czwartek, 29 grudnia 2022

Rozdział XI - Porwanie księżniczki


Księżniczka Elodie de Farge nigdy wcześniej nie otrzymała tak poważnego zadania jak to, które powierzyli jej cesarz Francji i jego małżonka, a ciotka Elodie. Praktycznie rzecz ujmując, to nigdy nie powierzano jej żadnych zadań, pozwalając jej jedynie na to, aby była piękną ozdobą francuskiego dworu. Funkcja ta jednak, dla mającej zdecydowanie wyższe aspiracje dziewczyny, była zdecydowanie mało ciekawa i nie zaspokajała jej oczekiwań. Elodie bowiem marzyła o tym, aby być na tym świecie kimś więcej niż tylko piękną ozdobą najpierw u boku cesarskiej pary, a potem u boku męża. Ten oto nowatorski, liberalny pogląd u tak młodej panny na wydaniu, nie był jedynym poglądem tego rodzaju, który to siedział w jej uroczej główce. Miała ich znacznie więcej, co było efektem jej liberalnego wychowania i co znacznie kontrastowało z poglądami i charakterami innych kobiet, jakie można było spotkać na dworze.
Elodie ogólnie rzecz biorąc, mocno wyróżniała się w tłumie przedstawicielek swojej pięknej płci. Już na pierwszy rzut oka można to było zobaczyć. Księżniczka bowiem była niezwykle piękna, o wiele piękniejsza od wielu swoich rówieśniczek. Oczywiście uroda jest zawsze pojęciem względnym, jednak w tym wypadku nikt nie miał wątpliwości, która dama na cesarskim dworze jest najpiękniejsza. Bo jak niby można było je posiadać, kiedy widziało się tak wyjątkową urodę, jaką miała cesarska siostrzenica? Co było w niej wyjątkowego? Wszystko! Począwszy chyba od tych pięknych oczu koloru nieba w pogodę, czyli barwy niespotykanej prawie w ogóle na dworze. Te oczy były po prostu niezwykłe. Kto w nie spojrzał, ten musiał być nimi zachwycony, ten czuł się wyjątkowo i ten się czuł tak, jakby niebo przed nim otworzyło swoje podwoje. Oczy te stanowiły niezwykły atut urody Elodie, ale i reszta jej postaci nie pozostawała za nimi w tyle. Nosek bowiem miała ona lekko zadarty, choć w sposób tak uroczy, że nawet kiedy się złościła, to wszyscy uważali, że robi to w cudowny sposób. Szyję miała smukłą, talię bardzo kształtną, a piersi okrągłe i wyraźnie zarysowane przez materiał sukni. Najpiękniejsze jednak chyba były włosy. Och tak, te po prostu zachwycały. Były długie, sięgały jej do połowy pleców, chociaż tego raczej ludzie nie wiedzieli, ponieważ zwykle miała je zapięte w kok. Wszystkich jednak one zachwycały, głównie z powodu ich barwy. A ta była taka sama, jak promienie słońca, złota i subtelna. Nic zatem chyba dziwnego, że na dworze, gdzie głównie dominowały szatynki i brunetki, wygląd bardzo subtelnie zbudowanej jasnej blondynki o niebieskich oczach był dla mężczyzn czymś bardzo wyróżniającym się, rzecz jasna w sposób pozytywny.
Oczywiście nie tylko niezwykła uroda wyróżniała księżniczkę Elodie. Także jej charakter i osobowość, które przy bliższym poznaniu albo zachwycały, albo też lekko przerażały. Osoby potrafiące ją poznać i docenić, były nią zachwycone. Ale nie wszyscy umieli to zrobić, dlatego było na dworze wiele osób, które nie były w stanie tego dokonać i zrażali się do niej po bliższym poznaniu, uważając, że jest ona zbyt nowoczesna jak na kobietę, a co za tym idzie, zdecydowanie też za mało kobieca. Zwłaszcza mężczyźni, przywykli raczej do przedstawicielek płci pięknej niegrzeszących inteligencją, potulnych oraz pokornych, znających swoje miejsce i przestrzegających obowiązujących norm, byli tego właśnie zdania. Jeden z nich rzekł nawet kiedyś do Elodie:
- Moja droga, cały dwór już plotkuje o twoich dziwacznych pasjach. A wszak wiadomo nie od dzisiaj, że kobietom nie przystoi tak ciągle czytać. Od tego tylko przychodzą do głowy różne dziwne rzeczy.
- Bardzo dziękuję za ostrzeżenie - odpowiedziała ironicznie Elodie - Ale tak z ciekawości zapytam, o jakich dziwnych rzeczach mówisz?
- No wiesz, takich jak prawa głosu dla kobiet, męskie stroje dla nich, równe prawa względem majątku czy wykonywanego zawodu. Wiesz, takie bzdury, które chyba nikomu normalnemu nie przyszłyby do głowy.
- Naturalnie, masz rację. Nikomu normalnemu takie coś nigdy by do głowy nie przyszło.
- No i sama widzisz.
- Ale widzisz, ja należę właśnie do tej części nienormalnych kobiet, dlatego też szkoda by było, aby ktoś taki inteligentny jak ty miał tracić czas na mnie, czyli na kobietę, która jest nienormalna, także... Wybacz, proszę.
Po tych słowach, odeszła urażona i nigdy więcej nie rozmawiała już z tym oto człowiekiem, postanawiając sobie, że nie zrobi tego nawet wtedy, gdyby nagle się okazało, iż jest on ostatnim mężczyzną na tej planecie.
Trzeba jednak zaznaczyć, że Elodie, choć była uważana przez wielu za osobę co najmniej ekscentryczną, której do głowy liberalnych bzdur nakładli jej najlepsi przyjaciele z artystycznej bohemy, w rzeczywistości była zupełnie normalna, a jej poglądy zdecydowanie przerastały czasy, w których żyła. Nie można jej było także nazwać kobietą o rewolucyjnych poglądach, choć w swoim najbliższym otoczeniu było kilka przedstawicielek jej płci właśnie myślących rewolucyjnie. Najlepszym tego przykładem była chyba Georges Sand, znana pisarka romansów i rozwódka, szokująca wszystkich najpierw chodzeniem w męskim stroju i paleniem cygar, a potem też gorącym romansem ze znanym kompozytorem Fryderykiem Chopinem. Ona to jawnie twierdziła, że wszystkie kobiety są równe mężczyznom i powinny im to jawnie okazać poprzez np. noszenie spodni, picie alkoholu i palenie cygar. Elodie, chociaż lubiła Aurorę (takie było prawdziwe imię pani Sand), nie zgadzała się z nią w tej sprawie. Po pierwsze, nigdy nie przepadała za mocnym winem ani za cygarami, ani tym bardziej za spodniami. Po drugie, znacznie bardziej do niej przemawiały poglądy innych wolnomyślicieli, którzy uważali, że zachowanie takie jak to, którym się afiszowała Georges Sand jest jedynie pozą i jak zresztą na każdą pozę przystało, czymś udawanym i nieprawdziwym. A udawanie dobre jest jedynie na deskach teatru, ale w nie w życiu.
- Trudno mi się z nią czasem zgodzić - powiedziała Elodie podczas rozmowy z jednym ze swoich przyjaciół - Uważam, że to, co ona wyrabia, to zaprzeczanie swoim poglądom, takie pozy. Lubię Aurorę, ale widzę wyraźnie, iż jej zachowanie to tylko poza. Ponadto zaprzecza ona sama sobie. Z jednej strony chce być równa mężczyznom i uważa, że jako kobieta może taka być. Z drugiej zaś, aby czuć się równą, upodabnia się ona do mężczyzn, tak jakby podświadomie czuła, że jedynie mężczyźni są na tyle silnymi osobami, aby umieli sobie radzić w życiu. O wiele piękniej by było wtedy, gdyby tak umiała pokonywać przeszkody jako kobieta w pełnym znaczeniu tego słowa, nie zaś pozując na kogoś, kim nie jest i nigdy nie będzie. Biedna Aurora. Nie widzi, że jej życie jest pełne sztuczności i udawania. I to we wszystkich aspektach. Popisuje się tym, jaka to ona jest niezależna, wdaje się w liczne romanse, zaniedbuje dzieci, a jaki jest tego efekt? Jest wiecznie sama i już zawsze będzie sama, bo nie pozwala sobie na prawdziwą miłość, tworząc dla siebie jedynie jej namiastki i to namiastki okropne, jedne gorsze od drugich. Ta jej niezależność to też jedynie namiastka prawdziwej niezależności. Bo jak nazwać można niezależnością to, że Aurora nosi na pokaz męskie stroje, pali cygara, pije drogi alkohol, chodzi na przyjęcia i popisuje się tym, jak dobrze jej samej na tym świecie? Ona nie jest niezależna, bo jest w niewoli swoich obaw. Chociaż, czy ja coś naprawdę wiem o niezależności? Po śmierci rodziców zajęli się mną ciotka i wuj, teraz cesarz i cesarzowa Francji, żyję sobie na ich dworze jak ich największa ozdoba, ale nie mam własnego zawodu, własnego życia, własnej rodziny... Nawet zresztą nie wiem, czy chciałabym ją mieć. A zatem, co ja tak w zasadzie wiem o niezależności?
Elodie umiała dostrzec jednak nie tylko wady innych, ale i własne, podobnie jak i to, że z niektórych z nich nie potrafi zrezygnować. Ukończyła bardzo dobre francuskie szkoły i nasiąkła wiedzą większą niż wiele współczesnych jej kobiet, co sprawiało, że nie umiała już żyć tak, jak one nadal żyją. Widziała płytkość takiego życia, a ponieważ poznała więcej możliwości, chciała tych możliwości zaznać. Nie pragnęła wyjścia za mąż i rodzenia dzieci w wieku zaledwie osiemnastu lat, kiedy już wiele jej koleżanek tak zrobiło. Chciała do tego wszystkiego dojrzeć, przedtem poznawszy wszystkie uroki życia, jakie były warte poznania. Pragnęła poznawać świat, zwiedzić w nim wszystko, o czym dotychczas czytała, poszerzać wiedzę na interesujące ją tematy, poznawać ciekawych ludzi i nie rezygnować z tego, co tak bardzo kocha, bo pan mąż tak nakazuje, prawo nakazuje wraz z nim. Elodie nigdy nie była osobą despotyczną i nie była w stanie pozwolić na to, aby ktokolwiek był wobec niej despotyczny. Nigdy nikomu nie chciała niczego narzucać i oczekiwała od innych tego samego względem siebie. Ceniła sobie niezależność, chociaż nie w tak skrajnej postaci jak Georges Sand. Kochała książki, które pasjami czytała, a do tego chodziła do teatru na przedstawienia, koncerty i odczyty, chodziła na zebrania polityczne i słuchała przemówień liberalnych polityków, rozważając sobie zawsze w głowie ich poglądy, a także bywała na przyjęciach, które urządzali jej przyjaciele z artystycznego środowiska, czyli Georges Sand, Aleksander Dumas, Victor Hugo i Honoriusz Balzac. Swego czasu poznała również Fryderyka Chopina i Franciszka Liszta, sama przy tym nie wiedząc, który z nich piękniej gra, ale wiedząc, że obaj są wybitnymi muzykami godnymi najwyższych nagród za swoje koncerty. Takie to życie polubiła i nie wyobrażała sobie, aby miała z tego wszystkiego zrezygnować i zostać zdegradowaną do roli gospodyni domowej rodzącej panu mężowi tabuny dzieci, które potem oddaje pod opiekę niań i przymykającej oczy na jego romanse. Takie życie budziło w niej niechęć i wolała być sama całe życie niż wiązać się z kimś, kto chciałby ją sobie podporządkować.
Zresztą Elodie pod wieloma względami była romantyczką. Uważała, że nigdy nie powinno się brać ślubu bez miłości. Jej ciotka i wuj, a także jej rodzice wzięli ślub kierowani prawdziwym uczuciem i mimo różnych problemów byli szczęśliwi ze sobą. Elodie tego samego chciała dla siebie. Ciocia Eugenia, cesarzowa Francji rozumiała ją doskonale i nie naciskała na nią, wychodząc z założenia, że lepiej już, aby jej ulubienica wyszła za mąż nawet po czterdziestce, aniżeli miałaby to zrobić od razu z pierwszym lepszym mężczyzną, którego ledwie zna i potem do końca życia być nieszczęśliwą. Oczywiście Elodie do czterdziestki było jeszcze daleko. Miała dopiero dwadzieścia pięć lat, chociaż biorąc pod uwagę panujące na świecie zwyczaje, uznawana była za starą pannę, której nad głową dzwoni ostatni dzwonek na to, aby wyjść za mąż i się ustatkować. Nie zamierzała tego jednak jeszcze robić i szokowała dalej cały dwór, a ów szok spotęgował się tym, że pod wpływem pani Sand, choć nie zaczęła nosić męskiego ubioru, przestała nosić gorset. Nigdy jakoś go nie lubiła, a zachowanie talii osy uważała za niepotrzebne, dlatego ostatecznie dała się przekonać Georges i odrzuciła tę okropną część damskiej garderoby. Ten aspekt jej życia początkowo wywołał poważny skandal obyczajowy, kiedy jednak cesarzowa Eugenia nie tylko wyraziła na to zgodę, ale nawet sama przestała nosić gorset, wiele pań zaakceptowało ten pomysł, inne zaś oficjalnie ogłosiły, że będą robić to samo i odrzuciły ten okrutny balast, jak go nazywały. W wyniku tego waga wielu pań mniej lub bardziej wzrosła, straciły one talię osy, nabierając kształtów bardziej puszystych, choć zdaniem Elodie to były kształty zupełnie normalne, jakie powinna mieć każda kobieta. Cesarzowa zaś głosiła, że jest pewna, iż niedługo na całym świecie zapanuje moda na kobiety o bardziej pełnych kształtach, a ona i jej siostrzenica będą mogły być z siebie dumne, że tę modę zapoczątkowały.
Tak oto w wielkim skrócie wyglądało dotychczasowe życie księżniczki Elodie i jak na tamte czasy, to nic nie zapowiadało tego, że może się ono w jakikolwiek sposób zmienić. Tak się jednak stało, a siostrzenica cesarzowej Francji otrzymała pierwsze w swoim życiu dyplomatyczne zadanie. Nie wiedziała, oczywiście, że to zadanie zmieni wszystko, pozwoli jej spojrzeć na wiele spraw inaczej niż dotąd, a do tego spełni jej największe marzenie: przeżyć wspaniałe przygody jak z książek, które tak uwielbiała. Choć niewiele brakowało, aby początek owych przygód był zarazem ich końcem.

***

Kareta z Elodie przejechała przez granicę Francji z Austrią, gdzie odebrał ją specjalnie wysłany w tym celu kilkuosobowy oddział żołnierzy cesarza wysłanych tam przez Zottornika, aby zapewnić księżniczce bezpieczną podróż. Przekazali im Elodie francuscy żołnierze, przydzieleni jej przez Napoleona III, aby eskortowali ją do granic cesarstwa. Dowodzący austriackimi wojakami kapitan zapewnił swych francuskich kolegów po fachu, że dołoży wszelkich starań, aby księżniczka była pod jego opieką całkowicie bezpieczna. Dopełniono zatem wszelkich formalności i Elodie pożegnała ukochaną Francję, wjeżdżając na nieznane zupełnie sobie ziemie, niepewna tego, co ją na nich czeka.
- Pierwszy raz opuszczam Francję. Nigdy wcześniej nie byłam w Austrii, ani w ogóle za granicą - zwróciła się do swojej damy do towarzystwa, Blanche.
- Ja kiedyś byłam w Austrii. Nic niezwykłego. Kraj jak kraj. Wszędzie na tym świecie jest dobro i zło, piękne i brzydkie miejsca - odpowiedziała Blanche nieco obojętnym tonem.
Była to młoda kobieta w wieku Elodie, ale wiodąca nieco inny tryb życia, co ona. Od roku była mężatką i to całkiem szczęśliwą, jej mąż jednak nie był obecnie w domu, ponieważ pełnił teraz poważne obowiązki państwowe dla cesarza. Z tego właśnie powodu, Blanche mogła sobie pozwolić na towarzyszenie księżniczce w podróży do Austrii. Musiała jednak przyznać, że choć naprawdę uwielbiała Elodie i spędzanie z nią czasu, to podróż poza granice ukochanej Francji nie było jej miłe, gdyż młoda kobieta stanowiła raczej typ domatorki. Ponadto też kochała swojego męża i już się za nim zdążyła naprawdę mocno stęsknić.
- Jak sądzisz, Blanche, czy cesarz jest przystojnym mężczyzną? - zapytała po chwili Elodie.
- Trudno mi powiedzieć, Wasza Wysokość. Gusta na tym świecie są przecież różne - odpowiedziała dyplomatycznie Blanche - Jeśli mnie jednak pytasz, pani, o zdanie, to na portretach, jakie widziałam, widać zawsze bardzo przystojnego pana z prawdziwego zdarzenia. Ale przecież nie mamy pewności, ile w tych portretach jest prawdy. Wszak dobrze wiemy, jak łatwo przychodzi malarzom kłamać, kiedy im zleceniodawca porządnie zapłaci za udoskonalenie tego, co natura zniszczyła.
- Sądzisz, że tutaj też mamy do czynienia z taką sytuacją?
- Nie mam pojęcia, Wasza Wysokość. Wcale by mnie to jednak nie zdziwiło, gdyby tak właśnie było.
Blanche spojrzała uważnie na Elodie i zapytała nieco poufałym tonem, na jaki ze względu na swoje stanowisko i przyjaźń z Elodie mogła sobie pozwolić:
- A czy Wasza Wysokość zamierza znaleźć sobie w Austrii męża?
- Niekoniecznie, chociaż nie zaprzeczam, nie miałabym nic przeciwko temu, aby będąc w Austrii, zakochać się. Byle tylko w jakimś porządnym mężczyźnie. Jak wiesz, moja kochana Blanche, jeszcze nigdy nie byłam zakochana. Nie wiem, jakie to uczucie, ale wiem, że musi być cudowne.
- Tak, to jest cudowne uczucie. Ale muszę uprzedzić, że bardzo często zanim ono następuje, pojawia się zwykłe zauroczenie, zazwyczaj mylone z miłością. Ono pojawia się szybko i mija szybko. A potem dopiero pojawia się prawdziwe uczucie.
- A często ma miejsce to zauroczenie?
- Trudno powiedzieć, tak na pewno. Wszystko zależy od człowieka. Ja myślę sobie jednak, że jak człowiek wie, czego chce, to rzadziej pojawia się zauroczenie u niego, a częściej miłość. Ale to naprawdę wszystko zależy od człowieka.
- A u mnie? Jak sądzisz?
- Sądzę, że czas najwyższy, aby Wasza Wysokość się wreszcie zakochała, bo cóż... Latka lecą, młodszą nie będziesz, pani, a z każdym rokiem coraz mniejsza pewność, że kogoś sobie znajdziesz.
- A może ja wcale nie chcę sobie nikogo znaleźć? Może dobrze mi jest tak, jak jest teraz?
- To by Wasza Wysokość nie marzyła o prawdziwej miłości.
Elodie zachichotała, rozbawiona bystrością umysłu Blanche. Ta dziewczyna była naprawdę niesamowita, choć taka od niej różna, z charakteru oraz z wyglądu. Była ona bowiem wysoką i nad wyraz szczupłą brunetką o brązowych oczach, rysy jej twarzy były nieco mocniejsze od rysów Elodie, bardziej dojrzałe i bardziej też poważne, już dotknięte życiem w jego najgorszej formie. Mimo młodego wieku, zdążyła doświadczyć smutku i przygnębienia, kiedy jej rodzina popadła w niełaskę po upadku Burbonów i wprowadzeniu II Republiki, która to niełaska minęła z tą chwilą, kiedy pierwszy prezydent nowego ustroju przeprowadził zamach stanu, w ciągu zaledwie kilku godzin przejmując władzę jako nowy cesarz Napoleon III. To wtedy ojciec Blanche, wiwatujący głośno na cześć władcy, poczuł, że nadchodzi oto jego chwila. Ale ta przyszła następnego dnia, gdy ktoś chciał zastrzelić cesarza. Ojciec Blanche wypatrzył to i w ostatniej chwili podbił zamachowcowi do góry dłoń z pistoletem, a Napoleon III, którego uwagę przykuło to zamieszanie, był pod wrażeniem i jeszcze tego samego dnia sprowadził do siebie mężczyznę, czyniąc go oficerem w swojej straży przybocznej i przywracając całą jego rodzinę do łask. W ten sposób Blanche i jej bliscy odzyskali znowu znaczenie we Francji, a prócz tego otrzymali intratne urzędy, a sama Blanche została damą do towarzystwa Elodie, siostrzenicy cesarzowej Eugenii, małżonki Napoleona III. Obie prędko przypadły sobie do gustu, zostając przyjaciółkami, chociaż Blanche nigdy nie pozwoliła sobie na to, aby mówić do księżniczki po imieniu, choć ta wiele razy ją o to prosiła. Ale Blanche, choć naprawdę na wiele pozwalała sobie z Elodie, to nigdy nie zdobyła się na to, aby przekroczyć ten konkretny stopień poufałości. Bała się bowiem, że gdyby postąpiła inaczej, a cesarz lub cesarzowa by to odkryli, mogłaby mieć z tego powodu problemy. Dlatego nawet w prywatnych rozmowach wolała zwracać się do Elodie per „księżniczko”, aby przypadkiem nie pozwolić sobie nigdy na zbyt wiele w miejscu publicznym. Elodie wiedziała o tym i mimo niechęci do tej jakże dziwnej tytulatury, zaakceptowała to, ale pozwalała Blanche na więcej poufałości niż ta, która zwykle przysługuje damie do towarzystwa. Chciała mieć w osobie tej uroczej Francuzki swoją przyjaciółkę, a nie służkę i udało jej się to osiągnąć, co ją bardzo cieszyło, ponieważ dzięki temu mogła swobodnie rozmawiać z Blanche, a także poznać jej uczciwą ocenę w każdej kwestii, co miało dla niej znaczenie i to ogromne, gdyż szczerość i uczciwość ceniła sobie ponad wszystko.
- No cóż, Blanche. Doskonale mnie znasz. Nie wiem nawet, czy nie nazbyt doskonale - powiedziała żartobliwie Elodie.
- Przede wszystkim znam życie, Wasza Wysokość - odparła na to Blanche - I wiem, co mówię. Nie każda kobieta ma tyle szczęścia, aby poznać mężczyznę na tyle porządnego, aby go swobodnie i bez wahania mogła poślubić.
- Twoja matka i ty jakoś miałyście tyle szczęścia.
- Owszem, ale nie każda ma to szczęście. Zwłaszcza księżniczki, krewniaczki władców Europy. U nich jest większy majątek i mniejsza swobodna wyboru.
- Ale mnie ciocia zapewniała prawo wyboru. Powiedziała, że mogę wybrać za męża, kogo tylko zechcę. A ja chcę wyjść za mąż z miłości.
- Chcesz miłości, kup sobie psa, jak mi mawiała moja babunia.
Elodie miała już coś na to odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się huk wystrzału, a zaraz po nim kolejny i jeszcze kilka następnych. Dziewczyna przeraziła się więc zupełnie na poważnie, nie wiedząc, co ma zrobić. Domyślała się, podobnie zresztą, jak jej dama do towarzystwa, co jest przyczyną tego stanu rzeczy, jednak strach tak bardzo sparaliżował jej ruchy i usta, że nie była zdolna ani cokolwiek zrobić, ani cokolwiek powiedzieć. Blanche znajdowała się w tej samej sytuacji. Ją również w tamtej chwili sparaliżował strach, zwłaszcza, iż po kilku strzałach nastąpiły jakieś krzyki, uderzenia ostrzy broni białej, a następnie głucha cisza. Ta natomiast była o wiele groźniejsza od tego hałasu, który wcześniej słyszały.
Po chwili drzwi karety otworzyły się gwałtownie i stanął w nich jakiś wysoki, młody mężczyzna około trzydziestoparoletni. W dłoni miał szablę, z której ostrza strużkami kapała krew. U boku miał parę pistoletów. Ubrany był w zielony strój, nieskromny, ale mocno już nadszarpnięty przez czas. Miał brązowe włosy, oczy tej samej barwy, sporego wąsa i postawny wygląd, a jego usta układały się w okrutną podróbkę uśmiechu.
- No proszę, proszę... A kogo my tu mamy? - zapytał podłym tonem - Coś mi się widzi, że trafił nam się niezły łup, chłopcy.
Jeden z jego bandytów, ubrany znacznie skromniej niż on, ale będący w dosyć podobnym wieku, podskoczył do otwartego wejścia do karety i oblizał się lekko na widok dwóch pięknych pań. Następnie wydobył zza pasa pistolet, wycelował je w Elodie i Blanche, po czym warknął:
- Wyłazić, gołąbeczki!
Księżniczka łatwo oceniła, że wszelkie pertraktacje na nic tu się nie zdadzą i nie chcąc drażnić bandytów, wysiadła powoli i dostojnie z karocy, a Blanche zaraz za nią. Obie stanęły w odważnych pozach przed bandytami, nie chcąc pokazać im, że się ich boją, ponieważ zwykle takie coś jeszcze bardziej rozjuszało tego rodzaju nikczemników. Jednocześnie Elodie rozejrzała się po polanie, na której to obecnie się znajdowali. Widać było wszędzie trupy żołnierzy z ich eskorty, a także tych jedynie rannych. Po dokładnym przyjrzeniu się łatwo było także zauważyć, że ci dzielni wojacy bronili się przez chwilę dobrze, zabijając kilku napastników, ale nic im z tego nie przyszło, gdyż swoją wierność sprawie przypłacili życiem. Elodie z miejsca się zrobiło smutno z tego powodu. Nie miała jednak wówczas czasu, aby się nad tym zastanawiać, gdyż herszt bandy, czyli ten sam, który otworzył karocę, zapytał:
- Kogo my tu mamy? Dwie piękne paniusie. I zapewne bogate. Aż żal by było nam wszystkim, gdyby nie zechciały one wesprzeć nasze dzielne stowarzyszenie.
- Obawiam się, że chwilowo nie dysponujemy kwotą, która byłaby w stanie was zadowolić - powiedziała buńczucznie Blanche.
- Lepiej, żeby było inaczej, bo w przeciwnym razie odbiorę sobie zapłatę od was w nieco inny sposób - odparł na to herszt bandy.
To mówiąc, podszedł nieco bliżej Elodie i Blanche, obserwując je przy tym nad wyraz uważnie, jakby decydował, która bardziej mu się podoba. Nie uszło to uwadze jednego z wziętych do niewoli, ocalałych z mającej miejsce przed chwilą bitwy żołnierzy. Oburzony zachowaniem herszta, zawołał:
- Jak śmiesz, prostaku, tak się zwracać do księżniczki francuskiej przybyłej tu z misją dyplomatyczną?!
Blanche dała mu wzrokiem znak, aby siedział cicho, było już jednak za późno i słowa te zostały wypowiedziane. Oczywiście nie uszły one uwadze herszta, który uśmiechnął się okrutnie, pogłaskał po wąsach i rzekł:
- Księżniczka francuska z misją dyplomatyczną? Coś mi mówi, chłopcy, że nam się trafił jeszcze lepszy łup niż sądziliśmy.

