- Jej Wysokość, księżniczka Elodie de Farge! - zawołał odźwierny, wchodząc do sali tronowej i zapowiadając przybycie gościa umówionego na audiencję z Jego Cesarską Mością, Franciszkiem Józefem I.
Chwilę później do pokoju pełnym godności krokiem weszła Elodie. Była ona ubrana w piękną, fioletową suknię z żółtymi dodatkami i niebieskimi kokardami u dołu. Włosy miała zapięte w uroczy kok, a usta delikatnie pomalowane pomadką, przez co błyszczały się one, gdy padały na nie promienie słońca. Choć Franciszek nad życie kochał Sissi i tylko ona była dla niego ideałem piękna, musiał przyznać przed samym sobą, że Elodie również wygląda uroczo.
- Witaj, księżniczko. Mam nadzieję, że dobrze wypoczęłaś po wczorajszych wydarzeniach - powiedział do Francuzki serdecznym tonem Franciszek.
- Dziękuję, Wasza Cesarska Mość. Doszłam już do siebie po tym porwaniu - odpowiedziała mu życzliwym tonem Elodie - Ponadto, nie było to nic trudnego. W tak pięknym i uroczym miejscu, odpoczynek to nie tylko coś łatwego, ale również czysta przyjemność.
- Cieszy mnie wielce ta opinia - rzekł Franciszek i podszedł do Elodie, a gdy wysunęła w jego kierunku dłoń, ucałował ją z życzliwością - Chciałbym zapewnić w imieniu swoim i swojej rodziny, że dołożymy wszelkich starań, abyś dobrze się tu czuła, księżniczko.
Elodie delikatnie zarumieniła się, kiedy wargi Franciszka dotknęła jej skóry na dłoni. Poczuła na niej delikatne mrowienie, ale niezwykle przyjemne, które dało jej ogromną radość. Musiała jednak nad sobą zapanować, aby cesarz pod żadnym pozorem nie zauważył jej reakcji na dotyk jego ust. Wolała nie ujawniać przed nim tego, co czuje, kiedy on jest w pobliżu. W każdym razie, jeszcze nie teraz.
- Jak zapewne Wasza Cesarska Mość wie, przybyłam tutaj nie tylko dlatego, aby poznać Waszą Cesarską Mość i jego piękne cesarstwo, choć i to jest powodem mojej wizyty. Przede wszystkim jednak przybyłam tu, aby przedstawić propozycję sojuszu od mojego wuja, cesarza Francji. Mój wuj chciałby wiedzieć, czy Wasza Cesarska Mość pragnie sojuszu z Francją i czy przyjmuje warunki tego sojuszu.
- Księżniczko, pragnę sojuszu z twoim krajem bardziej niż sobie wyobrażasz. W obecnej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na izolację polityczną. Prusy rosną w siłę, Rosja nigdy nie była nam przychylna, a z innymi krajami, to różne relacje mamy. Zatem prawdziwy i szczery sojusznik w osobie cesarza Napoleona III jest kimś, kogo Austria jak najbardziej nie tylko nie odtrąci, ale i z przyjemnością też potraktuje jak przyjaciela. Najpierw jednak, nim cokolwiek podpiszę, pragnę także wiedzieć, jakie są warunki tego sojuszu.
- Naturalnie, to nie ulega żadnej kwestii. Warunki owe miałam cały czas przy sobie, bo mój wuj powierzył mi misję przekazania ich osobiście Waszej Cesarskiej Mości. Teraz ma je moja dama do towarzystwa, pani Blanche de Cortney. Jeżeli zatem Wasza Cesarska Mość pozwoli, warunki przekażemy natychmiast.
Franciszek wyraził zgodę, więc Elodie otworzyła drzwi i poprosiła Blanche, która czekała na zewnątrz, aby weszła. Młoda kobieta powoli wkroczyła dostojnie do sali, a następnie uniżenie dygnęła przed cesarzem i podała mu list, który miała w ręku. Franciszek przyjął od niej kopertę, otworzył ją, po czym powoli wyjął z niej kartkę i zaczął przyglądać się jej treści, która go zaintrygowała.
- Ponieważ sprawa jest niezwykle poważna, cesarz Francji nie oczekuje od Waszej Cesarskiej Mości natychmiastowej odpowiedzi - powiedziała Blanche.
- Wierzymy, że Wasza Cesarska Mość podejmie decyzję, która nie będzie ani dla nas, ani dla niego szkodliwa - dodała Elodie - Pragnę też powiedzieć, że jeżeli chodzi o negocjacje, jesteśmy gotowi podjąć je w każdej chwili.
- Rozumiem i bardzo dziękuję za zrozumienie - powiedział Franciszek - Jeśli chodzi o warunki, zapoznam się z nimi na spokojnie i przedstawię wam wkrótce moje wnioski na ich temat.
- Bardzo dziękujemy, Wasza Cesarska Mość - powiedziała Elodie i dygnęła przed nim delikatnie - Nie będziemy zatem przeszkadzać. Zapewne chce się Wasza Cesarska Mość od razu zapoznać z warunkami cesarza Francji.
- Naturalnie, polityka przede wszystkim. Miło jednak mi będzie, jeżeli obie panie zechcą zaszczycić nas swoją obecnością później, kiedy obowiązki cesarskie zostaną już spełnione.
Elodie uśmiechnęła się serdecznie do Franciszka. Jego propozycja bardzo jej się spodobała i ponadto oznaczała, że chce spędzić z nią czas również prywatnie. To był dla niej bardzo dobry znak. Oznaczało to dla niej wyraźnie, że on chce ją bliżej poznać. A skoro tak, to na pewno wyjdzie z tego coś więcej.
Swoimi podejrzeniami w tej sprawie podzieliła się z Blanche. Ta jednak do tego wszystkiego podeszła w nieco sceptyczny sposób.
- Wasza Wysokość, moim zdaniem to trochę za daleko idące wnioski. Cesarz Franciszek chce być po prostu uprzejmy i tyle. Jesteś wszak jego gościem i dlatego chce, abyś dobrze się tutaj czuła. Tak samo postąpiłby wobec każdego innego tak ważnego gościa z misją dyplomatyczną.
Elodie jednak była zbyt zachwycona Franciszkiem i jego słowami, aby móc w spokoju rozważyć jej słowa. Pierwszy raz w życiu poczuła coś takiego, chociaż jak to zwykle bywa, zdarzały się jej pewne zachwyty nad aktorami teatralnymi czy też śpiewakami operowymi. Ale to chyba zdarzało się każdej dziewczynie wrażliwej na piękno sztuki i artystów. Tym razem jednak to nie było zwyczajne zauroczenie. Franciszek w jej oczach był niczym bohater z książek, która tak lubiła czytać. Był taki męski, odważny, bohaterski i szlachetny zarazem. Do tego także niesamowicie przystojny. No cóż... Był co prawda blondynem, a jakoś blondyni nigdy nie byli w jej typie, zawsze wolała szatynów, ale to przecież nie stanowiło dla niej żadnego znaczenia. Zawsze mogła pierwszy raz polubić jakiegoś blondyna, bo czemu nie? Ostatecznie nie był on byle jakim blondynem. Był wyjątkowy. I nie chodziło tu o to, że był cesarzem. To jej nie pociągało. Ją zachwycało to, że pomógł jej w takiej sytuacji, w jakiej wielu innych mężczyzn nie umiałoby lub też wcale nie chciałoby jej pomóc. Franciszek był jej bohaterem i już za samo to była nim zachwycona.
- Odnoszę wrażenie, że Wasza Wysokość mnie nie słucha - powiedziała nie bez ironii Blanche.
Elodie uśmiechnęła się do niej delikatnie i odpowiedziała:
- Wybacz, Blanche. Ale to wszystko dlatego, że jestem zakochana.
- Czasami różnica pomiędzy zakochaniem się, a zwykłym zauroczeniem jest niezwykle krucha - zauważyła Blanche.
- Możliwe, ale tym razem się mylisz. Jestem pewna swoich uczuć.
- Swoich być może, ale jego uczuć Wasza Wysokość nie może być pewna. A w każdym razie, nie po tak krótkim czasie znajomości.
- Masz rację - stwierdziła po chwili Elodie - Dlatego właśnie zamierzam go lepiej poznać i sprawić, aby on lepiej poznał mnie. Jestem pewna, że kiedy to już nastąpi, to oboje będziemy czuli do siebie to samo i wtedy będziesz świadkową na naszym ślubie.
- Łudź się, łudź, jak mówi bajka o łodzi - mruknęła cicho pod nosem Blanche, której nastawienie do tej sprawy były więcej niż sceptyczne.
***
Rodzina Wittelsbachów zasiadła do stołu na świeżym powietrzu. Jak zwykle o tej porze roku, czyli latem, kiedy pogoda była zwykle piękna i słoneczna, książę Maksymilian wraz ze swoimi bliskimi jadał zwykle na werandzie, ponieważ było na zewnątrz tak przyjemnie, że wszyscy uważali jedzenie śniadania w domu za coś porównywalnego do herezji. Bo w końcu, jak tu nie uczcić faktu, że jest tak piękna pogoda na dworze, słońce świeci, niebo idealne i delikatny wiatr powiewa liście i gałęzie drzew? A najlepiej uczcić go właśnie poprzez wspólny posiłek na świeżym powietrzu. Taki właśnie zwyczaj panował w tym domu. Obiady i kolacje zwykle jadano w środku, w sali jadalnej, ale śniadania przyjemnie się jadało na zewnątrz i nikt nigdy nie miał nic przeciwko temu.
No cóż... Prawie nikt. Baronowa von Tauler, która przywykła do nieco innych metod spożywania posiłku, zwyczaj ten uważała za co najmniej prostacki, a prócz tego niegodny prawdziwej arystokracji. Odkąd tylko sięgała pamięcią, zawsze ona sama jadała posiłki w jadalni lub w swoich komnatach i nie lubiła zmieniać tego obyczaju. Ponieważ jednak była w gościnie u księcia Maksa, zaakceptowała jego dziwaczne obyczaje, choć bynajmniej nie zamierzała ich popierać ani tym bardziej wcielać w życie na dworze w Wiedniu. Z tego powodu ubolewał ją fakt, że Ilary nie tylko nie podziela jej zdania w tej sprawie, ale dodatkowo jeszcze wydaje się być tym zwyczajem zachwycona. Baronowa załamywała w duchu ręce z rozpaczy, że jej ukochana jedynaczka, tak zawsze przestrzegająca zasad etykiety, wyraźnie tu dziczeje pod wpływem tych wieśniaków. Najlepszym tego chyba przykładem była sytuacja z poprzedniego dnia, kiedy poszła do miasteczka po prezent dla panny Marii, przez co potem zabłądziła w lesie. Nigdy wcześniej nie wymyślała takich pomysłów. Dopiero teraz zaczęła to robić. To chyba najlepiej dowodziło, jak zły wpływ mają na nią miejscowi, a już zwłaszcza ta oto diabelska dwójka: Teodor i Maria. Chociaż oni to jeszcze nic w porównaniu z tą krnąbrną Elżbietą. Tak, ona była prowodyrem wszystkich zwariowanych sytuacji, jakie miały miejsca w tym domu. Niby była już dorosła, a wciąż zachowywała się jak dziecko. Zresztą, jaki niby miała mieć przykład, skoro jej rodzice nie byli pod względem wiele lepsi? A już zwłaszcza ojciec.
