sobota, 15 października 2022

Rozdział II - Spotkanie


W pałacu Schonbrunn wrzało jak w ulu. Wieść o przybyciu dawno już tutaj nie widzianej księżnej Ludwiki von Wittelsbach wywołało u wszystkich bywalców rezydencji cesarskiej wielkie poruszenie. Pani Ludwika była zawsze bardzo miło wspominana, jednak dawno już nie zaszczyciła pałacu swoją obecnością. Jakież to były tego powody, tego tak dokładniej nikt nie wiedział. Mówiono, że kobieta wręcz doskonale się czuła na prowincji w Bawarii i dlatego nie zamierzała bywać w tzw. wielkim świecie, który ją peszył. Niektórzy jednak mówili, oczywiście po cichu, że przyczyną takiego stanu rzeczy była arcyksiężna Zofia, matka obecnie panującego cesarza Franciszka Józefa I. Kobieta ta była kiedyś wielką przyjaciółką pani Ludwiki, a ponadto obie były ze sobą spokrewnione, choć pokrewieństwo to należało do dość dalekich, bo stanowiło zaledwie dalsze kuzynostwo. Mimo tego, obie darzyły się swego czasu wielką przyjaźnią. Wychowywały się razem, a nawet wyszły tego samego dnia za mąż. Swego czasu także bywały u siebie i to wiele razy, jednak wszystko skończyło się wtedy, gdy zmarł mąż Zofii, a ojciec jej dzieci i to zaledwie rok po objęciu tronu po swoim kuzynie. Arcyksiężna odcięła się wówczas od wszystkich ludzi, a na pewien czas nawet od swego najstarszego syna, niegdyś jej ulubieńca. Mówiła, że to wszystko dlatego, iż nie umie już cieszyć się niczym po śmierci ukochanego męża i musi to wszystko na spokojnie przeboleć. Złośliwi jednak uważali, że przyczyna takiego stanu rzeczy była nieco inna. Zofia podobno miała znienawidzić wszystkich ludzi, którzy byli szczęśliwi, a zwłaszcza w miłości. Dlatego miała zerwać kontakt ze swoją niegdyś najlepszą przyjaciółką, ponieważ widok jej szczęśliwej w związku oraz widok jej śmiejących się dzieci raził Zofię i przyczyniał się do ataków złości, od których cały pałac trząsł się w posadach, przez co nawet najbliżsi schodzili jej z drogi. Jak było naprawdę, nikt tego nie wiedział, gdyż Zofia była osobą niezwykle skrytą i nigdy nie pozwalała sobie na zwierzanie się komukolwiek z tego, co czuje. Nawet jej synowie nie mieli pojęcia, jakie myśli chodzą po jej głowie.
Jakie by jednak owe myśli nie były, jedynie wesołość synów cesarskich, czyli Franciszka Józefa i Karola Ludwika sprawiała, że ludzie żyjący w pałacu umieli się uśmiechać, rzecz jasna dyskretnie, aż okres żałoby po cesarzu nie minął. Gdy to nastąpiło, cały pałac powrócił do normalnego trybu życia, czyli do życia z czasów, gdy umiłowany przez swych dworzan władca jeszcze był razem z nimi. Franciszek Józef objął tron i wziął się za panowanie, zaś jego młodszy brat Karol Ludwik powrócił do stałego trybu życia, czyli bawienia się, spędzania czasu na czym tylko chciał i nie angażowaniu się w politykę, która w ogóle go nie interesowała. Jego pokój zawsze był pełen wesołości i beztroski, w przeciwieństwie do dbającego o sprawy państwowe i pogrążonego w nich niemal całkowicie Franciszka Józefa. Ale i on, mimo nawału pracy, potrafił cieszyć się życiem i odnajdywał w nim to, co sprawiało mu przyjemność. Dzięki temu służba miała powody do radości, bo zadowolony i uprzejmy cesarz był niezwykle do niej miły i serdeczny, nie okazując im nigdy poczucia wyższości. Służba nad wyraz to sobie ceniła i dlatego chętnie przynosiła mu posiłki, szykowała kąpiel, czyściła jego ubranie czy też szykowała konie do jazdy. Podobnie rzecz się miała z Karolem, choć jego lekkie podejście do życia niekiedy służbę raziło i wywoływało w nich delikatną konsternację. Nie takie bowiem zwyczaje panowały dawniej. W dawnych, dobrych czasach wszystkie dzieci cesarza były przygotowywane do odegrania wielkiej roli w polityce Austrii, nawet jeśli nigdy nie miały nawet widoków na tron. Uczono je, jak ważne jest ich pochodzenie i jak trzeba je traktować. Tak było kiedyś. Zofia jednak miała inne podejście do tej sprawy. Najstarszy syn, jej ulubieniec od swoich najmłodszych lat przygotowywany był do bycia cesarzem. Na młodszego syna nie zwracała aż takiej uwagi, dlatego nie zadbała o to, aby odebrał on równie staranne wykształcenie, co Franciszek. Uznała, że skoro i tak to nie on obejmie tronu po śmierci ojca, to nie warto tracić czas i energię na to, aby dać mu równie wielką i wzmożoną edukację, co jego bratu. Karol początkowo czuł się z tego powodu gorszy, co budziło w nim zazdrość o Franciszka, jednak dość szybko zaakceptował ten stan rzeczy i zaczął czerpać z niego pełnymi garściami. Z tego właśnie powodu nie cieszył się takim szacunkiem służby, co Franciszek, chociaż był przez nią lubiany i jego pokój też chętnie odwiedzano w czasie wykonywania obowiązków.
Był jednak pokój, którego służba nigdy nie lubiła odwiedzać, ani po to, żeby w nim sprzątać, gdy nikogo tam chwilowo nie ma, ani tym bardziej z tego powodu, aby przynieść jego właścicielce posiłek. Był to pokój arcyksiężnej Zofii. Kobieta ta była zawsze ponura i nieprzyjemna, do służby nie zwracała się prawie wcale, a gdy już to zrobiła, czuć było w jej głosie coś ostrego i nieprzyjemnego, co odpychało od niej ludzi. Dlatego też usługiwanie Zofii było najmniej przyjemną rzeczą, jaką służba w pałacu Schonbrunn wykonywała. Lokaje, pokojówki oraz damy dworu bardzo nie lubiły tam przychodzić, nawet kiedy Zofii nie było w jej pokoju. Jakby zresztą miało być inaczej, skoro komnata arcyksiężnej była ponura i nieprzyjemna? Zofia usunęła z niej wszystko, co przypominało jej o szczęśliwych chwilach i co teraz mogłoby jej dawać radość. Usunęła nawet książki, które tak niegdyś lubiła czytać. Jedyne, co miała u siebie, poza łóżkiem, sekretarzykiem i biurkiem, gdzie od czasu do czasu pisała listy, to regał z Biblią i kilkoma książkami o tematyce religijnej, wielki krucyfiks na biurku, a także wiszący na ścianie ogromny portret męża, Franciszka Karola Habsburga, w który potrafiła wpatrywać się godzinami. Jej życie towarzyskie zostało przez nią samą ograniczone do minimum, dlatego na balach i przyjęciach rzadko była widywana, a jeśli już, to zwykle mocno obleczona w żałobę, psując innym zabawę swoim widokiem. Dlatego cieszono się, gdy Zofia zamykała się u siebie i nie wychodziła ze swojego pokoju po całych dniach i kiedy nikt nie musiał jej wtedy odwiedzać.
Od czasu śmierci Franciszka Karola minęło już półtora roku i stopniowo cały pałac zdejmował żałobę i powracał do życia. Zofia nie zamierzała brać udziału w tym wszystkim, jednak nie zapomniała o tym, że jako matka cesarza musi zadbać o to, aby jej syn i obecny władca Austrii pamiętał o ciągłości dynastii. Zofia wybrała żywot osoby odseparowanej na własne życzenie od świata, ale nie chciała, aby jej synowie, a już zwłaszcza Franciszek wybierali taki żywot. Obaj powinni się ożenić i doczekać potomstwa, które zostanie odpowiednio wychowane, aby jedno z nich, w odpowiednim momencie, objęło tron po Franciszku Józefie. Synowie Zofii nie mieli chwilowo do tego głowy, starszy bowiem był zajęty obowiązkami, z kolei zaś młodszy nawet nie myślał o stabilizacji. Jednak obaj powinni mieć potomstwo, nawet Karol. Ot tak, na wszelki wypadek, gdyby dzieci Franciszka nie doczekały dorosłości. W końcu śmiertelność wśród dzieci i to nawet dzieci monarchów była nierzadkim zjawiskiem. Z tego powodu należało być zawsze zabezpieczonym oraz przygotowanym z każdej strony na niespodziewany atak bezwzględnego brata Snu. Nie tylko więc Franciszek musiał mieć dzieci, Karol także. Trzeba było im zatem odnaleźć żony i to jak najszybciej. Nie wiadomo bowiem, kiedy śmierć ponownie zaatakuje, a z tego, co wiedziała Zofia, owo zjawisko uwielbiało atakować bardzo niespodziewanie i to najczęściej wtedy, gdy nikt się jej nie spodziewał. Nie można było pozostawić wszystko, tylko wziąć los w swoje ręce. Dlatego też właśnie Zofia postanowiła ożenić swoich synów. Im szybciej, tym lepiej.
Znalezienie odpowiedniej kandydatki na żonę dla młodszego syna nie było aż tak wielkim dokonaniem. Jako człowiek, który nigdy nie będzie dziedziczył tronu, a przynajmniej nie miał według planów Zofii tego zrobić, mógł on poślubić, kogo tylko zechciał, oczywiście w granicach rozsądku. Bo przecież, gdyby nie daj Boże coś poszło nie tak, dzieci Karola byłyby dziedzicami tronu pozostającymi w cieniu i czekającym na to, aby wkroczyć na arenę polityczną wtedy, kiedy będzie to już naprawdę konieczne. Dlatego ich matka mogła pochodzić z mniej ważnych osób w świecie politycznym, jednak mimo wszystko szanowanych. Dzieci zrodzone z byle kogo nie mają silnych praw do tronu, a niekiedy nawet żadnych. Ale to była już sprawa raczej drugorzędna. O wiele poważniej już wyglądał wybór kandydatki na żonę dla Franciszka. Tutaj sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej. Musiała to być dziewczyna zdrowa, dobrze wychowana, z odpowiednimi manierami, dobrze radząca sobie w świecie etykiety, której nie można nic zarzucić, a już na pewno nie brak obycia. I oczywiście musi pochodzić z rodziny, niekoniecznie królewskiej, ale co najmniej książęcej.
Tak o tym wszystkim rozmyślając, Zofia przypomniała sobie o Ludwice. Ona przecież miała kilkoro dzieci, w tym dwie dorastające córki o imionach Helena i Elżbieta. Pierwsza z nich była prawdziwie dystyngowaną damą. Zofia doskonale to pamiętała, bo półtora roku temu, gdy zmarł jej mąż, Ludwika z Heleną przybyła na cesarski dwór, aby podnieść arcyksiężną na duchu. Matka cesarza miała wtedy aż nadto czasu, żeby dobrze przyjrzeć się najstarszej córce dawnej przyjaciółki. Była to niezwykle miła, sympatyczna i dystyngowana dziewczyna. Maniery miała wręcz znakomite. Etykieta i dobry zachowanie nie były jej obce, znała również bardzo dobrze literaturę, muzykę i kilka języków obcych. Dodatkowo była niesamowicie piękna. Czego zatem chcieć więcej? Toż to była idealna kandydatka na żonę dla jej starszego syna. Ponadto Helena dobrze była znana Franciszkowi, podobnie zresztą jak pozostałe dzieci Ludwiki. Zatem nie żeniłby się z dziewczyną, której prawie nie zna. To zawsze wielki plus.
