dobije. Ty zachowasz się o wiele taktowniej. Poza tym...
Tu Franciszek przybrał dowcipną minę.
- Ona się tobie podoba, Ludwiku.
- Skąd taki wniosek? - zapytał Ludwik tonem niewiniątka.
- Widziałem, jak na nią patrzyłeś wczoraj, na kolacji. Tak nie patrzy ktoś, kto jedynie kogoś lubi. Ona się tobie podoba, nawet nie zaprzeczaj. Poza tym, niby jak się ona mogłaby tobie nie podobać? Przecież jest piękna, urocza, mądra, dobra, a do tego ma charakterek. Co się w niej może nie podobać? No, chyba tylko jedno. Że nie jest Sissi, ale to wada tylko dla mnie. Inni jej nie dostrzegą.
Ludwik uśmiechnął się ironicznie, chociaż porównanie Elodie do Sissi zaraz mu przypomniało o tym, jak niedawno dziwnie się czuł w obecności swojej małej i uroczej kuzyneczki. Teraz czuje coś podobnego do Elodie. Chociaż, czy tak aby na pewno to samo? Czy można czuć do jednej osoby to samo uczucie, co do drugiej? To chyba było niemożliwe. Poza tym, Ludwik przyłapał się na tym, że odkąd tylko wczoraj zobaczył Elodie na ławce w okularach i uśmiechającą się do niego, nagle jego serce mocniej zabiło, a jego samego trafił grom z jasnego nieba. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś takiego do jakiekolwiek dziewczyny. Nawet do Sissi. Poza tym, odkąd tylko poznał Elodie, kuzynka wypadła z jego myśli, a zastąpiła ją ta urocza pod każdym względem Francuzka. Czyżby to był jakiś znak z góry?
- No dobrze, nie będę zaprzeczał, że ona mi się podoba - powiedział Ludwik - Obawiam się jednak, że ja chyba nie podobam się jej.
- Ty miałbyś się jej nie podobać? - zapytał z ironią w głosie Franciszek - No, to jest chyba niemożliwe. Na tyle, na ile jako mężczyzna mogę obiektywnie swoją opinię wyrazić, uważam, że jesteś w typie większości kobiet na tym świecie.
- A jeśli Elodie należy do tej mniejszości?
- Aha! Przejmujesz się tym! Czyli ona ci się podoba! Wiedziałem! A zatem już wiem, że wybrałem właściwego człowieka do tak poważnego zadania.
Ludwik nie był pewien, czy powinien przyjmować to zadanie. Czy podobała mu i czy Elodie będzie nim zainteresowana, oczywiście nie jako księciem, ale jako Ludwikiem? Przyznał, że im więcej o tym wszystkim myślał, tym bardziej pragnął, aby tak właśnie było.

***

Sissi leżała na łące i patrzyła w niebo, rozmyślając o swojej przyszłości. Nie wybiegała myślami zbyt daleko w przyszłość, ponieważ nigdy nie należało to do jej zwyczajów. Ale skupiła się na najbliższej przyszłości, czyli na dniu dzisiejszym i tym, co miało się w jego trakcie wydarzyć.
- Dzisiaj przyjedzie Franciszek - powtarzała sobie w duchu Sissi - Dzisiaj go znowu zobaczę. Tak bardzo za nim tęsknię. Brakuje mi go, jego towarzystwa, jego słodkich ust, jego uroczych oczu, jego głosu, jego męskich ramion, w których tak czule mnie trzyma. Tak bardzo mi tego wszystkiego brakuje.
Jej ukochany miał już przyjechać wczoraj, o czym to zawiadomił ją w swoim telegramie Ludwik, jednak zamiast niego przybył kurier z listem, w którym Franz wyjaśniał, że sprawy państwowe zatrzymały go na ten jeszcze jeden dzień, ale już jutro zjawi się w Possenhofen, aby osobiście ucałować ukochaną i zobaczyć ją, bo jego serce tak strasznie tęskni za nią.
- Jutro, czyli już dzisiaj - mówiła sama do siebie Sissi.
Następnie sięgnęła po leżący obok niej list od Franciszka. Czytała go już tak wiele razy, ale mimo to nadal nie umiała w pełni nacieszyć się tym, co on zawierał. Tak pięknie był on napisany, że musiała ponownie go przeczytać.

Sissi, moja ukochana.

Nie ma kwiatów dorównujących Twej urodzie. Ani wschodów czy zachodów słońca. Nawet gwiazdy i księżyc bledną przy Tobie. Myślę o Tobie codziennie, od przebudzenia. Jesteś słońcem, które wita mnie rano swoim cudownym blaskiem. Cokolwiek robię, gdziekolwiek idę i z kimkolwiek się spotykam, zawsze widzę tylko Ciebie, moja jedyna miłości.
Dlatego tak bardzo mi smutno, że tego jeszcze dnia, chociaż to zaplanowałem do Ciebie przyjechać, uczynić tego nie mogę z powodu obowiązków, jakie na mnie ciążą. Nie przejmuj się tym jednak, gdyż jutro o tej porze będą już u Ciebie i będę trzymać Cię w ramionach, o czym marzę mocniej aniżeli o czymkolwiek innym. I tak bardzo pragnę Cię znowu poczuć przytuloną do moich ramion. Pragną znowu poczuć jedwab Twoich włosów, smak Twoich ust, miękkość Twojej skóry. Pragnę znowu zobaczyć błękit Twoich oczu, róż Twych ust, czerwień Twych policzków i wszystko inne, co jest częścią Twojej cudownej osoby.
Marzę o Tobie dniami i nocami. Tęsknota moja za Tobą nie jest możliwa do tego, aby ją należycie zmierzyć. Nie mogę się już doczekać, kiedy znów Cię ujrzę na jawie, nie tylko we śnie. Bo wiedz, iż w snach widzę Cię każdej nocy. Marzę już o tym, aby Ojciec Czas przyspieszył swoje zegary i uczynił dzień dzisiejszy dniem jutrzejszym, abym mógł już teraz, gdy piszę te słowa, zobaczyć Cię.
Do zobaczenia zatem jutro, moja jedyna miłości.
Kocham Cię.

Franciszek.

