sobota, 11 lutego 2023

Rozdział XVII - Nadchodzi nowa epoka



Hrabia Arkas chciał wyjechać jak najszybciej z Wiednia. Nic go tutaj już nie trzymało, bo wszystkie swoje sprawy zakończył, choć nie tak, jak to planował. Ale w sytuacji, w jakiej został postawiony, nie mógł jeszcze opuścić miasta. Rozmowa z baronową von Tauler zdecydowanie wytrąciła go z równowagi, a że nie należał do ludzi, którzy łatwo wybaczają urazy, nie zamierzał i tej, której doznał od niej tak po prostu darować. Takie zachowanie nie było zgodne z jego charakterem, ani też z jego naturą, która była mściwa i pamiętliwa. Kiedy ktoś go uraził w taki czy inny sposób, nigdy o tym nie zapominał i nigdy nie wybaczał, a jeżeli tylko się ku temu nadarzyła okazja, wyrównywał z tą osobą rachunki, oczywiście w najbardziej nieprzyjemny ze wszystkich możliwych sposobów. Baronowa Helga von Tauler nie mogła być od tej reguły wyjątkiem, nawet jeśli należała do czołowych agentek kanclerza Zottornika. Z nim oczywiście, Arkas nie chciał zadzierać, ale wiedział, że baronowej mimo protekcji człowieka, dla którego zresztą i on pracował, upiec się nie może. Ona musiała mu za to, co zrobiła zapłacić. I wiedział, że nie odpuści, dopóki nie wyrówna z nią rachunków. Najlepiej jednak całą sprawę było w taki sposób przeprowadzić, aby Zottornik o niczym się nie dowiedział. Arkas nie miał bowiem żadnych złudzeń, co do tego, że gdyby baronowa na niego poskarżyła się kanclerzowi, to jego dni byłyby policzone. Zottornik nie miał może sentymentu do baronowej, ale nie tolerował walk i starć pomiędzy swoimi agentami, oczekując od nich lojalności wobec swojej osoby oraz pełnej gotowości do działania, która to nie mogła przecież istnieć wtedy, gdy zamiast mu służyć, jego agenci walczyli ze sobą nawzajem z powodu osobistych uraz. Zottornik jasno to zresztą sprecyzował, gdy ich pozyskiwał do swoich usług.
- Nie życzę sobie sporów między wami - powiedział wtedy - Oczekuję od was pełnej dyspozycji i pełnej współpracy. Spory między wami nie będą mile widziane i zamierzam je surowo karać, bo wszelkie spory osłabiają was, a co osłabia was, to osłabia też mnie.
Arkas doskonale to wszystko pamiętał, dlatego nie mógł zaryzykować jawnie jakieś akcji przeciwko baronowej. Jednak przecież musiał coś zrobić. Nie mogło tej parszywej żmii ujść płazem to, w jaki sposób go potraktowała. Nikomu takie coś nigdy nie uchodziło płazem i jej też nie mogło. Tylko w jaki sposób można ją było dosięgnąć? Ujawnić jej romanse? Można tak zrobić. Baronowa cieszy się na dworze wielkim szacunkiem i nieposzlakowaną opinię i jedynie po cichu mówiono o jej romansach. Gdyby tak jednak wyszły na jaw, byłaby skończona. Chociaż, czy aby na pewno? Zottornik nie pozwoliłby sobie na utratę takiej agentki. Zapewne by to wszystko jakoś załagodził i baronowej by się upiekło. Poza tym, raczej szybko odkryłaby ona, kto rozpuszcza plotki na jej temat, a wtedy zemściłaby się okrutnie i to z pomocą samego kanclerza. Nie, ten pomysł hrabia jednak musiał odrzucić. A więc wobec tego, jaki byłby najlepszy?
Siedząc w swym pokoju w hotelu, w którym Arkas na czas pobytu w Wiedniu się zatrzymał, rozważał sobie to wszystko w głowie, ale nie był w stanie niczego rozsądnego wymyślić. Złość na baronową odbierała mu zdolność spokojnego oraz taktycznego myślenia, które przecież nie było mu wcale obce. Po głowie krążyło mu niemal tysiące myśli, jedna gorsza od drugiej, a każda z nich pełna była bardzo strasznych i okrutnych planów, za pomocą których baronowa miała mu zapłacić za swoje pogardliwe słowa wobec niego. Niestety, wszystkie groziły bardzo szybką dekonspiracją i karą ze strony kanclerza. Trzeba było więc wymyślić coś innego.
Nagle do pokoju ktoś zapukał. Arkas niezadowolony, że ktoś mu przeszkadza, burknął tylko niechętnie i nieprzyjemnie:
- Proszę!
Do pokoju wszedł jeden z pracowników hotelu, oznajmiając mu, że przybywa do niego z wizytą hrabia Jamisz, marszałek dworu cesarza Austrii i w imieniu Jego Cesarskiej Mości prosi go o rozmowę. Na wieść o tym, Arkas od razu wyrwał się z marazmu, spojrzał na pracownika i zapytał:
- Hrabia Jamisz? Gdzie on jest?
- Czeka w recepcji, panie hrabio - padła odpowiedź.
- Powiedz mu, że już do niego idę.
- Sługa pana hrabiego.
Pracownik hotelu wyszedł, a Arkas podniecony i nad wyraz zachwycony, od razu poprawił na sobie ubranie, upewnił się w lustrze, że wygląda jak najlepiej, po czym zadowolony niemalże zbiegł po schodach na sam dół, do recepcji. Po głowie mu wtedy krążyły myśli o tym, co też sprowadza taką znakomitość jak sam hrabia Jamisz, marszałek cesarskiego dworu. Czyżby może chciał coś z nim załatwić? A może sam cesarz prosi go na audiencję? To byłby dopiero zaszczyt. Baronowa już by nie mogła mówić do niego w sposób pogardliwy, bo skoro sam cesarz prosi go na audiencję, to nie jest on widocznie byle kim.
Hrabia Jamisz czekał na niego, siedząc w fotelu w recepcji. Widząc go, Arkas niemal podskoczył z radości. Opanował się jednak i z największym uszanowaniem i godnością, na jakie tylko zdołał się zdobyć, podszedł do niego, ukłonił się bardzo uniżenie, niemalże dotykając twarzą podłogi i powiedział patetycznym tonem:
- Ach, jaki wielki zaszczyt mnie spotyka, że pan, panie hrabio Jamiszu, raczy mnie zaszczycić swoją obecnością. Doprawdy nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tak wielki honor.
Hrabia Jamisz, na którym sztuczna czołobitność nigdy nie robiła wrażenia, ale który zawsze umiał być uprzejmy i to nawet wtedy, gdy nie miał na to ochoty, ze stoickim spokojem powitał Arkasa, odzywając się do niego grzecznie, aczkolwiek bez życzliwości.
- Panie hrabio, przysyła mnie do pana Jego Cesarska Mość, Franciszek Józef I z prośbą, abym zabrał pana do niego, ponieważ chce z panem omówić pewne dość istotne dla niego kwestie, które tylko pan może mu załatwić.
A więc jednak, pomyślał Arkas. Sam cesarz prosi go do siebie na audiencję i do tego jeszcze uważa, że tylko on, prosty bawarski hrabia Fryderyk Arkas jest w stanie rozwiązać jego problem. Doskonale, to będzie idealna zemsta na baronowej. Pstryczek w nos od człowieka, którego zalotami i względami wzgardziła. To tak jej mocno dokuczy, że może nawet nie trzeba będzie posuwać się do brutalnych metod i innych okrutnych sztuczek, aby ją zabolało. Och, to będzie cudowne, zobaczyć na jej buźce malujące się zdumienie i wściekłość, gdy on, wzgardzony przez nią, jest u samego cesarza, który uważa, że tylko on może mu pomóc.
- Panie hrabio, z największym zaszczytem udam się do Jego Cesarskiej Mości na rozmowę i oczywiście rozwiążę jego problem, w miarę swoich możliwości. Czy Jego Cesarska Mość chce mnie widzieć od razu?
- Od razu, panie hrabio. Prosiłbym, abym pana do niego przyprowadził.
- Wobec tego, nie każmy mu czekać.
Arkas z zadowoleniem poszedł wraz z Jamiszem, który zabrał go do pałacu, a następnie zaprowadził do gabinetu Jego Cesarskiej Mości. Gdy tylko tam dotarli, poprosił on Arkasa, aby raczył poczekać, zapukał, wszedł do środka i powiedział:
- Pan hrabia Fryderyk Arkas do Jego Cesarskiej Mości.
- Doskonale. Niech wejdzie - odpowiedział mu Franciszek Józef.
Jamisz wyszedł z gabinetu i zaprosił do niego Arkasa, który to dumny niczym paw, wszedł i stanął przed obliczem samego cesarza. Zachwycony, rozkoszując się tą chwilą, skłonił się przed władcą Austrii w sposób jak najbardziej uniżony, zaraz potem dodając:
- Wasza Cesarska Mość raczył uczynić wielki zaszczyt mnie, prostemu słudze swemu, zapraszając mnie do siebie.
Cesarz uśmiechnął się ironicznie. Zachowanie Arkasa go lekko bawiło, bo tak bardzo było ono napełnione fałszywą czołobitnością, że trudno było nie roześmiać się, kiedy takie coś się widziało.
- Bardzo mi miło, że pan tak mówi, panie hrabio - rzekł Franciszek - Bardzo mnie też cieszy, iż hrabia Jamisz zastał pana jeszcze w hotelu. Bałem się, czy pan już nie wyjechał, a sprawa, którą dla pana mam jest niezwykle pilna.
- Z przyjemnością pomogę Waszej Cesarskiej Mości w tej sprawie, o ile tylko jestem w stanie tego dokonać - odparł na to Arkas.
- Z pewnością jest pan w stanie to zrobić - powiedział Franciszek - Chodzi mi o ziemię, które przed kilkoma laty kupił pan od ojca mojej narzeczonej, księcia von Wittelsbacha. Wiem, że te ziemię nie przynoszą obecnie panu wielu dochodów i są panu raczej zawadą niż pożytkiem, dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Pragnę je od pana odkupić, za sumę, za którą pan je wcześniej nabył. Rozumie się, z doliczeniem odpowiedniego procentu, aby nie był pan stratny.
Uśmiech na twarzy Arkasa zszedł jakby został zmazany gąbką na tablicy. To, co mu powiedział Franciszek nie tylko go zaskoczyło, ale i przy okazji też bardzo zirytowało. Przypomniało mu bowiem proces, który miał miejsce zaledwie wczoraj i bynajmniej nie było mu to miłe wspomnienie. Ponadto sprzedaż ziemi, wcześniej tak sprawnie odzyskanych od Wittelsbachów, zdecydowanie nie było mu na rękę. Wszak świadomość posiadania przez niego czegoś, co kiedyś należało do księcia Maksymiliana dawało mu satysfakcję i to ogromną. Mógł się napawać tym, że ma on coś, co odebrał swemu nielubianemu sąsiadowi i to jeszcze zgodnie z prawem. Teraz zaś miał mu to oddać? I to jeszcze świeżo po tym wszystkim, kiedy przegrał proces z tym parszywym chłopem, co Wittelsbachowie obserwowali z widowni? Nie, to nie wchodziło w grę.
Arkas jednak nie był głupi. Doskonale wiedział, że nie może odmówić. Nie cesarzowi. Jego prośby to rozkazy, a rozkazy cesarza należy wykonywać i to nawet wtedy, gdy się nie jest jego poddanym. Będąc bawarskim hrabią i mając za władcę króla Maksymiliana II lepiej było mieć dobre relacje z cesarzem Austrii, który to bardzo się lubi z władcą Bawarii, a co za tym idzie, obaj mogą lubić i nie lubić te same osoby. Maksymilian II mógł zatem bez trudu utrudnić życie Arkasowi, gdyby tak cesarz go o to poprosił. Hrabia wolał tego uniknąć i dlatego wiedział, że musi przyjąć propozycję Franciszka Józefa, ale mimo to postanowił nawet z tej sytuacji ugrać coś dla siebie. Przybrał zatem zadowoloną z siebie minę i powiedział:
- Propozycja niezwykle ciekawa, Wasza Cesarska Mość. Oczywiście nie mam nic przeciwko jej przyjęciu, ale nie wiem, czy Wasza Cesarska Mość zna wszystkie szczegóły tej sprawy. Jeżeli nie, trudno będzie dokonać transakcji bez uprzedniego odkrycia faktów niezbędnych do...
Franciszek Józef przerwał mu ruchem ręki i powiedział:
- Znam wszystkie szczegóły tej sprawy od księcia Maksymiliana. Powiedział mi o każdym aspekcie, który powinienem wiedzieć. Wiem, że wykorzystał pan ten niefortunny dla księcia Maksymiliana i jego rodziny szczegół, iż z powodu dosyć sporego nieurodzaju, który dotknął ich ziemie, musieli oni sprzedać panu część swojego majątku, z czego to pan skwapliwie skorzystał. Nie, nie mam panu tego za złe, panie hrabio. Wielu ludzi na pana miejscu z pewnością by tak zrobiło. No, ale chyba sam pan rozumie, iż prowadzenie tych ziem w sposób taki, jaki to wyszedł na jaw wczoraj, podczas procesu pana Schulza pozostawia wiele do życzenia. A ja, jako człowiek, który nie pochwala praktyk tego rodzaju, jakie to pan prowadził na swoich ziemiach, a przy okazji niedługo członek rodziny księcia Maksymiliana, czuję się w obowiązku, aby pana za to skarcić. Ponadto, jako że jestem w stanie to zrobić, proponuję panu odkupienie od pana tych ziem, aby wróciły one do rąk ojca mojej narzeczonej. W ten sposób książę Maksymilian odzyska swe ziemie, Schulz swój dom, a pan swoje pieniądze. I wówczas wszyscy będą zadowoleni.
