
Franciszek Józef tego dnia nie przewidywał dla siebie żadnych obowiązków. Ani tego dnia, ani następnego. Był weekend i chciał spędzić go z ukochaną, która ciągle przebywała w jego myślach i zadomowiła się w nich na dobre. Tęsknota za Sissi była dla Franza czymś tak silnym, że nie był w stanie z tym walczyć. Uległ w końcu temu uczuciu i postanowił, iż tę sobotę i niedzielę poświęci całkowicie swej ukochanej. Sobotniego poranka zatem wydał najważniejsze rozporządzenia i przy okazji porozmawiał z Zottornikiem na tematy państwowe, jakimi postanowił się zająć, jak tylko powróci do pałacu.
- Życzę udanego pobytu w Bawarii, Wasza Cesarska Mość - powiedział do niego Zottornik, doskonale udając przyjazny ton, na który nabrać się mógł jedynie ten, który nie znał go tak dobrze, jak znać powinien, czyli niestety także i Franz.
- Na pewno taki będzie, kanclerzu - odpowiedział na to cesarz, nakładając na siebie płaszcz podróżny - Liczę, że wraz z moją matką dopilnujecie tu wszystkiego pod moją nieobecność.
- Zrobimy, co w naszej mocy, aby tak się stało, Wasza Cesarska Mość - rzekł kanclerz - Liczymy wszakże na to, że w poniedziałek Wasza Miłość będzie już tu z powrotem. Obowiązki będą czekać, a ponadto na ten dzień planowany jest właśnie przyjazd Jej Wysokości, księżniczki Elodie de Farge.
- Księżniczka Elodie? To ona w ten poniedziałek ma tu przybyć? - zdziwił się Franciszek Józef.
W nawale obowiązków najwyraźniej ten fakt jakoś mu umknął. Był bardzo za to na siebie zły, gdyż nigdy nie powinien był do tego dopuścić. Przecież wizyta księżniczki posiadała ogromne znaczenie i to nie tylko dla niego, ale i dla całego cesarstwa. Ostatecznie siostrzenica cesarzowej Eugenii, czyli żony cesarza Francji Napoleona III, przybyć miała do Wiednia jako osoba zaufana wraz z warunkami sojuszu, jaki Francja chciała zawrzeć z Austrią. Franciszek Józef nie był do końca przekonany, co do tego sojuszu, podobnie jak i do tego, żeby traktować Napoleona III jako osobę równą sobie, bo ostatecznie przecież ten człowiek zaledwie kilka lat temu jeszcze był prezydentem II Republiki Francuskiej, po czym nagle, zupełnie niespodziewanie, po upływie swojej kadencji, przeprowadził zamach stanu, swoją władzę zamienił na absolutną, a II Republikę zamienił w II Cesarstwo, siebie zaś ogłosił nowy cesarzem, Napoleonem III. Trudno było Franciszkowi uznawać go za osobę równą sobie, skoro Franz był cesarzem z woli Boga i historii, dziedzicznym następcą swego ojca i jego przodków, podczas gdy Napoleon był bratankiem tego uzurpatora, Napoleona I, który doprowadził Europę do tego, że niemalże cała stała w ogniu przez kilka ładnych lat, zanim ostatecznie potężna koalicja powstrzymała jego absolutystyczne zapędy. Ponieważ jednak Francja potrzebowała teraz Austrii w równie wielkim stopniu, co Austria Francję, sojusz musiał zostać podpisany, zaś czołobitność wobec Napoleona III oraz jego krewnych była czymś obowiązkowym i mającym znaczenie olbrzymiej wagi. Dlatego Franciszek, pomimo tego, że cesarz Francji nie był osobą w pełni mu równą, nie zamierzał go lekceważyć i postanowił zawrzeć z nim sojusz. Z tego samego powodu ugoszczenie siostrzenicy jego żony, cesarzowej Eugenii, miało znaczenie dyplomatyczne i należało do tego podejść w sposób odpowiedni.
- Liczę na to, kanclerzu, że przygotujecie wszystko na przybycie księżniczki, aby nie doszło przypadkiem do politycznego afrontu - powiedział Franciszek do Zottornika, kiedy już wychodził z gabinetu.
- Dołożę wszelkich starań, aby wszystko było gotowe na czas i kiedy tylko księżniczka przybędzie do Austrii, zastanie tu najbardziej gościnny dwór w całej naszej kochanej Europie - odpowiedział mu Zottornik.
W tym wypadku był zupełnie szczery. Silna Austria, posiadająca sojuszników zdolnych ją wesprzeć w każdej sytuacji, była mu jak najbardziej na rękę. Przecież silne cesarstwo stanowiło dowód na to, że on jest zdolnym kanclerzem i dobrze wykonuje swoje obowiązki. Ponadto silna Austria, to silny Zottornik. Wrodzony więc tego rodzaju osobnikom egoizm nakazywał mu zapewnienie cesarstwu bycie potęgą i to nawet wtedy, gdyby miał posunąć się poza zasady moralne, którymi zresztą zawsze oficjalnie gardził i uważał za ograniczenia w osiągnięciu celu. Dla niego sprawa była nad wyraz prosta: zawsze cel uświęca środki, a jeżeli coś stoi na przeszkodzie drogi, którą się kroczy, wówczas się to coś usuwa i to bezwzględnie. Wszystko jest zawsze dozwolone, jeżeli tylko człowiek chce osiągnąć swoje cele. A w przypadku kanclerza Zottornika celem tego była zawsze silna Austria z silnym Zottornikiem o niezniszczalnej pozycji na dworze cesarza. Dlatego wiedział on, że wywiążę się skrupulatnie z powierzonego mu zadania i zadba o to, aby księżniczka francuska została tutaj przyjęta z należytymi honorami. Skoro to stanowiło czynnik siły cesarstwa Austrii, to był gotów nawet wdzięczyć się do tej małej francuskiej prowincjuszki, którą jedynie zbieg okoliczności wraz z rodziną wyniósł na sam szczyt, jeżeli tylko było to konieczne do osiągnięcia celu.
Franciszek Józef oczywiście nie znał ani trochę z myśli swojego kanclerza, dlatego uznał, że jest on godnym zaufania człowiekiem i można mu powierzyć tak ważną misję, jak przygotowanie całego dworu na przyjęcie księżniczki Elodie. Z tego powodu był w stanie spokojnie i bez żadnych obaw ruszyć w drogę do swojej ukochanej Sissi. Nie wiedział, że kanclerz tylko zacierał ręce z zadowolenia już na samą myśl o tym, iż cesarz powierza mu wszystkie swoje obowiązki. Cesarz, który zajmuje się jedynie przyjemnościami, a rządzenie pozostawia jemu, był mu bardzo na rękę. Dlatego też Sissi, będąca mimowolnie przyczyną takiego oto stanu rzeczy, odpowiadała mu jako przyszła żona cesarza.
- Jedź, Wasza Cesarska Mość - mówił w myślach, kiedy Franciszek Józef już znikał za horyzontem - Ta mała prowincjuszka odda Austrii niewymierne przysługi i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Ten młokos popchnąłby Austrię w ręce tych wariatów liberałów i doprowadził do szkodliwych dla niej reform. Im więcej zatem obowiązków powierzy mnie i więcej czasu spędzi z tą naszą małą księżniczką, tym lepiej wyjdzie na tym całe cesarstwo. I oczywiście ja.
***
W Bawarii, daleko od Zottornika i jego intryg, rodzina Wittelsbachów bardzo dobrze się bawiła, korzystając z weekendu. Sissi, jak co dzień odbywała szkolenie pod okiem baronowej von Tauler, wspieranej w tym jakże szlachetnym celu przez Idę Ferenczy oraz Ludwikę, które pilnowały, aby wszystko odbywało się jak trzeba i aby baronowa przypadkiem nie dopuściła się nadużycia pozycji nauczycielki, bo pomimo zapewnień Zofii, że ta nigdy nie dopuściłaby się wobec Sissi podłości, Ludwika uważała, iż mimo wszystko arcyksiężna jest zdolna do tego, aby zranić jej uczucia w taki czy inny sposób, kierując się przy tym źle pojmowanym przez siebie dobrem cesarstwa i Franciszka. Dlatego wolała mieć na oku baronową, a ta doskonale wiedziała, w jakim celu matka Sissi jest podczas lekcji obecna i z tego powodu czuła lekki dyskomfort, kiedy to uczyła księżniczkę odpowiedniej dykcji, sposobu chodzenia, jedzenia i picia w towarzystwie, odpowiedniej konwersacji, jak i również historii cesarstwa, nazw rodów arystokratycznych, obecnych w tych czasach jej przedstawicieli oraz tego, jak należy się do którego z nich zwracać, bo jak się okazuje, każdy z nich wymaga innego sposobu traktowania. Mimo to, pani baronowa doskonale wiedziała, że musi przyjąć takie, a nie inne warunki pracy, bo arcyksiężna Zofia nakazała jej nauczanie Sissi, a Zottornik, aby robiła to jak tylko umie najlepiej i nie zniechęcała księżniczkę do cesarza i ślubu z nim, a ponieważ tak ważne osoby w państwie nakazywały jej to wszystko, musiała być im obojgu posłuszna, nawet jeżeli nie darzyła swojej uczennicy oraz warunków, w jakich jej przekazuje wiedzę szczególną sympatią. Osobiste sympatie i antypatie zachowała dla siebie, bo obowiązek ceniła sobie ponad wszystko.
Należy oczywiście zauważyć, skoro już o antypatii mowa, że Sissi również nie darzyła jakoś swojej nauczycielki szczególną estymą. Kobieta ta wydawała się jej co najmniej nieprzyjemna i sztywna, przekonana o tym, jak niezwykle ważna na tym świecie jest etykieta oraz zasady panujące na dworze. Zdaniem Sissi była im ona niezwykle oddana i to o wiele bardziej niż jakiemukolwiek człowiekowi, poza swoją córką, rzecz jasna. Poza tym lekcje, które pobierała od pani baronowej, Sissi uważała za co najmniej głupie i nie mające żadnego sensu. Bo niby jaka to jest różnica, jak wita się hrabiego, barona i księcia? Albo też jakie to ma znaczenie, czy podczas picia herbaty ma się wyciągnięty mały palec lewej ręki, czy też tego się nie robi? I po co jej odpowiedni sposób chodzenia? Czy jej był znowu aż tak fatalny? Po co ma chodzić po pokoju z książką na głowie przez godzinę dziennie i próbować mieć tak proste plecy, aby owa książka jej z głowy nie spadła? Przecież to wszystko było bez sensu. Rozumiała jeszcze lekcje historii Austrii, chociaż nie podobało jej się, w jaki sposób baronowa przedstawiała losy cesarstwa i w jaki to sposób ono zagarniało kolejne państwa. Pani von Tauler przedstawiała to tak, że te oto kraje były bezmyślnie prowadzone w sposób gospodarczy i polityczny i z tego powodu Austria miała swój moralny obowiązek wziąć je pod opiekę, a wszelkie bunty wobec jej administracji są jawną niewdzięcznością z ich strony za tyle dobra zaznanego od Jego Wysokości Cesarza. Sissi od ojca, Ludwika i z książek, jakie po cichu czytała z biblioteki domowej wyciągnęła zupełnie inny obraz tej sytuacji. Ten zaś z kolei ukazywał cesarstwo Habsburgów jako molocha, który to jest tak bardzo zachłanny, że aż pochłania inne królestwa wokół siebie, aby stworzyć w ten sposób wielkie imperium, w którym nigdy nie zachodzi słońce, a celem stworzenia takiego tworu był tylko jeden: zaspokojenie megalomańskich ambicji grupki ludzi. Co za tym idzie, nie miało to nic wspólnego ze szlachetnymi celami, jak próbowała to przedstawić jej baronowa. Była jednak za bystra, aby powiedzieć to wprost pani von Tauler, bo to tylko mogło wywołać z nią niepotrzebną kłótnię, która nikomu nie była przecież potrzebna. Poza tym, miała za zadanie nauczyć się tego, czego ją uczono i potem mogła swobodnie to krytykować w myślach.