Sissi westchnęła głęboko i mocno przytuliła list do serca, uśmiechając się z radości do chmur na niebie. Przez chwilę wydawało się jej, że układają się one w twarz Franciszka, oczywiście radośnie na nią patrzącego. Westchnęła głęboko, gdy szybko zrozumiała, że jest w błędzie i ponownie spojrzała na list od ukochanego, przytulając go następnie mocno do serca.
- Franciszku, mój jedyny - szepnęła.
Tak bardzo za nim tęskniła i tak bardzo chciała znowu go zobaczyć.
- Wasza Wysokość! Wasza Wysokość! - usłyszała nagle bardzo dobrze znany sobie kobiecy głos.
To była Ida Ferenczy, która szukała ją po całej posiadłości. Na twarzy miała wymalowany radosny uśmiech, a z jej postaci biła promienna radość. Sissi uznała to za dobry znak dla siebie, więc szybko wstała i pomachała do dziewczyny, która z miejsca podbiegła do niej i dysząc, z trudem łapała oddech.
- Och, jak to dobrze, że znalazłam Waszą Wysokość - powiedziała, kiedy już powoli i stopniowo odzyskiwała normalny tryb nabierania powietrza w płuca.
- Ido, moja droga, nie musiałaś biegać, żeby mnie znaleźć - odpowiedziała jej Sissi, bardzo rozbawiona tą sytuacją.
- Musiałam, pani. Matka Waszej Wysokości posłała mnie po panią - wyjaśniła Ida, ocierając przy tym pot z czoła - Przyjechał cesarz. Pragnie widzieć się z Waszą Wysokością i to jak najszybciej. Bardzo się chyba stęsknił.
Sissi omal nie podskoczyła w górę na wieść o przybyciu Franciszka, tak ją ta wiadomość ucieszyła. Zamiast tego jednak zawołała radośnie:
- Hurra! Franciszek już jest!
Następnie uściskała mocno Idę, ucałowała ją w policzek, po czym pognała z szybkością strzały wypuszczonej z kuszy w kierunku domu. Ida z kolei jęknęła, bo to oznaczało kolejny bieg, do których nie była przyzwyczajona, po czym ruszyła szybko za Sissi, wołając:
- Wasza Wysokość! Proszę, nie tak szybko!
Tymczasem przed domem Wittelsbachów na ławce siedzieli Ludwika, Maks i Franciszek, z uwagą przyglądający się Teodorowi i Marii, jak walczą na drewniane miecze, czemu przypatruje się Ilary zachwyconym wzrokiem.
- A masz, złodzieju! - zawołał Teodor, wbijając mieczyk siostrze pod pachę.
Ta udawała martwego herszta bandytów, walczącego z cesarzem i ginąca pod ciosem jego rapiera, tak więc upadła na ziemię, jęcząc przy tym w taki sposób, jakby naprawdę konała. Teodor zaś podszedł do Ilary, ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek.
- Księżniczko Elodie, ocaliłem cię ja, cesarz Franciszek Józef I.
Ilary delikatnie dygnęła przed Teodorem, a Maria podniosła się z ziemi i w tej samej chwili rozległy się gromkie brawa ze strony publiczności. Dzieci delikatnie się ukłoniły Maksymilianowi, Ludwice i Franciszkowi, wyraźnie będącymi bardzo rozbawionymi tym przedstawieniem.
- Piękny pokaz aktorski, naprawdę - powiedział wesoło Franciszek - Ale nie do końca tak to wyglądało.
- A jak to naprawdę wyglądało? - zapytała zainteresowania Maria.
- Nie wiemy tego, bo w gazecie napisali tak niewiele - wyjaśnił Teodor.
Była to prawda, w „Dzienniku wiedeńskim”, który prenumerowała baronowa i który dostarczano jej co jakiś czas kurierem do Possenhofen, nie zawarto za wiele informacji na ten temat. Baronowa w swojej łaskawości pozwoliła przeczytać to pismo Maksowi i Ludwice, którzy z miejsca opowiedzieli o wszystkim dzieciom, przez co opowieść o bohaterskim czynie Franciszka Józefa stała się niezłą sensacją dla Teo, Mimi i Ilary. Chcieli oni jednak wiedzieć wszystko o tej sprawie, dlatego też, gdy tylko Franciszek wspomniał im, że szczegóły uwolnienia Elodie nieco się różnią od tego, co oni pokazali w swoim przedstawieniu, natychmiast poprosili go, aby im wszystko opowiedział. Franciszek chciał co prawda porozmawiać z Sissi, ale nie był w stanie chwilowo tego zrobić z powodu trójki uroczych urwisów, tak bardzo stanowczych w swoim postanowieniu wysłuchania go, że nie przyjmowali w ogóle możliwości odmowy. Cesarz zrozumiał szybko, iż nie wygra z nimi, więc poddał się i przeszedł do opowieści.
W historii swojej zawarł wszystkie szczegóły dotyczące akcji odbicia Elodie z rąk bandytów, oczywiście pomijając bardziej krwawe kawałki. Nie zapomniał ani o jednym ważnym fakcie, a już zwłaszcza o roli, jaką w tym wszystkim odegrał ich drogi kuzyn Ludwik. To ostatnie szczególnie spodobało się dzieciom, bo wprost przepadały za księciem bawarskim i wiadomość, że on też odegrał swoją rolę w tej niezwykłej akcji ratunkowej, bardzo mocno rozbudził ich wyobraźnię.
Chwilę później jeszcze raz odegrali oni przedstawienie bohaterskiego odbicia Elodie z rąk bandytów, ale tym razem Franciszka zagrał w nim sam Franciszek, zaś Teo odegrał rolę herszta bandy, który przegrywa z nim pojedynek. Maria w tej oto wersji zagrała Elodie, zaś Ilary bandytę próbującego zabić Franciszka od tyłu, od czego bohatersko go ocaliła Elodie, czyli Maria za pomocą patelni. Oczywiście w tej nowej wersji przedstawienia zmieniono nieco zakończenie, ale nie na takie, że herszt bandy ucieka, lecz zostaje bohatersko schwytany przez Franciszka, który to potem czule całuje dłoń Marii i mówi:
- Księżniczko Elodie, jesteś już bezpieczna.
Na ten moment przyszła właśnie Sissi w towarzystwie Idy Ferenczy, bardzo mocno zdyszanej bieganiem za swoją panią.
- Franciszku, przyjechałeś nareszcie! - zawołała promieniejąca za szczęścia Sissi, wpadając w ramiona ukochanego.
Ten uściskał ją bardzo mocno i ucałował czule, nie kryjąc swojej radości na jej widok, po czym, widząc jej zdumienie tym, co przed chwilą robili, wyjaśnił:
- Wybacz, czekając na ciebie, bawiliśmy się w bandytów.
- Ja byłam księżniczką francuską, którą uratował niedawno Franciszek z rąk groźnych bandytów - powiedziała Maria dumnym tonem - A Karol i Ludwik mu w tym pomogli. Ale już nie mieliśmy aktorów, żeby ich zagrali.
- Ocaliłeś francuską księżniczkę? - zdziwiła się Sissi - Dziwne. I ja nic o tym nie wiem? Dlaczego? Kiedy to miało miejsce?
- Kilka dni temu. Podobno pisali o tym w gazecie, ale ja rzadko czytam prasę - odpowiedział jej Franciszek.
- Rozumiem. Jestem bardzo ciekawa tej historii - powiedziała Sissi wesoło - I tego, jaką w tym wszystkim rolę odegrał Ludwik.
- Możemy ci to pokazać, jeśli chcesz - zaproponowała Maria.
- Dzieci, dajcie spokój narzeczonym - skarciła ją lekko Ludwika - Niech sobie porozmawiają na spokojnie. Franciszek na pewno woli zostać z Sissi sam.
Ponieważ cesarz potwierdził to delikatnym skinieniem głowy, Ludwika zaraz zabrała ze sobą dzieci i męża, pozostawiając zakochanych tylko we dwoje. Ida zaś, która stopniowo odzyskała po biegu dech w płucach, również odeszła i cesarz wraz z ukochaną wreszcie mieli czas tylko dla siebie.
- A więc opowiedz mi, jak to wszystko wyglądało. Tylko nie pomiń żadnego szczegółu - poprosiła Sissi, czule siadając z ukochanym na ławce.
Franciszek westchnął głęboko, trochę zmęczony i powtórzył jeszcze raz, nie pomijając niczego, co miało znaczenie, opis akcji ratunkowej. Sissi słuchała go z wielką uwagą, podziwiając go w duchu za to, jakim jest bohaterem i jak odważnie się zmierzył z tymi bandytami. Szczególnie zaniepokoiło ją to, że jeden z łotrów chciał go uderzyć szpadą od tyłu, ale powstrzymała go Elodie za pomocą patelni. Zasmuciło ją nieco, że herszt bandy uciekł, lecz nie myślała o tym zbyt wiele, bo jej myśli absorbowała bardziej osoba księżniczki Elodie.
- Opowiedz mi o niej, proszę - powiedziała, kiedy historia akcji ratunkowej dobiegła już końca - Jaka ona jest?
Franciszek zmieszał się mocno, słysząc to pytanie. Elodie była miła, piękna, a do tego też urocza, jednak powiedzenie tego Sissi nie wchodziło w grę. Przecież nie można tak po prostu chwalić urody innej kobiety w towarzystwie ukochanej, ponieważ łatwo w takiej sytuacji wywołać z jej strony niepotrzebny atak zazdrości i to nawet wtedy, gdy dziewczyna jest spokojna, a co dopiero wtedy, gdy posiada temperament, tak jak Sissi. Dlatego Franz postanowił powiedzieć coś, co sprawi, że odpuści temu tematowi i nie będzie go już poruszać, gdyż nie zainteresuje ją to.
- Jaka jest? No cóż... Odważna, sympatyczna, całkiem zaradna i cóż... Jak na ten wiek, który ma, dosyć ładna.
Sissi uśmiechnęła się do niego dowcipnie i zarazem zalotnie, mówiąc:
- Jak na ten wiek? Czyli ma swoje lata?
- Oj tak, zdecydowanie ma - potwierdził szybko Franciszek.
- No proszę, a już zaczynałam być zazdrosna.
- Jak to dobrze, że nie jesteś. Bo przecież nie ma ku temu powodów.
- Na pewno nie mam?
- Ani jednego.
Sissi uśmiechnęła się czule do Franciszka, po czym zaproponowała mu spacer po najbliższej okolicy. Cesarz z radością przyjął to zaproszenie i już po chwili we dwoje szli pod ramię, śmiejąc się i żartując. Nie wiedzieli, że przez okno w swoim pokoju obserwuje ich Nene, której widok ten sprawia potworny ból i to wcale nie dlatego, żeby kochała Franciszka. O nie, powód tego był zupełnie inny. Chodziło o to, co miała Sissi, a czego ona nadal zdobyć jakoś nie potrafiła. Miłość i szczęście w związku z wyjątkowym mężczyzną. Przez chwilę naiwnie sądziła, że mężczyzną jej snów był Franz. Teraz rozumiała, jak bardzo się pomyliła. Nie miała do niego żalu o to, że pokochał on jej siostrę zamiast niej, jednak mimo wszystko widok ich obojga, tak bardzo szczęśliwych, zabolał ją. Zasmucona odsunęła się od okna, po czym opadła na łóżko i zaczęła płakać.
- Dlaczego nie mogę przestać cierpieć? Dlaczego? Dlaczego jestem tak podłą egoistką? - zapytała sama siebie z rozpaczą, bez nadziei na otrzymanie odpowiedzi od kogokolwiek - I dlaczego, zamiast się cieszyć szczęściem Sissi, umiem tylko o tym myśleć, jak bardzo pragnę być nią i mieć tyle powodzenia, co ona? Dlaczego ja jestem taka podła? Boże, dopomóż!