Jeśli chodzi o Elżbietę, Zofia nie mogła o niej zbyt wiele powiedzieć, gdyż w przeciwieństwie do Heleny, jej już naprawdę dawno nie widziała. Zapamiętała o niej jedynie fakt, że była to dziewczyna żywa, nad wyraz energiczna i przy okazji skrajnie niezależna. Istna dzikuska, mająca etykietę i wszelkie zasady panujące na dworze za strasznie głupie i nie zamierzająca się do nich nigdy dostosować. Co prawda, to z nią Franciszek najwięcej się bawił, gdy byli jeszcze dziećmi, ale ta dziewczyna w żaden sposób nie mogłaby zostać cesarzową Austrii. Nie, żeby Zofia coś do niej miała, ale uważała, że Elżbieta von Wittelsbach, nazywana przez swoją rodzinę pieszczotliwie Sissi jest ostatnią osobą, która dostosuje się do zwyczajów panujących na dworze cesarskim. Dla swojego własnego dobra lepiej zatem by zrobiła, gdyby nie wychodziła za Franciszka. Ale za Karola? To już inna sprawa. Ostatecznie Karol nigdy nie wykazywał zainteresowania polityką ani niczym, co się z nią w jakikolwiek sposób wiązało. Wiódł życie raczej beztroskie i spokojnie, w ogóle nie obarczone żadnymi poważnymi obowiązkami. W rezerwie oczywiście zawsze był, gdyby nie daj Boże Franciszkowi coś się stało, ale Zofia wierzyła, że do tego nie dojdzie, a jeśli nawet, to Franciszek zdąży do tego czasu się ożenić i mieć legalne potomstwo. Wtedy Karol zostanie odciążony od wszelkiego rodzaju obowiązków, których wszak i tak nie miał obecnie zbyt wiele i będzie mógł wieść spokojnie całkowicie beztroskie życie, nawet z dala od dworu. To wręcz idealny plan na życie dla Sissi.
Zatem postanowione. Franciszek ożeni się z Heleną, zaś Karol z Elżbietą i w ten sposób obaj jej synowie się ustatkują, doczekają potomstwa, a dziedziczność rodu zostanie całkowicie zapewniona. Tak, genialniejszego planu chyba nie dało się wymyślić.
Wtem drzwi otworzyły się i do pokoju wkroczyła, zaanonsowana przez sługę baronowa Helga von Tauler. Była to kobieta wysoka i postawna, szczupła i pełna wdzięku, o oczach barwy ciemnego brązu i włosach tego samego koloru. Nosiła jak zwykle jadowicie zieloną suknię z niewielkim dekoltem. Pomimo ukończonych już od jakiegoś czasu czterdziestu lat wciąż była ona piękna i niejeden dworzanin marzył o tym, aby zaszczyciła go zostaniem jego kochanką. Baronowa jednak, po nagłej śmierci męża, nie dopuszczała do siebie żadnych mężczyzn, skupiając się jedynie na wychowaniu swojej jedynaczki, jedenastoletniej Ilary. Nie w głowie jej były romanse ani powtórne wyjście za mąż, chociaż podobno od czasu do czasu w łożu kobiety gościli jacyś mężczyźni, mówiono jednak, że nigdy na dłużej niż na kilka nocy. Baronowa powzięła sobie bowiem za punkt honoru, że już nigdy nie będzie zależna od jakiegokolwiek mężczyzny, choć męża swojego wspominała w rozmowach z innymi zawsze jako tego, który jako jedyny skradł jej serce i duszę, a gdy zmarł, jakaś cząstka jej umarła wraz z nim. Zapewne dlatego tak dobrze teraz rozumiała Zofię, gdy ta zamknęła się w sobie po śmierci swojego męża i nigdy też, chyba jako jedna z niewielu osób, nie plotkowała na jej temat. Zofia dobrze o tym wiedziała i odwdzięczała się baronowej szczerą i prawdziwą przyjaźnią, jak i też o wiele większym zaufaniem niż tym, którym obdarzała inne bliskie sobie osoby. Nie znaczy to oczywiście, że ich relacje były idealne. Wręcz przeciwnie, baronowa Helga von Tauler niejeden raz padła ofiarą ataków złości Zofii i była osobą, na którą to arcyksiężna mogła zrzucić cały bagaż rozpaczy i bólu, jaki gnieździł się w jej sercu, który to bagaż ofiarowywany był w formie pretensji, złośliwości, a nawet i obelg. Baronowa znosiła to wszystko ze stoickim spokojem, wychodząc przy tym z założenia, że ostatecznie m.in. za to jej płacą.
- Nie możesz być naiwna, Ilary - powiedziała kiedyś do swojej córki - Takie już jest prawo na tym świecie. Silniejszy wyżywa się na słabszym, który nie może mu oddać. Taka kolej rzeczy. Prawo sługi, baty i guzy brać, zginając się przy tym do ziemi. Prawo pana i pani, baty i guzy rozdawać.
Ilary spojrzała na nią wówczas zdumiona i zapytała, niemalże przerażona:
- Ale jak to, mamo? Wolno wielkim panom czy paniom bić ludzi bez żadnej przyczyny?
Baronowa parsknęła wówczas ironicznym śmiechem i odpowiedziała:
- Jeżeli Zofia nabije ci kiedyś guza, pomacaj ręką po nim, a wtedy będziesz wiedziała, czy wolno, czy nie wolno.
Oczywiście matka Ilary doskonale wiedziała, że jej pani nigdy nie uderzyłaby dziecka. Pomimo swoich wad, posiadała tę zaletę, iż nigdy nie podniosła ręki na jakiekolwiek dziecko, ani swoje, ani cudze. Dorosły, to już inna sprawa. Czasami dostało się tej czy innej służce, baronowej także. Rzecz jasna, nie zawsze tak było. Kiedy żył cesarz Franciszek Karol, Zofia była najsłodszą kobietą na świecie. Jego śmierć zmieniła wszystko, łącznie z charakterem arcyksiężnej, siedzącej teraz za biurkiem i bacznie przyglądającej się swojej wiernej służce.
- Najjaśniejsza Pani wzywała mnie? - zapytała baronowa.
- Tak. Helgo, mam zadanie dla ciebie - odpowiedziała jej Zofia - Chcę, abyś wysłała mój list do księżnej Wittelsbach w Bawarii w wiadomej nam sprawie.
Baronowa wzięła od swojej pani wyżej wspomniany list, zapakowany już w kopertę i starannie zapieczętowany.
- Oczywiście, Najjaśniejsza Pani - powiedziała po chwili - Natychmiast go wysyłam.
- Spiesz się, bo czasu nie mamy zbyt wiele - odparła na to Zofia - Trzeba jak najszybciej zorganizować zaręczyny, a potem ślub. Korona Habsburgów przecież musi posiadać dziedzica. Franciszek jest jeszcze młody, ale w młodości jest jego siła. Jeżeli tylko się ożeni i doczeka potomków, ciągłość linii będzie zapewniona, a ja będę mogła spać spokojnie.
Baronowa spojrzała z uwagą na Zofię. Sądząc po zachowanym portretach, to musiała być niegdyś piękna kobieta. Obecnie niewiele jej z tego piękna pozostało. Jej ciemno-brązowe włosy już miały gdzieniegdzie pasemka siwizny, jej twarz zaś przeorało sporo zmarszczek, z kolei jej oczy, koloru dojrzałego bawarskiego piwa nie miały w sobie już tej samej energii i chęci do życia, co kiedyś. Jej tusza, która z wiekiem przybyła, nie czyniła ją bynajmniej brzydką, jednakowoż w połączeniu z niskim wzrostem zdecydowanie nie dodawała Zofii uroku. Kobieta ta miała już najlepsze lata za sobą, o czym doskonale wiedziała, co potęgowało jej niechęć do świata i jego uciec. Baronowa nieraz widziała ją ponurą i przygnębioną, ale teraz, gdy kobieta planowała zapewnienie ciągłości dynastii odzyskała chociaż na chwilę tę iskierkę życia, która dotąd ledwie się w niej tliła, a na chwilę obecną zapłonęła wielkim blaskiem.
- Czy wolno mi jednak o coś zapytać, Najjaśniejsza Pani? - spytała baronowa.
- Oczywiście, pytaj - odrzekła łaskawym tonem Zofia.
- Co będzie, jeżeli księżna Ludwika nie zechce przyjąć waszej propozycji? Bo ostatecznie może mieć powody do urazy z powodu brak stałego kontaktu z wami, Najjaśniejsza Pani. Zwłaszcza ostatnio.
Zofia uśmiechnęła się do baronowej pobłażliwie. Takiej możliwości nawet nie brała pod uwagę. Dobrze znała swoją dawną przyjaciółkę i wiedziała, czego może, a czego nie może się po niej spodziewać.
- Bądź spokojna, Helgo. Znam Ludwikę od dawna. Nie zmarnuje ona okazji, aby się ze mną spotkać i nawiązać ze mną ponownie relacje. A już na pewno nie zmarnuje okazji, aby wydać swoje urocze córeczki za mąż i to tak doskonale. Bo przecież przyznaj sama, lepsza partia jej córeczkom to się raczej nie trafi.
- Z pewnością, Najjaśniejsza Pani. Ale czy cesarz wie o waszych zamiarach?
- Jeszcze nie. Kiedy dostanę odpowiedź od Ludwiki, powiem mu o tym. To go postawi przed faktem dokonanym. Aby zachować dobre maniery, nie będzie w stanie odmówić. Przyjmie gości i na pewno zakocha się w pięknej Helenie. A jego brat Karol z pewnością straci głowę dla Elżbiety. To więcej niż pewne. Zanim więc nadejdzie nowa pełnia, będziemy mieli dwa wesela.
- Z pewnością, Najjaśniejsza Pani. Nie możemy jednak zapomnieć, aby zaraz po ślubie przeprowadzić koronację żony cesarza na cesarzową.
- Słusznie. Mój biedny nieboszczyk mąż zaledwie kilka lat rządził Austrią i miał wtedy tak wiele obowiązków, iż nie zdążył mnie koronować, nim odszedł z tego świata. Dlatego dla wszystkich jestem wciąż tylko arcyksiężną i dlatego wciąż są na tym świecie ludzie podważający prawa Franciszka do tronu. Pomyśl tylko, Helgo. Taki jeden mały błąd, a ile potrafi zaszkodzić. Dlatego też Franciszek musi zaraz po ślubie przeprowadzić koronację swojej żony. Wówczas ich potomstwu nikt już nie zarzuci braku praw do tronu ani tych praw nie podważy. Ale to już zostaw mnie, Helgo. Ty zajmij się wysłaniem listu oraz sprowadzeniem tu Ludwiki i jej dwóch uroczych córek na dwór. A potem sprawy potoczą się same.
Zofia nie wiedziała oczywiście, że jej plany potoczą się zdecydowanie inaczej niż tak, jak to ona zaplanowała. Nie należy bowiem igrać sobie z uczuciami innych osób i ustalać, kto kogo pokocha i kiedy tego dokona. To zawsze istnieć powinno w gestii każdego człowieka, aby decydował sam o sobie i o tym, kogo pokocha, a kogo nie. Gdy ktoś próbuje ingerować w tak poważne sprawy, nie licząc się przy tym ze zdaniem osób, których losem decyduje, prędzej czy później spotka go za to kara. Arcyksiężnę Zofię też ona czekała, a wszystko zaczęło się w dniu, w którym zostało zaplanowane przybycie księżnej Ludwiki i jej dwóch pięknych córek.

***

Tego dnia Franciszek Józef nie brał udziału w przygotowaniach do wizyty tak niezwykłych gości. Po pierwsze, miał on poważniejsze obowiązki na głowie, a po drugie nie był wcale zadowolony z planów matrymonialnych swojej matki. I nie chodziło tu o to, że w ogóle nie zamierzał się żenić. Wręcz przeciwnie, kiedyś na pewno zamierzał tego dokonać, ale jeszcze nie teraz. Czuł, że na ten jakże ważny krok jest jeszcze za młody, ponadto nie podobało mu się, iż matka wybiera mu żonę. Uważał, że w takich sprawach sam powinien podejmować decyzje i to bez żadnych nacisków ze strony kogokolwiek. Nie przyjmował do wiadomości tych dziwnych tłumaczeń matki, że dynastia i takie tam. Był zdania, że małżeństwo jest zbyt poważną sprawą, aby podchodzić do niej tak lekko i kierować się przy tym jedynie zimną kalkulacją. Trochę podnoszę na duchu było to, że matka wybrała na kandydatki na żony dla niego i Karola dziewczyny dobrze im wszystkim znane.
- Nene i Sissi? To one mają być naszymi żonami? - zapytał zaskoczony.
Matka skrzywiła się lekko, kiedy usłyszała te zdrobnienia. Nigdy nie lubiła tych dziwacznych przydomków, jakie nadawała sobie rodzina Wittelsbachów. Dla niej to było głupie i całkowicie pozbawione sensu. Nie po to, jej zdaniem, ktoś ma imię, aby je zdrabniać lub zastępować je przydomkiem. Dlatego do swoich synów nigdy nie mówiła zdrobniale i do dzieci Ludwiki też nie umiała tak się zwracać. Dla niej Helena i Elżbieta, to były Helena i Elżbieta. Nene i Sissi brzmiały dosyć dziwacznie, a przy okazji, nie po chrześcijańsku.