***

Istnieją na tym świecie ludzie, którzy najbardziej ze wszystkich dni w całym tygodniu nie lubią poniedziałku. Sissi przez większość swojego dotychczasowego życia raczej daleka była od stwierdzenia, że należy do tej kategorii. Tego jednak dnia sytuacja uległa zmianie, kiedy w poniedziałkowy poranek, po śniadaniu, jej ukochany Franz musiał pożegnać się z nią i powrócić do Schonbrunnu, aby zająć się sprawami państwowymi. Dodatkowo jeszcze zabierał ze sobą Ludwika, którego bardzo chciał wypytać o pewne sprawy związane ze światową polityką, a raczej jej nowymi, liberalnymi prądami, którymi coraz bardziej się interesował. Sissi w ten sposób traciła za jednym razem dwie niezwykle bliskie sobie osoby i choć dobrze wiedziała, że to tylko na jakiś czas i niedługo znowu się wszyscy razem zobaczą, to i tak jej było z tego powodu smutno, jak zresztą chyba zawsze bywa każdemu, gdy musi choć na chwilę opuścić kogoś, kto jest mu tak bliski.
- Obiecuję, że wkrótce znowu się zobaczymy, Sissi - powiedział Franciszek czułym i zakochanym głosem, trzymając ukochaną za ręce - Razem z Ludwikiem zajmiemy się sprawami cesarstwa i podejmiemy godnie reprezentantów Francji. To bardzo ważne dla Austrii, podpisać sojusz z Napoleonem III. Sądzę, że Ludwik mi może w tym pomóc. Przecież studiował w Paryżu, poznał wielu ludzi i nawiązał tam stosunki. Poza tym, poznał dobrze Francuzów i wie, czego się można po nich spodziewać.
- No, nie przeceniałbym tak bardzo moich zdolności w tym kierunku - odparł na to żartobliwym tonem Ludwik - Ale pomogę, jak tylko zdołam.
- Nasz drogi kuzyn jest zdecydowanie za skromny. Może więcej pomóc niż mu się to wydaje - stwierdził wesoło Franz.
- Jak bardzo żałuję, że nie mogę jechać z tobą - powiedziała Sissi, patrząc w oczy Franciszka wzrokiem pełnym miłości.
- Nie bój się, najdroższa. Obiecuję ci, że już wkrótce będziemy razem, ty i ja radzić sobie ze wszystkimi sprawami państwowymi - obiecał jej Franz.
Następnie złożył pełen miłości pocałunek na jej ustach, żegnając ją ostatni raz i powoli odchodząc w kierunku czekającej na niego eskorty.
Ludwik tymczasem czule pożegnał się z wujostwem, Nene, Teodorem, Marią i z Sissi, wszystkich mocno ściskając i delikatnie całując w policzki.
- Proszę, obiecaj mi, że będziesz o niego dbać - powiedziała Sissi, gdy czule się przytulili na pożegnanie.
- Jak o rodzonego brata - odpowiedział jej Ludwik.
Sissi uśmiechnęła się do niego i pocałowała go delikatnie w policzek. Czuły i zarazem słodki buziak, tak często kiedyś ofiarowywany przez jego małą kuzynkę, teraz nie sprawił jednak Ludwikowi przyjemności, bo choć był niezwykle słodki, to z powodu uczuć, jakie żywił do niej książę bawarski, pocałunek ten zapiekł go mocno i wywołał znowu przypływ uczuć, jakich nigdy nie powinien czuć i które próbował za wszelką cenę wyrzucić ze swego serca. Nie dał tego jednak po sobie poznać, tylko uśmiechnął się delikatnie do Sissi, jeszcze raz ją pożegnał, a potem dołączył do Franciszka, wskoczył na swego konia i odjechał wraz z cesarzem oraz jego eskortą.
Sissi z bliskimi długo przyglądała się odjeżdżającym postaciom, aż zniknęły one całkowicie za horyzontem. Dopiero wtedy wszyscy rozeszli się i zajęli swoimi sprawami. Księżniczka zaś poszła do ogrodu, aby w ciszy i spokoju pomyśleć nad tym, jak sobie poradzi z wyjazdem ukochanego, za którym już strasznie tęskniła, choć nie było go zaledwie kilka minut. Dziwnie się czuła, spacerując po miejscach, po których jeszcze wczoraj spacerowała ze swoim ukochanym. Miejsca te nie były już takie radosne i piękne jak poprzedniego dnia i napawały ją teraz smutkiem oraz nostalgią. Dlatego szybko je opuściła i udała się do jednego ze swoich ulubionych miejsc, w którym zawsze poprawiał jej się humor. Do swojego zwierzyńca.
Było to miejsce bardzo bliskie Sissi. Ogrodzone niewielkim płotkiem, z ławką i rosnącym przy nim drzewem, w której przebywały oswojone przez księżniczkę zwierzęta. Były to dwa króliczki Tristan i Izolda, baranek Artur, kózka Ginewra, wiewiórka Orzeszek i jelonek Robin. Tego ostatniego, co prawda Sissi wypuściła na wolność przed swoim wyjazdem do Schonbrunnu, lecz kiedy wróciła, odkryła, że jej podopieczny znowu jest w zwierzyńcu. Ojciec wytłumaczył wtedy córce, iż to najprawdopodobniej dlatego, że Robin tak długo z nimi przebywał, że nie umie już żyć na wolności. Sissi nie była do tego tak do końca przekonana, dlatego też dla pewności poszła z jelonkiem na spacer, spodziewając się, iż być może zechce on wykorzystać nadarzającą się okazję i powróci do lasu. Tak się jednak nie stało i kiedy tylko Sissi zaczęła iść w stronę domu, Robin zrobił to także. Księżniczka zrozumiała wówczas, że zwierzak woli być u niej i traktuje jej dom jako swój i dlatego postanowiła pozostawić go u siebie. Nie była oczywiście do końca pewna, czy Robin, gdy już dorośnie i przemieni się w dorodnego jelenia, czy dalej będzie tak lubił to miejsce i czy wówczas nie zechce powrócić do lasu. Jej matka wątpiła w to jednak, podobnie jak ojciec, który wszak na zwierzętach znał się jak mało kto.
Sissi zaczęła czule głaskać kolejno wszystkie zwierzątka i przytulać je, jedno po drugim. Chociaż były już nakarmione przez służbę, dołożyła im przysmaków i z uśmiechem patrzyła, jak jedzą.
- Och, moi kochani - powiedziała do nich czule - Jak dobrze, że żadne z was nie jest cesarzem. Nie macie na głowie takich problemów jak Franciszek. Możecie być tutaj, jak długo tylko chcecie. Jak chcecie wyjść, możecie, ale zawsze wracacie tutaj i tylko tyle wam do szczęścia potrzeba. Wydaje mi się, że świat byłby o wiele lepszym miejscem, gdyby wszyscy na nim mieli wyłącznie takie potrzeby jak wy.
Zwierzęta oczywiście nie rozumiały jej słów, ale chyba wyczuły, że coś jest z Sissi nie tak, bo po kolei podchodziły do niej, wąchały delikatnie jej ręce i nogi, a w przypadku Robina nawet czule je polizały. Księżniczka uśmiechnęła się lekko do swych podopiecznych, pogłaskała każdego z nich po łebku i powiedziała:
- Szkoda, że nie umiecie mówić. Moglibyśmy porozmawiać sobie, chociaż i tak raczej byście mi nie zdołali pomóc. Na tęsknotę za ukochanym jeszcze nikt nie wynalazł lekarstwa.
Księżniczka powoli wstała i nagle dostrzegła, że podchodzą do niej Teodor z Ilary. Oboje byli wyraźnie zainteresowani zwierzyńcem, w którym jeszcze nie byli, bo nie chcieli wchodzić tutaj bez zgody właścicielki, czyli Sissi. Ponieważ jednak ona teraz była, dzieci poprosiły ją, aby pozwoliła im spędzić czas z jej pupilami. Sissi oczywiście bez wahania na to pozwoliła. Więcej, wraz z bratem pokazywała kolejno wszystkie swoje zwierzęta Ilary, przedstawiała je i pokazywała, jak należy je głaskać, aby ich nie przestraszyć. Dziewczynka była nimi wyraźnie zachwycona, a najbardziej chyba Orzeszkiem i Robinem.
- Och, jakie z nich słodziaki! I jakie kochane! - wołała Ilary, gładząc kolejno jelonka i wiewiórkę, której dała żołędzia do schrupania.
- To prawda. Kochane z nich zwierzaki - powiedział Teodor, dając w tej samej chwili marchewkę Tristanowi i Izoldzie.
- A dlaczego mają takie imiona?
- Bo Sissi naczytała się kiedyś książek i chciała dać swym ulubieńcom imiona postaci z tych książek. Tylko Orzeszek ma proste imię, bo Sissi nie wymyśliła dla niego niczego lepszego.
- Rozumiem. Ale to są ładne imiona, Teo.
- Wiem o tym. Ale nie tak ładne jak twoje, Ilary.
Dziewczynka zarumieniła się lekko, zachwycona komplementem od chłopca i popatrzyła na niego czułym wzrokiem, a on z kolei poczuł, że robi mu się bardzo przyjemnie, ale i też bardzo gorąco.
Sissi uśmiechnęła się na ten widok, ale jednocześnie poczuła, jak jej smutno. Ta urocza i zakochana w sobie dwójka bardzo jej teraz kogoś przypominała. Przed oczami jej stanął znowu Franciszek oraz to, jak doskonale spędzali ze sobą czas. I w dodatku oboje byli tacy podobni do Teodora i Ilary, kiedy byli mali. Oboje tak samo na siebie patrzyli i oboje już wtedy czuli do siebie to, co teraz musieli czuć do siebie Teo i Ilary. Bo na pewno to do siebie czuli, Sissi doskonale to wiedziała. To było przecież widać na pierwszy rzut oka. Wystarczyło tylko na nich spojrzeć. Takimi spojrzeniami mogą się obdarzać jedynie zakochane w sobie osoby. Ponadto Sissi doskonale pamiętała ten rodzaj spojrzenia, bo takimi samym obdarzali siebie ona i Franz, kiedy byli dziećmi i teraz, gdy są oficjalnie zaręczeni. Podobieństwa zatem tej uroczej pary do Sissi i jej ukochanego nasuwały się same. Dlatego wielka tęsknota, jaką czuła księżniczka do narzeczonego powróciła ze zdwojoną siłą.
Sissi nie chciała, aby Teodor i Ilary to zobaczyli, dlatego odeszła kawałek od nich, usiadła na ławce i zaczęła przyglądać się dzieciakom, które radośnie bawiły się z jej zwierzęcymi podopiecznymi. Przypomniała sobie wówczas, jak była mała i jak wraz z Franzem karmili jej poprzednie zwierzęta, teraz już nieżyjące, które zastąpiły jakiś czas później te urocze słodziaki. Ona i Franz wówczas też wspaniale się bawili, karmiąc je, biorąc je na ręce, przytulając i okazując im wiele miłości.
Tak, pomyślała sobie Sissi. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Są niezmienne.
Zaraz potem zanuciła sobie pod nosem jedną z ulubionych piosenek z czasów swego dzieciństwa, którą lubiła śpiewać z Franzem:

To niezmienne jest,
Że lubimy za rękę iść.
I niezmiennie wiem,
Że rozumiesz mnie nie od dziś.
Jak z kamienia mur
Pniemy się do chmur.
Trwamy pomimo burz.
To niezmienne jest,
Że chcę być z tobą na zawsze już.

To niezmienne jest,
Choć niezmiennie ucieka czas.
To niezmienne jest,
Choć nie wiemy, co czeka nas.
Chcemy szczęściem żyć,
Tu i teraz być.
Czas nie ma nic do nas.
To niezmienne jest,
Że chcę z tobą być zawsze już.

- Sissi! Hej, Sissi!
Księżniczka obejrzała się za siebie i zauważyła opartą o płotek Marię z panną Łucją w ręku. Dziewczynka patrzyła na nią uważnie, celowo unikając widoku tak dobrze się bawiących ze sobą Teodora i Ilary. Sissi pomyślała sobie wówczas, że chyba jej małej siostrzyczce jeszcze nie przeszła zazdrość o Teo i wciąż nie jest w stanie odpuścić jemu i baronównie. No cóż... Najwidoczniej na przełamanie lodów potrzeba im więcej czasu.
- Co tam, Mimi? - zapytała Sissi swoją siostrę.
- Mama cię woła. Podobno już czas na twoje zajęcia - odpowiedziała Maria, lekko się przy tym krzywiąc - Jak to dobrze, że to nie ja wychodzę za cesarza. Bo to jest strasznie głupie, chodzić z książkami na głowie z jednego kąta w drugi.
Sissi uśmiechnęła się ironicznie. Oj tak, w tej sprawie zgadzała się ze swoją młodszą siostrzyczką.
- Spokojnie, Mimi. Na szczęście bycie cesarzową to coś więcej niż tylko takie głupie zajęcia. Ale to też muszę opanować. Dziękuję, Mimi. Idę już na lekcje. A ty, proszę, pobaw się z Teo i Ilary.
Po tych słowach, Sissi odeszła w kierunku domu. Maria zaś oparła się lekko o płotek i popatrzyła z niechęcią na brata i jego sympatię.
- Pobaw się z Teo i Ilary. Już ja się z nimi pobawię! - mruknęła ze złością pod nosem dziewczynka.
Wtem podszedł do niej Robin i lekko trącił ją główką. Maria, która wcale się nie spodziewała jego obecności, przerażona upuściła swoją lalkę na ziemię, ale jak na złość, panna Łucja upadła na trawę po drugiej stronie płotu. Dostrzegła to Ilary, która szybko podbiegła i podniosła lalkę, po czym podała ją Marii.
- To chyba twoja lalka, prawda? - bardziej stwierdziła niż spytała.
Maria niemalże wyrwała jej swoją własność z rąk i burknęła:
- Tak, to moja.
- Czy ma jakieś imię? - zapytała Ilary.
- Głupia jesteś? Każda lalka ma jakieś imię - warknęła Maria.
- A jakie nosi twoja? - spytała baronówna, nie przejęta tonem dziewczynki.
- Panna Łucja.
- Bardzo ładne imię. Opowiesz mi coś o pannie Łucji?
- Nie, ona jest moja. Kup sobie swoją.
Ilary spojrzała zdumiona na Marię. Nie rozumiała jej wrogości. Przecież nie chciała jej zrobić nic złego. Dlaczego dziewczynka była do niej taka niemiła?
- Mario, czemu jesteś taka niemiła? Przecież ja cię bardzo lubię.
- A ja ciebie nie! - zawołała ze złością Maria, wyrzucając z siebie to, co czuła do tej „przybłędy”, jak ją nazywała w myślach - Myślisz, że możesz tu sobie tak po prostu przyjechać i ukraść mi brata?
- Ukraść ci brata? Nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? Odkąd tu przyjechałaś, on spędza czas wyłącznie z tobą. A dla mnie nie ma już czasu. To nie w porządku! Tak nie powinno być!
- Wybacz, Mario. Ja nie wiedziałam.
- Co mi z tego? Ukradłaś mi brata, a potem jeszcze podlizywałaś się Sissi!
- Ja? Podlizywałam się?
- A co? Myślisz, że nie wiem, czemu mnie broniłaś wczoraj nad jeziorem? Już ja wszystko dobrze wiem. Chciałaś pokazać wszystkim, jaka jesteś miła! Ale mnie nie oszukasz! Nie chcę cię tutaj! Daj mi spokój!
Po tych słowach, Maria odepchnęła Ilary na trawę, zeskoczyła z płotu, o który się opierała i uciekła przed siebie, płacząc rzewnie. Teodor, widząc to, podbiegł do Ilary i pomógł jej się podnieść z ziemi.
- Nic ci nie jest? - zapytał z troską - Przepraszam cię bardzo za moją siostrę. Nie wiem, co jej się stało.
- A ja chyba wiem - odpowiedziała smutno Ilary, przyglądając się Marii, gdy ta znikała im z oczu.
Zrobiło jej się wówczas bardzo źle na sercu, a zaraz potem zakwitła jej pewna myśl w głowie. Już wiedziała, co zrobić, aby Maria zaczęła ją lubić. Może dzięki temu wreszcie zostaną przyjaciółkami?

***

Przybycie do Schobrunnu nie było w żaden sposób wesołe dla Franza, czego się zresztą spodziewał. Trudno zresztą oczekiwać, aby powrót do obowiązków tuż po cudownie spędzonym czasie z ukochaną osobą należał do rzeczy przyjemnych. Jednak nie tylko tym razem obowiązki miały zaabsorbować osobę cesarza Austrii. Dużo poważniejszy problem wyszedł na jaw, gdy niedługo po przybyciu przyszedł do niego Zottornik z informacją, że księżniczka Elodie jeszcze nie przyjechała, co jest o tyle dziwne, że co najmniej od godziny lub nawet dwóch powinna być tutaj. Franciszek niespecjalnie się tym przejął, uznając, że zapewne księżniczka oraz jej eskorta zatrzymali się w jakieś oberży, lekko zabalowali i przyjadą później, jednak kanclerz uznał, iż sprawa może być niezmiernie poważna.
- Uważam, Wasza Cesarska Mość, że trzeba koniecznie wysłać oddział ludzi na poszukiwanie zaginionych, jeżeli nieobecność księżniczki Elodie się przedłuży - zauważył niezwykle poważnym tonem.
- Jeżeli się przedłuży, to oczywiście tak właśnie zrobimy - zgodził się z nim Franz - Ale osobiście jestem zdania, że po prostu pojawiły się jakieś przeszkody, na pewno drobne, choć nieprzewidziane i dlatego przybycie księżniczki nieco się opóźniło. Czy wszystko zostało przygotowane na jej przyjazd?
- Oczywiście, Wasza Cesarska Mość. Sam osobiście doglądałem przygotowań i mogę zapewnić, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik.
- Dziękuję, kanclerzu. Jak zwykle, nigdy nie zawodzisz.
Zottornik skłonił się przed cesarzem, niezwykle zadowolony z komplementu, który właśnie otrzymał.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi, zza których to dobiegł obecnych bardzo niespokojny głos Karola. Cesarz nakazał wpuścić brata, a ten natychmiast wszedł do jego gabinetu, na twarzy mając wymalowany ogromny niepokój. Jeden rzut oka na tę twarz wystarczył, aby Franz, Ludwik i Zottornik zrozumieli, że musiało się stać coś niedobrego.
- Franz, niedobrze - powiedział Karol, podchodząc do biurka, za którym to siedział jego brat - Z ludzi, których wysłaliśmy księżniczce Elodie jako eskortę, powrócił tylko jeden. Ma straszne wieści.
- Jakie? Co to za wieści? - zapytał po raz pierwszy zaniepokojony Franz.
- Mówi, że napadli na nich bandyci i porwali księżniczkę i jej damę dworu. Ich ludzi zabili. On tylko przeżył, aby powrócić tutaj z informacją, że żądają za obie damy ogromnego okupu. Sto tysięcy guldenów i to do zachodu słońca, inaczej zabiją obie dziewczyny.
- To hańba! Coś takiego na naszej ziemi?! - zawołał oburzony Zottornik - To przecież podważa nasze dobre imię! Dobre imię cesarza!
- Mniejsza tu o dobre imię, kanclerzu. Chodzi przede wszystkim o życie tych dwóch niewinnych kobiet - powiedział Ludwik.
- Dobre imię cesarza jest równie ważne - stwierdził kanclerz - Nie wolno nam o nim zapominać, bo jeśli Napoleon III dowie się, że siostrzenica jego żony zginęła na naszej ziemi, może dojść do wojny.
- On ma rację, Ludwiku - powiedział Franz, wstając gwałtownie zza biurka - Dyplomatyczny afront w tej sytuacji jest równoznaczny z wybuchem wojny, a na to nie możemy sobie pozwolić. Musimy coś przedsięwziąć. Karolu, gdzie jest ten żołnierz, który przyniósł te wieści?
- W mojej komnacie. Kazałem mu się tam położyć, bo ledwie żyje i zaraz tu do ciebie przybiegłem.
- Chodźmy tam. Musimy dowiedzieć się wszystkiego.
Franciszek z Karolem, Ludwikiem oraz Zottornikiem natychmiast udali się do pokoju tego drugiego, gdzie zastali rannego i wycieńczonego żołnierza, leżącego w łóżku młodego arcyksięcia i doglądanego przez jego służącego. Na widok cesarza, oficer chciał podnieść się z łoża boleści, jednak Franz nakazał mu ruchem ręki, aby tego nie robił i leżał dalej.
- Powinieneś odpoczywać, przyjacielu - powiedział łagodnym tonem.
- Tak mi przykro, Wasza Cesarska Mość. Zawiodłem cię - biadolił żołnierz.
- To nie jest twoja wina. Nie zadręczaj się tym.
- Miałem je pilnować, a pozwoliłem je porwać. To po prostu straszne.
- Nie wiń się za to. Lepiej powiedz, gdzie są bandyci?
- Nie wiem, Wasza Cesarska Mość. Dwóch z nich zabrało mnie do miasta, a potem zatrzymali się w miejscowej gospodzie. Powiedzieli mi, że mam iść tutaj i zażądać w ich imieniu okupu. Będą na niego czekać. Dodatkowo powiedzieli, żeby zapomnieć o przybyciu po nich z wojskiem, bo jeżeli nie wrócą do zachodu słońca, oczywiście z okupem, księżniczka i jej służka zginą.
- Co to za gospoda?
- „Pod Weteranem”.
- Natychmiast wyślę tam oddział wojska! - zawołał Zottornik, zaciskając ze złości pięść - Niech ich zaraz aresztują i sprowadzą tutaj. Już kat wyciśnie z nich wszystkie informacje. Łamanie kołem najszybciej rozwiązuje języki.
- A tymczasem minie wiele godzin, a bandyci nie wrócą do kryjówki i reszta bandy z zemsty zabije księżniczkę i jej dwórkę - zauważył z ironią Ludwik.
- On ma rację. Nie możemy ryzykować życia księżniczki - poparł go Karol - To zbyt niebezpieczne. Jeżeli coś im się stanie, cała Austria za to odpowie.
- Nie możemy jednak pertraktować z bandytami - stwierdził Zottornik.
Ludwik uśmiechnął się wówczas delikatnie i powiedział:
- Oczywiście, że nie będziemy z nimi pertraktować. Ale powinniśmy udawać, że chcemy to zrobić.
Franciszek, Karol i Zottornik spojrzeli na księcia zaintrygowani, czekając, aż ten wyłoży im swój plan. Nie musieli na to długo czekać.