Najlepszy przykład, który potwierdzał te słowa, przyszedł tego dnia. Podczas śniadania Teodor i Maria dziwnie się zachowywali, a dodatkowo jeszcze Ilary nie była pod tym względem wcale lepsza. Co chwila, w przerwach pomiędzy jednym kęsem śniadania, a drugim podkradali coś ze stołu i po cichu, starając się, aby nikt tego nie zauważył, nalewali to wszystko ukradkiem do jakieś buteleczki. Helga von Tauler bez trudu to spostrzegła, ale początkowo nie specjalnie się tym przejęła, lecz kiedy czynność ta powtórzyła się kilkakrotnie, musiała w końcu zwrócić na to uwagę gospodyni. Okazało się to jednak zbędne, ponieważ ta sama bardzo szybko to zauważyła i zapytała:
- Co wy robicie, dzieci?
Teodor, Maria i Ilary zmieszali się lekko, przybierając miny niewiniątek. Nie zwiedli jednak w ten sposób Ludwiki, która spojrzała na nich groźnie i powtórzyła swoje pytanie. W końcu Teodor się do wszystkiego przyznał.
- Robimy eliksir, mamo.
- Eliksir? Jaki znowu eliksir? - zdziwiła się Ludwika.
- Na poprawę humoru, żeby pani baronowa nie była taka ponura - wyjaśnił jej chłopiec.
Baronowa obruszyła się mocno, słysząc te słowa. Nie odnosiła wrażenia, aby była ponura, co najwyżej poważna, jak przystało na jej wiek, pozycję oraz życiowe doświadczenie. Nie uważała tego nigdy za powód do wstydu, ani tym bardziej za swoją wadę, a tymczasem te małe łobuzy ośmielały się jej to wytykać. A pośród nich była jej córka. To już przechodziło wszelkie pojęcie.
- Eliksir na poprawę humoru? - zdziwiła się jeszcze bardziej Ludwika.
- O tak, przeczytałyśmy o nim niedawno z panną Łucją - powiedziała Maria, pokazując na swoją lalkę, opartą właśnie o imbryk z herbatą - Podobno każdy, kto go wypije, będzie chodziły cały dzień wesoły i uśmiechnięty.
- Och, dzieci! Co wy znów wymyślacie? - jęknęła Ludwika, zasłaniając sobie oczy dłonią.
- Ilary, ty też brałaś w tym udział? - zapytała ze złością baronowa.
Dziewczynka opuściła smutno głowę i odparła:
- Ale mamo. My tylko chcieliśmy sprawić ci przyjemność. Żebyś częściej się do nas i do Sissi uśmiechała.
No tak, oczywiście. Wiecznie tylko ta Sissi, pomyślała baronowa. Czy ta gęś z prowincji bawarskiej zamierzała zatruwać jej życie? A może sądziła, że skoro tak bohatersko się zachowała poprzedniego dnia i znalazła jej córkę w lesie, to teraz będzie hołubiona przez wszystkich? Jeśli tak, to bardzo się myliła. Baronowa była jej wdzięczna za ocalenie córki, jednak ich relacji bynajmniej nie miało to w żaden sposób zmienić. Helga von Tauler nie zamierzała być jej przyjaciółką i nic tego nie miało zmienić.
- Dobrze, dzieci. Dosyć już tych zabaw. Oddajcie mi ten eliksir - powiedziała Ludwika stanowczym tonem, wyciągając w kierunku dzieci prawą rękę.
Teodor, który trzymał buteleczkę, podał ją mamie, jednak zanim ta zdążyła ją zabrać, Maksymilian zwinął szybko ów przedmiot, odkorkował go, a następnie bez wahania wypił jednym duszkiem jego zawartość. Ludwika i dzieci wpatrywały się w niego zaintrygowane, jak to na niego zadziała.
- Ojej, cóż to okropność?! Toż to trucizna! Umieram! - zawołał książę, mocno się przy tym zwijając w pół, jakby naprawdę umierał z bólu.
Dzieci zaczęły się śmiać, natomiast Ludwika, chociaż próbowała za wszelką cenę zachować powagę, sama niemalże dusiła się ze śmiechu.
- Umieram! Ludwiko, tylko twój pocałunek może mnie uratować!
Po tych słowach, Maksymilian złapał mocno małżonkę w ramiona i złożył na jej ustach romantyczny pocałunkach. Ludwika zaskoczona oddała mu pocałunek, przy radosnych oklaskach Teodora, Marii i Ilary.
Baronowa patrzyła na to wszystko z delikatnym smutkiem w oczach. Widok ten nie sprawił jej przyjemności, raczej wywołał poważną nostalgię. Przypomniała sobie bowiem o tym, jak kiedyś, przed laty, ona też tak się doskonale żartowała wraz ze swoim mężem podczas wspólnych śniadań. Wtedy życie było inne. Wtedy jeszcze umiała się śmiać i czerpać radość z życia. Tak bardzo jej tego brakowało. Ale to miało już nigdy nie wrócić. Choroba, a potem śmierć męża, który umierając bardzo cierpiał, bo pozostawił ją i roczną wówczas Ilary z długami, niemożliwymi do ich spłacenia, wszystko zmieniła w jej życiu i przy okazji mocno otrzeźwiła ją. Pokazała, że życie, wbrew temu, co dotychczas uważała, wcale bajką nie jest, a już na pewno nie dla niej. Choć i ona miała szczęście, ponieważ z pomocą przybył jej wówczas Zottornik, który spłacił jej wszystkie długi w zamian za to, że ona będzie odtąd mu wiernie służyć. Wysłał ją następnie do arcyksiężnej Zofii jako osobistą damę dworu, aby ją szpiegowała i miała na oku, gdyby ta odkryła jego matactwa. Zofia jednak ani trochę nie orientowała się w intrygach Zottornika, a nawet sama wierzyła mu, okazała jej też wsparcie i wielką pomoc w opiece nad Ilary. Ale i jej to z czasem przeszło, gdy to półtora roku temu zmarł jej mąż, cesarz Franciszek Karol. Zofia wówczas stała się zgorzkniała i bardzo nieprzyjemna do innych ludzi, a problemy kogokolwiek innego niż ona sama przestały ją interesować. Jej relacja z baronową też się zmieniła. Gdy tylko miała zły humor, a zdarzało się jej to nader często, wyzywała baronową, a do tego zdarzało się jej nawet ją uderzyć po głowie pięścią. Helga von Tauler bardzo dobrze to wszystko pamiętała i nie zamierzała tego zapominać. Wszelki sentyment do tej kobiety, jaki kiedykolwiek czuła, ustąpił niechęci z chwilą, gdy pierwszy raz dostała od niej po głowie. Postanowiła wtedy, że kiedy tylko będzie miała ku temu okazję, zemści się na niej. Bo co z tego, iż posiadała wysoką pozycję na dworze, skoro płaciła za nią taką cenę? Wolałaby już jej nie mieć, niż żeby miała znosić podobne zachowanie, jak to, którym raczyła ją nieraz Zofia. Pewną satysfakcję jej sprawiało to, iż ta oto głupia kobieta myślała, że baronowa wiernie jej służy i zrobi dla niej wszystko, co tylko ona zechce. Myliła się, gdyż jej prawdziwym panem pryncypałem był kanclerz Zottornik i to się nie miało zmienić. Przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Baronowa przypomniała sobie to wszystko, obserwując zakochanych Maksa i Ludwikę, czując jednocześnie w sercu ukłucie smutku i zazdrości zarazem. Bo ona już nie miała tego wszystkiego. Nie miała i nie miała już mieć nigdy. Jednocześnie naszła ją refleksja, co by było, gdyby jej mąż jednak nie umarł. Czy byliby wtedy tak szczęśliwi, jak ci tutaj? Czy zdołałaby stworzyć równie szczęśliwą rodzinę, co ta, z którą siedzi przy stole? Czy żyliby szczęśliwi? Czy ona sama umiałaby się znowu śmiać? Na te pytania nigdy nie miała poznać odpowiedzi i dlatego szybko o nich spróbowała zapomnieć, rozumiejąc bardzo dobrze, że nic nikomu nie daje, to wieczne zagłębianie się w przeszłości i zastanawianie się nad tym, co by mogło się stać, gdyby tak pewnego dnia los nie spłatał nam tak okrutnego figla i odebrał nam kogoś tak bliskiego, pozostawiając po nim krwawiącą ranę w sercu? Nikt przecież nie mógł udzielić odpowiedzi na to pytanie, dlatego zadawanie go było w ogóle nie potrzebne. Pewnym natomiast było, że można po takiej stracie albo stać się osobą nieprzyjemną i zamkniętą na wszelkie pozytywne emocje, albo też po prostu żyć mimo wszystko, zwłaszcza, kiedy ma się dla kogo. Baronowa wybrała połączenie obu tych opcji, ponieważ mimo wielkiego bólu, rozrywającego jej serce na kawałki i nie dającego jej tak do końca spokoju, potrafiła w miarę normalnie żyć dla siebie i Ilary. Jednocześnie jednak jej serce nie miało już w sobie zbyt wiele cieplejszych uczuć, a tą resztką, jaka w nim pozostała, obdarowało jedynie córkę, reszcie świata zaś ofiarowując to, na co zdaniem baronowej, świat zasługiwał: niechęć i pogardę.
Pomimo tego, Helga von Tauler przez chwilę bardzo się wzruszyła widokiem tak mocno w sobie zakochanych księcia Maksymiliana i księżnej Ludwiki. Bardzo ją zachwycił ten widok i sprawił, że w jej oku zakręciła się łza na wspomnienie tego, ile podobnych radości ona zaznała ze swoim ukochanym małżonkiem. Ale ta oto piękna chwila nostalgii i wzruszenia, szybko jednak minęła, zastąpiona pełnym niechęci uczuciem zazdrości wobec tych ludzi. Bo jakim prawem afiszowali się tym, co do siebie czują i to przy niej, gdy ona cierpi wciąż po śmierci ukochanego męża? Jak mogą tak się nad nią pastwić i kazać jej na to patrzeć, podczas gdy ona nie może wytrzymać z rozpaczy po stracie najbliższego sobie człowieka?
Na szczęście scena ta nie trwała długo, gdyż zakochani mąż i żona w końcu, po czułym pocałunku oderwali się od siebie i spojrzeli przepraszająco na baronową wzrokiem pełnym jednak radości.
- Bardzo panią przepraszam, baronowo. Mam nadzieję, że nasze zachowanie pani nie uraziło - powiedziała Ludwika.
- Ależ skąd, w żadnym razie - odpowiedziała na to baronowa.
Lecz chociaż usta nie chciały się do tego przyznać, serce czuło zazdrość oraz pewną niechęć do tej zakochanej pary gołąbków, jak ich w duchu nazywała Helga von Tauler. Wiedziała doskonale, że jeżeli tylko będzie okazja, z przyjemnością im w ten czy inny sposób dokuczy. Ponadto, wciąż nie zapomniała Maksowi tego, jak ją potraktował pod pretekstem oprowadzania po wsi i pokazywania uroków życia na prowincji. Wiedziała, że on to wszystko zrobił specjalnie, choć udawał, że jest inaczej. I dlatego pokusa odegrania się na nim była jeszcze większa.
Po chwili na werandę wyszły Sissi i Nene. Obie spóźniły się na śniadanie, bo Sissi zaspała, a Nene z kolei myślała o wiele rzeczach, jakie ostatnio jej po głowie krążyły i nie zauważyła nawet, że to już pora posiłku. Gdy to się jednak stało, od razu poszła obudzić siostrę, o której domyślała się, iż zmęczona wrażeniami dnia poprzedniego śpi jak suseł do tej pory. Miała rację, ale mimo to przyszły teraz obie na śniadanie i usiadły, jakby nigdy nic przy stole, zaczynając posiłek. A widząc tak bardzo rozbawione buzie dzieci, Nene spytała:
- Ominęło nas coś?
- Och, nic wielkiego, poza odkryciem, że wasz ojciec jest jeszcze większym figlarzem niż dzieci - odpowiedziała dowcipnie Ludwika.
- Mama i tata się całowali - poinformowała siostrę Maria.