- Wiesz dobrze, że bardzo nie lubię tych głupich zdrobnień - odpowiedziała na pytanie syna Zofia - Ale tak, właśnie one mają przyjechać na dwór jako wasze narzeczone. Helena jest przeznaczona dla ciebie, a Elżbieta dla Karola.
- A dlaczego nie odwrotnie?
- Bo Elżbieta to dzika istota. Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć o tym najlepiej. Na pewno dobrze pamiętasz jej szalone pomysły.
- Ale zawsze doskonale się dogadywaliśmy.
- Franciszku, z Heleną też zawsze miałeś dobre relacje. A poza tym, przyszła cesarzowa musi posiadać wykwintne maniery, obycie w świecie i umieć poruszać się po salonach. Helena doskonale to potrafi. Widziałam ją jakiś czas temu. Zrobiła na mnie bardzo dobrze wrażenie swoim obyciem.
- No, ale Sissi...
- Elżbieta jest przeznaczona twojemu bratu. Oboje są dzikusami, którzy nigdy dobrze nie czuli się na salonach i oboje lekceważą konwenanse. Dlatego doskonale do siebie pasują. Poza tym, jak je zobaczysz, na pewno przyznasz mi rację.
Franciszek nie bardzo był do tego wszystkiego przekonany, jednak uznał, że matka może mieć sporo racji. Owszem, w dzieciństwie on i Sissi byli sobie bardzo bliscy i do tego obiecywali sobie, że się pobiorą, kiedy tylko dorosną. To wszystko było naprawdę piękne, ale było bardzo dawno temu. Do tego czasu Sissi na pewno już zapomniała o tych obietnicach. Bo niby dlaczego miałaby o nich pamiętać? A jeśli nawet, to czy powinna czuć się zobowiązana słowem, które oboje sobie dali, będąc jeszcze dziećmi? Raczej nie. A Helena... Franciszek słabo już ją pamiętał, bo dziewczyna nie brała z nim udziału w ich zwariowanych zabawach, ale mimo to była osobą nad wyraz uroczą i dobrą. To akurat doskonale pamiętał. Zatem może nie był to taki zły pomysł, aby to ona została jego żoną? Jednak to wszystko było dla niego skomplikowane. Zbyt skomplikowane, żeby podjąć decyzję tak od razu.
Młody cesarz chwycił za dzwonek, wzywając w ten sposób kamerdynera do swego gabinetu. Po chwili człowiek ów zjawił się u niego.
- Słucham, jaśnie panie?
- Każ osiodłać mojego konia. Wybieram się na przejażdżkę.
- Tak, Wasza Cesarska Mość. Uprzedzę eskortę.
- Nie, pojadę sam.
Kamerdyner lekko się zaniepokoił, kiedy to usłyszał.
- Sam? Wasza Cesarska Mość, tak nie można - powiedział - A jeżeli ktoś tę sytuację zechce wykorzystać i...
Franciszek parsknął śmiechem, rozbawiony podejrzeniami swojego sługi.
- Proszę cię, Piotrze. Przecież to śmieszne. Niby kto chciałby mnie zabić? A jeśli nawet, to jak niby odkryje, że akurat dzisiaj będę jechał konno bez nikogo do pomocy? Przecież to śmieszne. Poza tym, pojadę tylko na krótką wycieczkę i to po najbliższej okolicy. Nic mi się nie może stać.
- Rozumiem, Wasza Cesarska Mość. Mimo wszystko nalegam...
- Piotrze, proszę. Nie psuj mi dobrej zabawy.
- Jak sobie Wasza Cesarska Mość życzy.
Po tych słowach, kamerdyner skłonił się swemu władcy i wyszedł z pokoju, aby wykonać polecenie swojego władcy, który już po chwili siedział na grzbiecie wiernego białego rumaka i pognał na wycieczkę po okolicach swojej siedziby. W siodle czuł się doskonale, podobnie jak i w cywilnym ubraniu, dzięki którym nie rzucał się tak mocno w oczy. Liczył, że jeżeli nawet kogoś spotka, to nie zostanie przez tego kogoś rozpoznany i nie będzie musiał rozmawiać z tym kimś jak cesarz ze swoim poddanym, ale jak jeden człowiek z drugim człowiekiem. Tego bardzo mu brakowało w pałacu. Nie, żeby nie cieszyła go służba spełniająca każde jego życzenie, jednak brakowało mu w tym wszystkim pewności, czy ludzie pracujący dla niego są szczerzy. Ile w ich czołobitności względem jego osoby było prawdy, a ile było w tym pozy? W zasadzie Franciszek długo nie przejmował się tym faktem, ale odkąd spędził trochę czasu z Ludwikiem, swoim dalszym kuzynem i synem króla Bawarii, zaczął rozmyślać nad różnymi sprawami. A wszystko przez to, że nasiąknięty liberalnymi poglądami Ludwik zasiał w jego sercu wiele wątpliwości.
- Franciszku, ile jest szczerości w czołobitności, jaką okazuje ci twoja własna służba? - pytał go wtedy - Ile w tym wszystkim prawdy, a ile pozorów?
- A czy to ma jakieś znaczenia? - odparł wówczas Franciszek - Co może mnie obchodzić, co o mnie myśli moja własna służba?
- Moim zdaniem powinno. Warto wiedzieć, co myślą o nas ludzie, którzy są wokół nas i spędzają z nami czas.
- Jest w tym sporo prawdy, ale niby jak mam odkryć, co myślą o mnie moi pracownicy? Z twojej mowy wnioskuję, że sporo w ich zachowaniu pozorów. Więc jak mam odkryć, co o mnie sądzą tak naprawdę?
- Są różne metody. W sztuce Szekspira Henryk V przebrany w strój prostego żołdaka, przechadzał się po swoim wojskowym obozie i w ten sposób poznał nie tylko zdanie żołnierzy na jego temat, ale i na temat toczących się walk.
- Sugerujesz, że powinien przebrać się za służącego i przepytać służbę, co ona myśli o swoim cesarzu?
- Ja ci niczego nie sugeruję, Franciszku. Ja tylko mówię, co możesz zrobić.
- A ty tak zrobiłeś?
- Raz. Uwierz mi, wycieczka ta przyniosła mi wiele ciekawych wniosków.
- Ech, Ludwiku. A co ojciec na te twoje pomysły?
- Śmieje się z nich. Żartuje sobie, że ciągnie mnie do socjalistów.
- A ciągnie cię?
Ludwik uśmiechnął się z pobłażaniem do Franciszka, jakby usłyszał bardzo naiwne pytanie, które tylko dziecko może zadać.
- Franciszku, nie żartuj sobie. Ja i socjaliści? Jeszcze czego. Nie przekonują mnie ich poglądy. Poza tym, dla mnie wszyscy socjaliści to złodzieje, bo chcieliby dzielić się cudzym. Mówią, że wszystko powinno być wspólne, jak uważał Platon, bo wtedy wszyscy będą wspólnie dbać o wspólne dobro. To głupota. Ludzie są z natury egoistami i dbają przede wszystkim o to, co jest ich. Gdy mają coś, co jest wspólne z innymi ludźmi, lubią zwalać obowiązek dbania o to na pozostałych, że tak powiem, współwłaścicieli. Poza tym, pomyśl tylko. Będziesz pracować i sobie zarobisz na to, co bardzo chcesz mieć i co? Przyjdzie socjalista i powie, że musisz mu to też dać do użytku, bo on jest potrzebujący. A niby dlaczego masz mu to dać? Przecież on ręki nie przyłożył do tego, aby na to sobie zapracować. I nagle masz się z nim tym dzielić?
- Jezus nakazał się dzielić - zauważył Franciszek.
- Ale nie nakazywał robić to bezmyślnie - odparł Ludwik - Nasz świat trzeba zmienić, ale nie w taki sposób, jaki radzą socjaliści. Poza tym, oni wierzą w nauki Platona, a do mnie przemawia Arystoteles z poglądem o powszechnym egoizmie ludzi. Platon był marzycielem, a Arystoteles twardo stąpał po ziemi.
- Sądziłem, że ty też jesteś marzycielem.
- Owszem, ale nie naiwnym. Mogę sobie wierzyć w ideały, ale nie do tego stopnia, aby z ich powodu wywracać świat do góry nogami. Wszystko musi mieć swoje granice. Nawet idealizm. A wracając do tematu, od którego zaczęliśmy obaj naszą rozmowę, to przejdź się po pałacu lub okolicy w cywilnym stroju. Dowiesz się wówczas o sobie więcej niż wtedy, kiedy zrobisz to w cesarskim mundurze.
Słowa te długo krążyły po głowie Franciszka, nawet wtedy, kiedy powrócił z Bawarii. Postanowił sobie, że przy pierwszej nadarzającej się okazji przebierze się w cywilny strój i zwiedzi sobie okolicę. Jednak nie miał za bardzo możliwości, aby to zrobić, nawał obowiązków mu na to nie pozwalał. Teraz wszakże była okazja i Franciszek zamierzał z niej skorzystać. Zadowolony przebrał się w strój cywilny, po czym pojechał konno na wycieczkę. Nie wiedział jeszcze, dokąd pojedzie ani na jak długo, ale wiedział, że chce choć na chwilę odpocząć od tego zgiełku, jaki panuje w pałacu podczas przygotowań. I przy okazji przemyśleć sobie wiele spraw. A miał co przemyśleć.
Jechał przez pola i łąki, pogrążony we własnych myślach. Zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić w zaistniałej sytuacji. Czy powinien żenić się z Heleną, którą dobrze znał, ale mimo wszystko nie czuł do niej nic poza sympatią? Matka wychodziła z założenia, że to najmniej istotny fakt, bo miłość zawsze pojawia się dopiero z czasem. Młody i wciąż idealistycznie podchodzący do tych spraw Franz nie był jednak do tego przekonany. Uważał, że ślub powinno brać się zawsze tylko i wyłącznie z miłości. Czyż jego rodzice nie pobrali się przede wszystkim dla tego uczucia? Dlaczego on miałby tego nie zrobić?
Jego rozmyślania przerwał niezwykły widok. Zobaczył mężczyznę brodatego i biednie odzianego, który szarpał się z czarnym koniem, wierzgającym ostro oraz machającym mocno nogami w jego kierunku. Koń był piękny, niemal cały czarny, jedynie miejsce między oczami zdobiła biała podłużna plama. Widać było i to na pierwszy rzut oka, że koń nie należy do mężczyzny, który się z nim szarpał. Był to koń rasowy, a człowiek próbujący go ze sobą zabrać wyglądał na biednego. Do tego zwierz wił się i szarpał. Czy robiłby tak ze swoim właścicielem? Bardzo mało prawdopodobne. Franciszek postanowił interweniować.
- Chyba nie ma on ochoty iść z tobą, dobry człowieku - powiedział z ironią, podjeżdżając bliżej brodacza.
Ten spojrzał na niego groźnie, jakby chciał go zabić wzrokiem i rzekł:
- Pójdzie ze mną. Nie mieszaj się do tego, paniczyku.
- Obawiam się, że będę jednak musiał - odpowiedział Franciszek, zsiadając z konia - Zostaw tego wierzchowca, a najlepiej oddaj go temu, komu go zabrałeś.
- Nikomu go nie zabrałem. Stał sobie tutaj, szczypał trawę, to go se wziąłem. Co ma się marnować taki piękny zwierzak, co nie?
- Wspaniale, ale teraz go oddasz.
- Doprawdy? A kto mi każe?
- Ja.
Brodacz zachichotał podle i zamachnął się pięściami na Franciszka. Ale nie zdołał zadać ciosu, ponieważ ten uchylił się i odskoczył na bok, po czym szybkim ruchem wydobył szpadę z pochwy, przykładając jej ostrze do gardła bandyty. Ten dopiero wówczas zrozumiał, że to nie przelewki i zląkł się. Na twarzy pojawiły mu się krople potu, a w oczy zajrzała mu śmierć.
- Wynoś się, draniu. I żebym cię tu więcej nie widział - powiedział Franciszek groźnym tonem - A jeżeli jeszcze raz zobaczę, jak coś kradniesz, to osobiście cię wypatroszę. Rozumiesz?
Bandyta pokiwał przerażony głową na znak, że wszystko zrozumiał, po czym zrobił krok do tyłu, niepewnym tonem, bo nie wiedział, czy Franciszek naprawdę chce go puścić. Kiedy jednak upewnił się w tym, zrobił kilka szybkich kroków do tyłu, potknął się o kamień i upadł na ziemię. Wciąż przerażony zerwał się na równe nogi i ruszył biegiem przed siebie.