- No cóż... Zapewne będą, jeżeli oczywiście, przy okazji ustalimy dobrą sumę za owe ziemie, o których tu mówimy.
- Suma została ustalona już wcześniej i nie podlega ona dyskusji.
- Ale ja jeszcze jej nie znam, Wasza Cesarska Mość.
- To suma, którą pan zapłacił za te ziemię plus tysiąc guldenów więcej jako tzw. odstępne, aby pan nie był stratny, panie hrabio.
Arkas lekko się obruszył. Tysiąc guldenów? Tylko tyle? Przecież to żaden dla niego zysk! Przez kilka lat te ziemię przynosiły mu spory dochód, przynajmniej do czasu, aż nie przyszła czerwonka, która wybiła część chłopów i wywołała pośród nich spore zamieszki, a co za tym idzie, spore straty. Dlatego tysiąc guldenów nie było w stanie nadrobić tego wszystkiego ani zrekompensować mu tego.
- Wasza Cesarska Mość wybaczy, ale tysiąc guldenów to stanowczo za mało - powiedział po chwili Arkas - Proszę w swoich ocenach uwzględnić fakt, że ja w czasie epidemii, jaka wybuchła na tych ziemiach poniosłem spore straty i...
- Poniósł je pan z powodu zwolnienia zbyt drogiego dla pana lekarza - rzekł na to Franciszek Józef - Sam pan zatem ponosi winę za swoje straty. Zatem pana straty to nie problem księcia Maksymiliana. Poza tym, chyba jasno się wyraziłem, że ta suma nie podlega dyskusji.
- Ja bym jednak spróbował podyskutować.
- Nie warto, panie hrabio.
- Rozumiem, ale Wasza Cesarska Mość. Pragnę zauważyć, że mimo wszystko mam prawo odmówić propozycji Waszej Cesarskiej Mości.
Arkas widząc, że bycie milutkim nie pomaga mu, postanowił więc spróbować innej metody. Ta jednak bynajmniej także nie odniosła skutku, ponieważ cesarz z powagą i lekką grozą w oczach spojrzał na niego i powiedział:
- Owszem, może pan. Ale i ja coś mogę zrobić. Mogę poinformować mojego kuzyna, księcia Ludwika o pana poczynaniach na ziemiach kupionych od księcia Maksa. Mój kuzyn z kolei o tych sprawach poinformuje swojego ojca, a ten zaraz wyśle odpowiednich ludzi na inspekcję na pana ziemie. Jestem pewien, że więcej oni mogą odkryć nadużyć niż te, które wyszły na jaw w czasie procesu.
Arkas zazgrzytał zębami ze złości. Doskonale wiedział, że cesarz ma rację i to on jest panem sytuacji. Miał go w garści. Jeżeli będzie się stawiał, to natychmiast o wszystkim poinformuje króla Bawarii. A ten go ukaże i to z całą surowością. Nie, w tej sytuacji wszelkie negocjacje nie miały racji bytu. Musiał brać to, co mu teraz proponuje cesarz, zanim sytuacja się pogorszy, a on sam nie dostanie ani grajcara za te ziemię, za to dostanie spory wyrok w bawarskim więzieniu.
- W porządku, Wasza Cesarska Mość. Wyrażam zgodę - powiedział w końcu - Czy w pobliżu jest jakiś prawnik, aby spisać odpowiednią umowę?
- Umowa już jest przygotowana. Wystarczy podpisać - rzekł Franciszek.
Na dowód, pokazał mu leżący przed nim dokument i podał mu go. Arkas, nie kryjąc swojego niezadowolenia, wziął od niego umowę, przeczytał jej treść, potem zaś ujął pióro i złożył na niej swój podpis. Następnie oddał go Franciszkowi, który też go podpisał.
- Proszę, Wasza Cesarska Mość. A pieniądze?
Franciszek Józef zadowolony przeczytał dokument, a potem wyjął z szuflady pugilares wypchany banknotami i podał go Arkasowi.
- Proszę przeliczyć. Musimy mieć pewność, że wszystko się zgadza.
Arkas spełnił życzenie. Wszystko się zgadzało.
- Dziękuję, Wasza Cesarska Mość. Interesy z cesarzem to sama przyjemność.
- Owszem, ale pytanie, dla kogo?
Po tych słowach, Franciszek uśmiechnął się delikatnie i dał znak hrabiemu, że rozmowę uważa za zakończoną. Arkas oddał mu pełen szacunku, ale też i niechęci ukłon, po czym wyszedł z gabinetu.
Wychodząc, natknął się na idącą właśnie korytarzem baronową von Tauler. Jej wzrok pełen niechęci, dotknął hrabiego do tego stopnia, że gdyby tylko mógł, to złapałby ją za gardło i zacisnął na nim palce, dusząc ją do chwili, aż przestanie już oddychać. Z przyjemnością by to wszystko zrobił, gdyby nie to, że nie mógł tego zrobić, a poza tym dochodząc do wniosków, iż byłaby to zdecydowanie o wiele za lekka kara dla tej kreatury.
- Pan tutaj, panie hrabio? - zapytała baronowa.
- Miałem sprawy do załatwienia. Właśnie wychodzę - odpowiedział jej Arkas i wzrok swój skierował na towarzyszkę baronowej.
Była nią urocza, jedenastoletnia dziewczynka o jasnobrązowych włosach oraz niebieskich oczach, ubrana w uroczą sukienkę o kolorze jasnego fioletu z odrobiną czerwieni na dole jako przyjemnym dodatkiem. Arkas ocenił po wyglądzie małej, że nie jest ona zbyt podobna do swojej matki, ale widocznie musiała odziedziczyć urodę po swoim ojcu. Tym lepiej, pomyślał sobie hrabia. Baronowa jest piękna, ale nie zawiera jej uroda za wiele subtelności, przez co w końcu zrazi tym brakiem do siebie wszystkich mężczyzn i zostanie sama. Ta mała z kolei, jak tylko podrośnie, to będzie przebierać wśród adoratorów. Arkas poczuł wówczas żal, że nie ma syna. Mógłby go ożenić z tą małą, wciągając ją potem w swoje sidła i robiąc z niej swoje narzędzie w zemście na jej mamusi. A tak ten plan nie miał racji bytu.
- Mam nadzieję, że wszystko, co pan sobie postanowił, zrobił pan - rzekła po chwili niezręcznej ciszy baronowa.
- Owszem i nawet lekko na tym zarobiłem - odpowiedział na to hrabia.
- Gratuluję. Pan wybaczy, musimy już iść. Moje uszanowanie. Chodź, Ilary.
- Moje uszanowanie, szanownym paniom.
Arkas obserwował przez chwilę baronową z córką, jak odchodzą powoli w swoim kierunku. Zauważył po sposobie, w jaki nienawistna mu kobieta zwróciła się do swojej córki, że owa córka chyba była jej bliską osobą. W jej głosie bowiem nie usłyszał nieprzyjemnego tonu, a jedynie życzliwy i serdeczny. Zatem ta żmija umiała kogoś kochać. Tym bardziej teraz żałował, że nie ma syna i mógłby potem go ożenić z tą małą. Gdyby to się stało, mógłby łatwo wykorzystać dziewuszkę w ramach zemsty na jej mamusi. Taka zemsta byłaby tym łatwiejsza do osiągnięcia z tego powodu, że ta wredna żmija kocha swoje dziecko. Gdyby było jej ono jedynie lubiane lub obojętna, zemsta byłaby trudniejsza do osiągnięcia. A tak byłaby nad wyraz prosta. Niestety, to niemożliwe.
Ale z drugiej strony, czy bez ślubu nie dałoby się zemścić na baronowej? Nie, na pewno można tę wiedźmę ukarać nawet bez tego, gdyby tylko wymyślił sposób, aby to osiągnąć. Ale wymyślenie tego sposobu nie było proste. Zemsta musiała być przecież okrutna i bezwzględna. Inaczej ta podła wiedźma nigdy nie zrozumie, jak wielkim błędem z jej strony było złe potraktowania hrabiego.
Jednak z powodu trudności w planach Arkasa, myliłby się ten, kto by uznał, że hrabia zrezygnował ze swoich planów. O nie, kiedy tylko sobie postanowił, iż kogoś ukaże za doznaną zniewagę, to musiał, po prostu musiał to zrobić. A zresztą to nie dotyczyło jedynie zemsty, a również i zwykłego dokuczenia. Czyż nie zdołał on przekupić miejscowego adwokata, aby nie prowadził on sprawy Schulza i nie bronił go przed sądem? I czy nie stracił na to dużo pieniędzy, ale nie żałował tego, bo mu dało to satysfakcję?
Nawiasem mówiąc, zrobił to dlatego, iż widział on pogrążonych w rozmowie Maksymiliana i Ludwika, których znalazła pani Schulz i poprosiła ich o pomoc. Arkas był niechcący świadkiem tej rozmowy i zrozumiał, że jeśli ci dwaj zechcą pomoc, to mogą tego dokonać, a on nie mógł na to pozwolić i dlatego też poszedł do adwokata i przekupił go. Zdążył dokonać tego tak dosłownie pół godziny przed przybyciem jego adwersarzy. Dzięki temu, gdy obaj panowie przyszli do mecenasa i poprosili go o pomoc, ten odmówił, sprawiając w ten sposób wielką radość panu hrabiemu. Oczywiście do czasu, aż zjawił się ten żałosny adwokacina, kulawy oraz wyszczekany niczym najlepszy pies łowny. Tak wszystko obrócił, że Schulz nie tylko odzyskał wolność, ale ponadto także plan dokuczenia Wittelsbachom obrócił się przeciwko hrabiemu.
Ale pomijając ten niefortunny efekt jego planu, Arkas nie zamierzał żałować tego, co zrobił, bo chwila satysfakcji z dokuczenia Wittelsbachom była nazbyt dla niego przyjemna, aby miał jej żałować. A poznawszy raz smak tego przyjemnego uczucia, zamierzał go znowu posmakować. Dlatego nie zrezygnował z chęci, aby ponownie dokuczyć Wittelsbachom, zwłaszcza teraz, kiedy przez nich stracił część swojej zdobyczy, co jako osoba dumna nie był w stanie darować. I dlatego też był pewien, że nie odpuści on baronowej von Tauler, dopóki w pełni nie wyrówna z nią rachunków. A najlepsze w tym wszystkim będzie to, że narzędziem zemsty w jego rękach zostanie córeczka tej żmii. Jej krzywda stanie się największą krzywdą dla jej matki. Bo czyż nie odkryto już dawno, że jeśli chce się kogoś ukarać za to, co ten ktoś mu zrobił, czyż nie uderza się w osoby, które ten ktoś najmocniej kocha? Czy wtedy ten cios nie boli ofiarę najmocniej? I czyż nie jest to metoda działania wszystkich bezwzględnych i mściwych ludzi, do których to ludzi należał Arkas?

***

Franciszek zadowolony z tego, że udało mu się wykonać zadanie, które wziął na siebie, chciał natychmiast poinformować o wszystkim Sissi. Był szczęśliwy, że zdołał zrobić dla ukochanej coś, na czym bardzo jej zależało, a jeszcze bardziej jej ojcu. Co prawda, żadne z nich nie oczekiwało od niego odkupienia od Arkasa tych ziem, które na jego rzecz stracili, ale Franciszek czuł, że musi to dla nich zrobić. Z zeznań wypowiedzianych w trakcie procesu dowiedział się, jak źle prosperowały te ziemie pod rządami Arkasa, a jak dobrze tam się żyło w czasie, gdy należały one do księcia Maksa. Uznał, że jako cesarz i jako człowiek powinien coś z tym zrobić. Ponadto zdawał sobie sprawę z tego, iż Schulz i jego rodzina nie będą mieli dokąd wrócić, nawet pomimo wygrania procesu, a zatem ich przyszłość maluje się raczej w nie najlepszych barwach. Dlatego jedynym, co mogli zrobić, było wykupienie ich domu i pozostałych ziem straconych przez Wittelsbachów od Arkasa, a potem zwrócenie im tego. Nie znał jednak dokładnie tematu, dlatego poprosił Maksa, aby ten wszystko mu opowiedział. Potem, gdy już poznał niezbędne szczegóły, wraz z przyszłym teściem przygotował akt umowy, który potem podpisał on i Arkas. Co do pieniędzy, Maks był gotów ofiarować tyle, ile trzeba, ale Franciszek powiedział, że wyłoży je ze swojej kieszeni.
- Potraktujcie to jako prezent ode mnie dla Sissi z okazji naszego przyszłego ślubu - podsumował całą sprawę Franciszek.
Mimo pewnych obaw, czy wszystko pójdzie dobrze, udało się przekonać pana hrabiego do podpisania umowy i ziemie, których ona dotyczyła, znowu należały do rodziny Wittelsbachów. Szczęście i radość Franza z tego powodu były ogromne, a kiedy tylko przyszedł do Sissi i jej rodziców, pokazując im dokument, te uczucia jeszcze wzrosły. Maksymilian uściskał radośnie Ludwikę i pokazywał jej umowę, śmiejąc się radośnie z powodu udanej transakcji. Sama Sissi zaś rzuciła się mocno ukochanemu na szyję i czule go ucałowała.
- Och, Franz! Tak się cieszę, najdroższy! Tak bardzo się cieszę!
- Franciszku, naprawdę muszę powiedzieć, że sprawiłeś nam wszystkim tak wielką przyjemność, że nie umiem tego opisać - powiedziała Ludwika.