***

Ludwik ubrany w skromny, cywilny strój, ze szpadą u boku i z pistoletami za pasem powoli podjechał do gospody „Pod Weteranem”, zostawił konia pod opiekę stajennego, rozejrzał się uważnie dookoła i wszedł do środka. Był niespokojny, czy jego plan aby na pewno jest skuteczny i tak dobrze przemyślany, jak uważał, ale i o tym też wiedział, że nie ma obecnie czasu na dopracowywanie jego szczegółów. Z tego właśnie powodu musiał go zrealizować tak, jak to zostało ustalone, chociaż im więcej o tym wszystkim myślał, tym bardziej był niespokojny.
Mimo zatem pewnych obaw, ostatecznie wszedł do środka, zawołał głośno o coś do picia, usiadł przy kontuarze i zapytał gospodarza, nalewającego mu właśnie kieliszek wina:
- Przybyłem z dworu w wiadomej sprawie. Podobno ktoś tu na mnie czeka.
Gospodarz, człowiek uczciwy i nie wiedzący niczego o żadnych machlojkach, wiedział jednak od siedzących tutaj dwóch bandytów, że ma przybyć ktoś z dworu. Czuł, że to zapowiedź jakieś bardzo nieprzyjemnej sytuacji i wolał nie być w nią w żaden sposób wmieszany, ale ostatecznie zrobił to, co mu bandyci nakazali.
- Tak, panie - odpowiedział Ludwikowi - Siedzi taki jeden w pokoju na górze. Mówił, że ktoś ma do niego przyjechać i ma być z dworu cesarskiego. Ale ja bym wielmożnemu panu radził uważać. Źle mu z oczu patrzy.
- A więc to o niego mi chodzi - odparł Ludwik.
Wypił do końca wino, po czym nieco nim wzmocniony, poszedł po schodach na piętro w kierunku pokoju, który wskazał mu oberżysta. Następnie, kiedy już się przed nim znalazł, zapukał do drzwi. Kiedy usłyszał zaproszenie wypowiedziane dość ponurym i ochrypłym głosem, wszedł do środka. W pokoju zastał wysokiego mężczyznę nieco starszego od siebie, z czarnymi włosami, gęstą, chociaż na krótko przyciętą brodą, o jasnobrązowych oczach, nieprzyjemnie na niego patrzących. Jego ubiór był raczej skromny, ale też nie sprawiał wrażenia ubioru osoby, która na co dzień żyje w mieście. Widać było, że jest to osoba żyjąca od lat w lesie lub jego okolicach. Na stoliku obok łóżka miał ułożony pistolet, a u boku szablę.
- Pan jesteś z dworu? - zapytał bandyta.
- Tak. W wiadomej nam wszystkim sprawie - odpowiedział Ludwik.
- Masz pieniądze?
- Nie prosisz, żebym usiadł? Ostatecznie przyszedłem w gości.
- Czasu nie mamy za dużo. Poza tym, nie przybyłeś tutaj na bal, paniczyku, tylko na pertraktacje z nami. Zostawmy więc te uprzejmości. Masz forsę?
- No dobrze. Skoro chcesz od razu przejść do sedna sprawy, niech tak będzie. Nie mam przy sobie pieniędzy.
Bandyta spojrzał na niego ironicznie. Zaczął nerwowo chodzić po pokoju, nie odrywając przy tym wzroku od Ludwika i rzekł:
- Nie masz? Nieładnie. To obawiam się, że piękna szyja księżniczki...
- Spokojnie. Taką sumę zebrać nie łatwo. Daj nam dzień zwłoki. Dostaniecie za to prowizję w postaci glejtu cesarskiego, dającego wam nietykalność na kilka dni. Dość czasu, aby wyjechać z pieniędzmi z Austrii i ujść pościgowi.
Bandyta sprawiał wrażenie wyraźnie zainteresowanego jego propozycją. Ale nie był przy tym pozbawiony czujności. Usłyszał za oknem jakieś odgłosy, które to bardzo mu się nie spodobały. Zerknął więc przez szybę w oknie i powiedział:
- Kusząca oferta. Tylko jeśli nie wrócę do wieczora z pieniędzmi, dwie śliczne panny życiem za to zapłacą.
- Teraz wrócisz bez pieniędzy, ale jutro je otrzymasz razem z glejtem. Masz na to moje słowo.
Bandyta widocznie zauważył za oknem coś, co mu się nie spodobało, bo gdy odwrócił swój wzrok w kierunku Ludwika, na jego twarzy wymalowana była złość i wyraźna żądza mordu. Książę bawarski zrozumiał, że musi szybko zadziałać, bo inaczej skończy tu jako trup.
- Twoje słowo? Nic nie znaczy, paniczyku. Ale zobaczysz, że moje tak!
To mówiąc, doskoczył do pistoletu leżącego na stole, jednak Ludwik był od niego szybszy. Odepchnął broń od ręki bandyty i uderzył go pięścią w twarz, w ten sposób posyłając go na ścianę. Następnie skoczył na niego, ale łotr odepchnął go nogami w kąt i wyrwał szablę, którą zaraz potem chciał go uderzyć. Ludwik miał jednak lepszy refleks, gdyż zdołał uskoczyć przed ciosem i dobiec do okna. Tam miał pełną swobodę ruchu. Zdołał wyrwać szpadę i przyłożył jej ostrze do gardła bandyty, gdy ten ponownie go zaatakował. Rabuś zrozumiał, że przegrał i powoli opuścił na dół dłoń z szablą.
- Nieładnie. W gości tu przyszedłem - powiedział z ironią Ludwik.
Chwilę później, do izby wpadli Karol z kilkoma żołnierzami. Prowadzili oni drugiego bandytę, którego kamrat zostawił przy koniach, a którego oni pojmali i związali. To właśnie to zobaczył nowy znajomy Ludwika przez okno i dlatego też zrozumiał, że z pertraktacji nici i zaatakował on księcia, licząc, że zyska sobie w ten sposób cennego zakładnika. Nie docenił go jednak, za co teraz przyszło drogo mu zapłacić. Nie stracił jednak animuszu.
- Nie ważcie się mnie tknąć! Jeżeli nie wrócę do zachodu słońca, moi kamraci zabiją te wasze ślicznotki i zmienią obóz.
- Co?! Będziesz kobietom groził, łajdaku?! - zawołał oburzony Karol, łapiąc za poły bandytę, wydzierając mu szablę i przykładając mu jej ostrze do gardła.
- Zostaw, Karolu! - powiedział Ludwik - Załatwimy to w inny sposób. Nasz nowy przyjaciel zacznie mówić. Powie nam uprzejmie, gdzie uwięzili porwane.
Bandyta odpowiedział Ludwikowi, że może go pocałować w pewne miejsce, które do pocałunków zdecydowanie się nie nadawało. Zwrot ten był wulgarny do tego stopnia, że Karol już chciał zbója za to uderzyć, jednak Ludwik go uspokoił. Uznał, iż prostackie słowa nie są w stanie go zranić, a on nie ma czasu na karanie tej nieuprzejmości. Zamiast tego, nakazał żołnierzom, aby pojechali razem z nim za miasto. Znał tam pewne miejsce, w którym chciał przesłuchać bandytę. Karol i przydzieleni mu wojskowi nie wiedzieli, do czego zmierza, ale go posłuchali.
Kiedy dojechali na miejsce, Ludwik wskazał im starą, wyschniętą studnię, w której już dawno nie było wody.
- Chcesz go tam wrzucić? - zapytał Karol.
- Nie do końca o to mi chodzi - odpowiedział Ludwik.
- To co niby będziemy robić?
- Piknik.
Zdumienie Karola sięgało zenitu, ale szybko zrozumiał, o co chodzi, kiedy to Ludwik nakazał żołnierzom wsadzić bandytę do studni w taki sposób, żeby mu z niej głowa wystawała, po czym przysunąć dwa duże kamienie tak, aby mu głowę nad studnią przytrzymały. Następnie, jakby nigdy nic, rozsiadł się tuż przy studni wraz z Karolem i obaj zaczęli jeść oraz pić. Bandyta, któremu zdążyło zaschnąć w gardle, zaczął prosić o wino, oni jednak podawali je sobie. Ponadto, jakby nie dość było tych tortur, to szybko okazało się, iż w studni siedzą wygłodniałe już do cna szczury, które szybko zaczęły chodzić bandycie po nogach i go po nich gryźć. To dopiero uświadomiło łotrowi, w jak poważnej sytuacji się znalazł i zaczął wołać o pomoc. Żołnierze jednak zlekceważyli to sobie, zaś Ludwik i Karol dalej napawali się swoim piknikiem.
- Chcesz jeszcze wina, Ludwiku?
- A poproszę, Karolu. Bardzo dziękuję.
- Może też mu dać? Albo chociaż coś do jedzenia?
- Nie sądzisz, że mówienie przy nim o jedzeniu jest nieco nietaktowne?
- W zasadzie racja. Zwłaszcza, kiedy samemu się jest jedzonym. Wtedy chyba nie jest miło słuchać o jedzeniu jako takim.
- Racja. On jest teraz, jak to ujął Hamlet: na uczcie, gdzie nie on je, tylko jego będą jedli.
Bandyta zrozumiał, że obaj długo będą jeszcze się tak nad nim pastwić, póki nie zacznie mówić i dlatego zaczął skamleć o litość, obiecując, iż wszystko powie, tylko niech go uwolnią od tych bestii w studni.
- Najpierw powiedz, potem cię wyciągniemy - warknął Ludwik.
Bandyta piszcząc już z bólu, bo ugryzienia szczurów się nasiliły, wysyczał:
- Wampirzy Jar. Są w Wampirzym Jarze.
Ludwik spojrzał na niego uważnie i aż powstał z miejsca. Wampirzy Jar. To było słynne w całej Austrii miejsce niedaleko Wiednia. Miejsce to stanowiły ruiny zamku pewnego hrabiego, z powodu swojego okrucieństwa posądzonego o bycie wampirem. Spalono mu zatem siedzibę wraz z nim w środku, a miejsce te do dnia obecnego było podejrzewane o bycie nawiedzonym. Idealna kryjówka dla bandy, która chciała uniknąć pościgu i wścibskich oczu mieszczan.
- Myślisz, że powiedział prawdę? - zapytał Karol, również wstając z miejsca.
- Ze szczurami na nogach jeszcze nikt nigdy nie skłamał - odparł Ludwik - No dobrze, wszystko już wiemy. Żołnierze, wyciągnijcie go!
Wojskowi wykonali polecenie, zaś Ludwik zadowolony, że tak szybko odkrył prawdę i nawet nie musiał sprawdzać wytrwałości drugiego z bandytów, spojrzał na Karola, mówiąc:
- Musimy natychmiast o wszystkim powiadomić Franciszka.
- Racja. Ale tak przy okazji, to mam pytanie - rzekł Karol.
- Jakie?
- Ile już razy stosowałeś tę metodę?
- Dzisiaj był pierwszy raz. Przeczytałem o tym w jakieś książce. Jak widać, opłaca się dużo czytać.
- Najwyraźniej. A masz może więcej takich mądrych książek? Sam bym sobie je poczytał.
Ludwik zaśmiał się i poklepał go lekko po ramieniu, po czym wsiadł zwinnie na swego konia. Bandyta zaś, wyciągnięty ze studni, podszedł do Karola i szepnął do niego konspiracyjnym tonem:
- Mości książę... Wiem, że ten brutal nie da sobie nic powiedzieć, ale pan mi wygląda na osobę inteligentną.
- Tak mówią - odpowiedział ironicznie Karol - O co chodzi?
- Mam tu niedaleko zakopane kosztowności. Taki mój osobisty mały łup.
- Doprawdy? Gdzie on jest?
- Niedaleko, w malej kapliczce. Ukryłem je przy ołtarzu. Jeśli pomoże mi pan uciec, zabiorę pana tam i się podzielimy. Połowa dla pana, a połowa...
- Dla biednych - urwał rozmowę Karol, szczerząc przy tym złośliwie zęby.
Bandyta zrozumiał, że nic już nie wskóra i musiał odpuścić. Wraz ze swoim kamratem został zabrany do pałacu, gdzie obu wrzucono do lochu. Następnie obaj książęta poszli do Franciszka i opowiedzieli mu, czego się dowiedzieli.
- Czy wyznał wam, ilu ludzi tam jest? - zapytał cesarz.
- Już nie miałem sumienia go pytać i zostawiać go dłużej z tymi szczurami - odpowiedział na to dowcipnym tonem Ludwik.
- Jakimi szczurami?
- Później ci opowiem. Na razie musimy ustalić dalszy plan.
- Plan jest prosty. Bierzemy wojsko i atakuje Wampirzy Jar.
- Tak, a bandyci się szybko zorientują, że atakuje ich regularna armia i zaraz z zemsty poderżną gardło księżniczce i jej służce. Nie, Franz. To za duże ryzyko.
Franciszek musiał przyznać mu rację. Plan ten był zbyt ryzykowny, aby mieli go przeprowadzać.
- W takim razie weźmiemy tylko mały oddział ludzi. Przekradniemy się tam i spróbujemy ją wykraść z obozu. Kiedy będzie bezpieczna, zaatakujemy.
Ten plan zaakceptowali Ludwik i Karol, dlatego nie zostało nic innego, jak go teraz prędko zrealizować. Czasu mieli bowiem coraz mniej.