Franciszek schował szpadę do pochwy i podszedł do czarnego konia, który podczas tej sytuacji stał i wszystko uważnie obserwował. Zaniepokojony tym, że podchodzi do niego kolejny nieznajomy zarżał, ale młodzieniec wykonał bardzo uspokajający ruch ręką na znak, że nie chce mu zrobić krzywdy, po czym złapał go za uzdę i powiedział:
- Spokojnie, koniku. Spokojnie. Zaraz cię odprowadzę do właściciela. Tylko, gdzie on teraz jest?
Rozejrzał się i zobaczył kilkanaście metrów od siebie piękne jezioro z małym drzewem rosnącym w jego pobliżu. Bandyta wspomniał, że to tam był koń, kiedy go zabrał. Zaintrygowany Franciszek ujął drugą ręką swego konia, po czym bardzo powoli i ostrożnie zbliżył się do tego miejsca. Naszły go niespokojne myśli. A co, jeżeli ktoś zrobił sobie tutaj piknik, a bandyta go zabił lub ciężko zranił, aby mu ukraść konia? Tego nie wolno było sobie zlekceważyć.
Zaniepokojony cesarz podszedł bliżej jeziora, rozglądając się dookoła, czy nie ma gdzieś w pobliżu nieprzytomnego lub zabitego właściciela konia. Ku wielkiej uldze nie zobaczył niczego takiego, ale zamiast tego zauważył leżącą przy jeziorze suknię fioletowej barwy. Franciszek pomyślał wówczas, że właścicielem konia jest lub też była kobieta. Może bandyta zabił ją, zdarł z niej ubranie i wrzucił jej ciało do rzeki? Chyba jednak nie, bo jeżeli obdarł ciało z ubrań, to dlaczego tego ubrania  nie wziął ze sobą?
Wtem w jeziorze coś zachlupotało. Franciszek spojrzał w kierunku, z którego ten dźwięk dobiegł i wówczas zobaczył niezwykły widok. Stanowiła go piękna i niezwykle smukła dziewczyna o długich, kasztanowych włosach, opadających jej zmysłowo na plecy. Widać ją było tylko do pasa, ale to co było widać, bardzo się Franciszkowi podobało. Postać miała ona szczupłą, ramiona wysmukłe, piersi zaś kształtne niczym dwa dojrzałe jabłka. Chyba przed chwilą nurkowała. Dziwnym jednak był fakt, że nie zauważyła ona kradzieży swego konia.
Dziewczyna przetarła sobie powoli dłońmi oczy mokre od wody, zachichotała radośnie i spojrzała w niebo z uśmiechem na twarzy. Wtem jej koń zarżał głośno. Nieznajoma odwróciła się i zobaczyła przed sobą wysokiego młodzieńca o blond włosach, szczupłego, postawnego i niezwykle urodziwego, w niebieskim stroju i ze szpadą u boku. Nie wiedziała, kim on jest, ale poczuła, jak serce jej mocniej bije na jego widok. Szybko jednak się zorientowała, że trzyma on za uzdę jej konia, a do tego widzi ją nagą.
- Co pan robi z moim koniem?! - zawołała oburzonym tonem.
Następnie szybko opadła lekko w dół, aby nie było widać jej piersi i dodała:
- Niech pan zostawi w spokoju mojego konia! I w ogóle, co pan tu robi?
Franciszek zmieszał się, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć. Piękna i zupełnie naga dziewczyna posądziła go o kradzież i niemoralne zachowanie. A on przecież chciał jej tylko pomóc. Musiał to wszystko wyjaśnić. Tylko jak?
- To nie jest to, co pani myśli - wydusił wreszcie z siebie.
- Nie wie pan, co ja myślę - odpowiedziała ironicznie dziewczyna.
Widząc jego zmieszanie, szybko zrozumiała, że na pewno nie chciał on jej ukraść konia. Gdyby chciał to zrobić, z pewnością by nie był taki nieśmiały. A w każdym razie takie zachowanie, jej zdaniem, nie pasowało do złodzieja.
- Ja nie chciałem pani zabrać konia. Po prostu taki jeden chciał to zrobić, ale mu to wyperswadowałem - zaczął mówić Franciszek - Chciałem go pani oddać i... No i pani się wynurzyła.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, bez trudu odgadując po twarzy tego uroczego młodzieńca, że mówi on prawdę.
- Rozumiem. To dobrze, że pan był w pobliżu i zdołał pan ocalić Pioruna.
- Pioruna? To imię pani konia?
- Owszem. Chętnie bym panu odpowiednio podziękowała, ale...
Franciszek zrozumiał, o co jej chodzi, więc szybko odwrócił się, aby na nią nie patrzeć, kiedy ta wyjdzie z jeziora. Po dźwięku wody, jaki doszedł do jego uszu łatwo się domyślił, że nieznajoma wyszła na ląd i powoli zaczęła się ubierać.
- Nie zauważyła pani, jak ktoś kradł pani konia? - spytał po chwili Franciszek - Koń mocno wierzgał i szarpał się porywaczowi. Nie usłyszała pani tego?
- Widocznie wtedy byłam pod wodą - odpowiedziała mu dziewczyna - Bardzo lubię nurkować i sprawdzać, jak długo potrafię wytrzymać pod wodą. Ja wiem, że to nie wypada damie, ale kiedy nikt nie patrzy, można sobie pozwolić na więcej.
- To prawda. Koń na początku poszedł z porywaczem, ale chyba potem ten na niego chciał wsiąść, więc zaczął się szarpać. Na tym właśnie ja go przyłapałem.
- Dobrze, że był pan w pobliżu.
- Też tak uważam. Czy już można patrzeć?
Dziewczyna zachichotała rozbawiona i powiedziała serdecznie:
- Owszem. Mógłby pan mi pomóc zawiązać suknię?
Franciszek odwrócił się i zobaczył, że dziewczyna jest już ubrana. Nieco był tym faktem zawiedziony, ponieważ naga była ona dużo piękniejsza, ale ostatecznie w sukni też posiadała wiele uroku osobistego. Podszedł zatem do dziewczyny i zaczął jej pomagać w zawiązaniu stroju.
- Bardzo pana przepraszam, że tak na pana naskoczyłam na początku - rzekła po chwili dziewczyna.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział Franciszek - A ja przepraszam, że tak się patrzyłem, kiedy pani... To znaczy, ja nic nie widziałem.
- Ależ pan zmieszany. Jakby nigdy nie widział pan nagiej kobiety.
- Nigdy tak pięknej.
- Widywał pan nagie brzydule?
- Nie to miałem na myśli.
Franciszek skończył zawiązywać dziewczynie suknię, a ta wówczas zaczęła sobie wyżymać włosy z wody.
- Bardzo panu dziękuję za pomoc. Z koniem i z suknią.
- Ależ nie ma za co. Jestem zawsze do usług - zadeklarował Franciszek.
- A czy wolno wiedzieć, komu zawdzięczam ocalenie mego konia?
Franciszek postanowił nie wychodzić ze swojej roli incognito. Wiedział, że oznajmienie dziewczynie, kim jest sprawi, że przestanie z nim rozmawiać tak miło i swobodnie, a tego nie chciał.
- Mam na imię Józef. A pani?
- Elżbieta - odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem na twarzy.
Imię to wywołało we Franciszku bardzo miłe wspomnienia. Przypomniało mu też o tym, iż imienniczka owej tajemniczej nieznajomej, jego urocza kuzynka i jej siostra miały dzisiaj zjechać do pałacu. Ciekawe, czy już były na miejscu? Pewnie tak i zapewne teraz czekają na niego. Ale spokojnie, poczekają. Towarzystwo tutaj poznane było w chwili obecnej dla Franciszka dużo ciekawsze.
- Piękne imię pani posiada - powiedział cesarz z nieskrywanym zachwytem.
- Bardzo dziękuję - odpowiedziała Elżbieta, lekko się przy tym rumieniąc.
Franciszek poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić w obecności nieznajomej i postanowił dowiedzieć się o niej jak najwięcej.
- Proszę mi wybaczyć, ale jestem z tych stron i nigdy jeszcze pani tutaj nie widziałem. Czy pani może przyjezdna?
- Owszem, pochodzę z Bawarii - odpowiedziała Elżbieta - Przyjechałam tutaj z mamą i siostrą. Mnie i moją siostrę Heleną chcą wydać za mąż i to nie uwierzy pan, gdzie. Na samym cesarskim dworze.
Franciszka wręcz zamurowało, kiedy to usłyszał. Zaczął uważnie przyglądać się dziewczynie i nagle zrozumiał, jak strasznym był głupcem. Oto miał przed sobą swoją małą towarzyszkę dziecinnych zabaw i nie rozpoznał jej od razu. To był po prostu skandal. Jak można było nie poznać Sissi? Oczywiście była teraz dorosła, ale wciąż miała w sobie ten sam urok, jaki posiadała niegdyś. Jak on mógł tego nie zauważyć od razu? Przecież kiedyś była mu tak bliska?
Sissi wpatrywała się w niego uważnie, zaniepokojona jego zachowaniem. Nie wiedziała, jak ma je interpretować, ale ostatecznie pomyślała, że zapewne ten oto młodzieniec nie wierzy w jej opowieść.
- Nie wierzy mi pan, prawda? - spytała.
- Ależ skąd. Wierzę - odpowiedział jej szybko Franciszek - Pracuję od dawna na dworze i wiem, że dzisiaj miały przybyć księżna Ludwika von Wittelsbach i jej dwie piękne córki. Nie spodziewałem się jednak, że zastaną jedną z nich w takiej dosyć niezręcznej sytuacji.
- Och, proszę tylko o niej nie mówić mojej matce ani arcyksiężnej Zofii! Tak bardzo się boję stracić ich szacunek! - zawołała Sissi niemalże błagalnym tonem.
- Spokojnie, proszę pani. Ja nikomu nic nie powiem - zapewnił Franciszek - Jestem człowiekiem niezwykle dyskretnym. Zresztą sam miałbym problemy i to nie lada, gdyby tak dowiedziano się, jakie rzeczy ja tutaj widziałem.
- Słusznie. Jeszcze by panu ścięli głowę - zażartowała sobie Sissi.
Oboje zaczęli się śmiać, ubawieni tymi żartami.
Piorun zarżał, jakby chciał przypomnieć o swoim istnieniu i Sissi podeszła do niego, częstując go kawałkami cukru.
- Piękny koń - powiedział szczerze zachwyconym wierzchowcem Franciszek - Musiał dużo kosztować, prawda?
- Owszem. Mój ojciec kupił go za dużą sumę pieniędzy od naszego sąsiada, hrabiego Arkasa. Nie umiał on sobie z nim poradzić, był gotowy nawet go zabić, bo ten nie pozwalał mu się dosiąść, ale na całe szczęście tata przekonał hrabiego do zmiany zdania. I proszę, mam teraz najpiękniejszego konia na świecie. Chociaż pański wcale nie jest brzydszy. Jak się nazywa?
- Pegaz - odpowiedział jej Franciszek, podchodząc do swojego konia - Dał mi go mój ojciec, gdy jeszcze żył.
- Och, to bardzo mi przykro. Wyrazy współczucia - powiedziała zasmucona Sissi - Zapewne jest on panu z tego powodu bardzo bliski.
- To prawda, to nie tylko wierzchowiec, ale wręcz wierny przyjaciel w każdej sytuacji - odparł młody cesarz - Jak wybieram się na samotne przejażdżki, to go ze sobą zabieram. Nigdy mnie jeszcze nie zawiódł.
- Mnie Piorun też nie - odrzekła Sissi i spojrzała z uwagą na Franciszka - To mówi pan, że pracuje pan w pałacu? Czy wolno spytać, jako kto?
- To żadna tajemnica. Jestem pokojowcem cesarza.
- Samego cesarza?
- Zgadza się.
Sissi z uwagą zaczęła się przyglądać swojemu rozmówcy i spytała:
- A jaki on jest? Znaczy cesarz? Widzi pan, znaliśmy się kiedyś, dawno temu, ale potem długo nie mieliśmy okazji ze sobą się spotkać. Jestem więc bardzo, ale to bardzo ciekawa, jaki on jest teraz?
Franciszek udawał, że się zastanawia nad odpowiedzią, po czym rzekł:
- No cóż... Jest dobry, wrażliwy, serdeczny, inteligentny, życzliwy, czarujący, hojny, a ponadto wręcz niesamowicie przystojny. Dla niektórych jest ideałem.
