poniedziałek, 17 kwietnia 2023

Rozdział XXIII - W cygańskim taborze


Aby zrozumieć treść telegramu, który otrzymał Ludwik od Franciszka Józefa, musimy cofnąć się nieco w czasie do wydarzeń będących przyczyną tego, iż cesarz Austrii postanowił wezwać swojego kuzyna do siebie, aby razem mogli podjąć w tej sprawie odpowiednie kroki.
Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej, kiedy to Franciszek Józef siedział w swoim gabinecie przy biurku, przeglądając niezwykle ważne papiery dotyczące spraw państwowych. Wciąż pamiętał o sytuacji, jakiej był świadkiem w sierocińcu i na rynku, kiedy wraz z Sissi wybrał się tam incognito. To, co wtedy zobaczył, tak bardzo go poruszyło, że podjął w głowie wiele decyzji na temat zmiany tego stanu rzeczy. Wiedział oczywiście, iż całkowicie biedy nie wypleni z cesarstwa ani też nie usunie z niego niesprawiedliwości, jednak wiedział też, że powinien zrobić, co tylko w jego mocy, aby te wszystkie anomalie zmniejszyły się do minimum. Rzecz jasna, wcześniej czytał o potrzebie zmian w książce, którą dostał od Ludwika, ale co innego było czytać o problemach w cesarstwie, a co innego zobaczyć je i to na własne oczy. Ujrzenie tego wszystkiego zmuszało do myślenia i było poruszające do tego stopnia, że nie umiał o tym zapomnieć, a co za tym idzie, refleksje i chęć wprowadzenia zmian pojawiała się u niego automatycznie. Dlatego teraz zamierzał o wiele lepiej prowadzić politykę cesarstwa i mniej ufać swoim urzędnikom, kiedy ci mu mówią, że wszystko jest w porządku. Oczywiście nie podejrzewał Zottornika ani Radetzky’ego, ani nikogo ze swoich podwładnych o złe zamiary. Jedyne, co o nich myślał w tej sprawie, to podejrzenia o to, że jako osoby starej daty nie mogły one widzieć potrzeby reform. Funkcjonowali długo w starym systemie, przywykli do zasad panujących w Austrii od lat. Nie umieli przyjąć do wiadomości, że to, co funkcjonowało w czasach ich młodości, niekoniecznie musi funkcjonować teraz. Mimo tego byli bardzo wierni cesarstwu, dlatego Franciszek Józef postanowił, że zrobi wszystko, co możliwe, aby ich przekonać do potrzeby zmian. Ostatecznie nie chciał ich pozbawiać stanowisk, byłaby to niepowetowana strata dla Austrii. Poza tym, kogo by miał powołać na ich miejsce? Tego nie wiedział, dlatego wolał, aby oni pozostali na służbie cesarstwu, ale zmienili podejście do polityki i dalej służyli swoimi talentami Austrii i jemu.
Przy okazji kwestii reform, nie zapomniał też o tym, że Radetzky i częściowo też Zottornik pozwolili na represje wobec Węgrów jako karę za powstanie, a wina za ten czyn i potępienie z tego powodu spadły na jego ojca. Tego Franciszek nie był w stanie zapomnieć i dlatego poważnie zbadał tę sprawę w sposób dokładny, a kiedy już wszystkiego się dowiedział, natychmiast wezwał do siebie feldmarszałka i gdy tylko on przybył, bez ogródek powiedział mu, co odkrył i jak bardzo jest z tego niezadowolony.
- Pragnę powiedzieć panu, feldmarszałku, że tego rodzaju poczynania nie są na rękę ani mnie, ani cesarstwu - rzekł stanowczym tonem - Dlatego też nie życzę sobie podobnych działań na przyszłość.
Radetzky był w niemałym szoku, kiedy usłyszał oskarżenia cesarza. Przecież ta sprawa miała miejsce ładne kilka lat temu. Franciszek Józef wtedy jeszcze nie zasiadał na tronie. Jak niby zatem mógł się o tym dowiedzieć? A poza tym, nawet skoro już się dowiedział, to po co teraz to rozgrzebuje? Przecież on nie zrobił nic złego. Tak od lat karano przejawy buntu wobec władzy cesarza i nikt jakoś z tego powodu nie robił problemu. No, może tylko prześladowani, których represje za ich własną głupotę spotkały, ale ich zdaniem nikt porządny się nie przejmował. Czemu więc teraz nagle ktoś to robi i to jeszcze sam cesarz?
- Wasza Cesarska Mość, pozwolę w swojej obronie powiedzieć, że wszystko to miało miejsce kilka lat temu, za rządów ojca Waszej Cesarskiej Mości i takie też było wtedy w cesarstwie prawo. Zresztą prawo to obowiązuje do dzisiaj i trudno jest oczekiwać ode mnie, wiernego sługi cesarstwa, abym miał w imię sentymentu łamać obowiązujące prawo i nie ukarać ludzi występujących przeciwko władzy.
Franciszek Józef popatrzył ze złością na Radetzky’ego i odparł:
- Barbarzyństwo, jakim wykazali się pańscy żołnierze, to coś bardzo od prawa obowiązującego w cesarstwie odległe. Represje dotknęły także niewinnych ludzi.
- Pozwolę sobie zauważyć, Wasza Cesarska Mość, że w polityce nie ma ludzi niewinnych. Za powstanie, które wywołują ojcowie, dzieci ponosić winę muszą. I odwrotnie także. Sama Biblia wszak mówi, że dzieci ponosić będą winy ojców, jak i dziedziczyć ich grzechy. Kim my zatem jesteśmy, aby łamać boskie prawo? Jakie my mamy ku temu prawo?
- Takie, że ta sama Biblia pisze też o wybaczaniu i miłosierdziu. I ja chcę to właśnie prawo wprowadzić. Prawo do wybaczenia.
- Wasza Cesarska Mość jak najbardziej ma do tego prawo, ale pragnę rzec, że w takich sprawach nie wolno okazywać litości. Wszelka litość jest odbierana przez poddanych jako słabość.
- Ja uważam wręcz przeciwnie. Ludzie będą nas kochać za nasze miłosierdzie i litość wobec nich.
- Wasza Cesarska Mość ma prawo wprowadzić, jakie tylko zasady zechce. A ja, jako wierny sługa, nie zamierzam tego negować. Jedyne co, to muszę rzec, że to nie jest moim zdaniem właściwe podejście i może ono zakończyć się poważnymi konsekwencjami. Chcę jednak w tej sprawie bardzo się mylić i wierzę, że tak jest.
- Na pewno tak jest, panie feldmarszałku i cieszy mnie, iż przyjmuje pan do siebie taką możliwość. Nie ukarzę pana za represje wobec Węgier przed laty, bo to wszystko było, jak pan powiedział, zgodne z prawem. Zamierzam jednak zmienić owo prawo i liczę na to, że pan mi w tym pomoże.
- Jak Wasza Cesarska Mość sobie życzy - odpowiedział na to Radetzky, stając przed cesarzem na baczność.
Jako wojskowy, nie zamierzał kwestionować rozkazów swojego władcy, bo aż za dobrze wiedział, jak ważny jest rozkaz i jak wielkie posiada on znaczenie. To na rozkazach przecież opiera się wojsko i opiera się wszystko, co ma jakikolwiek sens i jedynie wierne wykonywanie tych rozkazów może zapewnić całemu cesarstwu stabilność. Oczywiście musiał zwrócić uwagę cesarzowi, że jego rozkazy nie są, przynajmniej jego zdaniem nazbyt rozsądne, ale przyjmował też do wiadomości, iż może się mylić w tej sprawie i wyciągać błędne wnioski. Co prawda, wątpił w to i był pewien, że to on, zwolennik twardej ręki wobec poddanych lepiej wiedział, jak zapewnić w cesarstwu stabilizację. Ale oczywiście była mimo to możliwość, że to on, a nie cesarz się mylił. Poza tym, Radetzky jako wojskowy szanował niezwykle przełożonych, nawet jeśli ci byli w błędzie. Nauczony tego, że stojących od siebie wyżej zawsze, ale to zawsze się szanuje, zamierzał okazywać cesarzowi należyty szacunek. Choć jego zdaniem mylił się on w kwestii podejścia do poddanych, nie mógł podważać nawet w najmniejszym stopniu jego autorytetu. Bo to przecież była jedna z tych rzeczy, na której opierała się ciągłość cesarstwa. Aby wszystko w Austrii funkcjonowało jak należy, osoba cesarza musi być szanowana. Nawet przez jego urzędników, a może raczej szczególnie przez nich. Bo jak niby poddani mają szanować swojego władcę, jeśli urzędnicy tego nie robią? Zatem urzędnicy muszą mieć szacunek do cesarza i to nawet wtedy, kiedy ten tkwi w błędzie. Z czasem bowiem, oczywiście z pomocą swoich wiernych sług, z pewnością zrozumie to i wróci na właściwą drogą. Poza tym, nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. Może to właśnie polityka cesarza przyniesie owoce, choć Radetzky w to wątpił. Nie mógł jednak, jak na wojskowego przystało, odrzucić i taką możliwość i musiał być na nią przygotowany. Ostatecznie przecież na placu boju nie zawsze wszystko da się przewidzieć i trzeba, planując bitwę, ustalać wiele scenariuszy naraz. W przypadku polityki było podobnie. Choć feldmarszałek był zdania, że posiada w tej sprawie rację, to nie wykluczał, że jest inaczej i to młody cesarz ma rację. A jeśli tak, to trzeba być i na to gotowym i okazać cesarzowi w tej sprawie wsparcie. Ostatecznie przecież to nie o nich obu tu chodzi, ale o Austrię. To ona była najważniejsza i to jej oboje powinni wiernie służyć.
Franciszek Józef oczywiście nie wiedział o tym, co myśli jego feldmarszałek, ale liczył na to, że rozmowa, jaką z nim odbył, zmusi go do myślenia i będzie także początkiem zmian na lepsze w wielkiej polityce, jaką mieli wspólnie prowadzić. W tej sprawie miał wielkie nadzieje, bo nie chciał wymieniać swoich urzędników na kogoś nowego, kto jeszcze nie sprawdził się na równie poważnym stanowisku i ta zamiana nie mogłaby koniecznie na dobre wyjść Austrii. Wolał po prostu zmusić do myślenia swoich urzędników i przekonać ich do zmiany swojej działalności, w ten sposób pozyskując ich sobie w sprawie reform i zachowując naprawdę zdolne i bystre umysły dla cesarstwa.
Po rozmowie z Radetzkym, Franciszek Józef zaczął ponownie przeglądać na swoim biurku ważne papiery i zamierzał się tym zająć, jednak niespodziewanie mu coś w tym przeszkodziło. Ktoś bowiem zapukał do drzwi, a kiedy Franciszek rzekł krótko i stanowczo: „Wejść”, do gabinetu wkroczył jego wierny sługa, jak zawsze stojący pod drzwiami i zapowiadający przybywających.
- O co chodzi? - zapytał cesarz.
- Poseł od księżniczki Elżbiety von Wittelsbach do Waszej Cesarskiej Mości - oznajmił wierny sługa.
Franciszek spojrzał na niego uważnie i uradowany zarazem. Poseł od Sissi? A więc jego ukochana przysłała mu jakiś list? To wspaniale! Musiał oczywiście od razu go przyjąć u siebie, to konieczne. Zachwycony zawołał, aby natychmiast go wpuścić do środka. Sługa skłonił się i wyszedł, po czym wpuścił zapowiedzianego gościa. Był to jakiś wysoki młody mężczyzna w stroju podróżnym, w kapeluszu niemal na oczy naciągniętym i z kopertą w dłoni.
- Witaj, mój drogi Hermesie! - zawołał radośnie do posłańca cesarz - Czy to list od mojej ukochanej Sissi?
- Tak, Wasza Cesarska Mość - odpowiedział młodzieniec i wyciągnął w jego kierunku dłoń z listem - Do rąk własnych, oczywiście.
Zadowolony Franciszek Józef wziął od niego list, po czym otworzył go, ale w tej samej chwili doznał niesamowitego zdumienia. Wyjął bowiem z koperty jakąś niewielką kartkę złożoną na dwoje, a gdy ją rozłożył, przeczytał na niej tylko dwa słowa, które brzmiały tak:

KOCHAM CIĘ.