Właśnie Sissi skończyła chodzić po bibliotece z ułożoną na jej głowie książką i próbując zachować taką pozę ciała, aby przypadkiem mu ona nie spadła. Było to zajęcie żmudne i zdecydowanie mało przyjemne, ale skoro należało ono do zajęć, które miała opanować, nie próbowała kwestionować sensu tej czynności, ale też nie była w stanie powstrzymać się od żartów i ironii.
- Nie jestem pewna, czy to pomoże mi być dobrą cesarzową - rzekła Sissi, gdy kolejny raz spadła jej książka z głowy, a ona sama z trudem powstrzymała się przed opadnięciem na dywan.
- Nie wolno lekceważyć drobiazgów, księżniczko - powiedziała poważnym i stanowczym zarazem tonem baronowa - W nich tkwi często przepis na sukces.
- Zgadzam się z Sissi, że bardziej by się jej przydały lekcje historii niż lekcje chodzenia - stwierdziła Ludwika, również widząca bezsens tego rodzaju zajęć.
Baronowa spojrzała na nią gniewnym wzrokiem, wyraźnie czując się przy tym urażona i odpowiedziała:
- Proszę mi wybaczyć, pani, jednakże ośmielę się posiadać inne zdanie w tej sprawie. Zresztą, nawet gdybym miała taką samą opinię, to arcyksiężna Zofia ma takie zdanie, że są to czynności niezbędne do tego, aby księżniczka była zdolna do bycia w sposób właściwy cesarzową. Nie mnie kwestionować jej zdanie.
- Ale ja mogę to swobodnie robić i zamierzam korzystać z tego prawa, jeżeli mnie ktoś zapyta o zdanie - wtrąciła Sissi.
- Obawiam się, córeczko, że raczej nikt tego nie zrobi - powiedziała Ludwika.
- Pozwolę sobie zwrócić uwagę, księżno, że dopóki taka panuje tradycja na dworze cesarza, dopóty musi ona obowiązywać również cesarską narzeczoną. I z tego też powodu księżniczce nie wolno sobie pobłażać i musi wszystko opanować, co wymaga etykieta.
Sissi spojrzała na baronową, gdy ta wypowiedziała te słowa i delikatnie otarła sobie dłonią pot z czoła, dodając:
- Ktoś powinien wreszcie zmienić tę etykietę. U nas w Possenhofen książki się czyta, a nie nosi na głowie. Wydawało mi się, że na całym świecie tak się robi.
- Oczywiście, na dworze też czytamy książki, ale w tym wypadku, jak już to wspomniałam, księżniczko, to wielowiekowa etykieta - odparła na to baronowa - Ona obowiązuje w cesarskim rodzie już od dawna.
- Ale zawsze musi przyjść taki czas, aby zmienić pewne panujące od dawna obyczaje - odezwał się czyjś znajomy głos.
To Ludwik wszedł właśnie do pokoju. Miał się już dużo lepiej i nie potrzeba mu było laski do podpierania się. Jego widok uradował wszystkich, poza baronową chcącej kontynuować zajęcia. Nawet Ida Ferenczy, dotąd nie odzywająca się oraz w milczeniu obserwująca Sissi chodzącą po pokoju z książką na głowie, okazała radość na widok księcia i powitała go serdecznie, choć z należytym jego pozycji szacunkiem.
- Czy Wasza Wysokość lepiej się już czuje, że tak swobodnie chodzi po domu bez pomocy podpory? - zapytała z troską.
- Właśnie. Na pewno czujesz się na tyle dobrze, aby tak chodzić bez laski? - spytała Ludwika, nie kryjąc swego niepokoju o bratanka.
- Spokojnie, ciociu. Czuję się już dużo lepiej - odpowiedział Ludwik z bardzo serdecznym uśmiechem na twarzy - Ale miło mi, że tak się wszyscy o mnie tutaj troszczycie.
- Jesteś tu zawsze mile widzianym gościem, Ludwiku - powiedziała Sissi.
- Tak, to prawda. A o naszych gości zawsze troszczymy się równie mocno, co o siebie samych - dodała jej matka.
- Cieszę się. Wiecie, przyszedłem zobaczyć wasze lekcje, ale coś mi mówi, że chyba przyszedłem spóźniony - powiedział Ludwik.
- Owszem, na dzisiaj już koniec zajęć - zarządziła jego ciotka - Ponadto, o ile mnie pamięć nie myli, dzisiaj ma przyjechać Franciszek. Sissi musi przygotować się na jego wizytę. W końcu to jej narzeczony. Zasługuje na specjalne względy.
Ludwik obserwował uważnie Sissi, jak promienieje ona pod wpływem tej tak bardzo przyjemnej dla niej wiadomości. Poczuł wówczas w sercu jakieś delikatne ukłucie bólu i goryczy, którego znaczenia domyślał się, choć wstydził się go nawet przed samym sobą. Było to uczucie zazdrości, które czuł, a którego czuć wcale nie chciał, a które niestety silniejsze było od niego. Zasmucony robił jednak do innych minę wesołą i serdeczną, aby nikt nie zauważył, jak bardzo go przygnębiła wieść o przybyciu jego rywala.
***
Zgodnie z zapowiedzią, Franciszek przybył do Sissi w godzinach niedługo po południu. Księżniczka ucieszyła się tak mocno na jego widok, że zapominając o tym, czego się uczyła od baronowej, podbiegła do ukochanego, rzuciła mu się w nieco dziki sposób na szyję i czule go ucałowała, ku wielkiemu aplauzowi swoich bliskich i ku wielkiemu niezadowoleniu ze strony baronowej, urażonej bardzo tym jawnym łamaniem świętej dla niej etykiety. Była jednak w tej kwestii całkowicie osamotniona, ponieważ wszyscy inni byli szczęśliwi, że widok ukochanego w Sissi wzbudził taki entuzjazm i radość. Dlatego baronowa straciła humor do końca dnia i nic nie zapowiadało, aby miała go odzyskać nazajutrz.
Nie tylko ona jedna tego dnia borykała się z brakiem dobrego nastroju. Drugą osobą, która zdecydowanie nie miała powodów do radości była Maria. Powody do takiego, a nie innego zachowania były jednak zupełnie inne niż powody Helgi von Tauler. Mała Maria była bowiem zazdrosna o brata i jego niezwykle bliskie relacje z Ilary. Dotąd śmiała się z tego, że Teodor zakochał się w dziewczynce i próbuje jej z tego powodu unikać, obecnie jednak nie było już jej do śmiechu, bo chłopiec się przełamał i dał do zrozumienia córce baronowej, że bardzo ją lubi, a nawet więcej, a ta dała mu do zrozumienia, że odwzajemnia to uczucia. Nim się zatem panienka Maria spostrzegła, jej starszy brat chodził z Ilary dosłownie wszędzie. Wszystko robili razem, wszędzie razem wychodzili i zawsze razem wracali. Maria z kolei się przy nich czuła jak piąte koło u wozu, a zakochana para zdawała się tego wcale nie dostrzegać, tak mocno była zajęta sobą. Więcej, oboje niekiedy uciekali od Marii i wszystkich innych osób, aby spędzić czas tylko we dwoje. Dziewczynkę bardzo szybko zaczęło to drażnić, bo nie miała się z tego powodu z kim bawić, ponadto zaś Teodor był jej zawsze bardzo bliski i świadomość, że musi się nim dzielić z kimś innym, wywoływał u niej ogromne niezadowolenie. Z tego powodu, chociaż wcześniej bardzo lubiła Ilary, teraz nie była w stanie nawet na nią patrzeć.
- Głupia dziewucha - mówiła do siebie w duchu - Musiała tutaj przyjeżdżać z tą swoją pompatyczną mamusią? Musiała kraść mi brata? A tak cudownie nam we dwoje zawsze było, a teraz co? Wszystko musiała zepsuć!
Maria liczyła jeszcze na to, że Teodorowi przejdzie zachwyt nad Ilary i znowu zajmie się swoją rodzoną siostrą, tak się jednak nie stało. Minęło kilka dni, a ten głupek, jak go w duchu nazywała Maria, ciągle sprawiał wrażenie zachwyconego Ilary i to jeszcze bardziej niż przedtem. Dziewczynka była wściekła z tego powodu i chodziła po domu, głośno tupiąc nogami i czasami ze złości kopiąc meble. A gdy tylko zobaczyła, przechadzając się po pobliskiej łące, że Teodor wręcza właśnie Ilary kwiaty, a ta daje mu za to buziaka, w dziewczynce się coś zagotowało. Miała wielką ochotę podbiec do nich, wyrwać Ilary te kwiaty, podeptać je i nawrzeszczeć na oboje, ile tylko sił w płucach. Sama nie wiedziała, dlaczego tego nie zrobiła, a zamiast tego uciekła z płaczem do altanki znajdującej się w ogrodzie. Tam oparła się dłonią o jedną z kolumn, otarła łzy i powiedziała:
- Co za okropny dzień.
- Coś się stało, Mimi? - spytał ją dobrze jej znany głos.
Spojrzała w głąb altany i zobaczyła Ludwika siedzącego na ławce i bacznie ją obserwującego. Uśmiechnęła się delikatnie, bo jej kuzyn, chociaż dużo starszy, był dla niej zawsze bardzo miły i serdeczny, dlatego poczuła, że może opowiedzieć mu o swoim problemie. Przecież on jest taki mądry, na pewno zna wiele sposobów na to, jak sobie poradzić ze złamanym sercem i zaniedbującym ją starszym bratem.
- Tak, Ludwiku. Jestem strasznie zła - powiedziała dziewczynka.
- A na kogo jesteś taka zła? - spytał Ludwik z uśmiechem na twarzy.