Sissi parsknęła śmiechem, słysząc tę listę zalet. Uznała najwidoczniej, że ten oto wierny sługa cesarza ubarwia mocno jego cechy z powodu lojalności wobec osoby, która daje mu pracę. A może boi się skrytykować cesarza z obawy, że Sissi powtórzy tę krytykę cesarzowi i biedny Józef straci posadę?
- No dobrze, już dobrze. Cieszę się, że ma tyle zalet, bo przecież ma poślubić moją siostrę. Sam pan rozumie, chciałabym, aby mężczyzna, który zostanie już za niedługo moim szwagrem, był dobrym mężem dla Heleny.
Franciszkowi nagle radosny humor minął niczym za pstryknięciem palcami. Przypomniał sobie bowiem, że to właśnie Helena została mu wybrana na żonę, ale im więcej rozmawiał z Sissi, tym bardziej był pewien, iż gdyby sam miał podjąć decyzję w tej sprawie, to jego wybór byłby inny. Ponadto w jego głowie odżyły wspomnienia związane z ich wspólnie spędzonym czasem w dzieciństwie, które to były najpiękniejszymi wspomnieniami w jego życiu. Wszystko to przypomniało mu, co kiedyś czuł do Sissi, co chyba nadal czuł. Dlaczego zatem matka wybrała na jego żonę Helenę, z którą nie miał tak bliskich relacji? To było nie w porządku.
- Wszystko dobrze? - spytała zaniepokojona Sissi.
Franciszek niemal natychmiast się rozpogodził i odpowiedział:
- Tak. Proszę mi wybaczyć, zamyśliłem się. Czasami tak to już ze mną jest, że nagle, zupełnie nachodzą mnie takie dziwne refleksje.
- Rozumiem. Znam na nie jednak bardzo skuteczny sposób.
To mówiąc, wsiadła na grzbiet Pioruna i dodała wesoło:
- Wyścigi konne. Przyłączy się pan?
- Z przyjemnością - odpowiedział Franciszek, też wskakując na swego konia.
- Doskonale. A zatem, niech mnie pan dogoni!
To mówiąc, delikatnie trąciła konia nogami po bokach, na co ten zareagował ruszając z kopyta przed siebie. Franciszek oczywiście nie zamierzał zostać w tyle i pogalopował za Sissi. Dziewczyna jednak nie dała mu się dogonić. Pędziła przed siebie, śmiejąc się beztrosko, a wiatr dziko rozwiewał jej włosy. Wyglądała wtedy tak cudownie w oczach Franciszka, że ten nie był w stanie oderwać od niej wzroku i tylko pognał nieco swojego wierzchowca, ale w miarę możliwości zbliżyć się do tej niezwykłej dziewczyny.
Wtem, gdy już prawie osiągnął ten cel, zza jakiegoś zaułka wyskoczył pies i zaczął dziko ujadać na konia Sissi. Piorun stanął wówczas dęba, zarżał dziko, po czym pognał w bok, w pierwsze miejsce, jakie mu tylko przyszło do głowy. Byle daleko od tej szczekającej bestii. Sissi próbowała go zatrzymać, jednak ku swemu przerażeniu odkryła, że straciła kontrolę nad zwierzęciem. W tamtej chwili nie była w stanie nad nim zapanować, nawet wtedy, kiedy pogalopował prosto przez pole pełne kapusty, tratując sporo warzyw rosnących na nim. Sissi zrozpaczona, gdyż ceniła pracę chłopów i nie lubiła, gdy ktoś niweczył ich starania, nie miała jednak czasu, aby przeprosić właściciela pola, ponieważ jej koń gnał dalej przed siebie i nic nie wskazywało na to, aby miał zamiar się zatrzymać. Nagle zobaczyła, że tuż obok niej galopuje na swoim koniu jej towarzysz. Silnym uchwytem złapał on za lejce i szarpnął nimi w swoją stronę, zmuszając Pioruna do zwolnienia, a potem do całkowitego zatrzymania się. Gdy to się stało, Sissi odetchnęła z ulgą i spojrzała z wdzięcznością na swego wybawiciela.
- Bardzo dziękuję. Już się bałam, że mnie zrzuci - powiedziała i dodała, jakby na obronę samej siebie - Normalnie dałabym sobie z nim radę, ale teraz, kiedy się przestraszył, to po prostu straciłam nad nim kontrolę. Nie mam pojęcia, co w niego wstąpiło. Nigdy się tak nie zachowywał.
- Każdy koń, nawet ten najlepiej wytresowany, może się spłoszyć i ponieść - rzekł pocieszająco Franciszek - Nie ma w tym nic uwłaczającego dla jeźdźca, że nie może nad nim wtedy zapanować.
Sissi zarumieniła się lekko, po czym spojrzała w oczy Franciszka, czując przy tym, jak jej serce mocniej bije. Te oczy, niebieskie i takie zachwycające, po prostu ją oszałamiały. Poczuła, że ten młodzieniec coraz bardziej jej się podoba i czuła, że ona jemu też się podoba. Choć wiedziała, iż to nie wypada, postanowiła mu to w jakiś sposób okazać.
- Już drugi raz ratuje mi pan życie - powiedziała serdecznym tonem - Czy jest pan może zawodowym bohaterem?
- A i owszem, można tak powiedzieć - odparł wesoło Franciszek - Codziennie jest ktoś, komu pomagam w kłopotach.                             
- Och, na pewno przede wszystkim pomaga pan damom - zażartowała Sissi.
- Pod tym względem, jak przystało na bohatera, nigdy nie wybrzydzam - rzekł do niej wesoło Franciszek.
Oboje zanieśli się gromkim śmiechem, po czym cesarz zeskoczył z konia, ujął Sissi w talii, aby ta mogła również zsiąść ze swego wierzchowca. Sissi skorzystała z jego pomocy, czując przy tym, jak serce bije jej szalenie w piersi, a miejsce, za które trzymał ją Franciszek, zrobiło się nagle gorące.
- Cieszę się, że byłem w pobliżu, aby panią uratować... Ponownie - rzekł do niej czułym tonem młodzieniec.
- Czy mogłabym prosić, aby częściej był pan w pobliżu na wypadek kolejnej takiej sytuacji? - spytała Sissi, dziwiąc się sama swojej śmiałości.
- Oczywiście, jeśli tylko pani tego chce.
- Chcę. Bardzo chcę.
- Ja również tego chcę. I wiem, czego jeszcze chcę.
To mówiąc, ujął dwoma palcami bródkę Sissi i przysunął swoją twarz do jej twarzy, po czym złożył na ustach delikatny pocałunek. Sissi poczuła wówczas, jak serce niemal wyskakuje jej z piersi, ciało zaczyna płonąć, a przez jej całą postać, od czubku palców po końcówki włosów przechodzą przyjemne dreszcze. Nigdy się jeszcze tak nie czuła. Ale wiedziała, że tej chwili nie zapomni nigdy.
Tę oto przepiękną scenę przerwał nagle dziki okrzyk pełen oburzenia. Oto tuż przy całującej się parze pojawił się właściciel pola kapusty, tak zdewastowanego przez Pioruna. Był wściekły i wcale nie zamierzał tego ukrywać.
- A, tu jesteście! - krzyczał - Co wy sobie w ogóle wyobrażacie?! A zwłaszcza paniusia?! Zniszczyłaś moją kapustę! I z czym ja teraz pójdę na targ?! Z dobrymi chęciami?!
Sissi oderwała się od Franciszka i spojrzała przepraszająco na chłopa. Poczuła wówczas, że strasznie jej głupio i sama nie wie, jak mogło do tego dojść.
- Przepraszam pana. Naprawdę nie chciałam. To był wypadek.
Ponownie do akcji wkroczył Franciszek. Wysunął się przed Sissi i rzekł:
- Proszę się nie niepokoić. Ja pokryję pańskie szkody i to z nawiązką.
To mówiąc, wydobył zza poły sakiewkę złota i podał ją chłopu. Ten zmieszał się na widok Franciszka, którego rozpoznał, złożył mu natychmiast ukłon i rzekł:
- Och, Wasza Cesarska Mość. Nie wiedziałem, że to pan. Gdybym wiedział, to nigdy bym sobie nie pozwolił... Przysięgam.
- Nic nie szkodzi. Weź to, dobry człowieku i zapomnijmy o całej tej sprawie - odparł na to życzliwym tonem Franciszek.
Chłop, pomimo dręczących go w tej sprawie wątpliwości, przyjął sakiewkę i odszedł. Zadowolony z takiego obrotu spraw, młody cesarz odwrócił się do Sissi, ale na jej twarzy nie widniał już uśmiech radości i zachwytu. Jej śliczną fizis teraz szpeciła mina pełna złości i niechęci. Franciszek szybko zrozumiał powód takiego stanu rzeczy. Dziewczyna wiedziała już, z kim przebywa i poczuła się oszukana.
- Sissi, ja... Wybacz, że ci nie powiedziałem.
- Okłamałeś mnie - powiedziała ze złością Sissi - Udawałeś przede mną sługę cesarza. Powiedziałeś, że nazywasz się Józef i pracujesz w pałacu!
- Nie okłamałem cię. Przecież pracuję w pałacu. Sądzisz, że cesarz się tylko wyleguje i nic nie robi? A moje imię... Przecież mam na imię Józef. To moje drugie imię.
- Powiedziałeś, że jesteś pokojowcem cesarza!
- No dobrze, z tym kłamałem. Ale nie chciałem, żebyś traktowała mnie jak cesarza. Chciałem, żebyśmy mogli rozmawiać ze sobą normalnie, jak za dawnych czasów, kiedy jeszcze nie nosiłem korony.
Do Sissi jednak tego rodzaju tłumaczenia w ogóle nie trafiały. Kipiała wręcz ze złości i chciała, żeby on o tym wiedział.
- Skoro tak, to wobec tego powiem ci to, czego cesarzowi nie ośmieliłabym się nigdy powiedzieć. Jesteś oszustem i draniem! Rozpoznałeś mnie, kiedy ci się już przedstawiłam, a mimo to grałeś przede mną tę lichą komedię! I jeszcze przed chwilą mnie pocałowałeś, chociaż żenisz się z moją siostrą! Uważasz, że to jest w porządku wobec mnie i wobec Nene?
Franciszek nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Poczuł, że Sissi ma sporo racji, ale co mógł poradzić na to, że jego serce zawsze mocniej mu biło jedynie przy niej i teraz to wszystko odżyło na nowo, ledwie ponownie ją spotkał? Czy to była zbrodnia? Chciał jej to powiedzieć, ale Sissi nie zamierzała już go słuchać. Wskoczyła szybko na grzbiet Pioruna, skierowała go w kierunku pałacu, po czym obróciła się ze złością w kierunku Franciszka i rzekła:
- A teraz możesz mnie wsadzić do lochu za obrazę majestatu cesarza!
Po tych słowach, spięła ostro boki konia i pognała przed siebie niczym strzała wypuszczona z łuku, pozostawiając Franciszka z jego własnymi myślami.

Rozdział I - Wspomnienia i wątpliwości


- Siedemnaście... Osiemnaście... Dziewiętnaście... Dwadzieścia... Szukam!
Mała i śliczna dziewczynka, mająca tak z siedem lub osiem lat, oderwała się od drzewa, o które właśnie stała oparta, otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła siebie z ogromną uwagą. Jej towarzysza zabaw nigdzie nie było widać, ale wcale jej to nie zdziwiło. Ostatecznie przecież na tym i to już od dawien dawna, polegała zabawa w chowanego, aby jedna osoba szukała, a druga się schowała i to najlepiej tak, aby jej odszukanie nie było takie proste. Dziewczynka dobrze o tym wiedziała, ale była niezwykle pewna siebie, dlatego wierzyła w to, że odnajduje ona chłopca, który właśnie się z nią bawił.
- Franz! Zobaczysz, znajdę cię! - zawołała wesoło.
Poprawiła sobie dłonią, ukrytą w niebieskiej zimowej rękawiczce, niesforny kosmyk ciemno-kasztanowych włosów, wysuwający się spod czapki, którą miała mocno naciągniętą na głowę. Niebieska kurteczka, barwy takiej samej jak czapka oraz rękawiczki i obłożona białym futerkiem sprawiała, że nie czuła chłodu, czego w innej sytuacji nie dałoby się uniknąć, ponieważ zima w Possenhoffen była tego roku niezwykle chłodna. Śnieżne burze były tutaj rzadkością, ale mróz, ze względu na znajdujące się w pobliżu góry, zwykle trafiał się dość mocny, a niekiedy nawet i silny, śnieg z kolei padał naprawdę obficie, w wyniku czego bez ciepłego ubrania wyjście z domu było praktycznie niemożliwe. Dlatego dziewczynka, choć wprost kochała śnieg i zimę, zawsze musiała się porządnie opatulić przed wyruszaniem na wesołą zabawę. Tym razem też tak zrobiła, co sprawiało, że nie odczuwała ani przez chwilę ziąbu i nie psuło to jej w żaden sposób tego, co właśnie robiła.