Zaintrygowany spojrzał w kierunku posłańca, nie wiedząc, czy to jakiś żart i co powinien o nim myśleć. Wówczas jednak tajemniczy młodzieniec zdjął z głowy kapelusz, spod którego nagle posypała się burza długich, puszystych i pięknych kasztanowych włosów, tak lekko opadających na plecy nieznajomego, który potem podniósł głowę w górę i ukazał Franciszkowi twarz tak doskonale mu znaną: czułą, słodką i delikatną, ozdobioną niebieskimi oczami, delikatnym nosem i zmysłowo rozkosznymi ustami. Franciszek Józef od razu rozpoznał, kogo ma przed sobą.
- Sissi! - zawołał radośnie.
Następnie parsknął wesołym śmiechem ubawiony dowcipem, który to właśnie spłatała mu ukochana. Ta zaś zachichotała jak małe dziecko, po czym rzuciła mu się na szyję i mocno go uściskała i ucałowała go w usta.
- Franz, mój ukochany! - zawołała do niego radośnie - Nie poznałeś mnie?
- Wybacz, nie przyjrzałem ci się za dobrze - odpowiedział Franciszek - Chyba za mocno byłem skupiony na tym, że miałem dostać list od ciebie. Wiesz przecież bardzo dobrze, jak strasznie za tobą tęskniłem.
- A ja za tobą, Franz. I dlatego właśnie musiałam do ciebie przyjechać. Wiem, to szaleństwo, ale czy miłość sama w sobie nie jest szaleństwem?
Franciszek uśmiechnął się radośnie do ukochanej, objął ją mocno w pasie, po czym pocałował ją czule w usta, a zaraz potem podniósł w górę i okręcił dookoła własnej osi. Patrzył na nią szczęśliwym wzrokiem, zachwycony i szczęśliwy, że oto znowu może ją do siebie przytulić, może czuć jej bliskość, jej zapach, smak jej ust i miękkość jej włosów. Tak strasznie mu tego wszystkiego brakowało, kiedy to wszystko było daleko od niego. Zdążył się za nią bardzo stęsknić i to tak mocno, że gdyby tylko mógł, to by po prostu nie wypuszczał jej z ramion. Niestety, było to niemożliwe, bo musiał w końcu ją postawić na podłodze i wypuścić, ale wzroku od niej nie odrywał jeszcze długo, chcąc zaspokoić swoje oczy stęsknione widokiem cudownej postaci ukochanej.
- Sissi, moja najmilsza. Tak bardzo za tobą tęskniłem - powiedział po chwili Franciszek Józef - Ale muszę zauważyć, że twoja obecność tutaj mnie zaskoczyła. Powiedz mi, jakim cudem przyjechałaś tutaj i to całkowicie sama?
Sissi zachichotała jak mała dziewczynka, przyłapana na figlu i odparła:
- Spokojnie, najdroższy. Nikogo przy tym nie skrzywdziłam. Po prostu rano, kiedy wszyscy jeszcze spali, przebrałam się w ten strój i zabrałam ze stajni Pioruna i proszę, przyjechałam na nim do ciebie.
- I tak po prostu to zrobiłaś?
- A co? Sądzisz, że nie potrafiłabym tego dokonać?
- Jak widzę, potrafisz - zachichotał Franciszek, po czym mocno przytulił do siebie swoją ukochaną - Ale wiesz, to było naprawdę nierozważne z twojej strony. Przecież coś mogło ci się stać podczas tej wycieczki do mnie. Ktoś przecież mógł cię napaść i skrzywdzić. Ktoś przecież...
Sissi uśmiechnęła się delikatnie do Franciszka Józefa. Próbowała dać mu do zrozumienia, że nic jej nie groziło, że wszystko było w porządku, czego to chyba najlepszym dowodem jest fakt, iż stoi tu teraz przed nim cała i zdrowa. Szybko jej jednak przyszło do głowy, jak bardzo jej ukochany ma rację. Ona przecież bardzo ryzykowała, jadąc sama z Possenhofen do Wiednia. Kiedy to robiła, nie brała tego pod uwagę. Tęsknota za Franciszkiem była u niej zbyt wielka, ale mimo wszystko teraz, gdy na spokojnie o tym wszystkim myślała, szybko pojęła, jak lekkomyślne to było z jej strony. Poczuła się wtedy okropnie. Opuściła głowę w dół i rzekła:
- Wybacz, Franciszku. Masz rację, to było głupie. Ale zrozum mnie. Ja już nie mogłam wytrzymać. Musiałam cię zobaczyć. Tak bardzo tęskniłam.
- I ja tęskniłem za tobą, Sissi. Ale proszę, nie rób tego więcej. Jeżeli zechcesz znowu mnie odwiedzić, to weź kogoś ze sobą ze służby, aby cię tutaj eskortował, a najlepiej weź kilka osób, tak dla pewności.
To mówiąc, Franciszek ujął jej ręce w swoje i czule je ucałował.
- Sissi, zrozum to. Ja nie chcę, by coś ci się stało. Gdyby, nie daj Boże... Ja... Ja nie wiem, co bym zrobił. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.
Sissi uśmiechnęła się do niego czule, pogłaskała jego włosy dłonią i rzekła:
- Obiecuję ci, Franciszku, że więcej tego nie zrobię. Tylko proszę, nie odsyłaj mnie do domu. Chcę chociaż kilka dni spędzić z tobą.
- Dobrze, Sissi. Zostań w pałacu, ale muszę powiadomić twoich rodziców o tym, gdzie jesteś - odpowiedział jej Franciszek.
- Oni już wiedzą. Zostawiłam im list w swoim pokoju, aby się nie martwili.
- Rozumiem, dobre chociaż i to. Ale mimo wszystko lepiej będzie potwierdzić im, że jesteś u mnie. Dlatego właśnie zaraz im wyślę telegram, żeby się nie musieli martwić o ciebie. A ty musisz iść się przebrać. Lepiej, aby moja matka ani nikt na dworze nie zobaczył cię w tym stroju. Do twarzy ci w nim, ale wolę cię w sukni.
Sissi zachichotała rozpromienia, ciesząc się, że ukochany to powiedział. Jak i z tego, że oto kupiła sobie kilka dni wakacji od nudnych lekcji z baronową Helgą von Tauler i spędzi je z ukochanym Franciszkiem. Nawet jeżeli potem miałaby za to wszystko zapłacić solidną reprymendą od rodziców. To nie miało teraz żadnego znaczenia. Liczyło się jedynie to, że Franciszek jest tu z nią i może spędzić z nim czas. Nic innego nie miało dla niej chwilowo znaczenia. Wiedziała, że za te cudne chwile u jego boku przyjmie każdą karę, jaką ewentualnie zechcą jej wymierzyć rodzice. Miłość była warta tej ceny.

***

Sissi udała się do swojego pokoju, który zajmowała, kiedy poprzednim razem przebywała w pałacu Schonbrunn. Miała tam na stałe część garderoby, która stale tam na nią czekała, gdyby znowu przybyła z wizytą i miała jednocześnie pewien problem z ubiorem. Dlatego też nie musiała się obawiać, że przyjechała tutaj bez niczego, jedynie w tym, co miała na sobie. W szafie już czekały na nią suknie i to naprawdę eleganckie i pasujące do damy, takiej jak ona. Sissi wybrała jedną z nich o kolorze błękitnym, po czym szybko się w nią przebrała z pomocą pokojówki, którą Franciszek posłał jej na pomoc.
Przez ten czas cesarz Austrii, nadal rozbawiony całą tą sytuacją, poszedł do matki i brata, aby oznajmić im, że Sissi wpadła z wizytą do nich, dodając przy tym, iż jest to mu bardzo miła niespodzianka. Jego brat i jego matka zareagowali na tę wiadomość w różnoraki sposób. Karol był nią niesamowicie ubawiony, z kolei zaś Zofia oburzona.
- Mój drogi Franciszku, chcesz mi powiedzieć, że Sissi tak po prostu, nawet słowa nie mówiąc swoim rodzicom, wsiadła na konia i przyjechała tutaj prosto z Bawarii? - zapytała zdumiona i zła jednocześnie.
Franciszek potwierdził to, szybko jednak dodając:
- Muszę powiedzieć, matko, że i mnie niespecjalnie się to spodobało. Chociaż Sissi sprawiła mi w ten sposób miłą niespodziankę, to zdecydowanie wolałbym, aby sytuacje tego rodzaju nie powtarzały się więcej.
- I bardzo słusznie - stwierdziła Zofia - Kto to widział, aby księżniczka i do tego jeszcze przyszła cesarzowa Austrii sama i to bez eskorty jeździła sobie aż tak daleko? Przecież mogło jej się coś stać.
- Ależ matko, ale się nie stało i to chyba powinno być najważniejsze - odparł w obronie Sissi Karol.
- Mylisz się, synu - odpowiedziała mu Zofia - Twój brat kocha Sissi i nie chcę sobie nawet wyobrażać, jakby się poczuł, gdyby jego ukochanej coś się stało, a to wszystko dlatego, że chciała mu zrobić niespodziankę. Uważam, że postąpiła ona bardzo lekkomyślnie.
- Nie przeczę, to nie było rozsądne, ale proszę, matko, nie karajmy jej za to - powiedział Karol proszącym tonem - W końcu wystarczy tylko jej to powiedzieć, że nie życzymy sobie podobnych ekscesów na przyszłość, a na pewno to zrozumie.
- Już jej to powiedziałem - rzekł Franciszek.
- I bardzo dobrze - powiedziała Zofia - Cieszę się, że z waszej dwójki, to ty w głowie masz więcej rozumu. Sissi to dobra dziewczyna i przyznaję, że zyskuje po bliższym poznaniu, ale nadal niestety widzę, iż nie rozumie jeszcze w pełni tego, na czym ma polegać jej rola przyszłej cesarzowej Austrii. Przykro mi to mówić, ale nadal uważam, że Nene byłaby lepszą kandydatką na twoją żonę, Franciszku.
- Matko, chyba już o tym rozmawialiśmy - odparł na to cesarz lekko urażony - Nene i ja nie pasujemy do siebie i nic do siebie nie czujemy poza sympatią i nic tego nie zmieni. To Sissi pokochałem i to ją chcę za żonę.
Zofia zrozumiała, że zagalopowała się za bardzo w swoim karcącym tonie. Już przecież zaakceptowała wybór swojego syna i po ostrej rozmowie z Karolem, która to rozmowa wiele pomogła jej zrozumieć, zaczęła patrzeć na Sissi inaczej i dostrzegać w niej więcej pozytywów. Ponadto widziała, jak Franciszek bardzo ją kocha, a ona kocha jego, dlatego postanowiła nie stać im na drodze do szczęścia, choć początkowo to robiła i nawet kazała baronowej von Tauler przyciskać mocno Sissi swoimi naukami dworskiej etykiety. Ale owa pamiętna rozmowa z Karolem, który uświadomił jej, że zachowuje się ona teraz jak jej własna teściowa przed laty i że krzywdzi swoim zachowaniem wszystkich bliskich, łącznie z Franciszkiem i że w ten sposób tylko odsuwa ich od siebie, co może skończyć się dla niej życiem w samotności, uświadomiła jej, że musi ona zaakceptować wybór syna i poszukać w nim plusów, a tych znalazła dość dużo. Dlatego teraz przywoływanie Nene jako przykładu idealnej żony dla Franciszka było już czymś nieodpowiednim, co tylko mogło rozdrażnić cesarza i zranić jego uczucia, a przecież tego Zofia nie chciała.
Zrozumiawszy to wszystko, arcyksiężna westchnęła głęboko i powiedziała:
- Wybacz mi, synu. Nie powinnam była tego mówić. Jakkolwiek nie podoba mi się lekkomyślne zachowanie Sissi, nie mam prawa tak mówić i porównywać jej do Nene. Ostatecznie to twoje życie i twoje decyzje. Ty sam musisz wybrać sobie żonę i skoro wybrałeś na nią Sissi, ja muszę to zaakceptować. Poza tym, to nie jest wcale zła dziewczyna. Po prostu zdenerwowała mnie tą „niespodzianką”, którą dla ciebie zrobiła. Musisz przyznać, że to było lekkomyślne z jej strony.
- Wiem i przyznaję to - odpowiedział matce Franciszek - I dlatego udzieliłem już Sissi reprymendy w tej sprawie. Obiecała mi, że więcej tak nie postąpi. Wierzę jej, nie mam zresztą powodów, aby jej nie wierzyć. Dlatego chcę cię prosić, matko, abyś nie karciła Sissi za jej zachowanie. Ja już to sam zrobiłem.
- Obiecuję ci, synu, że nie będę jej karcić - odpowiedziała Zofia - Zresztą, to nie do mnie należy. Maks i Ludwika są rodzicami Sissi i to do nich należy nauczyć ją odpowiedniego zachowania, nie do mnie. Dlatego nie musisz się niepokoić, bo z mojej strony nie spotka jej żadna kara.
- Dziękuję ci, matko - powiedział Franciszek, uśmiechając się do rodzicielki - Tak czy inaczej, Sissi zostanie u nas przez kilka dni. Bardzo za nią tęskniłem przez ten cały czas, dlatego chciałbym się nią teraz nacieszyć.
- To zrozumiałe, ale co z jej rodzicami? Chyba powiadomisz ich o tym, co się stało? - zapytał Karol.
- Oczywiście, nie może być inaczej - odparł Franciszek - Natychmiast każę do nich wysłać telegram, aby wiedzieli o tym, że Sissi jest u nas i żeby nie musieli się niepokoić o nią.
Po tych słowach, cesarz wyszedł z pokoju, aby natychmiast udać się do osoby odpowiedzialnej za telegraf. Tam natychmiast nadał wiadomość do rodziców Sissi z informacją, że ich córka jest u niego cała i zdrowa i nie muszą się o nią niepokoić oraz to, iż zostanie ona w pałacu cesarskim jeszcze kilka dni. Miał nadzieję, że ta informacja dotrze do księcia Maksa i księżnej Ludwiki w porę i nie będą oni zbyt długo umierać z niepokoju o swoją niesforną córeczkę. Co prawda, Sissi zostawiła im list z wyjaśnieniem, dokąd jedzie, ale jaką mieli mieć pewność, że dotarła na miejsce i to bez szwanku? Tę pewność mogli uzyskać jedynie dzięki Franciszkowi, dlatego też zaraz po rozmowie z matką i bratem, których postanowił uprzedzić o obecności Sissi, od razu poszedł on wysłać telegram do rodziców ukochanej.
Kiedy to zrobił, zadowolony powrócił do pałacu, gdzie w gabinecie czekała już na niego Sissi. Przebrana była ona w suknię. Franciszek uśmiechnął się do niej delikatnie i powiedział:
- Powiadomiłem już twoich rodziców o tym, że jesteś u mnie i zostaniesz tu na kilka dni. Mam nadzieję, że szybko odbiorą telegram.
- I że znaleźli mój list - dodała Sissi i opuściła smutno głowę - Teraz dopiero rozumiem, jak głupio postąpiłam. Tata złoi mi skórę.
- Nie obraź się, ale zasłużyłaś sobie na to.
- Wiem i naprawdę żałuję, że tak się zachowałam. To znaczy, nie żałuję, że tu do ciebie przyjechałam, ale żałuję, że zrobiłam to w taki sposób. Jeżeli tata zechce mnie zbić, nie będę się bronić.
Franciszek uśmiechnął się delikatnie do ukochanej, czując, że jest mu jej żal, bo naprawdę oboje bardzo się za sobą stęsknili i jest w stanie zrozumieć to, co tego dnia zrobiła. Oczywiście nie pochwalał jej zachowania, ale nie umiał jej potępić. Z tego też powodu podszedł do niej z uśmiechem, delikatnie dotknął jej policzka i powiedział z miłością:
- Spokojnie, najdroższa. Nie pozwolę, że rodzice cię zbili. Wiem, postąpiłaś bardzo lekkomyślnie, ale szczerze tego żałujesz i dlatego nie możesz zostać za to ukarana. No i nie zapominajmy o tym, że dzięki temu jesteś tu teraz ze mną. A za ten fakt nie mógłbym cię w żaden sposób ukarać.
Po tych słowach, Franciszek objął mocno ukochaną i pocałował ją delikatnie w usta, a ona objęła go za szyję i oddała mu pocałunek z miłością oraz radością. Serce biło jej wówczas w piersi jak szalone, a duszę ogarnęła ogromne poczucie szczęścia wywołane tym, co powiedział jej ukochany. Cieszył się, że ona tu jest i nie chciał tej radości przed nią ukrywać. To była świadomość dająca jej ogromną satysfakcję. I ta oto świadomość sprawiała, że nawet jeżeli rodzice chcieliby ją ukarać, byłaby gotowa to przyjąć z pokorą. Franciszek był tego wart.