- Na Teodora. Już od kilku dni nie ma dla mnie w ogóle czasu. Zostawił mnie dla tej całej Ilary.
Jakby na dowód, wskazała palcem znajdującą się niedaleko rzekę, przy której brzegu stali Teodor i Ilary, puszczający właśnie latawca. Widać było wyraźnie, że doskonale się przy tym bawią.
- Urocza z nich para, nie sądzisz? - zapytał Ludwik.
Marię wstrząsnęło.
- Jesteś po jego stronie? - spytała ze złością.
Wiedziała, że dorosłym nie można ufać. Ludwik był kochany, ale mimo tego, to przecież dorosły. Czy jakikolwiek dorosły zrozumie dziecko?
Ludwik chyba domyślił się, że zranił jej uczucia, bo szybko przeprosił i rzekł, że nie to wcale miał na myśli. Po prostu cieszy go, że Teodor jest zakochany, a co do Marii, to poprosił, aby usiadła obok niego. Kiedy dziewczynka to zrobiła, od razu przeszedł do pomagania jej.
- Posiedź trochę ze mną, Mimi. Zawsze możesz ze mną porozmawiać, jeżeli jest ci smutno.
- Nie jest mi smutno. Jestem zła - burknęła dziewczynka.
- Wiem, co czujesz - odpowiedział Ludwik, przypominając sobie, co czuje do Sissi i co się z nim dzieje, gdy widzi ją w ramionach Franza - Trudno jest dzielić się kimś, kogo kochasz. Trudno zrezygnować z towarzystwa ukochanych osób, ale pamiętaj, że kiedyś musiało to nastąpić. Każdy z nas kiedyś zaczyna szukać kogoś jeszcze, z kim będzie spędzać czas, bo odkrywa, że rodzina i rodzeństwo już mu nie wystarczają do szczęścia. Niezależnie jednak od tego, zawsze bliskie mu osoby będą mu bliskie, nawet jeżeli już nie będzie spędzał z nimi tyle czasu, co wcześniej i już nie są one jedynymi bliskimi mu osobami. Poza tym, Teodor zawsze będzie twoim bratem i nic tego nie zmieni. A i ty kiedyś znajdziesz kogoś, kogo polubisz tak mocno, jak on Ilary.
Dziewczynka słuchała go bardzo uważnie. Słowa kuzyna brzmiały mądrze i nieco napełniły otuchą jej zbolałe serduszko, choć nadal było w nim sporo smutku. Dodatkowo nie wierzyła w to ostatnie, że ona mogłaby zachowywać się tak samo, jak teraz zachowuje się Teodor. Nie wyobrażała sobie, aby kiedykolwiek mogła tak zacząć wariować na punkcie jakiegokolwiek chłopca.
- Nie wierzę. Ja tak nigdy nie będę się zachowywać jak on - zarzekła się.
Ludwik zaśmiał się i delikatnie położył dłoń na ramieniu dziewczynki.
- Nie opowiadaj na wiatr, Mimi. Nie wiemy, co nam przyniesie czas. Wcale nie jest to takie pewne, że nigdy nie poczujesz tego samego uczucia, które Teodor czuje do Ilary. Więcej ci powiem, ja jestem przekonany, że je poczujesz i któregoś dnia polubisz kogoś tak mocno.
Maria westchnęła głęboko. Czyżby Ludwik miał rację? I ona także będzie się tak kiedyś zachowywać? Tak głupio jak Teodor? To po prostu straszne!
- Naprawdę tak myślisz? Że polubię kogoś bardziej niż brata?
- Inaczej - powiedział Ludwik - Nie bardziej, a inaczej.
Maria nadal miała wątpliwości połączone z lekkim strachem, co będzie, jeśli jej kuzyn ma jednak rację i ją też kiedyś dopadnie taka miłość. Ta przerażająca siła, która sprawiała, że Sissi wariowała na punkcie Franciszka, a Teodor na punkcie tej całej Ilary. Jak ona nie lubiła tego imienia. To dziwne, bo początkowo wydawało się jej ono bardzo ładne.
- Ale skoro jesteś smutna, może wymyślisz zabawę dla waszej trójki? - spytał po chwili Ludwik.
Dziewczynka rozpromieniła się. Takiej rady było jej potrzeba. Radośnie czule się do kuzyna uśmiechnęła, potem uściskała go, ucałowała w oba policzki, bardzo mocno mu dziękując i wyszła z altany, mijając po drodze Sissi, która delikatnie zmierzwiła jej włosy dłonią.
- Czyżbyś znowu pomagał mojemu rodzeństwu w ich kłopotach sercowych? - zapytała dowcipnym tonem.
- Znowu? A skąd wiesz, że już to robiłem? - zdziwił się Ludwik.
- Teodor mi powiedział, jak pomogłeś mu zbliżyć się do Ilary. Jestem ci za to bardzo wdzięczna, bo widziałam, że ona mu się podoba, tylko nie umiał do niej podejść i z nią porozmawiać.
- No, ten problem był nieco głębszy, ale niech to, Sissi, pozostanie już między nami mężczyznami.
Sissi parsknęła śmiechem, oczywiście nie zamierzając zadawać Ludwikowi niepotrzebnych pytań, bo jeżeli Teodor powierzył mu pewne sekrety swojej duszy, ona nie miała prawa go o to wypytywać. Usiadła zamiast tego na ławce tuż obok kuzyna i powiedziała:
- Pamiętam, jak byłam w wieku Marii. Ja i Franciszek siadaliśmy wtedy tutaj i rozmawialiśmy o różnych sprawach. A ty, starszy kuzyn, dorosły i taki kochany, siadałeś tutaj z nami i się z nami bawiłeś albo nas pocieszałeś, gdy mieliśmy jakiś problem. Pamiętasz to, Ludwiku?
- Bardzo dobrze to pamiętam. Wakacje u cioci Ludwiki, po której mam imię, oczywiście w wersji męskiej, były zawsze czymś cudownym - odpowiedział nieco zamyślonym tonem Ludwik.
Doskonale to wszystko pamiętał. I nic w tym chyba dziwnego. Przecież były to jedne z najpiękniejszych wspomnień w jego życiu. Zawsze bardzo miło do nich wracał. Teraz jednak czuł się okropnie z ich powodu. Przecież te wspomnienia, to wyraźny dowód na to, że zadurzył się w swojej małej kuzynce. Tej dziewczynce, która potrafiła jednym razem być na niego i próbować mu rozkazywać, tupiąc przy tym ze złości nóżką, a innym razem siadała mu na kolanach i wypłakiwała mu się ze swoich największych trosk. Czy patrzenie na nią jak na atrakcyjną kobietę teraz było normalne? Ponadto, czy tak należało robić, kiedy ma się narzeczonego, a do tego jest z nim się szczęśliwą? Nie, to było zdecydowanie nie w porządku wobec siebie i wobec niej. Ludwik poczuł, że musi wyrzucić to uczucie z serca, bo im szybciej to zrobi, tym szybciej odzyska spokój, a jego mała kuzynka znowu będzie dla niego jedynie małą kuzynką, dla której on był niczym starszy brat. Oboje tylko na tym skorzystają.
- Coś się stało, Ludwiku? - zapytała Sissi, widząc, że jej kuzyn jest smutny.
- Nie, nic takiego - skłamał Ludwik, próbując jakoś zamaskować dręczące go uczucia - Po prostu naszła mnie nostalgia za tym, co minęło i nie wróci. Wszystko wtedy wydawało się łatwiejsze. Choć niekoniecznie takie było.
- To prawda. Wcale nie było wtedy życie łatwiejsze. Po prostu nam się wtedy wiele rzeczy wydawało takich prostych i nieskomplikowanych. Teraz jest inaczej. Nie wiem, czy lepiej, czy gorzej, ale na pewno inaczej. Jednak pewne rzeczy nadal pozostają takie same.
- Jak moja miłość do ciebie, Sissi - padła nagle niespodziewana odpowiedź ze strony kolejnej osoby, która właśnie weszła do altany.
To był Franciszek Józef, wciąż w stroju podróżnym. Sissi radośnie podbiegła do niego, po czym bardzo czule go uściskała i ucałowała. Ludwik uśmiechnął się przyjaźnie do Franza, choć w głębi duszy czuł, że serce mu pęka na kawałki.
- Cieszę się, że przyjechałeś - powiedziała Sissi do swego ukochanego - Tak bardzo za tobą tęskniłam. A lekcje z baronową są strasznie męczące.
- Tak bardzo cię piłuje, najsłodsza? - spytał Franciszek.
- Nie bardzo, po prostu te jej lekcje są okropne.
- Rozumiem. Ale spokojnie, poradzisz sobie z nimi. Ty zawsze ze wszystkim sobie radzisz, kochanie.
Następnie Franciszek zwrócił się do Ludwika.
- Podobno miałeś niewesołą przygodę w lesie. Cieszy mnie, że widzę cię teraz w pełni sił.
- Czy w pełni to nie wiem, jeszcze trochę słabo się czuję, ale spokojnie, to jest tylko chwilowe - odpowiedział Ludwik.
- To dobrze. Naprawdę wszyscy byliśmy zaniepokojeni twoją przygodą.
- Domyślam się. No cóż... Będę na przyszłość bardziej ostrożny.
Chwilę później Sissi i Franciszek poszli na spacer, a Ludwik poczuł, że teraz naprawdę o wiele lepiej rozumie uczucia małej Marii.
***
Sobota minęła wszystkim bardzo przyjemnie. Przybycie cesarza sprawiło, że wszyscy niemalże stawali na głowie, aby dobrze się czuł w Possenhofen i chciał tu częściej przyjeżdżać. Szczególnie przodowała temu baronowa von Tauler, która to uważała za swój obowiązek nadskakiwać cesarzowi we wszystkim. Franciszek, jak to łatwo było się domyśleć, nie oczekiwał tego jednak od niej, ani od nikogo w tym domu. Jedyne, co chciał, to mieć jak najwięcej czasu dla Sissi, aby oboje mogli się sobą w pełni nacieszyć. Tak też się zresztą stało, a nikomu z domowników i gości nie przyszło do głowy, aby im przeszkadzać. Nawet baronowa nie próbowała w jakikolwiek sposób ingerować w samotne przechadzki Sissi i Franciszka czy też ich przejażdżki konne lub wycieczki łódką po rzece. Mimo, iż była zdania, że to nie wypada, aby narzeczeni bez obecności przyzwoitki spędzali tyle czasu sam na sam, to nie ośmieliła się powiedzieć cesarzowi, iż uważa zachowanie jego i Sissi za niezgodne z protokołem.