- Znajdę cię! Zobaczysz! - zawołała ponownie dziewczynka, po czym zaczęła szukać swojego towarzysza zabaw.
Rozglądała się uważnie dookoła, próbując go wypatrzeć ukrytego za jednym z drzew, jak ostatnio to miało miejsce. Najwidoczniej jednak poszukiwany przez nią chłopiec, nauczony już doświadczeniem poprzednich zabaw tego rodzaju, tym razem wybrał sobie na kryjówkę zupełnie inne, nieco trudniejsze do odnalezienia miejsce. Dziewczynkę zatem czekały dłuższe poszukiwania. Nie zasmuciło jej to jednak w ogóle. Jako osóbka niezwykle rezolutna i pomysłowa, a do tego lubiąca wyzwania, ruszyła na poszukiwania Franza z jeszcze większą radością w sercu. Z wielką uwagą przyglądała się wszystkim możliwym kryjówkom, jakie tylko mógł sobie wybrać chłopiec. Zerkała do każdej z nich, ale niczego tam nie znalazła. Nie było go ani za drzewami, ani za sporymi kamieniami, ani w stajni, ani w kurniku, ani w żadnym innym miejscu, jakie tylko się tutaj znajdowało. Gdzie on zatem się mógł schować?
Dziewczynka rozejrzała się po podwórku, na którym toczyła się zabawa. Owo podwórko było częścią folwarku znajdującego się tuż obok dworu, w którym wraz z rodzicami i rodzeństwem mieszkała dziewczynka. Wiele razy tutaj bywała, ten folwark był po prostu idealnym miejscem na wesołe zabawy. W ten sposób nigdy nie przeszkadzało się rodzicom, a służba, uwielbiająca dzieci swego pana, chętnie je zawsze częstowała jakimiś przysmakami. Zwłaszcza chętnie robiła to pani Ida, mamka dziewczynki i jej rodzeństwa. Kobieta ta była znakomitą kucharką i nawet rodzice małej poszukiwaczki byli po prostu zachwyceni przyrządzonymi przez nią potrawami, ale oprócz tego wierzyli w to, że pod jej opieką nigdy nic złego ich małej córeczce stać się nie może.
Dziewczynka znała to miejsce jak własną kieszeń i dlatego wiedziała, gdzie tutaj można, a gdzie nie można się schować. Wydawało się jej, że już sprawdziła wszystkie miejsca, jednak w żadnym nie było Franza. A więc, gdzie on był?
Nagle dostrzegła idącego z paszą dla koni męża swojej mamki, pana Johanna. Mężczyzna, podobnie jak wszyscy tutaj, uwielbiał dziewczynkę i uśmiechnął się na jej widok.
- Dzień dobry, panienko - powiedział życzliwym tonem.
- Dzień dobry, Johannie - odpowiedziała mu serdecznie dziewczynka - Idziesz do koni?
- Tak, moja słodka. Są bardzo głodne - odrzekł mężczyzna - A kogo szukasz? Jeśli Idę, to jest u krów.
- Nie, nie Idę. Ja szukam Franza.
- Panicza Franciszka?
- Tak. Ale jaki on tam panicz? To Franz.
- Dla panienki Franz, dla nas panicz Franciszek.
Dziewczynka nie bardzo rozumiała, dlaczego dla niej chłopiec, z którym była na ty, dla jej mamki i reszty służby był zawsze paniczem Franciszkiem. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie umiała tego pojąć. Niby rodzice jej tłumaczyli, dlatego w taki, a inny sposób sprawy się mają, ale mimo wszystko w główce małej istotki ta sprawa wciąż była niezrozumiała. Nie chciała jednak tego teraz ustalać.
- No, nieważne - machnęła w końcu na to ręką - Widziałeś go? Bawimy się w chowanego i nie mogę go znaleźć.
- A to nie będzie nieuczciwe, jak ci podpowiem? - spytał mężczyzna.
- Nie musisz mi mówić. Możesz podpowiedzieć.
Johann uśmiechnął się do dziewczynki, rozbawiony jej sposobem myślenia, po czym wskazał wymownie głową na budynek folwarku. Pod ścianą stała tam  mała beczka, w której zwykle kiszono kapustę, ale która tym razem, ze względu na porę roku, stała pusta. Jej pokrywa leżała jednak obok. Dziewczynka przyjrzała się uważnie i nagle zrozumiała. Nie zaglądała do beczki. To jedyne chyba miejsce, którego jeszcze nie sprawdziła. Uśmiechnęła się życzliwie do Johanna, po czym podbiegła ostrożnie do beczki. Nie miała co prawda pewności, czy chłopiec tam jest, jednak czuła, że powinien tam być. I bardzo dobrze wiedziała, w jaki sposób go stamtąd wywabić. Kucnęła wesoło przy beczce, złożyła sobie dłonie w trąbkę i zawołała:
- Franciszku! Ida zrobiła obiad!
Niczym diabełek w pudełku, z beczki nagle wyskoczył chłopiec, o pięć lat od niej starszy, blondyn o niebieskich oczach, ubrany w biały strój i nałożony na to szary kożuch, w szarej czapce na głowie oraz w białych rękawicach zimowych na dłoniach.
- Obiad? Już jest obiad? - zapytał.
Wtem spostrzegł, że to był błąd, bo oto nagle, tuż przed nim pojawiła się, czy może raczej wyskoczyła przed nim słodka i bardzo roześmiana twarz dziewczynki o kasztanowych włosach i niebieskich oczach. Istotka ta była co prawda niższa od beczki, ale podskoczyła na tyle wysoko, że chłopiec mógł ją zobaczyć.
- A kuku, łakomczuchu! - zawołała uradowana.
Niezadowolony tym podstępem Franz spojrzał na dziewczynkę ze złością, po czym wygramolił się z beczki, mrucząc pod nosem słowa pełne gniewu.
- To nie fair, Sissi! Tak się nie robi!
- I co z tego? Znalazłam cię - powiedziała z satysfakcją dziewczynka, patrząc na swego przyjaciela z zadowoleniem.
- Zawsze mnie znajdujesz, bo oszukujesz.
- Zawsze cię znajduję, bo jestem bystra.
- Może, ale to nie w porządku, że wiecznie ci się udaje.
- Dla mnie to jest w porządku.
Franciszek popatrzył na dziewczynkę, którą nazywał Sissi i uśmiechnął się do niej po chwili. Jakoś nigdy nie umiał się na nią długo gniewać. Było w niej coś, co sprawiało, że złość mu przy niej szybko mijała. Nie wiedział, co jest tego zasługą. Czy to kwestia jej uroczego, zadartego noska? Czy tych oczy koloru szafirów? Czy też tych włosów barwy dojrzałego kasztana? Czy może uroczych piegów, którymi tak słodko upstrzona była jej buzia? A może słodkiego głosu? A może tego, że była jego małą Sissi? Tego nie wiedział, ale wiedział, że nieważne, ile się będzie na nią złościł, zawsze wszystko jej wybaczy.
- No dobrze, już dobrze. Tylko nie chwal się tym za bardzo - rzekł po chwili.
Dziewczynka obiecała mu, że tego nie zrobi, a chwilę później Ida naprawdę ich zawołała na obiad, dlatego poszli coś zjeść, a następnie wzięli sanki i poszli nad jezioro. Było zamarznięte i dlatego łatwo było się po nim ślizgać. Sissi wprost uwielbiała to robić, choć Franciszek miał, co do tej zabawy mieszane uczucia. Nie ufał tak bardzo temu lodowisku, jak jego towarzyszka, dlatego z wyraźną niechęcią zawsze szedł się tam ślizgać. Bał się, że lodowisko zrobi im kiedyś jakiś numer, ale nie wiedział, kiedy to nastąpi.
Akurat śmigał po lodzie wraz z Sissi, trzymając ją za rękę, gdy nagle usłyszał pod swoimi nogami dźwięk, który bardzo go zaniepokoił. To było coś bardzo, ale to bardzo groźnego, jakby trzask, jakby coś pękało. Spojrzał szybko w dół i nagle zobaczył, że w miejscu, w którym stoi pojawiły się pęknięcia. Poczuł, że serce mu zamiera z przerażenia i powiedział:
- Sissi... Słuchaj, lepiej stąd chodźmy.
- Franz, proszę. Psujesz mi zabawę - powiedziała z żalem w głosie Sissi.
- Sissi, lepiej stąd chodźmy.
- Franciszku, boisz się?
- Nie, ale coś mi tu się nie podoba.
- Czyli się boisz - stwierdziła dowcipnie dziewczynka.
- Dobra, boję się. Chodźmy stąd - zarządził chłopiec.
- Nigdzie nie idę. Tu mi dobrze.
- Sissi, proszę. Chodźmy stąd. Ten lód zaraz...
Nie dokończył, ponieważ Sissi też nagle usłyszała dźwięk, który tak mocno zaniepokoił jej towarzysza. Spojrzała w dół i zobaczył, że lód zaczyna pękać tam, gdzie oni stoją. Dopiero teraz na poważnie się przeraziła.
- Franciszku... Franciszku, co teraz? - zapytała zaniepokojona.
- Spokojnie, Sissi. Tylko spokojnie - odpowiedział jej Franciszek - Zaraz stąd wyjdziemy.
- Franciszku, boję się - wyszeptała dziewczynka, łapiąc go mocno za ramię.
- Tylko spokojnie, Sissi - powtórzył chłopiec, choć sam czuł, że za chwilę ze strachu serce mu z piersi wyskoczy.
Zaczął ostrożnie poruszać się w kierunku brzegu. Dziewczynka wtulona dziko w jego ramię też powoli wykonywała ruchy nogami, wraz z nim zmierzając tam, gdzie znajdowało się bezpieczne schronienie. Czuła, jak lód trzeszczy mocno im pod nogami, przez co drżała ze strachu, jednak nie zamierzała zostawać tam, gdzie jest. Za duże ryzyko się z tym wiązało. Franciszek co chwila ją pocieszał, a ona żałowała, że tu w ogóle przyszli.
Powoli i bardzo ostrożnie dotarli do brzegu. Chłopiec zszedł wówczas z lodu na ziemię, z radością witając pod nogami śnieg, następnie ścisnął mocniej dłoń Sissi na znak, że powinna do niego dołączyć. Niestety, ledwie dziewczynka chciała to zrobić, a lód pod jej nogami załamał się, a ona sama wylądowała aż do pasa w lodowatej wodzie. Pisnęła przerażona, z trudem łapiąc się brzegu lodu, wołając przy tym Franciszka na pomoc.
- SISSI! - wrzasnął przerażony Franz.
Chłopiec, chociaż o mało nie umarł ze strachu na widok tonącej przyjaciółki, zachował zimną krew i złapał ją mocno za ręce.
- Trzymaj się, zaraz cię wyciągnę!
- Boję się - wyszeptała Sissi.
- Nie bój się, jestem tutaj i nie pozwolę ci utonąć - wyszeptał do niej Franz.
Wiedział, że musi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby nie pozwolić swojej małej przyjaciółce zginąć. Wytężył wszystkie swoje siły i zaczął ją ciągnąć. Nie było to łatwe, dziewczynka, choć młodsza od niego, swoje ważyła i stanowiła dla niego poważny ciężar. Ostatecznie, z trudem bo z trudem, zdołał wyciągnąć Sissi z lodowatej wody, po czym zaczął ją ciągnąć na śnieg. To ostatnie było już dla niego dużo łatwiejsze i poszło mu o wiele szybciej. Gdy już tego dokonał, opadł na śnieg i zaczął głęboko oddychać, czując się jak ten wojownik, co spod Maratonu dobiegł do Aten, oznajmiając wszystkim, że oto Grecy zwyciężyli Persów, po czym padł na ziemię i skonał.
Sissi przerażona tym, co się stało, przez dłuższą chwilę dochodziła do siebie, ale w końcu jej się to udało. Mokra i zziębnięta, przysunęła się do Franciszka, po czym złapała go czule za rękę i szepnęła:
- Franz... Franz... Wszystko dobrze? Żyjesz?