- Ach, to ciekawe. Szkoda, że tego nie widziałyśmy - powiedziała Sissi.
- Nie masz czego żałować. Zwykły buziak, nic nowego - stwierdziła Maria.
Jak wiadomo, nie była ona nigdy miłośniczką pocałunków, chociaż te, które dawali sobie tata i mama wydawały się jej zabawne.
Baronowa tymczasem z lekką pogardą wpatrywała się w Sissi, która zaczęła powoli jeść śniadanie, nie przejmując się tym, iż kilka minut się na nie spóźniła. Zachowywała się tak, jakby nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Widocznie popełnianie gafy za gafą było tutaj czymś zupełnie normalnym. No cóż... Zatem nie będzie łatwo jej dostosować się do dworskich zwyczajów panujących od lat w Schronbrunnie. Może to i lepiej? Ta dziewczyna naprawdę nie pasuje do świata wielkich elit, bez względu na to, co myśli o tym cesarz i co o niej sądzi Zottornik. Ponadto zadawała się z wrogami cesarstwa, czego dowodziła dobitnie ta potajemna schadzka z Andrassym. Przy okazji, warto chyba, aby dowiedziała się o tym Zofia. Ciekawe, co powie na to, że jej przyszła synowa zdradza jej ukochanego syna i to z kim? Ze zdrajcą skazanym na śmierć.
Kobieta poczekała, kiedy śniadanie dobiegnie końca i zapytała, czy ktoś chce wysłać list do Wiednia, ponieważ ona bardzo tego pragnie, zaś w takim wypadku kurier może powieźć więcej listów niż jeden. Sissi od razu zgłosiła swoją chęć, aby wysłać list do Franciszka. Zatem zostało ustalone, że zaraz po śniadaniu napisze do niego kilka słów i baronowa też niech napisze, do kogo zechce, a sługa pojedzenie z nimi do Wiednia i przywiezie odpowiedzi, jeżeli takowe będą.
Baronowa podziękowała zatem za posiłek i wróciła do swojego pokoju, gdzie z miejsca usiadła przy biurku i zaczęła pisać list, w którym dokładnie opisała, co zobaczyła oraz w jakich okolicznościach. Nie miała przy tym najmniejszych nawet skrupułów, aby to zrobić, gdyż fakt, że Sissi ocaliła jej córkę niczego tutaj przecież nie zmieniał. Bo czy z tego powodu, baronowa miała ją traktować łagodniej, skoro ta prowincjuszka zadaje się z wrogami cesarstwa oraz zapewne spiskuje przeciwko nim wszystkim? W takim wypadku nie wolno im było mieć sentymentów. Trzeba było za to wprowadzić w życie radykalne środki działania. Im bardziej skuteczne, tym lepiej. Dlatego też postanowiła napisać list do Zofii. Uznała, że kobieta na pewno powiadomi o wszystkim Franciszka, a ten zerwie z Sissi, a ona nie będzie musiała nigdy więcej tu przyjeżdżać i czegokolwiek uczyć tę wieśniaczkę. Liczyła przy okazji na to, że arcyksiężna nie powie cesarzowi, skąd o tym wszystkie wie, bo inaczej kanclerz Zottornik, który wszak kazał baronowej zadbać o to, aby ślub Franciszka i Sissi doszedł do skutku, nie byłby zadowolony, że baronowa działa na jego szkodę. O wiele lepiej zatem będzie, kiedy Zofia nikomu nie powie o swoim źródle informacji.
Z tymi myślami, baronowa powoli zakończyła pisanie listu, podpisała się pod nim, lekko posypała go piaskiem, aby atrament szybciej zasechł i zadowolona raz jeszcze przejrzała jego treść. Była z niej zadowolona. Zapakowała ją zaraz potem do koperty, napisała na niej nazwisko osoby, do której jest i przekazała go słudze, gdy ten szykował się do odjazdu z listem Sissi.
***
Franciszek bardzo uważnie przejrzał warunki sojuszu, jakie proponował mu cesarz Francji. Wydawały mu się one jak najbardziej korzystne dla obu stron, lecz postanowił jeszcze nie podejmować w tej sprawie żadnych decyzji. Uważał, że nim to zrobi, lepiej będzie naradzić się z Karolem, matką, Ludwikiem i Zottornikiem. Ostatecznie, co kilka głów, to nie jedna. Ponadto też wolał poznać ich zdanie w tej sprawie i jeżeli posiadają jakieś wątpliwości, to poznać je teraz i może spróbować je zrozumieć i rozważyć na spokojnie, czy aby nie są one słuszne. Wiedział też, że tak poważne decyzje nie należy nigdy podejmować samodzielnie, a już na pewno nie w sposób szybki, bez odpowiedniego przemyślenia wszystkiego.
Po odłożeniu listu z warunkami sojuszu do szuflady w swoim biurku, Franz poszedł na spacer, aby pomyśleć jeszcze raz nad nimi. Nie miał na to jednak zbyt wiele czasu, ponieważ natknął się zaraz na Elodie, spacerującą sobie z Blanche i Karolem, który wesoło je zagadywał i rozśmieszał swoimi żartami.
- Och, jest nasz bohater! - zawołał wesoło Karol na widok starszego brata.
- Bohater? - zapytał zaintrygowany tym stwierdzeniem Franciszek.
- Oczywiście, że bohater. Właśnie rozmawialiśmy z księżniczką Elodie, jak bohatersko poprowadziłeś nas do walki z tymi bandytami.
- No cóż, nie przesadzajmy. Zrobiłem po prostu to, co każdy inny zrobiłby na moim miejscu.
Karol wesoło poklepał brata po ramieniu i powiedział:
- Mój brat jest zdecydowanie za skromny. Nie chce przyznać, że tak naprawdę to on spisał się najlepiej z nas wszystkich. Chociaż pani też się dzielnie spisała. Już słyszałem coś niecoś o pani zabójczej patelni, księżniczko.
Elodie zarumieniła się lekko pod wpływem tego komplementu i odparła:
- To nie było nic takiego. Po prostu użyłam takiej broni, jaką akurat miałam pod ręką. Nic nadzwyczajnego. Gdybym miała szpadę, walczyłabym szpadą. Choć nie wiem, czy bym umiała. Kiedyś co prawda trenowałam szermierkę, ale to już było dawno temu.
- Księżniczka była bardzo dobra we władaniu szpadą - wtrąciła się Blanche - Po prostu nie miała wcześniej ku temu okazji.
- Doprawdy? - zapytał Karol, który podchwycił to jako idealny pomysł na to, aby sobie znowu pożartować - To może pokaże nam pani, co potrafi?
- Mam walczyć z panem, arcyksiążę? - spytała zadziornym tonem Elodie.
- Nie ze mną, ale z mistrzem nad mistrze. Moim starszym bratem.
To mówiąc, wskazał na Franciszka, który wprawiony w dobry humor odparł, że nie widzi żadnego problemu, aby tak się stało. Elodie jednak zauważyła, iż nie może walczyć z powodu braku szpady. Karol jednak znalazł na to szybko właściwe rozwiązanie. Oddał księżniczce swoją broń, którą miał przypasaną do pasa.
- Proszę, księżniczko. Pokaż, co potrafisz - powiedział.
Franciszek wesoło dobył swojej szpady i stanął w pozycji bojowej. Elodie zaś wysiliła całą swoją pamięć, aby przypomnieć sobie wszystkie lekcje na temat tego jakże szlachetnego sportu, jakim była szermierka i delikatnie na niego natarła. Gdy to zrobiła, Franciszek ostrożnie sparował cios. Potem sam zaatakował, rzecz jasna w sposób opanowany i spokojny, a Elodie sprawnie odpierała ciosy. Widać było, że Franz posiada większe doświadczenie niż ona i lekko nad nią góruje, ale mimo to nie wykorzystuje tej przewagi i daje jej możliwość się wykazać, co ona doceniała i co sprawiało jej wielką przyjemność. Nacierała zatem na Franciszka i wesoło przy tym powiedziała:
- Dziękuję za te lekcje, Wasza Cesarska Mość. Przy następnym spotkaniu z bandytami, posiekam ich na plasterki.
- I nie tylko ich - zażartował sobie Franciszek, odpierając jej ciosy - Coś czuję w sercu, że za chwilę i mnie pociachasz, pani.
- Niemożliwe. Po jednej lekcji?
- Możesz w ciągu jednej lekcji nauczyć się bardzo wiele. Wszystko zależy od mojej hojności w dzieleniu się wiedzą.
- Jestem pewna, Najjaśniejszy Panie, że będziesz nad wyraz hojny.
Oboje, nadal wesoło żartując, ćwiczyli dalej swoje umiejętności w szermierce i prowadzeniu miłej konwersacji jednocześnie, nie wiedząc jednak, że oto z okna swojego gabinetu uważnie obserwuje ich Zofia. Kobieta bacznie przyglądała się Elodie i oceniała jej sposób wysławiania się i poruszania się. Obie te rzeczy bardzo pozytywnie oceniła. Podobnie jak jej urodę, którą uważała za uroczą. Ponadto też szybko połączyła w głowie te wszystkie atuty wraz z najważniejszym atutem w postaci sojuszu z Francją. Sojusze na papierze łatwo przecież anulować, ale za to sojusz zawarty poprzez małżeństwo jest już czymś znacznie trwalszym. Ponadto też nie należy zapominać o tym, że był to o wiele korzystniejszy mariaż niż te jej pierwsze plany na temat małżeństwa Franciszka z Nene. No i jeszcze coś. Elodie nie była Sissi. Była jej przeciwieństwem. Z tego, co dzisiaj Zofia widziała, panna z Francji, mimo kilku dziwactw, jak choćby ta lekcja szermierki, potrafiła doskonale się poruszać na dworze i niczego jej już w tej kwestii nie trzeba było uczyć. Gdyby tak więc Franciszek zwrócił na nią uwagę, byłoby cudownie. Sojusz z Francją i do tego idealna synowa, a ponadto jeszcze pozbycie się raz na zawsze Sissi, która w tym świecie zawsze będzie sprawiała wrażenie wołu zaprzęgniętego do karety.
Do pokoju wszedł nagle, zaanonsowany wcześniej przez odźwiernego, pan hrabia Jamisz, marszałek dworu cesarskiego. Był to mężczyzna nieco już siwy, ale nadal całkiem przystojny i podobający się kobietom, wysoki i postawny, chociaż z lekkim brzuszkiem, gładko ogolony, z niebieskimi oczami, ubrany w beżowy strój, idealnie dopasowany do jego figury.
- Jaśnie Pani wzywała mnie? - zapytał.
- Tak, panie hrabio - odpowiedziała Zofia, odchodząc od okna - Poprosiłabym o to baronową von Tauler, ale niestety, ta jest tu chwilowo nieobecna. Muszę zatem prosić o to pana. To delikatna sprawa, jednak jestem pewna, że podobała pan temu zadaniu.
- Proszę mną rozporządzać, Wasza Wysokość. Co mam zrobić?
- Proszę, aby dowiedział się pan od towarzyszki księżniczki Elodie, czy może księżniczka jest z kimś zaręczona.
- A czy wolno mi spytać, po co?
- Wiedza ta nie jest panu potrzebna do wykonania tego zadania. Poza tym, to moja prywatna sprawa. Po prostu chcę to wiedzieć. Ale mogę panu wyjawić część moich powodów. Jak pan zapewne wie, księżniczka Elodie nie jest byle kim. Jest siostrzenicą samej cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III i podobno ulubienicą cesarskiej pary. Czy muszę więcej wyjaśniać?
Hrabia nie potrzebował więcej informacji w tym zakresie. Wszystko od razu stało się dla niego jasne.
- Myślisz zatem, pani o włączeniu księżniczki Elodie do rodziny?