***

Baronowa von Tauler długo nie mogła wyjść z szoku po wycieczce, jaką jej zapewnił książę Maksymilian. Jeszcze dłużej przyszło jej zmywanie z siebie tego ohydnego brudu i zapachu. Musiała zużyć na to balię z gorącą wodą, wiele mydła i kilka flakonów perfum, jak również oddać swoją suknię do prania, aby powrócić do normalności. Nie było to dla niej łatwe, ale jak na osobę uparcie dążącą do celu i nie poddającą się mimo przeciwności w końcu osiągnęła to, co zamierzyła. Z tego też powodu łatwiej jej przyszło następnego dnia przejść do lekcji z Sissi. Uznała w czasie ich trwania, że księżniczka porobiła liczne postępy, ale mimo to jeszcze nie jest gotowa na to, aby pełnić u boku cesarza jakiekolwiek funkcje państwowe czy choćby tylko reprezentacyjne.
- Nauczenie jej tego będzie niczym orka na ugorze - powiedziała po cichu do siebie, gdy nastąpiła już przerwa w zajęciach - Drugiej tak upartej dziewczyny jak ona jeszcze w życiu nie widziałam.
Mimo to wierzyła, że ostatecznie uda się jej osiągnąć cel, do którego została wyznaczona. Ostatecznie, jeżeli nie podoła temu zadaniu, Zofia na pewno zechce ją za to ukarać. I będzie miała powody, bo nieudolność ucznia w jakieś dziedzinie zazwyczaj wynika z nieudolności jego nauczyciela. Wiedziała zatem, że poniesie konsekwencje swojej niekompetencji, jeśli zawiedzie, a tego nie chciała. Nie tylko dlatego, że kara byłaby surowa, ale również i dlatego, że jako osoba dumna już by chyba wolała ponieść śmierć niż porażkę.
Kiedy z takimi myślami, przechadzała się po swoim pokoju, a potem stanęła przy okazji, aby się zastanowić, dostrzegła nagle niezwykły widok, który to mocno  przykuł jej uwagę. Zauważyła jakąś młodą kobietę wybiegającą z pałacu, lekko się rozglądającą i zmierzającą w kierunku sadu. Zaintrygowana baronowa nie widziała dokładnie twarzy tej osoby, ale uznała, że musi to sprawdzić. Wyszła więc szybko z pokoju i ruszyła w kierunku sadu. Na horyzoncie nadal majaczyła jej postać owej tajemniczej nieznajomej, łatwo więc ją wytropiła. W sadzie jednak ją zgubiła, gdyż liczba drzew tam rosnąca była tak duża, że trudno jej było między nimi wypatrzeć kogokolwiek. Załamana miała już się poddać, gdy nagle usłyszała czyjeś głosy.
- To było naprawdę nierozsądne, najdroższy. Nie powinieneś tu przyjeżdżać.
- Wybacz, najmilsza, ale serce moje od dawna już rwie się ku tobie. To jest po prostu silniejsze ode mnie. Musiałem cię zobaczyć.
- Och, co za lekkomyślność! Jak mogłeś tak ryzykować? Zapomniałeś, o jaką sprawę walczysz? Chcesz ją wystawiać na szwank dlatego, że musiałeś zobaczyć się ze swoją ukochaną?
- Żadna sprawa nie jest więcej warta walki niż miłość.
Baronowa zaczęła szukać źródła tych głosów pomiędzy drzewami. Trochę się musiała natrudzić, aby to zrobić, ale w końcu jej się to udało. Wreszcie w jednej z części sadu odkryła osoby, których poszukiwała. Jedną z nich była ta tajemnicza nieznajoma śledzona przez nią. Stała do niej tyłem, a do tego miała na głowie duży słomkowy kapelusz, dlatego nie widziała jej twarzy. Jednak głos tej osoby, chociaż był stłumiony przez mówienie niemalże szeptem, wydawał jej się znajomy. Nie to wszakże było w tym wszystkim najbardziej zaskakujące. O wiele bardziej zdumiał baronową fakt, kim był ten mężczyzna, z którym rozmawiała kobieta. Mimo, iż od zakochanych dzieliła ją duża odległość, widziała część jego twarzy i odniosła przy tym wrażenie, że gdzieś już ją widziała. Liczyła, że może zdoła zobaczyć całość twarzy tajemniczego mężczyzny, ale póki co, nic na to nie wskazywało.
Tymczasem rozmowa toczyła się dalej.
- Miły mój, naprawdę serce mi pęka na myśl o tym, że muszę znowu na długi czas cię pożegnać, ale co innego nam pozostało? Nie wolno nam zapominać o tym, w jakich żyjemy czasach. One nam chwilowo nie sprzyjają, chociaż wierzę, że to wkrótce się zmieni.
- Wierz w to dalej, moja ukochana. To jedyne, co nam pozostało na świecie. Nadzieja na lepsze jutro. Czym byśmy byli bez niej?
- Ukochany mój, obiecaj mi, że wyjedziesz i nie zjawisz się więcej ani tu, ani nigdzie indziej, gdzie cię szukają, póki nie będzie spokojniej.
- Obiecuję ci to, najdroższa. Jeżeli jednak będziesz mnie potrzebować, zawsze możesz mnie wezwać. Nasz wspólny przyjaciel przekaże mi list od ciebie. Możesz mu spokojnie zaufać. Popiera naszą sprawę.
- Wiem, ale nie mamy prawa wciągać go w to wszystko i ryzykować również i jego życia. Kochany, musisz stąd wyjechać. Natychmiast, nim będzie za późno.
- Wyjadę, ale najpierw daj mi swoje usta. Nie wiesz nawet, jak strasznie moje za nimi tęskniły.
- A jak tęskniły moje za twoimi.
Para się pocałowała. Robiła to długo i zmysłowo, a kiedy w końcu oderwali się od siebie, to twarz nieznajomego na chwilę stała się wyraźna dla baronowej i kobieta rozpoznała go.
- Andrassy! - jęknęła głośno.
W postaci wysokiego, szczupłego mężczyzny o gładko ogolonej twarz, jasno niebieskich oczach, brązowo-rudawych włosach, przebranego w skromny strój dla niepoznaki, baronowa von Tauler rozpoznała Gyulę Andrassy’ego, tego słynnego rebelianta, węgierskiego hrabiego, pułkownika armii powstańczej z roku 1848. To był on, bez dwóch zdań. A więc to tutaj się ukrył po tym, jak uciekł sądom Austrii. I dodatkowo ma tu kochankę. Ciekawe tylko, kto nią jest?
Głuchy jęk baronowej nie uszedł jednak uwagi zakochanych, którzy łatwo po nim wywnioskowali, że są obserwowani. Przerażeni szybko odskoczyli od siebie i rzucili się do ucieczki. Baronowa zaklęła w duchu, wściekła za to, że przez swoją nieostrożność nie zdołała usłyszeć niczego więcej ani odkryć, kim jest tajemnicza nieznajoma. Tymczasem Andrassy i jego ukochana zdążyli już zniknąć pomiędzy drzewami. Baronowej zostało jedynie pomstowanie na nich i na siebie w duchu, a także wyjście z kryjówki celem zbadania miejsca, w którym to zakochani jeszcze przed chwilą rozmawiali. Przeczucie podpowiadało jej, że być może zostawili oni coś po sobie, co może jej bardzo pomóc. Szybko się okazało, jak bardzo ma rację, gdyż odnalazła leżącą na ziemi białą chusteczkę z wyszytym na niej monogramem. Zaintrygowana podniosła ją i obejrzała. Zobaczyła wtedy na niej literki E.W.
- Elżbieta Wittelsbach - powiedziała baronowa i uśmiechnęła się podle.
A więc to tak wyglądało jej uczucie do cesarza? Przed wszystkimi udaje taką zakochaną w nim, a potajemnie, za jego plecami romansuje z jego wrogiem? Cóż to za obłuda. Baronowa nigdy nie podejrzewałaby o to księżniczkę. Sądziła, że to po prostu głupia wieśniaczka pozbawiona nawet podstawowej wiedzy o życiu, a tu proszę, jaka niespodzianka. Wyraźnie jej nie doceniała. Duży błąd, jak widać.
- Ach, tutaj pani jest, baronowo! - odezwał się nagle głos Ludwiki.
Baronowa szybko schowała chusteczkę za dekolt swojej sukni i spojrzała na matkę Sissi, która właśnie zjawiła się w sadzie.
- Szukałam panią, bo niedługo już obiad, a nie było pani w pokoju. Sądzę, że nie chciałaby pani przegapić posiłku.
- W żadnym razie, Wasza Wysokość - odpowiedziała jej uniżenie baronowa, delikatnie dygając - Proszę mi wybaczyć, chciałam się przewietrzyć i chyba nieco za daleko zaszłam.
- Och, nic się nie stało. Ale chodźmy już, bo zaczną bez nas.
Księżna zaprowadziła baronową do domu, po czym obie usiadła w jadalni z innymi domownikami. Kilku osób jeszcze nie było, ale dość szybko one przybyły i prawie wszystkie miejsca były zajęte. Prawie, gdyż jedno pozostawało wolne, a to miejsce należało do Ilary. Baronowa bardzo zdziwiła się brakiem córki przy stole. Zawsze dziewczynka zjawiała się punktualnie na wszystkie posiłki. Dlaczego więc teraz tego nie zrobiła? Widocznie ci młodzi Wittelsbachowie mają na nią taki zły wpływ. Będzie musiała o tym porozmawiać z Ilary, gdy zostaną same.
Jednak minęło trochę czasu, obiad powoli dobiegał końca, a mimo to panna baronówna nie zjawiła się na nim, nawet wtedy, kiedy posiłek dobiegł już końca. Jej nieobecność wywołała ogromne zdumienie u Helgi von Tauler. Poczuła się tak, jakby córka ją upokorzyła publicznie, łamiąc wszystkie wpajane jej do głowy i to od samego początku podstawowe wartości. Postanowiła pójść do pokoju Ilary, aby z nią poważnie porozmawiać. O dziwo, nie zastała jej tam jednak. Pomyślała, że być może jest ona w bibliotece, ale się pomyliła. Zaniepokojona i zaintrygowana jednocześnie, baronowa zaczęła szukać córki, ale chociaż przeszukała niemal cały dom, nigdzie nie mogła jej odnaleźć. Dopiero wówczas zaczęła się poważnie o nią niepokoić. Pomyślała, że być może stało jej się coś strasznego i nie powinna tego zlekceważyć. Strach na samą myśl o tym był tak silny, że zapomniała zupełnie o Sissi i o swoich podejrzeniach wobec niej. Zamiast tego poszła do jej rodziców, a potem oznajmiła:
- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale nigdzie nie mogę odnaleźć mojej córki. Boję się, że wyszła z domu i gdzieś zabłądziła.
Pominęła przy tym fakt, iż podejrzewa Teodora i Marię o posiadanie bardzo złego wpływu na jej pociechę. Uznała, że byłoby to w złym tonem, a ponadto też nie zachęcało Maksymiliana i Ludwikę do poszukiwań Ilary. A tak przejęli się tym oni zupełnie na poważnie. Natychmiast wezwali służbę i nakazali jej przeszukać dokładnie cały dom. Nic to jednak nie dało, dziewczynki w nim nie było. Dlatego przeszukano potem najbliższą okolicę, ale i tam niczego nie znaleziono. Dopiero wtedy Maksymilian, dotąd myślący, że Ilary po prostu wyszła i bawi się gdzieś w pobliżu i to tak dobrze, że zapomniała o obiedzie, zaczął dopiero teraz naprawdę się niepokoić. Z tego też powodu zarządził przeprowadzenie natychmiastowych poszukiwań córki baronowej, do których to sama zainteresowana oczywiście bez najmniejszego nawet namysłu dołączyła.
- Nie mogłabym siedzieć spokojnie w domu i czekać na wiadomości, kiedy tu wszyscy inni szukają mojego dziecka - powiedziała.
Ludwika doskonale ją rozumiała i dlatego pozwoliła jej szukać córki razem z nimi wszystkimi. Baronowa podziękowała jej serdecznie za tę dobroć i niewiele myśląc, od razu przystąpiła do poszukiwań, na czele których stanął Maks. Od razu, jak na porządnego organizatora przystało, podzielił ich wszystkich na kilka grup i każdą posłał w inne miejsce. Sam zaś z Ludwiką i baronową udał się w inną stronę i poszukiwania ruszyły pełną parą. W domu pozostali jedynie Teodor z Marią oraz Sissi, która została wyznaczona przez ojca do pilnowania rodzeństwa. Próbowała ona pocieszyć dzieci w zaistniałej sytuacji, co nie było niestety takie proste.
- Nie martwcie się. Wszystko będzie dobrze - mówiła - Ilary wróci tutaj cała i zdrowa, zobaczycie.
- Oby tak było. Tak bardzo się martwię - powiedział Teodor, który z nerwów gryzł własne paznokcie.
- Spokojnie, braciszku. Na pewno nic jej nie jest - dodała Maria, próbująca w tamtej chwili ukryć swój niepokój o sympatię Teo - To jasne jak słońce, że bawi się ona z nami w chowanego i dlatego jej teraz nie ma. Jak tylko porządnie zgłodnieje, to od razu do nas wróci.
Sissi pomyślała, że takie słowa raczej nie uspokoją jej brata i miała rację, bo w ten sposób Maria tylko go rozjuszyła. Chłopak zerwał się nagle z miejsca, dziki swój wzrok skierował na siostrę i zawołał:
- Bo to wszystko przez ciebie!
- Przeze mnie? - zdziwiła się Maria.
- Tak, przez ciebie! Widziałem, jak na nią krzyczysz! Jak się jej o wszystko ciągle czepiasz! Na pewno uciekła, bo miała cię dość! Ciebie i twoich krzyków!
- To prawda, Mario? - zapytała Sissi, patrząc uważnie na młodszą siostrę, tak mocno teraz zmieszaną, jak jeszcze nigdy dotąd - Czy nakrzyczałaś na Ilary?
- Może tak. I co z tego? Czy ja jej kazałam uciekać? - burknęła dziewczynka.
Choć bardzo się niepokoiła o Ilary, nie była w stanie powiedzieć tego na głos. Uważała, że i tak dostatecznie długo absorbuje ona uwagę wszystkich w tym domu i sprawia, iż Maria spadła na dalszy plan. Po co jeszcze zwracać uwagę wszystkich na to, jak bardzo młodsza siostra Sissi czuje się winna temu, co tu zaszło?
Teodor, słysząc słowa Marii, podszedł do niej i powiedział groźnie:
- Jeżeli coś jej się stanie, to nigdy się do ciebie nie odezwę! NIGDY!
Maria przerażona spojrzała na Teodora. Po jego minie łatwo wywnioskowała, że jest on gotowy spełnić swoją groźbę. Załamana opuściła głowę w dół i nic na nią nie odpowiedziała. Sam Teodor zaś pobiegł do swojego pokoju, bo chciał na chwilę jej nie oglądać na oczy. Był na nią tak bardzo zły, jak jeszcze nigdy dotąd. Sama Sissi zaś miała wielką ochotę dać siostrze porządny wykład, ale nie zdążyła tego zrobić, bo nagle do salonu, w którym siedzieli powrócił Teodor z jakąś kartką papieru w ręku. Pokazał go Sissi i Marii, mówiąc:
- To od Ilary. Zostawiła go w moim pokoju. Pisze, że smutno jej, bo Maria jej nie lubi i chce iść do najbliższego miasteczka, aby kupić jej coś na zgodę.
Sissi przeczytała list uważnie i westchnęła smutno. To wszystko było jednak prawdę. Ilary naprawdę to zrobiła. To dlatego jej teraz nie ma. Bo jest obecnie w pobliskim miasteczku. Ale jak tam sama trafiła? Przecież ona nie zna drogi. Jak niby zatem... Chyba, że ktoś ze służby jej pomógł? Tylko kto?
Księżniczka nie zamierzała zostawić tej zagadki bez rozwiązania. Krzyknęła zatem szybko do rodzeństwa:
- Chodźcie! Idziemy do folwarku! Może tam coś wiedzą!
Wywnioskowała, że skoro cała służba pałacowa bierze obecnie udział w akcji poszukiwawczej, to nie odpowie jej na żadne pytania, poza tym, gdyby ktoś z ich pałacowej służby był w to zamieszany, raczej szybko by to powiedział, gdy zaczęli szukać Ilary. Skoro tak się nie stało, to chyba nie mają z tym nic wspólnego. Ale służba z folwarku, to inna sprawa. Ich nikt przecież jeszcze nie sprawdzał. Trzeba zatem to zmienić.
Sissi pognała z Teodorem i Marią do folwarku, gdzie dość szybko spotkali gospodynię, karmiącą zwierzęta.
- Drogi pani, nie widziała pani może córki baronowej? - zapytała Sissi.
- A widziałam, panienko Sissi - odpowiedziała jej kobieta - Jakieś dwie, może z trzy godziny temu. Pytała mnie o drogę do miasteczka. Chciała też, żebym ją tam zaprowadziła, bo chce coś kupić. Ale ja miałam obowiązki, dlatego posłałam z nią mojego siostrzeńca. Dziwi mnie, że jeszcze nie wrócili.
- Och, pani złota! Co pani narobiła? - jęknęła Sissi - Przecież pani siostrzeniec to miły chłopak, ale jeszcze nie zna tak dobrze tych okolic. Zaprowadzić, to on ją może i zaprowadzi, tylko nie wydaje mi się, żeby umiał tu wrócić.
- Panienko, to przecież bystry chłopak. Na pewno oboje sami tu wrócą. Nie za minutę, to za kilka.
- A jeżeli nie? Jej matka umiera z niepokoju. Nie możemy czekać, aż Ilary tu sama wróci. Musimy ją znaleźć.
Sissi należała do osób, które jeżeli coś sobie przedsięwezmą, to zawsze muszą to zrealizować. Nie inaczej było i tym razem. Postanowiła odnaleźć Ilary i nic jej od tego nie mogło odwieźć. Wróciła szybko do pałacu, zabrała z niego szpadę, dwa pistolety, nóż i róg myśliwski ojca, na wszelki wypadek, po czym wróciła z bratem i siostrą do folwarku, skąd zabrała pomocnika lepszego od wszystkich innych. Tym pomocnikiem był jej pies rasy golden retriver. Wabił się Lizus, bo jako szczeniak uwielbiał wszystkich lizać, a zwłaszcza ją. Obecnie był bardzo dobrym tropiącym psem, kilka razy nawet brał udział w polowaniach. Sissi uznała, że tylko on może im teraz pomóc. Wzięła z pokoju Ilary jej rękawiczki i dała psu do powąchania.
- Szukaj, Lizus. Szukaj dziewczynki - powiedziała do niego.
Mimo swojej nieco zwariowanej natury, pies do zadań zleconych mu przez jego panią podchodził nad wyraz poważnie, dlatego powąchał dokładnie pokazane mu rękawiczki, wychwycił zawarty w nich zapach, po czym zaczął prowadzić całą trójkę młodych Wittelsbachów w kierunku pobliskiego lasu. Kiedy to zrobił, przez głowę ich wszystkich przeszła straszna myśl, której jednak nie odważyli się na głos wymówić. Mieli oczywiście nadzieję, że się mylą, ale nadzieja ta była wówczas tak nikła, jak płomyk świecy atakowany przez silny wiatr. Choć trzymał się wciąż resztkami sił, byle co było w stanie go zniszczyć. Mimo to szli dalej, w głębi duszy wierząc, że odnajdą Ilary, nim ich najgorsze obawy się ziszczą.

***

Franciszek z Ludwikiem i Karolem, przebrani w mundury wojskowe, tak jak to wcześniej sobie zaplanowali, zabrali na akcję ratunkową w Wampirzym Jarze jedynie kilkunastu żołnierzy. Nie chcieli brać ze sobą większego oddziału z obawy, że taki oddział nie zdoła ostrożnie przekraść się do kryjówki bandytów i uwolnić z niego porwane niewiasty w taki sposób, aby pozostać niezauważonym. Ze względu na to, jak niezwykle ważna była ta akcja, nie mogli sobie pozwolić na najmniejsze nawet niepowodzenie. Skutki jego mogły być przecież tragiczne dla cesarstwa. Z tego względu pamiętali o tym, że wszystko musi zostać przeprowadzone tak, jak to zostało wcześniej zaplanowane. Żadnych wpadek i żadnych improwizacji. Ich plan był prosty i dokładnie omówiony. Nie trzeba było w nim niczego zmieniać. Trzeba było jedynie się go trzymać.
Zgodnie z owym planem, podjechali ostrożnie w pobliże ruin zamku, a zaraz potem ostrożnie zeskoczyli z koni, przywiązali je do drzew i rozejrzeli się wokół siebie. Nie dostrzegli niczego niepokojącego.
- Czekajcie na znak. Będzie nim wystrzał - powiedział do żołnierzy Franz.
Jedyną odpowiedzią było spokojne skinienie głową na znak, że wszystko od razu zrozumiano. Zadowolony tym cesarz wraz Ludwikiem, Karolem oraz młodym kapitanem gwardii zakradli się powoli i ostrożnie po pagórku, na którym stały owe fatalne ruiny. Początkowo nic ich nie zaniepokoiło, aż w końcu dostrzegli jednego z bandytów stojącego z muszkietem na czatach. Na szczęście stał odwrócony do nich plecami, wpatrując się w zupełnie inne miejsce niż to, w którym znajdowali się oni. Aby przejść do obozu, trzeba było go zdjąć.
Ludwik dał znak ręką, że on to zrobi. Ostrożnie i bezszelestnie podszedł dość blisko, aby wykonać to, co sobie zaplanował. Gdy już był gotowy, wyjął zza pasa nóż i cisnął nim zwinnie w plecy bandyty. Ten jęknął głucho z bólu i niemalże w taki sam cichy sposób opadł martwy na ziemię. Ludwik zadowolony podskoczył do niego, wyjął mu nóż z pleców, zarzucił sobie na jego ramiona płaszcz, na głowę zaś jego kapelusz, a do ręki wziął upuszczony przez niego muszkiet. Wszystko to nie zajęło mu więcej niż minutę. Następnie machnął ręką w kierunku Franciszka, Karola i kapitana straży. Ci zadowoleni i zachwyceni tym, jak sprawnie to zrobił, przebiegli koło niego i zaczęli okrążać ruiny. Podejrzewali, że z ich drugiej strony też muszą być jakieś straże. Nie pomylili się, bo rzeczywiście tak było. Tym razem strażnika wykończył Karol, podchodząc go cicho od tyłu i podcinając mu gardło. Następnie również przebrał się w jego płaszcz i kapelusz i zajął jego miejsce na czujce. W ten sposób droga dla Franza i kapitana była otwarta.
W środku ruin bandyci obozowali w najlepsze. Piekli oni sobie właśnie przy ognisku pieczeń baranią i rozmawiali o czymś wesołym, bo co chwila wybuchali gromkim śmiechem. Jeden z nich, chyba herszt, spojrzał w kierunku siedzących przy nim dwóch młodych kobiet, wyraźnie niezadowolonych z jego towarzystwa. Jedna z nich była blondynką, druga brunetką. Franz i kapitan nie wiedzieli, która z nich to księżniczka, jednak teraz nie przedstawiało to dla nich żadnego znaczenia. Musieli uratować obie i to jak najszybciej.
- Nie jesteście głodne, panienki? - zapytał ochrypłym głosem bandzior - Co? Nasze potrawy wam nie smakują? Może są za mało francuskie?
Blondynka popatrzyła na niego dostojnym i odważnym wzrokiem, a bandyta tylko uśmiechnął się i odgryzł kolejny kawał pieczeni, po czym dodał:
- Niedługo zajdzie słońce, a moich kompanów jeszcze nie ma. Jak wiecie, to nie wróży dla was nic dobrego. Czyżby cesarz nie chciał dać za was okupu? Tak nisko jesteście przez niego oceniane?
- Mamy swoją wartość dla tych, którym na nas zależy - odparła na to dumnie blondynka - Za to wy nie macie wartości w niczyich oczach. A już na pewno nie w oczach cesarza. Niedługo nas uwolnią, a wy skończycie na szubienicy!
Herszt bandy popatrzył na blondynkę i uśmiechnął się do niej ohydnie, lekko sobie traktując jej słowa, ale wyraźnie będąc ubawionym odwagą dziewczyny.
- Na twoim miejscu nie byłbym taki hardy, bo jeżeli nie dostaniemy okupu, to wasza sytuacja diametralnie się zmieni i możecie zginąć, a przecież nie musicie. Możecie przecież zostać z nami do końca. Brak nam damskiego towarzystwa, a już zwłaszcza wieczorami.
Cała banda ryknęła na to gromkim śmiechem, a blondynka mocno przytuliła do serca swoją towarzyszkę, domyślając się bez trudu, o co tym łotrom chodzi. Nie chciała jednak, aby widzieli strach w jej oczach. Jeżeli miała umierać, to tylko jako odważna osoba, godna swoich opiekunów i godna nazwiska, które nosiła.
Herszt po chwili przestał się nią interesować, a widząc powoli zbliżający się zachód słońca, wyszedł popatrzeć, czy może nie wracają do obozu jego kamraci, których posłał do miasta w sprawie okupu. Na Elodie i jej dwórkę nikt zwracał już uwagi. To był czas do działania.
Franz ostrożnie wraz z kapitanem wkradli się do ruin, korzystając z tego, że z powodu przekonania, iż pilnują ich teraz wystawione przez nich straże, bandyci nie zachowywali wewnątrz ruin żadnej ostrożności. Nietrudno było zatem przedrzeć się pomiędzy nimi do obu pań, a zaraz potem trącić jedną z nich delikatnie palcem w ramię.
- Nie krzyczcie, jestem przyjacielem. Chcę wam pomóc - szepnął Franz.
Elodie i Blanche nie były pewne, czy mogą mu ufać, ale ponieważ mężczyzna miał na sobie mundur oficerski, strój zupełnie inny niż bandyci, uznały, że chyba to faktycznie ich długo oczekiwana pomoc, dlatego ostatecznie obie ostrożnie, aby nie wzbudzać podejrzeń gwałtownymi ruchami, poszły za młodzieńcem. Gdy ten ich wyprowadził poza mury zamku, zdumione spostrzegły, że stojący na czujce bandyta to tak naprawdę jedynie kolejny członek tej niesamowitej akcji ratunkowej i zarazem równie uroczy i przystojny młodzieniec, co ten, który ich prowadził ku wolności. Zadowolone tym chętniej poszły za nim, aż dotarli razem do trzeciego z nich, noszącego mundur kapitana cesarskiej gwardii. Skłonił on im się grzecznie i z należytym szacunkiem, po czym powiedział:
- Wybaczcie, panie, że nie dokonuję prezentacji, ale nie pora na to. Musimy stąd uciekać i to jak najszybciej. W pobliżu są nasi ludzie, zabiorą was stąd.
- Dziękujemy - odpowiedziała blondynka i spojrzała na Franza - Nie wiem, kim jesteście, mój panie, ale wiedzcie, że mój wuj, cesarz Napoleon III będzie ci się umiał odwdzięczyć za twoje bohaterstwo.
- O nagrodach pomówimy później - powiedział Franz - Teraz musimy...
Nie dokończył, ponieważ nagle z obozu dało się słyszeć dziki ryk wściekłości i wydobywające się z niego dwa pojedyncze słowa:
- Hej, damulki zniknęły!
Franz zrozumiał, że nie mogą dłużej czekać. Kazał kapitanowi zabrać Elodie i jej przyjaciółkę z dala od obozu, prosząc jednocześnie obie panie, aby poszły one z jego podwładnym i zaufały mu, bo to porządny człowiek.
Chwilę później w wejściu do ruin pojawił się jeden z bandytów. Zauważył ich i zaczął krzyczeć, lecz w tej samej sekundzie Karol strzelił do niego z muszkietu, trafiając go prosto w pierś i martwego powalając na ziemię.
- To sygnał dla naszych ludzi - powiedział kapitan - Zaraz tu będą.
- Drogie panie, proszę was, abyście się ukryły z moim kapitanem i cokolwiek by się nie stało, macie zostać z nim - rzekł stanowczym głosem Franz.
Następnie wraz z Karolem wskoczył do środka ruin i stanął naprzeciwko tej dzikiej, rozbójniczej czeredy. Bandyci ruszyli na nich, ale wtem od tyłu strzelił do jednego z nich z muszkietu Ludwik i zaraz potem z dobytą szpadą dołączył on do akcji. Niedługo po nim, włączyli się do niej również żołnierze cesarscy. Bandyci zrozumieli, że oto są teraz otoczeni, ale nie zamierzali tanio sprzedać swoją skórę. Rozpoczęła się walka. Nie była ona wszakże równa, ponieważ zaprawieni w boju żołnierze, choć było ich nieco mniej niż ich przeciwników, zdecydowanie i szybko nadrobili te braki, w czym znacznie im pomógł Ludwik, który wymachiwał szpadą najlepiej z nich wszystkich. Przewaga ta jeszcze bardziej wzrosła, kiedy to u jego boku stanął Karol, wołając wesoło:
- Hej, Ludwiku! Zacząłeś ten bal beze mnie?!
Obaj stanęli plecami do siebie, skutecznie odpierając atak napastników.
- To ma być niby bal? - zapytał żartobliwie Ludwik.
- A co? Źle się bawisz? - odpowiedział dowcipnie Karol.
Dwaj książęta dzielnie walczyli u boku żołnierzy cesarza, dokonując podczas tej potyczki prawdziwie bohaterskich czynów. Jednak sam Franz też nie był w tej sprawie gorszy. Bez większych trudności powalił kilku przeciwników na ziemię, ale nie oni go interesowali. On szukał herszta tej bandy. W ferworze walki udało mu się wkrótce dostrzec. Łajdak próbował uciec. Cesarz szybko go dogonił, a gdy już to zrobił, zastąpił mu drogę.
- Wybierasz się gdzieś? - zapytał ironicznie.
- Jeżeli chcesz, mogę cię zabrać ze sobą - odpowiedział herszt.
Dobył szpady i rzucił się na Franciszka. Ten jednak bez trudu odpierał jego ataki, ostrzem swej broni przyjmując jego ciosy jeden po drugim. Szybko przy tym odkrył, że trafił na godnego siebie przeciwnika i rozbrojenie go lub zabicie, to nie będzie tak proste zadanie jak pokonanie jego ludzi. Mimo to walczył dzielnie dalej, nie zauważając jednak, jak za jego plecami jeden z bandytów skrada się, próbując mu zadać cios nożem w plecy. Na swoje nieszczęście, łotr ów nadepnął nagle na suchą gałązkę, co spowodowało trzask na tyle głośny, że Franz odwrócił się niemal w ostatniej chwili i zauważył atakującego go przeciwnika. Sparował szpadą jego cios, ale drugiego już nie musiał, bo niespodziewanie coś chwilę później gruchnęło i bandyta skołowany opadł na ziemię. Tuż za nią stała Elodie z patelnią w dłoni. Ta oto mało poręczna broń i jak dotąd niestosowana przez księżniczkę, teraz pomogła jej w walce.
- Nic panu nie jest? - zapytała Elodie, gdy już było po wszystkim.
- Panienko, dziękuję za wsparcie, ale miałaś zostać z kapitanem - odparł na to Franciszek.
Elodie spodziewała się większych podziękowań i nie połączonych przy tym z karceniem, dlatego prychnęła lekko i rzekła:
- Nie przeproszę za to, że pomogłam.
Franz uśmiechnął się do niej przyjaźnie, po czym rozejrzał się prędko dookoła za hersztem bandy. Nigdzie go jednak nie namierzył. Najwidoczniej wykorzystał on sytuację, kiedy cesarz walczył z jego podwładnym i uciekł. Franciszek szybko wyjrzał poza ruiny, ale nigdzie go już nie zobaczył. Kopnął ze złości kamień, lecz nie mogło to zmienić oczywistego faktu: bandyta mu uciekł. Nie zamierzał jednak z tego powodu rozpaczać. Jak wynikało z ucichających już odgłosów walki, jego ludzie na czele z Karolem i Ludwikiem rozprawili się już z bandytami. Zabrał więc ze sobą księżniczkę i przyprowadził ją do brata i kuzyna, którzy właśnie mówili z jej towarzyszką.
- Moje panie, jesteście już bezpieczne - powiedział uroczyście cesarz.
- Zanim jednak podziękujemy, chciałabym wiedzieć, komuż to zawdzięczamy życie. Nie udało nam się wcześniej sobie przedstawić - odpowiedziała Elodie.
Franciszek stanął przed nią niemalże na baczność, skłonił lekko głowę, po czym powiedział:
- A zatem pani pozwoli... Jestem Franciszek Józef I, cesarz Austrii.
Elodie westchnęła głęboko, kiedy to usłyszała. Wielu rzeczy się spodziewała, ale na pewno nie tego. Serce zabiło jej w piersi jak szalone, a ciało przeszyły jakieś dziwne, przyjemne dreszcze. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wiedziała tylko, że to niesamowicie przyjemne uczucie. A chwilę później zemdlała. Stojący przy niej najbliżej kapitan gwardii złapał ją w ramiona.
- Franz, a co jej się stało? - zapytał Karol dowcipnym tonem.
- No cóż, braciszku... Kobiety. One mają swoje niekiedy dziwne upodobania - odpowiedział na to dyplomatycznie Franz.
- Być może, ale pomyśl tylko, o wiele przyjemniej by było, gdybyś umieli w ten sam sposób powalać złoczyńców - zażartował sobie Ludwik.