- Żyję, Sissi. Żyję - odpowiedział jej chłopiec - Ale tak niewiele brakowało, żebyś ty nie żyła.
Dziewczynka przytuliła się do niego mocno i zaczęła dziko płakać, z całego serca zarzekając się, że już nigdy więcej tutaj nie przyjdzie i nie będzie więcej tak bardzo ryzykować. Franciszek przytulił ją do siebie, po czym przypomniał, że nie mogą tak tu siedzieć. Sissi była mokra i musiała się wysuszyć, zanim się zaziębi. Dziewczynka płakała mu w ramię i powiedziała, że będzie odtąd go zawsze, ale to zawsze słuchać, tylko niech się na nią nie gniewa. On powiedział, że wcale się na nią nie gniewa i żeby nawet tak nie myślała.
- Czyli, nie jesteś na mnie zły? - zapytała z nadzieją w głosie dziewczynka.
- Oczywiście, że nie jestem - odparł na to Franciszek.
- I nadal mnie lubisz?
- Oczywiście, że cię nadal lubię.
- I ożenisz się kiedyś ze mną?
- Oczywiście, że tak. I zrobię to z przyjemnością.

***

Sissi powróciła ze świata wspomnień, siedząc przed lustrem i czesząc swoje długie, puszyste włosy barwy dojrzałych kasztanów. Uśmiechnęła się lekko na to wspomnienie, bo było ono jednym z najprzyjemniejszych jej wspomnień. Franz był wobec niej taki czuły i troskliwy. Zawsze doskonale się ze sobą bawili. Zawsze byli sobie bliscy, a potem co? Potem wyjechał na studia za granicą, gdzie uczył się wielu mądrych rzeczy jako student pod przybranym nazwiskiem. Wrócił dopiero półtora roku temu, gdy zmarł przedwcześnie jego ojciec, cesarz Austrii. Franciszek Józef objął po nim tron, ale jako władca musiał zadbać o to, aby mieć potomka i to oczywiście całkowicie legalnego, dlatego postanowił się ożenić.
Nie z nią, rzecz jasna. Nie, Sissi nawet nie miała na to żadnej nadziei. Od tego czasu, kiedy obiecał, że ją poślubi, minęło dziesięć lat, z których jakieś pięć Franz spędził za granicą na studiach. Miał już dwadzieścia trzy lata, a ona osiemnaście i oboje byli na tyle dorośli, że dawno wybili sobie z głowy dziecięce obietnice. Sissi zresztą nigdy nie wierzyła w to, iż zostanie jego żoną. Ostatecznie dlaczego niby miałaby nią być? Pochodziła z rodziny książąt Wittelsbachów z Bawarii, która to rodzina była zamożna i szanowana, ale nie dorastała Habsburgom do pięt. Jedynie dobra wola arcyksiężnej Zofii, matki Franza, pozwalała Ludwice, czyli matce Sissi na to, aby ta nazywała Zofię swoją kuzynką i najserdeczniejszą przyjaciółką, co Zofia akceptowała, choć sama bardzo rzadko obdarzała takim tytułem swą dawną towarzyszkę zabaw. Ludwika bowiem była daleką kuzynką Zofii i przed laty wraz z nią bywała wiele razy na dworze cesarskim, obie też nieraz się ze sobą bawiły. Bywały chwilami niemal nierozłączne. Ale cóż z tego? Zofia wyszła za cesarza, Ludwika zaś za pośredniego księcia z Bawarii i zaszyła się z nim na prowincji, rodząc mu kilkoro dzieci. Zofia początkowo utrzymywała serdeczne kontakty z dawną towarzyszką zabaw, została nawet matką chrzestną jej wszystkich dzieci, o tę samą przysługę prosząc Ludwikę, która to ową prośbę z wielką chęcią spełniła. Ale niestety, wszystko skończyło się półtora roku temu, kiedy cesarz zmarł, zaś załamana tą stratą Zofia przywdziała wdowie szaty i zamknęła się przed światem na dwa miesiące, a kiedy już wyszła do niego, to nie była już tą samą osobą, co przedtem. Stała się zgorzkniała, nieprzyjemna i wyniosła. Ta ostatnia cecha istniała w niej od dawna, odkąd tylko została żoną cesarza, ale nigdy nie zaszkodziła jej relacjom z bliskimi. Teraz jednak było inaczej. Teraz Zofia uważała za obraźliwe dla niej, aby zadawać się z Ludwiką i pozwalać jej na taką poufałość, na jaką pozwalała jej dotąd. Sissi doskonale o tym wszystkim wiedziała i dlatego łatwo przyswoiła sobie myśl, że Franciszek, mocno słuchający się matki, na pewno nie zechce jej za żonę.
Prawdę jednak mówiąc, już dawno wybiła sobie dziecięce marzenia z głowy. Dawno bowiem przestała być słodką i rozkoszną ośmiolatką, zauroczoną wiernym przyjacielem z dzieciństwa, który uratował jej życie w trudnej sytuacji, a co za tym idzie, dawno przestała już wierzyć w swoje dziecięce fantazje. Mimo to, nieraz zastanawiało ją to, co robi Franciszek Józef za granicą, oprócz studiowania. Czy ma tam jakieś inne kobiety? Z pewnością tak, bo w końcu był mężczyzną. Który mężczyzna z dobrego domu i z wielką sakiewką u boku, nie romansuje w czasie studiów? Jej starszy brat Wilhelm, najstarszy potomek Maksymiliana i Ludwiki Wittelsbachów niemalże przechwalał się swoimi miłosnymi podbojami z czasów nauki w szkołach w Paryżu, choć Sissi czuła, że wiele z tych podbojów było albo zmyślonych, albo po prostu mocno ubarwionych. Jakby jednak nie było, Wilhelm miał kochanki w czasach studenckich i to nie ulegało żadnej wątpliwości. Czemu zatem Franciszek miałby być inny? Sissi wcale nie miała o to do niego żalu. To było przecież normalne. Tamte kobiety były blisko niego i były dorosłe, a ona była daleko i to jeszcze była dzieckiem. A przynajmniej była nim w jego oczach. Co zatem było w tym wszystkim dziwnego, że szukał on towarzystwa kobiet w swoim wieku? I dlaczego niby miałby się czuć zobowiązany taką od niechcenia pewnie rzuconą obietnicą jeszcze w czasach dzieciństwa? Sissi jako romantyczka bardzo chciała wierzyć, że ta obietnica ma dla niego znaczenie, ale za dużo lat już minęło od ich ostatniego spotkania, aby dało się w to wszystko jeszcze wierzyć. Dlatego, chociaż była wielką romantyczką, dziewczyna musiała przyjąć do wiadomości ten smutny fakt, że nie każda historia o miłości kończy się tak, jak w jej ulubionych książkach.
Mimo wszystko poczuła wielką radość, gdy kilka dni temu przybył posłaniec z pałacu cesarskiego w Wiedniu, aby przekazać im list od arcyksiężnej Zofii. Jej syn nie miał głowy do tego, żeby szukać sobie żony, a przynajmniej ona takiego była zdania i dlatego postanowiła mu ją znaleźć. Przypomniała sobie wówczas o Ludwice i wysłała w liście zaproszenie dla księżnej Wittelsbach na dwór cesarski. Zaproszenie dla niej oraz jej dwóch najstarszych córek, Heleny i Elżbiety, z czego starsza była proponowana na żonę dla Franciszka Józefa, z kolei młodsza na żonę dla jego młodszego brata, Karola Ludwika. Nie trzeba było jednak być bardzo uważnym czytelnikiem, aby wyczytać z tego listu, że Zofia nie tyle prosi Ludwikę o to, aby przyjechała z córkami na dwór, co po prostu wydaje dawnej przyjaciółce rozkaz. Ludwika była na tyle bystra, aby się w tym zorientować, jednak wiedziała, że nie może odmówić. Nie odmawia się bowiem matce cesarza Austrii. Poza tym, kiedyś trzeba było wydać za mąż swoje córki. Dlaczego więc nie teraz, gdy Zofia składa im tak hojną ofertę? Helena miała już dwadzieścia jeden lat, pora jej była i to od dawna, aby wyjść za mąż. A kto niby lepszy jej się trafi niż sam cesarz? A Elżbieta? Młodszy brat cesarza był nią zainteresowany. Na lepszą partię chyba już liczyć nie mogła. Ludwika wiedziała o tym i chociaż nie była wyrachowana, to była rozsądna i zdawała sobie sprawę z tego, iż nie wolno im zmarnować takiej okazji, którą sama Zofia, z powodu ich dawnej przyjaźni, im ofiarowała.
Sissi też dobrze to wszystko rozumiała, ale jednego pojąć nie była w stanie. Dlaczego arcyksiężna Zofia proponowała na żonę dla Franciszka Józefa Helenę? Dlaczego nie ją, Sissi? Przecież to ona była najbliższą towarzyszką zabaw Franza. Jej siostra mało się z nim bawiła. Nie, żeby Sissi życzyła jej źle, ale dlaczego ona miała jej zabrać przyjaciela z dawnych dobrych czasów? I czy zdoła znaleźć z nim taką więź, jaką Sissi z nim stworzyła? Ale w zasadzie, po co ona o tym wszystkim myślała? Przecież w tej sprawie nie ona podejmowała decyzje. Nikt ją nawet o zdanie nie spytał. Ponadto, Franciszek z pewnością przez ten czas, kiedy jej nie widział, zmienił swoje gusta i pewnie wolał inne dziewczyny niż ona. Bo tak to już jest, że wraz z dorastaniem gusta nam się nieraz zmieniają. Czasem na lepsze, czasem na gorsze, ale praktycznie zawsze tak jest. Ona sama przecież nie lubiła już kilku rzeczy, które lubiła kiedyś. Zatem, skoro ona zmieniła nastawienie do wielu spraw, czemu Franciszek miałby być inny?
Jej rozmyślania przerwało nagłe pukanie do drzwi. Sissi powiedziała „Proszę” w sumie tak trochę wbrew sobie, bo wolałaby pozostać sama, ale skoro ktoś teraz chciał z nią rozmawiać, nie powinna mu tego zabraniać. Może to było coś ważnego dla niej lub dla tej osoby, która przyszła?
Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda dziewczyna, nieco starsza od Sissi. Była to osoba wysoka i smukła, o jasnobrązowych włosach i oczach tegoż samego koloru, delikatnej cerze oraz kształtnym, niewielkim nosku. Miała na sobie zieloną sukienkę, w stylu nieco wiejskim, ale niezwykle ładną.
- Sissi, jeszcze tu jesteś? - zapytała dziewczyna - Przecież wiesz, że już za godzinę jedziemy do Wiednia.
- Nie jestem pewna, czy chcę tam jechać - odpowiedziała jej Sissi.
- A to dlaczego?
- Nie wiem, czy chcę zobaczyć Franciszka takiego, jaki jest teraz. Boję się tego, co zobaczę. Boję się, że nie jest już naszym kochanym Franzem, a ja już nie jestem dla niego Sissi, tylko Elżbietą von Wittelsbach.
- Ale przecież ty jesteś Elżbietą von Wittelsbach.
- Wiem, ale ja chciałabym być dla niego Sissi, a nie Elżbietą. A ty nie chcesz dla niego być Nene, tylko Heleną?
Helena von Wittelsbach, pieszczotliwie przez swoją rodzinę nazywana Nene, parsknęła śmiechem rozbawiona słowami młodszej siostry.
- Och, Sissi. Mówisz jak dziecko. Wiesz dobrze, że wszystko musi z czasem przeminąć, zwłaszcza dzieciństwo. Kiedyś musieliśmy wszyscy dorosnąć.
- Tak, wiem. A z dorastaniem wiąże się to, że wszystko się zmienia. Ale ja nie wiem, czy chcę widzieć te zmiany. No, bo skąd mam wiedzieć, że te zmiany będą zmianami na lepsze?
- A skąd wiesz, że nie będą?
Sissi spojrzała uważnie na Nene, rozważając sobie w głowie jej słowa. Nie dało się im zaprzeczyć, podobnie jak wielu spostrzeżeniom starszej siostry, ale czy aby na pewno nic nie zmieniło się na gorsze? Franciszek przecież zawsze był Sissi bardzo bliski. Nie przeżyłaby myśli, że jest on teraz butny i arogancki, że studia za granicą zmieniły go na gorszego człowieka. To by było po prostu straszne. Tego by Sissi i jej wrażliwa natura znieść nie zdołały. Poza tym, mało jej się podobało to, iż rodzice chcą ją wydać za mąż tak po prostu, bo już na to najwyższa pora. Rzecz jasna, ojciec najchętniej zostawiłby je przy sobie na stałe, ale matka uważała takie zachowanie za egoizm, a ponadto była zdania, że co jak co, ale córki muszą kiedyś pójść w świat, każda z mężczyzną u swego boku i założyć własną rodzinę. Taka to, rzecz jasna jej zdaniem, była kolej rzeczy na tym świecie. Rodzice płodzą dzieci, aby te kiedyś założyły własną rodzinę i doczekały się własnych dzieci. Co w tym złego, pytała się matka?