***

Jeszcze tego samego dnia przybył telegram od księcia Maksa z informacją, że on i jego żona otrzymali wiadomość od cesarza i dziękują za opiekę nad córką. A już następnego przybyli oni osobiście wraz z baronową von Tauler i Idą Ferenczy, aby zobaczyć Sissi i upewnić się, że wszystko z nią dobrze. Rodzice mocno i czule uściskali córkę, nie kryjąc swojej radości pomieszanej ze złością.
- Sissi, kochanie. Jak to dobrze, że nic ci nie jest - mówiła Ludwika, niemalże płaszcząc ze wzruszenia.
Widok jej łez sprawił, że Sissi poczuła się okropnie głupio. Wiedziała, jak się musieli o nią niepokoić rodzice, ale mimo wszystko nie rozumiała, jak mocny był ten niepokój i dopiero teraz pojęła w pełni jego siłę. To sprawiło, iż poczuła się po prostu okropnie. Zwłaszcza, kiedy ojciec ją przytulił i powiedział:
- Co ty najlepszego narobiłaś, córeczko? Czy wiesz, jak strasznie się o ciebie z mamą baliśmy?
- Wiem, tatusiu i bardzo was za to przepraszam - odpowiedziała Sissi, mocno opuszczając głowę w dół - Nawet nie wiecie, jak strasznie mi teraz głupio.
- I powinno być ci głupio - rzekł ojciec stanowczym tonem - Naprawdę razem z twoją mamą umieraliśmy z niepokoju, kiedy w twoim pokoju zastaliśmy jedynie list od ciebie z wyjaśnieniem, dokąd pojechałaś. Strasznie się martwiliśmy, że coś ci się stało po drodze. Snuliśmy już najgorsze scenariusze.
- Bardzo was przepraszam - powiedziała Sissi ze szczerą skruchą w głosie - Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Chyba tylko to, że strasznie stęskniłam się za Franciszkiem i nie byłam w stanie już dłużej wytrzymać bez niego. Poza tym też, chciałam mu zrobić niespodziankę.
- I zrobiłaś i to jeszcze jaką - mruknęła ze złością w głosie Ludwika - Zresztą, nie tylko jemu. Nam wszystkim przy okazji też.
- Obiecuję wam, że to się nie powtórzy - odparła Sissi.
- Liczymy na to - powiedział Maks - Ale cóż... Skoro twój narzeczony chce, abyś tu została na kilka dni, to niech tak będzie. Niewykluczone jednak, że twoja obecność tutaj się przedłuży i z tego powodu baronowa von Tauler i Ida Ferenczy z tobą zostaną. Będą dalej ci pomagać w oswojeniu dworskich zasad.
- Ponadto też, jako dama, nie możesz tutaj pozostać sama, bez opieki - dodała Ludwika - Dlatego one zostaną tu z tobą. Potem wrócisz razem z nimi do domu. I na przyszłość, nie rób tego więcej, bardzo cię proszę.
Sissi solennie obiecała rodzicom, że więcej się tak nie zachowa. Rodzice zaś udzielili jej ostatecznej reprymendy, po czym jeszcze raz uściskali córkę i dodali ostatnie porady, co ma zrobić i jak się zachować, aby nie przynosić im wstydu. A gdy już to zrobili, przeszli do tej bardziej przyjemnej części i porozmawiali z Sissi na bardziej przyjemne tematy, nie wracając już do jej ekscesu, gdyż zostało to z nią wyjaśnione i nie trzeba było ponownie o tym rozmawiać.
Książę Maks i księżna Ludwika spędzili z córką oraz przyszłym zięciem cały dzień, a następnego powrócili do Bawarii. Sissi została zatem w pałacu pod czułą i troskliwą opieką ukochanego, a także pod czujnym okiem baronowej von Tauler, jak i też Idy Ferenczy, w tej drugiej wciąż mając wierną przyjaciółkę i oddanego sojusznika. Potajemnie dalej kontynuowała z nią lekcje węgierskiego, ucząc się od swojej damy dworu jej ojczystej mowy, która coraz mocniej ją fascynowała.
- Wasza Wysokość z każdym dniem radzi sobie coraz lepiej - powiedziała Ida Ferenczy do swej dostojnej uczennicy w czasie jednej lekcji - Naprawdę nie znam drugiej osoby, która tak szybko by umiała robić postępy w nauce węgierskiego. Bo przecież nie jest to język łatwy, a w każdym razie, nie dla cudzoziemców.
- To prawda, ma trudną gramatykę, ale za to piękne słowa - odparła Sissi z uśmiechem na twarzy - Szczególnie mi się podobają imiona po węgiersku. Brzmią one bardzo uroczo. Chociażby moje imię. Erzibet. To naprawdę urocze określenie Elżbiety. To brzmi naprawdę wdzięcznie.
- Zgadza się. Męskie imiona też są bardzo dobre. Chociażby Gyula.
To mówiąc, Ida uśmiechnęła się nostalgicznie na samo wspomnienie bliskiej jej osoby, która nosi to imię.
- Gyula? Bardzo ładnie to brzmi - powiedziała Sissi - A jakie to jest imię? To znaczy, jakie to imię po niemiecku?
- Juliusz, Wasza Wysokość.
- Juliusz. Jak Juliusz Cezar. Bardzo ładne imię. Imię godne dowódcy i wodza. Wielkiego wodza, który prowadzi innych do zwycięstwa i sukcesów.
Ida skinęła delikatnie głową na znak, że się zgadza z tym stwierdzeniem, po czym uśmiechnęła się ponownie, wspominając osobę, która nosi to imię i która od dawna była jej niezmiernie bliska.
Oczywiście, pobyt Sissi nie mijał jedynie na nauce węgierskiego. Musiała ona dalej kontynuować lekcje etykiety, którymi kierowała baronowa von Tauler i jak to poprzednio bywało, tak i teraz lekcje te nie budziły w niej zachwytu. Baronowa w końcu nie nauczyła się niczego ze swoich poprzednich zajęć z Sissi nie zrozumiała, iż prowadząc swoje lekcje w taki sposób, w jaki dotychczas to robiła niczego nie osiągnie. Nie wiedziała, czy może raczej nie chciała wiedzieć, że Sissi nie jest nią i co za tym idzie, lekcje prowadzone w taki sposób, w jaki ona to robiła, bynajmniej   nie uczynią z niej kobiety podobnej do swojej nauczycielki. Baronowa jednak, jak przystało zresztą na każdego przymusowego nauczyciela, pracującego wyłącznie z obowiązku, nie zaś z powołania, nie przykładała większego znaczenia do tego, czy jej lekcje się podobają uczniowi, czy też nie. Zasadniczo nawet, to nie przykładała nawet wagi do tego, czy Sissi wyciągnie z jej lekcji odpowiednie wnioski i czy ta wiedza uczyni z niej lepszą osobę, czy też nie. To wszystko dla baronowej nie było istotne. Jedyne, co ją obchodziło, to przekazanie Sissi całej wiedzy, jaką miała jej przekazać i zadbanie o to, aby stała się ona damą godną salonów. Natomiast to, czy Sissi zostałaby nią z przymusu, czy z własnej chęci i czy umiałaby odpowiednio tę wiedzę wykorzystać, aby być dzięki niej szczęśliwszą, nic jej nie obchodziło, bo wszak nie należało to do jej obowiązków. Do nich należało jedynie przekazywanie wiedzy i to zamierzała robić, natomiast to, jak tą wiedzę potem wykorzysta Sissi w przyszłym życiu, nie miało dla niej żadnego znaczenia. Z tego też właśnie powodu, Sissi niechętnie pobierała nauki u baronowej von Tauler i niechętnie uczyła się od niej tego, co miała obowiązek opanować. Traktowała to jak zło konieczne, zresztą tak samo jak baronowa traktowała nauczanie jej etykiety. Pod tym oto względem zarówno nauczycielka, jak i jej uczennica były są równe. Obie traktowała te lekcje jako niemiły obowiązek, któremu muszą sprostać i jak najszybciej go zakończyć.
Oczywiście, nie samymi obowiązkami człowiek żyje i nawet w pałacu ma się nie tylko zadania do wykonania, ale też i czas na przyjemności. Sissi znalazła go tam w bardzo dużym stopniu, bo praktycznie poza nudnymi lekcjami u baronowej nie musiała niczego ważnego robić. Mogła zatem pozwolić sobie na bardzo wiele przyjemności, chociażby w postaci nauki węgierskiego u Idy Ferenczy. Ale chyba najbardziej miłym je sposobem spędzania wolnego czasu, były spotkania z drogim jej sercu Franciszkiem. Co prawda ten, jako cesarz Austrii codziennie miał wiele obowiązków do wykonania, ale mimo wszystko nie były one na tyle absorbujące, aby miał nie znaleźć czasu dla ukochanej. A znajdował go każdego dnia, odkąd do niego przyjechała bardzo wiele. Dzięki temu pobyt Sissi w Schonbrunnie nie stał się dla niej nieprzyjemny, bo codziennie mogła widywać swojego ukochanego, z którym to oddawała się najbardziej miłym dla nich obojga rozrywkom, takim jak spacery we dwoje po cesarskim ogrodach, rozmowy na ulubione tematy, wspólna jazda konna po okolicy i wiele innych rzeczy, jakie mogli robić zakochani w sobie młodzi ludzie, znający się zasadniczo od zawsze.
Sissi z powodu tego wszystkiego uległa niesamowitej radości i euforii, której nie były w stanie przyćmić żadne obowiązki, jakie wciąż posiadała. Jednak miało to swoje minusy, ponieważ księżniczka niestety nie była należycie czujna wtedy, gdy należało nią być. Szybko zresztą miała ponieść konsekwencje takiego właśnie podejścia do życia. Konsekwencje, o których poinformował potem Ludwika cesarz Austrii, a które teraz należy omówić, aby w pełni zrozumieć zaistniałą sytuację, co jest o tyle istotne, że będzie ona miała wpływ na dalszy rozwój opowieści.
Wszystko zaczęło się tydzień po przyjeździe Sissi do Wiednia. Franciszek z Sissi chcieli porozmawiać z Zottornikiem na temat sierocińca, który oboje wzięli pod opiekę. Ponieważ pod nieobecność ukochanej cesarz zajął się tą sprawą i już wysłał w tym celu swojego osobistego krawca, który pobrał miarę od dzieci i teraz szył wraz ze swoimi pomocnikami dodatkowe ubranka dla małych podopiecznych swojego władcy. Jednakże Franciszek Józef, osobiście zaangażowany w tę sprawę, wiedział doskonale, że jest to jedynie kropla w morzu potrzeb sierot i dlatego nie może tylko na tym poprzestać. Zamierzał wesprzeć finansowo sierociniec, a nawet rozważał zbudowanie nowego. Nie chciał jednak podejmować lekkomyślnie w tej sprawie decyzji i wolał w tej sprawie naradzić się z Zottornikiem, który jako jego zaufany sługa oraz kanclerz zdecydowanie najlepiej wiedział, jak się sprawy mają w kwestii finansów cesarskich.
- Kanclerzu, jak zapewne pan wie, pragnę wesprzeć finansowo sierociniec w Wiedniu, nad którym niedawno objąłem oficjalnie patronat - powiedział cesarz, jak tylko Zottornik przybył do jego gabinetu.
- Tak, Wasza Cesarska Mość. Doskonale o tym pamiętam - odparł kanclerz, z pokorą nisko się kłaniając swojemu władcy.
Gdyby Franciszek mniej ufał swojemu kanclerzowi i był wobec niej bardziej czujnym, na pewno od razu wyczułby w jego tonie wyraźne niezadowolenie z tego powodu, że powierzono mu zadanie sprawdzenia stanu finansów, ponieważ cesarz chce wesprzeć sieroty. Jednak Franciszek nie uważał, aby musiał być ostrożny w przypadku Zottornika, nie podejrzewając go o złe zamiary, choć wiedział o tym, że jest to konserwatysta i wszelkie nowinki nie będzie witał zbyt chętnie. Dlatego też, choć co prawda wyczuł pewne niezadowolenie w zachowaniu kanclerza, to jednak nie wziął mu tego za złe, składając to na karb jego poglądów i konserwatywnego podejścia do wielu spraw, czym się bynajmniej nie przejmował, uważając, że to mu wcale nie przeszkadza być wiernym sługą cesarstwa i wykorzystywać talenty dla dobra Austrii i swojego władcy.
- Cieszę się, że pan o tym pamięta, kanclerzu - powiedział Franciszek Józef -   A więc liczę na to, iż przekaże mi pan informację o tym, że stan finansów pozwala nam na wsparcie sierocińca tak, jak tego chcemy.