- Owszem. Franciszek ocalił ją z rąk bandytów. Na pewno księżniczka o tym wydarzeniu napisze wujowi. Ten zaś zechce się nam odwdzięczyć i na pewno nie tylko zaproponuje sojusz, ale i coś więcej, prawdziwą przyjaźń. Jak pan wie, to nie jest człowiek z naszej sfery, jedynie wzbogacony parweniusz, który władzę zdobył poprzez zamach stanu. Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie jest jedną z bardzo wpływowych osób w Europie, a w zasadzie nawet potęgą Europy. Potęgą, z którą inni muszą się liczyć. Mając go za sojusznika i przyjaciela, możemy osiągnąć tyle, ile tylko chcemy. Rosja ani Prusy nie będą wtedy stanowić dla nas zagrożenia. A i inne mocarstwa, w tym Anglia, będą musieli się z nami liczyć. A jak stworzyć coś więcej niż tylko sojusz z Napoleonem III? Poprzez małżeństwo Franciszka i panny Elodie. Gdyby tak udało się nam doprowadzić do tego ślubu, nic by nam nigdy nie groziło. Bylibyśmy militarną potęgą Europy, która wszystkim innym krajom bez trudu mogłaby dyktować warunki.
Hrabia za dobrze już znał Zofię, aby uwierzyć jej, że chodzi tutaj wyłącznie o politykę. Jego zmysł obserwacyjny i umiejętność słuchania wtedy, gdy inni mądrze mówią, pomogły mu łatwo odkryć, że arcyksiężna nie pała jakoś sympatią do swej przyszłej synowej. I dlatego też na pewno chętnie widziałaby na jej miejscu kogoś innego, jak choćby ową księżniczkę Elodie. Nie dał się zatem zwieść tym jakże pięknym słówkom i postanowił sprowadzić Zofię na ziemię.
- Ośmielę się przypomnieć Waszej Wysokości, że cesarz jest już zaręczony z księżniczką Elżbietą von Wittelsbach, co nie tak dawno miała okazję zobaczyć cała Austria. Zaręczyny zostały oficjalnie ogłoszone i nie można ich tak po prostu sobie zerwać bez powodu.
- Powód zawsze się znajdzie, panie hrabio - odpowiedziała, niezrażona tymi słowami Zofia - Wystarczy tylko odpowiednio go uargumentować.
- Wasza Wysokość wybaczy, ale powodów nie ma i nie sądzę, aby były. Tak więc, ten plan nie ma racji bytu.
- To już nie do pana należy. Proszę wypytać towarzyszkę księżniczki Elodie o to, o co pana proszę. I proszę wracać z dobrymi wieściami.
Hrabia zrozumiał, że dyskutowanie z tą kobietą również nie ma racji bytu, tak więc darował to sobie i ukłonił się arcyksiężnej, po czym wyszedł z pokoju, udając się na poszukiwanie Blanche.
- Nie sądzę, że plan tej kobiety miał szanse powodzenia - mówił po cichu sam do siebie - Ale cokolwiek by nie było, żal mi biednej księżniczki Elżbiety. Jeszcze nie wie, co ją czeka. Taka teściowa i to widywana codziennie, to okropność.
***
Nieco później, po ogrodach cesarskich tuż przed pałacem Schonbrunn, powoli i bez pośpiechu spacerowały Elodie i Blanche. Obie były pogrążone w rozmowie, której treść zawierała niezwykle istotne tematy.
- Więc powiadasz, że ten hrabia pytał cię o mnie? - zapytała Elodie.
- Zgadza się, Wasza Wysokość - odpowiedziała Blanche.
- I był bardzo ciekaw, czy jestem z kimś zaręczona?
- Dokładnie tak.
Elodie uśmiechnęła się od ucha do ucha. Wiadomość ta wywołała w jej sercu ogromną radość i zarazem stanowiła dla niej potwierdzenie tego, co podejrzewała od samego początku.
- Och, Blanche! Czy ty wiesz, co to oznacza? Franciszek jest mną wyraźnie zainteresowany! - powiedziała, nie kryjąc swojej radości.
- Nie wiemy tego na pewno - zauważyła Blanche - Hrabia Jamisz jest tutaj co prawda marszałkiem dworu, ale nie powiedział, że to cesarz go wysłał.
- Ale nie powiedział też, że tego nie zrobił. Poza tym, niby kto miałby go do ciebie przysłać, jeśli nie sam cesarz?
- Mimo wszystko jestem zdania, że nie możemy wyciągać zbyt pochopnych wniosków.
- Ale co mu powiedziałaś? Chyba potwierdziłaś, że nie jestem zaręczona?
Blanche lekko zmieszała się. Elodie od razu wyczuła, iż coś jest nie tak. Zaraz stanęła w miejscu i spojrzała na towarzyszkę z lekką złością w oczach.
- Powiedziałaś mu o tym, że mam narzeczonego, chociaż go nie mam?
- Ależ nie, skądże, Wasza Wysokość - odpowiedziała szybko Blanche - Tylko wyjaśniłam mu, że powinien sam cię o to zapytać, skoro jest tego ciekaw, a ja na twój temat nie plotkuję.
Normalnie Elodie byłaby zadowolona dyskrecją przyjaciółki, teraz jednak, w tej sytuacji nie sprawiła jej ona przyjemności.
- Och, Blanche! Jak mogłaś?! Teraz on sobie pomyśli, że jestem kokietką i nie daj Boże, mam kogoś w Paryżu. Nie wiesz, że w takiej sytuacji trzeba zawsze, ale to zawsze udzielać jasnych odpowiedzi? Ale nieważne. Powiem Franciszkowi, że moje serce jest wolne, a przynajmniej było do niedawna, bo teraz należy tylko do niego i jeśli tak się mną interesuje, niech śmiało sam mnie o to wszystko zapyta. A ja z chęcią mu udzielę odpowiedzi.
Blanche przerażona spojrzała na Elodie. Ta dotąd tak bardzo mądra i rozsądna dziewczyna, teraz zachowywała się jak zakochana dziewczynka, która dopiero raz pierwszy w życiu doznaje uczucia zadurzenia się i bzikuje z tego powodu.
- Błagam, pani! Tylko nie to! Nie możesz tego zrobić. Poza tym, jesteś pewna tego, że to, co czujesz, to miłość?
- A niby co innego mogłoby to być, jak nie miłość od pierwszego wejrzenia? - spytała Elodie w taki sposób, jakby sprawa była dla wszystkich oczywista.
- Pomyśl o swojej reputacji. Narazisz ją na szwank, jeśli tak zrobisz.
- Nie dbam o to, jeżeli dzięki temu zyskam miłość. Poza tym, wiesz chyba już dobrze, co o nas opowiadają na dworach Europy. O nas, Francuzkach.
- Wiem, ale czy to znaczy, że koniecznie trzeba te plotki potwierdzać?
Elodie jednak nie słuchała jej. Zamiast tego, oczami wyobraźni widziała samą siebie tańczącą wesoło na balu zaręczynowym z ukochanym Franciszkiem. Rzecz jasna, nie zależało jej na tym, aby ślub odbył się natychmiast. Z tym przecież nigdy nie należało się spieszyć. Podobnie jak z rodzeniem dzieci. Na wszystko musiała przyjść odpowiednia chwila. Ale nie zaszkodziłoby mieć już narzeczonego i to tak całkiem oficjalnie. Świadomość, że go ma byłaby dla niej czymś cudownym, a do tego też czymś, o czym zawsze czytała w powieściach i co brała dotąd za bajki, ale teraz postrzegała jako możliwość do zrealizowania.
Dlatego, nie zważając przy tym na ostrzeżenia Blanche, powoli poszła przed siebie, szukając Franciszka. Natknęła się na niego dosyć szybko. Stał on właśnie przed ławką i chyba z kimś rozmawiał. Elodie nie widziała tej osoby, jednak teraz niewiele ją ona obchodziła. Dla niej ważne było jedynie to, że tam jest Franciszek. Jej Franciszek. Jej ukochany.
- Wasza Wysokość, proszę nie robić głupstw - błagała Blanche.
- Rozkazuję ci nas zostawić - powiedziała Elodie tonem bardziej przyjaznym niż rozkazującym.
Następnie podbiegła wesoło w kierunku Franciszka, wołając go po imieniu. Mogła sobie na to pozwolić bez łamania zasad etykiety, bo przecież sam cesarz ją dzisiaj o to poprosił, zaraz po lekcji szermierki. Uznał, że z osobą, z którą tak miło mu się krzyżowało szpady, nie może być na stopie oficjalnej.
Franciszek usłyszał jej wołanie. Z uśmiechem odwrócił się do niej i wtedy to Elodie zobaczyła, kto siedzi na ławce i rozmawia z cesarzem. Był to młody i dosyć przystojny szatyn o niebieskich oczach, gładko ogolony, o męskich rysach twarzy. Ubrany był w niebieski, bawarski mundur galowy. Na jej widok, podniósł się lekko z ławki i delikatnie przed nią skłonił. Elodie instynktownie przed nim dygnęła, a w duchu przyznała, że sprawia on wrażenie sympatycznego człowieka.
- Wybaczcie, jeśli wam przeszkodziłam w rozmowie - powiedziała.
- Ależ w niczym nam nie przeszkadzasz - odparł Franciszek i wskazał ręką na swego towarzysza - Elodie, to mój kuzyn, Ludwik von Wittelsbach, następca tronu Bawarii. On też brał udział w akcji ratunkowej w Wampirzym Jarze. W zasadzie, to on obmyślił plan, dzięki któremu zdołaliśmy cię odbić z rąk bandytów.
Ludwik uśmiechnął się przyjaźnie do Elodie i delikatnie pocałował ją w rękę. Księżniczka obdarzyła go serdecznym i pełnym ciepła uśmiechem, dziękując mu od razu za to, że on również narażał życie po to, aby ją odbić bandziorom, jednak zaraz potem zapytała Franciszka, czy chciałby może z nią porozmawiać. Cesarz już miał jej odpowiedzieć, że tak, kiedy nagle przyszedł do niego sługa z wieścią, że jego matka, arcyksiężna Zofia prosi go na rozmowę. Franz zatem lekko skłonił głową Ludwikowi i Elodie, po czym odszedł.
- Proszę wybaczyć Jego Cesarskiej Mości - rzekł życzliwym tonem Ludwik do Elodie - Jak zapewne dobrze wiesz, księżniczko, obowiązki głowy państwa są zawsze ogromne.
- Doskonale to rozumiem, książę - odpowiedziała Elodie.
Blanche, stojąca dotąd spokojnie na swoim miejscu, teraz powoli podeszła do ich obojga i powiedziała:
- Chyba Jego Cesarska Mość jest obecnie zajęty. Proponuję zatem odejść i nie przeszkadzać mu w jego...
Nie dokończyła, gdyż w tej samej chwili jej wzrok padł na Ludwika, który lekko się jej skłonił na znak szacunku. Blanche delikatnie przed nim dygnęła, ale w tej samej chwili przyjrzała mu się bardzo uważnie i spytała:
- Ludwik?
- Blanche? - odpowiedział pytaniem na pytanie Ludwik.
Oboje uśmiechnęli się radośnie do siebie, po czym przywitali się serdecznie niczym para starych przyjaciół, która dawno się już nie widziała. Elodie patrzyła na to zdumiona, przez chwilę nie rozumiejąc, o co tu właściwie chodzi.
- Chwileczkę. To wy się znacie? - zapytała.
- Naturalnie, księżniczko - odpowiedział na to Ludwik.
- Wasza Wysokość, książę Ludwik i mój brat chodzili razem na studia. Dość dobrze się znamy - wyjaśniła wesoło Blanche - Swego czasu, to nawet trochę się w nim podkochiwałam, ale cóż... Nie ja jedna, prawdę mówiąc.