***

Elodie leżała ubrana jedynie w nocną koszulę w swoim łóżku, a po głowie jej krążyły same ponure myśli. Od wczorajszego dnia ani razu nie wyszła z pokoju, w nim przyjmując posiłki i nikogo do siebie nie dopuszczając poza Blanche. Była jej bardzo wdzięczna za to, jak sprytny i zarazem skuteczny pretekst do zachowania samotności ona wymyśliła, a także i za to, że nie pozwoliła ją zbadać lekarzowi. Nie chciała, aby jej upuszczał krwi albo w taki czy inny sposób eksperymentował na niej z nowoczesnymi metodami leczenia. Dzięki pomysłowości Blanche miała teraz święty spokój, czyli coś, czego teraz najbardziej na świecie potrzebowała.
Niestety, wcale jej to nie poprawiało humoru, dlatego tego dnia posłała swoją przyjaciółkę do sklepu po czekoladki. Z doświadczenia wiedziała, jak dobre są one na smutek i jak bardzo poprawiają człowiekowi nastrój. Nieraz je wypróbowała i za każdym razem były one skuteczne. Tym razem też tak musiało być. Dlatego z niecierpliwością na nie czekała, nie odrywając jednak przy tym wzroku od ściany. Gdy w końcu usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, nie spojrzała w ich kierunku, aby sprawdzić, kto to, bo i na to nie miała ochoty, tylko powiedziała:
- Jesteś nareszcie. Czy przyniosłaś czekoladki, Blanche?
- Tak, mam czekoladki, ale nie jestem Blanche - usłyszała za sobą czyjś głos.
Odwróciła się przerażona i zobaczyła stojącego w wejściu do pokoju Ludwika z Bawarii, zamykającego właśnie za sobą drzwi.
- Co ty tu robisz? - zapytała ze złością.
- Przyszedłem odwiedzić obłożnie chorą księżniczkę - odpowiedział książę.
- Zbytek łaski. Proszę wyjść.
- Nie mogę najpierw oddać to, co przyniosłem?
- Nie mam ochoty na prezenty od mężczyzn. Wyjdź stąd!
- Ależ Elodie...
- Wyjdź, powiedziałam!
To mówiąc, zerwała się z łóżka, choć przed chwilą nie miała na to siły i ręką pokazała na drzwi.
- Mam zawołać służbę, żebyś sobie stąd poszedł? - zapytała.
- Lepiej tego nie rób. Jeszcze zobaczą cuda, które wolałbym mieć jedynie dla siebie - odpowiedział dowcipnie Ludwik.
Elodie dopiero teraz uświadomiła sobie, że stoi przed nim w nocnej koszuli, która choć nie była prześwitująca, podkreślała jej kobiece kształty. Zawstydzona szybko wskoczyła pod kołdrę i nakryła się nią po samą szyję.
- Słyszałem, że czekolada potrafi dodać sił, ale nie sądziłem, że tak szybko - powiedział dowcipnie Ludwik - Ostatecznie nawet jej nie zjadłaś, co najwyżej, to tylko poczułaś jej zapach, a mimo to, tak szybko ozdrowiałaś.
- Szybko, to ty powinieneś zamknąć oczy, kiedy widzisz kobietę w negliżu - rzuciła ze złością w jego kierunku Elodie.
- I odmówić sobie tak pięknego widoku? To byłoby niegrzeczne. Takie coś, to wręcz zbrodnia przeciwko pięknu.
- I musiałeś je oczywiście uważnie obejrzeć.
- Wybacz, Elodie. Zagapiłem się, zupełnie zresztą niechcący.
- Każdy by się zagapił! I założę się, że bardzo chcący!
Ludwik zachichotał, po czym podszedł powoli do Elodie i delikatnie dotknął jej czoła dłonią.
- Gorączki nie masz - stwierdził zaraz potem - A zatem nie widzę powodu, dla którego miałabyś ciągle leżeć w łóżku. Zwłaszcza, że wydajesz się być zdrowa.
- Skąd o tym wiesz? Nie jesteś lekarzem - mruknęła Elodie.
- A ty pacjentką - odpowiedział jej Ludwik, po czym położył przy niej pięknie zapakowane pudełko - Proszę, oto czekoladki. Lekarstwo na złamane serce.
- Jakie złamane serce?
- Franciszek cię zawiódł i masz teraz złamane serce.
Elodie jęknęła głośno i naciągnęła kołdrę na głowę.
- Skąd o tym wiesz? Kto ci to powiedział? Blanche? Pożałuje tego, pleciuga!
Rzeczywiście, to Blanche mu powiedziała o tym, jak się czuje Elodie. Tak się złożyło, że spotkał ją przypadkiem, kiedy ta wracała z miasta z czekoladkami. Gdy tylko go zobaczyła, natychmiast mu o wszystkim opowiedziała i zaraz poprosiła o to, aby namówił Elodie na wspólny spacer, bo przecież siedzenie w pokoju nic jej nie pomoże, a raczej tylko zaszkodzi. Trzeba więc było jakoś namówić siostrzenicę Napoleona III na wyjście z łóżka.
- Jestem dosyć bystry, aby samemu się domyśleć kilku rzeczy - powiedział po chwili do księżniczki Ludwik, nie chcąc wsypać Blanche.
- I co niby takiego zobaczyłeś?
- Jak patrzysz na Franciszka. Tak nie patrzy tylko znajoma.
- I co jeszcze widziałeś? Czy on też na mnie patrzył?
- Nie, on widzi tylko Sissi, swoją narzeczoną. A ona jego... Niestety.
Słysząc to ostatnie słowa, które Ludwik wypowiedział trochę tak wbrew sobie i zdecydowanie nie specjalnie, Elodie lekko opuściła kołdrę, odsłaniając jedno oko, którym zaczęła uważnie obserwować księcia.
- Niestety? - zapytała zaintrygowana.
Ludwik jednak nie chciał drążyć tematu. Widząc, że i tak za dużo już rzekł, uśmiechnął się tylko delikatnie i powiedział:
- Lepiej już wstań i ubierz się. Pokażę ci Wiedeń. Będziesz nim zachwycona.
- Nie mam ochoty na wycieczki. Lepiej mi opowiedz o tej Sissi i czemu ona jest „niestety” zakochana w cesarzu.
- Jak pójdziesz ze mną na spacer, to ci opowiem.
- No dobrze, pójdę. Poczekaj na mnie przed pokojem.
Ludwik uśmiechnął się zadowolony i wyszedł z pokoju, przed którym czekała Blanche, uśmiechnięta od ucha do ucha. Widząc wesołą minę Ludwika, poczuła się jeszcze bardziej zachwycona swoim pomysłem, po czym weszła powoli do pokoju i spojrzała na Elodie, która siedziała już na łóżku.
- Czujesz się lepiej, pani? - zapytała, zamykając za sobą drzwi.
Elodie spojrzała na nią jednak groźnym wzrokiem i powiedziała:
- Dwie sprawy, Blanche. Po pierwsze, jak jeszcze raz, kiedyś bez mojej zgody będziesz opowiadać innym o moich prywatnych sprawach, to każę cię wychłostać.
Blanche nie przejęła się groźbą. Dobrze wiedziała, że Elodie tylko tak mówi, ale nigdy nie spełniłaby tej zapowiedzi.
- A po drugie?
- A po drugie, pomóż mi się ubrać. Jestem umówiona.