Zottornik spojrzał na cesarza wzrokiem pełnym pokory, a potem rzucił krótkie i pełne niechęci spojrzenie na stojącą u boku jego władcy Sissi i powiedział:
- Wasza Cesarska Mość, czy mam mówić zgodnie z prawdą, czy też po myśli mojego władcy?
Franciszek i Sissi nie zrozumieli za bardzo, o co mu chodzi, choć Sissi czuła w głębi serca, że Zottornik w ten sposób planuje coś niedobrego i zapewne żadne z nich nie powinno się spodziewać niczego dobrego po takim pytaniu.
- Oczywiście, że zgodnie z prawdą - odpowiedział cesarz - Choć przyznać się muszę, iż nie rozumiem, do czego to pytanie zmierza.
- Już wyjaśniam - odparł Zottornik, wyprostowując się i przybierając bardzo poważny, choć nadal uniżony ton - Wasza Cesarska Mość, osobiście sprawdziłem wszystkie raporty dotyczące skarbu państwa, jak i też zaplanowanych inwestycji. I niestety, jednakże z żalem muszę zawiadomić Waszą Cesarską Mość, że raporty te bardzo wyraźnie mówią, iż nie stać nas na taką inwestycję.
Franciszek i Sissi spojrzeli zdumieni na Zottornika. Nie spodziewali się od niego takiej wiadomości. Liczyli na to, że może i będą problemy, ale mimo to pan kanclerz wykorzysta swoją bystrość umysłu, aby odnaleźć dość pieniędzy na to, by sierociniec został wsparty finansowo. Nie wiedzieli oczywiście, że kanclerz uważał dotację dla sierot za zbędny wydatek i dlatego robił wszystko, aby przedstawić ją jako niemożliwą do zrealizowania. Co prawda, raporty rzeczywiście nie były w tej kwestii pozytywne, o czym cesarz i jego narzeczona mogli się łatwo przekonać w chwili, w której tylko kanclerz podał im owe raporty do ręki, aby zapoznali się z nimi. Jednak nie zmienia to faktu, że było to wszystko na rękę Zottornikowi. W jego oczach bowiem sieroty nie zasługiwały na najmniejsze zainteresowanie Jego Cesarskiej Mości i zasadniczo nikogo, kto by się na tym świecie liczył. Gdyby tak od niego to zależało, to wszystkie sieroty powinno się posłać do fabryk lub na pola i zmusić do pracy, ponieważ w jego oczach dzieci te były jedynie pasożytami, a ich istnienie uwłaczało godności instytucji państwowych. Zasadniczo, to wszystkie te bękarty powinno się dusić poduszką zaraz po narodzinach, a nie oddawać do domu sierot i zmuszać państwo, aby je utrzymywało, a jeśli już muszą one żyć, bo cesarz i papież uważali te bandę bastardów za dzieci Boże zasługujące na życie, to niech chociaż pracują na siebie i zasłużą na to, aby państwo im cokolwiek dawało, bo co to za pomysł, aby ich wspierać tak po prostu z powodu szkodliwego miłosierdzia? Zottornik tak właśnie uważał, ponieważ nigdy nie był wierzący, religię uważając jedynie za narzędzie polityczne, pożyteczne w rękach skutecznych ludzi. Ponadto nie wierzył, aby duchowni, afiszujący się swoją wiarą, myśleli inaczej niż on, choć oficjalnie nigdy by się do tego nie przyznali. W jego oczach byli oni w tej kwestii tak samo fałszywi jak on, chociaż udawali, że jest inaczej. Nie miał co do tego ani odrobiny wątpliwości. Uważał, iż wszyscy biskupi, kardynałowie, a także papież mieli religię za skuteczne narzędzie religijne, a za wzniosłymi hasłami o miłości do bliźniego kryła się jedynie żądza władzy. Oczywiście z tego powodu szanował on bardzo takich ludzi, gardząc z kolei tymi, którzy naprawdę wierzyli w te brednie o tym, jakoby wszyscy ludzie byli równi w oczach Boga i wszyscy zasługiwali na to, aby okazywać wobec nich miłosierdzie. Równość dla niego nie istniała, co zaś do miłosierdzia, uważał je za szkodliwe w każdym znaczeniu. Dlatego z dumą, którą próbował oczywiście ukryć, przekazywał on teraz cesarzowi wiadomość o tym, że nie ma szans na to, aby wesprzeć wiedeński sierociniec ze skarbu państwa.
- Te raporty, które to właśnie przedłożyłem Waszej Cesarskiej Mości i Waszej Wysokości, jasno dowodzą, że mówię prawdę - powiedział Zottornik, kiedy Sissi i Franciszek zaczęli uważnie czytać podane im przez niego papiery - Proszę mi w to uwierzyć, z serca bym dał, gdyby tylko było to możliwe, dość pieniędzy ze skarbu, ale niestety... Same Wasze Wysokości widzą, że jest to niemożliwe.
Jego słowa jednak nie do końca trafiały do Franciszka i Sissi, którzy wyraźnie niechętnie patrzyli na te raporty, jakby próbując się doszukać w nich czegoś, czego można by się uczepić i w ten sposób zyskać choć trochę funduszy na cel, który ich tak absorbował. Sissi jednak była na tyle w tej sprawie zdeterminowana, że szybko taki punkt w raportach odnalazła.
- Zobacz, Franz - powiedziała, wskazując dłonią na jedną linijkę na drugiej z kilku podanych im kartek - Pieniądze przeznaczona bal z okazji nominacji księdza biskupa na kardynała.
Franciszek przyjrzał się wskazanej mu linijce i uśmiechnął się zadowolony:
- Rzeczywiście, to bardzo dobry pomysł. Niezbyt lubię Jego Ekscelencję i nie sądzę, aby jego nominacja musiała zostać uczczona balem.
- Pozwolę sobie mieć inne zdanie w tej sprawie - powiedział Zottornik - Ten człowiek jest wysoko postawioną osobą i dodatkowo krewnym Waszej Cesarskiej Mości. Co prawda dalszym, ale wpływowym. Nie byłoby mądrze, zrażać go sobie.
- A czy Jego Ekscelencja z powodu swojej nominacji, która jak rozumiem, ma niedługo nastąpić, nie powinien sam urządzić bal z tej okazji? - zapytała Sissi.
- Przyznam, że to bardzo dobre pytanie - powiedział Franciszek.
Zottornik uśmiechnął się ironicznie i odparł:
- To oczywiście byłoby możliwe, ale w tej sprawie już zobowiązaliśmy się i to byłoby nie w porządku, gdyby tak nagle wycofać się z tego. W końcu, czym w oczach poddanych jest cesarz, który nie dotrzymuje swoich zobowiązań?
- Przypominam panu, że cesarz zobowiązał się również wspierać sierociniec - odpowiedziała ze złością Sissi - Czy słowo dane biskupowi jest więcej warte niż słowo dane dzieciom? Obietnice im złożone już nic nie znaczą i nie mają wartości?
Zottornik zachichotał, rozbawiony tą argumentacją i odparł:
- W żadnym razie tego nie sugeruję, Wasza Wysokość. Po prostu... Obietnice dane dzieciom są nieoficjalne, a zatem nie mają one takiej mocy i takiej wagi jak obietnice oficjalne.
- Dla mnie wszystkie moje obietnice są równie ważne - rzekł Franciszek - I nie ma dla mnie znaczenia, czy są one oficjalne, czy też nie.
Sissi spojrzała na ukochanego z wdzięcznością, delikatnie ściskając mu ramię i obdarzając go czułym uśmiechem. Zottornik jednak niezadowolony zazgrzytał ze złości zębami, z trudem zachowując spokój i rzekł:
- Doceniam honorowość Waszej Cesarskiej Mości, ale mimo wszystko pragnę zauważyć, że pierwszeństwo zawsze mają obietnice dane jako pierwsze. A przecież pierwsze było słowo dane Jego Ekscelencji.
- Rozumiem więc, że przyjęcie na cześć biskupa jest ważniejsze niż wsparcie finansowe dla biednych dzieci? - zapytała z irytacją w głosie Sissi.
- Wasza Wysokość źle interpretuje moje słowa - odparł Zottornik - Ja jedynie chcę powiedzieć, że trzeba być słownym w każdej sprawie. Autorytet władzy tego oczekuje. Ponadto, choć może zabrzmi to okrutnie, ale określmy sprawę uczciwie. Wsparcie Jego Ekscelencji, a niedługo Jego Eminencji bardzo pomoże Austrii, bo Jego Ekscelencja zna osobiście samego papieża i może pozyskać dla nas w wielu sprawach jego poparcie, co jest przecież niezwykle potrzebne Austrii. Wszak nasze cesarstwo opiera swoją siłę również na wielkim wsparciu Rzymu.
- Wydawało mi się, że wielkość królestw i cesarstw opiera się raczej na tym, jak ono jest silne wewnątrz - odrzekła Sissi, dosłownie cytując zapamiętane przez siebie słowa z jednej z książek, jakie niedawno przeczytała w bibliotece taty.
Zottornik lekko się uśmiechnął, będąc pod wrażeniem bystrości umysłu Sissi. Łatwo się jednak domyślił, że księżniczka sama tego nie wymyśliła, tylko musiała gdzieś o tym przeczytać. Dlatego skinął lekko głową i powiedział:
- Oczywiście, to wszystko prawda, nie wolno jednak zaniedbywać żadnych zobowiązań, na jakich opierała się przez lata siła cesarstwa.
- Czy to oznacza, że wsparcie dla dzieci jest nieistotne? - spytała Sissi.
- Zależy, o jakie dzieci chodzi.
- Słucham?
- Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość, ale niestety, muszę to powiedzieć. Na tym świecie są rzeczy ważne i ważniejsze. Jedne mają wagę wielką, inne nie. A przecież okazanie naszej życzliwości Jego Ekscelencji może owocować wieloma bardzo pożytecznymi korzyściami. Czy takie korzyści przynieść może wsparcie w jakikolwiek sposób sierot, których nikt nie kocha i za którymi nikt nie płacze?
Sissi spojrzała wściekle na Zottornika. Jej oczy ciskały błyskawice w jego kierunku, jej zaś wargi zacisnęły się mocno, tworząc w ten sposób nieprzyjemny grymas. Słowa kanclerza rozdrażniły ją do tego stopnia, że nie była w stanie nad sobą zapanować i musiała powiedzieć, co jej leży na sercu. A raczej wykrzyczeć:
- Słucham?! Nikt nie kocha?! Nikt nie płacze?! Myli się pan, kanclerzu! Mnie wystarczyło zaledwie kilka minut, aby te dzieci pokochać i rozpłakać się nad ich losem! Jestem pewna, że wiele osób, gdyby tylko je poznało, zrobiłoby to samo! I nie jest to takie trudne! Wystarczy tylko je lepiej poznać!
Zottornik uśmiechnął się ironicznie i odparł:
- Oczywiście, Wasza Wysokość. Też jestem tego pewien. Ale niestety, muszę też zwrócić uwagę, że polityka nie jest oparta na sentymentach. Nie można w niej oczekiwać, że cesarz i jego urzędnicy będą roztkliwiać się nad każdym biednym i rozdeptanym kwiatkiem lub każdym umierającym motylkiem.
- Te dzieci nie są ani kwiatkami, ani motylkami. Dzieci są przyszłością tego świata i musimy o nie dbać tak, jak o siebie. Leży to w interesie cesarstwa.
- Zgadzam się, ale zależy, o jakich dzieciach mówimy. Jeśli o naszych, czyli o dzieciach mających przyszłość przed sobą, to oczywiście Wasza Wysokość ma w tym, co mówi rację. Jeśli jednak chodzi o te sieroty, to choć ubolewam wielce nad ich losem, to...
- To co? To one nie są przyszłością i nie należy o nie dbać?
- Można o nie dbać, ale nie należy robić tego kosztem poważniejszych spraw. Jakie bowiem sojusze zapewnią nam te dzieci? Jakie profity zapewnią Austrii te oto niewinne duszyczki, tak bronione przez Waszą Wysokość?
- A miejsce w niebie, zyskane poprzez dobroć im ofiarowaną? To mało?
Zottornik parsknął śmiechem.
- Wasza Wysokość, nie jestem duchownym. Nie mnie rozstrzygać, czy dobroć ofiarowana dzieciom zapewnia nam miejsce w niebie, czy też nie. Jako urzędnik i to urzędnik osobisty Jego Cesarskiej Mości mam obowiązek dbać o interesy tego państwa i to właśnie czynię. Być może więc moje słowa brzmią bezlitośnie, ale ja po prostu muszę tak mówić, ponieważ jako kanclerz mam obowiązek dbać przede wszystkim o materialną i polityczną stronę działalności cesarza.
- Rozumiem. A że los dzieci z sierocińca nie zapewnia dochodów cesarstwu, to nie jest on naszą sprawą i nie musimy się nimi zajmować? - zapytała Sissi - Ale bez naszej pomocy one zostaną pozostawione same sobie.