- Coś mi mówi, kochanie, iż nasz drogi Franz chciał sprawić przyjemność nie tyle nam wszystkim, co tylko jednej osobie - zażartował sobie Maksymilian, dosyć wymownie patrząc na Franciszka i Sissi.
- Nie mniej, bardzo nam wszystkim pomógł i zasłużył na najwyższe uznanie z tego powodu - odparła na to Ludwika.
- Zgadza się. Myślę więc, że dzięki temu wszyscy mamy teraz powód do tego, aby świętować - zauważył Maksymilian.
I rzeczywiście, powód do świętowania był i to wielki. Tak wielki, że Maks nie mógł opanować swojej radości i musiał pobiec do Schulza i jego żony, którzy tuż po zakończeniu procesu powiedzieli mu, gdzie się zatrzymali, aby w razie czego mógł ich odwiedzić. Teraz przybiegł do nich z informacją, że będą mogli wrócić do swojego ukochanego domu w Bawarii. Małżonkowie podziękowali mu za to z całego serca i postanowili, że powrócą do siebie, o ile oczywiście ich starsza córka powróci do zdrowia, bo chwilowo chorowała. Maks przejął się bardzo dziewczyną i jej sytuacją, dlatego odetchnął z ulgą na wieść, że lekarz już u niej był i stwierdził jedynie zaziębienie, z którego szybko powinna wyjść.
- Pamiętajcie zatem, jak wasza córka powróci do zdrowia, wracajcie do naszej ukochanej Bawarii - powiedział do nich serdecznie - Tak bardzo się cieszę, że już niedługo znowu będziecie w niej mieszkać. Mam nadzieję, iż teraz wasze życie dla was będzie o wiele lepsze.
- Tego jesteśmy całkowicie pewni, książę - odpowiedział mu Schulz.
Radość zatem z powodu dokonanej przez Franciszka transakcji była ogromna. Ale lekko przyćmiewał ją fakt, że Sissi miała powrócić z rodzicami do Bawarii, na czas dalszych nauk, jakie miała pobierać od baronowej von Tauler. Tej wiadomości nikt nie powitał z radością, a już na pewno nie sama baronowa, dla której powrót na prowincję, jak nazywała Bawarię, był po prostu prawdziwym koszmarem. Sama Sissi jednak uprosiła rodziców, aby mogła pozostać jeszcze z Franciszkiem przez kilka dni, ponieważ zainteresował ją fakt, o którym przypadkiem dowiedziała się w trakcie rozmowy z Idą Ferenczy. Otóż w Wiedniu znajdował się sierociniec i to podobno nieco zaniedbany. Sissi, jako że była zawsze bardzo czuła na los nie tylko swoich bliskich, ale również i na los każdego, kto cierpi, czy był człowiekiem, czy zwierzęciem, nie była w stanie przejść obojętnie obok tego faktu. Założyła, że na pewno sierociniec nie jest zbyt dobrze prosperującym miejscem i władze miasta o nim zapomniały lub wspomagają go jedynie sporadycznie, aby zagłuszyć sumienie i głosy krytyki, a przecież taka opieka jest niedostateczna dla grupki małych i tak bardzo potrzebujących miłości dzieci.
- Franciszku, proszę cię, odwiedźmy to miejsce i zobaczmy, jak tym dzieciom się tam żyje - prosiła Sissi ukochanego.
- Przykro mi, kochanie, ale ja na jutrzejszy dzień mam zaplanowane spotkanie z cesarską radą - odpowiedział jej Franciszek - Nie wiem, jak długo ona potrwa i czy znajdę czas, aby pójść tam z tobą. Ale mam pomysł. Idź tam z baronową oraz panną Idą. Obejrzyjcie wszystko bardzo dokładnie, a potem mi o tym opowiecie.
Sissi była lekko zawiedziona, że ukochany nie może iść z nią, jednak ojciec szybko ją uspokoił, przypominając:
- Nie zapominaj, córeczko, że twój narzeczony nie jest osobą prywatną, która może zawsze w pełni swobodnie dysponować swoim czasem. Ale wiesz, to ma też swoje plusy, bo dzięki swojej pozycji może o wiele łatwiej pomóc tym, którzy tego potrzebują.
Sissi przemyślała sobie to wszystko i przyznała ojcu rację. Przyjęła również propozycję swojego ukochanego, obiecując mu przy tym, że opowie mu wszystko ze szczegółami, co dowiedziała się o sierocińcu i jakich rzeczy w nim potrzeba. Franciszek to ucieszyło i z kolei on obiecał ukochanej, że dołoży wszelkich starań, aby potem wszystkie prośby Sissi, jakie ta wyrazi na temat sierocińca, natychmiast zostały spełnione.
Ponieważ wszystko zostało już ustalone, Maksymilian i Ludwika uszykowali się do drogi, aby następnego dnia pojechać do Bawarii. Sissi obiecała, że dołączy do nich za kilka dni, kiedy już załatwi wszystkie sprawy związane z sierocińcem. Ludwika co prawda obawiała się, że kiedy tylko jej córka rozwiąże jeden problem, od razu znajdzie kolejny i zaraz po nich następne, którymi się zajmie, co zajmie ją do tego stopnia, że do Possenhofen powróci dopiero w przyszłym roku. Jednak nie oponowała przeciwko temu, zwłaszcza kiedy Maks podczas rozmowy powiedział jej czułym tonem:
- Ludwiko, kochanie... Sama dobrze wiesz, jaka ona jest. Ma mnóstwo energii do życia i wielkie serce. Chce pomóc każdemu w potrzebie. Taka już jest Sissi. Nie zmienimy jej i nawet nie wiem, czy powinniśmy próbować.
- Wiem, Maks. Bardzo kocham Sissi taką, jaka jest - odparła Ludwika - Mnie tylko martwi to, że może za mocno zaangażować się w jakieś sprawy i potem się bardzo zawiedzie, kiedy jej coś nie wyjdzie. Wiesz, jaka ona jest wrażliwa. Kiedy widzi kogoś w potrzebie, natychmiast chce mu pomóc, a gdy nie może tego zrobić, bardzo to przeżywa. Nie chciałabym, żeby w końcu zaangażowała się w sprawę, w której nie osiągnie sukcesu i żeby spotkało ją przez to gorzkie rozczarowanie.
- Musimy w nią wierzyć, najdroższa. Nasze wsparcie może jej bardzo pomóc w każdej sprawie, w którą się zaangażuje.
- Na nasze wsparcie może zawsze liczyć. Oby tylko Franciszek także jej to wsparcie dawał i to zawsze wtedy, kiedy będzie ono najbardziej potrzebne.

***

Następnego dnia, Maks, Ludwika, Teodor i Maria zaraz po śniadaniu czule i nie bez żalu pożegnali Franciszka, Karola i Zofię, obiecując przyjechać do nich od razu, gdy tylko ci ponownie ich do siebie zaproszą i przypominając im, że oni sami także są zawsze mile widziani w Possenhofen. Ludwik również się pożegnał, gdyż postanowił pojechać z nimi i przy okazji odwiedzić rodziców, którzy na pewno już się za nim stęsknili. Jednocześnie ustalono, że Sissi w towarzystwie baronowej von Tauler i Idy Ferenczy przyjedzie do Bawarii za kilka dni. Ilary z kolei, która wręcz cudownie czuła się w towarzystwie Teodora i Marii, a zwłaszcza Teodora, bardzo mocno prosiła mamę, aby nie rozdzielano ich na kilka dni i aby mogła pojechać z jej nowymi przyjaciółmi do Possenhofen od razu. Baronowa nie była jakoś do tego pomysłu przekonana, ale kiedy prośbę dziewczynkę poparł sam cesarz, uznała, że takiej prośbie się nie odmawia i wyraziła swoją zgodę. Nie sposób opisać radości jej córki z tego powodu. Mocno uściskała ona mamę, a następnie Teodora i Marię (choć Teodora najmocniej) i powiedziała im, że jedzie z nimi, co dzieci powitały tak wielką radością, że niemalże zaczęły wraz z Ilary tańczyć po pokoju.
Przed wyjazdem, Ida Ferenczy odwiedziła Ludwika, gdy ten szykował się do podróży z wujostwem i kiedy upewniła się, że są sami i nikt ich nie podsłuchuje, wyjęła z książki przez siebie trzymanej list i powiedziała:
- To list do naszego wspólnego przyjaciela. Chciałam cię prosić, abyś mu go przekazał, kiedy tylko się z nim spotkasz.
Ludwik oczywiście list przyjął, rozumiejąc tęsknotę Idy za Andrassym, jak i również fakt, że w ich obecnej sytuacji to był jedyny sposób na to, aby oboje mogli się ze sobą skontaktować. Bardzo żałował, że nie jest w stanie, a przynajmniej na chwilę obecną, zorganizować dla nich potajemnego spotkania. Liczył, że być może w Bawarii uda się coś takiego zrobić. Podzielił się tym wnioskiem z Idą.
- Teraz, kiedy cesarz uwierzył, że te plotki o Sissi, jakoby miała ona romans z twoim ukochanym są bezpodstawne, nie będzie obserwował Possenhofen i będzie nam łatwiej zorganizować wasze spotkanie - powiedział - Ale oczywiście nadal to będzie spore ryzyko, bo w pobliżu będzie się kręcić baronowa von Tauler. A jej nie możemy lekceważyć. Zwłaszcza po tej waszej nieostrożnej przygodzie w sadzie wujka Maksa.
- Nie chciałam tego spotkania. Gyula po prostu przybył do mnie w przebraniu i spotkał mnie w czasie przejażdżki konnej. Poprosił o spotkanie. Nie mogłam mu odmówić - tłumaczyła się Ida - Zrozum, Ludwiku. Tak długo na niego czekałam. Tak bardzo za nim tęskniłam. Nie byłam w stanie mu odmówić, choć to było, jak dla mnie czystym szaleństwem. Potem ta baronowa nas nakryła, ale wzięła mnie za Sissi. To chyba z powodu tej chusteczki.
- A co dokładniej tam było z tą chusteczką?
- Źle się pewnego razu poczułam, więc Sissi namoczyła chusteczkę w wodzie i położyła mi ją na skronie. Powiedziała, że jej ją oddam, jak poczuję się lepiej. A ja chciałam to zrobić, tylko nie zdążyłam, bo potem, kiedy baronowa nas nakryła, mnie i Gyulę, to uciekliśmy i zgubiłam tę chusteczkę. Ta wiedźma ją znalazła, no i od razu pomyślała, że to Sissi była na schadzce z moim ukochanym. Ale potem z jakiegoś powodu to wszystko odwołała, choć nie wiem czemu, a potem podrzuciła po cichu chusteczkę do pokoju Sissi. Dziwne, prawda?
- Owszem i to nawet bardzo dziwne. Najpierw rozpętuje piekło w cesarskim pałacu, a potem co? Nagle się z tego wszystkiego wycofuje? Nie rozumiem tego. A może ona coś knuje i liczy z naszej strony na brak czujności?
- To bardzo możliwe, Ludwiku. Ale nie wiem, co takiego może knuć.
- Ja też nie. Ale zamierzam mieć się na baczności i tobie też radzę. Nie ufaj za bardzo służbie. Większość jest wierna Sissi i jej rodzicom, ale ktoś z nowych sług może ich zdradzić, jeśli baronowa mu więcej zapłaci. Uważaj zatem. Nie zostawiaj na wierzchu niczego, co mogłaby służba znaleźć i co mogłoby cię zgubić. A co do spotkań, to chyba rozumiesz, że lepiej, abyście chwilowo sobie je darowali.
Ida pokiwała ponuro głową i powiedziała:
- Rozumiem to doskonale. Za duże ryzyko, że mogą Gyulę złapać. A nie chcę tego. Naprawdę wolę go już nigdy nie zobaczyć niż widzieć go na szubienicy.
- Cieszy mnie, że jesteś rozsądna. Chociaż ty - odpowiedział jej Ludwik nie bez ironii w głosie - Bo obawiam się, że twój ukochany chyba tego nie rozumie. A najlepszym tego dowodem jest to, jak naraził ciebie i siebie na wpadkę, kiedy tak po prostu sobie przybył do Possenhofen. Ale tyle dobrego, że wyjechał zaraz po tym, jak o mały włos nie wpadł z powodu baronowej.
- Sama byłam na niego wściekła, że przyjechał mimo ostrzeżeń. Ale kiedy już się pojawił, to co miałam zrobić? Musiałam się z nim spotkać.
- Jako człowiek również zakochany doskonale cię rozumiem, moja droga Ido.  Ale jako przyjaciel, który to, jak widać, musi czasami za was myśleć, będę nalegał na to, żebyście chwilowo się nie spotykali. To naprawdę za duże ryzyko. Mówię to tobie teraz, a jemu powtórzę, kiedy tylko przyjadę do Bawarii.
Ida skinęła ponownie głową na znak, że rozumie swojego rozmówcę, a zaraz potem spojrzała na niego prosząco i powiedziała:
- Proszę, jeśli możesz, to przekaż mu też, jak wiele on dla mnie znaczy i że z tego właśnie powodu proszę go, aby został tam, gdzie jest i nie ryzykował więcej dla mnie. Wierzę, że kiedyś oboje będziemy żyli spokojnie, bezpieczni i otoczeni jedynie przez przyjaciół. Ale póki co, póki ten czas jeszcze nie nadszedł, musimy się ukrywać ze swoim uczuciem. A on musi się ukrywać przed zagrożeniem. Mam nadzieję, że to zrozumie.
