sobota, 18 lutego 2023

Rozdział XVIII - Domknięcie drzwi



Zgodnie ze swoim wcześniejszym postanowieniem, Ludwik następnego dnia wyruszył do domu. Bardzo chciał znowu zobaczyć rodziców, a także przyjaciela, dla którego miał list od jego ukochanej. Co prawda, nadal bardzo go niepokoił los Teodora, Marii i Ilary, ale uspokajał się tym, że hrabia Arkas nie odważy się znowu porwać żadnego z nich. Co prawda, nie miał całkowitej pewności, co do tego, że jego przypuszczenia są słuszne, ale wszystko dokładnie ułożył sobie w głowie i po głębokiej analizie uznał, iż ma rację i nie ma się już czego obawiać. Pomimo tego, z radością przywitał informację od wuja Maksa, że ten nakaże pilnować odtąd całą trójkę uroczych dzieci za każdym razem, gdy te będą chodzić po okolicy i tam się bawić. Od tej pory miał im zawsze towarzyszyć ktoś ze służby, a najlepiej nawet i dwie osoby, silne i w razie czego umiejące obronić dzieci, gdyby ktoś chciał im w taki czy inny sposób zrobić krzywdę. Ponadto Ludwik zaproponował wujkowi oraz cioci, aby dzieci nie oddalały się zbytnio od pałacu.
- Im bliżej domu, tym większe bezpieczeństwo i mniejsze ryzyko kolejnego porwania - powiedział książę bawarski.
Ucieszyło go, że wuj i cioci obiecali, że tak właśnie zrobią, ponieważ równie poważnie, co on, a nawet jeszcze poważniej potraktowali wczorajszą sytuację na targu i nie zamierzali zaniechać wszelkich środków ostrożności, chociaż wszyscy po dokładnej naradzie doszli zgodnie do wniosku, że kolejne porwanie jest obecnie mało prawdopodobnie, a właściwie nawet niemożliwe. Mimo wszystko uznali, iż nie należy zaniedbywać ostrożności i chociaż oni sami uważali kolejne porwanie za czyste szaleństwo, to nie znaczy wcale, że Arkas też tak myśli. Może być wszak tak bardzo zawzięty, iż odrzuci on głos zdrowego rozsądku i spróbuje zrobić to, co nikt przy zdrowych zmysłach by nie zrobił.
- Jak to mówili nam na studiach, głupcy lepiej władają bronią niż głową, a już zwłaszcza zawzięci głupcy, czyli ktoś taki jak Arkas - powiedział Ludwik - Z tego właśnie powodu, proszę, uważajcie na dzieciaki.
Po tym wszystkim, książę pożegnał się jeszcze z dziećmi, ściskając je czule i prosząc, aby na siebie uważali. Potem wsiadł na konia i odjechał. Pojechało z nim kilku ludzi ze służby księcia Maksymiliana, których wuj mu przydzielił na wszelki wypadek. Za dobrze bowiem pamiętał sytuację, jak nie tak znowu dawno został on zaatakowany w lesie przez kilku kłusowników, którzy go porządnie poturbowali i musiał długo dochodzić do siebie, zanim odzyskał wszystkie siły. Książę Maks, biorąc pod uwagę napaść na Ludwika i ostatnie wydarzenia, bardzo chciał uniknąć podobnych sytuacji na przyszłość i dlatego przydzielił mu ludzi do ochrony. W ich towarzystwie książę bawarski powrócił do Monachium, stolicy Bawarii, gdzie już od lat mieli siedzibę władcy tego kraju, w tym również rodzice Ludwika. Ponieważ tam nic nie groziło już Ludwikowi, podziękował przydzielonej mu eskorcie, dał im trochę pieniędzy za fatygę i odesłał ich zaraz do Possenhofen. Sam zaś udał się do królewskiego zamku, jednak wbrew swoim oczekiwaniom nie zastał w nim swoich rodziców, którzy to byli w tamtym czasie na wycieczce do jednego z sąsiednich miast. Ludwik nakazał zatem służbie, aby powiadomiła ona jego rodziców, że już wrócił, po czym udał się do swego małego prywatnego pałacu myśliwskiego, gdzie zamierzał odpocząć po podróży i przemyśleć sobie pewne sprawy.
Gdy tylko do niego przybył, od razu przywitał go wierny sługa Henryk. Nad wyraz się on ucieszył na widok swego panicza, którego bardzo lubił i szanował, bo znał go od najmłodszych lat i służbę dla niego uważał za prawdziwy zaszczyt oraz największą przyjemność.
- Wasza Wysokość, tak bardzo się cieszę, że Wasza Wysokość powrócił już do domu - powiedział do niego serdecznie, pomagając mu zdjąć kurtkę, czapkę oraz rękawiczki.
- Wydarzyło się coś ciekawego pod moją nieobecność, Henryku? - zapytał go Ludwik z uśmiechem pełnym serdeczności.
Bardzo lubił on starego sługę, który był mu pierwszym nauczycielem i który nigdy nie zawiódł ani jego, ani jego rodziców. Dodatkowo był jednym z niewielu ludzi znających prawdziwą tożsamość Andrassy’ego i pod nieobecność Ludwika z najwyższą dokładnością dbał o to, aby nie brakowało mu niczego i żeby fakt, kim on naprawdę jest, nie wyszedł na jaw przed osobami postronnymi.
- Nic ciekawego, Wasza Wysokość. Nasz gość wymknął się na pewien czas, aby się zobaczyć z ukochaną, ale na szczęście wrócił - powiedział Henryk.
- Wiem o tym. Muszę z nim o tym porozmawiać. Nie powinien tego robić.
- Mówiłem mu to samo, Wasza Wysokość, ale nie chciał słuchać. Mówił, że miłość go prowadzi i nie wolno mu się jej sprzeciwiać i takie tam inne rzeczy. Nie chcieliśmy go puścić, ale nam się wymknął.
- O tym też muszę sobie z nim poważnie porozmawiać. Nie może tak bardzo ryzykować. Takie wypady skończą się u niego tragicznie, jeśli będą się powtarzać. Czy jest teraz w pałacyku?
- Tak, Wasza Wysokość. W swoim pokoju. Ale chyba nie jest obecnie zbytnio w humorze do rozmów. Zwłaszcza po tej wizycie.
- Jakiej wizycie? - zapytał zaintrygowany Ludwik, patrząc uważnie na swego służącego.
- Pana hrabiego odwiedził jakiś mężczyzna. Przedstawił mi się jako baron von Rauch. Poprosił o rozmowę z panem hrabią. Nie chciałem go wpuścić, ale wtedy właśnie wyszedł ze swego pokoju pan Andrassy i zobaczył tego człowieka. Chyba go rozpoznał, bo poprosił, żebym go wpuścił i zostawił ich samych. Spełniłem jego życzenie, dlatego nie wiem, o czym rozmawiali. Ale wiem, że rozmowa jakoś nie trwała za długo, bo dość szybko pan baron odjechał, a pan hrabia kazał mi, abym mu podał wino z piwniczki. No i teraz siedzi w swoim pokoju i chyba pije.
- A jak dawno temu odwiedził go ten pan?
- Jakoś tak dwie godziny temu. Może trochę więcej.
Ludwik skinął głową na znak, że rozumie, po czym poszedł do pokoju swego przyjaciela. Zapukał do drzwi, poczekał, aż usłyszy proszę i kiedy to usłyszał, od razu wszedł do środka. Zobaczył wtedy siedzącego przy stoliku mężczyznę w jego wieku, mającego gładko ogoloną twarz, niebieskie oczy i jasno brązowe, niemalże rudawe włosy. Ubrany w spodnie i białą koszulę, siedział przy stole, na którym to stała butelka wina, do połowy już opróżniona. Przy stole zaś leżała kolejna butelka, całkiem już pusta. Mężczyzna trzymał w dłoni kieliszek i wypił jego zawartość w sposób szybki, jakby to była woda, a na widok Ludwika, zawołał:
- Och, no proszę, mój drogi gospodarz! Napijesz się ze mną, przyjacielu?
- A wiesz, chyba tak - odpowiedział Ludwik - Tylko poczekaj, przyniosę sobie z kredensu kieliszek.
Po chwili wrócił z kieliszkiem, usiadł przy stole naprzeciwko przyjaciela i bez słowa nalał sobie do naczynia nieco czerwonego płynu. Powoli przysunął potem kieliszek do ust i napił się z niego. Poczuł, jak przez ciało przechodzi go miłe oraz bardzo przyjemne ciepło i zadowolony odłożył kieliszek na stół i zaczął uważnie się przyglądać przyjacielowi.
- Słuchaj, Gyula, możesz mi powiedzieć, kto dzisiaj u ciebie był? - zapytał po chwili milczenia.
- Henryczek już ci powiedział? - odparł na to ironicznie Gyula Andrassy, bo to on był i nalał sobie kolejny kieliszek wina - Czujny jak zawsze i wierny wobec ciebie jak nikt inny na świecie. No, może poza mną.
- Nigdy nie poddawałem pod wątpliwość twojej wierności, przyjacielu. Tylko się pytam, kto cię odwiedził. Wiesz, że w twojej sytuacji przyjmowanie gości nie jest najlepszym pomysłem.
- Nie martw się, to był nasz wspólny przyjaciel. Jeden z członków loży. Miał dla mnie pewne istotne informacje w sprawie śmierci mojego brata.
Po tych słowach, Andrassy wlał sobie zawartość kieliszka do ust i mruknął:
- Wiem już, jaka podła i parszywa gnida sprzedała nas podczas powstania.
Ludwik przyjrzał mu się uważnie. Sam zawsze zadawał sobie pytanie, który z uczestników powstania zdradził swoich towarzyszy z oddziału, w którym to służył Andrassy i jego starszy brat. W wyniku tej zdrady oddział wpadł, większość jego uczestników zginęła, a tych, których złapano, skazano na śmierć lub więzienie. A kto za to wszystko odpowiadał? Zdrajca, który ich sprzedał. Prawdopodobnie to był jeden z tych ludzi, których oddział wysłał na zwiady przed planowaną bitwą. Musieli oni wpaść i jeden z nich w zamian za własne życie, wydał bez wahania swoich towarzyszy. Ta gnida odpowiada za śmierć brata Gyuli, powieszonego na miejskim rynku w jednym z węgierskich miast jak pospolity bandyta. Kto jednak był tą gnidą, tego nie wiedziano. Ludwik też tego nie wiedział, choć bardzo chciał ten sekret odkryć. Pamiętał, jak z Gyulą poprosił ich wspólnych przyjaciół z loży o to, aby dowiedzieli się tego. Widocznie w końcu dotarli do prawdy.
- Naprawdę już wiedzą, kto to taki? - zapytał Ludwik bardzo przejętym tym niezwykłym odkryciem - Opowiadaj, proszę. Kto to był?
Andrassy zachichotał jednak i pokręcił przecząco głową.
- Wybacz, przyjacielu, ale w tej sprawie nie powiem ci niczego.
- Niby dlaczego?
- Bo jeszcze zechcesz mi pomóc go ująć albo też samemu jeszcze wymierzysz mu sprawiedliwość. A jeżeli ten zdrajca ma zginąć, to tylko z mojej ręki.
- Gyula, posłuchaj. Zapominasz, że ja jestem również w to zaangażowany, bo i moją rodzinę dotknęła jego zdrada. W waszym oddziale był mój kuzyn, Ludwik Wilhelm von Wittelsbach, syn wuja Maksa. Kiedy was złapali, jego wsadzono do więzienia. Ponieważ był Bawarczykiem, to potraktowano go o wiele łagodniej, nie jak buntownika, bo nigdy nie był poddanym cesarza, ale jak żołnierza z wrogiej armii. Dlatego wujek Maks zdołał go ostatecznie wykupić z niewoli, choć wiele się musiał przy tym namęczyć. Ciocia Ludwika o mało wtedy nie osiwiała z rozpaczy i strachu o niego. Wiesz dobrze, że jej pierwsze dziecko, Wilhelm zmarł nie mając nawet roku? Drugiego podobnego ciosu by chyba nie przeżyła. Jak widzisz, jestem w tę sprawę równie mocno zaangażowany, co i ty.
- Tak, pamiętam twojego kuzyna. Wspaniały człowiek i taki waleczny. Ale nie możesz się do mnie porównywać, paniczyku. Bo twój kuzyn żyje, a mój brat nie. Ty możesz pojechać sobie do stolicy Bawarii i go tam odwiedzić. Ja mojego brata nawet na grobie nie mogę odwiedzić, bo jestem ścigany jak zwierzę. A wszystko to dlatego, że pewien człowiek nas zdradził. Nie, to nie człowiek. Nazywanie go tym mianem jest dla niego za wielką grzecznością. To nie jest człowiek. To szmata. Ten zdrajca to zwykła szmata i zapewniam cię, że jak szmata zostanie potraktowany, ale to moja sprawa. Ty się w to nie mieszaj. Nie chciałeś mieszać się w powstanie, to nie mieszaj się w jego skutki.
Ludwik lekko urażony popatrzył na przyjaciela z wyrzutem.