- Doceniam dobre serce Waszej Wysokości, ale przypominam, że ani cesarz, ani jego urzędnicy nie tworzą instytucji charytatywnej - odrzekł Zottornik, mając już serdecznie dosyć tej rozmowy i z trudem to ukrywając.
- Więc mamy zostawić ich bez pomocy? Przecież to tak, jakbyśmy podpisali na nich wyrok śmierci. Byłby pan w stanie to zrobić, kanclerzu? Wydać w imię tej wyższej racji, o której pan mówi, wyrok na te niewinne istoty?
- Jeżeli wyższa racja by tego wymagała, tak.
Sissi spojrzała na kanclerza w szoku. Spodziewała się po nim egoizmu, jak i też zatwardziałego konserwatyzmu, ale bezduszności? Nawet wobec dzieci? Ileż to osób pozornie wydawało się twardych w stosunku do dorosłych ludzi, ale wobec dzieci potrafiło zmięknąć i nie być w stanie ich skrzywdzić? Sissi, choć nie miała o Zottorniku najlepszego zdania, liczyła na to, że ten okaże się właśnie kimś takim. Jak widać, pomyliła się.
- Więc co mam powiedzieć tym dzieciom, którym już obiecałam pomoc? I nie tylko ja, ale i sam cesarz? - zapytała z rozpaczą w głosie Sissi.
- Że są w cesarstwie ważniejsze sprawy niż niańczenie ich - odparł Zottornik z coraz trudniej ukrywaną złością.
- Jak pan może, kanclerzu? Naprawdę ich los pana w ogóle nie obchodzi? To przecież niewinne dzieci! Zostawione same sobie mogą nawet umrzeć!
- Więc niech sobie zdychają z Bogiem.
Sissi złapała się za serce, czując, jakby ugodził w nie miecz, tak zabolały ją te okrutne słowa wypowiedziane przez kanclerza. Nigdy jeszcze nie usłyszała takich boleśnie podłych słów, nawet w ustach Arkasa, który to jak dotąd był w jej oczach najbardziej obrzydliwą ze wszystkich osób na świecie. Teraz zrozumiała, że w tej ocenie bardzo się pomyliła. Zottornik bił Arkasa na głowę pod względem podłości i bezduszności. Nawet ten podły bawarski hrabia, gdy bił swojego konia, zanim jej tata go od niego odkupił, nie wykazywał się tak kamiennym sercem, jak ten podły człowiek, który piastował stanowisko kanclerza. Poczuła, że z szoku, w jaki po tak przerażającym odkryciu popadła, o mało nie mdleje, jednak Franciszek w niemalże ostatniej chwili łapie ją w ramiona i sadza na krześle od swojego biurka, po czym upewnia się, że nic jej nie jest.
- Kanclerzu, te słowa nie są godne człowieka o pana pozycji - powiedział po chwili cesarz, kiedy się już upewnił, że Sissi nic nie jest.
Zottornik zrozumiał, iż zagalopował się w swojej szczerości wobec cesarza i jego narzeczonej, dlatego nisko skłonił się obojgu i rzekł przepraszająco:
- Najpokorniej proszę o wybaczenie, Wasza Cesarska Mość. Nie chciałem w żaden sposób urazić ani was, ani waszej narzeczonej. Jedynie to, iż nie mamy dość pieniędzy w skarbcu cesarskim, jak i fakt, że posiadamy niemożliwe do obejścia zobowiązania sprawia, iż myślę tak, a nie inaczej. Zapewniam, że w innej sytuacji na pewno pomógłbym Waszej Cesarskiej Mości znaleźć dość pieniędzy w skarbie państwa na tę jakże szlachetną ideę. Jednak muszę mówić jak polityk, do czego to zresztą Wasza Cesarska Mość sam mnie zobowiązał, każąc mi mówić ze sobą jak najbardziej szczerze.
- Rozumiem to, jednak wszystko musi mieć swoje granice, nawet szczerość - odpowiedział mu Franciszek Józef, z trudem hamując wściekłość.
- Wasza Cesarska Mość, pozwolę sobie zauważyć, że jestem urzędnikiem i ja muszę myśleć jak urzędnik dbający o dobro cesarstwa.
- Barbarzyństwo, którym się pan wykazał podczas swojej wypowiedzi jest od dbania o dobro cesarstwa bardzo dalekie.
- To prawda - powiedziała Sissi, powoli otwierając oczy i odzyskując siły, a co za tym idzie, zdolność mówienia - Nie wiem, jak można być człowiekiem i móc wypuścić z ust tak obrzydliwe słowa. Wie pan co, kanclerzu? Powiem panu, że nie spodziewałam się tego po zaufanym urzędniku cesarza. Dodam też, iż nie ma, a w każdym razie moim zdaniem, w słowniku ludzi kulturalnych słów, które w sposób dostatecznie obelżywy oceniłyby to, co pan właśnie zrobił.
Zottornik zadrżał ze złości. Jak ta smarkula ośmielała się tak do niego mówić i to jeszcze w obecności cesarza? I co gorsza, jak cesarz mógł na to pozwolić?
- Wasza Wysokość! - zawołał oburzony.
- Radzę panu nie podnosić głosu w mojej obecności, kanclerzu - powiedział z oburzeniem i złością Franciszek Józef - A już na pewno nie na moją narzeczoną. W sprawie skarbu cesarstwa na pewno ma pan rację, ale nie daje to panu prawa, aby wypowiadać takie okrutne słowa w obecności księżniczki Elżbiety. Ani też mojej. Ani tym bardziej podnosić na nas głosu.
- Pokornie proszę o wybaczenie, Wasza Cesarska Mość - powiedział kanclerz, gotując się w duchu ze złości i z trudem zachowując spokój.
- Wybaczam panu, ale proszę już zostawić nas w spokoju. Skoro twierdzi pan, że w skarbcu nie ma pieniędzy na nasz cel, proszę je zdobyć. Na pewno ma pan na to jakieś swoje sposoby. Proszę dokładnie przejrzeć te rachunki i jeszcze raz się nad nimi zastanowić. Może znajdzie pan sposób na to, aby znaleźć potrzebną nam sumę do wybudowania nowego, lepszego sierocińca. To wszystko. Żegnam pana.
Kanclerz skłonił się nisko obojgu i wyszedł z gabinetu. Oczywiście zabrał ze sobą papiery dotyczące stanu finansów, jednak nie udał się z nimi do siebie, ale do swego tajnego gabinetu, w którym zwykle rozmyślał i knuł swoje plany. Tam zaś zastał jednego ze swych wiernych sług, karmiącego właśnie jego psa, Demona. Ten na widok swego pana zaskowyczał serdecznie i podbiegł, aby się do niego połasić. Zottornik nie miał ochoty na tego rodzaju zabawy, ale pogłaskał psa po łbie, a po tej czynności skierował swój wzrok na służącego.
- Co się gapisz? - warknął na niego - Zrobiłeś swoje, to się wynoś! I wezwij mi tu baronową von Tauler!
- Tak jest, Ekscelencjo! - zawołał sługa i natychmiast opuścił pokój.
Widział, że kanclerz jest zdenerwowany, zatem pozostawanie dłużej z nim w jednym pokoju było niebezpieczne. Prędko więc odszedł, czy może raczej uciekł, a po jakieś pół godzinie w pokoju zjawiła się baronowa von Tauler.
- Wzywał mnie pan, kanclerzu? - zapytała.
- Tak - odpowiedział Zottornik, siadając przy biurku - Mam dla pani zadanie. Musimy coś zrobić z pewnym naszym wspólnym problemem.
- Kogo pan ma na myśli?
- Mówię o tej parszywej kmiotce, która ma założyć wkrótce koronę cesarstwa Austrii.
- O księżniczce Elżbiecie?
- Zgadza się, o niej. Parszywa, podła kreatura. Obraziła mnie i to jeszcze na oczach cesarza, który jej w tym wtórował.
Baronowa spojrzała zdumiona na kanclerza. A zatem ta mała idiotka była aż tak głupia, żeby ryzykować gniew Zottornika? Naprawdę to zrobiła? Musiała więc być jeszcze głupsza, niż baronowa sądziła. Zasadniczo, nie powinno jej to dziwić. Za to bardzo ją dziwił fakt, że cesarz stanął po jej stronie w tej sprawie. To nie wróżyło niczego dobrego.
- Zatem księżniczka obraziła pana przy cesarzu? - zapytała Helga von Tauler.
- Dokładnie tak - potwierdził Zottornik, cały gotując się ze złości - To jednak byłbym w stanie wytrzymać, gdyby nie to, że cesarz wyraźnie stanął po jej stronie i pozwolił na to, aby ta wieśniaczka mnie obrażała. Tego darować im nie mogę.
- Im, proszę pana?
- Tak, oboje bowiem mi za to zapłacą. Najpierw jedno, potem drugie.
- Ekscelencjo, ja rozumiem pana złość, ale czy to rozsądne?
Zottornik popatrzył na nią groźnym wzrokiem i odpowiedział ze złością:
- Rozsądnym było posłuchanie pani, kiedy mnie pani przed nią ostrzegała. To, co pani mi wcześniej o niej mówiła, było słuszne. Ta mała flądra jest głupia, ale też ma ogromny wpływ na cesarza. Jest w stanie skazać mnie na banicję, więzienie lub nawet śmierć. Dzisiaj przekonałem się o tym dostatecznie. Nie mogę ryzykować, że zrealizuje jedną z tych możliwości. Zbyt wiele mam do stracenia, pani zresztą też. Bo przecież, jeżeli ja upadnę, pani tym bardziej.
Baronowa nie mogła temu zaprzeczyć, choć w głębi serca uśmiechała się, bo widok rozeźlonego kanclerza był jej niezwykle miły. Nie widziała jeszcze, aby mu ktoś nadepnął na odcisk aż tak mocno, aby go zabolało. Jeżeli Sissi to zrobiła, to w takiej sytuacji trudno było nie poczuć do niej sympatii. Oczywiście księżniczka musiała za tę swoją chwilę triumfu zapłacić najwyższą cenę, ale trudno było nie zachwycić się tym, co ona spowodowała, czyli rozwścieczeniem Zottornika.
- Co zatem pan planuje? - zapytała baronowa.
- Ja? - uśmiechnął się Zottornik - Ja nic nie planuję. Zdaję się jedynie na łaskę Boga i będę modlił się tego wieczoru, aby naszą księżniczkę z tak niewyparzonym językiem spotkał jakiś niemiły wypadek. Niemiły dla niej, rzecz jasna, bo dla nas i owszem, bardzo miły.
Baronowa doskonale wiedziała, co słowa o modlitwie oznaczają. Już przecież nazbyt długo siedziała na cesarskim dworze, aby nie umieć zrozumieć tych słów.
- Czy modlić się pan będzie o wypadek konkretny, czy szczegóły pana wcale nie interesują?
- Zasadniczo, nie miałbym nic przeciwko, gdyby Pan Bóg pokarał ją karzącą swą prawicą podczas jednej z jej konnych przejażdżek. Ostatecznie podczas jazdy konnej zdarzały się już wypadki. Czemu jej miałby się nie zdarzyć? W końcu ta nasza urocza, mała księżniczka bawarska uwielbia konne przejażdżki. Gdyby więc dobry Bóg okazał swe miłosierdzie, a ona w wyniku tego spadłaby i skręciła sobie kark, nikt by nie mógł pretensji do nas i kogokolwiek innego. Wypadki przecież na tym świecie się zdarzają. Zwłaszcza, kiedy ktoś lekkomyślnie jeździ na złamanie karku po okolicy.
Baronowa wszystko zrozumiała. Kanclerz nie musiał jej niczego tłumaczyć. I choć w tamtej chwili poczuła do Sissi sympatię, bo stała się ona przyczyną do tego tak uroczego widoku, jakim był zirytowany Zottornik, to musiała postawić krzyżyk na tej niezbyt bystrej księżniczce, która swoim zachowaniem rozdrażniła osobę tak wysoko postawioną i zarazem tak mściwą, jak kanclerz. Dlatego westchnęła lekko i powiedziała:
- Jeszcze dzisiaj udam się do kaplicy i każę na tę intencję zapalić świecę.
- Liczę na to, baronowo - odparł Zottornik - I jeszcze jedno. Radzę pani, żeby w razie niepowodzenia, to jest w razie niespełnienia się naszych modlitw, szybko pani zapomniała o tej rozmowie, bo ja sobie na pewno o niej nie przypomnę.
- Rozumiem, proszę pana. Tak oczywiście zrobię.
- Doskonale. Może pani odejść.
Baronowa dygnęła przed kanclerzem i wyszła. Gdy to robiła, Demon nagle z jakiegoś powodu chwycił w zęby jeden z urzędowych papierów swego pana. Jakoś tak chwilę później, gdy kobieta zamknęła za sobą drzwi od tajnego gabinetu swego pryncypała, usłyszała jego głoś ryk oraz odgłosy uderzeń pomieszane z dzikim, jak i okropnie brzmiącym skowytem psa. Zasyczała wówczas z przerażenia, czując w tamtej chwili ogromną ulgę, że nie dane jej było tego oglądać.