***

Ilary błąkała się po lesie już dłuższy czas. Nie wiedziała, czy chodzi po nim już kilka godzin czy znacznie dłużej, ale zrozumiała, że sama się raczej stąd nigdy nie wydostanie. Co prawda, nie była w lesie sama, co ją bardzo cieszyło, bo sama by chyba umarła tutaj ze strachu. Niestety, prędko odkryła, że chociaż Sebastian, bo tak miał na imię ten chłopak, umiał zaprowadzić ją do miasta, ale zaprowadzić ją z powrotem do domu już nie potrafił. Była na niego o to zła, bo przecież chwalił się przed nią, kiedy go poznała, że zna doskonale całą okolicę, a okazało się, iż ta jego znajomość tych stron nie jest tak wielka, jak twierdził. Nie powiedziała tego jednak na głos, bo przecież w żaden sposób by im to nie pomogło. Poza tym, była na to zbyt taktowna, a do tego żal jej było Sebastiana. Widziała po jego twarzy, jak bardzo żałuje tego, że ją tutaj przyprowadził i nie zamierzała go dobijać.
- Spójrzmy prawdzie w oczy, Sebastianie - powiedziała do chłopaka - My się zgubiliśmy. Nie wiemy, gdzie jesteśmy ani dokąd mamy iść.
- Spokojnie, panienko. To tylko chwilowe - odparł na to Sebastian, w którego głosie słychać było niepokój - Po prostu te wszystkie drzewa wydają się takie same temu, kto rzadko tutaj bywa. Ale spokojnie, damy sobie radę. Musimy tylko iść i w końcu wyjdziemy z tego lasu.
- Naprawdę? Jestem innego zdania - odparła na to Ilary - Widzisz ten głaz?
- A owszem. Bardzo ładny, panienko.
- Tak, bardzo ładny. Tyle tylko, że mijamy go już trzeci raz.
Sebastian spojrzał na nią przerażonym wzrokiem, a potem uważnie przyjrzał się głazowi, jakby nie chciał uwierzyć w to, co mówi do niego dziewczynka. Gdy przyjrzał się jednak lepiej kamieniowi, szybko zrozumiał, że to prawda, ale strach przed nią był tak wielki, że próbował jeszcze kłamać.
- Nie, panienko. Na pewno nie. Po prostu wszystkie głazy tutaj wyglądają tak samo. To normalna rzecz.
- Nie, Sebastianie. To jest dokładnie ten sam głaz, którego wcześniej już dwa razy mijaliśmy - odparła na takie stwierdzenie Ilary - Powiedzmy to sobie wprost. Kręcimy się w kółko.
Sebastian próbował zaprotestować, ale załamany zrozumiał, że to nic nie da. Przygnębiony usiadł na głazie, opuścił smutno głowę i rzekł:
- Bardzo mi przykro, panienko. Tak, ma panienka rację. Zgubiliśmy się.
Ilary popatrzyła na niego ze współczuciem. Nie była mściwa i nigdy jakoś nie umiała chować długo urazy. Poza tym, mimo wszystko bardzo żal jej było chłopca i z tego powodu nie powiedziała do niego słów, których tak się obawiał, czyli słów pełnych wyrzutów oraz złości. Zamiast tego podeszła do niego, dotknęła delikatnie jego ramienia i powiedziała:
- Spokojnie, Sebastianie. Tylko spokojnie. Nie możemy się poddawać. Musi być jakieś wyjście z tego lasu. A my musimy je znaleźć. I to szybko, bo za chwilę się zacznie ściemniać, a wtedy to dopiero będziemy mieli problemy.
Nagle rozległo się pomiędzy drzewami szczekanie psa. Ilary zadrżała, lekko przerażona i zaniepokojona, ale Sebastian zareagował na nie zupełnie inaczej. Na jego twarzy ukazał się bardzo radosny uśmiech, a on sam poderwał się z głazu, zaczął uważnie nasłuchiwać i powiedział:
- Znam to szczekanie. Znam je bardzo dobrze.
Ilary chciała już zapytać, czy tak samo jak drogę do domu, ale odpuściła sobie ten komentarz. Niepewnie stanęła za nim, z mocno bijącym w piersi sercem. Nie wiedziała, co zaraz nastąpi, ale czuła, że musi temu stawić czoła.
Tymczasem szczekanie psa było słychać coraz wyraźniej. Im bliżej było je tu słuchać, tym bardziej też dobiegł ich odgłos psich łap dudniących po ziemi. Minęła zaledwie minuta, choć dla Ilary trwała ona chyba z wieczność, po czym tuż przed nimi stanął spory żółty pies, który podbiegł do Sebastiana i zaczął wesoło na niego szczekać. Chłopak rozpoznał go, przytulił mocno łeb zwierzaka do siebie, po czym zaczął go czule tarmosić za uszami.
- Lizus! Piesku kochany, co ty tu robisz? Gdzie twoja pani?
Chwilę później, za psem zjawili się Sissi, Teodor i Maria. Cała trójka była już nieco zmęczona poszukiwaniami i zarazem zaniepokojona, kiedy jednak zobaczyli Ilary i Sebastiana, od razu odetchnęli z ulgą na ich widok.
- Dzięki Bogu, jesteście - powiedziała Sissi, łapiąc się z ulgą za serce.
- Ilary, wszystko dobrze? - zapytał z troską Teodor.
- Teo! - zawołała wzruszona jego widokiem dziewczyna.
Podbiegła do ukochanego i rzuciła mu się na szyję, mocno i niemalże dziko się do niego przytulając, powtarzając:
- Przepraszam! Tak bardzo przepraszam! Nie chciałam, żebyście się o mnie musieli martwić. Chciałam wrócić wcześniej, ale zabłądziłam i...
- Już dobrze. Już wszystko dobrze. Tak się cieszę, że nic ci nie jest.
Ilary spojrzała na niego czule, zawiesiła mu rączki na szyi i bardzo czule go pocałowała w usta. Sissi i Sebastian uśmiechnęli się na ten widok, a Maria lekko się wykrzywiła, mówiąc głośno:
- Ble! Ohyda! Musicie tak przy ludziach?
Ilary całowała Teodora przez około minutę, a chłopiec zareagował na to tak, jak to było do przewidzenia: zarumienił się na całej twarzy, co wywołało wesoły śmiech u Ilary. Następnie dziewczynka podeszła do Marii, która patrzyła na nią dość zmieszanym wzrokiem. Z jednej bowiem strony cieszyła się, że Ilary znalazła się, ale z drugiej nie chciała jej tego za mocno okazać.
- Mario, mam nadzieję, że mimo wszystko mnie polubisz. Ja wiem, że Teodor jest ci bardzo bliski i nie chcę ci go ukraść. Ja go po prostu bardzo lubię.
- Tak, zauważyłam - burknęła Maria.
- Ale ciebie też bardzo lubię i chcę, żebyśmy były przyjaciółkami.
To mówiąc, dała znak Sebastianowi, który podał jej do ręki książkę z bajkami kupioną w miejscowym sklepie. Ilary przysunęła ją w kierunku Marii i rzekła:
- Pomyślałam sobie, że może to ci się spodoba.
Maria wzięła od niej książkę, przyjrzała jej się uważnie, a jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech. Spojrzała potem na Ilary, czując przy tym, że chyba nie jest ona taka znowu zła. Przez chwilę nic nie mówiła, aż w końcu wydusiła z siebie słowa:
- Dziękuję ci, Ilary. I wiesz, naprawdę nie musiałaś tego robić. Ale bardzo ci dziękuję. Książka jest naprawdę ładna.
Sissi spojrzała na Marię nieco surowym wzrokiem i rzekła:
- Nie chcesz jeszcze czegoś powiedzieć?
Maria lekko się zmieszała, ale mimo to spojrzała na Ilary i powiedziała:
- No i oczywiście możesz widywać się z moim bratem.
Ilary uściskała ją serdecznie, a potem podeszła do Teodora i ponownie czule go pocałowała w usta. Maria znowu się wykrzywiła i mruknęła:
- Fuj! Naprawdę musicie?
- Tak, musimy. A dlaczego by nie? - zapytał nieco złośliwie Teodor.
- Uważaj, braciszku. To, że dałam wam swoją zgodę nie znaczy, że nie mogę jej cofnąć - powiedziała Maria, grożąc zakochanym palcem.
- Nie cofniesz, siostrzyczko. Na pewno nie cofniesz - odparł jej brat.
Sissi uśmiechnęła się wesoło, widząc dzieciaki pogodzone, po czym odpięła od pasa róg myśliwski i zaczęła na nim głośno grać. Chciała w ten sposób zebrać tutaj wszystkie grupy ratunkowe poszukujące Ilary, aby im oznajmić, że nic się nie stało, a dziewczynka jest cała i zdrowa. Udało jej się to, ponieważ dźwięk rogu bez trudu rozniósł się po całym lesie, wszyscy go usłyszeli i natychmiast udali się tam, skąd dobiegał ich ten dźwięk. Sissi zagrała na rogu jeszcze kilka razy, aby mieć pewność, że ją wszyscy usłyszeli. Dość szybko wokół nich zebrała się służba z ich pałacu, która poszukiwała w całej okolicy Ilary. Niedługo potem przyszli także Max z Ludwiką, Nene i baronową. Wszyscy odetchnęli z ulgą widząc, że zguba się znalazła i nic jej nie jest. Helga von Tauler zaś, choć zwykle tak opanowana, teraz nie umiała powstrzymać łez wzruszenia. Natychmiast podbiegła do córki i bardzo mocno ją do siebie przytuliła, po czym rozpłakała się na całego, gładząc główkę swojej jedynaczki i powtarzając:
- Och, Ilary. Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałam. Nie rób mi tego nigdy więcej, proszę cię. Już nigdy więcej.
Ilary tuliła się mocno do matki, a Maksymilian pogratulował Sissi pomysłu z rogiem, który ich tutaj wszystkich sprowadził.
- Moja córeczka. Moja krew - powtarzał z dumą - Gdyby nie to, to nie wiem, czy nie chodzilibyśmy całą noc po tym lesie i jego okolicy, nie wiedząc, że Ilary się znalazła. Na szczęście Sissi wpadła na wspaniały pomysł z tym rogiem. Moja krew. Moja córeczka!
Ludwika też była dumna z Sissi, choć nie omieszkała lekko zachichotać, gdy widziała, jak jej mąż chwali się swoją ulubienicą. Sama zaś pogratulowała Sissi jej pomysłu, ale prócz tego jeszcze pogratulowała Teodorowi i Marii pomocy postawy podczas poszukiwań, że nie zlekceważyli tego i pomogli siostrze. Sissi oczywiście dobrze wiedziała, iż o ile rzeczywiście Teodor bardzo pomógł, o tyle Maria zrobiła to głównie z powodu wyrzutów sumienia. Nie powiedziała tego jednak na głos, bo nie chciała kolejnych konfliktów w tym domu. Ponadto liczyła na to, że teraz oto wreszcie nastąpi zgoda pomiędzy Ilary a Marią, a widząc, jak obie delikatnie się do siebie uśmiechają, łatwo mogła przypuszczać, że tak będzie.

czwartek, 22 grudnia 2022

Rozdział X - Przyzwoitka, czyli piąte koło u wozu



Franciszek Józef tego dnia nie przewidywał dla siebie żadnych obowiązków. Ani tego dnia, ani następnego. Był weekend i chciał spędzić go z ukochaną, która ciągle przebywała w jego myślach i zadomowiła się w nich na dobre. Tęsknota za Sissi była dla Franza czymś tak silnym, że nie był w stanie z tym walczyć. Uległ w końcu temu uczuciu i postanowił, iż tę sobotę i niedzielę poświęci całkowicie swej ukochanej. Sobotniego poranka zatem wydał najważniejsze rozporządzenia i przy okazji porozmawiał z Zottornikiem na tematy państwowe, jakimi postanowił się zająć, jak tylko powróci do pałacu.
- Życzę udanego pobytu w Bawarii, Wasza Cesarska Mość - powiedział do niego Zottornik, doskonale udając przyjazny ton, na który nabrać się mógł jedynie ten, który nie znał go tak dobrze, jak znać powinien, czyli niestety także i Franz.
- Na pewno taki będzie, kanclerzu - odpowiedział na to cesarz, nakładając na siebie płaszcz podróżny - Liczę, że wraz z moją matką dopilnujecie tu wszystkiego pod moją nieobecność.
- Zrobimy, co w naszej mocy, aby tak się stało, Wasza Cesarska Mość - rzekł kanclerz - Liczymy wszakże na to, że w poniedziałek Wasza Miłość będzie już tu z powrotem. Obowiązki będą czekać, a ponadto na ten dzień planowany jest właśnie przyjazd Jej Wysokości, księżniczki Elodie de Farge.
- Księżniczka Elodie? To ona w ten poniedziałek ma tu przybyć? - zdziwił się Franciszek Józef.
W nawale obowiązków najwyraźniej ten fakt jakoś mu umknął. Był bardzo za to na siebie zły, gdyż nigdy nie powinien był do tego dopuścić. Przecież wizyta księżniczki posiadała ogromne znaczenie i to nie tylko dla niego, ale i dla całego cesarstwa. Ostatecznie siostrzenica cesarzowej Eugenii, czyli żony cesarza Francji Napoleona III, przybyć miała do Wiednia jako osoba zaufana wraz z warunkami sojuszu, jaki Francja chciała zawrzeć z Austrią. Franciszek Józef nie był do końca przekonany, co do tego sojuszu, podobnie jak i do tego, żeby traktować Napoleona III jako osobę równą sobie, bo ostatecznie przecież ten człowiek zaledwie kilka lat temu jeszcze był prezydentem II Republiki Francuskiej, po czym nagle, zupełnie niespodziewanie, po upływie swojej kadencji, przeprowadził zamach stanu, swoją władzę zamienił na absolutną, a II Republikę zamienił w II Cesarstwo, siebie zaś ogłosił nowy cesarzem, Napoleonem III. Trudno było Franciszkowi uznawać go za osobę równą sobie, skoro Franz był cesarzem z woli Boga i historii, dziedzicznym następcą swego ojca i jego przodków, podczas gdy Napoleon był bratankiem tego uzurpatora, Napoleona I, który doprowadził Europę do tego, że niemalże cała stała w ogniu przez kilka ładnych lat, zanim ostatecznie potężna koalicja powstrzymała jego absolutystyczne zapędy. Ponieważ jednak Francja potrzebowała teraz Austrii w równie wielkim stopniu, co Austria Francję, sojusz musiał zostać podpisany, zaś czołobitność wobec Napoleona III oraz jego krewnych była czymś obowiązkowym i mającym znaczenie olbrzymiej wagi. Dlatego Franciszek, pomimo tego, że cesarz Francji nie był osobą w pełni mu równą, nie zamierzał go lekceważyć i postanowił zawrzeć z nim sojusz. Z tego samego powodu ugoszczenie siostrzenicy jego żony, cesarzowej Eugenii, miało znaczenie dyplomatyczne i należało do tego podejść w sposób odpowiedni.
- Liczę na to, kanclerzu, że przygotujecie wszystko na przybycie księżniczki, aby nie doszło przypadkiem do politycznego afrontu - powiedział Franciszek do Zottornika, kiedy już wychodził z gabinetu.
- Dołożę wszelkich starań, aby wszystko było gotowe na czas i kiedy tylko księżniczka przybędzie do Austrii, zastanie tu najbardziej gościnny dwór w całej naszej kochanej Europie - odpowiedział mu Zottornik.
W tym wypadku był zupełnie szczery. Silna Austria, posiadająca sojuszników zdolnych ją wesprzeć w każdej sytuacji, była mu jak najbardziej na rękę. Przecież silne cesarstwo stanowiło dowód na to, że on jest zdolnym kanclerzem i dobrze wykonuje swoje obowiązki. Ponadto silna Austria, to silny Zottornik. Wrodzony więc tego rodzaju osobnikom egoizm nakazywał mu zapewnienie cesarstwu bycie potęgą i to nawet wtedy, gdyby miał posunąć się poza zasady moralne, którymi zresztą zawsze oficjalnie gardził i uważał za ograniczenia w osiągnięciu celu. Dla niego sprawa była nad wyraz prosta: zawsze cel uświęca środki, a jeżeli coś stoi na przeszkodzie drogi, którą się kroczy, wówczas się to coś usuwa i to bezwzględnie. Wszystko jest zawsze dozwolone, jeżeli tylko człowiek chce osiągnąć swoje cele. A w przypadku kanclerza Zottornika celem tego była zawsze silna Austria z silnym Zottornikiem o niezniszczalnej pozycji na dworze cesarza. Dlatego wiedział on, że wywiążę się skrupulatnie z powierzonego mu zadania i zadba o to, aby księżniczka francuska została tutaj przyjęta z należytymi honorami. Skoro to stanowiło czynnik siły cesarstwa Austrii, to był gotów nawet wdzięczyć się do tej małej francuskiej prowincjuszki, którą jedynie zbieg okoliczności wraz z rodziną wyniósł na sam szczyt, jeżeli tylko było to konieczne do osiągnięcia celu.
Franciszek Józef oczywiście nie znał ani trochę z myśli swojego kanclerza, dlatego uznał, że jest on godnym zaufania człowiekiem i można mu powierzyć tak ważną misję, jak przygotowanie całego dworu na przyjęcie księżniczki Elodie. Z tego powodu był w stanie spokojnie i bez żadnych obaw ruszyć w drogę do swojej ukochanej Sissi. Nie wiedział, że kanclerz tylko zacierał ręce z zadowolenia już na samą myśl o tym, iż cesarz powierza mu wszystkie swoje obowiązki. Cesarz, który zajmuje się jedynie przyjemnościami, a rządzenie pozostawia jemu, był mu bardzo na rękę. Dlatego też Sissi, będąca mimowolnie przyczyną takiego oto stanu rzeczy, odpowiadała mu jako przyszła żona cesarza.
- Jedź, Wasza Cesarska Mość - mówił w myślach, kiedy Franciszek Józef już znikał za horyzontem - Ta mała prowincjuszka odda Austrii niewymierne przysługi i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Ten młokos popchnąłby Austrię w ręce tych wariatów liberałów i doprowadził do szkodliwych dla niej reform. Im więcej zatem obowiązków powierzy mnie i więcej czasu spędzi z tą naszą małą księżniczką, tym lepiej wyjdzie na tym całe cesarstwo. I oczywiście ja.

***

W Bawarii, daleko od Zottornika i jego intryg, rodzina Wittelsbachów bardzo dobrze się bawiła, korzystając z weekendu. Sissi, jak co dzień odbywała szkolenie pod okiem baronowej von Tauler, wspieranej w tym jakże szlachetnym celu przez Idę Ferenczy oraz Ludwikę, które pilnowały, aby wszystko odbywało się jak trzeba i aby baronowa przypadkiem nie dopuściła się nadużycia pozycji nauczycielki, bo pomimo zapewnień Zofii, że ta nigdy nie dopuściłaby się wobec Sissi podłości, Ludwika uważała, iż mimo wszystko arcyksiężna jest zdolna do tego, aby zranić jej uczucia w taki czy inny sposób, kierując się przy tym źle pojmowanym przez siebie dobrem cesarstwa i Franciszka. Dlatego wolała mieć na oku baronową, a ta doskonale wiedziała, w jakim celu matka Sissi jest podczas lekcji obecna i z tego powodu czuła lekki dyskomfort, kiedy to uczyła księżniczkę odpowiedniej dykcji, sposobu chodzenia, jedzenia i picia w towarzystwie, odpowiedniej konwersacji, jak i również historii cesarstwa, nazw rodów arystokratycznych, obecnych w tych czasach jej przedstawicieli oraz tego, jak należy się do którego z nich zwracać, bo jak się okazuje, każdy z nich wymaga innego sposobu traktowania. Mimo to, pani baronowa doskonale wiedziała, że musi przyjąć takie, a nie inne warunki pracy, bo arcyksiężna Zofia nakazała jej nauczanie Sissi, a Zottornik, aby robiła to jak tylko umie najlepiej i nie zniechęcała księżniczkę do cesarza i ślubu z nim, a ponieważ tak ważne osoby w państwie nakazywały jej to wszystko, musiała być im obojgu posłuszna, nawet jeżeli nie darzyła swojej uczennicy oraz warunków, w jakich jej przekazuje wiedzę szczególną sympatią. Osobiste sympatie i antypatie zachowała dla siebie, bo obowiązek ceniła sobie ponad wszystko.
Należy oczywiście zauważyć, skoro już o antypatii mowa, że Sissi również nie darzyła jakoś swojej nauczycielki szczególną estymą. Kobieta ta wydawała się jej co najmniej nieprzyjemna i sztywna, przekonana o tym, jak niezwykle ważna na tym świecie jest etykieta oraz zasady panujące na dworze. Zdaniem Sissi była im ona niezwykle oddana i to o wiele bardziej niż jakiemukolwiek człowiekowi, poza swoją córką, rzecz jasna. Poza tym lekcje, które pobierała od pani baronowej, Sissi uważała za co najmniej głupie i nie mające żadnego sensu. Bo niby jaka to jest różnica, jak wita się hrabiego, barona i księcia? Albo też jakie to ma znaczenie, czy podczas picia herbaty ma się wyciągnięty mały palec lewej ręki, czy też tego się nie robi? I po co jej odpowiedni sposób chodzenia? Czy jej był znowu aż tak fatalny? Po co ma chodzić po pokoju z książką na głowie przez godzinę dziennie i próbować mieć tak proste plecy, aby owa książka jej z głowy nie spadła? Przecież to wszystko było bez sensu. Rozumiała jeszcze lekcje historii Austrii, chociaż nie podobało jej się, w jaki sposób baronowa przedstawiała losy cesarstwa i w jaki to sposób ono zagarniało kolejne państwa. Pani von Tauler przedstawiała to tak, że te oto kraje były bezmyślnie prowadzone w sposób gospodarczy i polityczny i z tego powodu Austria miała swój moralny obowiązek wziąć je pod opiekę, a wszelkie bunty wobec jej administracji są jawną niewdzięcznością z ich strony za tyle dobra zaznanego od Jego Wysokości Cesarza. Sissi od ojca, Ludwika i z książek, jakie po cichu czytała z biblioteki domowej wyciągnęła zupełnie inny obraz tej sytuacji. Ten zaś z kolei ukazywał cesarstwo Habsburgów jako molocha, który to jest tak bardzo zachłanny, że aż pochłania inne królestwa wokół siebie, aby stworzyć w ten sposób wielkie imperium, w którym nigdy nie zachodzi słońce, a celem stworzenia takiego tworu był tylko jeden: zaspokojenie megalomańskich ambicji grupki ludzi. Co za tym idzie, nie miało to nic wspólnego ze szlachetnymi celami, jak próbowała to przedstawić jej baronowa. Była jednak za bystra, aby powiedzieć to wprost pani von Tauler, bo to tylko mogło wywołać z nią niepotrzebną kłótnię, która nikomu nie była przecież potrzebna. Poza tym, miała za zadanie nauczyć się tego, czego ją uczono i potem mogła swobodnie to krytykować w myślach.
Właśnie Sissi skończyła chodzić po bibliotece z ułożoną na jej głowie książką  i próbując zachować taką pozę ciała, aby przypadkiem mu ona nie spadła. Było to zajęcie żmudne i zdecydowanie mało przyjemne, ale skoro należało ono do zajęć, które miała opanować, nie próbowała kwestionować sensu tej czynności, ale też nie była w stanie powstrzymać się od żartów i ironii.
- Nie jestem pewna, czy to pomoże mi być dobrą cesarzową - rzekła Sissi, gdy kolejny raz spadła jej książka z głowy, a ona sama z trudem powstrzymała się przed opadnięciem na dywan.
- Nie wolno lekceważyć drobiazgów, księżniczko - powiedziała poważnym i stanowczym zarazem tonem baronowa - W nich tkwi często przepis na sukces.
- Zgadzam się z Sissi, że bardziej by się jej przydały lekcje historii niż lekcje chodzenia - stwierdziła Ludwika, również widząca bezsens tego rodzaju zajęć.
Baronowa spojrzała na nią gniewnym wzrokiem, wyraźnie czując się przy tym urażona i odpowiedziała:
- Proszę mi wybaczyć, pani, jednakże ośmielę się posiadać inne zdanie w tej sprawie. Zresztą, nawet gdybym miała taką samą opinię, to arcyksiężna Zofia ma takie zdanie, że są to czynności niezbędne do tego, aby księżniczka była zdolna do bycia w sposób właściwy cesarzową. Nie mnie kwestionować jej zdanie.
- Ale ja mogę to swobodnie robić i zamierzam korzystać z tego prawa, jeżeli mnie ktoś zapyta o zdanie - wtrąciła Sissi.
- Obawiam się, córeczko, że raczej nikt tego nie zrobi - powiedziała Ludwika.
- Pozwolę sobie zwrócić uwagę, księżno, że dopóki taka panuje tradycja na dworze cesarza, dopóty musi ona obowiązywać również cesarską narzeczoną. I z tego też powodu księżniczce nie wolno sobie pobłażać i musi wszystko opanować, co wymaga etykieta.
Sissi spojrzała na baronową, gdy ta wypowiedziała te słowa i delikatnie otarła sobie dłonią pot z czoła, dodając:
- Ktoś powinien wreszcie zmienić tę etykietę. U nas w Possenhofen książki się czyta, a nie nosi na głowie. Wydawało mi się, że na całym świecie tak się robi.
- Oczywiście, na dworze też czytamy książki, ale w tym wypadku, jak już to wspomniałam, księżniczko, to wielowiekowa etykieta - odparła na to baronowa - Ona obowiązuje w cesarskim rodzie już od dawna.
- Ale zawsze musi przyjść taki czas, aby zmienić pewne panujące od dawna obyczaje - odezwał się czyjś znajomy głos.
To Ludwik wszedł właśnie do pokoju. Miał się już dużo lepiej i nie potrzeba mu było laski do podpierania się. Jego widok uradował wszystkich, poza baronową chcącej kontynuować zajęcia. Nawet Ida Ferenczy, dotąd nie odzywająca się oraz w milczeniu obserwująca Sissi chodzącą po pokoju z książką na głowie, okazała radość na widok księcia i powitała go serdecznie, choć z należytym jego pozycji szacunkiem.
- Czy Wasza Wysokość lepiej się już czuje, że tak swobodnie chodzi po domu bez pomocy podpory? - zapytała z troską.
- Właśnie. Na pewno czujesz się na tyle dobrze, aby tak chodzić bez laski? - spytała Ludwika, nie kryjąc swego niepokoju o bratanka.
- Spokojnie, ciociu. Czuję się już dużo lepiej - odpowiedział Ludwik z bardzo serdecznym uśmiechem na twarzy - Ale miło mi, że tak się wszyscy o mnie tutaj troszczycie.
- Jesteś tu zawsze mile widzianym gościem, Ludwiku - powiedziała Sissi.
- Tak, to prawda. A o naszych gości zawsze troszczymy się równie mocno, co o siebie samych - dodała jej matka.
- Cieszę się. Wiecie, przyszedłem zobaczyć wasze lekcje, ale coś mi mówi, że chyba przyszedłem spóźniony - powiedział Ludwik.
- Owszem, na dzisiaj już koniec zajęć - zarządziła jego ciotka - Ponadto, o ile mnie pamięć nie myli, dzisiaj ma przyjechać Franciszek. Sissi musi przygotować się na jego wizytę. W końcu to jej narzeczony. Zasługuje na specjalne względy.
Ludwik obserwował uważnie Sissi, jak promienieje ona pod wpływem tej tak bardzo przyjemnej dla niej wiadomości. Poczuł wówczas w sercu jakieś delikatne ukłucie bólu i goryczy, którego znaczenia domyślał się, choć wstydził się go nawet przed samym sobą. Było to uczucie zazdrości, które czuł, a którego czuć wcale nie chciał, a które niestety silniejsze było od niego. Zasmucony robił jednak do innych minę wesołą i serdeczną, aby nikt nie zauważył, jak bardzo go przygnębiła wieść o przybyciu jego rywala.