Ludwik uśmiechnął się do niej przyjaźnie, widząc w tej dziewczynie bardzo dobre serce połączone z niezwykle wielką odwagą. Poczuł, że jego przyjaciel nie mógł wybrać lepiej. Oby tylko zechciał jej posłuchać i nie ryzykować wtedy, gdy to jest niepotrzebne. Wtedy, gdy nadejdzie czas, o którym mówi Ida, na pewno ona i on będą mogli spokojnie i bezpiecznie żyć razem we dwoje, nie musząc się przed nikim ukrywać.
- Wierzę, że on to zrozumie - powiedział po chwili Ludwik - I wierzę też, że to, co mówisz kiedyś nastąpi. Kiedyś jego wyrok śmierci zostanie cofnięty, cesarz ogłosi amnestię i Gyula będzie mógł wrócić do domu, a tam pobierzecie się i już nic wam nie będzie stało na drodze do szczęścia. Ale wszystko w swoim czasie. Na razie jeszcze cesarz ulega propagandzie Zottornika, który go przekonuje, że twój ukochany to niebezpieczny buntownik. Póki Franciszek Józef będzie w to wierzył, to lepiej, aby nasz wspólny przyjaciel się tu nie pokazywał. Ale bądź dobrej myśli, Ido. Te czasy, o których mówisz, na pewno nadejdą. Zobaczysz.
To mówiąc, położył jej dłonie na ramionach, spojrzał jej w oczy i dodał:
- Uważaj na siebie. I strzeż mojej kuzynki. Jest dobra, ale bywa lekkomyślna. Nie chcę, żeby coś jej się stało.
- Będę o nią dbać, jak o rodzoną siostrę - obiecała mu Ida.
Ludwik podziękował jej serdecznie i uśmiechnął się przyjaźnie.
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Przyjdzie jeszcze taki dzień, że oboje z uśmiechem na twarzy będziemy wspominać te nasze smutki i lęki o przyszłość. To wtedy będzie już jedynie smutną przeszłością, która się skończyła i już nie wróci.

***

Gdy już dwa powozy, zabierające ze sobą Maksymiliana, Ludwikę, Teodora, Ilary, Marię oraz Ludwika odjechały w kierunku Bawarii, Sissi ostatni raz jeszcze im pomachała ręką na pożegnanie, po czym wróciła do swego pokoju, aby tam się przygotować do wyjścia na miasto. Przebrała się w znacznie skromniejszą suknię niż ta, którą zwykle nosiła, bo nie chciała za bardzo rzucać się w oczy. Podobnie też się ubrały, mające jej towarzyszyć Ida Ferenczy oraz baronowa von Tauler. Ta druga nie powitała tego zadania z zadowoleniem, ale skoro dostała rozkaz cesarza, aby tak zrobić, nie śmiała protestować, chociaż w duchu pomstowała już na Sissi za jej pomysły i za to, że musi je realizować.
Sissi ucałowała czule Franciszka przed wyjściem, obiecując mu zdać bardzo dokładny raport z tego, co zobaczy w sierocińcu, a potem udała się wraz ze swymi dwiema towarzyszkami do celu swojej podróży. Po drodze wstąpiła do sklepu, aby kupić nieco łakoci i słodyczy dla dzieci, bo uważała, że nic tak nie umila dzieciom życia jak coś słodkiego, a już zwłaszcza wtedy, kiedy się jest sierotą.
Sierociniec nie był wesołym miejscem, co zresztą Sissi wcale nie zdziwiło. Bo ostatecznie, co może być radosnego w budynku, w którym przebywają dzieci osierocone lub pozostawione przez rodziców samym sobie od najmłodszych lat? Takie miejsce nie mogło być wesołe, dlatego nie zaskoczyło to Sissi. Jej zdumienie wzbudziło jedynie to, że budynek wyglądał po prostu nędznie i biednie, a władze miasta inwestowały obecnie w nowy ratusz zamiast w naprawę tego miejsca. Sissi nie była w stanie uwierzyć, jak niby budynek władzy miejskiej jest dla niej o wiele ważniejszy niż budynek, w którym żyje przyszłość tego narodu, czyli dzieci. Ale jeszcze bardziej zaskoczyła ją obecność dwóch zakonnic w roli całego personelu sierocińca, nie licząc oczywiście kucharza i jego pomocnika, którzy przychodzili tu jedynie raz dziennie, aby uszykować posiłki dla dzieci na cały dzień, a potem po prostu szli do innych swoich zajęć. Zakonnice nie wzbudziły w Sissi sympatii i to już od pierwszej chwili, w której je zobaczyła. Starsza z nich, pełniąca tutaj rolę przełożonej miała około sześćdziesięciu lat, jej twarz przeorały mocne zmarszczki, usta były wykrzywione w nieprzyjemnym grymasie, mającym prawdopodobnie w rozmowach z Sissi imitować uśmiech, co jednak robiły bardzo kiepsko, zaś oczy, w dawnych czasach chyba niebieskie, obecnie były szare oraz pozbawione emocji. Sprawiały wrażenie, jakby ich posiadaczka była osobą bezduszną. Druga z sióstr zakonnych, mająca zaledwie trzydzieści lat, nie sprawiała wrażenie zimnej, ale już wyraźnie wiało od niej chłodem. Miała brązowe oczy, niewielki nos i delikatne usta, z których mogły wybiegać miłe słowa, ale już mocno okraszone niechęcią do ludzi z zewnątrz. Sissi poczuła więc, że rozmawianie z tymi osobami nie będzie dla niej niczym przyjemnym. Przypomniała sobie wówczas słowa Ludwika, który zakonnice nazywał wampirami w habitach. Wampirami emocjonalnymi, nigdy nie umiejącymi okazać ani odrobiny ciepła innym osobom, a zwłaszcza dzieciom, zaś swoje obowiązki traktujące jako zło konieczne i drogę do kupienia sobie miejsca w niebie, którym w głowie jest mnóstwo regułek kościelnych, ale nigdy empatia. Im bardziej Sissi patrzyła na obie te istoty, omyłkowo tylko nazywane kobietami i im dłużej z nimi przebywała, to rozumiała znacznie lepiej, co jej kuzyn miał na myśli.
Obie zakonnice, nazywające się siostra Bernadetta i siostra Marta serdecznie, na ile tylko umiały, powitały narzeczoną cesarza w swoich niskich progach, niemal kłaniając się jej do samej ziemi. Zaznaczyły, jaki to zaszczyt je spotyka i że raczej na niego nie zasłużyły, ale oczywiście przyjemność wielką im sprawia to, iż sama narzeczona cesarza raczyła ich odwiedzić niczym Maryja odwiedzająca służebnicę swoją Elżbietę, gdy ta miała powić Jana Chrzciciela. Sissi poczuła wówczas, że jak to patetyczne powitanie potrwa dłużej, to chyba tu umrze z nudów i obrzydzenia, bo jako osoba brzydząca się fałszem, nie cierpiała go w stosunku do siebie jeszcze mocniej, niż gdy widziała go stosowanego wobec innych osób. A w wypowiedzi obu zakonnic wyczuwała mnóstwo fałszu.
- Bardzo mnie cieszy tak miłe powitanie, ale przyszłam do dzieci - rzekła po chwili, kiedy kobiety przestały się przed nią płaszczyć - Czy mogłabym zobaczyć waszych podopiecznych?
- Ależ naturalnie, Wasza Wysokość - odpowiedziała siostra Bernadetta.
Już po chwili wprowadziła ona Sissi, Idę i baronową do pokoju, gdzie stało kilkanaście piętrowych łóżek, na których leżały przykryte kołdrami dzieci obojga płci. Było ich około trzydziestu.
- Dlaczego wszystkie dzieci leżą w łóżkach? Są chore? - zapytała.
- Nie, Wasza Wysokość - odpowiedziała jej siostra Marta - Po prostu nie są w odpowiedni sposób przygotowane na wizytę Waszej Wysokości.
- Co to znaczy?
- Nie mają odpowiednich ubrań na taką wizytę.
Sissi parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała. Większej głupoty już dawno nie słyszała. Odpowiednie ubrania? Na jej wizytę? A niby dlaczego dzieci miałyby je mieć? Przecież to sierociniec, a nie hotel trzygwiazdkowy. Naiwność tych kobiet była po prostu śmieszna.
- Myśli pani, że patrzę na to, jak są ubrane? - zapytała ironicznie.
Następnie stanęła pośrodku pokoju, tak aby wszystkie dzieci mogły dobrze ją widzieć i powiedziała:
- No, dzieci! Nie wstydźcie się! Chcecie się przywitać? Wiecie, mam dla was sporo łakoci, ale zaraz wszystkie sama zjem, jeśli nie przyjdzie do mnie.
Baronowa próbowała dać Sissi znak, że jej zachowanie nie przystoi cesarskiej narzeczonej, ale Ida syknęła na nią lekko, aby nie przeszkadzała. Sama była bardzo wzruszona zachowaniem Sissi, podobnie jak i tym, że dzieci, zachęcone przez taką miłą panią, jaką niewątpliwie była ona w ich oczach, wychodzą po kolei z łóżeczek i podchodzą do niej, aby się z nią przywitać. Kiedy jednak Ida i Sissi przyjrzały się temu, w co dzieci są ubrane, przeszedł je dreszcz. Dziewczynki były odziane w coś pomiędzy łachmanami, a starymi, połatanymi rzeczami wyniesionymi chyba ze śmietnika. Chłopcy mieli jeszcze gorzej, tylko kilku z nich miało całą garderobę, a większość nie posiadała nawet koszul. Do tego wszystkie były nieco brudne, kilka miało lekkie siniaki, prawdopodobnie efekt wypadnięcia z łóżka w czasie snu, ale najgorsze było to, jak były wychudzone. Sissi bez trudu mogła policzyć żebra tych biedaków bez koszul, a i ci, którzy mieli koszule, nie wyglądali wiele lepiej.
- Boże... To nie są ubrania. To jakieś łachmany - powiedziała zasmucona - No i czemu one są takie chude?
- Wasza Wysokość, sierociniec jest biedny i nie ma funduszy - odpowiedziała jej baronowa von Tauler.
- W takim razie pora to zmienić - stwierdziła Sissi i spojrzała na dzieci, czule się do nich uśmiechając - Zadbam o to, aby przysłano wam ubranka. I to porządne, w których będziecie uroczo wyglądać. No i trzeba wam będzie załatwić lepszego kucharza, bo ten, który tu jest, jakoś was nie przekarmia.
Dzieci zachichotały lekko, rozbawione tym żartem, zaś jedna z dziewczynek, urocza mała szatynka o niebieskich oczach, zapytała:
- Czy pani jest aniołem?
Zakonnice westchnęły widocznie niezadowolone z tego pytania, ale Sissi nie uznała tego pytania za obraźliwe i odparła:
- Nie, kochanie. A czemu tak uważasz?
- Bo pani jest taka piękna jak anioł.
- Nie, ja jestem po prostu ładna. To ty jesteś śliczna, dziecko.
To mówiąc, dotknęła jej policzka z uśmiechem. Dziewczyna ośmielona tym czułym gestem, przytuliła się do niej, a Sissi bynajmniej nie zamierzała jej tego ani przez chwilę zabraniać. Inne dzieci też od razu chciały przytulić Sissi, a ta zaczęła je przytulać do siebie po kolei, każde z osobna, aby nikogo nie pominąć. Baronowa i zakonnice patrzyły na to niezbyt przychylnym wzrokiem, ale Ida była po prostu wzruszona. Otarła delikatnie palcem oczy, aby ukryć ociekające z nich łzy.
- Przygotowaliśmy dla Waszej Wysokości skromny poczęstunek - powiedziała siostra Bernadetta - Nieco improwizowany, bo dopiero wczoraj wieczorem poseł z pałacu powiadomił nas o tej wizycie.
Sissi spojrzała na nią zdumiona. Poczęstunek? To miłe, ale czy aby nie jest to lekką przesadą? Zwłaszcza, biorąc pod uwagę głód bijący ze słodkich oczu dzieci w tym budynku?
- Dziękuję, to bardzo miłe - odpowiedziała - Ale proszę go dać dzieciom. Nie widzi pani, jakie są wychudzone? Im się on bardziej przyda niż mnie.
Baronowa zmieszana popatrzyła na Sissi uważnie i powiedziała:
- Nie wolno nam odmówić, Wasza Wysokość. Tak nie wypada. A ponadto, nie wolno nam ingerować w ich sprawy.
- Doprawdy? Sądziłam, że jako przyszła cesarzowa mogę ingerować, w co mi się tylko podoba - odparła buńczucznie Sissi - Sama mnie pani tego uczyła. A co? Może nagle pani temu zaprzeczy?
- Ależ nie, naturalnie. Chodzi tylko o to, że to narusza etykietę.
Sissi spojrzała na nią z kpiną w oczach. To była kolejna najgłupsza rzecz na świecie, jaką dzisiaj usłyszała i to w tak krótkim odstępie czasu od poprzedniej.
- Proszę zapytać te dzieci, co myślą o etykiecie. Ciekawe, co odpowiedzą?
Baronowa zrozumiała, że z Sissi nie wygra i ustąpiła, a Ida uśmiechnęła się z radością w kierunku przyszłej cesarzowej, dając jej w ten sposób znak, że popiera jej podejście i jest z nią.
Następnie Sissi rozdała z Idą i baronową słodycze dla dzieci, patrząc przy tym z zachwytem na to, jak one je łakomie pałaszują. Zadowolona zachęcała je do tego wesołymi słowami i lekkim ostrzeżeniem, iż zamierza zabrać do domu koszyk, ale pusty i nie życzy sobie ani jednego cukierka na jego dnie. Rozbawiona śmiała się też, kiedy dzieciaki, czując się już o wiele swobodniej, zaczęły wesoło przy niej skakać i lekko wygłupiać, co Sissi przyjęła z radością. Nie przeszkadzał jej przy tym hałas i gwar, jakie przy okazji dzieci czyniły. Przywykła już do niego, mając w domu młodsze rodzeństwo, a ponadto zawsze uważała, że zadowolone dzieci po prostu muszą hałasować. Takie ich prawo.