***

Franciszek Józef z przyjemnością spacerował po posesji Wittelsbachów wraz z ukochaną Sissi przez długi czas. Tak dobrze mu było w jej towarzystwie, że już całkiem zapomniał o tym, co go tutaj sprowadziło. Nie miał też ochoty sobie o tym w żaden sposób przypominać. Spacerowanie z Sissi i wesołe rozmowy, jakie oboje prowadzili dawało mu tak wiele radości oraz szczęścia, że nie umiałby tego opisać, gdyby ktoś go o to zapytał.
Niestety, nawet największa euforia potrafi minąć, kiedy niespodziewanie się zjawia ktoś, kto przypomina zakochanym o prozie życia. Tym kimś była Helga von Tauler, która przyszła prosić w imieniu gospodarzy Sissi i Franciszka na obiad. Na jej widok, cesarz od razu sobie przypomniał, w jakim celu przede wszystkim tutaj przyjechał, a także, że ma oto przed sobą osobę odpowiedzialną za stworzenie tak podłych plotek na Sissi. Postanowił, że natychmiast musi ją ukarać, ale w taki oto sposób, aby jego ukochana o niczym nie wiedziała.
- Idź, Sissi. Zaraz cię dogonię - powiedział - Chciałbym chwilę porozmawiać z baronową. To nie potrwa długo.
Sissi skinęła głową na znak zgody, po czym odeszła w kierunku domu. Gdy już była dosyć daleko, Franciszek spojrzał groźnie na baronową i rzekł:
- Wiem już, jakie podłe plotki roznosi pani o mojej narzeczonej. Chciałbym, aby wiedziała pani o tym, że ani ja, ani moja matka nie wierzymy w nie. Chyba, że ma pani jakieś dowody na potwierdzenie swoich podłych kalumnii, w co zresztą, mocno wątpię.
Baronowa spojrzała na niego przepraszającym wzrokiem i dygnęła tak nisko, jak tylko się dało. Oczywiście w innej sytuacji bez wahania zaraz by mu pokazała dowód, o który prosił w postaci chusteczki Sissi zgubionej na miejscu schadzki tej uroczej dwójki kochanków. W obecnych jednak okolicznościach nie była w stanie tego zrobić. Nie po liście, jaki otrzymała od Zottornika, a który to przyszedł do niej wraz z listem od Franciszka do Sissi. Kanclerz pisał w tym liście o tym, jak bardzo jest niezadowolony z jej zachowania. Przypomniał, że uważa Sissi za idealną, bo bardzo głupiutką i pozbawioną zmysłu politycznego kandydatkę na żoną cesarza i zdecydowanie o wiele mocniej mu ona odpowiada aniżeli niezależna i świadoma wielu politycznych aspektów Elodie. Dlatego też domaga się od baronowej, aby ta przestała szpiegować Sissi, a plotki, jakie rozpuszcza na jej temat natychmiast i w sposób skuteczny odwołała, w przeciwnym bowiem razie ich współpraca straci raz na zawsze rację bytu. Baronowa zbyt dobrze wiedziała, co to dla niej oznacza i dlatego pokornie postanowiła przed Franciszkiem odwołać swoje oskarżenia.
- Bardzo przepraszam, Waszą Cesarską Mość - odpowiedziała na zarzuty w jej kierunku wystosowane - Przyznaję z bólem w sercu, że postąpiłam podle wobec księżniczki Elżbiety. Nie przykłada się ona do lekcji tak mocno, jak powinna i do tego jawnie okazuje mi niechęć. Dlatego w przypływie złości napisałam ten list, w którym opisałam waszej matce te bzdury o rzekomym spotkaniu w sadzie.
- Rzekomym? - zapytał Franciszek - A więc chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie było żadnego spotkania?
- Oczywiście, że nie było, Wasza Cesarska Mość.
- I nigdy Andrassy nie pojawił się w tej okolicy i z nikim się nie spotkał?
- Nigdy, Wasza Cesarska Mość. To był jedynie wymysł z mojej strony.
Franciszek odetchnął z ulgą. A więc baronowa skłamała i nie tylko w sprawie spotkania Sissi z Andrassym, ale ogólnie nawet w sprawie spotkania jako takiego. Nigdy go zatem nie było, Andrassy się tutaj nie kręcił, zaś jego ukochana nigdy nie była narażona na polityczną manipulację ze strony wrogów cesarstwa. Co za ulga!
Jednocześnie, Franciszek poczuł, jak serce przepełnia mu gniew. Przez Helgę von Tauler na chwilę stracił wiarę w ukochaną. Tego wybaczyć nie można było tak po prostu. Baronowa musiała zrozumieć, co za to grozi.
- Moja pani, postąpiła pani podle i w sposób nikczemny. Nic, cokolwiek by na swoją obronę pani nie wymyśliła, panią nie usprawiedliwia.
- Wiem o tym, Wasza Cesarska Mość.
- Gdyby nie pani wierna jak dotąd służba mojej matce, kazałbym pani odejść z dworu i to natychmiast. Ale uprzedzam, jeżeli jeszcze raz usłyszę z pani ust tak podłe kłamstwa, nie będę miał litości. Na razie pani wybaczam, ale proszę sobie to dokładnie zapamiętać. Dość już pomówień, dość szpiegowania, dość kłamstw. Czy pani to zrozumiała? I żadnych zarzutów wobec mojej narzeczonej, czy to jasne?
- Tak, Wasza Cesarska Mość.
Franciszek skinął lekko głową i odszedł w kierunku domu, aby zjeść obiad z ukochaną i jej rodziną. Teraz był o wiele spokojniejszy i szczęśliwszy. Nie musiał już nikogo ze służby przesłuchiwać. Skoro sama baronowa wycofała swoje podłe oskarżenia wobec Sissi, było to niepotrzebne. Mógł zatem zająć się spokojnie tym, po co przyjechał przy okazji: cudownie spędzonym czasem z ukochaną.
Baronowa tymczasem zazgrzytała zębami ze złości. Kłamstwo, jakie musiała z powodu rozkazu kanclerza wymyślić, naraziło ją na nieprzyjemności ze strony Franciszka Józefa. Zniosła je, oczywiście z pokorą, ale gdy tylko została sama, nie kryła swojej irytacji. Kopnęła z jej powodu kamień i powiedziała:
- Poczekaj, księżniczko. Nie wiem, w co sobie pogrywasz, ale jeszcze kiedyś dowiodę wszystkim, jaka jesteś. A wtedy, to ja będę się śmiała ostatnia.