- Gdybyś powiedział mi coś takiego na trzeźwo, dostałbyś ode mnie i to tak, żeby ci się odechciało podobnych komentarzy na przyszłość. Ale jesteś pijany i z tego powodu jestem w stanie ci wiele wybaczyć.
- Jesteś bardzo hojny, mości książę - mruknął ironicznie Andrassy, ponownie sobie nalewając wina - Taki wspaniałomyślny. Kiedy zasiądziesz na tronie, to lud Bawarii nie będzie znał bardziej miłosiernego króla.
- Jesteś pijany i wygadujesz głupoty.
- A tak, jestem pijany! I jeszcze więcej wypiję! I zemszczę się sam! Nie chcę i nie potrzebuję niczyjej przy tym pomocy. Odzyskam honor rodziny sam jeden!
- W takim stanie, to będzie ci raczej trudno tego dokonać.
Andrassy popatrzył na Ludwika groźnie, zerwał się z miejsca, jakby chciał go uderzyć, ale widząc spokojną twarz swego przyjaciela, opanował się i usiadł znów na swoim miejscu, dodając:
- Masz rację. Nie dokonam tego w takim stanie. Chociaż, czy na trzeźwo coś dokonałem? Nic, poza tym, przed czym nas ostrzegałeś, gdy szliśmy walczyć. I po co nam to było? Po co nam to wszystko było? Wiesz co? Tam wtedy, na tym polu, kiedy nas otoczyli i wybili, a część z nas schwytano, powinienem był umrzeć. Tak, Ludwisiu. Powinienem był umrzeć. Przynajmniej by to było w boju. Z honorem. A tak co? Niby żyję, a jestem martwy. Nasi przywódcy gdzieś na emigracji. Węgry są pod okupacją, a wojska cesarskie panoszą się jeszcze bardziej niż przedtem. Ani w wolność już nie wierzę, ani w sprawiedliwość.
Po tych słowach, Andrassy ponownie nalał sobie wina, a Ludwik uczynił to samo, nie odrywając od przyjaciela wzroku.
- Pewnie jesteś z siebie bardzo dumny, prawda? - zapytał po chwili Gyula.
- Niby z czego mam być dumny? - spytał Ludwik.
- Że miałeś rację. Ostrzegałeś nas, a my cię nie słuchaliśmy. I co? Kto miał na tym świecie znowu rację? Znowu ty. Mój wierny przyjaciel ze studiów, zawsze taki wrażliwy i mądry, zawsze kierujący się zdrowym rozsądkiem. Jak zwykle, miałeś rację, a ja się myliłem. Pamiętasz, gdy obaj posprzeczaliśmy się o to? Wtedy, kiedy jechałem do powstania? O mało nie skoczyliśmy sobie wtedy do gardeł. Wiesz co? Czasami żałuję, że tak się nie stało. Zabiłbyś mnie bez trudu, bo byłeś zawsze do mnie lepszy w walce na broń białą. Ja ciebie za to przerastałem w walce na pięści. Zabiłbyś mnie i nie musiałbym patrzeć na to, co się tu dzieje.
- Zamierzasz wiecznie użalać się nad sobą?
- A co? Ty może lepszy? Jak twoja ukochana umarła, to co niby robiłeś przez około dwa lata? Nie użalałeś się nad sobą?
Ludwik spojrzał na niego groźnie i powiedział przez zęby:
- Nie przeciągaj struny, Gyula. Moja cierpliwość i wyrozumiałość mają swoje granice.
- A co się stanie, jak je przekroczę? - zakpił sobie Andrassy - Uderzysz mnie? Śmiało, pobij mnie, Ludwiku. Albo po prostu mnie zabij!
Andrassy zerwał się z miejsca i popatrzył na przyjaciela ze łzami w oczach, dodając niemalże szeptem:
- Zabierzesz sobie z powrotem to życie, któreś mi wtedy darował.
Ludwik pokazał mu ręką, żeby usiadł. Węgier uczynił to i przygnębiony otarł sobie dłonią oczy.
- Wybacz mi, proszę. Nie powinienem był tego mówić. Chwilami to już sam nie wiem, co się ze mną dzieje.
- Za dużo wina i tyle - stwierdził Ludwik.
- To nie to, przyjacielu. To co innego. Rozpacz i smutek. Kilka lat już jestem na wygnaniu, mojej ojczyzny dawno nie widziałem i nie wiem, czy kiedykolwiek ją zobaczę. Ale jeszcze bardziej tęsknię za Idą. Przez moją głupotę teraz oboje się nie możemy widywać i żyć ze sobą, jak normalni ludzie.
Spojrzał załamanym wzrokiem na Ludwika i powiedział:
- I po co nam to wszystko było, pytam się? Po co nam to było, przyjacielu? Po co? Górne marzenia i wielkie nadzieje. Wszystko jak w wodę przepadło. Jak banda szaleńców na mocarstwo się rzuciliśmy. Woleliśmy umierać z godnością niż żyć i jako żywi dążyć do obalenia okupantów. Tak, potomni powiedzą o nas, że umierać to my umieliśmy, ale żyć... Żyć nie potrafiliśmy.
Zasmucony opuścił głowę w dół i dodał zrozpaczony:
- Ale jednego nam zarzucić nie będą mogli. Braku ideałów. Rozumiesz mnie, Ludwiku? Braku ideałów ludziom z rodu Andrassy nikt zarzucić nie ma prawa. Bo jeden życie za nie oddał. A drugi gnije z ich powodu i zazdrości temu, którym teraz w grobie leży. To jedno nam zostało. Świadomość tego, że ideałów nie straciliśmy. Że mieliśmy je i odebrać ich sobie nie pozwoliliśmy. I nigdy nie pozwolimy. Tyle nam zostało z tego wszystkiego.
Ludwik nic nie mówił. Bo i co miał powiedzieć przyjacielowi? Że powstanie miało sens? Że pomogło im udowodnić wszystkim fakt, że Węgrzy mają godność? Przecież wcale tak nie uważał. W jego oczach powstanie było niepotrzebnym dla nikogo rozlewem krwi, na którym zyskali jedynie Austriacy, którzy w ten sposób mogli jeszcze bardziej przycisnąć Węgrów i nałożyć na nich jeszcze większe kary, sankcje i represje. Dodatkowo ta cała walka o godność nie była warta spalonych wsi, zburzonych domów i pozabijanych ludzi. Ta cała walka może i była piękna, ale przede wszystkim niepotrzebna i potem posłużyła takim łajdakom jak Zottornik i Radetzky do rzucenia Węgrów na kolana i pokazania, kto tu rządzi. Ludwik aż za dobrze o tym wiedział. Nie walczył co prawda, ale pamiętał, co opowiadał mu jego kuzyn Ludwik Wilhelm, biorący udział w powstaniu. Obrazy tego były tak bardzo straszne i tak przerażające, że nie dało się ich wyrzucić tak po prostu z pamięci i to nawet wtedy, kiedy się jedynie o tym słyszało. Same opowieści wystarczyły tutaj w zupełności, aby zrozumieć ogrom zła uczynionego przez cesarza i jego ludzi. To wszystko dowodziło jedynie, że powstanie nie powinno nigdy się odbyć, a biedni Węgrzy oddali poprzez nie wielką przysługę Austrii. Ale Ludwik nie był w stanie tego powiedzieć przyjacielowi. Wiedział, że w takim stanie może on się za takie słowa jedynie rozzłościć albo poczuć się jeszcze bardziej przygnębiony. Poza tym, Ludwik nigdy nie był człowiekiem, który kopie leżącego, a tym właśnie byłoby powiedzenia Gyuli prawdy na temat walk urządzanych przez jego rodaków. Z tego więc powodu jedynie milczał.
- Milczysz, przyjacielu - powiedział do niego Andrassy, nalewając sobie do kieliszka resztę wina w butelce - I może masz rację? Bo co innego można w takiej sprawie powiedzieć? Zmarnowaliśmy niepotrzebnie naszą młodość na pogoń za mrzonkami. Na ganianie za utopiami. I po co to komu? Powinienem teraz siedzieć z moją ukochaną Idą w moim rodzinnym majątku i żyć w nim. Zamiast się bić w obronie idei, to powinienem wziąć ślub, płodzić urocze dzieci i doglądać winnic. A co ja robię? Upijam się winem z piwniczki mojego przyjaciela, musząc tu żyć jak ostatni śmieć, trzymamy jedynie z litości.
- W mojej gościnie nie ma ani grama litości - wtrącił Ludwik - Jesteś tutaj, bo ja i moi rodzice cię bardzo szanujemy, a ja kocham cię jak brata. Nie ma w tym ani trochę litości. Za to jest przyjaźń i szacunek do ciebie.
- Szacunek? - prychnął z kpiną Andrassy - I za co ma mnie ktoś szanować? Za jakie cechy? Bo walczyłem za ideały? Coś ci powiem, Ludwisiu. Ideały są piękne, ale one nie nasycą twojej duszy, kiedy skończysz jako stary kawaler pozostawiony samemu sobie i nie będziesz miał do kogo ust otworzyć. One nigdy nie ogrzeją cię w zimowe ponure wieczory. One nie sprawią, że masz się do kogo przytulić, kiedy idziesz spać. Ani nie sprawią, że masz cudowną istotę u swego boku, kiedy się na rano budzisz. Nie sprawią, że możesz sobie z kimś porozmawiać, wziąć go za rękę i pójść na spacer. A wiesz, co sprawią? To, że kończysz samotnie w dzień i w nocy. Że marnujesz na nie najlepsze lata swojego życia, które powinieneś zużyć na coś zupełnie lepszego. Że jesteś wiecznie uciekinierem, nie w tym, to w innym miejscu na świecie, ale zawsze. Przekonałem się, przyjacielu, że życie nie warto marnować na walkę o ideały. To znaczy, jak najbardziej warto mieć ideały i do nich dążyć, ale nie za cenę prywatnego szczęścia. Trzeba po prostu wszystko odpowiednio ze sobą połączyć, a nie popadać w skrajności, które mówią, że albo jedno, albo drugie. Nie ma tak, że możesz wybrać jedynie ideały lub ukochaną osobę. A jeżeli tak jest, to wobec tego nigdy nie powinno się wahać w tym wyborze.
Po tych słowach, Andrassy popatrzył uważnie na Ludwika i dodał:
- Pamiętaj, przyjacielu. Jeżeli będziesz kiedykolwiek w sytuacji, że będziesz musiał wybrać między ojczyzną a kobietą, wybierz kobietę. Ojczyzna jakoś sobie poradzi. Nie tak, to inaczej. Zawsze znajdzie sobie kogoś, kto będzie za nią ginął. Ty tego nie rób. Zwłaszcza wtedy, gdy masz dla kogo żyć.
- Ty też masz dla kogo żyć - powiedział Ludwik - Ida bardzo cię kocha. Dała mi list do ciebie i prośbę, abyś chwilowo nie chciał się z nią spotykać, bo spotkania są zbyt ryzykowne w waszej sytuacji.
Andrassy lekko się ocknął z marazmu, w jaki popadł, przyjrzał się przy tym bardzo uważnie Ludwikowi i zapytał:
- Naprawdę? Chcesz powiedzieć, że Ida napisała list do mnie?
- Owszem, ale może lepiej przeczytaj go jutro. Teraz raczej niewiele z niego zrozumiesz.
- Bo jestem pijany, prawda? Zaufaj mi, w gorszym stanie umiałem zachować trzeźwość umysłu.
Po tych słowach, Andrassy wstał ze swego miejsca, po czym chciał wykonać kilka kroków w kierunku przyjaciela, ale w wyniku wypitego alkoholu zachwiał się na nogach i złapał się mocno za głowę. Ludwik podbiegł więc do niego, złapał go w ramiona, poprowadził na łóżko, na którym go posadził i powiedział:
- Zostawię ci list na stoliku. Odpoczniesz, wyśpisz się, a potem przeczytasz go na spokojnie.
Andrassy próbował protestować, ale ostatecznie ustąpił i poklepał przyjaźnie Ludwika po ramieniu, a gdy ten miał odejść, dodał:
- Przyjacielu... Nie myśl, że nie widzę, iż coś cię dręczy. Widzę to wyraźnie. Ale nie chcesz mi nic powiedzieć. Rozumiem i nie naciskam. Ale posłuchaj. Jeżeli będziesz tylko czekać, utracisz być może jedyną szansę na normalne życie. Proszę cię, nie zmarnuj jej. Tak jak ja. Bo ja swoją zmarnowałem i nie wiem, czy kiedyś jeszcze będzie mi dane być szczęśliwym w miłości. A jeśli tak, to wiem jedno. Nim to nastąpi, ostatecznie domknę wszystkie otwarte drzwi w moim życiu. Aby wejść w nowy etap życia z czystą kartą i zapisać na niej nowy, szczęśliwy los dla mnie i dla mojej ukochanej. Nie idź w moje ślady, przyjacielu. A jeżeli się w coś bardzo mocno zaangażowałeś i przeszkadza ci to w miłości, to zakończ to. Domknij, ale tak ostatecznie za sobą drzwi i idź do przodu.
Chwilę później, Andrassy usnął, ale jego słowa zmusiły Ludwika do myślenia i zastanowienia się nad pewnymi sprawami. Popatrzył na przyjaciela, który to już zdążył się udać w objęcia Morfeusza i powiedział:
- Domknąć drzwi, mówisz? Wydaje mi się, że to rzeczywiście jedyne wyjście. Gyula, mimo swoich wad, bywasz niekiedy naprawdę genialny.