Kiedy dzieci się już nieco zmęczyły i usiadły obok niej, a Sissi opowiadała im jedną z baśni braci Grimm, nagle usłyszała jakiś płacz. Zaintrygowana poprosiła o pomoc Idę, aby zastąpiła ją, a sama poszła w kierunku, z którego to dobiegł ją ten dźwięk. Trafiła na schody, z którego ujrzała wejście do sierocińca. W nim oto stała kobieta w wieku około trzydziestu kilku lat, czarnowłosa o brązowych oczach, zaś przed nią stały mały chłopiec dosyć do niej podobny i wyraźnie zapłakany. Ostatni raz jeszcze uściskał kobietę i powiedział:
- Mamo, ja nie chcę tu zostać.
- Bądź grzeczny, synku. Tu ci będzie dobrze.
Po tych słowach, ucałowała delikatnie chłopca w czoło, zapłakała z rozpaczy i oddała dziecko siostrze Marcie, która przejęła je od niej i zaprowadziła na górę. Matka chłopca jeszcze długo stała w pomieszczeniu wejściowym i wpatrywała się w swojego synka, zanim ten nie wszedł z zakonnicą na górę schodów i dotarł do miejsca, w którym stała Sissi. Dopiero wtedy odeszła, głośno przy łkając.
- Przepraszam, siostro Marto - powiedziała Sissi, zatrzymując zakonnicę - To jest sierociniec. Dlaczego jest tu to dziecko, skoro ma matkę?
Siostra Marta spojrzała na nią uważnie i odpowiedziała:
- Ta kobieta nie jest w stanie wyżywić wszystkich swoich dzieci. Jej mąż jest w więzieniu, oskarżony o zdradę.
- Co takiego przeskrobał?
- Drukował ulotki antycesarskie. Chyba socjalistyczne, choć nie jestem pewna tego, czy właśnie takie. Ale tak czy inaczej, wyszło to na jaw kilka miesięcy temu i go aresztowano. Dodatkowo okazało się, że w czasie powstania w 1848 roku także drukował ulotki. To mu bardzo zaszkodziło.
- Jaki wyrok dostał?
- Dwadzieścia lat.
Sissi zmroziło, kiedy to usłyszała. Spojrzała na siostrę Martę tak, jakby ta jej właśnie powiedziała, że za chwilę świat przestanie istnieć.
- Słucham?! Dwadzieścia lat za taką drobnostkę?! To potworne!
- Świat jest potworny, Wasza Wysokość - odpowiedziała jej zakonnica - Tak na nim zawsze było i będzie. Takie w końcu jest prawo.
To mówiąc, odeszła z chłopcem, pozostawiając Sissi pogrążoną w szoku oraz głębokim zamyśleniu jednocześnie.
- Zawsze tak było i będzie, tak? - powiedziała do siebie - Jeszcze zobaczymy.

***

Sissi spędziła jeszcze trochę czasu z dziećmi, ale nie umiała już cieszyć się ich towarzystwem tak mocno, jak miało to miejsce przed tym, co zobaczyła przy wejściu do sierocińca. Widok ten prześladował ją, nękał jej myśli i nie dawał ani na chwilę spokoju. Nigdy jeszcze nie widziała widoku tak poruszającego i zarazem tak smutnego jak właśnie to, co tam ujrzała. Widok matki oddającej swoje dziecko do sierocińca, bo nie jest w stanie go utrzymać był ponad jej siły. Wiedziała, że nie spocznie, dopóki nie zrobi wszystkiego, aby męża tej kobiety uwolnić i zapewnić mu jakąś dobrą pracę, dzięki czemu on i jego żona będą na tyle zarabiać, aby móc utrzymać swoją rodzinę w całości. Dodatkowo wiedziała też, iż musi postarać się o nowe ubranka dla tych biednych sierotek i jeszcze zapewnić większe fundusze dla sierocińca, aby stać go było na porządne odżywienia dzieci. Czuła, że musi tego wszystkiego dokonać, inaczej nigdy nie zazna spokoju.
- Ido, nigdy wcześniej nie widziałam, że można żyć w takich warunkach jak te biedactwa - rzekła do swojej damy do towarzystwa, kiedy wracała już do pałacu - Obawiam się, że ten obraz będzie mnie prześladował do końca życia i będzie do tego połączony z wyrzutami sumienia.
- Z jakimi wyrzutami sumienia? - zapytała Ida.
Sissi zatrzymała się na chwilę i spojrzała na nią uważnie.
- Pomyśl tylko. My żyjemy w pałacu i w luksusach, mamy złocone ściany, z każdego kąta kapie złoto i kosztowności. A te biedne maleństwa żyją w nędzy i to tak wielkiej, że nawet niedojadają. A ile jedzenia w pałacu codziennie się marnuje? Ile ląduje na śmietniku i staje się pożywieniem dla bezpańskich psów i kotów? To naprawdę niesprawiedliwe. Tym dzieciom trzeba pomóc.
- Wasza Wysokość, naprawdę nie należy demonizować tego wszystkiego, co dziś Wasza Wysokość widziała - odezwała się do niej baronowa - Tak to już jest na tym świecie. Jedni rodzą się bogaci, drudzy biedni. Tak zdecydował Bóg w swojej nieskończonej mądrości. Gdyby nie chciał, żeby te dzieci były sierotami, nigdy by ich nimi nie uczynił.
Sissi spojrzała na nią z ponurą niechęcią i powiedziała:
- A zatem miłosierny Bóg czyni ludzi biedakami i jeszcze oczekuje, że się go będzie za to miłować? Nie wierzę, żeby Bóg miał z tym cokolwiek wspólnego. To nie jest Jego sprawka, a ludzi. Wielkich tego świata, którzy tworzą takie prawa, za pomocą których mogą do woli krzywdzić niewinnych i napawać się tym. Taka jest prawda i póki ja żyję, chcę walczyć z tą prawdą.
Po tych słowach, ruszyła przed siebie, a Ida za nią. Baronowa zaś westchnęła głęboko, lekko zirytowana zachowaniem dziewczyny i powiedziała do siebie:
- Głupia gąska. Jeszcze nie wie, na co się porywa. Nie zmieni porządku tego świata. Nikt go nigdy nie zmieni. Biedactwo zamierza walczyć z wiatrakami.
Nieświadoma tego, Sissi powróciła wraz ze swoimi towarzyszkami wycieczki do pałacu, gdzie natychmiast udała się do gabinetu Franciszka. Tam jednak go nie było, ponieważ, jak wyjaśnił jej spotkany po drodze hrabia Jamisz, przebywał on w sali narad wraz z matką, bratem, Zottornikiem i kilkoma innymi członkami rady. A zatem rozmowy na szczycie jeszcze się nie skończyły, pomyślała sobie. Ale ona nie ma czasu czekać. Musi mu powiedzieć, co zobaczyła i dlaczego tak mocno ją to poruszyło. Dodatkowo też uznała, że opowiedzenie podczas narady tego, co wie o sierocińcu wywrze jeszcze większe wrażenie i może poruszy czyjeś serca. Z tego więc powodu poprosiła hrabiego, aby ten zaprowadził ją do sali narad.
Gdy tam dotarli, lokaj stojący przed drzwiami powiedział, że obecnie narada trwa i nie można przeszkadzać. Hrabia Jamisz jednak spojrzał na niego poważnie i powiedział stanowczym tonem:
- Proszę powiedzieć Jego Cesarskiej Mości, że jego narzeczona chce z nim i członkami jego rady porozmawiać na tematy niezwykle ważne politycznie.
Lokaj zrozumiał, że sprawa musi być poważna i dlatego skłonił się mocno, po czym wszedł do sali narad i wykonał polecenie. Chwilę później wrócił, mówiąc:
- Jego Cesarska Mość prosi.
Sissi zadowolona weszła do sali narad, w której zastała siedzących przy stole Franciszka Józefa, Karola Ludwika, Zofię, Zottornika i jeszcze jednego człowieka, w którym Sissi rozpoznała marszałka Radetzky’ego, głównodowodzącego cesarską armia, któremu Johann Strauss poświęcił przed kilku lat swój słynny marsz. Sissi nie przepadała za nim, widziała go parokrotnie na balach u ukochanego, ale nigdy jakoś nie wywarł on na niej zbyt dobrego wrażenia. Dodatkowo słyszała o nim, że marsz stworzony przez Straussa powstał celem uczczenia jego zwycięstwa, ale nie nad wrogiem, lecz nad zbuntowanymi poddanymi poprzedniego cesarza. Sissi była zdania, że coś takiego nie jest bynajmniej powodem do dumy i nie należy takie oto smutne wydarzenie czcić marszem triumfalnym, notabene bardzo pięknym. A do tego jeszcze ten człowiek podobno słynął z bycia wielkim konserwatystą, bardzo niechętnym wszelkim zmianom, jak również i monarchii absolutnej. Oznaczało to, że jeżeli ma on duży wpływ na Franciszka, to przekonanie cesarza do zmiany swej polityki nie będzie takie łatwe i to nawet mimo tego, że obiecał jej wprowadzenie zmian w wielu sprawach. Ale co innego zmienić zwyczaje dworskie, a co innego sprawy polityczne.
- Witaj, Sissi - powiedział czule Franciszek Józef - Czyżbyś właśnie wróciła z wyprawy do sierocińca?
- Owszem, Franz i bardzo chcę o tym z tobą porozmawiać, o co mnie zresztą sam prosiłeś - odpowiedziała mu Sissi.
- Kochanie, nie chcę być nieuprzejma, ale teraz jest rada i... Sama rozumiesz - powiedziała do niej Zofia niezwykle serdecznym tonem.
Arcyksiężna wiele ostatnio myślała na temat Sissi i tego, co o niej powiedział jej Karol. Doszła do wniosku, że nie będzie przeszkadzać jej i swojemu synowi w ich miłości. Uznała też, iż dziewczyna nie jest znowu taka zła, a nawet zyskuje po bliższym poznaniu, dodatkowo też niezwykle przypomina Zofię w młodości, co też sprawiało, że zyskiwała w oczach arcyksiężnej. Mimo wszystko kobieta była nadal konserwatystką, niezbyt przekonaną do nowości w polityce. O ile potrafiła w kwestii zasad na dworze ustąpić i pozwolić na zmiany, to jednak w kwestii polityki nadal była ostrożna. Dlatego zwróciła się teraz miło do Sissi, pragnąc ją w sposób delikatny i bez obrażania uczuć wyprosić z pokoju rady, aby mogła porozmawiać z Franciszkiem później, a nie w trakcie narady. Uważała, że nie jest to najlepsza pora na to, aby wprowadzać tak rewolucyjne zmiany i pozwalać narzeczonej cesarza na rozmowy o polityce, o których na pewno nie ma ona jakiegokolwiek pojęcia.
- Proszę mi wybaczyć, ciociu, ale sprawa, z którą przychodzę także dotyczy polityki, co prawda wewnętrznej, ale zawsze polityki - odparła na to Sissi.
Zottornik popatrzył na dziewczynę protekcjonalnym wzrokiem i rzekł:
- Wasza Wysokość raczy wybaczyć, ale teraz dyskutujemy o sprawach wagi tak niezwykłej, że nic innego nie może być od niej ważne.
- Ośmielę się mieć inne zdanie, kanclerzu - odpowiedziała mu Sissi - Nie ma w Austrii ważniejszej sprawy niż ta, która dotyczy jej bezpośrednio.
- Trudno się z tym nie zgodzić - powiedział Karol, bardzo zadowolony z tego, jak zdeterminowana jest Sissi.
Upór dziewczyny zachwycił również Franza, który skinął głową na znak, że się zgadza i pokazał ukochanej, aby usiadła przy stole. Sissi oczywiście zrobiła to, po czym przeszła do sedna.
- Jak zapewne wiecie, byłam dziś w sierocińcu. Przyjrzałam się wszystkiemu tam bardzo dokładnie i muszę powiedzieć, że warunki tam panujące są po prostu beznadziejne. Dzieci chodzą w łachmanach, a ponadto kilkunastu chłopców nawet nie ma koszul. Nie są też za dobrze karmione, dlatego są wychudzone i ledwo się na nogach trzymają. Ponadto jeszcze, jakby tego było mało, to widziałam kobietę, która oddała swoje dziecko do sierocińca, bo nie ma dość pieniędzy, aby utrzymać całą rodzinę, a dlaczego nie ma? Bo jej mąż siedzi od kilku miesięcy w więzieniu za drukowanie ulotek antypaństwowych, a podobno też drukował je także w czasie powstania na Węgrzech.
- Tak, rzeczywiście. Przypominam sobie tę sprawę - wtrącił się Zottornik - To chyba zdaje się, był mężczyzna o nazwisku Better. Jest to niezwykle niebezpieczny człowiek. To socjalista.
- Socjaliści są niezwykle niebezpieczni, Wasza Wysokość - dodał Radetzky - Ich działalność bynajmniej nie kończy się tylko na ulotkach. Ci ludzie rzucają w urzędników państwowych bombami lub strzelają do nich na ulicy. To naprawdę są niebezpieczni ludzie.
- To prawda, Wasza Wysokość - zgodził się Zottornik - Pobłażliwość wobec takich ludzi nigdy nie kończy się dobrze. Musiałem postąpić z całą surowością.
- Pan, kanclerzu? - zapytała ironicznie Sissi - Sądziłam, że to cesarz rządzi i to do niego należy rozstrzyganie takich spraw.