***

Elodie nie kazała Ludwikowi długo na siebie czekać. Z pomocą Blanche dość szybko się ubrała w najładniejszą ze swoich sukien, ułożyła sobie włosy w bardzo ładny kok, ozdobiła sobie uszy kolczykami w kształcie serduszek oraz pomalowała lekko usta pomadką, aby się błyszczały. Spojrzała zadowolona w lustro i gdy już była gotowa, powiedziała:
- W porządku. Mogę już iść.
Nie wiedziała w zasadzie, dlaczego tak się stroi dla księcia, którego ledwie co w zasadzie zna, ale instynktownie chciała, aby był nią zainteresowany, aby w jego oczach była atrakcyjna. Może było to spowodowane tym, że poprzedniego dnia tak dobrze im się obojgu rozmawiało? A może tym, że naprawdę wydawał się on jej przystojny i zarazem sympatyczny? Sama w zasadzie tego nie wiedziała, ale gdy wychodziła do niego z pokoju, nie miało to dla niej większego znaczenia. Ważne dla niej było jedynie to, że kiedy tylko ją zobaczył, wyraźnie nie mógł oderwać od niej wzroku. Z jego strony to był najpiękniejszy komplement z możliwych.
- Zatem, chodźmy zwiedzać miasto - powiedziała uroczystym tonem.
Ludwik z uśmiechem służył jej ramieniem, po czym oboje ruszyli do wyjścia z pałacu, a potem w kierunku miasta. W oddali kilku metrów szła za nimi Blanche, jak nakazywały obyczaje przyzwoitości. Jej obecność na szczęście nie była wcale dla nich irytująca, ponieważ młoda kobieta zdawała się nawet nie specjalnie im przyglądać i pilnować, aby porządnie się zachowywali, zajęta podziwianiem tego, co jest naokoło niej i zerkając na nich jedynie od czasu do czasu.
- Dokąd najpierw pójdziemy? - zapytała po chwili milczenia Elodie.
- Do parku. To najpiękniejszy park, jaki kiedykolwiek widziałem - wyjaśnił jej Ludwik.
Już po chwili, wchodzili do niego. Mijali kilka par spacerujących alejkami, a także kilka matek z wózkami, kilkoro biegających wesoło dzieci, paru mężczyzn z gazetą w dłoniach, w której treści byli zaczytani z uwagą, a do tego sprzedawców słodyczy z rozstawionymi po bokach alejki kramami.
- Opowiedz mi coś o Sissi - powiedziała po chwili Elodie.
- Najpierw pozwiedzajmy park. Jest w nim wiele pięknych miejsc - rzekł na to Ludwik, nie bardzo chcący spełnić tę prośbę.
- Nie, najpierw Sissi - naciskała Elodie.
Ludwik westchnął głęboko, widząc wyraźnie, że z nią nie wygra i postanowił spełnić jej życzenie, choć mu się ono nie podobało.
- No dobrze. Co chcesz o niej wiedzieć?
- Kim ona jest? To narzeczona cesarza? A skąd ty ją znasz?
- Tak, to narzeczona cesarza i moja kuzynka. Nasze rodziny są ze sobą dosyć mocno spokrewnione. Jej mama jest siostrą mojego ojca. A jej ojciec jest też jego dalszym kuzynem, ale naprawdę dalekim. Ale mimo to, mamy to samo nazwisko. Chyba ci już o tym wspominałem.
- Ach, racja. Opowiadałeś mi niedawno o tym. Zapomniałam. A powiedz mi, jak ona wygląda?
- Ma długie, jedwabiste włosy - powiedział Ludwik.
- I co jeszcze? - spytała Elodie.
Ludwik zamyślił się, po czym zaczął opisywać obraz Sissi, przywołując go sobie za pomocą wyobraźni.
- Ma śliczne niebieskie oczy i czarujący uśmiech. Jest wesoła, sympatyczna i urocza, choć czasami uparta. Ale ma dobre serce. Do tego sporo talentów. Jeździ konno lepiej niż niejeden...
- WYSTARCZY! Już dość! - niemalże krzyknęła Elodie.
Ludwik wyrwał się ze świata swojej wyobraźni i spojrzał na swą towarzyszkę i ujrzał oto, że na jej twarzy maluje się ze złość. W pierwszej chwili nie rozumiał, dlaczego tak zareagowała. Przecież sama chciała, aby jej opowiedział o Sissi. To czemu teraz nagle jest o to zła?
- Przepraszam. Zrobiłem coś nie tak? - zapytał.
- Kup mi coś słodkiego - zażyczyła sobie Elodie, ignorując demonstracyjnie jego pytanie i podchodząc do jednego z kramów.
Gdy wzięła z niego opakowanie cukierków, Ludwik szybko zapłacił za nie i poszedł za Elodie, która nie patrząc w jego stronę, zaczęła zajadać łakocie.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić - rzekł przepraszająco Ludwik.
Dopiero teraz poczuł, jak głupio postąpił. W obecności jednej kobiety chwalić drugą i to jeszcze w taki sposób? I to dodatkowo kobietę, która odebrała jej, choć nieświadomie, szczęście z Franciszkiem? To było bardzo głupie.
- Sissi wie, że ją kochasz? - zapytała Elodie.
Ludwik nawet nie spytał, skąd ona wie o jego uczuciu do Sissi. Po sposobie, w jaki ją przed nią wychwalał, łatwo się było tego domyśleć. Dlatego zamiast bez powodu przeciągać temat, odpowiedział:
- Nie. I dobrze, jeszcze by to zepsuło nasze relacje. Poza tym, Franciszek jest moim przyjacielem. Nie powinien wiedzieć takich rzeczy. No i dodatkowo, Sissi by się martwiła o mnie. Myślałaby, że cierpię z powodu uczucia do niej.
- A cierpisz? - spytała Elodie.
- Nie. Może kiedyś cierpiałem, ale teraz mam inne zajęcia. Umiem zająć więc czymś swoje myśli.
- A czym na przykład?
Ludwik podszedł do niej, wyjął z opakowania cukierka i powiedział wesoło:
- Jedzeniem łakoci z ładnymi dziewczynami.
- To ciekawe - odpowiedziała Elodie, której złość zaczęła przechodzić i tak jakby lekko się uśmiechnęła - A dużo dziewczyn zapraszasz na łakocie?
- Tylko te wyjątkowe, z którymi mam o czym rozmawiać.
- A o czym chcesz z nimi rozmawiać?
- O wielu rzeczach. Przede wszystkim, chcę je bliżej poznać. Chcę wiedzieć, czy ich charakter dorównuje urodzie, bo ta jest po prostu nieziemska.
Elodie spłonęła rumieńcem pod wpływem tego komplementu. Przestała się z miejsca gniewać na Ludwika i znowu wsunęła rękę pod jego ramię.
- No dobrze. A więc pytaj. Co chcesz o mnie wiedzieć?