***

Następnego dnia Ludwik, wyspawszy się porządnie, poszedł do jadalni, aby tam zjeść śniadanie i przemyśleć sobie kilka spraw. Poprzedniego wieczoru podjął on pewne bardzo ważne dla siebie decyzje i postanowił dopracować ich szczegóły, zanim je wcieli w życie. Wciąż krążyły mu po głowie słowa przyjaciela o tym, aby domknąć za sobą drzwi. Wiedział, że musi to zrobić, aby spokojnie i z całkowicie czystym sumieniem rozpocząć nowy związek, który bardzo chciał rozpocząć. Gdy udawał się na spoczynek po rozmowie z Gyulą, układał sobie w głowie, co oraz w jaki sposób powinien zrobić. Zrozumiał, że jego życie jest niczym dziennik, który został zapisany do końca, ale nie ów koniec nie oznaczał wcale zakończenia życia, a jedynie zakończenie pewnego etapu w tym życiu. Aby zakończyć je ostatecznie, dziennik zwany „związkiem z Joanną”, który kończył się jej śmiercią na suchoty, musi zostać raz na zawsze zamknięty. Wiedział doskonale, iż Joanna będzie w jego życiu zawsze ważną osobą i będzie ją zawsze miło wspominał, ale nie oznacza to, aby miał żyć jedynie żałobą czy wspomnieniami. Rozumiał już, dlaczego nie umiał dotąd sobie nikogo znaleźć. Za mocno przeżywał żałobę i to nawet wtedy, kiedy ta żałoba już minęła i w oczach świata jak najbardziej mógł, a nawet powinien zacząć się już spotykać z kimś innym. Spotykać, związać się, ożenić, mieć dzieci. Mama i częściowo też ojciec już niejeden raz mu wspominali, że najwyższy już czas, aby się ustatkował, czyli ożenił, założył rodzinę i zafundował im wnuki. Szczególnie to mama była tego zdania. Ojciec nieco bardziej swobodnie do tego podchodził, gdyż nie bardzo mu się spieszyło do bycia dziadkiem, co jak wiadomo, zawsze postarza każdego mężczyznę, a to postarzanie nie jest czymś, do czegokolwiek ktokolwiek, a już tym bardziej uważający się za młodego i silnego mężczyzna. On co prawda, ożenił się, mając zaledwie dziewiętnaście lat i rok później został ojcem, ale to nie oznaczało, aby Ludwik miał iść w jego ślady.
- Niech się chłopak życiem nacieszy. Ja w jego wieku miałem już rodzinę, ale to był nie mój wybór, tylko wybór moich rodziców - powiedział pewnego razu - To rzecz jasna, wcale nie oznacza, że żałuję swojej decyzji. Kocham moją rodzinę, ale wiem doskonale, jak wiele aranżowanych związków było nieudanych. My z matką Ludwika mieliśmy szczęście, bo się szczerze pokochaliśmy, ale mimo wszystko to nie jest najlepsza metoda, swatać ze sobą dzieci na siłę. Niech Ludwik sam poczuje w sercu, kiedy nadejdzie jego czas. Ja go na siłę pchać do ołtarza nie będę.
Matka Ludwika, królowa Bawarii, Maria Fryderyka z domu Hohenzollern, w tej sprawie miała nieco inne zdanie niż jej mąż. Choć w większości spraw była o wiele bardziej liberalna od męża, zwłaszcza w kwestii religii, bo jako księżniczka pruska była od dziecka protestantką, w kwestii założenia rodziny uważała, że jej jedyny syn powinien jak najszybciej założyć rodzinę. Miało to oczywiście swoje powody. Pierwszym było to, że miała tylko jedno dziecko. Nigdy nie zdołała na ten świat wydać kolejnego potomka, gdyż z powodu pewnych powikłań, które to wynikły podczas porodu Ludwika, nie mogła mieć więcej dzieci. Całą swoją zatem matczyną miłość przelała na jedynaka i kiedy on dorósł, namówiła męża na to, aby posłać go na studia do Francji, aby nabył wiedzy oraz liberalnych poglądów, tak bardzo jej zdaniem pożytecznych w obecnych czasach. Maksymilian II nie bardzo był do tego przekonany, ale ustąpił i pozwolił synowi na studia w Paryżu. Z dumą potem patrzył na niego, jak bierze udział w naradach i wykazuje się ogromną jak na jego wiek wiedzą i dojrzałością. Nie żałował więc swojej decyzji i chociaż nie był do końca pewien, czy liberalne poglądy aby na pewno pomogą Bawarii, czy też wręcz przeciwnie, tylko jej zaszkodzą, ostatecznie przekonał się do kilku zmian, do jakich namawiali go żona i syn. Nigdy nie pożałował tego, bo w Bawarii od tej chwili jeszcze lepiej się żyło, a sam Maksymilian II zaznaczał zawsze, że reformy te zawdzięcza ten kraj nie jemu, a jego synowi i przepowiedział, iż gdy ten kiedyś zasiądzie na tronie, będzie najlepszym władcą ze wszystkich, jacy kiedykolwiek w tym kraju panowali. Nie miał zatem nic przeciwko, aby po roku od zakończenia swoich studiów, Ludwik widząc, jak jego wiedza się przydaje Bawarii, poprosił o to, aby mógł kontynuować zdobywanie wiedzy, tym razem w Londynie. Tej jednak decyzji sprzeciwiała się jego matka. Królowa Maria uważała, że Ludwik dosyć już wiedzy zdobył i teraz najwyższa pora na to, aby się ożenił i założył rodzinę. Sama czuła w sercu ogromny deficyt miłości do małego dziecka, które mogłaby często przytulać i rozpieszczać. Ludwik na to był już za duży i dlatego marzyła bardzo o wnukach, zatem nie w smak jej były plany jedyna. Mimo wszystko zaakceptowała jego decyzję uznając, że siłą niczego z nim nie ugra. Ponadto zgodziła się z mężem w tej sprawie, iż aranżowane małżeństwa nie przynoszą raczej szczęścia, a to, że ona i jej mąż w tej sprawie je zyskali, to przecież wcale nie oznaczało, iż Ludwik też je będzie miał. Dlatego tak się cieszyła, kiedy jej jedynak poznał Joannę i się w niej zakochał. Chociaż pochodziła ona z arystokracji, a nie z rodu królewskiego, ale to nie miało dla niej żadnego znaczenia, skoro dziewczyna była porządna i do tego kochała jej syna z wzajemnością. Czego zatem chcieć więcej? Ale nadzieja na wnuki zgasła wraz z śmiercią biednej Joanny. Ludwik pogrążył się wówczas w tak wielkiej żałobie, że matka bała się o jego życie i kazała Henrykowi doglądać go, aby sobie jej jedynak niczego nie zrobił. Na szczęście do tego nie doszło i Ludwik żył, ale na długi czas pogrążył się w marazmie. Dopiero tak rok od śmierci swojej ukochanej podniósł się na tyle, aby zacząć w miarę normalnie żyć. Ale nadal nie w głowie było mu szukanie innej ukochanej.
- Synku, ja naprawdę bardzo rozumiem twój ból - powiedziała pewnego razu do niego matka - Ale musisz pamiętać, że Joanna nie żyje, a ty musisz dalej żyć i ułożyć sobie to życie jak najlepiej. Co zmarłym po tym, że ich bliscy wiecznie są w żałobie po ich stracie? Powinieneś zacząć się spotykać z przyjaciółmi i szukać sobie ukochanej. Ja wiem, dla ciebie to wciąż świeży ból, ale zawsze taki będzie, jeżeli będziesz ciągle o tym myśleć. Wiem, Joanna była jedyna w swoim rodzaju, ale to nie znaczy, że inna nie zdobędzie kiedyś twojego serca. Daj sobie szansę na miłość, synku. Wierzę w to, że któregoś dnia znowu się zakochasz. A wtedy znowu będziesz szczęśliwy, ożenisz się i doczekasz dzieci. Wiem, synku, nudzę cię już w tym temacie, ale zrozum mnie. Ja i ojciec starzejemy się. Ojciec ma pięćdziesiąt lat, choć wciąż jest młody duchem. Może sobie mówić, że mu nie spieszno, ale ja dobrze wiem, że też chciałby mieć wnuki. Uwierz mi, wnuki może i przypominają o wieku, czego on chce uniknąć, ale też sprawiają, iż znowu w naszym życiu jest więcej sensu. Jak będziesz miał tyle lat, co my, to też to zrozumiesz. Nie ponaglam cię, ale cudownie by było doczekać się wnuków, takich małych wersji ciebie. To nie tylko nam by pomogło, ale i tobie. Wiem, że byłbyś wspaniałym ojcem. Ale jak wiesz, nie da się mieć dzieci samemu z siebie. Musisz najpierw poznać wyjątkową dziewczynę, zrozumieć, że to jest to, poślubić ją i dopiero wtedy mieć dzieci. No i w tym właśnie sęk. Aby taką dziewczynę poznać, musisz zacząć jej szukać. To jest moja prośba, synku. Zacznij szukać. Daj sobie szansę. Tak bardzo chcę widzieć cię szczęśliwego.
Ludwik początkowo miał żal do matki za to, że próbuje go namawiać do tego, aby zaczął szukać sobie nowej ukochanej i nowej miłości. Szybko jednak pojął, jak bardzo go ona kocha i jak bardzo chce mu pomóc. Był w stanie zrozumieć, co ona czuła i doceniał to, że nie wywiera na nim presji ani nie próbuje go swatać na siłę. Choć podobno planowała to zrobić i dopiero rozmowa z ciocią Ludwiką, która jej to wyperswadowała sprawiła, że zrezygnowała z tego. Nie wiedział jednak, czy to prawda i zasadniczo, nie chciał o to pytać z obawy, jaką pozna odpowiedź. I nic w tym dziwnego. Fakt, że jego matka byłaby zdolna choćby pomyśleć o tym, aby za pomocą podstępu wyswatać swojego syna i na siłę szukać mu pociechy po śmierci niedoszłej żony, był dla niego przerażający. Wiedział oczywiście, że matka chce dla niego jak najlepiej, ale czy to może być usprawiedliwieniem dla rzeczy, które Ludwik i każdy inny normalny człowiek by potępił? Z obawy, że jego obawy w tej sprawie znajdą potwierdzenie, książę bawarski nigdy nie pytał o to, czy ma rację i czy rzeczywiście jego matka planowała coś podobnego.
Wiedział jednak, że w jednej sprawie ma ona rację. Nie mógł wiecznie żyć w żałobie i rozpaczy. Musiał wyjść do ludzi i spędzać z nimi czas. Stopniowo mu się to udawało, ale jego matka uważała, że na jedną miłość lekarstwem jest kolejna miłość i tylko dzięki niej Ludwik będzie znowu szczęśliwy. Sam Ludwik jednak nie oczekiwał już od życia miłości, przeczuwając, że ta nie jest mu już pisana. Ale mimo tego w niedawnym czasie zaznał zauroczenia Sissi, chociaż było to uczucie bardzo przelotne i nie rozwinęło się w nic więcej. Zresztą i tak nie miało szans na to, aby rozwinąć się w cokolwiek. Przecież Sissi pokochała Franza i była z nim szczęśliwa. Ludwik nie byłby w stanie zniszczyć jej tego wszystkiego i to jeszcze w imię egoistycznych pobudek. Przez to znowu czuł się nieszczęśliwy do czasu, aż poznał Elodie. Oczarowała go, kiedy tylko spojrzała na niego spod okularów, gdy czytała książkę i słodko się do niego uśmiechnęła. Wówczas coś się z nim stało, uderzył go grom z jasnego nieba. Poczuł, że ponownie się zakochał. A im więcej spędzał czasu z Elodie, tym bardziej był tego pewien. I gdyby nie przypomnienie sobie o Joannie, mógłby teraz ogłaszać swoim rodzicom, że ich marzenie się spełni i on sam znów jest szczęśliwy w miłości. Niestety, wspomnienie dawnej ukochanej nie dawało mu spokoju i sprawiało, iż zadawał sobie pytanie, czy Elodie nie jest aby jedynie chusteczką do otarcia łez? Ale kiedy tylko ułożył sobie to wszystko w głowie, szybko zrozumiał, jak jego obawy były bezpodstawne. Przecież on nie był zdolny do manipulowania kimkolwiek lub traktowania jakiekolwiek osoby jako nagrody pocieszenia w trudnej sytuacji. Jego uczucie do Elodie było szczere i nie było w żaden sposób motywowane tym, że była ona w wielu aspektach podobna do Joanny. Nie, jego uczucie wywołało to, jak wspaniale się przy niej czuł i jak mu było z nią dobrze. I choć może ta myśl nie należała do zbyt szlachetnych, to musiał to przyznać przed samym sobą, że nawet przy Joannie tak się nie czuł. Z Elodie tak naprawdę łączyło go jeszcze większe uczucie i jeszcze większa więź emocjonalna niż z Joanną. I chociaż nie znał Elodie za długo, czuł to w sercu.
Skąd zatem te sny? Chyba rację miała Sissi, kiedy powiedziała mu, że są one wywołane jedynie tym, iż za dużo myśli o Joannie i wini w duchu sam siebie za to, że znowu kogoś pokochał. Czas było jednak spojrzeć prawdziwe w oczy. Nie robił nic złego, zakochując się w Elodie i nie robił nic złego, chcąc sobie ułożyć z nią życie. Miał do tego pełne prawo, a nawet obowiązek i nie tyle wobec Bawarii, swej ojczyzny, potrzebującej wszak kolejnego dziedzica tronu, ale przede wszystkim ten obowiązek miał wobec samego siebie. Miał obowiązek zadbać o swoje życie tak, aby było ono jak najlepsze. I nikt nie miał prawa mu tego zabronić.
Co zatem zrobić z wątpliwościami i obawami, jak na to wszystko spojrzy jego słodka Joanna? No cóż... Jeśli prawdą jest to, że istnieje życie po śmierci i duchy bliskich nam osób nadal nad nami czuwają, należy zrobić tylko jedno. Domknąć ostatecznie za sobą te drzwi. Joanna zawsze będzie w jego sercu jako tak cudowne i miłe wspomnienie, którego nie wolno mu nigdy zapomnieć, ale on sam musi żyć przyszłością. Gdy więc następnym razem spotka Elodie, musi mieć serce nie tylko wolne, ale i całkowicie skupione na niej. Jego związek z Joanną to osobny w tym życiu etap. To zapisany już dziennik, który pora zamknąć. A związek z Elodie, to będzie otwarcie kolejnego dziennika, takiego z czystymi kartkami, który następnie oboje zapiszą swoją szczerą i prawdziwą miłością.
Ludwik długo o tym wszystkim myślał, będąc zadowolonym z wniosków, do jakich doszedł. Był przy okazji wdzięczny przyjacielowi, który mimowolnie mu w tej sprawie pomógł, wypowiadając słowa o domknięciu drzwi przeszłości, aby móc dzięki temu rozpocząć nowe życie. Tak, z całego pijackiego bełkotu, jakim wczoraj go uraczył Gyula, te słowa były najmądrzejsze i najbardziej zapadły mu w pamięć.
Nagle do pokoju jadalnego, w którym siedział Ludwik, wszedł Andrassy. Był ubrany tak samo, jak poprzedniego wieczoru, a do głowy przyciskał sobie mokrą chusteczkę, mrucząc załamany:
- Boże, moja głowa. Naprawdę wczoraj się nieźle urządziłem. Ale słowo daję, Ludwiku... To był pierwszy raz w moim życiu. No dobrze, drugi, bo pierwszy raz się tak urządziłem, kiedy powiesili mojego brata. Podobno zalałem się wówczas w trupa, ale nie pamiętam tego. A teraz jeszcze to. Nigdy więcej czegoś takiego.
- Nie obiecuj na próżno - odpowiedział mu żartobliwie Ludwik - Jak tylko już pomścisz brata, pewnie trzeci raz się upijesz. Ale nie myśl, że będę miał ci to za złe czy będę robił ci wyrzuty. Rozumiem, że czasem człowiek chce w ten sposób jakoś ulżyć i pomóc. Zły to moim zdaniem sposób, ale każdy inaczej przeżywa wielkie emocje. Ty wybrałeś taką metodę.
Andrassy pokiwał potakująco głową, po czym usiadł przy stole i spytał:
- Mogę zjeść coś?
- Nie krępuj się. Wiesz doskonale, że jesteś tu zawsze mile widziany - odparł na to życzliwie Ludwik - Nie wiem, po co mi zadajesz takie pytania.
- Bo źle mi z tym, że musiałeś patrzeć na mnie w takim stanie.
Następnie spojrzał uważnie na przyjaciela i powiedział:
- Uważasz... Wczoraj byłem naprawdę pijany. Zapewne wygadywałem wtedy wiele głupstw. I chyba cię też obraziłem. Przepraszam cię za to. Nie chciałem tego. Wybacz mi, proszę.
Ludwik uśmiechnął się do niego serdecznie i powiedział:
- Nie mam ci czego wybaczać. Poza tym, pomogłeś mi zrozumieć coś bardzo dla mnie ważnego.
- Co takiego, przyjacielu?
- Że pora już domknąć drzwi pewnego etapu w moim życiu. Jeśli chcę zacząć nowy, muszę najpierw to zrobić. Domknąć za sobą drzwi. Ostatecznie.
- A co dokładniej zamierzasz w tej sprawie zrobić?
- Zaraz ci powiem.
Chwilę później, Ludwik szczegółowo opowiedział Gyuli, jaki ma plan.