- Władza sądownicza podlega kanclerzowi - zauważył Zottornik - Ponadto w ten sposób odciąża się cesarza, aby ten był w stanie mieć więcej czasu dla swojej ukochanej i na drobne przyjemności, z czego Wasza Wysokość powinna być chyba bardzo zadowolona.
- Owszem, jednak o ile wiem, cesarz ma prawo ułaskawić kogoś skazanego - powiedziała Sissi, nie dając się zbić tropu.
- Zgadza się, cesarz posiada prawo łaski - rzekł Karol.
- Ale pytanie, czy powinien z niego skorzystać - stwierdziła Zofia.
- Otóż to - powiedział Zottornik - Gdyby cesarz ułaskawił socjalistę, okazałby wtedy słabość i straciłby w oczach swoich poddanych.
- Jestem innego zdania - powiedziała Sissi - Pokazałby wtedy, że jest władcą niezwykle wyrozumiałym, który potrafi przebaczyć i potrafi okazać litość, a w ten sposób zyska jedynie w oczach swoich poddanych.
- Popieram, prawdziwego władcę poznaje się nie po tym, jak okrutny okazuje się być wobec winowajców, ale jak bardzo potrafi być łaskawy - powiedział Karol.
- Liberalne brednie - mruknął Radetzky.
Franciszek Józef popatrzył groźnym wzrokiem na marszałka i zapytał:
- Sugeruje pan, panie marszałku, że mój brat jest liberałem? A może zaraz też zarzuci mu pan socjalizm i anarchię?
- Nie, Wasza Cesarska Mość. Bynajmniej nie zamierzam tego robić - rzekł na to niespokojnym tonem Radetzky.
- Wobec tego, proszę nie wyrażać takich komentarzy na temat tego, co mówi mój brat. W monarchii absolutnej, którą pan podobno popiera, takie komentarze się mogą skończyć utratą stanowiska lub nawet życia.
Sissi uśmiechnęła się zadowolona. Widok tego siwego grubasa w mundurze, z wielkimi bokobrodami na twarzy i ogromnymi wąsiskami, tak dumnego w swojej pozie i aroganckiego w zachowaniu, jak pokornieje pod stanowczym tonem swego władcy, był jej bardzo przyjemny.
- Mój synu, marszałek Radetzky na pewno nie chciał obrazić twojego brata - rzekła na to Zofia - Choć przyznaję, że powinien bardziej zważać na słowa. Widać za dużo on bywa na polach bitew, a za mało na dworze, aby wiedzieć, że słowa tak nieprzyjemne i kierowane w kierunku rodziny cesarskiej, dającej mu wszak pracę. To nie tylko niegrzeczność, ale i niewdzięczność.
Radetzky zaczął uniżenie przepraszać Zofię za swoje słowa, a Sissi delikatnie się uśmiechnęła i powiedziała:
- Tak czy inaczej, podzielam zdanie arcyksięcia Karola. Okazanie łaski wcale nie jest dowodem słabości władcy. A już na pewno nie wobec człowieka, który po prostu dał się zwieść szaleńcom, którzy zrobili z niego swoją marionetkę. Ponadto chyba drukowanie ulotek nie jest tak wielkim przestępstwem, aby dawać za nie wyrok dwudziestu lat ciężkiego więzienia.
- Od ulotek zwykle się zaczyna, a potem kończy się na strzelaniu do ludzi na ulicach i podkładaniu ładunków wybuchowych - powiedział Zottornik.
- Ten człowiek nie podkładał przecież bomb.
- Owszem, bo nie daliśmy mu ku temu okazji. Ale wypuśćmy go, a od razu zacznie to robić.
- Przeciwnie. Wypuśćmy go, a wróci do swojej rodziny i odechce mu się już na zawsze polityki i ulotek socjalistycznych.
- Zgadzam się z Sissi - powiedział Karol - Okazaniem łaski wytrącimy tym szaleńcom broń z ręki. Przecież oni nam zarzucają tyranię. Pokażmy zatem, że się mylą i że jesteśmy łaskawi. Jeśli jednak pozwolimy, aby tacy ludzie jak ten biedak gnili w więzieniu, to liczba naszych wrogów tylko się powiększy.
- Liczba naszych wrogów się zmniejszy, bo pokażemy im, jak silni jesteśmy - wtrącił się Zottornik - Będą się nas bali i nie ośmielą się buntować.
- Jedni się przestraszą, a inni jeszcze bardziej zaczną nas nienawidzić i tylko czekać będzie, aż dojdzie do rewolucji - stwierdził Karol.
- Jeżeli dojdzie do rewolucji, to nasze wojska rozniosą buntowników w pył - powiedział na to Radetzky.
- Jedną rewolucję rozpędzą, a kolejne? Bo na pewno dojdzie do kolejnych.
- Wszystkie rewolucje utopimy w morzu krwi.
- I przy okazji potracimy poddanych, którzy pracują na nas i płacą podatki. Jak ich utopimy w morzu krwi, to kto pana zdaniem zostanie?
- Zawsze ktoś zostanie. Wierni ludzie zostaną.
- Tak, zostaną ze strachu o swoich bliskich.
- I dobrze. Bo strach podtrzymuje posłuch, a cesarz potrzebuje posłuchu.
- Cesarz potrzebuje wiernych poddanych, a nie bojących się go. Poza tym, to musi mieć kim rządzić. Jeżeli połowę cesarstwa pan wystrzela, kto wtedy zostanie? Kto będzie pracował na polach i w fabrykach? Pan i pana żołnierze? Bo obawiam się, że nawet jeśli wygramy, to tylko tylu poddanych nam zostanie.
Radetzky już miał coś odpowiedzieć, kiedy nagle Franz nakazał mu ręką, aby był cicho i spojrzał uważnie na brata, mówiąc:
- Uważam, że lud musi kochać swojego cesarza, aby być mu w pełni wiernym i lojalnym. A tę miłość można zdobyć jedynie poprzez okazanie mu swojej miłości. Dlatego popieram zdanie mojej narzeczonej i mojego brata.
- Wasza Cesarska Mość, pozwolę sobie zwrócić uwagę na to, że rozbestwi to jedynie naszych przeciwników - odezwał się Zottornik.
- Przeciwnie, to ich pozbawi broni, bo w ten sposób sprawimy, że ludzie nie będą się chcieli buntować przeciwko miłosiernemu cesarzowi - odparł Franz.
- Poza tym, pomyślny też o tym biednym chłopcu, który z powodu błędu, jaki popełnił jego ojciec, musi siedzieć w domu dziecka - dodała Sissi.
- Świat nie jest idealny, Wasza Wysokość - odparł na to Zottornik - Dlatego takie na nim panują prawa, a nie inne. Dzieci cierpią za grzechy rodziców. Taka to już kolej rzeczy. Tak mówi Pismo Święte i tak zawsze było na tym świecie. To jest prawo samego Boga, dlatego nie wolno mu się przeciwstawić.
- Przypominam, kanclerzu, że ten sam Bóg nakazywał wybaczanie ludziom tego, co wobec nas uczynili - powiedziała Sissi.
- W polityce nie wolno kierować się miłosierdziem, ale praktyką.
- Wobec tego mam dla pana praktykę. Cesarz ułaskawi tego człowieka, a ten mu będzie za to wdzięczny i wierny do końca życia.
- To tylko naiwne dziecko może wierzyć w takie rzeczy. Ludzie są podli, a do tego niewdzięczni. Jeżeli nie poczują nad sobą bata, będą zawsze fikać i będą też chcieli więcej niż mają, bo zachłanność ludzka nie zna granic.
- Rozumiem, że pana to też dotyczy - rzuciła ironicznie Sissi.
Karol parsknął śmiechem rozbawiony tym zdaniem, a Zofia mimowolnie się lekko uśmiechnęła, po czym powiedziała:
- Nie jestem zwolenniczką ułaskawiania rewolucjonistów, ale mimo wszystko jestem zdania, że Sissi i Karol mają rację. Poza tym, żal mi żony tego człowieka. Sama jestem matką i nie wyobrażam sobie, abym ja miała oddać swoje dziecko do sierocińca z powodu zachowania mojego męża.
- Waszej Wysokości nigdy to nie groziło - powiedział przymilnie Zottornik.
- To prawda, ale innej matce to grozi i w zasadzie już ją to spotkało - odrzekła na to Zofia - Gdyby chodziło jedynie o tego socjalistę, nalegałabym na to, aby mój syn cesarz nie okazał mu ani grama litości. Ponieważ jednak w grę wchodzi tutaj matka z dzieckiem, która to matka może to dziecko na zawsze stracić z powodu, że tak powiem, indolencji politycznej swojego męża, nie mogę być bezlitosna. Z tego też powodu zwracam się do cesarza nie tylko do jako głowy cesarstwa, ale też jako do mojego syna i do człowieka o dobrym sercu, prosząc go: okaż litość głupcowi, aby naprawił on swoje błędy i nie pozostawił swojej rodziny samej sobie.
Sissi była zaskoczona. Czego jak czego, ale poparcia Zofii w tej sprawie, to się nie spodziewała. Czyżby ta kobieta zaczęła ją wreszcie lubić? Czyżby zmieniła wreszcie swoje podejście do tak ważnych spraw, jak te surowe prawa, które trzeba zmienić? To by było dopiero cudowne.
Tymczasem Franciszek Józef powstał ze swego miejsca i uśmiechnął się do Sissi, szczęśliwy, że wreszcie jego ukochana i jego matka wreszcie są w czymś ze sobą zgodne, po czym powiedział:
- Sissi, Karolu, matko... Wasze argumenty do mnie trafiają. Z przyjemnością więc wam oznajmiam, że przychylam się do waszej prośby. Ten człowiek jeszcze dzisiaj zostanie ułaskawiony. Kanclerzu Zottornik, proszę przygotować papiery w sprawie tego człowieka i akt ułaskawienia, pod którym osobiście się podpiszę. I to wszystko chcę mieć na biurku w swoim gabinecie w ciągu godziny.
Zottornik chciał już zaprotestować i wytoczyć jeden ze swoich argumentów, ale twarde spojrzenie cesarza, który to wyczuł i spiorunował go wzrokiem, od razu sprawił, że słowa zamarły mu w gardle. Dlatego jedynie ukłonił się z szacunkiem i powiedział do Franciszka:
- Rozkaz, Wasza Cesarska Mość. Natychmiast się tym zajmę.
- Doskonale, a zatem radę uznaję za zakończoną - powiedział Franciszek.
Zottornik i Radetzky ukłonili się z szacunkiem cesarzowi, jego bratu i matce, a potem wyszli z pokoju. Ten pierwszy, robiąc to, spojrzał z niechęcią w kierunku Sissi, posyłając jej mordercze spojrzenie, od którego dziewczyna poczuła, że nagle ją przechodzą ciarki po plecach. Szybko jednak o tym zapomniała, kiedy zobaczyła podchodzącego do niej ukochanego Franciszka, którego uściskała i ucałowała tak mocno i tak czule, jak tylko się dało.
- Dziękuję ci, najdroższy! Dziękuję ci! - wołała radośnie.
Następnie podziękowała serdecznie Karolowi za poparcie, a potem i Zofii. Ta zaś uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i powiedziała:
- Nie ma za co, moje dziecko. Sama jestem matką i wiem, co znaczy kochać dziecko i nie chcieć je stracić. Poza tym, wiem dobrze, że my, kobiety, musimy nie od dziś ponosić konsekwencje złych decyzji mężczyzn. Nie chcę, aby znowu tak było i aby kolejna kobieta płaciła tak wysoką cenę za głupotę swego męża. Ale nie myśl sobie, proszę, że jestem już przekonana do tych nowoczesnych poglądów. Za długo żyłam w wierze w inne zasady i nie jestem w stanie tak po prostu przyjąć te wasze liberalne poglądy. Może kiedyś się do nich przekonam, choć nie obiecuję. Ale w tym wypadku stoję za tobą murem, Elżbieto.
- Dziękuję, ciociu. Bardzo dziękuję - powiedziała Sissi z wdzięcznością.
- Franciszku, to naprawdę niesamowite - zaśmiał się Karol - Nasza matka i Sissi mają to samo zdanie w jednej sprawie. Naprawdę niesamowite. Chyba świat się kończy, braciszku.
- Wcale się nie kończy - odpowiedział na to Franciszek - Po prostu nadchodzi nowa epoka.

***

Wittelsbachowie powrócili do Possenhofen po bardzo przyjemnej wycieczce po Bawarii. Podczas niej dzieci żartowały sobie, rozbawiając się nawzajem, zaś Ludwika i Maksymilian rozmawiali ze sobą o całej sytuacji. Byli ciekawi, co też Sissi robi w Wiedniu pod ich nieobecność. Ludwika miała nadzieję, że córka ich nie posunie się za daleko i nie przyniesie sobie i im wstydu. Maksymilian jednak był spokojny i uważał, że jego małżonka zupełnie niepotrzebnie się tym wszystkim przejmuje. Jego zdanie Sissi to osoba na tyle bystra i rozważna, że sobie poradzi w wielkim świecie.
- Poza tym, kochanie, kiedyś ona musi wyfrunąć z gniazda i zacząć żyć tak, jak sama to zdecyduje. Choć przyznaję, że czasami naprawdę trudno mi się do tego przyzwyczaić. Wydaje mi się, jakby dopiero wczoraj Sissi była malutka i siadała mi na kolanach, a teraz proszę? Już podejmuje samodzielnie decyzje, a już za kilka miesięcy wyjdzie za mąż za najlepszą partię na świecie. Po prostu niesamowite. Z jednej strony strasznie się z tego cieszę, a z drugiej chwilami trudno jest mi się z tym pogodzić.