- A tego, to ja nie wiedziałem.
- Czego? Tego, że wiele dziewczyn do ciebie wzdychało?
- Nie. Tego, że akurat ty do mnie wzdychałaś.
- Stare dzieje, nie ma co do tego wracać. Obecnie jestem szczęśliwą mężatką, tylko chwilowo bez męża, który pozostał we Francji.
- Rozumiem. Ale nie rozumiem, jakim cudem nie poznałaś mnie wtedy, kiedy was odbijaliśmy z rąk bandytów.
- Bo wtedy byłyśmy w niemałym szoku po porwaniu, a zwłaszcza ja i jakoś nie miałam wtedy głowy do przyglądania się twarzy wybawców.
Elodie uśmiechnęła się delikatnie do obojga, wyraźnie rozbawiona ich wesołą rozmową, po czym powiedziała:
- Blanche, jak widzę, macie sobie dużo do powiedzenia. Nie będę więc wam przeszkadzać. Usiądę sobie na ławce i odpocznę.
- A może chcesz poczytać, księżniczko? - zaproponował Ludwik.
- Chętnie, ale nie mam przy sobie książki - odparła Elodie.
Ludwik uśmiechnął się i zadowolony wyjął zza pazuchy książkę, po czym dał jej do ręki. Gdy wzięła ją od niego, jej palce delikatnie musnęły jego skórę na ręce, a on poczuł się przy tym bardzo dziwnie. Przyjemnie i zarazem niezwykle. Jakie to było uczucie, nie umiał tego opisać. Ale mimowolnie spojrzał na Elodie, która tak delikatnie i uroczo uśmiechnęła się do niego, że poczuł, jak w piersi robi mu się gorąco. Aby to zamaskować, szybko powiedział:
- Proszę, możesz śmiało czytać, księżniczko. Oddasz, jak skończysz.
- Dziękuję, książę.
Ludwik ponownie spojrzał na nią pełnym zachwytu wzrokiem, po czym wziął pod ramię Blanche i zaczął z nią spacerować po ogrodzie.
- A więc to was wczoraj odbiliśmy z rąk bandytów - rzekł po chwili - To jest naprawdę niezwykły zbieg okoliczności. Tylko wczoraj nie mieliśmy okazji dobrze się sobie przyjrzeć.
- Owszem, ale niektórzy to się przyjrzeli sobie aż za dobrze - odparła Blanche nie bez ironii w głosie.
- O kim mówisz?
- Chodzi o Elodie i tego waszego cesarza. Zobaczyli się wczoraj i proszę, co z tego wynikło. Zakochała się i to po uszy.
- Po uszy? Ale w kim? W cesarzu?
- Owszem, właśnie w nim. Zupełnie straciła dla niego głowę. A jak jeszcze o nią dzisiaj mnie wypytywał hrabia Jamisz, to już naprawdę do reszty zwariowała.
- Hrabia Jamisz o nią pytał? A w jakim celu?
- Nie wiem, ale pytał ją, czy nie jest z kimś zaręczona.
Ludwik nagle posmutniał, kiedy to usłyszał. Nie wiedział w zasadzie, czy ma rację, ale podejrzewał, że hrabia Jamisz, marszałek cesarskiego dworu, nigdy nie zadawałby Blanche tego rodzaju pytań tak sam z siebie. Musiał ktoś mu to polecić. A kto inny miałby mu to polecić, jak nie Franciszek? Chyba tylko Zofia, ale po co miałaby to robić? Ale z drugiej strony, po co miałby to robić Franz, skoro kocha Sissi i jest z nią szczęśliwy? To nie miało najmniejszego sensu. A więc już prędzej Zofia kazała o to pytać. A biedna Elodie pomyślała, że kazał pytać o nią Franz i jeszcze bardziej się w nim zakochała. Z jakiegoś powodu poczuł, jak go smutek ogarnia na wieść, że Elodie kocha Franciszka. Poczuł przy okazji, że biedaczka będzie cierpieć, kiedy odkryje, iż nie ma u cesarza szans. A odkryje to prędzej czy później. W zasadzie... To chyba nawet prędzej niż później.
- Naprawdę hrabia Jamisz cię pytał o Elodie? - zapytał Ludwik - I naprawdę chciał wiedzieć, czy jest ona zaręczona?
- Owszem, mogę ci zaręczyć, o to mnie wypytywał - odpowiedziała Blanche - Ale nie wiem, czy cesarz mu to kazał zrobić. Mam wrażenie, że nie.
- Wątpię, żeby Franciszek kazał o to pytać Jamiszowi. Chyba, że zamierza on wydać Elodie za swojego brata.
- Za Karola? Nie ma szans. Owszem, jest on bardzo przystojny i czarujący, ale zdecydowanie to osoba z innej bajki niż Elodie. Ona potrzebuje prawdziwego mężczyzny, a nie błazna, który miał połowę kobiet na tym dworze.
Ludwik uśmiechnął się nieco ironicznie i odparł:
- Trochę źle go oceniasz. Nie jest z nim aż tak źle. Owszem, jest kobieciarzem i to naprawdę mocnym, ale przecież nie oznacza to, że nie mógłby się zmienić.
- Jakoś nie wierzę w to, żeby taki ktoś mógł się zmienić - odparła Blanche.
- Może i tak, ale to bez znaczenia. Karol nie zabiega o Elodie. Franciszek też nie. Zresztą on ma narzeczoną.
- Franciszek jest zaręczony? A z kim?
- Z moją kuzynką, Elżbietą nazywaną Sissi.
- Och, biedna Elodie. Kiedy się o tym dowie, będzie miała złamane serce. Bo ona naiwnie liczy na to, że Franciszek poprosi ją o rękę. Zwłaszcza teraz, kiedy to wysłał swojego marszałka dworu, aby spytał o to, czy jest zaręczona.
- Na pewno on tego nie zrobił. Widziałbym w tym raczej rękę jego matki. Ona nie pochwala jego związku z Sissi i na pewno szuka mu innej narzeczonej. Elodie by zatem mogła być narzędziem w jej rękach do pozbycia się Sissi.
Mówiąc to, Ludwik był już pewien, że Franciszek nie miał wobec Elodie ani przez chwilę planów matrymonialnych. Im więcej zaś myślał o udziale Zofii w tej sprawie, tym bardziej był go pewny. Ile jeszcze jest w stanie zrobić ta kobieta, aby pozbyć się niechcianej przyszłej synowej?
- Ojej, niedobrze. Ledwie przybyliśmy do Wiednia, to od razu wpadamy w sieci nowych intryg politycznych - jęknęła Blanche.
- No cóż... Witamy w Wiedniu - rzucił ironicznie Ludwik - Takie tutaj panują zwyczaje. Ale chyba nie tylko tu. Coś mi mówi, że to ogólnie panujące na dworach królewskich praktyki.
Blanche skinęła delikatnie głową na znak, że się z nim zgadza, przez chwilę milczała, po czym odparła:
- Mimo wszystko żal mi Elodie. Biedaczka pierwszy raz jest kimś tak mocno zainteresowana i pierwszy raz zauroczona. I w tym jest właśnie problem.
- W czym? W tym, że pierwszy raz się zakochała? - spytał zdumiony Ludwik.
- Dokładnie tak.
- Nie bardzo rozumiem.
- Bo widzisz, gdyby tak była co tydzień zakochana w innym, to by wtedy tak nie reagowała na zauroczenie Franciszkiem. Podeszłaby do tego normalnie. Jak do tego rodzaju spraw się podchodzi. A tymczasem ona zauroczyła się pierwszy raz i proszę, masz efekty. Jest przekonana o tym, że to wielka miłość. I co? I efekt tego będzie taki, że spotka ją gorzkie rozczarowanie, które ona mocno przeboleje.
- Może nie będzie tak tragicznie.
- Zobaczysz, że będzie. Jeszcze się przekonasz.
Oboje zawrócili ponownie w kierunku Elodie, która nadal siedziała na ławce pogrążona w lekturze. Ludwik zauważył, że czytania sprawia wyraźnie księżniczce przyjemność, bo nie odrywała wzroku od książki i była przy tym uśmiechnięta. To wszystko zrobiło na księciu naprawdę pozytywne wrażenie, podobnie jak i jeszcze jeden aspekt. Elodie bowiem miała założone na nos niewielkie okulary.
- Nie wiedziałem, że księżniczka nosi okulary - powiedział Ludwik.
- Tylko do czytania. Normalnie ma dobry wzrok, ale musi nosić je podczas czytania, ale nie chwali się tym - odpowiedziała Blanche.
- Bardzo interesujące - rzekł książę.
Zaintrygowany przyglądał się księżniczce, która z każdą chwilą wydawała mu się coraz bardziej ciekawą i interesującą osobą. Dodatkowo fakt noszenia przez nią okularów podczas czytania wzbudzał w nim zachwyt. Zawsze miał bowiem wielką słabość do intelektualistek, a dziewczyny w okularach to już szczególnie budziły w nim zainteresowanie. Wydawały mu się one mądre, słodkie, urocze i sympatyczne, a ponadto też zachwycające. Dlatego Elodie w okularach podczas czytania książki zrobiła na nim ogromne i pozytywne wrażenie.
- Urocza, prawda? - zapytała Blanche po chwili.
- Oj tak. Bardzo urocza - odpowiedział Ludwik, nie bez zachwytu w głosie.
Elodie podniosła nagle wzrok znad książki i widząc oboje, uśmiechnęła się do nich delikatnie. Jej uśmiech wywołał u Ludwika jeszcze mocniejsze bicie serca.
***
- Nie wierzę! Po prostu nie wierzę! Ten list to stek bzdur! - krzyczał Franz, jednocześnie chodząc po pokoju matki.
Zofia oparta lekko rękami o biurko, uśmiechała się do niego podle, nie kryjąc przy tym swojej satysfakcji i powiedziała:
- Naprawdę uważasz, że baronowa von Tauler mogłaby kłamać? A niby po co miałaby to robić? Poza tym, to nasza lojalna przyjaciółka i wierna sługa. Zawsze na nią mogłabym liczyć i polegać na jej zdaniu.
- Może zawsze dotąd mogłaś to robić, ale tym razem nie możesz, bo ta twoja baronowa kłamie! Sissi nigdy by mi tego nie zrobiła!
- Skąd wiesz? To, że jako dzieci byliście sobie bliscy wcale nie oznacza, że teraz, gdy już jesteście dorośli, nadal tak jest. Nie widziałeś jej kilka lat. To bardzo dużo. Przez ten czas mogło się wiele zmienić w jej życiu, w tym również podejście do miłości i do ciebie. Poza tym, jej ojciec ma bardzo liberalne poglądy. Dlatego tajne spotkania z tym rewolucjonistą nie są wcale niczym niezwykłym.
- Nie wierzę, matko! Rozumiesz to? Nie wierzę, żeby Sissi była w stanie mi coś takiego zrobić! To stek bzdur.
Zofia nie próbowała kłócić się z synem. Wiedziała, że nic to nie da, a poza tym uważała, że mówiąc spokojnie, uderzy w uczucia Franciszka jeszcze mocniej niż wtedy, gdyby na niego krzyczała. Niczym żmija jadowita, zaraziła syna jadem niepewności do jego ukochanej i zadowolona obserwowała, jak jej pierworodny, pomimo tego, że jeszcze próbuje się przed nim bronić, stopniowo mu ulega.
- Mój synu - powiedziała po chwili - Możesz mi nie wierzyć, możesz też nie wierzyć baronowej, ale posłuchaj swojego rozumu. Sissi jest otoczona przez ludzi o liberalnych poglądach i sama też je ma. Niedawno nawet pisali o tym w gazecie. Dlaczego zatem nie miałaby się spotykać z tym rebeliantem? Pomyśl o tym, mój synu. Pomyśl o tym i zastanów się, czy chcesz taką kobietę za żonę.