***

W pałacu cesarskim Schronbrunn panowała niezwykła atmosfera. Wszyscy z dworzan mówili jedynie o tym, jak Sissi przyszła na naradę do samego cesarza, a potem przekonała go do tego, aby zmienił on zdanie na temat wyroku, który wydał Zottornik w kwestii pewnego skazańca. Było to o tyle ciekawe i niezwykłe, że jak dotąd cesarz zwykle zgadzał się ze swoim kanclerzem w kwestiach politycznych. Niezwykłe zatem dla wszystkich było to, iż teraz kwestia ta uległa zmianie. To nie mogło ujść uwadze dworzan, którzy z miejsca zaczęli rozmawiać na temat tego tak niezwykłego wydarzenia. Bo było ono niezwykłe, bo stanowiło pierwszą porażkę Zottornika w jakieś poważnej sprawie. Czasami rzeczywiście cesarz postępował w inny sposób niż on mu doradzał, ale nie dotyczyło to dotąd nigdy polityki. Teraz jednak było inaczej. Teraz w niezwykle poważnej sprawie Franciszek Józef to nie jego, a swojej narzeczonej posłuchał. Ponieważ na dworze cesarskim kanclerz był osobą powszechnie znienawidzoną, ale tolerowaną z powodu tego, że dobrze sobie radził na piastowanym stanowisku, wszyscy dworzanie powitali ten fakt z wielką radością. Nawet baronowa von Tauler po cichu uśmiechała się zachwycona, że jej pracodawca otrzymał poważny cios od tej wieśniaczki, którą tak pogardzał i która w jego oczach nie stanowiła żadnego zagrożenia dla jego władzy. Chociaż motywy pani baronowej, co należy zauważyć, były zupełnie inne niż pozostałych ludzi, tak radujących się z porażki Zottornika. Radość baronowej wynikała z faktu, że po raz pierwszy to on był przegranym, a nie ona. Ponadto, jako kobieta cieszyła się z tego powodu, iż ten stary cap, jak nazywała go w myślach, przekonał się, jak poważną przeciwniczką może być kobieta. Dawało to Heldze von Tauler prawdziwie wielką satysfakcję, choć przy okazji potwierdziło jej obawy, że z Sissi będą kłopoty.
Największą radość okazywał z tego powodu hrabia Jamisz, który należał do najzagorzalszych przeciwników Zottornika, choć nigdy jawnie tego nie okazywał. W duchu zawsze liczył na to, że ten oto nędzny okrutnik, który wyraźnie rządził tu jako szara eminencja, dostanie w końcu nauczkę i oto wreszcie się jej doczekał. W rozmowie z Idą Ferenczy, którą bardzo lubił i o której wiedział, że może jej ufać, powiedział nie bez satysfakcji:
- W cesarstwie nie działo się ostatnio zbyt dobrze. Zottornik tak wielki miał na cesarza i na politykę wpływ, że można było chwilami zwątpić, kto tak naprawdę tutaj rządzi. Wczoraj jednak Franciszek Józef I pokazał wszystkim, a już zwłaszcza temu staremu nędznikowi, kto tu nosi koronę. Widziałem jego minę, kiedy wyszedł z gabinetu cesarza. Był wściekły. Mała wieśniaczka, jak nazywa księżniczkę Sissi, wyraźnie nadepnęła mu na odcisk.
- Boję się tylko, czy księżniczka nie poniesie z tego powodu konsekwencji - powiedziała Ida Ferenczy - Zottornik jest mściwy. Gdy ktoś mu się narazi, to tak, jakby już nie żył.
- Spokojnie, panno Ido. Nie wierzę, aby odważył się tknąć księżniczkę.
- A jeżeli mimo wszystko to zrobi?
- To wobec tego, będziemy mieć się na baczności.
Ida nie była pewna tego, czy to cokolwiek da, ale miała też nadzieję, że pan hrabia Jamisz ma jednak rację i Zottornik mimo wszystko nie odważy się tknąć jej kochaną księżniczkę, którą z każdym dniem coraz bardziej lubiła. Ostatecznie już co prawda mówiono o kilku osobach zabitych na polecenie kanclerza, bo w ten czy inny sposób mu się naraziły, ale przecież Sissi to nie jest byle kto. To narzeczona samego cesarza Austrii. Czy wobec niej Zottornik pozwoliłby sobie na zemstę? To nie było takie pewne, ale czujność jednak lepiej zachować.
Oczywiście Sissi nie wiedziała o tym wszystkim, choć zawsze źle się czuła w towarzystwie kanclerza, którego porównywała, idąc wzorem Ludwika, do starego wampira, to jednak nie czuła z jego powodu zagrożenia, wychodząc z założenia, że jako narzeczona cesarza na pewno nie musi się obawiać jakichkolwiek podłości z jego strony. Bo czy kanclerz pozwoliłby sobie na to, aby ją skrzywdzić i to jeszcze pod bokiem samego Franciszka? Nie, tego by się na pewno nie dopuścił. Nie była zatem przerażona, a ani Ida Ferenczy, ani też hrabia Jamisz nie powiedzieli jej nic o swoich podejrzeniach, nie chcąc jej niepotrzebnie niepokoić, zwłaszcza, że na to wszystko nie mieli najmniejszych dowodów. To były jedynie przypuszczenia, a o nich nie warto mówić. Zwłaszcza, że mógłby się o nich dowiedzieć Zottornik, co zdecydowanie nie byłoby im na rękę, bo mściwa natura kanclerza kazałaby mu ich utemperować i kto wie, z jakim odbyłoby się to skutkiem. Dlatego zachowali w tej sprawie milczenie, ale trzymali rękę na pulsie, aby w razie czego przyjść Sissi z pomocą, gdyby zaszła taka potrzeba.
Chwilowo jednak nie było to konieczne, a Sissi zdawała się triumfować i to całkowicie. Na jej prośbę, Franciszek Józef ułaskawił tego biedaka od ulotek, co ją bardzo ucieszyło. Zwłaszcza, kiedy sobie pomyślała o tym, jak musiała wyglądać radość w domu tego człowieka, gdy tylko on do niego wrócił. Jak mocno wpadła mu w ramiona jego żona, jak uściskał on swoje dzieciaki, jak płakali wszyscy ze szczęścia i radości, a potem jak ten biedak biegnie z żoną do sierocińca, aby zabrać z niego ich najmłodszego synka. A także nie mogła się powstrzymać od śmiechu, kiedy sobie pomyślała przy okazji o tym, jak głupio musiały wyglądać miny tych dwóch wrednych wampirów w habitach, kiedy ten potępiony przez nich i przez to podłe społeczeństwo socjalista nagle pokazuje im, że jest wolny i został właśnie ułaskawiony przez cesarza i odbiera im swoje dziecko. Sissi bardzo żałowała, że nie może tego zobaczyć osobiście. Ten widok musiał być po prostu bezcenny.
Nie miała jednak czasu, aby o tym wszystkim rozmyślać. Zajęta była sprawą o niebo poważniejszą. Obiecała przecież dzieciom z sierocińca nowe ubrania, a że zawsze ceniła sobie dane słowo, a ponadto żal jej było tych szkrabów, to sprawa ta naprawdę mocno ją zaabsorbowała. Wiedziała, że najlepiej by było, gdyby krawiec uszył dla dzieci nowe ubrania, ale zanim to się stanie, minie trochę czasu, a przez ten czas te małe biedactwa nie mogły chodzić tak, jak chodzą obecnie. Dlatego za zgodą ukochanego i przy jego pełnym poparciu zarządziła w pałacu zbiórkę ubrań dla dzieci z sierocińca. Wielu bowiem dworzan miało dzieci, które już wyrosły ze swoich ubrań i chciało je wyrzucić lub wydać. Zamiast tego, można było oddać je tym biedactwom. Sissi oczywiście liczyła się z tym, że wiele z nich może tak nie do końca pasować na dzieci, ale uznała, że i tak to przecież wyjście chwilowe, bo najlepsze ubrania dostarczy im krawiec, który im uszyje nowe stroje, a potem też jeszcze jeden lub dwa komplety, tak na wszelki wypadek. W końcu jeden komplet stroju to nieco za mało, nawet dla dziecka. Oczywiście zrobienie ubrań będzie już wymagało więcej wysiłku. Trzeba będzie przyprowadzić sierotki do krawca, aby ten pobrał od nich miarę i dla każdego z nich uszył ubrania. A potem poczekać, aż je uszyje i potem przygotuje kolejne komplety, aby każde dziecko miał choć dwa, a jeszcze lepiej trzy. Ewentualnie można poprosić o pomoc kilku krawców, jak i też zmobilizować do pomocy cesarskiego krawca, aby na jakiś czas porzucił szycie wyszukanych kostiumów dla pań i panów i uszyć coś nareszcie pożytecznego. W zasadzie, to byłoby najlepsze rozwiązanie, bo cesarski krawiec miał do dyspozycji wielu pomocników i na pewno o wiele szybciej i skuteczniej sobie poradzi w tym zadaniu. Oczywiście liczyła się z tym, że taki człowiek jak on mógł uznać prośbę o szykowanie strojów dla dzieci z sierocińca za obrazę, ale przecież nie musiała się przejmować się jego fochami. Wszak pracował on dla jej narzeczonego i to było jego obowiązkiem wykonywać jego polecenia, nawet wtedy, kiedy nie bardzo mu się one podobały. Tylko oczywiście Franciszek musi mu taki rozkaz wydać, aby on uszył dla dzieci stroje. Sissi wierzyła jednak, że ukochany to dla niej zrobi. Bo w końcu nie była to sprawa wielkiej polityki, a jedynie drobna prośba, której przecież spełnienie nie mogło stanowić jakiegoś problemu.
Zgodnie z jej oczekiwaniami, Franciszek zgodził się na tę prośbę, mówiąc, że o ile zna krawca, na pewno poczuje się urażony takim zleceniem, niegodnym jego talentu, jednak rozkaz cesarza wykona i to bez szemrania. Franz i Sissi oczywiście nie zamierzali się w ogóle przejmować jego fochami, woląc zamiast tego skupić się na strojach dla dzieci, te zaś zebrano w ciągu dwóch najbliższych dni. Zbiórka została przeprowadzona tak skrupulatnie, że zdobyto podczas niej o wiele więcej strojów niż planowano. Sissi oczywiście uznała, że to żaden problem.
- Jestem pewna, że niektóre z nich nie będą pasować na dzieci - powiedziała - A jeśli nawet i wszystkie będą pasować, to kilka dzieci będą miało więcej strojów do wyboru. W ich sytuacji to będzie na pewno bardzo miła odmiana.
- Tego jestem pewien, najdroższa - odpowiedział na to Franz z uśmiechem.
Naprawdę zaangażował się on w pomoc dzieciom z sierocińca, a ponadto tak bardzo uwielbiał sprawiać Sissi przyjemność, że nawet gdyby cała ta sprawa nie interesowała go tak mocno, jak interesowała, to i tak by pomógł, aby Sissi czuła, jak bardzo on ją kocha.
W końcu, kiedy zbiórka dobiegła końca, niesamowicie zadowolona z siebie Sissi postanowiła osobiście zanieść je dzieciom w prezencie. Nie chciała jednak iść do nich sama, więc zaproponowała ukochanemu, aby poszedł z nią. Franciszek nie był pewien, czy powinien to robić, ale o dziwo, jego własna matka poparła bardzo ten projekt.
- Uważam, że Sissi ma rację w tym wypadku - powiedziała, dołączając nagle do rozmowy zakochanych - Przyda ci się trochę odpoczynku od pracy, a ponadto wciąż jeszcze pamiętam te błazeńskie krotochwile na ulicach, w których nabijają się z ciebie i ze mnie. Nie zaszkodzi zatem poprawić sobie publicznie wizerunek. Poza tym, wiele o tym myślałam i doszłam do wniosku, że wiele z tych dzieci nie ma matek ani ojców, a ty sam, Franciszku, nie masz przecież ojca, a więc jesteś na wpół sierotą. Zatem tym bardziej powinieneś pomóc dzieciom, które pozbawiono tak ważnego elementu życia jak rodzice.
Sissi podziękowała serdecznie Zofii za poparcie, a Franciszek z radością na to odparł, że skoro obie bliskie mu kobiety pochwalają ten pomysł, to jemu w takiej sytuacji nie zostaje nic innego, jak tylko zrealizować go wraz z Sissi. Decyzja więc została podjęta.