Ludwika uśmiechnęła się do niego życzliwie i powiedziała:
- Nic dziwnego, kochanie. To po prostu normalna rzecz dla rodziców. Czy już zapomniałeś, jak to było z Wilhelmem? Mieliśmy podobnie, choć więcej to chyba ja niż ty. Też tak się wtedy martwiłam, ale zrozumiałam, że tak po prostu musi być. Nasze dzieci muszą iść na swoje. Ale co do Sissi, to naprawdę bardzo niechętnie ją zostawiam samą w Wiedniu. Boję się, czy sobie tam poradzi bez naszego wsparcia.
- Spokojnie, najdroższa. Sissi jest naszym dzieckiem, na pewno sobie poradzi. My sobie zawsze radziliśmy, więc ona też musi. To u nas dziedziczne.
Na takiej rozmowie, minęła im cała podróż, a kiedy dojechali na miejsce, od razu udali się na posiłek, gdyż podczas jazdy do Possenhofen zdążyli już porządnie  zgłodnieć. Po zjedzeniu, każdy udał się do siebie. Dzieci bawiły się razem, ale w końcu zmęczyły się, po czym zjadły kolację i poszły spać. Maks i Ludwika z kolei jeszcze rozmawiali ze sobą na różne tematy, aż w końcu także udali na spoczynek.
Następnego dnia zaś, Ludwika po śniadaniu powiedziała, że chciałaby wybrać się do wsi na targ, co czasami lubiła robić. Zapytała Teodora, Marię i Ilary, czy też by chcieli pójść z nią, a oni z radością odpowiedzieli, że bardzo chętnie. Bardzo z tego zadowolona Ludwika powiedziała im, aby się uszykowali i za kwadrans byli gotowi do wyjścia. Dzieci nie potrzebowały nawet tyle, ponieważ już po dziesięciu minutach stali przed drzwiami głównymi z koszykami na zakupy. Tak więc, kiedy Ludwika wyszła do nich, zobaczyła całą trójkę w pełnej gotowości. Uśmiechnęła się delikatnie, rozbawiona bardzo tym widokiem.
- No proszę, moje kochane dzieciaki są gotowe i to jak szybko. Coś mi mówi, że aż się palicie do zwiedzania.
Dzieci pokiwały wesoło głowami potakująco na znak, że to prawda. Ludwika zaś zadowolona uśmiechnęła się do nich, pogłaskała je po głowach, mówiąc:
- Moje kochane szkraby. Jak to dobrze, że wy jeszcze długo będziecie mali.
- Ja nie jestem mała! - pisnęła urażona Maria.
- Tak, kochanie. Ale jeszcze długo nie będziecie dorośli. Zdążę się więc wami jeszcze nacieszyć.
Dzieci nie zrozumiały, o co kobiecie chodzi, ale Ludwika ucałowała każde z nich w czoło i pogłaskała je jeszcze raz delikatnie po głowie. Zrobiła to również w przypadku Ilary, choć nie była ona jej córką. Ludwika wszak nie widziała żadnej różnicy pomiędzy swoimi dziećmi, a dziewczynką od baronowej von Tauler. Dla niej to była po prostu trójka jej uroczych szkrabów, z którymi czuła się cudownie i z którymi bardzo chętnie poszła na targ do pobliskiej wsi.
W tym samym czasie, Ludwik rozmawiał o sprawach politycznych z wujem Maksem. Siedzieli obaj wówczas na werandzie w fotelach wiklinowych, głośno się zastanawiając nad dalszymi losami Europy. Ich przewidywania nie były jednak dla kontynentu zbyt pomyślne.
- Coraz więcej w tym świecie socjalistów - mówił Maks - Obawiam się ich wpływu na nasze kraje. Są zbyt radykalni w swoich działaniach.
- To prawda, konserwatyści zresztą nie są lepsi w tej sprawie - stwierdził na to Ludwik - A najgorsze jest to, że najrozsądniej mówiący ludzie, czyli centrum, to są traktowani jako wrogowie przez obie strony. I wejście w jakąkolwiek koalicję nie jest w tej chwili możliwe. Europa zaczyna się dzielić na kilkanaście zwalczając się ciągle i zaciekle stronnictw, a prości ludzie tylko na tym tracą.
- Zgadzam się. Wszyscy mają swoją własną wizję świata i są pewni, że tylko ona jest jedyna i słuszna, a z całą resztą świata są gotowi się bić jak z najgorszym wrogiem. Po prostu beznadziejne.
- To prawda, wujku. Obawiam się jednak, że nic w tej sprawie nie możemy zrobić. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Maks pokiwał delikatnie i smutną głową, po czym wziął fajkę, nabił ją sobie tytoniem i zapalił ją, a gdy już zaciągał się jej dymem, nagle dostrzegł coś, co go zaniepokoiło. Jakiś jeździec na koniu stał na wzgórzu w pobliżu ich domu, bacznie go obserwując. Zaintrygowany Maks poszedł do gabinetu po lornetkę, a gdy wrócił z nią i spojrzał przez nią, zobaczył, że tym człowiekiem jest Arkas, który jak tylko się zorientował, iż został zauważony, natychmiast odjechał.
- To Arkas - powiedział Maksymilian do Ludwika - Obserwował nasz dom.
- Po co? - zdziwił się Ludwik.
- Nie mam pojęcia, ale to mnie niepokoi. Niedawno przegrał proces i jeszcze stracił nasze ziemie, które odkupił od niego Franciszek. Mam obawy, że może się chcieć mścić.
- Sądzisz, że byłby zdolny do zemsty z takiego powodu?
- Po nim można się łatwo czegoś takiego spodziewać. Lepiej by było, gdyby moja kochana Ludwinia i dzieci nie włóczyły się same po targu.
Książę bawarski popatrzył na niego i skinął delikatnie głową na znak, że jest dokładnie tego samego zdania. Następnie nakazał przyprowadzić sobie konia, a jak już go miał, wskoczył na jego grzbiet i pognał do wsi.
W tym samym czasie, Ludwika w towarzystwie dzieci spacerowała sobie już od jakiegoś czasu po targu. Zainteresowało ją wiele straganów, dlatego zatrzymała się przy każdym z nich i rozmawiała ze sprzedającymi tam ludźmi. Kupiła od nich kilka rzeczy, w tym sporo dla dzieci, uradowana bardzo tym, jak wielką radość im tym sprawia. Chodziła z nimi od straganu do straganu, a gdy się tym zmęczyła, od razu zabrała dzieci do pobliskiej gospody na jakiś dobry posiłek z lemoniadą, gdyż w przeciwieństwie do swojego męża, nigdy nie piła piwa.
- Podoba ci się tutaj, Ilary? - zagadał Teodor przyjaciółkę, kiedy siedzieli już przy stoliku i jedli powoli swój posiłek.
- Tu jest cudownie! - odpowiedziała mu uradowanym tonem dziewczynka - W Wiedniu nie ma takich pięknych miejsc.
- No pewnie, że nie ma, bo one są wyjątkowe - stwierdziła Maria - I dlatego są one tylko tutaj. To jasne jak słońce.
Ludwika uśmiechnęła się do dzieci, rozbawiona ich słowami. Jadła powoli z nimi swój posiłek, zadowolona i szczęśliwa z obecności tych uroczych szkrabów, a także sama je wesoło zagadywała. Potem dostrzegła w tłumie swoją dobrą znajomą i postanowiła z nią porozmawiać.
- Dzieci, słuchajcie... Tu jest jedna moja znajoma. Posiedźcie tutaj, a ja pójdę z nią porozmawiać, dobrze?
- Mamo, ale my byśmy chcieli jeszcze pozwiedzać! - zawołała Maria.
- Pozwiedzacie za chwilę - powiedziała Ludwika.
- Proszę, mamo. Puść nas tam samych.
- Samych? To wykluczone! Nie możecie chodzić sami po targu!
- Proszę, mamo! Teodor będzie się nami opiekował.
- Właśnie, mamo - poparł siostrę Teo - Będę zajmował się Marią i Ilary. Ani na chwilę nie spuszczę z nich oka.
Ludwika wahała się, ale ostatecznie ustąpiła. Dała dzieciom trochę pieniędzy, aby mogli sobie coś kupić, po czym poszła porozmawiać ze znajomą. Dzieci zaś, które skończyły już jeść, wróciły na targ i zaczęły z uwagą oglądać znajdujące się na nim stragany, jeden po drugim. Wiele rzeczy im się tu podobało, ale ponieważ nie mieli za dużo pieniędzy, postanowili kupić sobie tylko te najładniejsze. Z tego też powodu długo krążyli od jednego straganu do drugiego, chcąc uważnie sobie wszystko obejrzeć, nim podejmą decyzję. Podczas tej przechadzki, Ilary na chwilę zatrzymała się na dłużej przy straganie, na którym jeden pan sprzedawał lalki. Tak one zachwyciły dziewczynkę, że nawet nie zauważyła, jak Teodor i Maria oddalają się od niej, zajęci oglądaniem innych kramów. Oni też początkowo nie dostrzegli, że dziewczynka im nie towarzyszy. Zauważyli to dopiero po chwili, kiedy Teodor zapytał Ilary, co sądzi o wstążkach widocznych na jednym ze straganów. Dopiero wówczas zobaczył, że przyjaciółki przy nim nie ma. Zaniepokojony zaczął szybko rozglądać się, a Maria zaraz do niego dołączyła, także bardzo niespokojna.
Wtem rozległ się nagle dziki krzyk. Teodor i Maria spojrzeli szybko na siebie i od razu go rozpoznali.
- ILARY! - zawołali przerażeni.
Szybko pobiegli w kierunku, z którego on ich dobiegł i zauważyli Ilary, przed którą stoi jakiś wielki mężczyzna z bandyckim wyglądem, kładący jej swe wielkie ręce na ramiona i ściskając je mocno. Obok niego stało dwóch mężczyzn, którzy też nie sprawiali wrażenia sympatycznych.
- O co wam chodzi?! Puśćcie mnie! - zaczęła krzyczeć Ilary.
- Zostaw ją, człowieku! - krzyknął Teodor, podbiegając do oprawców.
- Właśnie! Czego od niej chcecie, dranie?! - dodała bojowo Maria, biegnąc za bratem.
Bandyta jednak tylko zarechotał ponuro, po czym powiedział:
- Nie wasza sprawa, smarkacze!
Następnie chwycił on mocno dziewczynkę i przerzucił ją sobie przez ramię. Ludzie zebrani na targu zaczęli przerażeni krzyczeć, nikt jednak nie odważył się na to, aby przeszkodzić mu w tym nikczemnym czynie. Jedynie Teodor i Maria, bez najmniejszego wahania doskoczyli do zbira i chcieli wyrwać mu z rąk Ilary, ale nie byli w stanie tego zrobić. Bandyta był zdecydowanie za wielki i za silny. Jednym ruchem ręki przewrócił ich na ziemię i dał znak swoim ludziom, by przytrzymali dzieci księżnej von Wittelsbach. Sam zaś już miał odejść, gdy nagle tuż przed nim, jak spod ziemi wyrósł... Ludwik z bojową miną.
- Zostaw te dzieci w spokoju - powiedział spokojnie, acz bardzo groźnie.
- A jak nie posłucham, to co mi zrobisz? - zakpił sobie bandyta.
Ludwik bez słowa wyjął szpadę z pochwy, wymierzył jej ostrze w napastnika i powiedział groźnym tonem:
- Chcesz się o tym przekonać, kanalio?
Bandyta zarechotał i zawołał obu swoich pomocników, mówiąc:
- Zajmijcie się nim, chłopcy.
Jego pomocnicy natychmiast puścili Teodora i Marię, których właśnie mocno trzymali przyciśniętych do ziemi i doskoczyli do Ludwika. Ten jednak nie zląkł się ich, a jedynie, kiedy tylko dobyli szabel, bez wahania stanął z nimi do walki. Bez większych trudności odpierał atak obu przeciwników naraz, nie był jednak wtedy w stanie jednocześnie również gonić porywacza Ilary. Mógł jednak liczyć na swoje kuzynostwo. Teodor i Maria bowiem, którzy zaraz po tym, jak ich bandyci puścili, ruszyli za porywaczem. Szybko go dogonili, a gdy już to się stało, skoczyli mu na plecy i zaczęli go dziko okładać piąstkami, a dodatkowo Maria z furią ugryzła go w ramię. Bandyta ryknął z bólu i puścił Ilary, który rzecz jasna, skorzystała niemal natychmiast z okazji, aby wyrwać się z jego gorylego uścisku i prędko rzucić się do ucieczki. Widząc to, jej porywacz zrzucił z siebie Teo i Mimi, a zaraz potem ruszył za nią. Ilary na szczęście umiała być roztropna i pomimo sytuacji, w której się znalazła, umiała zachować zimną krew i dlatego właśnie ruszyła ona biegiem w kierunku gospody. Liczyła, że w niej, wraz z księżną Ludwiką będzie całkowicie bezpieczna. Przypadkiem jednak trafiła na miejsce, gdzie książę bawarski odpierał nadal ataki obu przeciwników. W końcu udało mu się wykorzystać chwilę drobnej nieuwagi jednego z napastników i przebić mu pierś szpadą. Ten głośno jęknął, po czym opadł martwy na ziemię. Widząc to, drugi bandyta od razu rzucił się dziko do ucieczki, ale Ludwik nie zamierzał puścić go wolno. Wyjął nóż i bez wahania rzucił nim w kierunku porywacza. Trafił go w plecy, prosto w serce. Bandzior zaś jęknął z bólu i upadł martwy na ziemię.
Książę odwrócił się za siebie i wtedy zauważył przed sobą bandytę, któremu właśnie odebrał Ilary. Bandzior był wściekły, widząc śmierć kompanów, dlatego poczuł, że musi interweniować, dobył szpadę i powiedział:
- No dobrze, drogi rycerzyku. Teraz zobaczymy, czy umiesz tańczyć.