Niedziela z kolei była jeszcze przyjemniejszym dniem. Sissi nie miała wtedy mieć żadnych zajęć i mogła w pełni poświęcić swój czas Franciszkowi. Ten rzecz jasna, był z tego powodu zachwycony, a ponieważ nie chciało im się obojgu robić dokładnie to samo, co poprzedniego dnia, Sissi zaproponowała im wycieczkę w góry, w ich ulubione miejsce, po którym kiedyś tak lubili chodzić. Franciszek się na to zgodził bez wahania. Oboje przebrali się szybko w bawarskie wiejskie stroje, jakie nadawały się do chodzenia po górach i z ogromną przyjemnością w sercach poszli w ustalone przez siebie miejsce. Zanim jednak to nastąpiło, zaniepokojony książę Maksymilian poprosił do siebie Ludwika, aby z nim porozmawiać.
- Drogi chłopcze, Franz i Sissi chcą udać się w góry na wycieczkę - rzekł do Ludwika, przechodząc szybko do rzeczy.
- Tak, wiem o tym. Sissi już mi o tym mówiła - odpowiedział Ludwik - Boi się wuj, że coś im się tam może stać?
- No, niezupełnie to mam na myśli - Maks wyglądał na nieco zmieszanego - Widzisz, jak zapewne dobrze wiesz, podejście mężczyzny do zbliżeń płciowych... Chyba wiesz, co mam na myśli, prawda?
- Tak, wiem - odparł Ludwik, z trudem powstrzymując się od śmiechu, bo już zaczął się domyślać, do czego jego wuj zmierza - Mów dalej.
- A więc podejście mężczyzny do zbliżeń intymnych pomiędzy mężczyzną a kobietą bez ślubu z ich strony zmienia się diametralnie, kiedy zostaje ojcem córki.
- Jestem sobie w stanie to wyobrazić.
- I chodzi o to, że... Bo widzisz, Ludwiku, ja bynajmniej nie chcę niczego tu sugerować, ale po prostu bardzo się niepokoję o Sissi. Franciszek na pewno kocha ją szczerze, jednak słyszałem już różne pogłoski o jego romansach i... No, krótko mówiąc, nie mam pewności, czy zachowa cześć mojej córki do ślubu z nią. Ja tam oczywiście wiem, że jako narzeczony posiada już prawa męża, jednak wolałbym, aby moje zupełnie nieobeznane w tym temacie dziewczątko nie było przypadkiem zhańbione w dniu swego ślubu, kiedy wyjdzie na jaw, że ona i Franz... Bo przecież to wyjdzie na jaw. Te ich ceremonie są takie, że nie ma szans, aby wtedy wszystko się nie wydało.
- Rozumiem, wuju. Ale do czego ja ci jestem potrzebny?
- Chodzi o to, abyś za nimi poszedł. Znaczy z nimi. Abyś im towarzyszył i się upewnił, że oboje zachowują się obyczajnie. Wczoraj co prawda jeździli konno po całej okolicy, pływali łódką i spacerowali, ale zawsze miałem ich na oku.
- Niech zgadnę. Wuj obserwował ich przez lunetę ze swojego gabinetu?
Widząc ironiczne spojrzenie Ludwika, Maksymilian zrozumiał, że udawanie, iż tak nie jest, było pozbawione sensu. Dlatego westchnął głęboko i powiedział:
- Jak kiedyś zostaniesz ojcem córki, to być może wtedy zrozumiesz, co teraz ja przeżywam. Nie ufam tak do końca Franciszkowi. Za mocno ulega swojej matce i prócz tego miał na swoim koncie kilka romansów. Nie wiem, czy się zmienił. Nie wiem, czy będzie wierny Sissi. Ale nawet jeśli tak, to wolę, żeby jej nie skrzywdził w wiadomy nam sposób. Świadomie jej nie zrani, zgoda, ale mimo wszystko może postąpić niemoralnie i nie widzieć w tym nic złego. Wiem, że takie coś jest bardzo możliwe. Dobrze bowiem znam takich uwodzicieli. Sam byłem kiedyś taki. Tylko, że ja wydoroślałem, ale nie mam gwarancji, że on też.
Ludwik naprawdę z trudem już powstrzymywał się od śmiechu. Nie chciał jednak urazić wuja, dlatego pokiwał lekko głową na znak zrozumienia i rzekł:
- Czyli, krótko mówiąc, mam pilnować niewinności Sissi podczas wycieczki w góry?
- Tak, bardzo cię o to proszę, Ludwiku. Nie wiem, komu mógłbym powierzyć to zadanie. Do tego potrzeba mężczyzny, a innego prawdziwego mężczyzny tutaj chwilowo nie ma. Dlatego proszę cię, idź tam z nimi.
Ludwik nie bardzo lubił chodzić po górach, jednak nie umiał odmówić w tej sytuacji wujowi, chociaż jego zarzuty wobec Franciszka wydawały mu się być co najmniej zwariowane. Nie chciał jednak oceniać zachowania wuja, wychodząc z założenia, że być może ma on rację i kiedyś, jak sam zostanie ojcem, zrozumie to, co on teraz czuje i zgodził się asystować Sissi i Franciszkowi podczas wycieczki.
Wrócił więc do swojego pokoju, przebrał się w strój wiejski, idealny do tego rodzaju wycieczek, po czym wyszedł na zewnątrz, gdzie właśnie byli Franciszek i Sissi, szykujący się do wyjścia. Jego obecność bardzo ich zdziwiła.
- Ludwiku, a co ty tu robisz? - zapytała Sissi.
- Postanowiłem pójść na wycieczkę po okolicach dawno już przez siebie nie widzianych - odpowiedział Ludwik - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam wam w realizacji jakiś planów.
- Skądże, po prostu jesteśmy zaskoczeni - odpowiedział Franciszek - Ale jeśli chcesz iść z nami, to nie widzę przeszkód.
Sissi spojrzała na kuzyna spode łba, niemal tak samo, jak wtedy, kiedy była jeszcze dzieckiem i spytała:
- Tata ci kazał, prawda? Masz nas oboje pilnować, żebyśmy nie zrobili czegoś niemoralnego w czasie tej wycieczki?
- Że słucham? Ależ skąd! Sissi, podejrzewasz swojego ojca o takie rzeczy? - zapytał dowcipnym tonem Ludwik.
- Kuzynku, nie opowiadaj bajek. Zawsze włącza mi się ostrzeżenie, kiedy mi próbujesz coś kręcić. Powiedz prawdę. Tata ci kazał, tak?
- Poprosił mnie o to. Jesteś w końcu jego oczkiem w głowie. Spróbuj go więc zrozumieć, choć na pewno nie jest to łatwe.
Sissi wybuchnęła gromkim śmiechem, podobnie jak i Franciszek. Ludwikowi ich dobry humor szybko się udzielił, bo również dołączył do tego wesołego chóru. Śmiali się tak przez chwilę, a potem Sissi powiedziała, że wita w drużynie i żeby już ruszali, bo inaczej cały dzień im minie na gadaniu.
***
Kiedy Franciszek z Sissi oraz Ludwikiem ruszyli w stronę gór, Maksymilian uznał, że powinien wykazać się przed baronową jako wzorowy gospodarz. Ponadto denerwowało go to, iż kobieta ta jest tak pedantycznie nastawiona do zasad, jakie panują na dworze i zgodnie z którymi musi uczyć jego córkę tak, a nie inaczej. Raz czy dwa był świadkiem lekcji prowadzonych przez baronową i uznał, że są one co najmniej bezsensowne. Ponieważ często trzymały się go żarty, postanowił wyciąć tej kobiecie tak sztywnej, jakby kij połknęła, pewien mały numer.
- Droga baronowo! Ponieważ dzisiaj nie ma pani co robić, zapewne czuje się pani strasznie znudzona! - zawołał serdecznym i bardzo przyjaznym tonem, kiedy tylko zobaczył Helgę von Tauler.
- Przeciwnie, Wasza Książęca Mość. Wcale się nie nudzę - odparł kobieta.
Po jej tonie, łatwo było wywnioskować, że próbuje zakończyć tę rozmowę tak szybko, jak się ona zaczęła. On jednak nie zamierzał na to pozwolić.
- Szanowna pani, jest pani tutaj naszym gościem, a jakoś nie miała pani dotąd okazji, aby obejrzeć naszą posiadłość. A zapewniam panią, że jest co zwiedzać.
- Nie wątpię w to, ale nie chcę chodzić sama po okolicy. Jeszcze zabłądzę, a poza tym, nie wiem, czy to wypada chodzić po cudzym domu samotnie.
- Ale dlaczego zaraz samotnie? Z przyjemnością panią oprowadzę.
Zanim baronowa zdążyła zaprotestować, Maksymilian porwał ją ze sobą, po czym zaczął oprowadzać po swoim domu, pokazując wiele jego zakamarków oraz opowiadając o nich niczym rasowy przewodnik. Początkowo baronowa była tym nawet zainteresowana i chętnie słuchała, co do niej mówił Maksymilian, ale kiedy tylko zorientowała się, że ten prowadzi ją po obejrzeniu pałacu do folwarku, który znajdował się niedaleko, zaczęła lekko protestować. Takie miejsce napawało ją tak wielkim niepokojem, jakby miała zwiedzać co najmniej rzeźnię. Była przerażona możliwością zetknięcia się osobiście z tymi wiejskimi i śmierdzącymi na daleką odległość zwierzakami, których to zapachu nawet flakonik porządnych perfum nie byłby w stanie całkowicie usunąć. Próbowała się tłumaczyć i jakoś wymigać od tego wszystkiego, ale Maksymilian nie zamierzał odpuszczać.
- A tutaj właśnie jest nasz folwark - opowiadał, wprowadzając ją na teren tego wyżej wzmiankowanego miejsca - Jak pani widzi, dobrze prosperuje. Wszystko tu jest dopięte na ostatni guzik. Zreformowałem nieco pracę miejscowych chłopów i ludzi pracujących tutaj, zgodnie z najnowszymi pomysłami z Zachodu. Widziałem tak dobrze prosperujące folwarki w kilku innych krajach i mogę panią zapewnić, że lepszych pani nie znajdzie na całym świecie.
- Wierzę panu na słowo - odpowiedziała baronowa, zdegustowana miejscem, w którym musi chwilowo przebywać.
Maksymilian zaprowadził ją do sadu, gdzie pokazał jej jabłonie. Oczywiście z miejsca zaczął je wychwalać i dowodzić, że bardziej soczystych jabłek z tak mile chrupiącą skórką nie znajdzie ona w całej Bawarii. Potem podstawił pod jedno z drzew drabinę i zaproponował, żeby baronowa weszła i spróbowała zerwać sobie kilka z nich i sama oceniła. Kobieta próbowała protestować, ale ostatecznie uległa i zrobiła to. Niestety dla niej, podczas zrywania jabłek jedna z gałęzi napięła się jak struna i uderzyła ją w twarz, co spowodowało, że spadła z drabiny prosto na to miejsce, którego nazwy wymawiać w towarzystwie nie wypada.
- Ojej, nic się pani nie stało, baronowo? - zapytał z udawaną troską Maks.
- Nie, to przez moją nieostrożność - odpowiedziała dyplomatycznie kobieta.