***

Sissi i Franciszek, zaraz po naradzie przebrali się w cywilne ubrania, aby nikt ich nie rozpoznał na ulicy. Zależało im na tym, aby zachować incognito i żeby nie wzbudzać w ludziach niepotrzebnego zainteresowania ich osobami. Oczywiście to było pewne, że informacja o ich eskapadzie na pewno prędzej czy później wyjdzie na jaw, ale mimo wszystko lepiej, aby wszystko to się stało w odpowiednim dla nich oraz dla całego Wiednia czasie. Ponadto Sissi nie chciała, aby wiedza o tym, że sam cesarz właśnie odwiedza sierociniec sprawiła, że pod jego drzwi zejdzie się od razu cała masa ludzi ciekawych tego, co robi ich władca. Uważała, iż takie coś te biedne dzieci jedynie przestraszy, a przecież nie o to tutaj chodziło.
Wraz z Sissi, do sierocińca udali się, również przebrani po cywilnemu, hrabia Jamisz, baronowa von Tauler oraz Ida Ferenczy. Nieśli oni stroje dla dzieci, bo nie wypadało, aby sam cesarz lub jego narzeczona robili to osobiście. Warto przy tym zauważyć, że w tym oto wesołym gronie jedynie baronowa nie była zachwycona celem ich wizyty. Pozostali byli zadowoleni i szczęśliwi, iż jednym tak pozornie drobnym gestem mogą zrobić tyle dobrego dla tak wielu osób. Ponadto zarówno Ida, jak i też hrabia Jamisz bardzo lubili dzieci i możliwość wywołania uśmiechu na tych wesołych twarzyczkach była im niezwykle miła. Baronowa z kolei jedyne tylko dziecko obdarzyła szczerą, prawdziwą miłością i sympatią, a dzieckiem tym była jej córka i poza nią, żadna inna mała istota, a już na pewno nie sieroty, nie była w stanie ani na chwilę wzbudzić w niej jakichkolwiek cieplejszych uczuć. Jednak wykonywała rozkaz cesarza i dołączyła do grupy wizytującej sierociniec, licząc po cichu na to, że księżniczce Sissi znudzi się ta dobroczynność i zostawi te wyrzutki społeczne, jak nazywała te dzieci w myślach, samym sobie. Ostatecznie widywała już nieraz wielkich ludzi z ogromną ilością pieniędzy, jak bawią się w dobroczynność, a potem rezygnują z tej zabawy, bo ich ona znudziła. Spodziewała się więc po Sissi dokładnie takiej samej reakcji. Nie wiedziała jeszcze wtedy, jak bardzo jest w błędzie.
Tymczasem, kiedy baronowa była dręczona przez własne uczucia i całkowicie pozbawione możliwości realizacji w przyszłości nadzieje, Sissi z Franciszkiem, Idą oraz hrabią Jamiszem dotarła do sierocińca, a gdy już byli na miejscu, to bardzo zadowoleni zapukali do jego bramu. Po chwili otworzyła im siostra Marta. Była ona zaskoczona obecnością Sissi, ponieważ nie spodziewała się jej ponownie tutaj zastać. Nie kryła swego zdumienia, co nie tylko rozbawiło Sissi, ale jeszcze przy tej okazji dało jej sporo satysfakcji.
- Myślałaś zapewne, ty wstrętny wampirze, że więcej tu się nie pojawię, co? - powiedziała w duchu sama do siebie - Jeżeli tak, to się przeliczyłaś.
- Wasza Wysokość raczyła znowu nas zaszczycić? - zapytała siostra Marta tak uniżenie, jak tylko to było możliwe - Proszę nam wybaczyć, ale nie wiedzieliśmy o przybyciu Waszej Wysokości. Gdybyśmy wiedzieli, przygotowalibyśmy się.
- Właśnie dlatego nie wiedzieliśmy o niej - odpowiedziała jej dowcipnie Sissi - To miała być niespodzianka, a ponadto nie miała być to oficjalna wizyta. Jestem tutaj jedynie po to, aby wraz z moimi towarzyszami sprawić przyjemność waszym uroczym podopiecznym.
- Przynieśliśmy im nowe ubrania - dodał Franciszek, napawając się tym, że zakonnica go nie rozpoznała.
Choć przez chwilę i on mógł się poczuć jak Ludwik, czyli jak doskonały aktor rewelacyjnie odgrywający przed wszystkimi swoją rolę. Nie mówił tego na głos, ale po cichu zazdrościł kuzynowi talentu aktorskiego i sam czasami, w głębi serca chciał sprawdzić swoje umiejętności w tym zakresie. Co prawda doskonale o tym wiedział, że nie dorówna nigdy doświadczonemu w tej branży Ludwikowi, ale nie o to tu przecież chodziło, a jedynie o to, aby poczuć się aktorem i z zadowoleniem zobaczyć, jak ludzie wokół go nie rozpoznają. Podobne uczucie czuł wtedy, kiedy wraz z Sissi wybrał się na targ na mieście. Wtedy też nikt go nie rozpoznał i to mu się bardzo spodobało. Teraz jednak, z jakiegoś nie do końca jasnego powodu, czuł w duchu jeszcze większą satysfakcję niż wtedy, iż skutecznie zachowuje incognito.
Siostra Marta, nadal nieświadoma, że jednym z towarzyszy Sissi jest on sam, cesarz Austrii we własnej osobie, wpuściła ich do środka i zaprowadziła od razu do dzieci, które na widok Sissi zareagowały prawdziwą radością, choć o dziwo, także umiarkowaną. Uśmiechnęły się bowiem wesoło na widok księżniczki i podeszły do niej bez wahania, witając ją serdecznie, lecz wbrew oczekiwaniom Sissi, żadne z nich nie rzuciło jej się na szyję, aby ją przytulić. Widocznie zakonnice zrobiły im pogadankę na temat tego, co wypada, a co nie wypada w relacji z nią. Głupie, stare wampirzyce. Jakby to była zbrodnia, że dziecko cierpiące na deficyt miłości, w jej osobie szuka kogoś, do kogo może chociaż trochę się przytulić. Gdyby sytuacja nie była tak tragiczna, to byłaby nie lada komedią.
- Dzieci kochane, tak się cieszę, że was widzę - powiedziała ciepłym tonem Sissi - Sprawiacie mi naprawdę ogromną przyjemność waszym widokiem. Wiecie, że miałam wam przysłać nowe ubranka, ale pomyślałam, że lepiej będzie, jeżeli je wam osobiście przyniosę i wybierzecie sobie z nich, co wam się spodoba. Mam tylko nadzieję, że będą na was pasować. A w razie czego, nie przejmujcie się tym, jeśli coś będzie nie tak. To tylko chwilowe, bo potem jeszcze dostaniecie ode mnie więcej ubrań, abyście mogli sobie chodzić jak jaśnie państwo, codziennie w innym stroju.
Porównanie to rozbawiło dzieciaki, które delikatnie zachichotały, a Sissi czule zaczęła dotykać każde z nich po buzi i nagle odkryła, że jednego dziecka brakuje. Dobrze pamiętała, iż dzieci jest w sierocińcu trzydzieści, a widziała przed sobą tylko dwadzieścia dziewięć. Gdzie się podziało to ostatnie?
- Chwileczkę... A gdzie jest mały Rudolf? - zapytała.
Dzieci zamilkły, nie chcąc odpowiadać na to pytanie. Sissi poczuła, że to nie może być miły temat i zapewne zakonnice zabroniły im odpowiadać na to pytanie, gdyby je zadano. Spojrzała zatem na siostrę Martę i zapytała:
- Gdzie jest chłopiec o imieniu Rudolf?
Zakonnica nie chciała odpowiadać na to pytanie, zwiesiła więc jedynie głową w dół, unikając przy tym przenikliwego wzroku Sissi. Jednakże w ten sposób nie zniechęciła jej do zadawania kolejnych pytań.
- Ogłuchłaś, kobieto? Jej Wysokość o coś pyta - warknęła ze złością Ida.
Baronowa westchnęła mocno poirytowana całą tą sytuacją. Po co Sissi się w to wszystko miesza? Naprawdę tak jej zależy na tym, aby jeszcze jeden dzieciak z nią się przywitał? Na serio musi przeciągać tylko wizytę w tym beznadziejnym dla nich wszystkich miejscu?
- Kobieto, odpowiedz na pytanie! - zawołał Franciszek Józef, oburzony tym, jak lekceważy się tu zadawane pytania i przy okazji czując, że za milczeniem musi się coś kryć i to raczej coś niezbyt miłego.
- A może chcesz odpowiadać przed cesarzem za tę jawną zniewagę, jaką jest lekceważenie sobie jego narzeczonej? - dodał hrabia Jamisz z groźbą w głosie.
Zakonnica zrozumiała, że nie wygra z nimi i musi odpowiedzieć, dlatego też w końcu westchnęła głęboko i powiedziała:
- Nie chciał dzisiaj zjeść obiadu, który tak łaskawie przygotował dla nas nasz drogi kucharz i dlatego musiał ponieść karę. Klęczał przez godzinę w kapliczce, a teraz siostra Bernadetta go do siebie wezwała, aby dać mu ostatnią reprymendę.
Sissi westchnęła przerażona. Słyszała nieraz o tym, jak te reprymendy mogą wyglądać w wykonaniu zakonnic i uznała, że musi to sprawdzić.
- Gdzie jest pokój siostry Bernadetty? - zapytała.
- Wasza Wysokość, tak nie wypada - jęknęła baronowa.
Sissi jednak zlekceważyła ją.
- Zadałam pytania. Gdzie jest ten pokój?
Siostra Marta nie chciała nic powiedzieć, ale nagle jedna z dziewczynek, ta sama, która niedawno nazwała Sissi aniołem, przyszła z pomocą księżniczce.
- Jest na piętrze.
Sissi podziękowała jej i szybko wyszła z pokoju, potem przez schody weszła po nich na górę. Budynek zawierał tylko jedno piętro, a na piętrze był tylko jeden pokój, z którego właśnie dobiegły dziewczynę odgłosy świstu, uderzenia oraz jęki chłopca. Nie trzeba było być geniuszem, aby się domyślić, co tu się dzieje. Sissi w jednej chwili poczuła, jak krew się w niej gotuje. Nie zamierzając nawet pukać, z wściekłością chwyciła za klamkę i wbiegła do środka pokoju. Zastała w nim to, co zastać się spodziewała. Zobaczyła siostrę Bernadettę, jak stoi nad klęczącym na podłodze i wpatrzonym w wielki krucyfiks zawieszony na ścianie Rudolfem, a w dłoni trzymającą dyscyplinę, którą uderzyła ponownie chłopca, mówiąc:
- Nie okazujesz należytej skruchy. Bóg potępia fałszywą skruchę.
Sissi była oburzona. Niewiele myśląc, podbiegła do zakonnicy i bez żadnego wahania wyrwała jej dyscyplinę z rąk i wołając wściekle:
- Co to wszystko ma znaczyć?!
Zakonnica oczywiście nie przejęła się jej krzykiem. Spojrzała tylko na Sissi z poczuciem wyższości i powiedziała:
- Ten młody człowiek był nieposłuszny i niepokorny. Musiał ponieść karę. To niezbędne, aby wychować go na porządnego człowieka.
- Te wasze metody wychowawcze nie nadają się ani dla ludzi, ani nawet dla zwierząt - odpowiedziała na to Sissi, z trudem powstrzymując się przed tym, aby tę podłą kreaturę uderzyć w twarz jej własną dyscypliną - Jak pani może patrzeć w lustro codziennie i nie wzdragać się na sam widok takiej podłości?
- Wasza Wysokość wybaczy, ale ja mam swoje obowiązki i niestety, muszę je wykonywać i to tak, jak to uznam za stosowne - odpowiedziała na to bezdusznym tonem siostra Bernadetta.
- Wobec tego z przyjemnością uwolnię panią od tego obowiązku - rzekł nagle znajomy męski głos.
To Franciszek Józef I stanął właśnie w drzwiach. To, co zobaczył przekonało go łatwo do tego, że działo tutaj się coś strasznego, a co gorsza, zgodnie z prawem. Nie był w stanie przejść obok tego obojętnie i dodał:
- Widzę, że przerastają panią te problemy, dlatego chętnie ją od panią raz na zawsze uwolnię.
Zakonnica przyjrzała mu się uważnie i niemal zamarła z przerażenia, gdyż w przeciwieństwie do swej młodszej koleżanki, bez trudu rozpoznała cesarza. Zaraz też uklękła przed nim na znak szacunku, ale ta czołobitność na nic się jej nie zdała, bo Franciszek Józef powiedział pogardliwym tonem:
- Gotuje pani tym dzieciom piekło i uważa się pani za sługę Bożą? Nie jest pani godna tego miana. Wykazała się pani barbarzyństwem i bezdusznością. Zatem nie mam innego wyboru, jak tylko odwołać panią ze stanowiska.
- Ależ Wasza Cesarska Mość - próbowała się bronić zakonnica - Tak przecież nie można. Przecież Wasza Cesarska Mość nie ma nikogo na moje miejsce, do tego wszystkiego, jako członkini Świętego i jedynego słusznego Kościoła katolickiego, podlegam rozkazom jedynie Jego Ekscelencji, biskupowi Wiednia.
- Ekscelencja doskonale zdaje sobie sprawę, że jest moim poddanym i jestem tego pewien, że pochwali moją decyzję - odpowiedział jej Franciszek stanowczym tonem - A poza tym, sierociniec jest budynkiem świeckim, a zatem podlega władzy świeckiej, a najwyższą władzą świecką jestem ja. Dlatego rozkazuję, aby zaraz się pani stąd wyniosła i to wraz ze swoją przyjaciółką.
- Chyba, że mam wypróbować tę dyscyplinę na was! - dodała groźnie Sissi, dla większego realizmu potrząsając tym groźnym narzędziem.
Zakonnica zrozumiała, że nie ma szans przekonać oboje do zmiany zdania i z nieskrywaną złością oraz pogardą w oczach, powoli wyszła z pokoju. Sissi zaś, nie kryjąc swojej radości, odrzuciła dyscyplinę i podeszła do Rudolfa, podnosząc go z ziemi i otrzepując jego zniszczone ubranie z kurzu.
- Nie martw się, kochanie. Ona cię już nie skrzywdzi - powiedziała do niego czułym tonem.
Chłopiec uśmiechnął się do niej, po czym zarzucił jej rączki na szyję i mocno przytulił swoją twarz do jej twarzy. Sissi zaś pogłaskała go życzliwie po głowie, po czym spojrzała na Franciszka i powiedziała:
- Dziękuję ci, najdroższy.
- Nie ma za co, najmilsza - odpowiedział jej Franciszek - Strach i złość mnie biorą, kiedy sobie pomyślę, że te potwory w ludzkiej mogły te dzieci tak bić dzień w dzień. To po prostu straszne. Tu trzeba naprawdę wiele zmienić, zaczynając od zmiany personelu. Tylko, skoro pozbyliśmy się tych potworów, kogo posadzimy na ich miejsce?
- Zdaje się, że mam odpowiednich do tego kandydatów - powiedziała Sissi, w której głowie narodził się właśnie kolejny plan.