- Ja umiem. Ale chętnie zobaczę, co ty potrafisz - odpowiedział mu Ludwik.
Bandzior skoczył na niego i natarł zaciekle, ale książę bawarski, za dobrze w tej sprawie doświadczony, nie dał sobie odebrać przewagi nad przeciwnikiem. Bez większych trudności trzymał go na dystans, nie pozwalając mu się do siebie zbyt mocno zbliżyć. Jego przeciwnik był naprawdę zaprawiony w szermierce i Ludwik pomyślał sobie, że to musi być jakiś dawny żołnierz, bo tylko ktoś taki byłby na tyle sprawny we władaniu bronią białą. Mimo to, choć zajęło mu to sporo czasu, w jednej chwili nieostrożności bandyta odsłonił się mocniej niż planował. Nie dało się stworzyć lepszej okazji. Ludwik zaatakował i zranił go mocno w prawą dłoń. Bandyta wrzasnął z bólu, a jego szpada opadła na ziemię. Ludwik z satysfakcją przyłożył mu do piersi ostrze swojej broni i powiedział:
- To już koniec, kolego!
A zaraz potem dodał pytanie, które brzmiało:
- Kto was nasłał? Dlaczego chcieliście porwać dziewczynkę?
- Myślisz, paniczyku, że coś ci powiem? Niczego ode mnie nie wyciągniesz.
- Naprawdę. Wydaje mi się, że jednak mi to powiesz i to natychmiast.
- Doprawdy? Całuj psa w noc, paniczyku!
To mówiąc, namacał na jednym ze straganów dzbanek i rzucił nim z całej siły w Ludwika. Ten się uchylił, ale bandyta wykorzystał to, aby zacząć uciekać. Zanim książę jednak zdążył cokolwiek zrobić, padł strzał, bandyta jęknął głośno, a z jego pleców pociekła stróżka krwi. Dostał prosto w serce i bez ducha upadł na ziemię. Ludwik rozejrzał się dookoła i zauważył biegnących w jego kierunku Teodora oraz Marię. Oboje dobiegli do Ilary, która zapłakana i w niemałym szoku rzuciła się na szyję Teodora, na co ten zareagował mocnym przytuleniem jej i głaskaniem przy tym uspokajająco jej włosów.
Niedaleko dzieciaków, Ludwik dostrzegł nagle hrabiego Arkasa, który to stał z zadowoloną miną, trzymając w dłoni dymiący jeszcze pistolet. Książę zazgrzytał zębami ze złości, po czym doskoczył do bandyty. Szybko jednak zrozumiał, że na pomoc jest już za późno. Bandzior nie żył, a ludzie zebrani wokół patrzyli bardzo zachwyconym wzrokiem na Ludwika i na Arkasa, składając im gratulacje.
- Czemu pan go zabił? - zapytał ze złością Ludwik.
- To był niebezpieczny bandyta - odpowiedział Arkas - Porwał dziewczynkę. Zasłużył na śmierć. Nie mogłem pozwolić mu uciec.
- A może nie chciał pan, żeby zeznawał przed sądem?
- Nie rozumiem, o co panu chodzi, mój drogi panie. Uratowałem przed chwilą pana i te urocze dzieciaki, a pan nie jest mi wdzięczny i rzuca oskarżeniami. Więc tak się teraz mówi „dziękuję”?
Po tych słowach, schował on pistolet za pas i odszedł w swoją stronę. Ludwik długo go jeszcze obserwował, czując w sercu, że zastrzelenie bandyty nie było ze strony tego człowieka jedynie odruchem szlachetnego serca, a jedynie czynem tak podłym i wyrachowanym, że nie dało się tego nie zauważyć.
Tymczasem przez tłum z ogromnym trudem zdołała w końcu przedrzeć się Ludwika, poszukująca dzieci. Gdy tylko zobaczyła, że są całe i bezpieczne, dziko złapała je w ramiona, uściskała mocno i serdecznie, po czym ucałowała czule.
- Moje kochane szkraby. Tak bardzo się o was martwiłam. Kiedy usłyszałam te hałasy, a potem jeszcze ludzie zaczęli krzyczeć, że porwano dziecko, obawiałam się już najgorszego.
- Spokojnie, dzieci są całe i zdrowe - powiedział Ludwik, podchodząc do niej i chowając szpadę do pochwy - A bandyci nie żyją. Trochę szkoda, bo bardzo bym się chciał dowiedzieć, kto i po co ich wynajął.
Księżna spojrzała uważnie na siostrzeńca, po czym podeszła do niego i czule go uściskała, dziękując mu za ocalenie dzieci. Z jej oczu ciekły łzy szczęścia, a w jej piersi serce biło tak mocno, jakby przebiegła przed chwilą długi bieg.

***

Wszyscy razem, gdy już zdołali ochłonąć, powrócili do domu, gdzie wszystko opowiedzieli Maksymilianowi. Ten był tym bardzo przerażony i zarazem wściekły. Nie był w stanie sobie wyobrazić, jak ktoś w ich okolicy, dotąd zwykle spokojnej, mógł chcieć porwać dziecko. Dodatkowo jeszcze zaniepokoił go ten fakt, że z całej trójki próbowano porwać Ilary, ich gościa.
- Co też sobie o nas pomyśli pani baronowa, kiedy się o tym dowie? Przecież ona się wścieknie! Nigdy nie zostanie nam swojej córki pod opiekę! Może nawet zabroni naszym dzieciom się z nią kontaktować?
Ilary przypadła wówczas do niego i chwyciła go za rękę, wołając:
- Proszę, niech pan nie mówi mojej mamie niczego! Proszę, ona zechce mnie jeszcze stąd zabrać i nie będzie mogła się bawić z Teodorem i Marią! A ja chcę tu zostać! Tu jest tak cudownie i wspaniale! I jest Maria. I jest Teodor. Ja nie chcę nie móc się bawić z Teodorem. Ja go tak bardzo... Lubię.
Ludwika uśmiechnęła się, rozbawiona pauzą, jaką zrobiła przed tym ostatnim słowem dziewczynka. Domyśliła się i to bez trudu, że chciała ona powiedzieć coś innego, ale zawstydzona nie zdołała tego zrobić.
- Jak ty to sobie wyobrażasz, moje dziecko? - zapytał Maks - Przecież twoja matka powierzyła ciebie naszej opiece. Mamy obowiązek powiedzieć jej o tym, że ktoś chciał cię porwać. Nie wiemy, kto to był, ale jeśli ktoś ma porachunki z twoją mamą, to powinna ona o tym wiedzieć i mieć się na baczności.
- Ale ona mnie wtedy stąd zabierze!
- Zabierze cię, bo będzie chciała cię chronić. I będzie miała słuszność.
- Ale ja wtedy więcej nie zobaczę Teodora i Marię! Proszę, niech pan jej nic nie mówi.
Ludwika spojrzała na męża i chociaż podzielała jego zdanie, to nie umiała tej uroczej prośbie odmówić. Zwłaszcza, że żal się jej zrobiło dziewczynki, z tego też powodu powiedziała:
- Maks, chyba możemy spełnić jej prośbę. Ostatecznie przecież nic się małej nie stało, a jej porywacze nie żyją. Wszystko dlatego, że Ludwik czuwał.
- Wszystko dlatego, że po rozmowie ze mną postanowił pojechać za wami - zauważył Maks - Ale nie wiem, czy to dobry pomysł. Baronowa ostatecznie ma prawo wiedzieć, co się dzieje z jej córką u nas. Ale też jakoś głupio by mi było jej się przyznać do tego, że ktoś ją skrzywdził pod naszą opieką.
- No właśnie, Maks. Dlatego nie mówmy nic o całej tej sprawie. Przynajmniej na razie, póki nie dowiemy się czegoś więcej o tym, co się stało.
- A co niby chciałabyś wiedzieć więcej? Jacyś wariaci porwali dziewczynkę, Bóg wie w jakim celu. Mało to wariatów na świecie?
- W pobliżu był hrabia Arkas. Zastrzelił jednego z nich, gdy ten uciekał - rzekł na to Ludwik - Uważam, że zrobił to celowo, aby bandyta go nie wsypał.
- Sądzisz, że to on kazał porwać Ilary? Ale po co?
- Nie wydaje mi się, aby chodziło mu o Ilary. Był wściekły na nas, że przez nas przegrał proces. Oczywiście nie wiedział o moim udziale w tej sprawie, ale za to wiedział o tym, że to z waszego powodu stracił ziemie, które wcześniej od was kupił. Sam sugerowałeś, wujku, że byłby gotów się zemścić. Moim zdaniem jest do tego zdolny. Uważam, że postanowił porwać Marię, jednak ci jego pożałowania godni bandyci się pomylili i porwali Ilary.
- Sądzisz więc, że to miał być cios wymierzony w nas? - zapytała Ludwika - Sądzisz, że chcieli porwać Marię?
- Nie jestem pewien, ale wszystko na to wskazuje. Był na targu w chwili, gdy doszło do porwania i gdy bandyta miał uciec, zastrzelił go, uśmiechając się przy tym podle. A gdy ze mną rozmawiał, niemalże kpił sobie ze mnie. Nie wierzę w to, że on zrobił to z pobudek dobrodusznych. On zabił świadka, który mógł go wydać.
Maks ze złości mruknął pod nosem jakieś przekleństwo i głośno dodał:
- Przeklęty łajdak! Myśli sobie, że mu to ujdzie bezkarnie?! Nie pozwolę na to! Gnida odpowie mi za to wszystko!
- Maks, opanuj się - skarciła go Ludwika - I co mu niby udowodnisz? Żadne z nas nie ma dowodów przeciwko niemu. Tylko domysły. A to za mało dla sądu.
- Ale coś musimy zrobić.
- Musimy zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. On nie może wiedzieć o tym, że domyślamy się jego udziału w tej sprawie. Łatwiej się wtedy zdradzi.
- A jeżeli zechce porwać Marię lub Ilary jeszcze raz?
- Nie spróbuje - odpowiedział Ludwik - Nie wierzę, żeby się odważył drugi raz tej samej sztuczki. Na pewno nie w tak krótkim czasie. Byłby głupcem, gdyby tak ryzykował. Póki co odpuści, aby nie zwracać na siebie uwagi. Ale z czasem, to może znowu coś zaplanować. Ale tym razem będziemy ostrożniejsi i nie damy się tak łatwo podejść.
Słowa księcia przekonały wszystkich do tego, aby nie niepokoić się tym, co tu właśnie zaszło. Ustalono więc, że nikomu nie będą mówić o tej sprawie, jednak od tej pory będą bardziej ostrożni i nie będą nigdzie dzieci puszczać samych. A już na pewno nie do wsi. Od tej pory Teodor, Maria i Ilary, gdyby chcieli pójść gdzieś na wycieczkę po okolicy, to będą mieli mieć za ochronę kogoś ze służby. Dzieci, choć niezbyt chętnie, zgodziły się na to. A Ilary ze strachu w nocy po cichu zakradła się do pokoju Teodora, a gdy to zrobiła, obudziła chłopca i poprosiła go nieśmiało, aby mogła z nim spać, bo bardzo się boi robić to sama. Teodor, wzruszony jej prośbą, nawet nie pomyślał, aby jej tego odmówić. Wskutek czego Ludwika, gdy przyszła obudzić syna, który nieco zaspał, zastała go w łóżku, leżącego na plecach i bardzo czule obejmującego również śpiącą Ilary, mocno w niego przytuloną.
- Och, kochane szkraby - powiedziała wzruszona tym widokiem.
Jednocześnie naszła ją pewna refleksja.
- Jak one szybko dorastają.
Popatrzyła jeszcze przez chwilę na dzieci i ostrożnie je nakryła kołdrą, która lekko się z nich zsunęła po czym wyszła z pokoju, pozwalając im jeszcze dłużej pospać. Następnie poszła do męża i opowiedziała mu o tym, co właśnie widziała. Maksymilian zareagował na te rewelacje śmiechem i ogromną wesołością.
- No proszę, a to ciekawostka. A ja sądziłem, że Teo jeszcze nie interesuje się dziewczynami, a tu proszę. Jak te dzieci szybko dorastają. Przez to chwilami czuję się strasznie stary. Ale spokojnie, najdroższa. Tylko chwilami.
Ludwika pokręciła głową z lekkim politowaniem, słuchając jego słów.
- Och, Maks. Ty naprawdę musisz ze wszystkiego sobie żartować? Nasz syn się zakochał pierwszy raz w życiu, a ty sobie z tego żarty stroisz.
- Ludwisiu, to nieprawda. Wcale nie stroję sobie żartów. Mnie po prostu teraz śmieszy moja własna krótkowzroczność. Śmieszy mnie to, że niczego wcześniej nie zauważyłem. Teodor tak doskonale się ukrywał ze swoimi uczuciami do Ilary, że ja nic a nic nie dostrzegłem. Naprawdę, chyba się rzeczywiście starzeję.
Ludwika uśmiechnęła się do męża i mocno go przytuliła.
- Och, Maks. Nasze dzieci powoli dorastają. Niby wiedzieliśmy, że kiedyś ta chwila nadejdzie, ale nadal jest nam smutno, prawda?
- To prawda, Ludwisiu. Nadchodzi powoli nowa epoka. My odchodzimy w niej stopniowo na dalszy plan, a nasze miejsce stopniowo zajmują młodzi. Tak po prostu być musi. Kiedyś musiało się to stać. Tylko dlaczego tak szybko?
Księżna parsknęła śmiechem i jeszcze mocniej przytuliła się do męża.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...