***

Dwa dni po tej rozmowie, Sissi obudziła się w zupełnie nieznanym obcym dla siebie miejscu, czując przy tym ból w okolicach głowy i w kilku innych częściach ciała. Przez chwilę nie rozumiała, co się dzieje oraz jakim cudem to wszystko mieć mogło miejsce. Dopiero po kilku minutach, gdy już jej się nieco trochę rozjaśniło w głowie, zaczęła sobie wszystko przypominać. Pamięć, w pierwszej chwili tak ją zawodząca, teraz odtworzyła przed nią szeroko swoje podwoje i ukazała jej pełen obraz tego, co się stało.
Przypomniała sobie, że nie tak dawno, chyba jeszcze tego samego dnia, miała jechać z ukochanym Franciszkiem Józefem na wycieczkę po okolicy, ale niestety, jej narzeczonego znowu wezwały sprawy państwowe, którymi musiał się zająć. W takiej więc sytuacji musiała pojechać sama. Galopowała zatem swobodnie oraz bez żadnych ograniczeń na grzbiecie swojego wiernego konia Pioruna. Wiatr dzikim pędem rozwiewał jej włosy i rozrzucał je na wszystkie strony, ale nie zważała na to, bo prędkość, z jaką jechała była jej niezwykle miła. Kiedy galopowała przez te wszystkie piękne łąki, pola i okolice lasu, czuła się wolna i szczęśliwa, niczym nie skrępowana, a co za tym idzie, spełniona w każdym znaczeniu tego słowa. Jazda na grzbiecie wiernego rumaka była dla niej tożsama z wolnością. Galop z szumem wiatru w uszach i z rozwianymi włosami symbolem niezależności. Był częścią niej samej. Częścią, z której nie chciała rezygnować nawet po ślubie i miała nadzieję, że jej ukochany nie zabroni jej tego.
Gdy tak jechała, trafiła na znaną już sobie leśną ścieżkę i skierowała się na nią. Zadowolona pędziła nią dalej, gdy nagle dostrzegła przed sobą przeszkodę w postaci wielkiego zwalonego drzewa, tarasującego jej dalszą drogę. Widziała je już wcześniej, bo nie tak dawno przejeżdżała tędy i dlatego widok ten jej nie poruszył. Zatrzymała tylko Pioruna i pogłaskała go lekko po łbie, mówiąc:
- No cóż, przyjacielu. Pokażmy tej przeszkodzie, że możemy ją pokonać.
Następnie zawróciła, aby nabrać rozpędu i kiedy znalazła się w odpowiedniej odległości, lekko trąciła konia po bokach i ruszyła galopem przed siebie. W chwili, w której znalazła się blisko drzewa, Piorun zarżał i zwinnie przeskoczył przed tę trudną dla wielu jeźdźców przeszkodę i prędko znalazł się po drugiej stronie. Tak jak poprzednim razem, gdy Sissi jechała tą dróżką. Niestety, tym razem efekt tego skoku był zupełnie inny. Księżniczka bawarska, gdy jej wierzchowiec znalazł się w powietrzu, poczuła jakiś niepokojący luz przy swoim siodle. W chwili zaś, kiedy to kopyta końskie dotknęły ziemi, ów przedmiot nagle gwałtownie przechylił się na bok i opadł z grzbietu Pioruna, pociągając za sobą Sissi. Dziewczyna nieraz już w swoim życiu spadała z konia i nie było to dla niej pierwszyzna, jednak tym razem to było coś zupełnie innego. Tym razem spadła nie z powodu braku doświadczenia w jeździe, którego wszak jej nie brakowało, ale z powodu siodła, które spadło z końskiego grzbietu razem z nią. Sissi jęknęła z bólu, gdy niespodziewanie jej ciało zetknęło się boleśnie z ziemią. Upadła na bok, cudem chyba tylko nie trafiając na kamień leżący nieopodal. Szok wywołany tą świadomością, połączony dodatkowo z bólem we wszystkich chyba partiach sprawił, że straciła przytomność i ocknęła się po kilku godzinach w nieznanym sobie miejscu.
Sissi, gdy przypomniała sobie to wszystko, usiadła gwałtownie i jęknęła, gdyż poczuła od razu, że bolą ją mięśnie. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się teraz w łóżku, które stało w czymś na kształt domu, ale nie będącego domem. Było to dość niewielkie pomieszczenie z oknem i niewielkim umeblowaniem. Sissi szybko się zorientowała, że miejscem tym jest wędrowny cygański wóz. Najlepszym zaś tego dowodem było to, iż siedzi przy niej jakiś młody Cygan i patrzy na nią z troską w oczach. Kiedy się obudziła, obdarzył ją przyjacielskim uśmiechem i powiedział do niej po niemiecku:
- Jak to dobrze, że panienka się obudziła. Byliśmy bardzo niespokojni.
Mówią po naszemu, to dobrze, pomyślała Sissi. Głośno zaś rzekła:
- Dziękuję za troskę. Ale przepraszam, co ja tu właściwie robię? I gdzie ja tak właściwie jestem? I gdzie...
Już miała zapytać o konia, kiedy nagle spojrzała na siebie i zobaczyła, że nie ma na sobie sukni. Była w samej bieliźnie. Zawstydzona pisnęła, po czym szybko naciągnęła kołdrę na siebie, próbując zakryć przed młodzieńcem ten wstydliwy dla niej widok.
- Ojej! - pisnęła Sissi, czując się okropnie niezręcznie w tej sytuacji.
Chłopak, który najwyraźniej nie rozumiał jej zawstydzenia, zaśmiał się lekko i powiedział do niej życzliwie:
- Spadła panienka z konia i straciła przytomność. Ja i moja siostra byliśmy w lesie, aby nazbierać chrustu na opał i panienkę znaleźliśmy. Panienki koń stał obok panienki i wyraźnie był o panienkę niespokojny. Mądre z niego zwierzę.
- Kochany Piorun - powiedziała wzruszona Sissi - Gdzie on teraz jest?
- Jest w taborze, daliśmy mu już jeść - odpowiedział młodzieniec - Ale może lepiej niech panienka nie siada na niego od razu. Powinna panienka wydobrzeć.
- Dziękuję wam za troskę, ale nie chcę być dla was ciężarem - rzekła Sissi - A poza tym, czekają na mnie. Jeśli nie wrócę, będą się martwić.
- Spokojnie, panienko. Już posłaliśmy do pałacu. Moja siostra tam poszła. Na pewno niedługo wróci z ludźmi, którzy zabiorą panienkę do jej ukochanego.
- A skąd wiecie, że jestem z pałacu i że mam tam ukochanego?
- Czytamy gazety i wiemy, kim panienka jest. Poza tym, nie znamy się wszak od dzisiaj. Nie poznaje mnie panienka?
Sissi przyjrzała się uważnie młodzieńcowi i uśmiechnęła się delikatnie, kiedy po chwili rozpoznała jego rysy twarzy.
- Miklos! To ty?
- Tak, panienko. To ja - odpowiedział jej młody Cygan - Cieszę się, że mnie panienka pamięta. Wiem, trochę czasu minęło, odkąd się ostatnio widzieliśmy. Ale chyba nie zmieniłem się aż tak mocno.
- W ogóle się nie zmieniłeś - odparła na to z uśmiechem na twarzy Sissi.
Bardzo dobrze znała tego młodzieńca. Swego czasu on i jego rodzina rozbili swój tabor na terenach jej ojca. Sissi chodziła wtedy do nich, aby z nimi tańczyć i w czasie tych spotkań wiele razy miała okazję z nimi porozmawiać, co znacznie się przyczyniło do tego, że ona i Cyganie poznali się bardzo dobrze. Szczególnie nić sympatii połączyła ją z Miklosem i jego młodszą siostrą Shari. To z nimi nie tak znowu dawno tańczyła w bawarskiej gospodzie, którym to tańcem zachwyciła bardzo swojego ukochanego Franciszka i swego kuzyna Ludwika. Tym bardziej się więc ucieszyła, gdy zrozumiała, że pomimo wypadku jest teraz wśród znajomych.
- A więc to wy mnie znaleźliście? - zapytała po chwili Sissi, gdy już radość z powodu spotkania starych znajomych ustąpiła przypomnieniu, że przecież miała tego dnia wypadek.
- Tak, ja i Shari, moja siostra. Pamięta ją chyba panienka, prawda?
- Oczywiście, jak mogłabym ją zapomnieć. Ostatnio tańczyłyśmy obie w tej gospodzie w Bawarii. Chyba też tam byłeś.
- Tak. Pięknie wtedy panienka śpiewała. Panienka posiada prawdziwy talent. Gdyby tak chciała kiedyś panienka do nas dołączyć, to byłby dla nas zaszczyt.
Sissi zachichotała, rozbawiona jego słowami.
- Propozycja równoznaczna z pochlebstwem, ale niestety, wiesz dobrze, że nie mogę jej przyjąć. Mam tu swoje obowiązki. Poza tym, nie wiem, czy wasze życie byłoby dla mnie. Lepiej mi powiedz, jak mnie znaleźliście?
- Całkiem przypadkowo - odpowiedział jej Miklos - Ja i Shari zbieraliśmy w tym lesie chrust na opał. Kiedy to robiliśmy, zobaczyliśmy przypadkiem panienki konia, a przy nim leżącą panienkę. Obok było siodło. Musiało ono spaść z grzbietu panienki konia i panienka poleciała z nim na ziemię.
- Tak, chyba tak było - odparła Sissi, próbując sobie przypomnieć - Tak, teraz sobie przypominam. Siodło się poluzowało w chwili, kiedy skakałam na Piorunie przez to wielkie drzewo.
- No właśnie. Ale my panienkę znaleźliśmy i zabraliśmy do taboru. Babcia już panienkę opatrzyła. Wszystko będzie dobrze.
- Tak, mogę za to ręczyć - odezwał się nagle jakiś starszy głos.
Należał on do staruszki, która właśnie weszła do wozu. Sissi rozpoznała ją. To była babcia Miklosa i Shari. Ta sama stara Cyganka, która nie tak dawno wróżyła w gospodzie Ludwikowi i jej. Tylko jej z jakiegoś powodu odmówiła wyznania, co zobaczyła w jej dłoni. Sissi nie umiała zrozumieć, dlaczego tak się stało, ale jakoś o tym nie myślała, aż do tej chwili, kiedy ją znowu zobaczyła. Ciekawe, co też ją tak przeraziło w dłoni księżniczki bawarskiej, że wolała zachować to dla siebie. A może chodziło o ten wypadek? Jeśli tak, to może jej teraz o tym powiedzieć, skoro to już nieaktualne. A może o coś innego? Warto by się było dowiedzieć.
- Jak się czuje nasza kochana księżniczka? - zapytała staruszka.
- Bardzo dobrze, już lepiej, choć jeszcze wiele części ciała mnie boli - odparła na to Sissi, uśmiechając się do staruszki.
- I bardzo dobrze. Powinno boleć, bo wówczas szybciej panienka powróci do zdrowia. Jak boli mało, to powrót do zdrowia trwa dłużej. Poza tym, jak boli, to się wtedy wie, że się żyje.
- No cóż... Trudno się nie zgodzić. A przepraszam, gdzie moja suknia?
Stara Cyganka pokazała jej wiszącą niedaleko na krześle wyżej wspomnianą część garderoby Sissi i odpowiedziała:
- Tutaj, panienko. Wszystko jest na swoim miejscu. Jeżeli czuje się panienka lepiej, to może się już śmiało panienka przebrać. Chyba niedługo powinni tu być Shari z ludźmi z pałacu.
Miklos szybko zrozumiał, że lepiej zrobi, jeżeli wyjdzie, dlatego jeszcze raz się uśmiechnął do Sissi i wyszedł z wozu, aby jej nie przeszkadzać w ubieraniu. Jego babcia zaś spojrzała ponownie na księżniczkę i dodała:
- Nieszczęścia krążą wokół panienki jak kruki nad padliną. Niestety, nie jest to koniec panienki kłopotów. Obawiam się, że to dopiero początek.
- Dlaczego pani tak uważa? - zapytała zaintrygowana tymi słowami Sissi.
Ponieważ Cyganka jej nie odpowiedziała, księżniczka domyśliła się, że musi tu chodzić o to, co zobaczyła ona na jej dłoni.
- Wtedy, w gospodzie, patrzyła pani na moją dłoń, ale nie chciała pani nic mi powiedzieć, co pani tam widziała. Czy teraz pani to zrobi?
Cyganka westchnęła głęboko, niezadowolona złożoną propozycją i odparła w sposób bardzo wymijający:
- Lepiej panienka zrobi, jak się ubierze i uszykuje do podróży. Coś czuję, że już niedługo przybędzie tu narzeczony panienki.
Sissi jednak nie dała się zbić z pantałyku. Złapała kobietę za ramię, odwróciła ją przodem do siebie, po czym wyciągnęła w jej kierunku prawą dłoń.
- Popatrz jeszcze raz i powiedz mi, co tutaj widzisz?
- Już tu patrzyłam, panienko - odpowiedziała Cyganka, nerwowo odwracając wzrok i nie chcąc o tym mówić.
Sissi oczywiście, nie zamierzała ustąpić. Lewą dłonią mocno ścisnęła ramię starej Cyganki, a prawą podsunęła jej do oczu i spytała:
- Co tam widzisz?
Cyganka zrozumiała, że nie uda się jej tego uniknąć i odpowiedziała:
- Zdradę i krew, panienko. Morderstwo i zbrodnie, które będą szły tuż obok ciebie.
- A ta zdrada? - zapytała Sissi - Kto zdradzi? Mężczyzna czy kobieta?
- Nie wiem, panienko.
- Mów, proszę!
Sissi mocniej zacisnęła lewą dłoń na ramieniu kobieta. Ta spojrzała jeszcze raz na jej prawą rękę i odparła:
- Kobieta.
- A więc kobieta. A jaka?
- Tego nie widzę. Dłoń tego nie mówi.
- A co z tą krwią? Czy ją widzisz?
- Tak, ją widzę.
- I gdzie ją widzisz?
- Na kamieniu. Na ołtarzu.
To mówiąc, stara Cyganka wysunęła się objęć Sissi, wstała i wyszła z wozu, zostawiając księżniczkę samą z jej własnymi myślami.