***

Zgodnie z zapowiedzią, Franciszek przybył do Sissi w godzinach niedługo po południu. Księżniczka ucieszyła się tak mocno na jego widok, że zapominając o tym, czego się uczyła od baronowej, podbiegła do ukochanego, rzuciła mu się w nieco dziki sposób na szyję i czule go ucałowała, ku wielkiemu aplauzowi swoich bliskich i ku wielkiemu niezadowoleniu ze strony baronowej, urażonej bardzo tym jawnym łamaniem świętej dla niej etykiety. Była jednak w tej kwestii całkowicie osamotniona, ponieważ wszyscy inni byli szczęśliwi, że widok ukochanego w Sissi wzbudził taki entuzjazm i radość. Dlatego baronowa straciła humor do końca dnia i nic nie zapowiadało, aby miała go odzyskać nazajutrz.
Nie tylko ona jedna tego dnia borykała się z brakiem dobrego nastroju. Drugą osobą, która zdecydowanie nie miała powodów do radości była Maria. Powody do takiego, a nie innego zachowania były jednak zupełnie inne niż powody Helgi von Tauler. Mała Maria była bowiem zazdrosna o brata i jego niezwykle bliskie relacje z Ilary. Dotąd śmiała się z tego, że Teodor zakochał się w dziewczynce i próbuje jej z tego powodu unikać, obecnie jednak nie było już jej do śmiechu, bo chłopiec się przełamał i dał do zrozumienia córce baronowej, że bardzo ją lubi, a nawet więcej, a ta dała mu do zrozumienia, że odwzajemnia to uczucia. Nim się zatem panienka Maria spostrzegła, jej starszy brat chodził z Ilary dosłownie wszędzie. Wszystko robili razem, wszędzie razem wychodzili i zawsze razem wracali. Maria z kolei się przy nich czuła jak piąte koło u wozu, a zakochana para zdawała się tego wcale nie dostrzegać, tak mocno była zajęta sobą. Więcej, oboje niekiedy uciekali od Marii i wszystkich innych osób, aby spędzić czas tylko we dwoje. Dziewczynkę bardzo szybko zaczęło to drażnić, bo nie miała się z tego powodu z kim bawić, ponadto zaś Teodor był jej zawsze bardzo bliski i świadomość, że musi się nim dzielić z kimś innym, wywoływał u niej ogromne niezadowolenie. Z tego powodu, chociaż wcześniej bardzo lubiła Ilary, teraz nie była w stanie nawet na nią patrzeć.
- Głupia dziewucha - mówiła do siebie w duchu - Musiała tutaj przyjeżdżać z tą swoją pompatyczną mamusią? Musiała kraść mi brata? A tak cudownie nam we dwoje zawsze było, a teraz co? Wszystko musiała zepsuć!
Maria liczyła jeszcze na to, że Teodorowi przejdzie zachwyt nad Ilary i znowu zajmie się swoją rodzoną siostrą, tak się jednak nie stało. Minęło kilka dni, a ten głupek, jak go w duchu nazywała Maria, ciągle sprawiał wrażenie zachwyconego Ilary i to jeszcze bardziej niż przedtem. Dziewczynka była wściekła z tego powodu i chodziła po domu, głośno tupiąc nogami i czasami ze złości kopiąc meble. A gdy tylko zobaczyła, przechadzając się po pobliskiej łące, że Teodor wręcza właśnie Ilary kwiaty, a ta daje mu za to buziaka, w dziewczynce się coś zagotowało. Miała wielką ochotę podbiec do nich, wyrwać Ilary te kwiaty, podeptać je i nawrzeszczeć na oboje, ile tylko sił w płucach. Sama nie wiedziała, dlaczego tego nie zrobiła, a zamiast tego uciekła z płaczem do altanki znajdującej się w ogrodzie. Tam oparła się dłonią o jedną z kolumn, otarła łzy i powiedziała:
- Co za okropny dzień.
- Coś się stało, Mimi? - spytał ją dobrze jej znany głos.
Spojrzała w głąb altany i zobaczyła Ludwika siedzącego na ławce i bacznie ją obserwującego. Uśmiechnęła się delikatnie, bo jej kuzyn, chociaż dużo starszy, był dla niej zawsze bardzo miły i serdeczny, dlatego poczuła, że może opowiedzieć mu o swoim problemie. Przecież on jest taki mądry, na pewno zna wiele sposobów na to, jak sobie poradzić ze złamanym sercem i zaniedbującym ją starszym bratem.
- Tak, Ludwiku. Jestem strasznie zła - powiedziała dziewczynka.
- A na kogo jesteś taka zła? - spytał Ludwik z uśmiechem na twarzy.
- Na Teodora. Już od kilku dni nie ma dla mnie w ogóle czasu. Zostawił mnie dla tej całej Ilary.
Jakby na dowód, wskazała palcem znajdującą się niedaleko rzekę, przy której brzegu stali Teodor i Ilary, puszczający właśnie latawca. Widać było wyraźnie, że doskonale się przy tym bawią.
- Urocza z nich para, nie sądzisz? - zapytał Ludwik.
Marię wstrząsnęło.
- Jesteś po jego stronie? - spytała ze złością.
Wiedziała, że dorosłym nie można ufać. Ludwik był kochany, ale mimo tego, to przecież dorosły. Czy jakikolwiek dorosły zrozumie dziecko?
Ludwik chyba domyślił się, że zranił jej uczucia, bo szybko przeprosił i rzekł, że nie to wcale miał na myśli. Po prostu cieszy go, że Teodor jest zakochany, a co do Marii, to poprosił, aby usiadła obok niego. Kiedy dziewczynka to zrobiła, od razu przeszedł do pomagania jej.
- Posiedź trochę ze mną, Mimi. Zawsze możesz ze mną porozmawiać, jeżeli jest ci smutno.
- Nie jest mi smutno. Jestem zła - burknęła dziewczynka.
- Wiem, co czujesz - odpowiedział Ludwik, przypominając sobie, co czuje do Sissi i co się z nim dzieje, gdy widzi ją w ramionach Franza - Trudno jest dzielić się kimś, kogo kochasz. Trudno zrezygnować z towarzystwa ukochanych osób, ale pamiętaj, że kiedyś musiało to nastąpić. Każdy z nas kiedyś zaczyna szukać kogoś jeszcze, z kim będzie spędzać czas, bo odkrywa, że rodzina i rodzeństwo już mu nie wystarczają do szczęścia. Niezależnie jednak od tego, zawsze bliskie mu osoby będą mu bliskie, nawet jeżeli już nie będzie spędzał z nimi tyle czasu, co wcześniej i już nie są one jedynymi bliskimi mu osobami. Poza tym, Teodor zawsze będzie twoim bratem i nic tego nie zmieni. A i ty kiedyś znajdziesz kogoś, kogo polubisz tak mocno, jak on Ilary.
Dziewczynka słuchała go bardzo uważnie. Słowa kuzyna brzmiały mądrze i nieco napełniły otuchą jej zbolałe serduszko, choć nadal było w nim sporo smutku. Dodatkowo nie wierzyła w to ostatnie, że ona mogłaby zachowywać się tak samo, jak teraz zachowuje się Teodor. Nie wyobrażała sobie, aby kiedykolwiek mogła tak zacząć wariować na punkcie jakiegokolwiek chłopca.
- Nie wierzę. Ja tak nigdy nie będę się zachowywać jak on - zarzekła się.
Ludwik zaśmiał się i delikatnie położył dłoń na ramieniu dziewczynki.
- Nie opowiadaj na wiatr, Mimi. Nie wiemy, co nam przyniesie czas. Wcale nie jest to takie pewne, że nigdy nie poczujesz tego samego uczucia, które Teodor czuje do Ilary. Więcej ci powiem, ja jestem przekonany, że je poczujesz i któregoś dnia polubisz kogoś tak mocno.
Maria westchnęła głęboko. Czyżby Ludwik miał rację? I ona także będzie się tak kiedyś zachowywać? Tak głupio jak Teodor? To po prostu straszne!
- Naprawdę tak myślisz? Że polubię kogoś bardziej niż brata?
- Inaczej - powiedział Ludwik - Nie bardziej, a inaczej.
Maria nadal miała wątpliwości połączone z lekkim strachem, co będzie, jeśli jej kuzyn ma jednak rację i ją też kiedyś dopadnie taka miłość. Ta przerażająca siła, która sprawiała, że Sissi wariowała na punkcie Franciszka, a Teodor na punkcie tej całej Ilary. Jak ona nie lubiła tego imienia. To dziwne, bo początkowo wydawało się jej ono bardzo ładne.
- Ale skoro jesteś smutna, może wymyślisz zabawę dla waszej trójki? - spytał po chwili Ludwik.
Dziewczynka rozpromieniła się. Takiej rady było jej potrzeba. Radośnie czule się do kuzyna uśmiechnęła, potem uściskała go, ucałowała w oba policzki, bardzo mocno mu dziękując i wyszła z altany, mijając po drodze Sissi, która delikatnie zmierzwiła jej włosy dłonią.
- Czyżbyś znowu pomagał mojemu rodzeństwu w ich kłopotach sercowych? - zapytała dowcipnym tonem.
- Znowu? A skąd wiesz, że już to robiłem? - zdziwił się Ludwik.
- Teodor mi powiedział, jak pomogłeś mu zbliżyć się do Ilary. Jestem ci za to bardzo wdzięczna, bo widziałam, że ona mu się podoba, tylko nie umiał do niej podejść i z nią porozmawiać.
- No, ten problem był nieco głębszy, ale niech to, Sissi, pozostanie już między nami mężczyznami.
Sissi parsknęła śmiechem, oczywiście nie zamierzając zadawać Ludwikowi niepotrzebnych pytań, bo jeżeli Teodor powierzył mu pewne sekrety swojej duszy, ona nie miała prawa go o to wypytywać. Usiadła zamiast tego na ławce tuż obok kuzyna i powiedziała:
- Pamiętam, jak byłam w wieku Marii. Ja i Franciszek siadaliśmy wtedy tutaj i rozmawialiśmy o różnych sprawach. A ty, starszy kuzyn, dorosły i taki kochany, siadałeś tutaj z nami i się z nami bawiłeś albo nas pocieszałeś, gdy mieliśmy jakiś problem. Pamiętasz to, Ludwiku?
- Bardzo dobrze to pamiętam. Wakacje u cioci Ludwiki, po której mam imię, oczywiście w wersji męskiej, były zawsze czymś cudownym - odpowiedział nieco zamyślonym tonem Ludwik.
Doskonale to wszystko pamiętał. I nic w tym chyba dziwnego. Przecież były to jedne z najpiękniejszych wspomnień w jego życiu. Zawsze bardzo miło do nich wracał. Teraz jednak czuł się okropnie z ich powodu. Przecież te wspomnienia, to wyraźny dowód na to, że zadurzył się w swojej małej kuzynce. Tej dziewczynce, która potrafiła jednym razem być na niego i próbować mu rozkazywać, tupiąc przy tym ze złości nóżką, a innym razem siadała mu na kolanach i wypłakiwała mu się ze swoich największych trosk. Czy patrzenie na nią jak na atrakcyjną kobietę teraz było normalne? Ponadto, czy tak należało robić, kiedy ma się narzeczonego, a do tego jest z nim się szczęśliwą? Nie, to było zdecydowanie nie w porządku wobec siebie i wobec niej. Ludwik poczuł, że musi wyrzucić to uczucie z serca, bo im szybciej to zrobi, tym szybciej odzyska spokój, a jego mała kuzynka znowu będzie dla niego jedynie małą kuzynką, dla której on był niczym starszy brat. Oboje tylko na tym skorzystają.
- Coś się stało, Ludwiku? - zapytała Sissi, widząc, że jej kuzyn jest smutny.
- Nie, nic takiego - skłamał Ludwik, próbując jakoś zamaskować dręczące go uczucia - Po prostu naszła mnie nostalgia za tym, co minęło i nie wróci. Wszystko wtedy wydawało się łatwiejsze. Choć niekoniecznie takie było.
- To prawda. Wcale nie było wtedy życie łatwiejsze. Po prostu nam się wtedy wiele rzeczy wydawało takich prostych i nieskomplikowanych. Teraz jest inaczej. Nie wiem, czy lepiej, czy gorzej, ale na pewno inaczej. Jednak pewne rzeczy nadal pozostają takie same.
- Jak moja miłość do ciebie, Sissi - padła nagle niespodziewana odpowiedź ze strony kolejnej osoby, która właśnie weszła do altany.
To był Franciszek Józef, wciąż w stroju podróżnym. Sissi radośnie podbiegła do niego, po czym bardzo czule go uściskała i ucałowała. Ludwik uśmiechnął się przyjaźnie do Franza, choć w głębi duszy czuł, że serce mu pęka na kawałki.
- Cieszę się, że przyjechałeś - powiedziała Sissi do swego ukochanego - Tak bardzo za tobą tęskniłam. A lekcje z baronową są strasznie męczące.
- Tak bardzo cię piłuje, najsłodsza? - spytał Franciszek.
- Nie bardzo, po prostu te jej lekcje są okropne.
- Rozumiem. Ale spokojnie, poradzisz sobie z nimi. Ty zawsze ze wszystkim sobie radzisz, kochanie.
Następnie Franciszek zwrócił się do Ludwika.
- Podobno miałeś niewesołą przygodę w lesie. Cieszy mnie, że widzę cię teraz w pełni sił.
- Czy w pełni to nie wiem, jeszcze trochę słabo się czuję, ale spokojnie, to jest tylko chwilowe - odpowiedział Ludwik.
- To dobrze. Naprawdę wszyscy byliśmy zaniepokojeni twoją przygodą.
- Domyślam się. No cóż... Będę na przyszłość bardziej ostrożny.
Chwilę później Sissi i Franciszek poszli na spacer, a Ludwik poczuł, że teraz naprawdę o wiele lepiej rozumie uczucia małej Marii.

***

Sobota minęła wszystkim bardzo przyjemnie. Przybycie cesarza sprawiło, że wszyscy niemalże stawali na głowie, aby dobrze się czuł w Possenhofen i chciał tu częściej przyjeżdżać. Szczególnie przodowała temu baronowa von Tauler, która to uważała za swój obowiązek nadskakiwać cesarzowi we wszystkim. Franciszek, jak to łatwo było się domyśleć, nie oczekiwał tego jednak od niej, ani od nikogo w tym domu. Jedyne, co chciał, to mieć jak najwięcej czasu dla Sissi, aby oboje mogli się sobą w pełni nacieszyć. Tak też się zresztą stało, a nikomu z domowników i gości nie przyszło do głowy, aby im przeszkadzać. Nawet baronowa nie próbowała w jakikolwiek sposób ingerować w samotne przechadzki Sissi i Franciszka czy też ich przejażdżki konne lub wycieczki łódką po rzece. Mimo, iż była zdania, że to nie wypada, aby narzeczeni bez obecności przyzwoitki spędzali tyle czasu sam na sam, to nie ośmieliła się powiedzieć cesarzowi, iż uważa zachowanie jego i Sissi za niezgodne z protokołem.
Niedziela z kolei była jeszcze przyjemniejszym dniem. Sissi nie miała wtedy mieć żadnych zajęć i mogła w pełni poświęcić swój czas Franciszkowi. Ten rzecz jasna, był z tego powodu zachwycony, a ponieważ nie chciało im się obojgu robić dokładnie to samo, co poprzedniego dnia, Sissi zaproponowała im wycieczkę w góry, w ich ulubione miejsce, po którym kiedyś tak lubili chodzić. Franciszek się na to zgodził bez wahania. Oboje przebrali się szybko w bawarskie wiejskie stroje, jakie nadawały się do chodzenia po górach i z ogromną przyjemnością w sercach poszli w ustalone przez siebie miejsce. Zanim jednak to nastąpiło, zaniepokojony książę Maksymilian poprosił do siebie Ludwika, aby z nim porozmawiać.
- Drogi chłopcze, Franz i Sissi chcą udać się w góry na wycieczkę - rzekł do Ludwika, przechodząc szybko do rzeczy.
- Tak, wiem o tym. Sissi już mi o tym mówiła - odpowiedział Ludwik - Boi się wuj, że coś im się tam może stać?
- No, niezupełnie to mam na myśli - Maks wyglądał na nieco zmieszanego - Widzisz, jak zapewne dobrze wiesz, podejście mężczyzny do zbliżeń płciowych... Chyba wiesz, co mam na myśli, prawda?
- Tak, wiem - odparł Ludwik, z trudem powstrzymując się od śmiechu, bo już zaczął się domyślać, do czego jego wuj zmierza - Mów dalej.
- A więc podejście mężczyzny do zbliżeń intymnych pomiędzy mężczyzną a kobietą bez ślubu z ich strony zmienia się diametralnie, kiedy zostaje ojcem córki.
- Jestem sobie w stanie to wyobrazić.
- I chodzi o to, że... Bo widzisz, Ludwiku, ja bynajmniej nie chcę niczego tu sugerować, ale po prostu bardzo się niepokoję o Sissi. Franciszek na pewno kocha ją szczerze, jednak słyszałem już różne pogłoski o jego romansach i... No, krótko mówiąc, nie mam pewności, czy zachowa cześć mojej córki do ślubu z nią. Ja tam oczywiście wiem, że jako narzeczony posiada już prawa męża, jednak wolałbym, aby moje zupełnie nieobeznane w tym temacie dziewczątko nie było przypadkiem zhańbione w dniu swego ślubu, kiedy wyjdzie na jaw, że ona i Franz... Bo przecież to wyjdzie na jaw. Te ich ceremonie są takie, że nie ma szans, aby wtedy wszystko się nie wydało.
- Rozumiem, wuju. Ale do czego ja ci jestem potrzebny?
- Chodzi o to, abyś za nimi poszedł. Znaczy z nimi. Abyś im towarzyszył i się upewnił, że oboje zachowują się obyczajnie. Wczoraj co prawda jeździli konno po całej okolicy, pływali łódką i spacerowali, ale zawsze miałem ich na oku.
- Niech zgadnę. Wuj obserwował ich przez lunetę ze swojego gabinetu?
Widząc ironiczne spojrzenie Ludwika, Maksymilian zrozumiał, że udawanie, iż tak nie jest, było pozbawione sensu. Dlatego westchnął głęboko i powiedział:
- Jak kiedyś zostaniesz ojcem córki, to być może wtedy zrozumiesz, co teraz ja przeżywam. Nie ufam tak do końca Franciszkowi. Za mocno ulega swojej matce i prócz tego miał na swoim koncie kilka romansów. Nie wiem, czy się zmienił. Nie wiem, czy będzie wierny Sissi. Ale nawet jeśli tak, to wolę, żeby jej nie skrzywdził w wiadomy nam sposób. Świadomie jej nie zrani, zgoda, ale mimo wszystko może postąpić niemoralnie i nie widzieć w tym nic złego. Wiem, że takie coś jest bardzo możliwe. Dobrze bowiem znam takich uwodzicieli. Sam byłem kiedyś taki. Tylko, że ja wydoroślałem, ale nie mam gwarancji, że on też.
Ludwik naprawdę z trudem już powstrzymywał się od śmiechu. Nie chciał jednak urazić wuja, dlatego pokiwał lekko głową na znak zrozumienia i rzekł:
- Czyli, krótko mówiąc, mam pilnować niewinności Sissi podczas wycieczki w góry?
- Tak, bardzo cię o to proszę, Ludwiku. Nie wiem, komu mógłbym powierzyć to zadanie. Do tego potrzeba mężczyzny, a innego prawdziwego mężczyzny tutaj chwilowo nie ma. Dlatego proszę cię, idź tam z nimi.
Ludwik nie bardzo lubił chodzić po górach, jednak nie umiał odmówić w tej sytuacji wujowi, chociaż jego zarzuty wobec Franciszka wydawały mu się być co najmniej zwariowane. Nie chciał jednak oceniać zachowania wuja, wychodząc z założenia, że być może ma on rację i kiedyś, jak sam zostanie ojcem, zrozumie to, co on teraz czuje i zgodził się asystować Sissi i Franciszkowi podczas wycieczki.
Wrócił więc do swojego pokoju, przebrał się w strój wiejski, idealny do tego rodzaju wycieczek, po czym wyszedł na zewnątrz, gdzie właśnie byli Franciszek i Sissi, szykujący się do wyjścia. Jego obecność bardzo ich zdziwiła.
- Ludwiku, a co ty tu robisz? - zapytała Sissi.
- Postanowiłem pójść na wycieczkę po okolicach dawno już przez siebie nie widzianych - odpowiedział Ludwik - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam wam w realizacji jakiś planów.
- Skądże, po prostu jesteśmy zaskoczeni - odpowiedział Franciszek - Ale jeśli chcesz iść z nami, to nie widzę przeszkód.
Sissi spojrzała na kuzyna spode łba, niemal tak samo, jak wtedy, kiedy była jeszcze dzieckiem i spytała:
- Tata ci kazał, prawda? Masz nas oboje pilnować, żebyśmy nie zrobili czegoś niemoralnego w czasie tej wycieczki?
- Że słucham? Ależ skąd! Sissi, podejrzewasz swojego ojca o takie rzeczy? - zapytał dowcipnym tonem Ludwik.
- Kuzynku, nie opowiadaj bajek. Zawsze włącza mi się ostrzeżenie, kiedy mi próbujesz coś kręcić. Powiedz prawdę. Tata ci kazał, tak?
- Poprosił mnie o to. Jesteś w końcu jego oczkiem w głowie. Spróbuj go więc zrozumieć, choć na pewno nie jest to łatwe.
Sissi wybuchnęła gromkim śmiechem, podobnie jak i Franciszek. Ludwikowi ich dobry humor szybko się udzielił, bo również dołączył do tego wesołego chóru. Śmiali się tak przez chwilę, a potem Sissi powiedziała, że wita w drużynie i żeby już ruszali, bo inaczej cały dzień im minie na gadaniu.