***

Po obiedzie, który oczywiście przebiegł w bardzo miłej atmosferze, Franz nie miał możliwości od razu ponownie pójść z Sissi na spacer, jak to sobie zaplanował,  ponieważ Maksymilian zabrał go ze sobą, aby na chwilę z nim porozmawiać. Jak wiadomo, początkowo miał on cesarza za skończonego głupka trzymającego się jedynie maminej spódnicy i nie umiejącego podejmować samodzielnie decyzji. Ale ta opinia wynikała przede wszystkim z jego niechęci do Zofii, zresztą w pełni ze strony arcyksiężnej odwzajemnionej. Obecnie jednak, po wielu rozmowach z żoną, książę zmienił nastawienie do przyszłego zięcia, do czego teraz jeszcze przyczynił się ten niezwykły przykład prawdziwego bohaterstwa w postaci odbicia Elodie z rąk bandytów. Maks co jak co, ale dowód tak niezwykłej odwagi umiał docenić jak nic innego na świecie i dlatego chciał chwilę porozmawiać z przyszłym zięciem, aby mu powiedzieć kilka ciepłych słów.
- Mój drogi chłopcze - rzekł, kiedy już zostali sami - Jak zapewne dobrze o tym wiesz, początkowo nie byłem do ciebie zbyt pozytywnie nastawiony. Byłem bowiem zdania, że nie jesteś zbyt bystrym młodzieńcem i za mocno polegasz na opinii swojej matki, z którą jak wiesz, serdecznych relacji nie mam. Nie byłem też ponadto pewien, czy aby na pewno uszczęśliwisz moją ukochaną córeczkę, która jak wiesz, jest moim oczkiem w głowie. Wiele jednak od tego czasu przemyślałem i dlatego chcę ci teraz powiedzieć, że jeżeli w jakikolwiek sposób ostatnimi czasy cię uraziłem, to wiedz, że żałuję tego bardzo i chcę cię przeprosić.
- Nigdy nie poczułem się urażony twoim zachowaniem, wuju - odpowiedział mu życzliwie i zgodnie z prawdą Franciszek.
Nazywał go wujem, ponieważ zawsze nazywał Ludwikę ciocią ze względu na to, że była mu jak kochana ciocia, a ponadto była kuzynką jego matki, co prawda dosyć daleką, ale zawsze. Stąd też owa tytulatura.
- Cieszę się, że tak mówisz - powiedział Maksymilian - Ale naprawdę głupio mi teraz, iż posiadałem pewne wątpliwości w tym kierunku, czy jesteś godzin mej małej Sissi. Jednak ta akcja ratunkowa, jaka niedawno miała udział sprawiła, że całkowicie pozbyłem się tych wątpliwości. Człowiek, który tak bohatersko ratował kobietę z rąk oprawców, na pewno będzie w stanie zaopiekować się należycie moją małą córeczką. Dlatego chcę ci powiedzieć, że w obecnej sytuacji pragnę ci z całą przyjemnością, powierzyć mój największy skarb.
Następnie uściskał on mocno i czule Franciszka i zaproponował mu kieliszek dobrego wina, którym cesarz oczywiście nie pogardził, zadowolony bardzo, że oto teraz zyskał w oczach przyszłego teścia.
W tym samym czasie Sissi, która została na chwilę sama, spotkała baronową, wyraźnie niezadowoloną z jakiegoś powodu. Nie wiedziała tego, że Franciszek z nią porozmawiał na temat plotek na jej temat, o których to plotkach dziewczyna nie miała zielonego pojęcia, a o których baronowa nie ośmieliła się jej powiedzieć.  Kobieta była wściekła z powodu tego, jak cesarz ją skrzyczał. Obwiniała o to Sissi i dyszała żądzą zemsty. Pragnęła się wyżyć na tej wieśniaczce, jak to ją określała w myślach. Oczywiście wyżyć, ale w białych rękawiczkach, jak przystało na damę. Wiedziała też, w jaki to sposób zrobić.
- Cesarz jest prawdziwym bohaterem, Wasza Wysokość - powiedziała bardzo uprzejmym tonem.
- To prawda - odpowiedziała Sissi - Każda dziewczyna marzy o tak dzielnym rycerzu jak on.
- Owszem. Nie wiem jednak, czy bohater to idealny materiał na męża. A już zwłaszcza bohater ratujący inne niewiasty z opresji.
- Dlaczego? Przecież to powód do dumy, taki ukochany.
- Zapewne, ale ostatecznie ratowanie pięknej księżniczki z rąk bandytów, to zarazem dowód bohaterstwa, ale i uwodzicielstwa.
- Nie rozumiem, baronowo.
- Och, proszę mi wybaczyć, Wasza Wysokość. Nie chciałam w żaden sposób Waszej Wysokości urazić. Ale piękna francuska księżniczka osobiście uratowana przez cesarza, to piękna i romantyczna opowieść. W innych okolicznościach z całą pewnością by się zakończyła ślubem. Czytelnicy gazet będą zasmuceni, że tak się nie stanie. Kto wie, czy opinia publiczna nie doprowadzi do problemów w życiu cesarza. Bo wszakże żeni się on z jedną, a ratuje drugą z opresji i to jeszcze w taki sposób, jakby ta druga była jego prawdziwą ukochaną.
Sissi przyjrzała się uważnie baronowej, nie wiedząc, do czego ona zmierza. Ta zaś widząc, że jej słowa padły na podatny grunt, mówiła dalej:
- Ludzie mogą zatem pomyśleć, że cesarz jest osobą niezwykle kochliwą, co znacznie negatywnie przyczynić się może do jego negatywnej opinii publicznej. To oczywiście nie musi mieć miejsce, ale niestety, jest również możliwe. Dlatego też muszę powiedzieć, jako osoba niezwykle życzliwa Waszej Wysokości...
- Nie wątpię, że tak jest - mruknęła z ironią w głosie Sissi.
- I jako osoba życzliwa, gdybym mogła powiedzieć uczciwie...
- Może pani, baronowo.
- A zatem powiedzieć muszę, że będąc na miejscu pewnej młodej księżniczki, to bym uważała na tego rodzaju akcje ratunkowe. Bo wszak, będąc młodą i piękną dziewczyną, nie miałabym niestety gwarancji, iż cesarz nie pokocha innej niż ja, a już zwłaszcza tej, którą kiedyś uratował z rąk bandytów. Bo przecież młode damy z książęcych rodów, choć piękne i młode, bywają niekiedy bardzo naiwne wierząc w wierność władców. Oczywiście nie mówię, że wszyscy władcy tacy są, ale cóż... W wielkim świecie jest mnóstwo pokus. Trudno im czasami nie ulec. Naiwnością jest zatem ze strony wielu młodych i pięknych księżniczek wierzyć, że owych pokus nigdy nie będzie w życiu cesarza.
- Rozumiem - odpowiedziała ze złością i chęcią odwetu Sissi - Pokusy zawsze będą w życiu władców, ale to od władcy i jego charakteru zależy, czy je zwalczy, czy im ulegnie. A ponadto, ja z kolei, będąc na miejscu pewnych leciwych już dam dworu nie wypowiadałabym swoich opinii w taki sposób. Więcej nawet, ja to bym takiej damie, która ośmiela się sugerować narzeczonej cesarzowa niewierność jej ukochanego powiedziałabym tak: „Może i ja jestem młoda oraz naiwna, ale pani, mimo swojego wieku, jesteś jeszcze bardziej naiwna sądząc, że za takie słowa nie można wyciągnąć odpowiednich konsekwencji i to nawet jeszcze przed ślubem”.
Baronowa oczywiście od razu zrozumiała, o co Sissi chodzi i poczuła, jak ją ze złości krew zalewa. Jak ta smarkula śmie wypominać jej wiek? Myśli może, że ona nigdy się nie zestarzeje? Że będzie wiecznie piękna i młoda? Ale faktycznie, w tej sprawie ma rację. Helga nie powinna tak śmiało wypowiadać swoich opinii przy Sissi i być taka złośliwa w ich wypowiadaniu.
- Oczywiście to wszystko, o czym tu mówimy, to tylko teoretyzowanie i nie warto brać tego na poważnie, Wasza Wysokość.
- Jestem dokładnie tego samego zdania, baronowo.
Obie kobiety, młodsza i starsza, spojrzały na siebie poważnie i zarazem też z szacunkiem, ale jednocześnie wiedząc, że od tej pory są śmiertelnymi wrogami i już nic tego nie zmieni.
Po tym wszystkim, baronowa dygnęła przed Sissi i powoli wyszła z pokoju, zostawiając na stoliku, niby to przypadkiem swoją gazetę. Księżniczka, gdy tylko to dostrzegła, chciała jej ją oddać, ale wówczas dostrzegła nagłówek na pierwszej stronie, w którym zapowiadano opis akcji ratunkowej Franciszka. Zaintrygowana więc otworzyła gazetę i zaczęła ją czytać.