Franciszek popatrzył na matkę ze złością i wściekły wyszedł z jej pokoju, nie chcąc już dłużej tego słuchać. Zofia tymczasem uśmiechnęła się delikatnie, bardzo z siebie zadowolona i powiedziała sama do siebie:
- Potrzebowałam powodu do zerwania zaręczyn mojego syna. I powód sam mi wpadł w ręce. Muszę podziękować za to baronowej.
Tymczasem Franciszek poszedł do swego gabinetu, gdzie zasiadł przy biurku i zaczął o tym wszystkim rozmyślać. Był załamany tym, co właśnie usłyszał i choć przez chwilę zdecydowanie i stanowczo bronił Sissi przed matką, teraz nie potrafił przed samym sobą tego powtórzyć. Im więcej o tym wszystkim myślał, tym mniej był taki pewien niewinności ukochanej. Po głowie krążyły mu setki myśli, jedne gorsze od drugich. Widział Sissi w objęciach Andrassy’ego, a potem wraz z nią i z ojcem spiskującą przeciwko Austrii. Szybko odrzucił te obrazy, ale te powracały do niego uparcie i nie chciały dać mu spokoju. Załamany Franciszek zasłonił sobie twarz dłońmi i zaczął w nie głośno jęczeć.
- Boże miłosierny, ja za chwilę oszaleję! - zawołał ze złością i rozpaczą.
Poczuł, że musi o tym wszystkim z kimś porozmawiać, ale nie z matką. Nie, ona by jeszcze utwierdzała go tylko w jego najgorszych obawach. On potrzebował teraz osoby, która obiektywnie spojrzy na to wszystko i mądrze mu doradzi. Tylko kto taki?
Szybko przyszli mu do głowy Karol i Ludwik. Tak, oni jedni mogli mu teraz pomóc. Byli mu nie tylko krewnymi, ale jeszcze bliskimi przyjaciółmi. Ich rada w takiej sytuacji była jedyną rzeczą, która była w stanie mu pomóc. Ponadto, jeżeli chciał trzeźwego osądu sytuacji, to musiał prosić o radę kogoś, kto nie jest w żaden sposób negatywnie nastawiony do Sissi, tak jak jego matka. Tak, oni dwaj mogli mu teraz pomóc. Dlatego natychmiast wezwał ich do siebie na ważną naradę.
Karol i Ludwik przybyli dosyć szybko. Franciszek uśmiechnął się do nich z radością, kazał zamknąć drzwi i żeby nikt im nie przeszkadzał. A kiedy zostali już sami, młody cesarz przeszedł do rzeczy. Opowiedział kuzynowi i bratu o tym, jaki to list dostała jego matka od baronowej i jakie zarzuty wobec Sissi w nim padły. Dodał też, że nie chce mu się wierzyć w te słowa, ale mimo wszystko musi on się naradzić na ich temat, bo naprawdę już chwilami sam nie wie, co powinien o tym myśleć.
- A zatem powiedzcie mi, co o tym wszystkim sądzicie - rzekł po chwili, z uwagą patrząc na Karola i Ludwika.
Obaj książęta spojrzeli na Franciszka wyraźnie zdumieni tym, co właśnie od niego usłyszeli. Przez chwilę nie wiedzieli, co mają powiedzieć, w końcu jednak Karol jako pierwszy przerwał milczenie.
- No cóż, braciszku... Nie sądziłem, że nasza matka posunie się do czegoś aż tak podłego. Wiedziałem, że nie przepada za Sissi, ale żeby robić coś takiego? Nie, tego to ja się po niej nie spodziewałem.
- O czym ty mówisz, Karolu? - zapytał Franciszek.
- O tym, że nasza kochana mamusia nastawia cię przeciwko Sissi i do tego, aby osiągnąć swój cel, posuwa się do manipulacji i oszustwa.
- Jak to? Sugerujesz, że nie dostała żadnego listu, tylko go sfabrykowała?
- Moim zdaniem dostała ten list od baronowej, która napisała w nim jedynie to, co wasza matka chciała przeczytać - powiedział Ludwik.
- Sugerujecie zatem, że baronowa kłamie? Albo kłamie moja matka? - zapytał Franciszek, którego ten ostatni szczegół mocno zaniepokoił.
Jego matka, będąca mu zawsze bliskim przyjacielem, jak też i osobą, której można było w każdej sprawie zaufać, miałaby go teraz celowo okłamywać, aby go rozdzielić z Sissi? Nie, tego nie był w stanie zaakceptować. O wiele bardziej już do niego przemawiał fakt, że baronowa kłamie jak z nut, a jego matka, która przecież nie lubi Sissi i nie specjalnie się z tym kryje, łatwo w te kłamstwa uwierzyła, bo były jej one na rękę. Tak, to już było bardziej prawdopodobne.
- Nie wiemy, czy twoja matka celowo kłamie i wcale tego nie sugerujemy - rzekł na to Ludwik.
- A moim zdaniem, nasza mamusia kłamie jak z nut i to wszystko jej intryga - odezwał się Karol, znacznie bardziej sceptycznie do tego nastawiony - Ona jest do tego zdolna i nie udawaj, że tak nie jest.
- Nie powinieneś tak mówić o naszej matce. Ma swoje wady, ale mimo to jest dobrą kobietą - stwierdził Franciszek - Przyznaję, że nie zawsze postępowała fair wobec innych ludzi, ale nas nigdy nie skrzywdziła.
- Powiedział to ten, który zawsze był jej ulubieńcem i zawsze wszystko mu w oczach mamusi uchodziło na sucho - mruknął Karol.
Franciszek spojrzał na niego z lekką złością i niechęcią.
- To cię tak boli, prawda? To, że jesteś młodszym bratem i to nie ty byłeś do korony przeznaczony od samego początku? A nie przyszło ci do głowy, że to ja już miałbym powody tobie zazdrościć, bo jako młodszy nigdy nie miałeś obowiązków i mogłeś robić, co ci się żywnie podoba?
- Naprawdę zazdrościsz mi mojego trybu życia? - zapytał Karol - To ciekawe. Bo ja zawsze z kolei zazdrościłem ci twojego. Nie twoich obowiązków, ale tego, że zawsze byłeś ulubieńcem matki. Z czasem przeszło mi to, bo dorosłem i znalazłem sobie inne priorytety, ale gdy byliśmy dziećmi, wiele razy miałem ochotę dać ci w nos za to, że ty jesteś paniczykiem i następcą tronu, a ja jedynie dodatkiem do tego pięknego obrazka. Ale jak powiedziałem, to już minęło. Teraz mam inne sprawy na głowie niż starania się o to, aby nasza matka raczyła mnie obdarzyć cieplejszym uczuciem.
- Ale nadal cię to boli, prawda? Dlatego rzucasz na nią oskarżenia i jesteś tego pewien, że posunęłaby się do czegoś takiego, jak fałszerstwo dowodów przeciwko Sissi, prawda?
- Rzucam na nią podejrzenia, bo uważam, że jest do tego zdolna i tyle.
- To śmieszne.
- Uspokójcie się, dzieciaki! - zawołał ze złością Ludwik.
Zdenerwowały go te wzajemne wyzwiska obu braci, nie mające związku ze sprawą, dla której tu przyszli, a ponadto też połączone z wytykaniem sobie tego, co było wiele lat temu. Czuł, że jak dalej będzie tego słuchał, to za chwilę eksploduje. Na szczęście jego krzyk podziałał na obu braci i przestali się kłócić, a zamiast tego obaj spojrzeli na niego uważnie, a on wykorzystał to, aby powiedzieć:
- O ile dobrze pamiętam, to wezwałeś nas tu, żeby z nami porozmawiać o tym podłym liście, a nie o waszych kompleksach z przeszłości.
- Masz rację, Ludwiku. Nie po to was tu wezwałem, abyśmy sobie nawzajem wszystko wypominali - powiedział ze skruchą Franciszek, żałując swojego ataku na Karola - Zastanówmy się, jak mamy zareagować na te oskarżenia wobec Sissi.
- Zlekceważyć je, bo są nieprawdziwe - stwierdził Karol.
- Uciąć stanowczo temat i nie pozwolić baronowej na podobne insynuacje w przyszłości - dodał Ludwik - A jeżeli nadal posiadasz w tej sprawie wątpliwości, to jedź do Possenhofen i dowiedz się, czy rzeczywiście był tam Andrassy. Bo moim zdaniem nie było go tam. A jeżeli nawet, to spotkał się z jakąś inną damą, a ta pani baronowa po prostu kłamie, bo nie lubi Sissi i szuka tylko sposobu, aby jej w jakiś sposób dokuczyć. Widziałem, jakie ma podejście do Sissi. Nie jest ono serdeczne. A więc sprawa jest prosta. Baronowa kłamie, a wasza matka w to wierzy, bo tak jest jej wygodnie. Ponadto, to idealny moment na takie kłamstwa.
- Jak to? Co masz na myśli? - zapytał Franciszek.
- Nie zdziwiło cię to, że te oskarżenia pojawiły się wtedy, gdy na twój dwór przybyła księżniczka Elodie? Nie zaskoczyło cię, że twoja matka wypytuje o to, czy jest ona zaręczona z kimś?
- Tego nie wiedziałem. Skąd o tym wiesz?
- Od towarzyszki księżniczki. Mówiła, że hrabia Jamisz na polecenie twojej matki wypytywał ją o to, czy Elodie jest zaręczona. To znaczy, nie mówił, że robi to na polecenie twojej matki, ale skoro nie na twoje polecenie i raczej też nie na polecenie Karola, to niby na czyje?
- Na moje, to na pewno nie - wtrącił Karol.
- No i sam widzisz - odparł Ludwik - Twoja matka wyraźnie pragnie ożenić cię z księżniczką Elodie. Uważa ją za lepszą synową od Sissi, dlatego przyjmuje za dobrą monetę kłamstwa opowiadane przez baronową i wykorzystuje je przeciwko Sissi. Nastawia cię przeciwko niej, abyś zerwał zaręczyny, a wtedy wepchnie ci w ramiona Elodie, która nieświadoma tego wszystkiego stanie się narzędziem w jej rękach. Tak to wszystko wygląda.
- Trudno w to uwierzyć, że moja matka mogłaby to zrobić - rzekł Franciszek załamanym głosem, opadając na krzesło od biurka oraz nerwowo trąc sobie głowę dłońmi - Uwierzyła w kłamstwa, które były jej na rękę, aby mnie rozdzielić z Sissi. To po prostu podłe! A ta baronowa? Parszywa intrygantka! Jak ona mogła?
- Nie obciążaj winą jedynie baronowej, bo ona sama nic by nie zrobiła bez poparcia twojej matki - stwierdził Ludwik.
- Ale przecież moja matka nie wiedziała, że baronowa kłamie. Padła również ofiarą tej intrygantki.
- Może tak, a może nie. Naprawdę musisz widzieć swoją matkę jedynie w tak jasnych barwach? Nie widzisz, że ona chce dalej wpływać na twoje życie i to także te osobiste? Nie sądzisz, że już pora oderwać się od maminej spódnicy i zacząć na życie patrzeć z własnej perspektywy?
- Odezwał się ten, który nie popełnia błędów - mruknął Franciszek, patrząc ze złością na Ludwika - Uważasz, że to tak łatwo odtrącić matkę, która tyle lat była mi wsparciem w trudnych chwilach?
- Nie mówię, że masz ją odtrącić. Ale widzę, że jesteś rozdarty między Sissi, a twoją matką. Dziwi mnie jednak, że masz wątpliwości, komu bardziej powinieneś ufać, Franz. Może czas zastanowić się, do kogo jesteś bardziej przywiązany?