***

Opuszczenie przez zakonnice sierocińca spowodowało powszechną radość u dzieci, jak i również pewną satysfakcję u Idy Ferenczy oraz hrabiego Jamisza, na których to osobach obie panie nie zrobiły dobrego wrażenia. Szczęśliwa była także Sissi, ponieważ Franciszek zachował się tak, jak można było się tego spodziewać po człowieku mającym sercu, nie zaś kamień w piersi i zareagował w taki sposób, w jaki powinien ktoś taki jak on zareagować. Zaprowadził tutaj porządek i sprawił, że to miejsce nie było już takie ponure jak przedtem. Oczywiście nadal pozostało sierocińcem, czyli miejscem, do którego raczej rzadko dziecko nie chce trafić, ale zawsze panować w nim już miały odtąd należyte warunki, nie godzące w godność tych biednych sierot, które przecież nie są winnemu temu, że nie dane im było się urodzić w dostatku i szczęściu.
Z tego właśnie powodu, Sissi z prawdziwą satysfakcją oznajmiła dzieciom, iż od tej pory w sierocińcu będą panowały inne warunki życia, przyjdą nowi i o wiele lepsi opiekunowie, a ponadto będą mieli lepsze posiłki i lepsze ubrania. Cesarz zaś, którego tożsamość z powodu awantury z siostrą Bernadettą wyszła na jaw ze swej strony zapewnił dzieci o tym, że będzie odtąd finansował sierociniec, aby nigdy mu nie brakowało niczego, co potrzebne. Dzieci uwierzyły jego słowom, bo słowa te poparła swoją obietnicą Sissi, do której sierotki miały szczególne zaufanie, a jak na dokładkę Rudolf opowiedział kolegom i koleżankom, jak Sissi i Franciszek go dzielnie obronili przez siostrą Bernadettą, zaufanie to wzrosło jeszcze bardziej.
- To teraz chyba pora, abyśmy rozdali wam ubrania, kochani - zaproponowała po chwili ogólnej euforii Sissi.
Następnie wraz z Franciszkiem, Idą, hrabią Jamiszem i baronową von Tauler zaczęła rozdawać dzieciom ubrania zebrane podczas zbiórki. Dzieci potem szły do osobnego pokoju, aby się przebrać i wracały bardzo zadowolone. Co prawda, tak jak to przewidywała Sissi, niektóre stroje nie do końca na nie pasowały, bo były za duże, ale to nie miało dla nich żadnego znaczenia. Za długie rękawy lub nogawki od spodni dało się łatwo podwinąć, a za luźne spodnie czy sukienki łatwo było za pomocą sznurka i pasków przewiązać w pasie, aby wszystko się zgadzało. Dzieci nie zważały na to, bo o wiele ważniejsze dla nich było to, że podarowano im takie ładne stroje i mogły w nich się czuć o wiele przyjemniej. Sissi nie kryła zachwytu z tego powodu, a także szczęścia, które udzieliło się jej towarzyszom, z wyjątkiem baronowej, nie mającej przekonania, co do słuszności postępowania narzeczonej cesarza, ale owe wątpliwości zachowała dla siebie z powodu zachwytu, jaki całej tej sprawie okazywał sam Franciszek Józef. Uznała, że skoro cesarz to pochwala, to kim ona jest, aby to krytykować? Ale swoje zdanie w tej sprawie miała.
Ponieważ tego dnia dzieci miały post z powodu zachowania Rudolfa, który to nie chciał jeść tej brei oferowanej im przez ich kucharza, głód zaczął dosyć szybko dawać się dzieciom we znaki. Sissi natomiast bardzo to zaskoczyło.
- Nie rozumiem, jak one mogły się tak zachować - powiedziała - Nawet jeżeli Rudolf byłby niegrzeczny, to jeszcze nie jest powód, aby z tego powodu karać cały sierociniec. To po prostu podłe.
- Wasza Wysokość, zakonnice wyznają zasadę odpowiedzialności zbiorowej - pospieszył jej z wyjaśnieniem hrabia Jamisz - Ich zdaniem, jeżeli jedno zawini, to musi być ukarana cała grupa, aby wszyscy w pełni odczuli, jaka jest konsekwencja za przewiny i zniechęcić podopiecznych do kolejnych wybryków.
- To po prostu podłe! - zawołała oburzona Sissi.
- Odpowiedzialność zbiorowa panuje nie tylko w Kościele - zauważyła Ida Ferenczy - W polityce wielkich mocarstw też tak bywa. Kiedy na Węgrzech miało miejsce powstanie, to wojska cesarskie...
Zamilkła, widząc twarz Franciszka Józefa, uważnie się jej przyglądającego.
- Proszę mi wybaczyć, Wasza Cesarska Mość. Nie chciałam być bezczelna.
- Nie gniewam się, ale proszę dokończyć - rzekł Franciszek Józef - Bardzo mi na tym zależy.
Ida nie wiedziała, czy powinna to zrobić, ale ostatecznie uznała, że cesarz to nie Zottornik, który za taką prawdę kazałby ją powiesić za ręce w lochu do sufitu i chłostać do nieprzytomności albo jeszcze coś gorszego. Słyszała już nieco o jego praktykach uciszania niewygodnych mu osób. Ale cesarz nie był tyranem. Ponadto był dobrym człowiekiem i jeżeli chciał znać prawdę, to nie obrażał się o nią.
- Podczas powstania na Węgrzech, kiedy wkroczyły tam cesarskie wojska, to bez wahania żołnierze palili, mordowali i niszczyli wszystko, na co mieli ochotę. To miała być kara za popieranie powstańców, przy czym puszczano z dymem także i wioski niewinne, które nie mieszały się do polityki, ale panowała przecież wciąż tak powszechna odpowiedzialność zbiorowa. A ile zniszczono miast? A ilu ludzi za byle co szło wtedy do więzienia? Ile kobiet wtedy...
Ida zamilkła, nie wiedząc, czy nie posuwa się za daleko, jednak Franciszek nie wyglądał wcale na obrażonego. Przeciwnie, na jego twarzy malował się szok i niedowierzanie. Nigdy nie sądził, że jego ojciec, wówczas rządzący cesarz, był w stanie dopuścić się czegoś takiego. Ale po co Ida Ferenczy miałaby kłamać? Po co miałaby mówić coś, co jest nieprawdą i ryzykować jego gniew?
- Słyszałem, że Węgry spacyfikowano, ale nie sądziłem, że mój ojciec, który zawsze w moich oczach był wzorem, posunął się do takiej zbrodni.
- Ojciec Waszej Cesarskiej Mości o niczym nie wiedział - powiedział Jamisz - To wszystko była robota Radetzky’ego i popierającego go kanclerza Zottornika. To była ich polityka, nie ojca Waszej Cesarskiej Mości. Kanclerz i feldmarszałek byli zdania, że tylko w ten sposób nie dopuszczą do kolejnych buntów.
- Mimo wszystko posunęli się za daleko - powiedział Franciszek - Rozumiem jeszcze ukaranie buntowników, ale niewinnych ludzi? Może i mieli szlachetne w tej sprawie pobudki, jednak nie można w taki sposób budować siły cesarstwa. Nie będzie nigdy więcej odpowiedzialności zbiorowej. Nie pozwolę na to.
Sissi położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała czule:
- Wierzę w to, Franciszku. Na razie panuje pokój i oby jak najdłużej panował. Ale nie możemy pozwolić na to, aby niewinni cierpieli za winnych. Tak po prostu nie może być, najdroższy.
Franciszek uśmiechnął się do niej i delikatnie ucałował jej dłoń.
- Ty chyba naprawdę jesteś aniołem, najmilsza. Tak, masz rację. Muszę jako władca zadbać o to, aby nie było nigdy więcej podobnych sytuacji. A zacznę swoje zmiany w polityce od tego sierocińca.
- Zacznijmy najpierw od tego, że damy dzieciom coś zjeść, bo są już bardzo głodne - zaproponowała mu wesołym tonem Sissi.
- Racja, ale jak to zrobić? - zapytała Ida.
- Sprowadzić cesarskiego kucharza? - dodał hrabia Jamisz.
- Nie, mam lepszy pomysł - powiedziała Sissi, a w jej oczach zabłyszczały w uroczy sposób figlarne iskierki.
Następnie zaproponowała, aby wszyscy wyszli i poszli za nią. Nikt, nawet jej ukochany Franciszek nie domyślali się, o co może jej chodzić, ale nie zadawali w tej sprawie pytań, czując, że niedługo sami się dowiedzą. Baronowa miała w tej sprawie złe przeczucia. W końcu, jej zdaniem, pomysły księżniczki bawarskiej to zawsze było jedno wielkie szaleństwo.
Tymczasem Sissi, rozbawiona na całego, poprowadziła dzieci, jak również i swoich towarzyszy ulicami miasta prosto w kierunku luksusowej restauracji. Kiedy tylko baronowa zobaczyła, dokąd zmierzają, załamana jęknęła i podbiegła do Sissi, po czym szepnęła jej na ucho:
- Wasza Wysokość, proszę tego nie robić. To nie uchodzi.
Sissi jednak zlekceważyła ją. Weszła do środka, a zaraz po niej zrobili to jej towarzysze oraz trzydzieści sierot z pobliskiego sierocińca. Mimo tego, że mieli na sobie nowe ubrania, wciąż wyglądali niezwykle skromnie i łatwo było zorientować się, kim są dzieci i skąd pochodzą. Ponadto nigdy nie przyjmowano tu biedoty, tak więc widok sierot wzbudził niechęć w oczach wielu gości, którzy przychodzili do tego miejsca, aby się najeść jakimś porządnym i wysublimowanym jadłem, nigdy nie ofiarowywanym im przez miejscową gospodę. Sissi zdawała się to dostrzegać, ale też w ogóle się tym nie przejmowała, albo wręcz zdawała się robić to specjalnie z powodu niezwykle dobrego humoru, w jaki wpadła. Dodatkowo, jakby nigdy nic, podeszła do lady i widząc właściciela, powiedziała:
- Poprosimy o kilka stolików i porządne obiady dla tych uroczych dzieci. Ale w miarę możliwie szybko. One są głodne.
Właściciel zmieszał się, słysząc tę prośbę, ale starał się zachować spokój oraz dobre maniery, dlatego odpowiedział:
- Proszę mi wybaczyć, ale takich klientów nie obsługujemy.
- A to niby dlaczego? - zapytała Sissi.
- Ponieważ nie są to goście godni tego miejsca.
- Naprawdę? A niby w czym są gorsi od pana ekskluzywnej klienteli?
- Przede wszystkim, to są dzieci.
- Dzieci też tu obsługujecie. Widzę kilka wraz z rodzicami.
- Ale to co innego. To są dzieci szanowanych obywateli, nie zaś jakieś sieroty, które ktoś z jakiegoś powodu poubierał w ładniejsze stroje. To dzieci niepewnego pochodzenia. Jak chcą się najeść, niech idą do oberży.
- Ale przyszły tutaj i zapłacą uczciwie.
Właściciel lokalu parsknął śmiechem z niedowierzaniem.
- Proszę mi wybaczyć, ale niby jak? Sieroty nie są znane z bogactwa, więc mi się nie wydaje, aby były wypłacalne.
- One może i nie, ale ja jestem wypłacalna - zauważyła Sissi.
- Ja tym bardziej - powiedział Franciszek, podchodząc do ukochanej.
Właściciel lokalu, który wiele razy widział portrety cesarza, bez trudu teraz rozpoznał twarz młodzieńca stojącego przed nim. Zaaferowany i przerażony tym oto niezwykłym spotkaniem, natychmiast ukłonił się nisko Franciszkowi i rzekł:
- Wasza Cesarska Mość. Proszę mi wybaczyć, nie wiedziałem, że jest to przez Waszą Cesarską Mość fundowane. Gdybym wiedział...
- A więc już pan wie. Czy nadal będzie się pan sprzeciwiał obsłużeniu tych dzieci, a przy okazji też i mnie, mojej narzeczonej i moich towarzyszy?
- Ależ nie, w żadnym razie, Wasza Cesarska Mość. Cały lokal jest do waszej dyspozycji. Już natychmiast wam służę.
Zanim się Franciszek i Sissi obejrzeli, właściciel natychmiast zmobilizował do obsługi dzieci i ich tymczasowych opiekunów cały personel, który natychmiast zaczął serwować tym niezwykłym gościom wszystko, co tylko mieli najlepszego na składzie. Kłaniali się przy tym uniżenie i nawet zagadywali miło dzieci, pytając z zachwytem, czy są zadowoleni z obsługi. Sissi strasznie to bawiło, a i Franciszek nie ukrywał, że jest rozbawiony takim stanem rzeczy.
- Miałaś naprawdę wspaniały pomysł, najdroższa - powiedział do ukochanej, kiedy oboje zajadli swój posiłek - Nie wiem tylko, co dalej planujesz. Codziennie tak przecież nie możemy żywić tych uroczych szkrabów, choć nie ukrywam, że to bardzo kusząca propozycja.
- Spokojnie, Franz. Wiem doskonale, że takie codzienne obiady, to przecież nie jest wydatek nawet na naszą kieszeń - odpowiedziała mu Sissi - To tylko na ten jeden raz, aby zrekompensować tym biednym dzieciom to, co musiały przejść z rąk tych dwóch wampirzyc. Od jutra posiłki będą normalnie szykowane na miejscu i to przez dobrego kucharza. Oczywiście, będzie musiał mieć z czego szykować te posiłki, a sierociniec jest biedny.
- To żaden problem. Jeszcze dzisiaj wezmę do siebie burmistrza Wiednia i od razu nakażę mu, aby przeznaczał znacznie większe sumy na sierociniec.
- Dziękuję ci, najdroższy. Ale wiesz, że to nie wszystko. Muszą mieć więcej ubrań niż te, które mają teraz na sobie. Jedna para ubrań to za mało.
- Cesarski krawiec zostanie zmobilizowany do działania. Uszyje dla dzieci w ciągu najbliższych dwóch tygodni tyle ubrań, ile trzeba. A może jeszcze więcej. Tym dzieciom nie może niczego zabraknąć.
- A co sądzisz o budynku sierocińca?
- To niestety nie najlepsze miejsce. Nie wiem, czy remontowanie go coś da. Jak dla mnie, powinno się postawić nowy sierociniec. O ile się orientuję, to gdzieś na terenie Wiednia jest dosyć miejsca na budowę nowego sierocińca. Obawiam się tylko, żeby starczyło na to wszystko funduszy. Ja oczywiście chętnie wesprę ten szlachetny czyn, ale sama rozumiesz. Budowa nowego budynku to nie jest coś tak prostego jak dobry kucharz czy nowe ubrania. To da się załatwić za duże sumy, ale takie, na które możemy sobie pozwolić. Jednak nowy sierociniec to może być już poważniejszy problem. Skarb państwa może nie mieć tyle pieniędzy, aby pokryć koszta tego projektu. Poza tym, jako cesarz muszę finansować także inne sprawy i to nie mniej ważne. Ale zobaczę, co się da zrobić. Ostatecznie zawsze można by w takim wypadku urządzić bal charytatywny.
- Tak, a koszta tego balu będą trzy lub cztery razy większe niż suma, która jest nam potrzebna i którą możemy na nim zebrać - mruknęła z ironią w głosie Sissi.
Franciszek uśmiechnął się do niej i delikatnie ścisnął jej dłoń.
- Nie za dużo słuchasz wypowiedzi naszego kuzyna, Ludwika? Nie mówię, że on nie ma racji, ale mimo wszystko zdaje się negować zbyt wiele spraw naraz.
- Ludwik po prostu mówi prawdę, którą nie każdy chce znać, a już na pewno nie twoi doradcy - odparła na to Sissi.
- Wiem, o wielu sprawach mi się tutaj nie mówi, bo nie chce mi się głowy zawracać, ale też muszę mieć urzędników, którzy ułatwią mi choć trochę życia. Jak zapewne wiesz, samemu rządzić się nie da.
- To prawda, ale zdecydowanie musisz mieć nad nimi większą kontrolę. Sam słyszałeś, co Ida mówiła o Węgrzech. Zbrodnie tam wykonane poszły na konto nie Zottornika i Radetzky’ego, ale twojego ojca. Nie wiadomo, co oni jeszcze zrobią i co pójdzie tym razem na twoje konto. Boję się, Franz. Tak bardzo się boję tego, że przez ich głupotę, zapłacisz kiedyś życiem.
Franciszek uśmiechnął się do niej czule i powiedział:
- Wiesz, nigdy nie sądziłem, że będę rozmawiać z moją narzeczoną o polityce i sposobach rządzenia krajem.
- Nie chcę być tylko twoją narzeczoną - rzekła Sissi, patrząc mu uważnie w oczy - Chcę być twoją partnerką, równą ci w kwestiach politycznych i mogącą ci pomagać w rządzeniu krajem. Jak sam powiedziałeś, samemu rządzić się nie da. Pozwól, że ci pomogę, na tyle, na ile zdołam. Nie chcę być tylko piękną ozdobą u twego boku.
- I nigdy nie będziesz tylko ozdobą, obiecuję ci to - powiedział Franciszek i czule ucałował dłoń ukochanej - Otworzyłaś mi oczy na wiele spraw. Rozumiem już teraz lepiej potrzebę reform, choć nadal uważam, że nasz kuzyn Ludwik nieco zbyt radykalnie się ich domaga.
- Och, nie posądzaj Ludwika o radykalizm. Daleko mu do niego.
- Mam nadzieję. Czytałem książkę, którą mi dał. Zawiera wiele ciekawych na temat liberalnych rządów uwag i spostrzeżeń. Nie wszystkie do mnie przemawiają, ale zdecydowanie zmuszają one do myślenia. Podobnie jak to, co dzisiaj pokazałaś mi w sierocińcu, a wcześniej na tym rynku, gdy jakiś czas temu szliśmy zwiedzać Wiedeń incognito. To wszystko zmusza do myślenia.
Uśmiechnął się do Sissi, która obdarzyła go uśmiechem pełnym miłości.
- A propos myślenia... Czy myślałaś już o tym, kto zajmie miejsce zakonnic w sierocińcu?
- Owszem. Proponuję Johanna Schulza i jego żonę Brigitte.
- To oni jeszcze nie wyjechali z Wiednia?
- Nie, bo jedna z ich córek jest chora, ale podobno wraca do zdrowia. Pójdę do nich i poproszę, aby przynajmniej tymczasowo, zaopiekowali się dziećmi. Mają w tej sprawie doświadczenie, więc dadzą sobie radę. To dobrzy ludzie, można im zaufać.
- No dobrze, a jeśli zechcą wrócić na swoje ziemie do Bawarii? To, co wtedy?
- Wtedy znajdziemy kogoś innego. Ale na chwilę obecną oni najlepiej nadają się do tej pracy.
Franciszek pomyślał o tym i uznał, że Sissi ma rację i zgodził się na to, aby ci ludzie właśnie zostali nowymi opiekunami sierocińca. Potem z uśmiechem, jak też i z wielkim rozbawieniem zajadał dalej swój posiłek, przy okazji z uwagą patrząc na krzątających się wokół dzieci pracowników właściciela lokalu, którzy potrafili doskonale ukrywać swe prawdziwe emocje i powstrzymywać niechęć wobec tych biednych dzieci, którym musieli nadskakiwać i wobec których wykazywali się tak wielką czołobitnością, że większej chyba nie dało się uzyskać.
- Mam nadzieję, że Wasza Cesarska Mość jest w pełni usatysfakcjonowany - powiedział właściciel restauracji, podchodząc do Franza i Sissi, gdy posiłek ich już dobiegł końca.
- Naturalnie. Nie mógłbym czuć się bardziej usatysfakcjonowany - odparł na to Franciszek i zapłacił wystawiony mu rachunek.
Suma była co prawda spora, ale nie przejął się tym. Uśmiech zadowolenia na buziach tych uroczych dzieci był dla niego wystarczającą rekompensatą za wydane przezeń pieniądze. Poczuł przy tym w sercu, że radość tych dzieci jest czymś, na co warto wydać każde pieniądze.