***

W ciągu godziny przyjechał do taboru po ukochaną Franciszek Józef wraz z Idą Ferenczy i kilkoma strażnikami. Prowadziła ich Shari, która powiadomiła ich o wszystkim. Sissi w tym czasie zdążyła się już ubrać i wyjść z wozu. Odzyskała już bowiem siły na tyle, aby to zrobić i teraz radośnie wpaść w ramiona narzeczonego. Ten nie krył swojej radości, że widzi Sissi całą i zdrową, a także wdzięczności dla Cyganów za pomoc jej ofiarowaną. Powiedział, że jest gotów hojnie wynagrodzić im to, ale oni się na to nie zgodzili.
- Wasza Cesarska Mość wybaczy, ale nie możemy przyjąć żądnych nagród od was - powiedziała stara Cyganka, babcia Miklosa i Shari - Księżniczka Sissi już od dawna przyjaźni się z nami, prostymi ludźmi. Nasza rasa wiele ma zasad i praw, a jednym z nich jest, że przyjaźni pieniędzmi się nie wynagradza. Jeżeli jednak jakoś chcecie się odwdzięczyć za naszą pomoc, zostańcie z nami do wieczora. Będziemy dzisiaj tańczyć i bawić się. Miła nam będzie wasza obecność, panie.
Propozycja ta była niezwykle miła i na tyle serdecznie wypowiedziana, że jej odmówienie byłoby grubiaństwem. Franciszek i Sissi nie byli w stanie tego zrobić, dlatego zgodzili się na nią z nieskrywaną radością. Ponadto też sama Sissi, która to wręcz uwielbiała tego typu zabawy, nie mogła się oprzeć pokusie jej zobaczenia i dlatego tym chętniej wyraziła swoją zgodę. Zatem ona i jej ukochany zostali.
W oczekiwaniu na zabawę, Franciszek i Sissi usiedli sobie wygodnie w dosyć wygodnym miejscu, w którym mogli sobie swobodnie porozmawiać. Tam Sissi ze szczegółami opowiedziała ukochanemu, jak doszło do jej wypadku. Franz nie bez przerażenia słuchał jej historii i przyznał, że cała ta sytuacja bardzo, ale to bardzo mu się nie podoba. Uważał, iż ktoś najwyraźniej chciał zaszkodzić Sissi i celowo odpiął jej popręg w siodle, dlatego podczas skoku siodło poluzowało się i spadło na ziemię wraz z siedzącą na nim księżniczkę. Jego ukochana uznała, że to było raczej jakieś niedopatrzenie, bo niby kto i po co miałby to zrobić specjalnie, ale jej ukochany miał co do tego wątpliwości.
- Oczywiście możesz mieć rację i to wszystko może być jedynie całkowicie nieszczęśliwym wypadkiem - powiedział - Ale trudno mi w to uwierzyć. Wolałbym się jednak w tej sprawie całkowicie upewnić. Bo jeżeli to nieszczęśliwy wypadek, to trudno. Ale jeżeli nie, to lepiej, abyśmy wiedzieli, kto i dlaczego dybie na twoje życie, najdroższa.
Sissi zmroziło na samą myśl o tym, że ktoś mógłby chcieć ją zabić, ale jakoś nie przyszło jej do głowy, kto niby chciałby to zrobić. Owszem, kilka osób tutaj na dworze do siebie zraziła, ale czy któraś byłaby na tyle mściwa, aby z tego powodu chcieć ją wykończyć i to jeszcze pod bokiem cesarza? Myśl o tym przerażała ją. W duchu zatem miała nadzieję, iż wszystko było jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, jak najbardziej zresztą możliwym. Choć też fakt, że spadła na ziemię nie sama, ale z całym siodłem mówił bardzo wiele i zdawał się potwierdzać teorię o zamachu. Bo przecież Sissi zawsze, kiedy nakładała siodło na swojego konia, to chyba z kilka razy upewniała się, że jest ono przymocowane należycie mocno, nim zaczęła jazdę. Teraz tego nie zrobiła, bo konia jej osiodłano. Musiał zatem ktoś ze stajni cesarskich popełnić błąd. A może nie był to błąd? A może celowy zabieg? A może stajenny nic złego nie zrobił, a ktoś inny wykorzystał moment nieuwagi, po czym odpiął jej popręg w siodle lub poluzował go na tyle, aby podczas skoku całe siodło odpadło razem z nią? Im więcej o tym wszystkim myślała, tym bardziej była przerażona i zrozumiała, że Franciszek ma rację, chcąc zbadać tę sprawę. Jak i też przyznała mu rację, kiedy zasugerował, aby chwilowo nie jeździła nigdzie konno, a już na pewno nie sama i bez niego.
- Dopóki wszystko się nie wyjaśni, lepiej będzie, jeżeli nie będziesz jeździć na Piorunie ani na żadnym innym konie - rzekł Franciszek - A jeśli już, to tylko w mojej obecności. Przy mnie nie odważą się ciebie zaatakować. Nie wiem też, czy nie lepiej by było, abyś wróciła do domu na czas śledztwa. Wolałbym, żeby nic ci się tu nie stało.
- Najdroższy, jeżeli ktoś rzeczywiście chce mnie zabić, to w Bawarii, gdzie nie ma twojej opieki, tym bardziej mogą mnie wykończyć - zauważyła Sissi.
- Tak, to też prawda - powiedział Franciszek - Może masz rację. Może zatem lepiej, abyś została w pałacu. Myślę, że nie odważą się ciebie zaatakować tuż pod moim bokiem. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Potem rozmowa zeszła na inne tematy, choć cień niebezpieczeństwa jakoś nie schodził znad głów zakochanych, pomimo tego, że próbowali oni rozmawiać ze sobą o bardziej przyjemnych dla siebie rzeczach. Widać było jednak, iż Franciszek niepokoi się o Sissi, a i ona sama, choć udaje dzielną i całkowicie opanowaną, to chwilami drży ze strachu o swoje bezpieczeństwo.
Ida Ferenczy nie brała udziału w tej rozmowie. Cesarz nie chciał ani jej, ani nikogo innego wtajemniczać w szczegóły tak ponurej sprawy i dlatego wolał, aby nikt z osób mu towarzyszących nie wiedział o niczym. Z tego też powodu Ida nie siedziała przy nich i nie poznała tematu ich dyskusji. Zamiast tego chodziła sobie po cygańskim taborze, przyglądając się uważnie wszystkim obecnym tam ludziom. Kilku z nich zagadała nawet i porozmawiała z nimi przez chwilę, zainteresowana ich sposobem bycia. Zaintrygowało ją szczególnie to, że Cyganie wędrują sobie od miasta do miasta i znajdują w tym wszystkim wielką przyjemność. Jako osoba nie mogąca znaleźć szczęścia w swojej podbitej przez Austrię ojczyźnie, była bardzo zdumiona tego rodzaju życiem.
- Naprawdę podoba się wam takie życie? - zapytała Miklosa, który właśnie jej opowiadał o tym, jak funkcjonuje cygańska brać.
- Owszem, to życie jest dla nas stworzone - odpowiedział jej młody Cygan - Codziennie poznaje się nowe miejsca, codziennie nowi ludzie, codziennie jakieś nowe atrakcje.
- I nie przeszkadza wam brak korzeni i stałego miejsca pobytu?
- Nie. Może dlatego, że nigdy nie mieliśmy korzeni i stałego miejsca pobytu? To nie czujemy braku tego wszystkiego.
Ida skinęła głową na znak, że zgadza się z tym. Trudno jest przecież czuć brak tego, czego się nigdy nie miało. Jej jednak tego brakowało i to bardzo. Zapewne to dlatego, że zaznała życia w swojej ojczyźnie, choć oczywiście podporządkowanej całkowicie Austrii. Zapewne z tego powodu tak bardzo smutno jej było, że ona na chwilę obecną nie ma swoich korzeni, bo przecież jako zaangażowana wraz ze swą rodziną w powstanie z roku 1848 musiała opuścić Węgry i poszukać pracy w tym gnieździe żmij, czyli na cesarskim dworze. Na szczęście tutaj uśmiechnęło się do niej szczęście, ponieważ została damą do towarzystwa księżniczki Sissi, a to była bardzo miła i serdeczna osoba, dlatego praca dla niej zdecydowanie stanowiła dla Idy coś przyjemnego, jak i też osładzała jej życie. Nie zmieniało to jednak faktu, że mimo wszystko tęskniła za ukochaną ojczyzną i marzyła o tym, aby kiedyś znowu do niej wrócić i aby ta ojczyzna miała na nowo choć część autonomii.
Nagle rozmyślania przerwała jej Shari, siostra Miklosa. Była ona młodą i nad wyraz piękną dziewczyną o nieco ciemniejszej cerze, pięknych i długich włosach o barwie hebanu i zgrabnej, szczupłej figurze. Ida musiała przyznać, że wygląda ona po prostu oszałamiająco.
- Panna Ida Ferenczy? - zapytała Cyganka.
- Tak, to ja - odpowiedziała Ida.
- Ktoś chciałby z panią porozmawiać.
- Kto taki?
- Dowie się pani na miejscu.
Ida spojrzała podejrzliwie na Cygankę. Czy ona czegoś nie knuła. Shari chyba wyczuła nieufność w spojrzeniu Węgierki, więc pospieszyła z wyjaśnieniem, że to spotkanie będzie miało miejsce tu, między drzewami nieopodal taboru. Do tego też podała jej ona do ręki chusteczkę, mówiąc:
- Ta osoba powiedziała, że pani to pozna.
Ida przyjrzała się chusteczce i westchnęła głęboko. Doskonale ją wszak znała. Dała ją kiedyś pewnej wyjątkowej osobie, jednej i jedynej w jej sercu. Wiedziała w takim razie, jaka osoba prosi ją o spotkanie. Westchnęła głęboko i powiedziała:
- Prowadź, proszę!
Shari poprowadziła ją zatem pomiędzy drzewa, niedaleko taboru, gdzie nikt ich nie mógł podsłuchać. Tam już czekał na nich jakiś wysoki mężczyzna, ubrany w cygański strój. Miał on czarne ciemne włosy i gęste bokobrody. Kiedy zobaczył przed sobą Idę, to uśmiechnął się do niej radośnie, po czym odkleił od twarzy owe bokobrody i zdjął z głowy perukę, ukazując Idzie doskonale jej znaną twarz. Ida w tamtej chwili nie miała już wątpliwości, kogo ma przed sobą.
- Guyla! - westchnęła szczęśliwa.
Po tych słowach, wpadła w ramiona swojego ukochanego. Shari uśmiechnęła się zachwycona tym widokiem i wycofała się, aby nie przeszkadzać zakochanym. Ida zaś mocno i namiętnie wycałowała Guylę, po czym spojrzała na niego z lekkim smutkiem oraz wyrzutem, mówiąc:
- Najdroższy mój, ukochany i jedyny... Co ty najlepszego wyprawiasz? Co ty tu robisz? Zapomniałeś, że jesteś poszukiwany? Cesarz jest zaledwie kilka metrów od nas. Jak cię rozpozna, zgnijesz w więzieniu albo cię powieszą.
- Wiem, najdroższa moja - odpowiedziała jej Gyula Andrassy - Ale ja już nie mogłem dłużej czekać. Musiałem cię zobaczyć. Ludwik pewnie mnie za to zabije, ale ja musiałem cię znowu ujrzeć.
- Guyla, to po prostu szaleństwo. Wiesz dobrze, jak wiele ryzykujesz. Ludwik też ryzykuje, dostarczając nasze listy i pomagając nam, a do tego ukrywając cię. A ty co wyprawiasz? Naprawdę chcesz, żeby cię złapali? Chcesz, żeby nasz wspólny przyjaciel miał przez ciebie kłopoty?
- Jestem dość ostrożny, aby nie wpakować nas oboje w kłopoty. A jeśli nawet, to zrobię wszystko, aby Ludwik ich nie miał. Zresztą, jak możesz porównywać te dwie sytuacje, jego i naszą? Nawet jeśli on wpadnie, to najwyżej dostanie od tego czy innego jaśnie pana reprymendę i może co najwyżej straci pracę cesarza. Nasz los w takiej sytuacji byłby o wiele gorszy.
- Nie kpij sobie z niego. On naprawdę robi wszystko, aby nam pomóc i on też wiele ryzykuje, wbrew temu, co ci się wydaje.
- Ja z niego wcale nie kpię. Ludwik jest moim najlepszym przyjacielem i jak na nikogo innego zawsze możemy na niego liczyć. Bardzo doceniam wszystko, co on dla nas robi. Ale mimo wszystko on nie jest w stanie zrozumieć naszej sytuacji. Oczywiście ma wiele racji, kiedy mówi nam swoje ostrzeżenia, ale mimo wszystko nie jest w stanie pojąć tego, w jakiej sytuacji jesteśmy.
- Może i nie jest w stanie, ale mimo wszystko chce dla nas jak najlepiej. I ty powinieneś słuchać jego rad, najdroższy.
To mówiąc, Ida puściła ukochanego i spojrzała smutno w kierunku taboru.
- Zrozum, cesarz jest w pobliżu i wciąż uważa cię za przestępcę. Zresztą, jak ma myśleć inaczej, skoro wciąż jest pod wpływem Zottornika i Radetzky’ego? Ci dwaj wciąż jeszcze mają wpływy na cesarza i póki to się nie zmieni, to będziesz się musiał ukrywać.
- Wiem o tym - powiedział Andrassy, dotykając delikatnie jej ramię - Ale tym bardziej nie mogłem wytrzymać i cię zobaczyć. Dlatego, kiedy w Bawarii znowu się pojawili Cyganie, dołączyłem do nich w przebraniu. Liczyłem na to, że chociaż przez chwilę cię zobaczę i będę mógł znów ujrzeć twój cudowny uśmiech.
Ida parsknęła śmiechem, jednocześnie roniąc kilka łez z oczu.
- Och, ty skończony wariacie! Ja cię kiedyś chyba zabiję za tę twoją głupią lekkomyślność! Daję słowo, naprawdę kiedyś to robię!
Po tych słowach, rzuciła mu się na szyję i mocno się do niego przytuliła.
- Przytul mnie, proszę. Nie wiem, kiedy znowu cię zobaczę. Chcę poczuć, jak to jest znowu być w twoich ramionach.
Andrassy z radością i czułością mocno ją do siebie przytulił.
W tym samym czasie w taborze rozpoczęła się zabawa. Odgłosy muzyki oraz wesołych tańców i śpiew były tak wielkie, że docierała ona również do uszu Gyuli i Idy. Dźwięki te dodawały im otuchy i poprawiały humor. Sprawiały, iż chociaż na chwilę zapomnieli oni o strachu i niepokoju o to, że mogą zostać zdemaskowani. W dodatku ich bliskość, za którą tak bardzo tęsknili sprawiła, iż zmysły ich ruszyły pełną parą do galopu. Ida spojrzała na Gyulę, a on na nią. Serca zaczęły mocno im bić, a ciała zapłonęły. Tak dawno nie czuli swojej bliskości. Tak bardzo im siebie nawzajem brakowało. Tęsknota za sobą była tak ogromna, że oboje nie umieli nad tym zapanować. Kiedy dodatkowo ich usta złączyły się ze sobą w cudownym, jak i też niesamowicie zmysłowym pocałunku, stało się to, co stać się musiało. Rozum musiał ustąpić miejsca namiętność. Namiętność wzięła górę nad rozsądkiem. Ani Gyula, ani zwykle stateczna Ida nie umieli nad tym zapanować.
- Najdroższa - wyszeptał Andrassy zmysłowym tonem.
- Najmilsza - dodała równie zmysłowo Ida.
Ponownie się pocałowali, a jego ręce zaczęły błądzić po jej smukłej kibici.
- Nie tutaj - szepnęła czule Ida.
- A gdzie? - spytał Guyla.
- Trochę dalej. Gdzie nas nie zobaczą.
Andrassy zabrał ukochaną nieco głębiej w las, gdzie nikt ich nie mógł widzieć ani usłyszeć. Kiedy już tam się znaleźli, tęsknota pomieszana z namiętnością już ich całkowicie opętała. Niemalże rzucili się na siebie i niemal zdarli z siebie to, co mieli na sobie. Głód fizycznej bliskości był w nich bowiem zbyt ogromny, aby w tamtej chwili mogli nad sobą zapanować i mogli pamiętać o dobrych manierach. A ponadto, jedyne, czego wówczas pragnęli, czego potrzebowali, to siebie nawzajem. Ubrania ułożyli więc na trawie, po czym nadzy jak Adam i Ewa w raju upadli na nie i oddali się miłości okazywanej w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów. Tak bardzo siebie potrzebowali, tak bardzo za sobą tęsknili i tak bardzo cieszyli się ze swojej obecności. Dali oboje temu wyraz w trakcie tego, co robili. Ich fizyczna miłość była dopełnieniem tego, co czuli w swoich sercach. Dotykali się, całowali i pieścili, z każdym dotykiem, ruchem i pocałunkiem mówiąc sobie, jak bardzo im na sobie zależy i jak bardzo się kochają. Na szczęście muzyka w taborze grała tak głośno, że nikt nie usłyszał nawet echa ich przejawów miłości. Nikt z uczestników zabawy nie zorientował się w niczym, muzyka zagłuszała wszystko. Nawet to, gdy Ida na koniec głośno i zmysłowo krzyknęła z rozkoszy, tworząc w ten oto sposób cudowne zwieńczenie tego, co ich połączyło.
Na szczęście, nikt w taborze tego wszystkiego nie widział i nie słyszał. Tam wszyscy byli skupieni na wesołej zabawie, podczas której Cyganie tańczyli wokół ogniska, śpiewali i grali na swoich instrumentach, czemu z zachwytem przyglądali się Sissi z Franciszkiem i jego ludźmi. Najpiękniej tańczyła zaś Shari, która miała najpiękniejszy głos ze wszystkich młodych Cyganek, co udowodniła, tańcząc dla wszystkich obecnych i śpiewając taką oto piosenkę:

Czy już czujesz taniec, ten życia rytm?
Czy już czujesz oddech, ten światła blask?
Duch magii płynie w tę cudów noc?
Szalona radość jest w nas.

Wczuj się w ten rytm, w ten tańca ruch.
Miłość jest tuż, masz tysiąc szans.
Duch tańca gra, jest lekko tak,
Że śpiewasz ty i śpiewa świat.

Księżyc niech będzie mądrością mą.
Słońce niech spełni me wszystkie sny.
Rytm karawany przenika mnie
I stukot kroków słychać gdzieś.

Wczuj się w ten rytm, w ten tańca ruch.
Miłość jest tuż, masz tysiąc szans.
Duch tańca gra, jest lekko tak,
Że śpiewasz ty i śpiewa świat.

Widzę drogę, a na niej kurz.
Wędrowcy są tak blisko tuż.
My ciągle naprzód, wolni jak ptak.
Na jawie śniąc, żyjąc we śnie.

Ten rytm jest w tobie, poczuj to sam.
Miłość jest tuż, masz tysiąc szans.
Duch tańca gra, jest lekko tak,
Że śpiewasz ty i śpiewa świat.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...