Maks pomógł jej się pozbierać, po czym zabrał ją na łąkę, gdzie pasły się ich konie i kilka krów. Następnie podstawił jej stołek i wiadro, po czym rzekł:
- Nauczę panią teraz, jak doić krowy. To wbrew pozorom bardzo proste. Jeśli tylko się opanuje podstawy, to dalej już idzie łatwo.
Baronowa zmieszana i przerażona jednocześnie, z trudem próbowała mówić, że nie nadaje się do tego. Maks niemal siłą ją posadził na stołku i zaczął zachęcać do dojenia. Kobieta z obrzydzeniem dotykała krowich wymion, niemalże mdlejąc od zapachu zwierzęcia i widoku latających nad nim much, ale nie zdołała wycisnąć z nich ani kropli mleka.
- Och, źle się pani zabiera. To się robi tak.
Po tych słowach, Maks pokazał kobiecie, jak należy doić, niechcący albo też całkowicie specjalnie robiąc to tak, aby kilkanaście kropel spadło na twarz Helgi von Tauler. Ta przechyliła się za siebie i spadła ze stołka prosto na trawę. Książę zaś łaskawie uznał, że chyba kobieta do tego się nie nadaje i zaprowadził ją prędko do kurnika, gdzie pokazał jej, jak jego pracownicy zbierają jajka. Baronowej to się wydawało jeszcze bardziej obrzydliwe od dojenia krów, ale nie zdążyła tego nawet powiedzieć, bo kury zaczęły podskakiwać z jednej strony kurnika na drugą, gubiąc przy tym pióra, z których wiele wylądowało we włosach baronowej. Maksymilian widocznie dobrze się przy tym bawił, ponieważ zaraz potem zabrał ją do miejsca, gdzie za drewnianym płotkiem siedziały w błocie świnie.
- A tutaj są nasze świnki. Piękne, prawda? - zapytał dowcipnie Maks.
- Och tak. Są wyjątkowo piękne - odpowiedziała baronowa, zatykając sobie palcami nos, aby uwolnić go od intensywnego smrodu, które zwierzęta wydzielały.
- Może chciałaby je pani nakarmić?
- Dziękuję, nie skorzystam z tej przyjemności.
Baronowa odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku pałacu, kiedy nagle się poślizgnęła na mokrej od błota ziemi, straciła równowagę, wykonała kilka kroków do tyłu, po czym niespodziewanie przechyliła się przez płotek, przeleciała przez niego i wylądowała w błocie, niedaleko świń, które przerażone odskoczyły na bok. Maksymilian nie planował tego, ale nie potrafił powstrzymać się od ironicznego uśmieszku, gdy to zobaczył. Udając jednak troskę, przeskoczył zwinnie przez płot i powiedział, pomagając kobiecie wstać:
- Bardzo mi przykro, pani baronowo. Nie wiedziałem, że ziemia tu taka śliska i mokra. Naprawdę bardzo panią przepraszam.
- Nic się nie stało, książę. To tylko niefortunny zbieg okoliczności - odparła na to baronowa, będąc już w kompletnym szoku.
Maksymilian uznał, że wystarczy już tej zabawy, po czym zabrał kobietę do domu, gdzie przed wejściem zastała ich Ludwika.
- I jak się pani podoba okolica? - spytała, ale chwilę potem doznała szoku, gdy zobaczyła, że baronowa jest cała utaplana w błocie, a z jej sukni oraz włosów wystają kurze pióra, liście z jabłoni i trawa.
Po minie swojego męża, Ludwika łatwo wywnioskowała, że to on odpowiada za to wszystko i zapytała:
- Mogę wiedzieć, co tu się stało?
- Baronowa poznała uroki życia na wsi - odpowiedział jej mąż, jakby nigdy nic - Zbierała jajka, zrywała jabłka, doiła krowy... Ale była zabawa.
- Rozumiem, że nie dla pani - powiedziała wyrozumiałym tonem Ludwika.
- Stanowczo nie - odparła kobieta nad wyraz ponurym tonem - Proszę teraz o wybaczenie księżną panią, ale muszę doprowadzić się do porządku. Moja córka, ani tym bardziej cesarz i księżniczka Elżbieta nie powinni mnie zobaczyć w takim stanie.
- To zrozumiałe. Każę pani przygotować gorącą kąpiel.
Baronowa z wdzięcznością dygnęła przed nią i odeszła, a Ludwika spojrzała ze złością na męża, niemalże duszącego się od śmiechu.
- No co? - spytał Maksymilian, udając niewiniątko.
- Już ty bardzo dobrze wiesz, Maks - odparła ze złością Ludwika - Dorosły mężczyzna, a zachowuje się jak sztubak z pierwszej klasy.
- Żartujesz? W szkole nigdy tak dobrze się nie bawiłem - odpowiedział Maks.
***
Bycie przyzwoitką, czy może raczej piątym kołem u wozu zdecydowanie nie należy do najprzyjemniejszych zajęć. Ludwik wiedział o tym, wybierając się wraz z Sissi i Franzem na wycieczkę, jednak nie umiał odmówić prośbie wuja Maksa i to nie tylko dlatego, że bardzo go lubił, ale również i dlatego, że uważał, iż on dla zakochanych będzie wyrozumiały. Nie wiadomo natomiast, jak zareagowałby na ich pocałunki i częste przytulanie się ktoś inny, kogo zamiast niego wysłałby Maks na tę wycieczkę. Jeszcze by im przeszkadzał w każdy z możliwych sposobów i nie chciał dać ani chwili spokoju. Zwłaszcza, gdyby niespokojny o cześć swojej córki Maks tak mu kazał. Dlatego właśnie Ludwik uznał, że lepiej już chyba, aby to on się tym wszystkim zajął, przynajmniej pozwoli zakochanym na tyle swobody, ile tylko oni będą potrzebować. Nie zmieniało to jednak faktu, że dziwnie się czuł w towarzystwie zakochanych, szczebioczących ze sobą radośnie, trzymających się za ręce i od czasu do czasu całujących się czule. Ponadto zazdrość wywołana o Sissi była w nim na tyle silna, że musiał odwracać wzrok, aby na nie patrzeć na to, jak kolejny już raz oboje okazują sobie uczucie.
Sissi i Franciszek nie wiedzieli o tym wszystkim. Myśleli, że po prostu książę bawarski, wysłany tutaj częściowo wbrew swojej woli, po prostu wykonuje to, o co go poproszono, choć nie bardzo mu się to podoba. Nie chcieli go ranić, dlatego też nie zapominali o jego obecności, zagadywali go co chwila lub próbowali razem z nim żartować sobie na temat swoich wspomnień i przygód z czasów dzieciństwa. Pomimo to, ich pocałunki, przytulania czy trzymanie się za ręce zdecydowanie nie pomagały mu poczuć się lepiej. Czuł się nie tylko zazdrosny, ale też i całkowicie zbędny w tym towarzystwie, chociaż Sissi, domyślając się jedynie tego drugiego uczucia, robiła wszystko, aby tak nie było.
- Ludwiku, nie sądzisz, że tu jest po prostu pięknie? - zagadała go, kiedy na chwilę odeszła do Franciszka i podeszła do stojącego w tyle kuzyna.
- Tak, tu jest naprawdę pięknie - odpowiedział jej Ludwik, przy okazji patrząc uważnie na okolicę wokół siebie.
Znajdowali się na jednym ze skalnych pagórków porośniętego trawą. Łatwo się tam dostali, idąc ścieżkę prosto do niego prowadzącą. Znali dobrze tę drogę, bo w dzieciństwie wielokrotnie tam chodzili. Jak się okazało, po latach nadal jeszcze mieli w pamięci, gdzie ta ścieżka się znajduje i jak należy nią chodzić. Wycieczka ta była dla nich cudownym przypomnieniem miłych wydarzeń z lat dziecinnych, kiedy wszyscy razem byli młodsi i zdecydowanie bardziej beztroscy, nie musząc się przejmować tak wieloma rzeczami, jakimi przejmują się teraz. Nostalgia za tym wspomnieniem, połączona z pięknem widoku roztaczanego z tego miejsca, to było coś, czego Ludwik potrzebował, aby choć na chwilę nie przejmować się tym, co w jego sercu się kryło, a o czym jego kuzynka nie powinna wiedzieć.
Przypomniał sobie, jak kiedyś poszedł z Sissi, Nene, Franzem i Karolem w to samo miejsce i jak wszyscy razem podziwiali okolicę, próbując przekrzyczeć dla zabawy echo. Sissi wówczas zerwała kilka kwiatów i podarowała je Ludwikowi, aby go przeprosić w ten sposób za to, że niedawno była wobec niego niegrzeczna, a on łatwo jej wtedy wybaczył, bo nie umiał długo chować do niej urazy.
- Hej, Sissi! Zobacz, jaki stąd piękny widok! - przerwał te rozmyślania Franz, który właśnie stanął na samym brzegu pagórka i przyjął pozę zdobywcy nowego i nieznanego mu wcześniej lądu.
- Wiem, tu widok jest zawsze piękny! - zawołała wesoło Sissi.
Franciszek zadowolony rozłożył ręce na obie strony, nabrał powietrza w płuca i zawołał głośno:
- Sissi! Świat należy do nas! Jesteśmy władcami świata!
- Uważaj, władco świata! Jak wejdziesz na sam szczyt, to jedyna droga, jaka ci została, prowadzi na dół - odpowiedziała dowcipnie Sissi.
- Nie martw się, kochana. Jestem cesarzem, a cesarze mają zawsze szczęście. Zwłaszcza, kiedy mają tak wspaniałe narzeczone.
To mówiąc, wykonał nieco gwałtowny krok, aby podejść do ukochanej. Zbyt gwałtowny, jak się okazało, ponieważ niechcący poślizgnął się nagle na piasku, a jego lewa noga poleciała do tyłu, a wraz z nią prędko poleciała cała reszta. Sissi i Ludwik nie zdążyli nawet mrugnąć okiem, kiedy usłyszeli jego krzyk, a za chwilę zobaczyli spadającego z wzgórza cesarza. Sissi wrzasnęła wówczas z przerażenia i ruszyła biegiem w kierunku miejsca, z którego doszło do wypadku. Wychyliła się, po czym z ulgą zobaczyła, że Franciszek trzyma się kilkanaście metrów pod nimi jakieś wyrwy skalnej, a nogami machami desperacko w powietrzu. Poczuła wielką radość, że przeżył, ale i ogromny strach. Jeżeli zaraz czegoś nie zrobią, Franciszek spadnie, a pod jego stopami majaczyła głucha przepaść, w której dna spostrzec nie można było z miejsca, w którym się znajdowali.
- Franz, trzymaj się! - krzyknęła do ukochanego Sissi.
- Spokojnie, najmilsza. Nie mam zamiaru puścić tej skały. Chyba ona i ja się dosyć polubiliśmy - odpowiedział Franciszek, siląc się mimo tej sytuacji na żarty.