***

Ludwik stał na cmentarzu w Monachium, tuż przy grobie, którego tak dawno już nie odwiedzał, a który był niezwykle ważnym dla niego miejscem. Zasmucony położył na nim piękny bukiet kwiatów i spojrzał na piękny nagrobek, na którym to widniał napis:

Tu spoczywa Joanna von Korberg.
Urodzona: 1 lipca 1827 roku.
Zmarła: 2 marca 1851 roku.

Odeszła przedwcześnie, ale pozostanie w naszych sercach na zawsze.

Ludwik zasmucony uronił z oczu kilka łez, czytając te słowa. Tak, to było jak najbardziej prawdą. Nigdy o niej nie zapomni. Zawsze będzie ją z szacunkiem oraz sympatią wspominał. Zawsze będzie miała miejsce w jego sercu. To nigdy przecież nie ulegało kwestii. Wiedział jednak, że czas zostawić ten etap za sobą i rozpocząć coś nowego w swoim życiu. Musiał to zrobić, dlatego powiedział:
- Joasiu... Mam nadzieję, że słyszysz mnie tam, gdzie teraz jesteś. Dawno cię tu nie odwiedzałem, nie byłem gotowy rozdrapywać stare rany. Wiem, to wydaje się być strasznie głupie. Najpierw siedziałem tutaj całymi godzinami, a potem nie byłem w stanie tutaj przyjść. To było bardzo głupie. Ale pora, abyśmy oboje poszli w swoje strony. Ty dalej i ja dalej. Ty do nieba, gdzie na pewno między aniołami znalazłaś swoje miejsce, a ja do ludzi, gdzie też muszę odnaleźć swoje miejsce. A zasadniczo, już odnalazłem. Poznałem wyjątkową i cudowną dziewczynę. Nazywa się Elodie de Farge. Polubiłabyś ją, jestem tego pewien. Odkąd odeszłaś, nigdy nie czułem czegoś takiego, co czuję do niej. Wiem, że ją kocham i chcę być z nią. Co do ciebie, pragnę cię zapewnić, że zawsze będziesz w moim sercu. I nigdy, ale to nigdy cię nie zapomnę. Ale czas ruszyć dalej. Wierzę, że jest to możliwe. Czuję to w sercu. Mam nadzieję, że będziesz nam kibicować z góry. Spoczywaj w pokoju, moja mała, kochana przyjaciółko. I bądź szczęśliwa tam, dokąd odeszłaś.
Nagle wydawało mu się, że słyszy w uszach słowa piosenki, która kiedyś tak bardzo go poruszyła, a która idealnie pasowała do jego sytuacji.

Mieliśmy dla siebie tyle chwil.
Przed nami otwierał się świat
I anioł nadziei przy nas był,
A los był z nami za pan brat.
Ty przyszłaś jak pierwsza letnia noc
I wniosłaś pogodę w me dni.
Więc każdy odkryty szczęścia ląd
Imieniem zwałem twym.

To, co dał nam świat,
Niespodziewanie zabrał los.
Dobre chwile skradł,
Niosąc w zamian bagaż zwykłych trosk.
To, co dał nam świat,
To odeszło z biegiem lat.
Cóż wart jest dziś niewczesny żal,
Że los wziął to, co dał?

Nie znałem przy tobie srogich zim.
Barwami rozkwitał nam mrok.
Gdy owoc dojrzewał w sadzie twym,
To giął gałęzie do mych rąk.
Nie chciałaś od życia wiele brać,
Radości dzieliłaś na pół.
A smutkom patrzyłaś sama w twarz,
Gdy czasem przyszły tu.

To, co dał nam świat,
Niespodziewanie zabrał los.
Dobre chwile skradł,
Niosąc w zamian bagaż zwykłych trosk.
To, co dał nam świat,
To odeszło z biegiem lat.
Cóż wart jest dziś niewczesny żal,
Że los wziął to, co dał?

Po chwili piosenka umilkła. Ludwik nie wiedział, czy dźwięczała mu ona w uszach, czy może rzeczywiście ktoś w pobliżu ją grał i śpiewał. Jednak nie miało to dla niego wtedy żadnego znaczenia. W obecnej chwili liczyło się jedynie to, co on czuł, a czuł, że nie jest w stanie powstrzymywać łez, które same napływały mu już do oczu, przed którymi widział wspomnienia z najpiękniejszych chwil, jakie wspólnie przeżyli. Jej gra na pianinie, ich wspólne spacery, ich czytanie wierszy, ich wycieczki do teatru, ich wspólny taniec podczas balu, jego wygłupy przed nią, gdy dawał jej przedstawienia w różnych zabawnych kostiumach. Tak cudownie się wtedy śmiała. Tak jej z tym śmiechem było do twarzy. A potem nagle wizje znikły i została jedynie ta oto zimna płyta nagrobna i kamienny nagrobek tuż przed nią.
- Już teraz tylko tyle z tego zostało - powiedział sam do siebie Ludwik.
Po tych słowach zapłakał tak mocno i tak rzewnie, jak dawno tego nie robił. Poczuł przy tym w piersi ostry ból, jakby ktoś wbił mu coś w serce, ale nie był w stanie go tym zabić. Lekko się za nie złapał, płakał przez kilka minut i kiedy ból nieco zelżał, dotknął delikatnie nagrobka i powiedział:
- Jeśli moja decyzja cię uraziła, to wybacz mi. Ale tak po prostu musi być.
Następnie odszedł od grobu. Opuścił potem teren cmentarza, a ponieważ czuł, jak ogarnia go zmęczenie, zaszedł do parku i usiadł na jednej z ławek, aby chociaż częściowo odzyskać siły. Nie wiedział, jak długo tam siedzi, kiedy nagle poczuł, jak obok niego ktoś siada. Zaintrygowany spojrzał na tę osobę i zamarł. Tuż przy nim na ławce siedziała Joanna, cała i zdrowa, taka sama, jak widział ją, zanim mu zmarła na rękach. Wciąż taka sama: uśmiechnięta, słodka, z okularami mocno na nosie osadzonymi, ubrana w niebieską suknię, którą tak lubiła nosić i z włosami o barwie ciemnego brązu obciętymi na krótko, jak zwykle robiono podczas choroby, gdyż podobno włosy zabierały ciału energię i tylko krótkie zapewniały więcej siły chorej osobie.
- Joasia? - zapytał zdumiony Ludwik - Jak ty...? To niemożliwe. To chyba sen.
- Tak, Ludwiku. To sen - odpowiedziała mu Joanna - Ty śnisz, kochany. Coś ci się przyśniło i zaraz wrócisz do swojego świata.
- Dlaczego tak długo mnie nie odwiedzałaś? Dlaczego nie przyszłaś się ze mną pożegnać?
- Nie byłam w stanie tego zrobić. Raz się żegnaliśmy, gdy konałam w twoich ramionach. Widziałam, ile cię to kosztowało. Nie chciałam ponownie fundować ci takiego bólu.
- Czy przyszłaś mnie potępić za moją decyzję?
- Nie. Przyszłam powiedzieć, że dobrze robisz. Nie możesz wiecznie żyć tym, co nas łączyło, gdy żyłam. Musisz iść dalej. Poza tym, Elodie to cudowna osoba. Na pewno da ci wiele szczęścia.
- A czy ja też dam jej szczęście?
- To już zależy od ciebie. Wszystko w twoim rękach.
Po tych słowach, Joanna ścisnęła mu mocno dłonie i powiedziała:
- Los przewrotny nie dał nam tyle czasu, ile byśmy chcieli. Ale uważam, że to, jak wykorzystaliśmy ten czas, który na dano, było wspaniałe. Nigdy żadne z nas tego nie zapomni. Ten czas zużyliśmy właściwie.
- Nie wiem, czy na pewno. Nie zdołałem być przy tobie, gdy chorowałaś. Tak mi żal straconego czasu.
- Nie mogłeś rzucić wszystkiego i pomagać mi w kuracji. A nawet gdybyś tak zrobił, to co by to zmieniło? Ja i tak umarłabym. Ale ważne, że byłeś przy mnie, gdy to się stało. Tylko to jest ważne. Reszta się nie liczy. Tylko ten czas, który we dwoje spożytkowaliśmy ma znaczenia. To jest nasze i tego nam nikt nie zabierze.
Następnie delikatnie pocałowała księcia w policzek i powiedziała:
- Bądź szczęśliwy, Ludwiku. Bądź szczęśliwy z Elodie. I nie martw się o nic. Wszystko będzie dobrze. Tak jak być powinno.
Ludwik uśmiechnął się do niej czule i ścisnął obie jej dłonie, które następnie bardzo czule ucałował. Joanna zaś pogłaskała go delikatnie po głowie i rzekła:
- Dziękuję ci, Ludwiku. Dziękuję za wszystko. A teraz już nie śpij. Obudź się. Już czas wrócić do świata żywych. Zmarłych pozostaw za sobą. Idź do żywych.
Ludwik poczuł, jak oczy mu się zamykają i opada na oparcie ławki. Szybko otworzył jednak oczy i zobaczył, że siedzi na ławce sam. Joanny już nie było, choć może należało powiedzieć, iż nigdy jej tu nie było. Tak, miała rację. On śnił. To było jedynie snem. Ale snem niezwykle mu potrzebnym. Snem, który utwierdził go w postanowieniu, jakie podjął. Uśmiechnął się więc i spojrzał w niebo, mówiąc:
- Dziękuję ci, Joasiu. Dziękuję ci.
Zaraz potem wstał z ławki, wypoczęty i zadowolony, po czym ruszył powoli przed siebie w kierunku swojego domu. Cmentarz pozostał za nim, a życie i ludzie żywi przed nim. A zwłaszcza jedna, wyjątkowa osoba, która sprawiła, że ponownie stanął na nogi. Wiedział już, że cokolwiek by się nie stało, zyska jej miłość, a gdy to już się stanie, nie pozwoli na to, aby kiedykolwiek była z nim nieszczęśliwa.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...