***

Elodie spacerowała ulicami Wiednia, śmiejąc się od kilku minut z wesołych żartów opowiadanych jej przez Ludwika. Mężczyzna był niesamowicie zabawny, a do tego posiadał prawdziwy dar opowiadania.
- Niemożliwe. Naprawdę to zrobiłeś, Ludwiku? - zapytała, powoli ocierając z oczu łzy śmiechu.
- Oj tak. Ja wiem, to brzmi jak żart, ale naprawdę tak było - odpowiedział jej z uśmiechem na twarzy Ludwik.
- Naprawdę uciekłeś z domu, aby zostać aktorem? Ile miałeś wtedy lat?
- Szesnaście. To było naprawdę zwariowane, wiem, ale tak zrobiłem. A potem przez sześć tygodni włóczyłem się z nimi po całej Bawarii i występowałem wraz z nimi na scenach. Ale potem namierzyli mnie ludzie mojego ojca i sprowadzili mnie z powrotem do domu. Ojciec był wściekły, chciał mnie zbić laską, ale ostatecznie mama go uspokoiła.
- Jakoś wcale mnie nie dziwi reakcja twojego ojca. Przez kilka tygodni nic o tobie nie wiedzieli, czy żyjesz i tak się denerwowali. Ale dobrze, że cię nie pobił. Ja bym nie umiała pobić dziecko, nawet gdyby mnie tak zdenerwowało.
- No i widzisz, ojciec też nie był w stanie tego zrobić. Ale najbardziej mama była wobec mnie wyrozumiała.
- I nadal posiadasz talent aktorski?
- Owszem, a przynajmniej tak uważają ci, co widzieli moje występy.
- A dużo ich teraz dajesz?
- Teraz nie, bo nie ma na to za bardzo czasu, ale kiedy tylko mam okazję, to z wielką przyjemnością je daję. Może kiedyś zobaczysz jedno z nich, jeśli zechcesz.
- Nie mam nic przeciwko temu.
Oboje przechadzali się dalej ulicami Wiednia, nie zwracając prawie w ogóle uwagi na Blanche spacerującą kilkanaście metrów za nimi. Sama Blanche zaś nie miała zamiaru im przeszkadzać i zasadniczo niechętnie wykonywała obowiązek bycia przyzwoitką, uważając, że jeżeli księżniczka ma wyleczyć się z uczucia do Franciszka Józefa, musi mieć jak najwięcej możliwości swobodnej rozmowy ze swoim nowym przyjacielem. Poza tym, Blanche znała dobrze Ludwika i wiedziała, że nie trzeba go w ogóle pilnować, bo jest on dżentelmenem w stosunku do kobiet, więc Elodie z jego strony nic nie grozi. No, ale cóż... Skoro zasady dworskie były jasne w tej kwestii, Blanche musiała ich przestrzegać, nawet jeśli nie sprawiało jej to ani trochę przyjemności.
Na szczęście nie przeszkadzała Elodie i Ludwikowi, którzy czuli się ze sobą na tyle swobodnie, że nawet nie zwracali na nią uwagi. Więcej, nawet przez chwilę zapomnieli o jej obecności. Blanche była z tego powodu bardzo zadowolona. O ten efekt jej właśnie chodziło. Taką Elodie chciała znowu zobaczyć. Wesołą i bardzo radośnie śmiejącą się z żartów Ludwika. Jednak zasady babci były skuteczne. Na jedną miłość lekarstwem może być jedynie inna miłość. Oczywiście, nie ma szans na to, aby Ludwik i Elodie zakochali się w sobie tak od razu, na wszystko przecież trzeba czasu, ale Blanche znała dobrze życie. Wiedziała, że jeśli między dwojgiem ludzi tak od razu zaiskrzy, jak między Ludwikiem a Elodie, to po prostu musi być z tego w przyszłości miłość. Wystarczy tylko dać im czas, a wszystko potoczy się samo. I to bez ingerencji ze strony osób trzecich.
Między Ludwikiem a Elodie rzeczywiście iskrzyło. Oboje podczas rozmów w czasie spaceru szybko odkryli, że są do siebie niezwykle podobni. Oboje kochają sztukę, zwłaszcza literaturę i muzykę klasyczną, oboje są osobami nie lubiącymi narzucać innym swojego zdania i nie lubiącymi, aby ktoś im je narzucał, oboje nie cierpieli fałszu i obłudy, a cenili sobie wiele wspólnych wartości. A dodatkowo też mieli to samo zdanie na wiele tematów. Dodatkowo, co chyba najważniejsze, oboje doskonale czuli się w swoim towarzystwie i dlatego rozmowy na każdy dosłownie temat sprawiały im przyjemność.
Ludwik wręcz nie potrafił oderwać wzroku od Elodie. Kiedy się uśmiechała do niego lub śmiała z jego wesołych opowieści, wyglądała po prostu wspaniale. Jej oczy tak cudownie wtedy błyszczały. Zasadniczo, jej oczy same w sobie były już piękne, ale kiedy się uśmiechała, były jeszcze piękniejsze. Dostrzegał w nich i to z prawdziwą przyjemnością, że pojawiały się w nich wtedy takie urocze błyski. Te błyski go zachwycały, podobnie jak te dwa dołeczki w jej policzkach, pojawiające się zwykle wtedy, gdy się uśmiechała. No właśnie, jej uśmiech. Ten go oczarował już całkowicie. Było w nim coś takiego, coś tak niezwykłego i coś zarazem tak czarującego, że po prostu za każdym razem, gdy ona się uśmiechała, cały świat na chwilę przestawał dla niego istnieć. Istniała wtedy tylko ona i jej cudny uśmiech.
Dostrzegał też oczywiście inne jej atuty. Chociażby piękne złote włosy, lekko pomalowane pomadką słodkie usta, które były tak urocze, że aż prosiły o to, aby je całować. Dodatkowo figurę miała cudowną, nie zniszczoną noszeniem gorsetów, posiadającą kilka krągłości w tych miejscach, w których krągłości zawsze powinny być. Ale przede wszystkim, zachwycał go jej charakter, idealnie dopasowany do jej pięknego wyglądu. Nie była bowiem porcelanową lalką z wystawy sklepowej, ale prawdziwą żywą kobietą znającą swoją wartość, która wie, czego chce i wie, czego nie chce. Rozmowa z nią była dla niego prawdziwą przyjemnością. Mógłby tak z nią rozmawiać cały dzień i całą noc i w ogóle by go to nie znudziło.
Nagle doszli do katedry. Promienie słońca, które zmierzało powoli w stronę zachodu, w uroczy sposób przebijały się przez dzwonnicę, na której siedziało stado gołębi. A gdy chwilę później dzwon zaczął wybijać godzinę, ptaki zerwały się ze swego miejsca i poleciały całym stadem w kierunku słońca. Widok ten był wprost przepiękny dla osób o wrażliwej naturze, a zwłaszcza takich, jak Ludwik i Elodie. Oboje patrzyli na to zachwyceni, dopiero po chwili orientując się, że oto wybiła szósta po południu.
- To już szósta - powiedziała Elodie - Wiesz, że spacerujemy i rozmawiamy tak już od pięciu godzin?
- Aż tak długo? To dopiero się zagadaliśmy - zażartował Ludwik.
- Kto się zagadał, ten się zagadał - rzuciła dowcipnie Elodie - Chyba musimy już wracać. Bo przegapimy kolację.
- Racja - zgodził się z nią Ludwik - Ale chcę ci powiedzieć, że wspaniale się z tobą bawiłem.
- Ja z tobą też - odpowiedziała Elodie i pocałowała go czule w policzek - Tak dobrze mi było spacerować z tobą. Dziękuję ci za dzisiaj. Dziękuję, że pokazałeś mi Wiedeń. Jest cudowny.
Po tych słowach, książę radosny i rozpromieniony jak nigdy dotąd, powoli i bez pośpiechu odprowadził Elodie do pałacu, a kiedy mieli się już pożegnać, czule ucałował jej dłoń i zapytał, czy jutro też spędzą czas.
- Oczywiście, mój drogi - odpowiedziała mu z radością w głosie Elodie - Za nic w świecie bym sobie nie odmówiła kolejnego spotkania z moim nowym i tak miłym przyjacielem.
Ludwik posmutniał, kiedy to usłyszał. A więc był dla niej tylko przyjacielem i niczym więcej. Jaka szkoda, gdyż jemu serce zabiło mocniej z jej powodu, ale jak widać, jej serce tego rytmu nie podzielało. Mimo to, uśmiechnął się delikatnie do Elodie i ponownie ją pożegnał, a gdy zniknęła w swoim pokoju, zobaczył Blanche, która właśnie zamierzała iść do swojej księżniczki, a widząc jego smutną minę, od razu zrozumiała, o co chodzi. Podeszła więc do niego i szeptem powiedziała:
- Nie zniechęcaj się. Kiedy kobieta proponuje mężczyźnie przyjaźń, to wcale nie oznacza, że go nie chce. Po prostu chce wszystkiego we właściwej kolejności.
Następnie uśmiechnęła się do niego serdecznie i weszła do pokoju, gdzie już czekała na nią Elodie, siedząca przed lustrem ze szczotką w dłoni. Blanche od razu do niej podeszła, aby jej pomóc, a księżniczka zapytała ją:
- Blanche, czy zdarzyło ci się może kiedyś odkochać w jednym mężczyźnie i zakochać w drugim?
- Jednego dnia? Nigdy, Wasza Wysokość - odpowiedziała jej Blanche, czesząc przy tym długie, złote włosy Elodie - Bo gdyby tak było, to by oznaczało, że tego pierwszego nigdy nie kochałam, a byłam nim jedynie zauroczona.
- A czy to drugie uczucie, które pojawia się nagle, też jest tylko zauroczeniem, czy też prawdziwą miłością?
- To może pokazać jedynie czas, pani. A myślę, że warto go sobie dać, aby móc sobie odpowiedzieć na to pytanie bez żadnych wątpliwości.
Elodie zastanowiła się nad tym, co powiedziała jej przyjaciółka. Oczywiście, nie wiedziała, że w tej samej chwili Ludwik przeżywa podobne rozterki. W jego głowie pojawiło się nagle pytanie, co też poczuł do niej i co w takim razie z jego uczuciem do Sissi, które nie tak dawno sprawiało mu tyle bólu? Czy to możliwe, aby zakochał się tak szybko w innej, odkochując się z miejsca w drugiej? A może to, co czuł do Sissi nigdy nie było prawdziwą miłością, a jedynie zauroczeniem? I sympatią pomyloną z czymś więcej? Może tak naprawdę nigdy nie kochał Sissi, a jedynie czuł się samotny i niemal na gwałt jego serce szukało miłości? Sam już nie wiedział, jak to jest, ale wiedział, że przy Sissi nigdy nie czuł tego, co czuł przy Elodie. Jego serce nigdy nie było mu w piersi tak mocno, kiedy spędzał czas ze swoją kuzynką, jak biło teraz, kiedy rozmawiał z tą uroczą Francuzką. Ponadto, z całym szacunkiem do Sissi, nie miał z nią aż tak wielu tematów do rozmów, jak z Elodie. Sissi ma wiele tematów, które ją ciekawią, ale głównie skupiają się one na tym, co jest wokół niej. Elodie natomiast interesowała się wieloma rzeczami tak mu znanymi ze studiów i podróży po świecie. Z nią mógł całymi godzinami mówić o polityce, o sztuce, o filozofii i o wielu jeszcze innych sprawach. Poza tym, choć może się mylił, ale czuł, że Elodie jest podobna do niego pod wieloma względami. Głównie chodziło tu o poglądy, które mieli niemalże takie samo. Ludwik nigdy nie spotkał tak liberalnie myślącej dziewczyny, tak niezależnej i tak mądrej, a zarazem też tak kobiecej. I to wszystko w jednym. To było niesamowite połączenie. I temu połączeniu oprzeć się nie był w stanie.
Nie był w stanie też się oprzeć jej urodzie. A ta była nieziemska. Zwłaszcza mógł to dostrzec wtedy, gdy zobaczył ją w nocnej koszuli. Chociaż koszula mu i tak wszystko zakrywała, to jednak przylegała do ciała na tyle, że był on w stanie bez trudu ocenić na pierwszy rzut oka, iż jest to dziewczyna niezwykle urodziwa i nad wyraz podniecająca. Chociaż wiedział, że nie wypada myśleć w taki sposób o kimś, kogo ledwo zna, to oczami wyobraźni już widział ją zdejmującą tą koszulę i odrywającą przed nim wszystkie swoje sekrety, za które to (czego był całkowicie pewien) niejeden mężczyzna był gotowy dać pociąć się na kawałki.
Uczucie to było w nim na tyle silne, że chociaż się tego wstydził, to nie był w stanie nie rozbierać jej wzrokiem, gdy jedli potem kolację z Karolem i Zofią. Ale oczywiście, jak na dżentelmena przystało, starał się tego nie okazywać. Mimo to, po jego głowie krążyły różne pytania, jak choćby takie, jak smakują jej usta. Albo czy była niewinna, czy już wcześniej, biorąc pod uwagę jej liberalne poglądy, już z kimś była? Zastanawiało go, czy ktokolwiek pieścił jej włosy, dotykał jej bioder i czy całował te cudowne wargi. Oczywiście, nie miało to większego znaczenia, jeśli ona go zechce, ale z ciekawości sam je sobie zadawał.
Ponieważ z natury był artystą i czasami pisał wiersze, teraz poczuł, że musi wyrazić poprzez krótki poemat wyrazi swoje uczucia. Kiedy więc był ponownie w swoim pokoju, zasiadł przy biurku, wziął pióro, kałamarz i papier, po czym zaczął pisać. Po dokonaniu kilkudziesięciu poprawek i zmian w tekście, ostatecznie taki oto wyszedł mu tekst:

Niby tak, a niby nie.
Nieustannie zwodzisz mnie.
Niby chcesz, a niby nie.
Nie chcę dłużej czekać.
Więc powiedz tak lub powiedz nie.
Już nie dręcz mnie.

Będę kochał cię jak nikt.
Wszystkie noce, wszystkie dni.

Słodka dręczycielko, kochaj mnie.
Niezdobyta twierdzo, poddaj się.
Niewzruszona skało, oddaj mi
Wszystkie noce, wszystkie dni.

Przeczytał zadowolony tekst wiersza i uśmiechnął się lekko. Tak, to wyraża w pełni jego uczucia do Elodie. Oczywiście on nie czuje wyłącznie pożądania, gdyż to było coś znaczenie więcej, jednak byłby chyba z drewna, gdyby nie pragnął i to całym sercem i całym ciałem tej wyjątkowej dziewczyny.

***

- I co? Nie zgrywasz już bohatera? - zapytała dowcipnie Sissi, kiedy ona i jej ukochany Franciszek siedzieli w altance i ponownie cieszyli się swoją obecnością.
- Wybacz, trochę przesadziłem z tym chwaleniem się twojej rodzinie - rzekł przepraszająco Franciszek - Mówiliśmy dzisiaj tylko o tym.
- Na pewno jesteś dumny, że ocaliłeś Elodie, prawda?
- Jestem szczęśliwy, że ocaliłem pokój z Francją.
- Rozumiem, ale na pewno Elodie i jej uroda również mają znaczenie w tym poczuciu szczęściu, mam rację?
- Co do urody, to bynajmniej.
- Naprawdę? A opowiedz mi coś o Elodie.
- Przecież już ci opowiadałem.
- Ale nie powiedziałeś mi wszystkiego. Ile ona ma lat?
- No cóż... Myślę, że chyba z pięćdziesiąt.
Sissi spojrzała na niego groźnie i Franciszek zrozumiał, że powiedział coś nie tak, tylko jeszcze nie wiedział, co takiego. Odpowiedź jednak przyszła bardzo, ale to bardzo szybko, gdy to Sissi ze złości wcisnęła mu „Dziennik wiedeński” do ręki i powiedziała zła niczym osa:
- W gazecie piszą, że jest młoda i piękna.
- Och, wiesz... Gazety lubią przesadzać. Zapewne chodziło im o to, że jak na swój wiek wygląda dosyć młodo.
- Doprawdy? Chyba faktycznie ona ma bardzo sędziwy wiek...
- No właśnie.
- DWUDZIESTU PIĘCIU LAT!
Franciszek zmieszał się jeszcze bardziej, przez chwilę nie wiedząc, jak z tego wybrnąć. Postanowił obrócić to wszystko w żart.
- Oj wiesz... Pięćdziesiąt to też dwadzieścia pięć... Tylko razy dwa.
Sissi bynajmniej to nie rozbawiło. Patrzyła na Franciszka, ciskając w niego gromy z oczu i pytając:
- Dlaczego mnie okłamałeś?
- Nie chciałem, żebyś była zła i czuła się zazdrosna.
- A mam powody? Ona jest ładniejsza ode mnie? Mów mi tu zaraz prawdę!
- Ależ Sissi, najmilsza...! Wiesz, że jesteś piękna, kiedy się złościsz?
- Franciszku, nie zmieniaj tematu! Patrz mi w oczy i mów mi zaraz prawdę! Czy ona jest ładniejsza ode mnie?
Cesarz zrozumiał, że poważnie naraził się ukochanej i żartami nie uratuje tej sytuacji. Dlatego uklęknął przed ukochaną, ujął jej dłoń w swoje ręce i rzekł tak czule, jak tylko zdołał najmocniej:
- Sissi, kochanie... Twoja uroda przysłania mi księżyc i gwiazdy. Dla mnie nie ma i nie będzie piękniejszej od ciebie.
Tym razem, choć mówił zupełnie poważnie, Sissi wybuchła śmiechem, czule dotknęła jego głowy i powiedziała:
- No dobrze, już dobrze. Tylko żartowałam. Wstań już.
- Żartowałaś? Byłaś przy tym śmiertelnie poważnie - rzekł Franciszek, powoli wstając i otrzepując kolana z kurzu.
- Dlatego tak łatwo dałaś się nabrać - odpowiedziała mu Sissi.
Już po chwili oboje zapomnieli o tym temacie, rozmawiając o zupełnie innych sprawach, o jakich mogą rozmawiać jedynie zakochani w sobie ludzie.


Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...