Ludwik szybko zareagował na tę sytuację. Widząc Franciszka wiszącego na tej stromej skalnej półce, szybko wydobył z plecaka linę, którą zawsze zabierał ze sobą na tego rodzaju wycieczki, po czym przewiązał się nią w pasie i rzucił szybko jej koniec Franciszkowi.
- Łap, Franz! Zaraz cię wciągniemy! - krzyknął do niego.
Cesarz nie należał do ludzi strachliwych. Niejeden raz już się wspinał i miał w tej dziedzinie sporą wprawę. Co prawda, nigdy jego życiu nie zagrażało aż takie niebezpieczeństwo, ale umiał zachować zimną krew, dlatego z trudem, bo nie było to znowu takie proste, zdołał schwytać linę mu rzuconą i zawisł na niej, ściskając ją mocniej niż Sissi, gdy trzymał ją w ramionach.
- Dobrze, możecie wciągać! - zawołał.
Niestety, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ludwik nie należał do ułomków, ale i dla niego wciągnięcie dorosłego mężczyzny nie stanowiło rzeczy łatwej. Sissi dość szybko to zrozumiała, gdyż zaczęła pomagać kuzynowi, również przewiązując się liną w pasie i zaczynając ciągnąc ją wraz z nim, ale i dla ich obojga okazało się to sztuką niezwykle trudną. Zdołali jedynie wciągnąć go na zaledwie kilkanaście centymetrów i czuli, że zaraz siły ich opuszczą.
- Franciszku, nie damy rady. Musisz nam pomóc! - zawołała Sissi.
- Oprzyj się nogami o skałę i spróbuj się wspinać - dodał Ludwik, czując, jak powoli traci dech w płucach z wysiłku.
- To nie jest łatwe - odpowiedział Franz.
- A myślisz, że nam jest łatwo?! - krzyknął ze złością Ludwik, kiedy zdołał choć na trochę odzyskać zdolność mówienia.
- Pomóż nam, Franz! - krzyczała Sissi - Oprzyj się nogami o skałę i wspinaj się na górę!
- Właśnie! Zrób coś z nogami! Możesz coś zrobić nogami?! - dodał Ludwik.
- Tak, pomachać. Pomoże wam to? - odparł nieco rozzłoszczony Franz.
Półka, na której wisiał nie należała do miejsc, na których łatwo było oprzeć nogi. Ledwie próbował to robić, a zaraz ziarenka ziemi i małe kamyki sprawiały, że tracił znowu grunt pod nogami. Nie było mu więc łatwo zrobić to, o co go teraz proszono, a ich poganianie wcale mu tego nie ułatwiało. Szybko jednak wziął się w garść, rozbujał się delikatnie, oparł nogami o dość mocną skałę, wytężył wszystkie siły i zaczął wchodzić na górę. Ludwik i Sissi, ciągnący linę, robili co w ich mocy, aby mu pomóc, jednak nie zostawił ich z tym samych. W końcu, po upływie kilku najdłuższych minut w ich życiu, które wydawały im się wiecznością, zdołał wejść na górę i opaść wraz ze swoimi wybawcami na trawę. Był już bezpieczny.
Cała trójka oddychała z trudem, gwałtownie łapiąc powietrze w płuca. Sissi czuła, jakby serce miało jej zaraz wyskoczyć z piersi, a Ludwikowi o mało ono nie wychodziło gardłem. W końcu oddech im się unormował, a Sissi i Franz popatrzyli na siebie, usiedli na trawie i objęli się zachłannie.
- Ty wariacie! Ty skończony wariacie! Już nigdy więcej nie stawaj tak blisko krawędzi! Słyszysz?! Już nigdy więcej! - wrzeszczała Sissi, płacząc i na zmianę okładając piąstkami Franciszka i całując go czule.
- Dobrze, kochanie. Więcej nie będę - odpowiedział jej Franz.
Jak na ironię, to kiedyś ona była mniej rozsądna niż on. Doskonale jeszcze to pamiętał, zwłaszcza tę przygodę na jeziorze. Nie wiadomo, jakby to się skończyło, gdyby on jej wtedy nie uratował. A teraz ona ocaliła jego. Widać, że bycie władcą i nie przeżywanie codziennie jakieś przygody pozbawiło go ostrożności. Wiedział, że będzie musiał to zmienić.
Ludwik tymczasem obserwował ich wszystkich i lekko się uśmiechnął na ten widok. W głębi serca czuł jednak wstyd. Przez chwilę bowiem, kiedy Franz z taką złośliwością mu odpowiedział, że może nogami jedynie pomachać, miał ogromną ochotę puścić linę i pozwolić mu spaść. Złość, jaka go wtedy na niego ogarnęła, zachęcała do tego, kusząc niczym Szatan Zbawcę na pustyni. Ostatecznie jednak dziki krzyk Sissi, który nastąpił chwilę potem, wyrwał go z tego odrętwienia i już bez żadnych wątpliwości pomógł jej uratować Franza. Mimo to, nie mógł sobie tak na zakończenie tej historii odmówić małej złośliwości.
- Ale następnym razem nie będę cię wciągał. Zobaczysz, Franciszku, pozwolę ci spaść, jeśli jeszcze raz tak zrobisz.
- Nie bój się. Nie zamierzam robić tego już nigdy więcej - odpowiedział na to Franz i obdarzył go przyjacielskim uśmiechem.
Obaj dobrze wiedzieli, że od tego momentu nieważne, co by się stało, oni już na zawsze będą przyjaciółmi.
***
Przygoda w górach była na tyle wstrząsająca, że Sissi wraz z ukochanym oraz kuzynem nie była w stanie wrócić od razu do domu. Zaproponowała, aby ona i jej towarzysze wybrali się do miejscowej wsi, gdzie znajduje się karczma, w której wszyscy razem ochłoną i ukoją nerwy. Propozycja została przyjęta jednogłośnie.
- Po takiej przygodzie, dobry kufelek bawarskiego piwa mi bardzo pomoże - stwierdził Ludwik.
- I trochę bawarskich kiełbasek do tego nie zaszkodzi - dodała Sissi.
- Ja nie jestem pewien, czy nie napiję się czegoś mocniejszego - rzekł Franz - Tego, co dzisiaj przeżyłem na trzeźwo nie zdołam przełknąć.
Ponieważ wszyscy byli jednomyślni w tej sprawie, zeszli ostrożnie po dobrze im znanej, bezpiecznej ścieżce na sam dół, po czym udali się w kierunku pobliskiej wsi. Sissi bywała tam wielokrotnie jako dziecko z ojcem, z którym nieraz dobrze się tu bawiła i zajadała z nim bawarskie kiełbasy. Kiedy zaś była już starsza, ojciec pozwolił jej też spróbować bawarskiego piwa, w którym bardzo zasmakowała. Jej matka miała początkowo zastrzeżenia, co do tego rodzaju metod wychowania ich córki, ale przestała oponować widząc, że Sissi nie popada wcale w nałóg picia ani też nie nabiera prostackich zwyczajów, a po prostu znajduje w tym wszystkim, tak jak i jej ojciec, prostą i drobną przyjemność, jaką każdy z nas posiada w życiu, ale z którą niekoniecznie chciałby się dzielić z innymi ludźmi. Z tego powodu matka nie zabraniała córce wycieczek z ojcem do karczmy, a nawet czasami sama pytała Sissi, czy dobrze się wtedy bawiła, słysząc zawsze odpowiedź, że wyśmienicie. Ta odpowiedź padła nawet wówczas, gdy Maksymilian pewnego razu wrócił do domu z podbitym okiem, efektem bójki, w którą wdał się z pewnym wrednym typem. Na szczęście Sissi wyszła z tej walki bez szwanku, bo Maks w odpowiedniej chwili kazał się jej schować i nie mieszać do tego. Ludwikę to cieszyło, ale oczywiście nie omieszkała powiedzieć mężowi, co myśli o takiego rodzaju zachowaniu z jego strony. A nie była to miła opinia.
- Ależ moja droga, zapewniam cię, że nic poważnego się nie stało - mówił do niej mąż - Tylko musiałem pewnemu panu wyjaśnić i to dokładnie, że nie życzę sobie aluzji, jakobym ja był pantoflarzem.
- I z tego powodu się z nim pobiłeś? - zapytała wówczas z politowaniem jego małżonka.
- Nie. Po tym wszystkim dodałem jeszcze, że to on tutaj się wymądrza, a w domu to pewnie boi się poprosić o szklankę wody tego swojego Heroda w kiecce. On wtedy nie wytrzymał, złapał za kufel, prasnął mnie przez łeb, ja mu oddałem i wtedy się zaczęło.
- Co to za wyrażenia, co? Prasnął przez łeb! Naprawdę. I to jeszcze przy Sissi tak mówisz. Za dużo tam spędzasz czasu i proszę, nabierasz manier niedźwiedzia. I jeszcze wracasz z podbitym okiem.
- To jeszcze nic, mamusiu. Szkoda, że nie widziałaś tego pana, z którym się tatuś bił. Ten wyglądał jeszcze gorzej - zauważyła wesoło Sissi.
Ludwika załamana tylko pokręciła głową i z pomocą służącej robiła mężowi okłady z lodu, celowo jednak przykładając je tak, aby go bolało.
- Może to cię oduczy sztubackich wybryków. Naprawdę, ja nie wiem, co ja mam z tobą zrobić? Raz się zachowujesz jak najmądrzejszy człowiek na świecie, a innym razem zachowujesz się jak bachor. Stary, głupi niedźwiedź z ciebie.
- Ale kochasz swojego niedźwiedzia, prawda? - zapytał czule Maksymilian.
- Tak i sama chwilami nie wiem, za co - burknęła Ludwika.
- Bo jestem najmilszym, najukochańszym, najczulszym, najmądrzejszym oraz najbardziej romantycznym mężczyzną w całej Bawarii - powiedział wesoło Maks.
- Tak i przy okazji najskromniejszym - zażartowała sobie jego żona, od razu odzyskując dobry humor.
Oczywiście od tego czasu Maks zaczął unikać sprzeczek w karczmie, nawet jeśli czuł, że jego honor zostaje wystawiony na szwank. Uznał też, że musi dawać Sissi o wiele lepszy przykład, pozostałym dzieciom zresztą też. Karczmę jednak od czasu do czasu dalej odwiedzał, a Sissi zawsze mu wówczas towarzyszyła. Dlatego też nowością dla niej było zajść do tego miejsca z Franciszkiem i Ludwikiem. Z nimi jeszcze nigdy tam nie była i to było dla niej ciekawą odmianą. Nigdy jeszcze nie była w tym miejscu z kimś innym niż ukochany tatuś, bo nie wiedziała, czy to dla kogoś innego może stanowić rozrywkę. Ponieważ jednak Franciszek i Ludwik nie mieli nic przeciwko temu, a nawet sami wykazali zainteresowanie konceptem Sissi, księżniczka tym chętniej ich tam zaprowadziła.