***

Kiedy Franciszek z Sissi oraz Ludwikiem ruszyli w stronę gór, Maksymilian uznał, że powinien wykazać się przed baronową jako wzorowy gospodarz. Ponadto denerwowało go to, iż kobieta ta jest tak pedantycznie nastawiona do zasad, jakie panują na dworze i zgodnie z którymi musi uczyć jego córkę tak, a nie inaczej. Raz czy dwa był świadkiem lekcji prowadzonych przez baronową i uznał, że są one co najmniej bezsensowne. Ponieważ często trzymały się go żarty, postanowił wyciąć tej kobiecie tak sztywnej, jakby kij połknęła, pewien mały numer.
- Droga baronowo! Ponieważ dzisiaj nie ma pani co robić, zapewne czuje się pani strasznie znudzona! - zawołał serdecznym i bardzo przyjaznym tonem, kiedy tylko zobaczył Helgę von Tauler.
- Przeciwnie, Wasza Książęca Mość. Wcale się nie nudzę - odparł kobieta.
Po jej tonie, łatwo było wywnioskować, że próbuje zakończyć tę rozmowę tak szybko, jak się ona zaczęła. On jednak nie zamierzał na to pozwolić.
- Szanowna pani, jest pani tutaj naszym gościem, a jakoś nie miała pani dotąd okazji, aby obejrzeć naszą posiadłość. A zapewniam panią, że jest co zwiedzać.
- Nie wątpię w to, ale nie chcę chodzić sama po okolicy. Jeszcze zabłądzę, a poza tym, nie wiem, czy to wypada chodzić po cudzym domu samotnie.
- Ale dlaczego zaraz samotnie? Z przyjemnością panią oprowadzę.
Zanim baronowa zdążyła zaprotestować, Maksymilian porwał ją ze sobą, po czym zaczął oprowadzać po swoim domu, pokazując wiele jego zakamarków oraz opowiadając o nich niczym rasowy przewodnik. Początkowo baronowa była tym nawet zainteresowana i chętnie słuchała, co do niej mówił Maksymilian, ale kiedy tylko zorientowała się, że ten prowadzi ją po obejrzeniu pałacu do folwarku, który znajdował się niedaleko, zaczęła lekko protestować. Takie miejsce napawało ją tak wielkim niepokojem, jakby miała zwiedzać co najmniej rzeźnię. Była przerażona możliwością zetknięcia się osobiście z tymi wiejskimi i śmierdzącymi na daleką odległość zwierzakami, których to zapachu nawet flakonik porządnych perfum nie byłby w stanie całkowicie usunąć. Próbowała się tłumaczyć i jakoś wymigać od tego wszystkiego, ale Maksymilian nie zamierzał odpuszczać.
- A tutaj właśnie jest nasz folwark - opowiadał, wprowadzając ją na teren tego wyżej wzmiankowanego miejsca - Jak pani widzi, dobrze prosperuje. Wszystko tu jest dopięte na ostatni guzik. Zreformowałem nieco pracę miejscowych chłopów i ludzi pracujących tutaj, zgodnie z najnowszymi pomysłami z Zachodu. Widziałem tak dobrze prosperujące folwarki w kilku innych krajach i mogę panią zapewnić, że lepszych pani nie znajdzie na całym świecie.
- Wierzę panu na słowo - odpowiedziała baronowa, zdegustowana miejscem, w którym musi chwilowo przebywać.
Maksymilian zaprowadził ją do sadu, gdzie pokazał jej jabłonie. Oczywiście z miejsca zaczął je wychwalać i dowodzić, że bardziej soczystych jabłek z tak mile chrupiącą skórką nie znajdzie ona w całej Bawarii. Potem podstawił pod jedno z drzew drabinę i zaproponował, żeby baronowa weszła i spróbowała zerwać sobie kilka z nich i sama oceniła. Kobieta próbowała protestować, ale ostatecznie uległa i zrobiła to. Niestety dla niej, podczas zrywania jabłek jedna z gałęzi napięła się jak struna i uderzyła ją w twarz, co spowodowało, że spadła z drabiny prosto na to miejsce, którego nazwy wymawiać w towarzystwie nie wypada.
- Ojej, nic się pani nie stało, baronowo? - zapytał z udawaną troską Maks.
- Nie, to przez moją nieostrożność - odpowiedziała dyplomatycznie kobieta.
Maks pomógł jej się pozbierać, po czym zabrał ją na łąkę, gdzie pasły się ich konie i kilka krów. Następnie podstawił jej stołek i wiadro, po czym rzekł:
- Nauczę panią teraz, jak doić krowy. To wbrew pozorom bardzo proste. Jeśli tylko się opanuje podstawy, to dalej już idzie łatwo.
Baronowa zmieszana i przerażona jednocześnie, z trudem próbowała mówić, że nie nadaje się do tego. Maks niemal siłą ją posadził na stołku i zaczął zachęcać do dojenia. Kobieta z obrzydzeniem dotykała krowich wymion, niemalże mdlejąc od zapachu zwierzęcia i widoku latających nad nim much, ale nie zdołała wycisnąć z nich ani kropli mleka.
- Och, źle się pani zabiera. To się robi tak.
Po tych słowach, Maks pokazał kobiecie, jak należy doić, niechcący albo też całkowicie specjalnie robiąc to tak, aby kilkanaście kropel spadło na twarz Helgi von Tauler. Ta przechyliła się za siebie i spadła ze stołka prosto na trawę. Książę zaś łaskawie uznał, że chyba kobieta do tego się nie nadaje i zaprowadził ją prędko do kurnika, gdzie pokazał jej, jak jego pracownicy zbierają jajka. Baronowej to się wydawało jeszcze bardziej obrzydliwe od dojenia krów, ale nie zdążyła tego nawet powiedzieć, bo kury zaczęły podskakiwać z jednej strony kurnika na drugą, gubiąc przy tym pióra, z których wiele wylądowało we włosach baronowej. Maksymilian widocznie dobrze się przy tym bawił, ponieważ zaraz potem zabrał ją do miejsca, gdzie za drewnianym płotkiem siedziały w błocie świnie.
- A tutaj są nasze świnki. Piękne, prawda? - zapytał dowcipnie Maks.
- Och tak. Są wyjątkowo piękne - odpowiedziała baronowa, zatykając sobie palcami nos, aby uwolnić go od intensywnego smrodu, które zwierzęta wydzielały.
- Może chciałaby je pani nakarmić?
- Dziękuję, nie skorzystam z tej przyjemności.
Baronowa odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku pałacu, kiedy nagle się poślizgnęła na mokrej od błota ziemi, straciła równowagę, wykonała kilka kroków do tyłu, po czym niespodziewanie przechyliła się przez płotek, przeleciała przez niego i wylądowała w błocie, niedaleko świń, które przerażone odskoczyły na bok. Maksymilian nie planował tego, ale nie potrafił powstrzymać się od ironicznego uśmieszku, gdy to zobaczył. Udając jednak troskę, przeskoczył zwinnie przez płot i powiedział, pomagając kobiecie wstać:
- Bardzo mi przykro, pani baronowo. Nie wiedziałem, że ziemia tu taka śliska i mokra. Naprawdę bardzo panią przepraszam.
- Nic się nie stało, książę. To tylko niefortunny zbieg okoliczności - odparła na to baronowa, będąc już w kompletnym szoku.
Maksymilian uznał, że wystarczy już tej zabawy, po czym zabrał kobietę do domu, gdzie przed wejściem zastała ich Ludwika.
- I jak się pani podoba okolica? - spytała, ale chwilę potem doznała szoku, gdy zobaczyła, że baronowa jest cała utaplana w błocie, a z jej sukni oraz włosów wystają kurze pióra, liście z jabłoni i trawa.
Po minie swojego męża, Ludwika łatwo wywnioskowała, że to on odpowiada za to wszystko i zapytała:
- Mogę wiedzieć, co tu się stało?
- Baronowa poznała uroki życia na wsi - odpowiedział jej mąż, jakby nigdy nic - Zbierała jajka, zrywała jabłka, doiła krowy... Ale była zabawa.
- Rozumiem, że nie dla pani - powiedziała wyrozumiałym tonem Ludwika.
- Stanowczo nie - odparła kobieta nad wyraz ponurym tonem - Proszę teraz o wybaczenie księżną panią, ale muszę doprowadzić się do porządku. Moja córka, ani tym bardziej cesarz i księżniczka Elżbieta nie powinni mnie zobaczyć w takim stanie.
- To zrozumiałe. Każę pani przygotować gorącą kąpiel.
Baronowa z wdzięcznością dygnęła przed nią i odeszła, a Ludwika spojrzała ze złością na męża, niemalże duszącego się od śmiechu.
- No co? - spytał Maksymilian, udając niewiniątko.
- Już ty bardzo dobrze wiesz, Maks - odparła ze złością Ludwika - Dorosły mężczyzna, a zachowuje się jak sztubak z pierwszej klasy.
- Żartujesz? W szkole nigdy tak dobrze się nie bawiłem - odpowiedział Maks.

***

Bycie przyzwoitką, czy może raczej piątym kołem u wozu zdecydowanie nie należy do najprzyjemniejszych zajęć. Ludwik wiedział o tym, wybierając się wraz z Sissi i Franzem na wycieczkę, jednak nie umiał odmówić prośbie wuja Maksa i to nie tylko dlatego, że bardzo go lubił, ale również i dlatego, że uważał, iż on dla zakochanych będzie wyrozumiały. Nie wiadomo natomiast, jak zareagowałby na ich pocałunki i częste przytulanie się ktoś inny, kogo zamiast niego wysłałby Maks na tę wycieczkę. Jeszcze by im przeszkadzał w każdy z możliwych sposobów i nie chciał dać ani chwili spokoju. Zwłaszcza, gdyby niespokojny o cześć swojej córki Maks tak mu kazał. Dlatego właśnie Ludwik uznał, że lepiej już chyba, aby to on się tym wszystkim zajął, przynajmniej pozwoli zakochanym na tyle swobody, ile tylko oni będą potrzebować. Nie zmieniało to jednak faktu, że dziwnie się czuł w towarzystwie zakochanych, szczebioczących ze sobą radośnie, trzymających się za ręce i od czasu do czasu całujących się czule. Ponadto zazdrość wywołana o Sissi była w nim na tyle silna, że musiał odwracać wzrok, aby na nie patrzeć na to, jak kolejny już raz oboje okazują sobie uczucie.
Sissi i Franciszek nie wiedzieli o tym wszystkim. Myśleli, że po prostu książę bawarski, wysłany tutaj częściowo wbrew swojej woli, po prostu wykonuje to, o co go poproszono, choć nie bardzo mu się to podoba. Nie chcieli go ranić, dlatego też nie zapominali o jego obecności, zagadywali go co chwila lub próbowali razem z nim żartować sobie na temat swoich wspomnień i przygód z czasów dzieciństwa. Pomimo to, ich pocałunki, przytulania czy trzymanie się za ręce zdecydowanie nie pomagały mu poczuć się lepiej. Czuł się nie tylko zazdrosny, ale też i całkowicie zbędny w tym towarzystwie, chociaż Sissi, domyślając się jedynie tego drugiego uczucia, robiła wszystko, aby tak nie było.
- Ludwiku, nie sądzisz, że tu jest po prostu pięknie? - zagadała go, kiedy na chwilę odeszła do Franciszka i podeszła do stojącego w tyle kuzyna.
- Tak, tu jest naprawdę pięknie - odpowiedział jej Ludwik, przy okazji patrząc uważnie na okolicę wokół siebie.
Znajdowali się na jednym ze skalnych pagórków porośniętego trawą. Łatwo się tam dostali, idąc ścieżkę prosto do niego prowadzącą. Znali dobrze tę drogę, bo w dzieciństwie wielokrotnie tam chodzili. Jak się okazało, po latach nadal jeszcze mieli w pamięci, gdzie ta ścieżka się znajduje i jak należy nią chodzić. Wycieczka ta była dla nich cudownym przypomnieniem miłych wydarzeń z lat dziecinnych, kiedy wszyscy razem byli młodsi i zdecydowanie bardziej beztroscy, nie musząc się przejmować tak wieloma rzeczami, jakimi przejmują się teraz. Nostalgia za tym wspomnieniem, połączona z pięknem widoku roztaczanego z tego miejsca, to było coś, czego Ludwik potrzebował, aby choć na chwilę nie przejmować się tym, co w jego sercu się kryło, a o czym jego kuzynka nie powinna wiedzieć.
Przypomniał sobie, jak kiedyś poszedł z Sissi, Nene, Franzem i Karolem w to samo miejsce i jak wszyscy razem podziwiali okolicę, próbując przekrzyczeć dla zabawy echo. Sissi wówczas zerwała kilka kwiatów i podarowała je Ludwikowi, aby go przeprosić w ten sposób za to, że niedawno była wobec niego niegrzeczna, a on łatwo jej wtedy wybaczył, bo nie umiał długo chować do niej urazy.
- Hej, Sissi! Zobacz, jaki stąd piękny widok! - przerwał te rozmyślania Franz, który właśnie stanął na samym brzegu pagórka i przyjął pozę zdobywcy nowego i nieznanego mu wcześniej lądu.
- Wiem, tu widok jest zawsze piękny! - zawołała wesoło Sissi.
Franciszek zadowolony rozłożył ręce na obie strony, nabrał powietrza w płuca i zawołał głośno:
- Sissi! Świat należy do nas! Jesteśmy władcami świata!
- Uważaj, władco świata! Jak wejdziesz na sam szczyt, to jedyna droga, jaka ci została, prowadzi na dół - odpowiedziała dowcipnie Sissi.
- Nie martw się, kochana. Jestem cesarzem, a cesarze mają zawsze szczęście. Zwłaszcza, kiedy mają tak wspaniałe narzeczone.
To mówiąc, wykonał nieco gwałtowny krok, aby podejść do ukochanej. Zbyt gwałtowny, jak się okazało, ponieważ niechcący poślizgnął się nagle na piasku, a jego lewa noga poleciała do tyłu, a wraz z nią prędko poleciała cała reszta. Sissi i Ludwik nie zdążyli nawet mrugnąć okiem, kiedy usłyszeli jego krzyk, a za chwilę zobaczyli spadającego z wzgórza cesarza. Sissi wrzasnęła wówczas z przerażenia i ruszyła biegiem w kierunku miejsca, z którego doszło do wypadku. Wychyliła się, po czym z ulgą zobaczyła, że Franciszek trzyma się kilkanaście metrów pod nimi jakieś wyrwy skalnej, a nogami machami desperacko w powietrzu. Poczuła wielką radość, że przeżył, ale i ogromny strach. Jeżeli zaraz czegoś nie zrobią, Franciszek spadnie, a pod jego stopami majaczyła głucha przepaść, w której dna spostrzec nie można było z miejsca, w którym się znajdowali.
- Franz, trzymaj się! - krzyknęła do ukochanego Sissi.
- Spokojnie, najmilsza. Nie mam zamiaru puścić tej skały. Chyba ona i ja się dosyć polubiliśmy - odpowiedział Franciszek, siląc się mimo tej sytuacji na żarty.
Ludwik szybko zareagował na tę sytuację. Widząc Franciszka wiszącego na tej stromej skalnej półce, szybko wydobył z plecaka linę, którą zawsze zabierał ze sobą na tego rodzaju wycieczki, po czym przewiązał się nią w pasie i rzucił szybko jej koniec Franciszkowi.
- Łap, Franz! Zaraz cię wciągniemy! - krzyknął do niego.
Cesarz nie należał do ludzi strachliwych. Niejeden raz już się wspinał i miał w tej dziedzinie sporą wprawę. Co prawda, nigdy jego życiu nie zagrażało aż takie niebezpieczeństwo, ale umiał zachować zimną krew, dlatego z trudem, bo nie było to znowu takie proste, zdołał schwytać linę mu rzuconą i zawisł na niej, ściskając ją mocniej niż Sissi, gdy trzymał ją w ramionach.
- Dobrze, możecie wciągać! - zawołał.
Niestety, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ludwik nie należał do ułomków, ale i dla niego wciągnięcie dorosłego mężczyzny nie stanowiło rzeczy łatwej. Sissi dość szybko to zrozumiała, gdyż zaczęła pomagać kuzynowi, również przewiązując się liną w pasie i zaczynając ciągnąc ją wraz z nim, ale i dla ich obojga okazało się to sztuką niezwykle trudną. Zdołali jedynie wciągnąć go na zaledwie kilkanaście centymetrów i czuli, że zaraz siły ich opuszczą.
- Franciszku, nie damy rady. Musisz nam pomóc! - zawołała Sissi.
- Oprzyj się nogami o skałę i spróbuj się wspinać - dodał Ludwik, czując, jak powoli traci dech w płucach z wysiłku.
- To nie jest łatwe - odpowiedział Franz.
- A myślisz, że nam jest łatwo?! - krzyknął ze złością Ludwik, kiedy zdołał choć na trochę odzyskać zdolność mówienia.
- Pomóż nam, Franz! - krzyczała Sissi - Oprzyj się nogami o skałę i wspinaj się na górę!
- Właśnie! Zrób coś z nogami! Możesz coś zrobić nogami?! - dodał Ludwik.
- Tak, pomachać. Pomoże wam to? - odparł nieco rozzłoszczony Franz.
Półka, na której wisiał nie należała do miejsc, na których łatwo było oprzeć nogi. Ledwie próbował to robić, a zaraz ziarenka ziemi i małe kamyki sprawiały, że tracił znowu grunt pod nogami. Nie było mu więc łatwo zrobić to, o co go teraz proszono, a ich poganianie wcale mu tego nie ułatwiało. Szybko jednak wziął się w garść, rozbujał się delikatnie, oparł nogami o dość mocną skałę, wytężył wszystkie siły i zaczął wchodzić na górę. Ludwik i Sissi, ciągnący linę, robili co w ich mocy, aby mu pomóc, jednak nie zostawił ich z tym samych. W końcu, po upływie kilku najdłuższych minut w ich życiu, które wydawały im się wiecznością, zdołał wejść na górę i opaść wraz ze swoimi wybawcami na trawę. Był już bezpieczny.
Cała trójka oddychała z trudem, gwałtownie łapiąc powietrze w płuca. Sissi czuła, jakby serce miało jej zaraz wyskoczyć z piersi, a Ludwikowi o mało ono nie wychodziło gardłem. W końcu oddech im się unormował, a Sissi i Franz popatrzyli na siebie, usiedli na trawie i objęli się zachłannie.
- Ty wariacie! Ty skończony wariacie! Już nigdy więcej nie stawaj tak blisko krawędzi! Słyszysz?! Już nigdy więcej! - wrzeszczała Sissi, płacząc i na zmianę okładając piąstkami Franciszka i całując go czule.
- Dobrze, kochanie. Więcej nie będę - odpowiedział jej Franz.
Jak na ironię, to kiedyś ona była mniej rozsądna niż on. Doskonale jeszcze to pamiętał, zwłaszcza tę przygodę na jeziorze. Nie wiadomo, jakby to się skończyło, gdyby on jej wtedy nie uratował. A teraz ona ocaliła jego. Widać, że bycie władcą i nie przeżywanie codziennie jakieś przygody pozbawiło go ostrożności. Wiedział, że będzie musiał to zmienić.
Ludwik tymczasem obserwował ich wszystkich i lekko się uśmiechnął na ten widok. W głębi serca czuł jednak wstyd. Przez chwilę bowiem, kiedy Franz z taką złośliwością mu odpowiedział, że może nogami jedynie pomachać, miał ogromną ochotę puścić linę i pozwolić mu spaść. Złość, jaka go wtedy na niego ogarnęła, zachęcała do tego, kusząc niczym Szatan Zbawcę na pustyni. Ostatecznie jednak dziki krzyk Sissi, który nastąpił chwilę potem, wyrwał go z tego odrętwienia i już bez żadnych wątpliwości pomógł jej uratować Franza. Mimo to, nie mógł sobie tak na zakończenie tej historii odmówić małej złośliwości.
- Ale następnym razem nie będę cię wciągał. Zobaczysz, Franciszku, pozwolę ci spaść, jeśli jeszcze raz tak zrobisz.
- Nie bój się. Nie zamierzam robić tego już nigdy więcej - odpowiedział na to Franz i obdarzył go przyjacielskim uśmiechem.
Obaj dobrze wiedzieli, że od tego momentu nieważne, co by się stało, oni już na zawsze będą przyjaciółmi.