Franciszek, rozgoryczony tymi zarzutami i tym, jak bardzo są one prawdziwe, spojrzał na Ludwika morderczym spojrzeniem i zapytał:
- Kto ci dał prawo mnie oceniać? Uważasz się za wzór cnót wszelakich? Że ty nigdy nie popełniasz błędów? Myślisz może, że jesteś lepszy ode mnie i Karola?
- Tak, jestem też bardziej inteligentny - odparł żartobliwie Ludwik.
Karol parsknął śmiechem, rozbawiony tym żartem. Franciszkowi jednak nie bardzo było do podzielenia tego humoru, co dowiódł wzdychając głęboko, patrząc na Ludwika ponurym wzrokiem i mówiąc:
- Przyjacielu, ja mówię poważnie, a ty sobie żartujesz.
- Moim zdaniem powinieneś też spróbować nieco pożartować - odrzekł na to Ludwik - Może wtedy też byś miał większy dystans do tej sprawy.
- Dystans? A jaki tutaj można mieć dystans? - zapytał z irytacją Franciszek - Moja narzeczona zostaje oskarżona o zadawanie się z wrogami cesarstwa i nawet o to, że jest kochanką jednego z nich. Jaki tu ja mogę mieć dystans?
- Po prostu potraktuj to tak, jak potraktować należy, czyli jako kłamstwo pani baronowej. Prosta sprawa.
- To tylko pozornie wydaje się proste. Owszem, Sissi mnie nie zdradza, to jest pewne. Żałuję, że choć przez chwilę w to uwierzyłem. Ale nie oznacza to, że w jej domu nie spotykają się węgierscy rebelianci. Jej ojciec ma liberalne poglądy, a brat Sissi, Wilhelm brał udział w powstaniu na Węgrzech w 1848 roku. Ojciec musiał się mocno postarać, aby go wydobyć z więzienia, do którego trafił po schwytaniu. Już z tego powodu Maksymilian mógłby sprzyjać Węgrom i liberałom. Może więc Sissi nie ma nic wspólnego z Andrassym, ale za to jej ojciec może mieć. I może go u siebie czasami gościć. A co za tym idzie, może próbować wraz z tym rebeliantem wpływać na Sissi i jej poglądy.
- Moim zdaniem to niemożliwe. Niezależność Sissi jest niemalże legendarna. Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek mógłby jej cokolwiek narzucić?
- Narzucić nie, ale próbować wpływać na nią, to już inna sprawa.
- Ja w to nie wierzę. Wuj Maksymilian taki nie jest. Poza tym, byłem tam i to niedawno i jakoś nie widziałem tam niczego podejrzanego. Wiem, co mi zaraz na to odpowiesz, że mogłem coś przegapić. Ale nie wierzę w to. Ja po prostu w to nie wierzę i ty też nie powinieneś.
- Ale oczywiście, jeśli chcesz wszystko osobiście sprawdzić, to jedź do Sissi i sprawdź - zaproponował Karol - Jestem jednak pewien, że nie znajdziesz tam nic, co by mogło wzbudzić twoje podejrzenia względem Sissi.
Franciszek pomyślał nad tym przez chwilę. Propozycja jego młodszego brata wydawała się być naprawdę bardzo interesująca i najbardziej rozsądna. Jeżeli chce się upewnić, czy jego przyszły teść nie próbuje manipulować jego przyszłą żoną, to musi pojechać i upewnić się w tej sprawie. To, że Sissi jest mu wierna, to nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości i bardzo żałował, iż choć na chwilę sobie pozwolił na nie. Ale uczciwość Maksymiliana nie była już taka pewna i w tej oto kwestii o wiele lepiej by było, aby wszystko w tej kwestii sprawdzić. Im szybciej to zrobi, tym szybciej odzyska spokój. Ostatecznie sprawa nie była błaha i miała bezpośredni związek z polityką cesarstwa. Można zatem uznać ją za obowiązek do wykonania. Przy okazji, znowu zobaczy swoją ukochaną Sissi. Uda mu się więc w ten sposób połączyć przyjemne z pożytecznym. A nie od dziś wiadomo, że jest to najlepsze z możliwych połączeń.
- Zgadzam się. Tak właśnie zrobię - powiedział Franciszek, podejmując w tej sprawie ostateczną decyzję - Jutro pojadę do Sissi i wszystkiego się dowiem.
- Rozsądna decyzja. Wszystko wyjaśnisz i odrzucisz wszelkie wątpliwości - powiedział zadowolony Karol.
Ludwik również przyklasnął temu pomysłowi, choć prawdę mówiąc, niezbyt mu się on podobał. Żałoweł teraz, że sam go zaproponował i pozwolił, aby potem Karol go ponowił. Przecież pomysł ten oznaczał, że Franciszek pojedzie do Sissi i może się tam natknąć na Andrassy’ego. Swoją drogą, Ludwik nie spodziewał się po swoim przyjacielu tak wielkiej lekkomyślności. Pomimo telegramu wysłanego do zamku królewskiego, opuścił on bezpieczną kryjówkę i z miejsca udał się do Possenhofen, aby spotkać się tam ze swoją ukochaną Idą, bo przecież to z nią miał potajemną schadzkę w sadzie Wittelsbachów, a nie z Sissi. Czego jak czego, ale tego Ludwik był całkowicie pewien. Gdyby tylko to powiedział cesarzowi, ten od razu oczyściłby umysł ze wszystkich wątpliwości na temat ukochanej. Ale Ludwik nie mógł tego zrobić, gdyż mówiąc mu to, zdradziłby w ten sposób, że wie, gdzie ukrywa się Andrassy i wsypałby przy okazji Idę. Franciszek zaś na pewno zaraz by o tym wszystkim powiedział matce i Zottornikowi, a oni by już zadbali o to, aby Ludwikowi już nigdy nie zaufano. Ida natomiast zostałaby przez nich aresztowana i zmuszona torturami do wydania swojego ukochanego. A ten, chcąc ją uratować z tej opresji, wpadłby prosto w ich zasadzkę. Ludwik doskonale zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę i dlatego też musiał ukrywać to, co wie, nawet jeżeli ta wiedza mogłaby oczyścić Sissi od podejrzeń. No trudno, Sissi już sama jakoś sobie z tym wszystkim poradzi. A poza tym, on i Karol chyba wystarczająco przekonali do jej niewinności Franza, aby ten miał ją znowu o cokolwiek podejrzewać.
Mimo to, Ludwik był nieco niespokojny. Gdy powracał już do swego pokoju, po głowie krążyły mu pełne niepokoju myśli. Czy Franciszek, przybywając wraz z eskortą, nie natknie się na Andrassy’ego, który znowu zechce zobaczyć Idę? Miał nadzieję, że nie. Jego wierny przyjaciel z czasów studenckich wprawdzie zawsze myślał przede wszystkim sercem, a dopiero później głową, ale Ludwik spodziewał się po nim na tyle ostrożności, że nie będzie on ryzykował ponownie spotkania z Idą wtedy, gdy już raz ich nakryto. Wierzył, że Andrassy weźmie sobie tę niezbyt fortunną przygodę do serca i wyciągnie z niej należyte wnioski. A co, jeżeli nie? A co, jeżeli jego przyjaciel jest mimo wszystko tak głupi, że tam zostanie i wpadnie prosto w ramiona cesarza, gdy ten przybędzie do Sissi? Oczywiście przebywając na terenie Bawarii, niezależnego państwa, cesarz Austrii nie ma prawa nikogo na nim aresztować, jednak może chcieć domagać się ekstradycji Andrassy’ego od ojca Ludwika, gdy tylko dowie się o tym, że ten go ukrywa. Ojciec oczywiście odmówi, to pewne, ale wówczas Franciszek, podbuntowany przez matkę i Zottornika, może zagrozić wojną Bawarii. Wojną, której to Bawaria nie byłaby w stanie wygrać. A nawet jeżeli, to już na zawsze pogrzebałaby ona bardzo dobre relacje Ludwika z Franciszkiem i ich przyjaźń, a do tego walki takie pociągnęłyby za sobą ogromne straty w ludziach.
Przemyślawszy sobie to wszystko, Ludwik uznał, że nie czasu do stracenia. Musi za wszelką cenę ostrzec Idę, niech natychmiast każe ukochanemu uciekać i to jak najdalej od Possenhofen. Tylko jak? Nie może oficjalnie nadać telegramu do Idy, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Ale może za to napisać do Sissi. Tak, to jest dobry pomysł. Zawiadomi ją w telegramie o tym, że Franciszek chce jutro do nich przybyć i żeby byli na to gotowi. I że jeśli mają jakiś niespodziewanych gości, niech lepiej ich jak najszybciej odprawią, aby nie przeszkadzali cesarzowi. Ludwik wiedział, że Sissi na pewno opowie o tym Idzie, zechce podzielić się z nią swoją radością z powodu przybycia Franciszka. Ida jest bystra, na pewno bez trudu pozna się na szyfrze Ludwika, zrozumie, o co mu chodzi i odprawi stąd ukochanego, nim będzie za późno.
Z tą myślą, Ludwik poszedł zaraz do budki telegraficznej, aby nadać telegraf do Sissi. Wiedział, że tego rodzaju czynność nie wzbudzi w nikim podejrzeń, a już na pewno nie we Franciszku. W końcu, co jest niby podejrzane w tym, że chciał po prostu poinformować kuzynkę o tym, iż przybywa z wizytą jej narzeczony? W tym nie było nic podejrzanego ani też złego. Zatem wszystko było w porządku. Jedyne, czego się obawiał, to fakt, że Ida nie zrozumie jego ostrzeżenia. Ale ostatecznie już sama wiadomość o wizycie cesarza powinna wzbudzić jej niepokój, a to wystarczy w zupełności, żeby ostrzegła ukochanego i kazała mu uciekać. O ile oczywiście, on tam jeszcze jest. Zasadniczo nie powinien nadal tam przebywać, bo ryzykuje w ten sposób schwytanie. Jeśli zatem ma dość rozumu w głowie, to już dawno go nie ma w Possenhofen. Ale Ludwik za dobrze go znał, aby mieć co do tego całkowitą pewność. Dlatego musiał się upewnić całkowicie, że przyjacielowi nic nie grozi.
Po wysłaniu telegramu, książę powrócił do pałacu. Jego nieobecność na nikim nie zrobiła wrażenia. Wszyscy na dworze cesarskim wiedzieli, że lubi on chodzić samotnie po mieście i zajmować się swoimi sprawami. Nikt zatem nie pytał go o to, co robił i dlaczego. To dawało mu swobodniejsze pole do działania i zamierzał z tego pola skorzystać. Ponadto jeszcze, jako następca tronu Bawarii miał znacznie większe możliwości działania i swobodnego poruszania się po pałacu cesarskim i jego okolicach. To również w jego sytuacji było bardzo korzystne. Dodatkowo na dworze uchodził raczej za ekscentryka i dziwaka, dlatego fakt, że bez wyjaśnienia idzie się przejść po mieście i wraca po kilku godzinach, nikogo nie dziwi. Tym lepiej, pomyślał sobie Ludwik. W ten sposób można swobodnie działać i bardziej skutecznie przeprowadzać akcje, jak ta z telegramem. Sissi zapewne powie swemu ukochanemu, gdy ten przyjedzie, że wiedziała o jego przybyciu od Ludwika, ale co z tego? Czy on nie miał prawa jej o tym uprzedzić? Czy wysyłanie telegramu i to w dodatku o niewinnej treści może być przestępstwem?