Stary Tyrolczyk, właściciel karczmy, był dobrym znajomym zarówno Maksa, jak i Sissi. Znał ich od dawna i niejeden raz chętnie się sam do nich przysiadał, pił z nimi piwo, jadł kiełbasy i opowiadał miejscowe plotki. Bardzo lubił księcia, jak i jego uroczą latorośl. Chociaż oboje dawno już nie widział, od razu teraz rozpoznał księżniczkę i przywitał ją bardzo serdecznie wraz z jej towarzyszami.
- To prawdziwa przyjemność dla mnie, powitać ponownie księżniczkę w tych naszych jakże niskich progach - powiedział do niej życzliwie - A szanowny tatuś czy zdrowy? Bo jakoś dawno go tu nie widziano.
- Tata ma obecnie inne sprawy na głowie i jakoś nie ma za dużo czasu, aby przychodzić do pana karczmy - odpowiedziała mu Sissi - A my byliśmy tu zupełnie przypadkiem. Tak po prostu sobie chodziliśmy po tej okolicy i postanowiliśmy się napić i coś zjeść. No, a tak poza tym, to przyznam, że trochę się już stęskniłam za pańskimi kiełbaskami i piwkiem.
- Z największą przyjemnością, księżniczko. Z największą przyjemnością. Już pani i pani towarzyszom służę! - zawołał oberżysta, nie kryjąc swojej radości.
Sissi z Franciszkiem i Ludwikiem usiedli przy jednym ze stolików, do którego zaraz dostarczono im talerz pełen bawarskiej kiełbasy i trzy kufle piwa. Dla Franza dostarczono jeszcze czegoś mocniejszego, bo rzeczywiście po tym, co go spotkało, zdecydowanie samo piwo to było za mało, aby doszedł całkowicie do siebie. Nie pogardził zatem buteleczką miejscowego wina. Pił je jednak sam, gdyż Ludwik i Sissi pozostali jednak przy piwie. Ludwik, ponieważ nie przepadał za alkoholem mocniejszego kalibru, a Sissi dlatego, że piwo było jej ulubionym napitkiem, a już zwłaszcza piwo bawarskie. Z miejsca przyszło jej też do głowy, że gdyby tak teraz mogła ich zobaczyć baronowa von Tauler, to chyba by padła trupem, bo zgorszona byłaby widokiem cesarza oraz jego narzeczonej w bawarskich strojach i jedzących posiłki godne pospólstwa, nie wspominając już o tak prostym napitku jak piwo.
- Boże, jak ja dawno tego nie jadłam - powiedziała Sissi, nakładając sobie na talerz kolejną kiełbasę - Franz, ja nie chcę bynajmniej niczego umniejszać twoim kucharzom, ale przy jednej dobrej bawarskiej kiełbasie, to wszystkie wasze łakocie i frykasy tracą od razu smak.
- No, nie przesadzajmy. Kucharze Franza posiadają talent do tego, co robią - powiedział do niej Ludwik i pociągnął tęgiego łyka z kufla - Chociaż przyznaję, że takiego napoju jak nasze bawarskie piwo, to nie ma na całym świecie.
- On coś o tym wie, podróżował po Francji i Anglii - rzekła Sissi do Franza - Ech, jakbym ja chciała kiedyś zobaczyć te piękne kraje.
- Jak wyruszymy w podróż poślubną, to cię tam zabiorę - obiecał Franciszek, również zajadając się kiełbasą i popijając ją dla odmiany winem i piwem - A przy okazji, to naprawdę bardzo smaczne. Nie wiem, czy aż tak smaczne jak pieczeń z pałacowej kuchni, ale na pewno bardzo smaczne.
- Wiedziałam, że w nich zasmakujesz, najdroższy - powiedziała zachwycona Sissi, dotykając czule jego dłoni.
Tymczasem do karczmy wkroczyła nagle grupa Cyganów, oczywiście robiąc wokół siebie bardzo dużo hałasu, bo wchodząc do środka, przygrywała na swoich instrumentach. Sissi uśmiechnęła się radośnie na ich widok, zwróciła zaraz uwagę Franza i Ludwika na nich, a następnie pomachała ręką nowym gościom. Ci bardzo dobrze ją znali, bo kilka razy wraz z Maksem bywała w ich taborze, gdy ci akurat przebywali w pobliżu i tańczyła z ich dziewczętami, które nauczyły ją kilku bardzo pięknych tańców cygańskich.
Franciszek i Ludwik obserwowali uważnie Cyganów, którzy stanęli w jednym z kątów karczmy, gdzie zaczęli wesoło przygrywać gościom w zamian za ciepły posiłek od gospodarza. Obaj panowie podejrzewali, że Cyganom bez trudu się to uda osiągnąć, bo ich muzyka była niesamowicie skoczna. Dodatkowo dziewczyny od nich, ubrane w kolorowe stroje, były nad wyraz piękne i tańczyły tak wspaniale i tak uroczo śpiewały, że nic w tym dziwnego nie było, że kilkunastu mężczyzn im rzuciło za ten występ nieco pieniędzy. Ludwik i Franciszek nie byli oczywiście pod tym względem gorsi, a nawet wszystkich przebili, gdyż rzucili kilkanaście monet każdy uroczym tancerkom.
- Wspaniały taniec - powiedział Ludwik, nie kryjąc swego zachwytu.
- Owszem, bardzo piękny - odpowiedziała dowcipnie Sissi - Myślę jednak, że nie zabraknie wśród miejscowych dziewczyn takich, które umiałyby zatańczyć tak dobrze, jak i te romskie piękności.
- Naprawdę? A znasz jakąś, która umie tak tańczyć? - spytał Franciszek.
Sissi zamiast odpowiedzieć, po prostu obdarzyła go uroczym uśmiechem, po czym wstała od stolika, podeszła do Cyganek, uściskała dwie z nich, które dobrze znała, po czym cygańscy muzycy zaczęli grać skoczną melodię, zaś obie Cyganki z Sissi stojącą pomiędzy nimi, dały się porwać rytmowi. Piękne romskie panienki przygrywały jej na tamburynach i kastanietach, a księżniczka zachwycona w pełni poddała się tańcu. Jej ruchy były zmysłowe i zarazem pełne gracji, a do tego miały w sobie coś hipnotyzującego, co doskonale dostrzegał Franciszek, który w ogóle od niej nie odrywał wzroku, podobnie jak i Ludwik, czuły na wszelkie piękno na tym świecie.
- Och, Ludwiku. Ona jest cudowna, nie sądzisz? - zapytał Franciszek kuzyna.
- Och tak, Franciszku. Nie ma chyba piękniejszej od niej istoty i zarazem tak zmysłowo tańczącej - odpowiedział mu Ludwik.
Tymczasem Sissi skończyła taniec, za który zebrała gromkie brawa, lecz one nie stanowiły dla niej takiej wartości, jak zachwyt w oczach Franciszka, który tak bardzo podziwiał to, co robiła, że ani przez chwilę nie oderwał od niej wzroku, gdy tańczyła dla niego. Bo przecież ona nie tańczyła dla wszystkich. Ona tańczyła dla jednej jedynej osoby w tej karczmie: dla swego ukochanego. I on o tym wiedział i dlatego jego podziw był największy i dlatego tak bardzo on się liczył dla Sissi. Ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek, jakie dla niego przygotowała. Chwilę po tym, jak skończyła swój występ, podeszła do muzyków, szepnęła im coś do ucha, a ci z uśmiechem skinęli głowami na znak zgody i zaczęli grać romantyczny utwór, zaś Sissi, wzrok swój kierując na Franciszka i zaśpiewała dla niego czule:
Przez wiatry snów przepłynę.
Nawet we mgle nadziei mam nić.
I żagle znów rozwinę,
Bo serce wie, dla kogo ma bić.
Busola ma drogę zna,
Gdy noc mi ciebie dał.
Ty jesteś światłem
I źródłem wśród skał.
Do raju nam dziś bilet dał los.
I czuła jest jak miłość ta noc.
Kto ciepłem gwiazd ogrzeje me sny?
Nikt, tylko ty. Nikt, tylko ty.
Wzruszony i zarazem zachwycony Franciszek wstał i zaczął głośno klaskać, gdy tylko występ jego ukochanej dobiegł końca. Ta zaś dygnęła przed nim czule i wpadła mu w ramiona, a on uściskał ją serdecznie, delikatnie podniósł w górę, po czym wesoło okręcił ją dookoła. Chwilę później oboje zaczęli wesoło tańczyć pod rytm kolejnego utworu.
Tymczasem do Ludwika, siedzącego wciąż przy stoliku i z ogromną uwagą obserwującego zakochaną parę, przysiadła się stara Cyganka.
- Powróżyć, paniczu. Powróżyć paniczowi. Daj mi, paniczu, prawą dłoń i daj monetę, a w karty spojrzę i przepowiem ci twoje losy.
Ludwik nie bardzo wierzył w sztukę wróżenia, ale wszak sztukę chiromancji, tak cenioną przez wielu wybitnych ludzi (takich jak Aleksander Wielki oraz Juliusz Cezar) uważał za sztukę interesującą i niezasługującą na pogardę, więc uśmiechnął się i podsunął prawą dłoń Cygance. Ta spojrzała na nią uważnie i rzekła:
- Wrażliwy jesteś, paniczu i sercowy. Linia rozumu długa u ciebie, wiele masz w głowie wiedzy, ale i w sercu nie pusto. Kochasz tę, która uczuć twoich wcale nie może odwzajemnić.
- To dotyczy chyba połowy ludzkości na tym świecie. Masz po prostu farta, że akurat trafiłaś do kogoś, kto należy do tej połowy - stwierdził ironicznie Ludwik.
- Nie żartuj sobie, paniczu. Dłoń twoja wiele mi o tobie mówi. Rozumu masz w głowie bardzo wiele, serca także nie poskąpił ci Bóg. Uparty też jesteś, zawzięty w tym celu, który sobie upatrzysz. Nie odstąpisz, póki go nie zrealizujesz. A innym podporządkowywać się nie chcesz. Sam sobie panem pragniesz być.
Ludwik tym razem odpuścił sobie kpiny z Cyganki. Te cechy wszystkie były wszak jego cechami, a chiromancja, jak wierzył, potrafi odczytać charakter tego, kto pokazywał wróżącemu swoją dłoń. Dlatego słowa starej brzmiały dla niego tak bardzo wiarygodnie, jakby znała go od zawsze. Cyganka zaś, widząc, że jej słowa trafiły na podatny grunt i odgadła wszystko sprawnie, wyjęła talię kart, po czym zaczęła je tasować, rozłożyła na dwa stosiki i kazała, aby je przełożył. Ludwika wróżby te wciągnęły tak mocno, że spełnił jej prośbę. Cyganka zaś znowu zaczęła poruszać kartami i rozkładała je na stoliku.
- Rozłąka, paniczu cię czeka. Kraj ten opuścisz na pewien czas i ciekawe losy cię tam czekają.