***

Przygoda w górach była na tyle wstrząsająca, że Sissi wraz z ukochanym oraz kuzynem nie była w stanie wrócić od razu do domu. Zaproponowała, aby ona i jej towarzysze wybrali się do miejscowej wsi, gdzie znajduje się karczma, w której wszyscy razem ochłoną i ukoją nerwy. Propozycja została przyjęta jednogłośnie.
- Po takiej przygodzie, dobry kufelek bawarskiego piwa mi bardzo pomoże - stwierdził Ludwik.
- I trochę bawarskich kiełbasek do tego nie zaszkodzi - dodała Sissi.
- Ja nie jestem pewien, czy nie napiję się czegoś mocniejszego - rzekł Franz - Tego, co dzisiaj przeżyłem na trzeźwo nie zdołam przełknąć.
Ponieważ wszyscy byli jednomyślni w tej sprawie, zeszli ostrożnie po dobrze im znanej, bezpiecznej ścieżce na sam dół, po czym udali się w kierunku pobliskiej wsi. Sissi bywała tam wielokrotnie jako dziecko z ojcem, z którym nieraz dobrze się tu bawiła i zajadała z nim bawarskie kiełbasy. Kiedy zaś była już starsza, ojciec pozwolił jej też spróbować bawarskiego piwa, w którym bardzo zasmakowała. Jej matka miała początkowo zastrzeżenia, co do tego rodzaju metod wychowania ich córki, ale przestała oponować widząc, że Sissi nie popada wcale w nałóg picia ani też nie nabiera prostackich zwyczajów, a po prostu znajduje w tym wszystkim, tak jak i jej ojciec, prostą i drobną przyjemność, jaką każdy z nas posiada w życiu, ale z którą niekoniecznie chciałby się dzielić z innymi ludźmi. Z tego powodu matka nie zabraniała córce wycieczek z ojcem do karczmy, a nawet czasami sama pytała Sissi, czy dobrze się wtedy bawiła, słysząc zawsze odpowiedź, że wyśmienicie. Ta odpowiedź padła nawet wówczas, gdy Maksymilian pewnego razu wrócił do domu z podbitym okiem, efektem bójki, w którą wdał się z pewnym wrednym typem. Na szczęście Sissi wyszła z tej walki bez szwanku, bo Maks w odpowiedniej chwili kazał się jej schować i nie mieszać do tego. Ludwikę to cieszyło, ale oczywiście nie omieszkała powiedzieć mężowi, co myśli o takiego rodzaju zachowaniu z jego strony. A nie była to miła opinia.
- Ależ moja droga, zapewniam cię, że nic poważnego się nie stało - mówił do niej mąż - Tylko musiałem pewnemu panu wyjaśnić i to dokładnie, że nie życzę sobie aluzji, jakobym ja był pantoflarzem.
- I z tego powodu się z nim pobiłeś? - zapytała wówczas z politowaniem jego małżonka.
- Nie. Po tym wszystkim dodałem jeszcze, że to on tutaj się wymądrza, a w domu to pewnie boi się poprosić o szklankę wody tego swojego Heroda w kiecce. On wtedy nie wytrzymał, złapał za kufel, prasnął mnie przez łeb, ja mu oddałem i wtedy się zaczęło.
- Co to za wyrażenia, co? Prasnął przez łeb! Naprawdę. I to jeszcze przy Sissi tak mówisz. Za dużo tam spędzasz czasu i proszę, nabierasz manier niedźwiedzia. I jeszcze wracasz z podbitym okiem.
- To jeszcze nic, mamusiu. Szkoda, że nie widziałaś tego pana, z którym się tatuś bił. Ten wyglądał jeszcze gorzej - zauważyła wesoło Sissi.
Ludwika załamana tylko pokręciła głową i z pomocą służącej robiła mężowi okłady z lodu, celowo jednak przykładając je tak, aby go bolało.
- Może to cię oduczy sztubackich wybryków. Naprawdę, ja nie wiem, co ja mam z tobą zrobić? Raz się zachowujesz jak najmądrzejszy człowiek na świecie, a innym razem zachowujesz się jak bachor. Stary, głupi niedźwiedź z ciebie.
- Ale kochasz swojego niedźwiedzia, prawda? - zapytał czule Maksymilian.
- Tak i sama chwilami nie wiem, za co - burknęła Ludwika.
- Bo jestem najmilszym, najukochańszym, najczulszym, najmądrzejszym oraz najbardziej romantycznym mężczyzną w całej Bawarii - powiedział wesoło Maks.
- Tak i przy okazji najskromniejszym - zażartowała sobie jego żona, od razu odzyskując dobry humor.
Oczywiście od tego czasu Maks zaczął unikać sprzeczek w karczmie, nawet jeśli czuł, że jego honor zostaje wystawiony na szwank. Uznał też, że musi dawać Sissi o wiele lepszy przykład, pozostałym dzieciom zresztą też. Karczmę jednak od czasu do czasu dalej odwiedzał, a Sissi zawsze mu wówczas towarzyszyła. Dlatego też nowością dla niej było zajść do tego miejsca z Franciszkiem i Ludwikiem. Z nimi jeszcze nigdy tam nie była i to było dla niej ciekawą odmianą. Nigdy jeszcze nie była w tym miejscu z kimś innym niż ukochany tatuś, bo nie wiedziała, czy to dla kogoś innego może stanowić rozrywkę. Ponieważ jednak Franciszek i Ludwik nie mieli nic przeciwko temu, a nawet sami wykazali zainteresowanie konceptem Sissi, księżniczka tym chętniej ich tam zaprowadziła.
Stary Tyrolczyk, właściciel karczmy, był dobrym znajomym zarówno Maksa, jak i Sissi. Znał ich od dawna i niejeden raz chętnie się sam do nich przysiadał, pił z nimi piwo, jadł kiełbasy i opowiadał miejscowe plotki. Bardzo lubił księcia, jak i jego uroczą latorośl. Chociaż oboje dawno już nie widział, od razu teraz rozpoznał księżniczkę i przywitał ją bardzo serdecznie wraz z jej towarzyszami.
- To prawdziwa przyjemność dla mnie, powitać ponownie księżniczkę w tych naszych jakże niskich progach - powiedział do niej życzliwie - A szanowny tatuś czy zdrowy? Bo jakoś dawno go tu nie widziano.
- Tata ma obecnie inne sprawy na głowie i jakoś nie ma za dużo czasu, aby przychodzić do pana karczmy - odpowiedziała mu Sissi - A my byliśmy tu zupełnie przypadkiem. Tak po prostu sobie chodziliśmy po tej okolicy i postanowiliśmy się napić i coś zjeść. No, a tak poza tym, to przyznam, że trochę się już stęskniłam za pańskimi kiełbaskami i piwkiem.
- Z największą przyjemnością, księżniczko. Z największą przyjemnością. Już pani i pani towarzyszom służę! - zawołał oberżysta, nie kryjąc swojej radości.
Sissi z Franciszkiem i Ludwikiem usiedli przy jednym ze stolików, do którego zaraz dostarczono im talerz pełen bawarskiej kiełbasy i trzy kufle piwa. Dla Franza dostarczono jeszcze czegoś mocniejszego, bo rzeczywiście po tym, co go spotkało, zdecydowanie samo piwo to było za mało, aby doszedł całkowicie do siebie. Nie pogardził zatem buteleczką miejscowego wina. Pił je jednak sam, gdyż Ludwik i Sissi pozostali jednak przy piwie. Ludwik, ponieważ nie przepadał za alkoholem mocniejszego kalibru, a Sissi dlatego, że piwo było jej ulubionym napitkiem, a już zwłaszcza piwo bawarskie. Z miejsca przyszło jej też do głowy, że gdyby tak teraz mogła ich zobaczyć baronowa von Tauler, to chyba by padła trupem, bo zgorszona byłaby widokiem cesarza oraz jego narzeczonej w bawarskich strojach i jedzących posiłki godne pospólstwa, nie wspominając już o tak prostym napitku jak piwo.
- Boże, jak ja dawno tego nie jadłam - powiedziała Sissi, nakładając sobie na talerz kolejną kiełbasę - Franz, ja nie chcę bynajmniej niczego umniejszać twoim kucharzom, ale przy jednej dobrej bawarskiej kiełbasie, to wszystkie wasze łakocie i frykasy tracą od razu smak.
- No, nie przesadzajmy. Kucharze Franza posiadają talent do tego, co robią - powiedział do niej Ludwik i pociągnął tęgiego łyka z kufla - Chociaż przyznaję, że takiego napoju jak nasze bawarskie piwo, to nie ma na całym świecie.
- On coś o tym wie, podróżował po Francji i Anglii - rzekła Sissi do Franza - Ech, jakbym ja chciała kiedyś zobaczyć te piękne kraje.
- Jak wyruszymy w podróż poślubną, to cię tam zabiorę - obiecał Franciszek, również zajadając się kiełbasą i popijając ją dla odmiany winem i piwem - A przy okazji, to naprawdę bardzo smaczne. Nie wiem, czy aż tak smaczne jak pieczeń z pałacowej kuchni, ale na pewno bardzo smaczne.
- Wiedziałam, że w nich zasmakujesz, najdroższy - powiedziała zachwycona Sissi, dotykając czule jego dłoni.
Tymczasem do karczmy wkroczyła nagle grupa Cyganów, oczywiście robiąc wokół siebie bardzo dużo hałasu, bo wchodząc do środka, przygrywała na swoich instrumentach. Sissi uśmiechnęła się radośnie na ich widok, zwróciła zaraz uwagę Franza i Ludwika na nich, a następnie pomachała ręką nowym gościom. Ci bardzo dobrze ją znali, bo kilka razy wraz z Maksem bywała w ich taborze, gdy ci akurat przebywali w pobliżu i tańczyła z ich dziewczętami, które nauczyły ją kilku bardzo pięknych tańców cygańskich.
Franciszek i Ludwik obserwowali uważnie Cyganów, którzy stanęli w jednym z kątów karczmy, gdzie zaczęli wesoło przygrywać gościom w zamian za ciepły posiłek od gospodarza. Obaj panowie podejrzewali, że Cyganom bez trudu się to uda osiągnąć, bo ich muzyka była niesamowicie skoczna. Dodatkowo dziewczyny od nich, ubrane w kolorowe stroje, były nad wyraz piękne i tańczyły tak wspaniale i tak uroczo śpiewały, że nic w tym dziwnego nie było, że kilkunastu mężczyzn im rzuciło za ten występ nieco pieniędzy. Ludwik i Franciszek nie byli oczywiście pod tym względem gorsi, a nawet wszystkich przebili, gdyż rzucili kilkanaście monet każdy uroczym tancerkom.
- Wspaniały taniec - powiedział Ludwik, nie kryjąc swego zachwytu.
- Owszem, bardzo piękny - odpowiedziała dowcipnie Sissi - Myślę jednak, że nie zabraknie wśród miejscowych dziewczyn takich, które umiałyby zatańczyć tak dobrze, jak i te romskie piękności.
- Naprawdę? A znasz jakąś, która umie tak tańczyć? - spytał Franciszek.
Sissi zamiast odpowiedzieć, po prostu obdarzyła go uroczym uśmiechem, po czym wstała od stolika, podeszła do Cyganek, uściskała dwie z nich, które dobrze znała, po czym cygańscy muzycy zaczęli grać skoczną melodię, zaś obie Cyganki z Sissi stojącą pomiędzy nimi, dały się porwać rytmowi. Piękne romskie panienki przygrywały jej na tamburynach i kastanietach, a księżniczka zachwycona w pełni poddała się tańcu. Jej ruchy były zmysłowe i zarazem pełne gracji, a do tego miały w sobie coś hipnotyzującego, co doskonale dostrzegał Franciszek, który w ogóle od niej nie odrywał wzroku, podobnie jak i Ludwik, czuły na wszelkie piękno na tym świecie.
- Och, Ludwiku. Ona jest cudowna, nie sądzisz? - zapytał Franciszek kuzyna.
- Och tak, Franciszku. Nie ma chyba piękniejszej od niej istoty i zarazem tak zmysłowo tańczącej - odpowiedział mu Ludwik.
Tymczasem Sissi skończyła taniec, za który zebrała gromkie brawa, lecz one nie stanowiły dla niej takiej wartości, jak zachwyt w oczach Franciszka, który tak bardzo podziwiał to, co robiła, że ani przez chwilę nie oderwał od niej wzroku, gdy tańczyła dla niego. Bo przecież ona nie tańczyła dla wszystkich. Ona tańczyła dla jednej jedynej osoby w tej karczmie: dla swego ukochanego. I on o tym wiedział i dlatego jego podziw był największy i dlatego tak bardzo on się liczył dla Sissi. Ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek, jakie dla niego przygotowała. Chwilę po tym, jak skończyła swój występ, podeszła do muzyków, szepnęła im coś do ucha, a ci z uśmiechem skinęli głowami na znak zgody i zaczęli grać romantyczny utwór, zaś Sissi, wzrok swój kierując na Franciszka i zaśpiewała dla niego czule:

Przez wiatry snów przepłynę.
Nawet we mgle nadziei mam nić.
I żagle znów rozwinę,
Bo serce wie, dla kogo ma bić.

Busola ma drogę zna,
Gdy noc mi ciebie dał.
Ty jesteś światłem
I źródłem wśród skał.

Do raju nam dziś bilet dał los.
I czuła jest jak miłość ta noc.
Kto ciepłem gwiazd ogrzeje me sny?
Nikt, tylko ty. Nikt, tylko ty.

Wzruszony i zarazem zachwycony Franciszek wstał i zaczął głośno klaskać, gdy tylko występ jego ukochanej dobiegł końca. Ta zaś dygnęła przed nim czule i wpadła mu w ramiona, a on uściskał ją serdecznie, delikatnie podniósł w górę, po czym wesoło okręcił ją dookoła. Chwilę później oboje zaczęli wesoło tańczyć pod rytm kolejnego utworu.
Tymczasem do Ludwika, siedzącego wciąż przy stoliku i z ogromną uwagą obserwującego zakochaną parę, przysiadła się stara Cyganka.
- Powróżyć, paniczu. Powróżyć paniczowi. Daj mi, paniczu, prawą dłoń i daj monetę, a w karty spojrzę i przepowiem ci twoje losy.
Ludwik nie bardzo wierzył w sztukę wróżenia, ale wszak sztukę chiromancji, tak cenioną przez wielu wybitnych ludzi (takich jak Aleksander Wielki oraz Juliusz Cezar) uważał za sztukę interesującą i niezasługującą na pogardę, więc uśmiechnął się i podsunął prawą dłoń Cygance. Ta spojrzała na nią uważnie i rzekła:
- Wrażliwy jesteś, paniczu i sercowy. Linia rozumu długa u ciebie, wiele masz w głowie wiedzy, ale i w sercu nie pusto. Kochasz tę, która uczuć twoich wcale nie może odwzajemnić.
- To dotyczy chyba połowy ludzkości na tym świecie. Masz po prostu farta, że akurat trafiłaś do kogoś, kto należy do tej połowy - stwierdził ironicznie Ludwik.
- Nie żartuj sobie, paniczu. Dłoń twoja wiele mi o tobie mówi. Rozumu masz w głowie bardzo wiele, serca także nie poskąpił ci Bóg. Uparty też jesteś, zawzięty w tym celu, który sobie upatrzysz. Nie odstąpisz, póki go nie zrealizujesz. A innym podporządkowywać się nie chcesz. Sam sobie panem pragniesz być.
Ludwik tym razem odpuścił sobie kpiny z Cyganki. Te cechy wszystkie były wszak jego cechami, a chiromancja, jak wierzył, potrafi odczytać charakter tego, kto pokazywał wróżącemu swoją dłoń. Dlatego słowa starej brzmiały dla niego tak bardzo wiarygodnie, jakby znała go od zawsze. Cyganka zaś, widząc, że jej słowa trafiły na podatny grunt i odgadła wszystko sprawnie, wyjęła talię kart, po czym zaczęła je tasować, rozłożyła na dwa stosiki i kazała, aby je przełożył. Ludwika  wróżby te wciągnęły tak mocno, że spełnił jej prośbę. Cyganka zaś znowu zaczęła poruszać kartami i rozkładała je na stoliku.
- Rozłąka, paniczu cię czeka. Kraj ten opuścisz na pewien czas i ciekawe losy cię tam czekają.
Ludwik parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Tak, oczywiście. Pewnie zaraz mi powiesz, że ożenię się, będę miał trójkę dzieci i dożyję stu lat, mam rację? Wróżysz tak każdemu?
Cyganka popatrzyła na niego ponurym wzrokiem i powiedziała:
- Nie lekceważ mnie starej, paniczu. Młodość twoja jest twym atutem, która mnie odebrana już została, ale u mnie wiedza została, która przydać ci się może. A więc słuchaj, paniczu.
Następnie rozłożyła kilka kart i powiedziała:
- Teraz jesteś nieszczęśliwy, panie, ale twoim mękom nadchodzi kres. Bo już wkrótce inna miłość zastąpi tę, która cierpienie ci zadaje i ta nie ból, ale szczęście ci zapewni. Złotowłosa piękność czeka na ciebie. Zrozumieć się zdołacie, bo i ona cierpieć z miłości będzie. Pokocha cię, ale przeszłość oboje zostawić musicie choć w części za sobą.
Ludwika zaintrygowały te słowa. Przysunął się bliżej i zapytał:
- Kto to taki, ta złotowłosa piękność? Kim ona jest?
- Tego Cyganka ci nie powie, bo i karty tego nie mówią. A Cyganka tylko ci prawdę powiedzieć może. Nie okłamie, nie oszuka.
Następnie wzięła jego prawą dłoń, wzięła do ręki wyłożoną wcześniej na stół Damę Pik, po czym zaczęła kreślić nią linie na dłoni Ludwika.
- Nie na rok, nie na dwa, nie na trzy, ale na życie całe kochać będzie cię. A tyś królem, tyś pierwszym we wszystkim jej będziesz.
Ludwika zaintrygowały te słowa. Nie wiedział, jak ma je interpretować, ani też, czy wierzyć w opowieść Cyganki. Mimo to zapłacił jej kilka grajcarów, tak jak go o to poprosiła po wypowiedzeniu wróżby. Nie zauważył nawet, jak tańce w tym samym czasie się skończyły, a do stolika podeszli Franciszek i Sissi, która zaś, gdy tylko odkryła, co właśnie ma miejsce, poprosiła Cygankę, aby i jej powróżyła. Ta jednak, ledwie tylko w dłoń jej spojrzała, przeraziła się, zmroziło ją i twierdząc, że ją głowa okrutnie boli, dołączyła do swoich rodaków.
Zaniepokojona tym Sissi, spojrzała uważnie na swoją prawą dłoń, w ogóle nie wiedząc, co ma o tym myśleć i jak to rozumieć. Ale niestety, ani Ludwik, ani tym bardziej Franciszek nie byli w stanie jej pomóc w tej sprawie.

***

W tym samym czasie, kiedy Ludwik towarzyszył zakochanym Franciszkowi i Sissi, czując się przy tym niczym piąte koło u wozu, inna osoba Possenhofen także nie była w komfortowej sytuacji. Ona również chodziła za pewną zakochaną parą niczym zawodowa przyzwoitka, ale w przeciwieństwie do Ludwika, nigdy nie była o to przez nikogo proszona. Osobą tą była Maria zwana Mimi, mała siostrzyczka Sissi, która obserwowała zakochanych w sobie Teodora i Ilary. Za radą Ludwika, zaproponowała obojgu wspólną zabawę w chowanego i w berka, a potem jeszcze w ciuciubabkę, jednak Teodor znudzony nieco zabawą w trójkę, chcąc się mocno nacieszyć ukochaną, dość szybko namówił Ilary na wycieczkę łódką po rzece. A że w łódce nie było za wiele miejsca, tylko oni dwoje mogli tam płynąć. W wyniku tego Maria znowu została sama, zła niczym mała osa.
- Zakochana para się znalazła - mówiła ze złością sama do siebie - Teodorowi to już kompletnie odbiło na punkcie tej pannicy. Zapomniał przez nią o rodzonej siostrze.
Następnie wyjęła z kieszeni swoją ukochaną szmaciankę lalkę, pannę Łucję i spojrzała na nią smutnym wzrokiem.
- Och, panno Łucjo. Jacy ci chłopcy są podli! Myślą o swoich siostrzyczkach tylko wtedy, kiedy są im one potrzebne, a kiedy się zakochają, zaraz zapominają o nich i zostawiają je same. Po prostu podli. Ale dziewczynki niewiele lepsze. To one przecież odbijają siostrom braci i zostawiają je same. Nie warto mieć braci, ani też przyjaciółek. Bo ja chciałam być przyjaciółką Ilary, a ona tak mi za to odpłaca?
Widząc zakochanych płynących sobie miło łódką, poczuła się jeszcze gorzej, a zwłaszcza wtedy, gdy oboje pomachali jej rękami na znak sympatii. To małą oraz dosyć krewką panienką wstrząsnęło jeszcze mocniej. Ze złością wpadł do jej małej i uroczej główki szatański pomysł, aby obserwować ich uważnie, a z miejsca, w którym obecnie się znajdowała, nie było to możliwe, dlatego wspięła się na drzewo rosnące tuż przy brzegu i siedząc na jednej z gałęzi, zaczęła z uwagą przyglądać się Teodorowi i Ilary. Nie wiedziała za bardzo, co chciała w ten sposób osiągnąć, ale wiedziała, że musi to widzieć. A widziała, jak Ilary śmieje się wesoło z żartów, jakie jej opowiadał Teodor. Oboje mieli wyraźnie doskonałe humory.
- Dobrze się bawią, gołąbeczki jedne - mruknęła ze złością sama do siebie - Ciekawe, z jakiego powodu im tak wesoło? Chętnie bym się tego dowiedziała.
Przechyliła się lekko do przodu, zapominając, że może to być niebezpieczne, co musiało mieć konsekwencje, a te nastąpiło niezwykle szybko. Dziewczynka ani się obejrzała, jak straciła równowagę, zakręciło jej się w głowie i spadła z gałęzi, ale nie na ziemię, gdyż gałęzie, na których się usadowiła, rozciągały się w swojej szerokości aż na taflę rzeki. I w niej właśnie wylądowała biedna Maria. Upadła w nią głową w dół, a chociaż znajdowała się blisko brzegu, a woda rwąca nie była i dziewczynka mogłaby łatwo wydostać się na ląd. Niestety, była ona wówczas w zbyt wielkim szoku, aby to zrobić i z szoku tego nie wyszła dopóty, dopóki nagle nie poczuła, że ktoś łapie ją mocno w pasie, wyciąga na brzeg i pomaga wypluć z ust wodę. Dziewczynka dopiero wtedy ocknęła się z amoku, wywołanego strachem o utratę życia i zrozumiała, że nie jest wcale w niebie, ale na terenie swojego tak jej miłego Possenhofen. Skołowana wciąż, złapała się za głowę i rzekła:
- Och, moja głowa! Ale mi w niej huczy.
Rozejrzała się dookoła i zobaczyła, że przed nią stoi Franciszek w koszuli i w spodniach, z których to, podobnie jak i z jego włosów, ocieka woda. Domyśliła się, że to on ruszył jej na pomoc, widząc ją w niebezpieczeństwie. Tuż obok niego stali Sissi z Ludwikiem, a zaraz potem do brzegu dobili Teodor i Ilary, których uwagi to zajście wcale nie uszło. Podbiegli szybko do dziewczynki, a Teodor złapał mocno siostrzyczkę w ramiona, zaczął ją do siebie tulić i sprawdzać, czy nic jej nie jest, a kiedy już się upewnił, że jest cała i zdrowa, odetchnął z ulgą, podobnie jak i Ilary, której twarz również wyrażała ogromny niepokój.
Ściskana przez brata Maria ucieszyła się, że wreszcie znowu jest w centrum jego uwagi, ale radość ta szybko minęła, gdy usłyszała od Sissi słowa pełne złości oraz wyrzutu:
- Co ty w ogóle wyprawiasz, Mario? Jak mogłaś tak ryzykować, wchodząc na to drzewo i wychylać się tak niebezpiecznie? Co ty sobie myślałaś, robiąc to? Czy wiesz, jak strasznie się o ciebie niepokoiliśmy? Co ja czułam widząc, jak spadasz do wody? Co by powiedzieli rodzice, gdybyśmy wrócili bez ciebie? Czy ty wiesz, co by się stało, gdybyśmy akurat tędy nie przechodzili? I po co to w ogóle wlazłaś na to drzewo? No po co?
Maria załamana spuściła głowę w dół, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć na te wszystkie zarzuty. Dobrze wiedziała, że Sissi ma rację i należy jej się bura. Bo po co jej to wszystko było? Po co obserwowała Teodora i Ilary? Po co dokuczała tak mocno bratu, kiedy odkryła, że ten się zakochał? Gdyby nie jej żarty, na pewno by teraz chciał się bawić z nią i z Ilary, a nie tylko z Ilary. Sama była sobie winna, że Teodor wolał swoją sympatię niż ją. A potem chodziła za nimi jak przyzwoitka, jak piąte koło u wozu i o mało nie zginęła przez to. Gdyby nie Franciszek...
Nagle jej myśli przerwała Ilary, która stanęła przed Sissi i powiedziała:
- Proszę, Sissi, nie krzycz na nią. Ona nie chciała nic złego. To nasza wina.
- Tak, racja. Nie wzięliśmy jej na łódkę i zrobiła się zła, że została sama tu, na brzegu - dodał w obronie siostry Teodor.
- Właśnie, Sissi. Nie gniewaj się na nią. I proszę, nie mów nic rodzicom. Ona nie powinna być karana - dodała Ilary wyraźnie przejęta.
Sissi pod wpływem tych argumentów, opuściła złość na młodszą siostrzyczkę i zamiast ją dalej wyzywać, przytuliła tylko mocno Marię i pocałowała ją w czubek głowy, prosząc przy tym, aby już nigdy więcej tak nie robiła. Teodor i Ilary zaś odetchnęli z ulgą, że nie będzie z tego powodu w domu awantury.
Jeżeli jednak ktoś z nich pomyślał, że Maria wdzięczna jest Ilary za to, iż ta się za nią wstawiła, mylił się gruntownie. Dziewczynkę cieszyło, że brat ją bronił przed Sissi, ale bynajmniej nie zamierzała dziękować za to samo Ilary. O nie, w jej oczach ta dziewczyna nadal była zawadą do naprawienia relacji z Teodorem, zaś to, że ją broniła przed Sissi, Maria uznała za chęć podlizania się jej i zdobycia na siłę jej przyjaźni.
- Niech na to nie liczy, małpa jedna - mówiła sama do siebie dziewczynka, gdy już wszyscy wracali do domu - Niech sobie nie myśli, że skoro mnie broniła, to będą ją teraz lubić. Nigdy jej nie polubię, bo ukradła mi brata. Chociaż sama do tego doprowadziłam, to ona nie powinna się mieszać. Kto ją o to prosił? Czy ja jej mówiłam, aby się za mną wstawiała? Wredna lizuska!

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...