- Poza tym, jeżeli Karol ci się nie spodoba, wyjedziemy i już. Wyjedziemy też wtedy, gdy i ty mu nie przypadniesz do gustu, choć to ostatnie wydaje mi się po prostu niemożliwe - przekonywała Sissi matka.
Dzięki tej obietnicy, dziewczyna ostatecznie ustąpiła, ale nie zmieniło to jej obaw względem spotkania po latach z Franciszkiem i Karolem, których przecież nie widziała już od dawna. Zwłaszcza tych obaw, jak już wiemy, dotyczących osoby Franciszka.
- Sissi, proszę cię. Nie możemy z góry zakładać, że wszystko będzie źle. A co, jeśli jest inaczej? Może to, co nas tam czeka, będzie dla nas najlepszym, co może nas w życiu spotkać? - zapytała Helena.
- Najlepsze, co nas może spotkać? Czy naprawdę ślub z mężczyzną, którego dawno już obie nie widziałyśmy i zobaczymy go jako zupełnie innego człowieka może być dla nas najlepszym, co nas w życiu spotka?
- Przesadzasz, Sissi. Przecież to nie są obcy dla nas mężczyźni. To osoby, z którymi znamy się od dziecinnych lat.
- Ale teraz już są inni niż przedtem.
- Ale może lepsi niż przedtem?
- A jeśli nie?
Nene uśmiechnęła się do Sissi i kucnęła przy niej.
- Siostrzyczko, wiesz dobrze, że rodzice do niczego nas nie zmuszą. Jeśli nie zechcemy wyjść za nich, nie wyjdziemy. To tylko zaproszenie. Ciocia Zofia teraz odnawia stare znajomości i przyjaźnie.
- Tak, a przy okazji chce wyswatać swoich synów i już im z góry wszystko w życiu zaplanowała, nawet małżeństwa - burknęła Sissi, zaczynając nerwowo sobie czesać włosy szczotką.
- Niektóre matki chyba kochają swoich synów zbyt mocno. Tak to bywa na tym świecie.
- Nasza mama nie mówiła Wilhelmowi, kogo ma poślubić. I zobacz, jaki jest teraz szczęśliwy.
Rzeczywiście, pierworodny syn Maksymiliana von Wittelsbacha i jego żony Ludwiki, Wilhelm von Wittelsbach, po zakończeniu studiów poślubił dziewczynę, którą sam sobie wybrał i z którą to obecnie wiódł naprawdę szczęśliwe życie. Co prawda, rzadko już teraz bywał w tych okolicach, jednak Sissi nie miała mu tego za złe. Ostatecznie małżeństwo to jest poważna sprawa, której trzeba się poświęcić naprawdę mocno. To z kolei sprawia, że czasami nie ma się już za wiele czasu dla rodzeństwa, choć kiedyś było nam ono niezwykle bliskie. Sissi i Nene dobrze to rozumiały, dlatego zamiast wypominać bratu, że je rzadko odwiedza, cieszyły się za każdym razem, kiedy to robił.
- No tak, to wszystko prawda - zgodziła się z siostrą Nene - Ale nasza mama to nie ciocia Zofia. Nigdy nie była cesarzową i nigdy na jej barkach nie spoczywał los całego kraju. Podejrzewam, że to sprawia, że mama jest inna, a ciocia Zofia jest inna. Ale jak powiedziałam, nikt nas do niczego nie zmusza. Mamy tam po prostu pojechać i już. Poza tym...
Nene uśmiechnęła się nagle figlarnie do Sissi.
- Wydaje mi się, że nawet jak ci się nie uda zdobyć serca Karola, to przecież nic takiego. Wielbicieli ci nie zabraknie. Szybko znajdziesz innego amanta.
- Nene, o czym ty mówisz? - spytała Sissi.
- Jak to? W naszej rodzinie ty jesteś najpiękniejsza. Ty masz zawsze cały tłum wielbicieli wokół siebie.
- Och, Nene. Jaki znowu tłum?
- Jak to? A Franciszek? A Karol? A Ludwik?
- Karol mnie nigdy nie lubił. Zawsze mnie ciągnął za włosy i przezywał.
- Niektórzy tak okazują swoją sympatię.
- Dziękuję, za taką sympatię.
- No, a Ludwik? Nasz kochany kuzynek? Nie był w tobie zakochany?
Sissi wybuchła gromkim śmiechem, gdy to usłyszała.
- On? Przecież on był dorosły, gdy ja mu sięgałam zaledwie do pasa. Zawsze mu byłam jak młodsza siostrzyczka. I do tego byłam wtedy strasznie nieznośna i ty dobrze o tym wiesz.
- To prawda - zgodziła się Nene - Raz, jak cię nazwał małą, pyskatą muchą, to nazwałaś go dużym głupkiem. A godzinę później siedziałaś mu na kolanach i się do niego łasiłaś, bo chciałaś, żeby cię wziął na spacer w twoje ulubione miejsce.
- Och, Nene. Musisz mi to przypominać? To było dawno. Już na pewno o tym zapomniał.
- O tym tak, ale o tym, że zawsze cię uwielbiał, to nie.
- Uwielbiał mnie jak siostrzyczkę, nic więcej.
- Być może. Ale nie zapominaj, że kiedy był tu rok temu, twoja uroda na nim zrobiła ogromne wrażenie.
Sissi zarumieniła się lekko pod wpływem tego komplementu i powiedziała:
- Być może, ale to nie do niego jadę, tylko do Franciszka i Karola. A na nich moja uroda może nie zrobić żadnego wrażenia.
- Jeśli tak będzie, to obaj okażę się strasznie ślepi - stwierdziła Nene.
Po tych słowach, ucałowała siostrę w policzek i wyszła z jej pokoju. Sissi zaś wróciła do czesania włosów i patrzenia w swoje odbicie.
- Och, cała Nene. Zawsze tak twardo stąpa po ziemi i jest spokojna, że co by nie było, będzie dobrze. Ale może ma rację? Może nie ma się co denerwować? To ostatecznie tylko przyjacielskie spotkanie. Co z tego wyniknie, dowiemy się potem i niekoniecznie musi to być coś złego.
Przypomniała sobie, że kiedy Ludwik spędził u nich ostatnie wakacje, mówił jej dokładnie to samo. Żałowała, iż nie ma go teraz przy niej. Bardzo był jej teraz potrzebny. Podniósłby ją na duchu swoimi mądrymi radami i wsparciem. No, może nie powiedziałby nic więcej od tego, co powiedziała Nene, ale ostatecznie przecież Nene to kobieta, a Ludwik to mężczyzna, a takie już prawo natury, że bezpieczniej kobieta się zwykle czuje przy boku mężczyzny niż drugiej kobiety.
Tak rozmyślając, Sissi wydobyła z szuflady swój pamiętnik i otworzyła go na jednej ze stron. Znajdował się tam wiersz, który zostawił jej Ludwik, kiedy spędzał u nich wakacje w zeszłym roku. Słowa tego utworu, wymyślonego zresztą przez samego Ludwika, były nieraz dla niej pociechą, a zwłaszcza wtedy, gdy bała się o swoją przyszłość. A brzmiały one następująco:

Kiedy tak patrzysz na mnie i czuję twój lęk,
Taki sam jak mój, przed nieznanym.
Nie wiem, co będzie z nami.
Niewiele wiem sam o sobie samym.
Patrz, tylu ludzi pobłądziło gdzieś.
Ich drogi rozeszły się i straciły sens.
Nie wiem, co będzie z nami.
Niewiele wiem sam o sobie samym.

Lecz proszę cię, teraz uwierz mi.
Nieważne w życiu są przyszłe dni.
Ja wierzę, że miłość zawsze trwa,
Choćby zło miało najlepszy czas.

Patrz, tylu ludzi błądzi gdzieś.
Ich domy rozpadły się i straciły sens.
Więc, jeśli piękno żyje w nas,
Dajmy mu siłę i pozwólmy mu trwać.

Ja wiem, więc proszę, uwierz mi.
Nieważne w życiu są przyszłe dni.
I jeśli piękno żyje w nas,
Dajmy mu siłę i pozwólmy mu trwać.

Sissi przeczytała wiersz kilka razy, zamyśliła się, po czym postanowiła, że tak właśnie postąpi, jak radzi jej ten utwór. Po prostu przestanie się zamartwiać, tylko zmierzy się z przyszłością. Może wcale nie będzie ona taka zła? Z tą myślą szybko zamknęła pamiętnik, schowała go do szuflady, którą zamknęła na klucz, po czym przebrała się w najładniejszą sukienkę, jaką tylko miała. Zadowolona stanęła przed lustrem i przyjrzała się samej sobie. Po krótkich oględzinach uznała, że wszystko w jej wyglądzie jest takie, jakie być powinno.
Nagle ktoś znowu zapukał do jej drzwi i nie czekając na „proszę”, wszedł do pokoju. Była to dwójka dzieci. Pierwsze z nich było dziesięcioletnim chłopcem, ciemnym szatynem o niebieskich oczach i w czerwonym stroju. Drugie z kolei było ośmioletnią dziewczynką o beżowych włosach i oczach podobnej barwy, w żółtej sukience i z lalką u boku.
- Teodor? Maria? A co wy tutaj robicie? - zapytała zdumiona Sissi na widok swego młodszego rodzeństwa - Przecież nie powiedziałam „proszę”.
- Ty nie, ale mama powiedziała - odpowiedział Teodor.
- Tak, prosiła nas, żebyśmy poszli po ciebie i przypomnieli ci, że za chwilę jedziecie do Wiednia - dodała Maria.
Sissi przerażona spojrzała na zegar w kącie pokoju. Rzeczywiście, godzina, o której jej wspominała Nene już prawie minęła. Niedobrze. Musi szybko iść na dół. Mimo to, nie mogła odmówić sobie skarcenia lekko brata i siostry.
- Macie rację, trzeba jechać. Ale to nie znaczy, że wy możecie tu wchodzić bez pozwolenia. A gdyby była naga?
- I co z tego? I tak byśmy nie zobaczyli niczego ciekawego - rzucił złośliwie Teodor, za co dostał sójkę w bok od Marii.
- Och, Teodorze. Jak kiedyś się zakochasz, to może zrozumiesz pewne rzeczy i może nabierzesz manier - powiedziała pobłażliwie Sissi.
- Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek to nastąpiło, Sissi. Bo ja się nigdy nie zakocham - odparł Teodor, który w tamtej chwili był o tym święcie przekonany.
- Sissi, denerwujesz się? - spytała Maria, chcąc zmienić temat.
- No, trochę tak. W końcu nigdy nie byłam w Wiedniu. To dla mnie zupełnie nowe miejsce - odpowiedziała Sissi.
- To może weźmiesz ze sobą pannę Łucję? Ona będzie cię podnosić na duchu - powiedziała Maria, podsuwając siostrze pod nos swoją lalkę.
Sissi uśmiechnęła się wzruszona i odparła:
- Myślę, że pannie Łucji nie spodoba się w stolicy. Poza tym, tęskniłaby tam za tobą.
- A ty będziesz tęsknić za nami?
- Będę i to bardzo. I obiecuję, że wrócę tu najszybciej, jak się tylko da.
To mówiąc, uściskała mocno oboje rodzeństwa i ucałowała je czule.
- Opiekujcie się tatą pod moją nieobecność.
- Tak jest, Sissi! - zawołał wesoło Teodor.
- Możesz na nas liczyć - dodała równie radośnie Maria.
Sissi spojrzała z miłością na brata i siostrę. Poczuła, że od razu humor się jej poprawia. Z tą świadomością, wyszła z pokoju i zbiegła na dół po schodach, mając w głowie mocne postanowienie, aby wykonać to, czego się od niej oczekuje i zaraz potem szybko powrócić do ukochanego dworku Possenhofen.
- Tak, właśnie tak zrobię - mówiła sama do siebie - Pojadę tam, spotkam się z Franciszkiem i Karolem, a potem tu wrócę. I nie ma co się denerwować. W końcu, co niby może się tam stać?

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...