Ludwik parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Tak, oczywiście. Pewnie zaraz mi powiesz, że ożenię się, będę miał trójkę dzieci i dożyję stu lat, mam rację? Wróżysz tak każdemu?
Cyganka popatrzyła na niego ponurym wzrokiem i powiedziała:
- Nie lekceważ mnie starej, paniczu. Młodość twoja jest twym atutem, która mnie odebrana już została, ale u mnie wiedza została, która przydać ci się może. A więc słuchaj, paniczu.
Następnie rozłożyła kilka kart i powiedziała:
- Teraz jesteś nieszczęśliwy, panie, ale twoim mękom nadchodzi kres. Bo już wkrótce inna miłość zastąpi tę, która cierpienie ci zadaje i ta nie ból, ale szczęście ci zapewni. Złotowłosa piękność czeka na ciebie. Zrozumieć się zdołacie, bo i ona cierpieć z miłości będzie. Pokocha cię, ale przeszłość oboje zostawić musicie choć w części za sobą.
Ludwika zaintrygowały te słowa. Przysunął się bliżej i zapytał:
- Kto to taki, ta złotowłosa piękność? Kim ona jest?
- Tego Cyganka ci nie powie, bo i karty tego nie mówią. A Cyganka tylko ci prawdę powiedzieć może. Nie okłamie, nie oszuka.
Następnie wzięła jego prawą dłoń, wzięła do ręki wyłożoną wcześniej na stół Damę Pik, po czym zaczęła kreślić nią linie na dłoni Ludwika.
- Nie na rok, nie na dwa, nie na trzy, ale na życie całe kochać będzie cię. A tyś królem, tyś pierwszym we wszystkim jej będziesz.
Ludwika zaintrygowały te słowa. Nie wiedział, jak ma je interpretować, ani też, czy wierzyć w opowieść Cyganki. Mimo to zapłacił jej kilka grajcarów, tak jak go o to poprosiła po wypowiedzeniu wróżby. Nie zauważył nawet, jak tańce w tym samym czasie się skończyły, a do stolika podeszli Franciszek i Sissi, która zaś, gdy tylko odkryła, co właśnie ma miejsce, poprosiła Cygankę, aby i jej powróżyła. Ta jednak, ledwie tylko w dłoń jej spojrzała, przeraziła się, zmroziło ją i twierdząc, że ją głowa okrutnie boli, dołączyła do swoich rodaków.
Zaniepokojona tym Sissi, spojrzała uważnie na swoją prawą dłoń, w ogóle nie wiedząc, co ma o tym myśleć i jak to rozumieć. Ale niestety, ani Ludwik, ani tym bardziej Franciszek nie byli w stanie jej pomóc w tej sprawie.
***
W tym samym czasie, kiedy Ludwik towarzyszył zakochanym Franciszkowi i Sissi, czując się przy tym niczym piąte koło u wozu, inna osoba Possenhofen także nie była w komfortowej sytuacji. Ona również chodziła za pewną zakochaną parą niczym zawodowa przyzwoitka, ale w przeciwieństwie do Ludwika, nigdy nie była o to przez nikogo proszona. Osobą tą była Maria zwana Mimi, mała siostrzyczka Sissi, która obserwowała zakochanych w sobie Teodora i Ilary. Za radą Ludwika, zaproponowała obojgu wspólną zabawę w chowanego i w berka, a potem jeszcze w ciuciubabkę, jednak Teodor znudzony nieco zabawą w trójkę, chcąc się mocno nacieszyć ukochaną, dość szybko namówił Ilary na wycieczkę łódką po rzece. A że w łódce nie było za wiele miejsca, tylko oni dwoje mogli tam płynąć. W wyniku tego Maria znowu została sama, zła niczym mała osa.
- Zakochana para się znalazła - mówiła ze złością sama do siebie - Teodorowi to już kompletnie odbiło na punkcie tej pannicy. Zapomniał przez nią o rodzonej siostrze.
Następnie wyjęła z kieszeni swoją ukochaną szmaciankę lalkę, pannę Łucję i spojrzała na nią smutnym wzrokiem.
- Och, panno Łucjo. Jacy ci chłopcy są podli! Myślą o swoich siostrzyczkach tylko wtedy, kiedy są im one potrzebne, a kiedy się zakochają, zaraz zapominają o nich i zostawiają je same. Po prostu podli. Ale dziewczynki niewiele lepsze. To one przecież odbijają siostrom braci i zostawiają je same. Nie warto mieć braci, ani też przyjaciółek. Bo ja chciałam być przyjaciółką Ilary, a ona tak mi za to odpłaca?
Widząc zakochanych płynących sobie miło łódką, poczuła się jeszcze gorzej, a zwłaszcza wtedy, gdy oboje pomachali jej rękami na znak sympatii. To małą oraz dosyć krewką panienką wstrząsnęło jeszcze mocniej. Ze złością wpadł do jej małej i uroczej główki szatański pomysł, aby obserwować ich uważnie, a z miejsca, w którym obecnie się znajdowała, nie było to możliwe, dlatego wspięła się na drzewo rosnące tuż przy brzegu i siedząc na jednej z gałęzi, zaczęła z uwagą przyglądać się Teodorowi i Ilary. Nie wiedziała za bardzo, co chciała w ten sposób osiągnąć, ale wiedziała, że musi to widzieć. A widziała, jak Ilary śmieje się wesoło z żartów, jakie jej opowiadał Teodor. Oboje mieli wyraźnie doskonałe humory.
- Dobrze się bawią, gołąbeczki jedne - mruknęła ze złością sama do siebie - Ciekawe, z jakiego powodu im tak wesoło? Chętnie bym się tego dowiedziała.
Przechyliła się lekko do przodu, zapominając, że może to być niebezpieczne, co musiało mieć konsekwencje, a te nastąpiło niezwykle szybko. Dziewczynka ani się obejrzała, jak straciła równowagę, zakręciło jej się w głowie i spadła z gałęzi, ale nie na ziemię, gdyż gałęzie, na których się usadowiła, rozciągały się w swojej szerokości aż na taflę rzeki. I w niej właśnie wylądowała biedna Maria. Upadła w nią głową w dół, a chociaż znajdowała się blisko brzegu, a woda rwąca nie była i dziewczynka mogłaby łatwo wydostać się na ląd. Niestety, była ona wówczas w zbyt wielkim szoku, aby to zrobić i z szoku tego nie wyszła dopóty, dopóki nagle nie poczuła, że ktoś łapie ją mocno w pasie, wyciąga na brzeg i pomaga wypluć z ust wodę. Dziewczynka dopiero wtedy ocknęła się z amoku, wywołanego strachem o utratę życia i zrozumiała, że nie jest wcale w niebie, ale na terenie swojego tak jej miłego Possenhofen. Skołowana wciąż, złapała się za głowę i rzekła:
- Och, moja głowa! Ale mi w niej huczy.
Rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że przed nią stoi Franciszek w koszuli i w spodniach, z których to, podobnie jak i z jego włosów, ocieka woda. Domyśliła się, że to on ruszył jej na pomoc, widząc ją w niebezpieczeństwie. Tuż obok niego stali Sissi z Ludwikiem, a zaraz potem do brzegu dobili Teodor i Ilary, których uwagi to zajście wcale nie uszło. Podbiegli szybko do dziewczynki, a Teodor złapał mocno siostrzyczkę w ramiona, zaczął ją do siebie tulić i sprawdzać, czy nic jej nie jest, a kiedy już się upewnił, że jest cała i zdrowa, odetchnął z ulgą, podobnie jak i Ilary, której twarz również wyrażała ogromny niepokój.
Ściskana przez brata Maria ucieszyła się, że wreszcie znowu jest w centrum jego uwagi, ale radość ta szybko minęła, gdy usłyszała od Sissi słowa pełne złości oraz wyrzutu:
- Co ty w ogóle wyprawiasz, Mario? Jak mogłaś tak ryzykować, wchodząc na to drzewo i wychylać się tak niebezpiecznie? Co ty sobie myślałaś, robiąc to? Czy wiesz, jak strasznie się o ciebie niepokoiliśmy? Co ja czułam widząc, jak spadasz do wody? Co by powiedzieli rodzice, gdybyśmy wrócili bez ciebie? Czy ty wiesz, co by się stało, gdybyśmy akurat tędy nie przechodzili? I po co to w ogóle wlazłaś na to drzewo? No po co?
Maria załamana spuściła głowę w dół, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć na te wszystkie zarzuty. Dobrze wiedziała, że Sissi ma rację i należy jej się bura. Bo po co jej to wszystko było? Po co obserwowała Teodora i Ilary? Po co dokuczała tak mocno bratu, kiedy odkryła, że ten się zakochał? Gdyby nie jej żarty, na pewno by teraz chciał się bawić z nią i z Ilary, a nie tylko z Ilary. Sama była sobie winna, że Teodor wolał swoją sympatię niż ją. A potem chodziła za nimi jak przyzwoitka, jak piąte koło u wozu i o mało nie zginęła przez to. Gdyby nie Franciszek...
Nagle jej myśli przerwała Ilary, która stanęła przed Sissi i powiedziała:
- Proszę, Sissi, nie krzycz na nią. Ona nie chciała nic złego. To nasza wina.
- Tak, racja. Nie wzięliśmy jej na łódkę i zrobiła się zła, że została sama tu, na brzegu - dodał w obronie siostry Teodor.
- Właśnie, Sissi. Nie gniewaj się na nią. I proszę, nie mów nic rodzicom. Ona nie powinna być karana - dodała Ilary wyraźnie przejęta.
Sissi pod wpływem tych argumentów, opuściła złość na młodszą siostrzyczkę i zamiast ją dalej wyzywać, przytuliła tylko mocno Marię i pocałowała ją w czubek głowy, prosząc przy tym, aby już nigdy więcej tak nie robiła. Teodor i Ilary zaś odetchnęli z ulgą, że nie będzie z tego powodu w domu awantury.
Jeżeli jednak ktoś z nich pomyślał, że Maria wdzięczna jest Ilary za to, iż ta się za nią wstawiła, mylił się gruntownie. Dziewczynkę cieszyło, że brat ją bronił przed Sissi, ale bynajmniej nie zamierzała dziękować za to samo Ilary. O nie, w jej oczach ta dziewczyna nadal była zawadą do naprawienia relacji z Teodorem, zaś to, że ją broniła przed Sissi, Maria uznała za chęć podlizania się jej i zdobycia na siłę jej przyjaźni.
- Niech na to nie liczy, małpa jedna - mówiła sama do siebie dziewczynka, gdy już wszyscy wracali do domu - Niech sobie nie myśli, że skoro mnie broniła, to będą ją teraz lubić. Nigdy jej nie polubię, bo ukradła mi brata. Chociaż sama do tego doprowadziłam, to ona nie powinna się mieszać. Kto ją o to prosił? Czy ja jej mówiłam, aby się za mną wstawiała? Wredna lizuska!