Ludwik był zatem spokojny. Nikt nie może powiązać jego telegramu z tym, że Andrassy nagle był w Possenhofen, a potem równie nagle z niego zniknął. Tego nie da się powiązać w żaden sposób. Ponadto, jak wszystko dobrze pójdzie, to ta wścibska plotkara, baronowa von Tauler zostanie uznana za kłamcę, a wuj Maks z miejsca wyrzuci ją z domu. Chociaż, to ostatnie nie było znowu takie pewne, bo przecież baronową wysłała ciocia Zofia, aby ta szkoliła Sissi na prawdziwą damę. Nie można zatem tak po prostu jej się pozbyć. Ale przecież ostatecznie nie o to tu chodzi, tylko o to, aby uczynić ją niewiarygodną w oczach Franciszka. Co prawda, nadal on podejrzewał, że Andrassy bywał w Possenhofen, ale na pewno Maks wraz z rodziną kategorycznie temu zaprzeczą, a że poza baronową nie będzie nikogo, kto by mógł to potwierdzić, kobieta ośmieszy się w oczach cesarza, a ten już nie będzie więcej drążył tematu. Tak więc, przy odrobinie szczęście, wszystko potoczy się dokładnie w taki sposób.
Z tymi oto myślami, książę ponownie poszedł w kierunku parku cesarskiego, gdzie ostatni raz widział Elodie. Nie wiedział, czy ona nadal tam jest, czy może jest też w innej części pałacu, ale pomyślał, że byłoby bardzo przyjemnym dla nich obojga zbiegiem okoliczności, gdyby tak oboje ponownie się spotkali. Co prawda, nie bardzo na to liczył, ale w duchu mówił do siebie, że to byłoby przyjemne.
- Niestety, takie rzeczy zdarzają się raczej tylko w powieści - powiedział sam do siebie - On idzie do miejsca, gdzie pierwszy raz ją spotkał, nawet nie liczy na to, że znowu ją tam zobaczy, aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, zjawia się ona, a ich spotkanie przeradza się w cudowną schadzkę we dwoje.
Jakież było zatem jego zdziwienie, kiedy nagle w parku, przy tej samej ławce, na której ostatni raz ją widział, pojawiła się Elodie. Szła krokiem powolnym, ale i bardzo dostojnym. Jak zwykle, towarzyszyła jej Blanche. Obie usiadły sobie na ławce i zaczęły wpatrywać się w powoli zbliżający się wieczór. Słońce jeszcze nie zapowiadało tego, że zajdzie za linią horyzontu, jednakże widać było, że w ciągu najbliższej godziny lub dwóch na pewno tego dokona. Widok ten był dla obu pań niezwykle piękny i zarazem romantyczny i dlatego obie nie umiały sobie odmówić obejrzenia go z bliska.
Ludwik ucieszony obecnością księżniczki, powoli podszedł do niej, a kiedy go zobaczyła, delikatnie się jej skłonił. Uchyliła mu głowę na znak szacunku, zaś Blanche wykonała podobny gest, dodając przy tym:
- Och, Ludwiku! Wybrałeś się na spacerek przed kolacją?
- Owszem, Blanche. Lubię spacerować w ciszy i spokoju. Bardzo pomaga mi to myśleć - odpowiedział Ludwik.
- A lubi pan widok zachodzącego słońca? - zapytała Elodie.
- Owszem, choć muszę uprzedzić, że na zachód trzeba będzie jeszcze trochę poczekać - wyjaśnił Ludwik.
- Nic nie szkodzi. Mamy czas. Może chce nam pan potowarzyszyć?
- Nie chciałbym się narzucać, ale nie ukrywam, że to bardzo miła propozycja.
- Wobec tego, zapraszam.
To mówiąc, Elodie wskazała dłonią na miejsce na ławce po swej lewicy, gdyż po prawicy jej siedziała Blanche. Ludwik z wielkim uśmiechem na twarzy, usiadł w pokazanym mu miejscu i zapytał:
- Nie zimno pani? O tej porze robi się już chłodniej. Może przynieść pani coś do okrycia?
- Dziękuję, nie trzeba. Nie jest mi zimno - odpowiedziała życzliwie Elodie - A poza tym, bardzo lubię tę porę dnia.
- Lubi pani wieczory, kiedy dzień się kończy i nastaje noc?
- Lubię czas, kiedy powoli zbliża się wieczór i noc, ale jeszcze nie jest koniec dnia. Bo zwykle, gdy powoli nadchodzi koniec, to dzieje się najlepsze. Tak jest w powieściach i tak nieraz bywa w życiu.
- Życie zwykle różni się od powieści i to diametralnie. Choć nie powiem, tak i też bywa, że przypomina ono najlepszą powieść.
- Zgadza się. Może to i lepiej, że życie nie jest powieścią. Bo powieści często kończą się smutno, a w życiu może być o wiele lepiej.
- Nie każda powieść kończy się smutno, księżniczko. Choć niestety, nie każde życie człowieka kończy się w sposób szczęśliwy.
- To prawda. I dlatego zarówno powieści, jak i życie, mają swoje zalety.
Patrzyli na siebie oboje przez chwilę, nic nie mówiąc. Nie musieli tego robić. Czuli się bardzo dobrze w swoim towarzystwie, dlatego mogli swobodnie milczeć i nie obawiać się, że któreś z nich to znudzi. Nie ważne bowiem były słowa, nie w tej sytuacji. Ważne było to, iż mogą siedzieć obok siebie i patrzeć na niebo, które powoli zmieniało swoją barwę z niebieskiej na czerwoną oraz na słońce, powoli zaczynające znikać za horyzontem.
- Ach, tu jesteście! - odezwał się nagle wesoły głos.
Obejrzeli się za siebie i zauważyli Franciszka, idącego właśnie w ich stronę. Na jego widok Elodie ożywiła się, uśmiechnęła jeszcze bardziej, po czym powstała z ławki i powiedziała:
- Czy to już pora kolacji, Franciszku?
- Owszem, szukałem was właśnie po to, aby was zaprosić do jadalni. Nie chcę jeść kolacji bez was - odpowiedział serdecznie Franciszek.
- Czy wolno wiedzieć, czemu zawdzięczasz tak znakomity humor? - zapytał go Ludwik.
- Naturalnie, kuzynku. Nie jest to żadna tajemnica - odparł wesoło Franciszek i wesoło ścisnął go w ramiona - Dostałem dzisiaj list od Sissi. Napisała do mnie, jak bardzo mnie kocha i jak bardzo za mną tęskni. List przywiózł ten sam kurier, który przywiózł też list od baronowej. Wiesz, ten obrzydliwy i pełen pomówień. Ale ja nie miałem okazji go przeczytać. Zresztą nawet tego nie chciałem. Te podłe słowa, które napisała baronowa w swoim liście były straszne i zniechęciły mnie do wszystkiego i dopiero teraz przypomniałem sobie o liście od mojej ukochanej.
- I jak widzę, od razu ci się od niego humor poprawił.
- Żebyś wiedział, przyjacielu. Żebyś wiedział. Sissi mnie kocha, a ja głupi w jednej chwili zwątpiłem w to, bo ta podła baronowa do tego doprowadziła. Ale już dosyć tego! Więcej nie pozwolę na żadne pomówienia na temat mojej ukochanej. Będę bronił jej czci niczym rycerze bronili czci swoich dam.
Ludwik zauważył, że na wzmiankę o ukochanej, Elodie nagle straciła dobry humor i zrobiła się smutna. Popatrzyła niepewnie na Franciszka i zapytała:
- Wasza Cesarska Mość jest zaręczony?
Franciszkowi umknęło to, że choć byli już na „ty”, nagle Elodie powróciła do oficjalnego tonu. Był jednak zbyt szczęśliwy, aby zwrócić na to uwagę, dlatego też prostolinijnie i otwarcie powiedział:
- Dokładnie tak, a jutro jadę do niej w odwiedziny.
- Na pewno bardzo ją to ucieszy - powiedziała ponuro Elodie - A czy wolno mi zapytać, kim jest ta szczęśliwa wybranka?
- Ależ to żadna tajemnica. To księżniczka Elżbieta von Wittelsbach z Bawarii, nazywana przez przyjaciół Sissi - wyjaśnił Franciszek.
- Moja kuzynka - dodał Ludwik.
- Kuzynka? Myślałem, że książę jest kuzynem cesarza - zdziwiła się Elodie.
- Bo tak jest - odpowiedział wesoło Ludwik - Moja matka jest rodzoną siostrą Franciszka Karola, nieżyjącego już ojca naszego obecnego cesarza. A mój ojciec, król Maksymilian II jest rodzonym bratem księżnej Ludwiki, matki Sissi. A zatem jestem kuzynem zarówno Sissi, jak i Franciszka.
- Rozumiem. A zatem to takie koligacje rodzinne - powiedziała Elodie.
Następnie ruszyła za Franciszkiem, który poprosił, aby poszli z nim do jadalni na kolację, bo inaczej jeszcze ich ona ominie, a szkoda by było, bo podobno mają na niej być same frykasy.
Ludwik i Blanche ruszyli powoli za nimi. Widząc jednak smutek na twarzy księżniczki, przyspieszyli nieco kroku. Zrównali się z Elodie, a Ludwik z troską w głosie zapytał:
- Wszystko dobrze, księżniczko?
Elodie spojrzała na niego z wymuszonym uśmiechem na twarzy i rzekła:
- Tak, wszystko w porządku. Ale proszę, mów mi Elodie.
- Mam ci mówić po imieniu, pani?
- Owszem. O wiele przyjemniej mi się będzie z tobą rozmawiać, gdy oboje nie będziemy się co chwila tytułować panem i panią.
- No dobrze, zgadzam się, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Takim, że ty będziesz mi mówić Ludwiku.
- Dobrze, Ludwiku.
- Dziękuję, Elodie.
Księżniczka ponownie uśmiechnęła się do Ludwika, tym razem szczerze. Z jakiegoś powodu, milej się jej zrobiło na sercu, kiedy zeszła ze stopy formalnej na stopę prywatną z księciem Bawarii. Nie wiedziała, dlaczego tak jest, ale czuła, że ten człowiek mógłby zostać jej przyjacielem. Oczywiście, jeżeli lepiej go pozna.
Sam Ludwik zaś ucieszył się, że może nazywać Elodie po imieniu. To z całą pewnością ułatwi im obojgu rozmowy i zbliżenie się do siebie. A na jednym i na drugim równie mocno mu zależało.
***
W jednej z bawarskich oberży, daleko od miejsc, gdzie zapuszczają się ludzie miłujący spokój i bezpieczeństwo, zjawił się nagle kolejny niespodziewany gość. Szybko zasiadł do stolika, zamówił sobie posiłek, po czym usiadł i zaczął go jeść. Nie to jednak go tutaj sprowadziło. Miał o wiele poważniejsze powody, aby się tu zjawić, w tym ponurym i obskurnym miejscu. W duchu pomyślał, że widywał już lepsze karczmy, zwłaszcza na Węgrzech, skąd wygnały go rozporządzenia cesarza i wyroki na tych, którzy brali udział w powstaniu sprzed kilku lat. Wiedział jednak bardzo dobrze, że prawdopodobnie jeszcze długo tych oberż nie zobaczy, bo i też długo raczej nie zobaczy jeszcze Węgier. A wszystko dlatego, że ten głupiec, jaśnie wielmożny cesarz Franciszek Józef I musiał bawić się w bohatera i uwolnić z rąk jego ludzi księżniczkę francuską i jej dwórkę. Już tak niewiele brakowało, aby ją zabili i zgarnęli okup od naiwnego Franza, a potem uciekli daleko stąd, przy okazji doprowadzając do wojny Austrii z Francją. Wojny, w czasie której Węgry miały się zbuntować i dołączyć do Francji. Wojny, którą by w ten sposób Francja wygrała, a Węgrom z wdzięczności za pomoc nadała autonomię. Niestety, wszystkie te jakże błyskotliwie plany zniweczył ten głupiec Franciszek i jego kompania. W wyniku czego banda została rozbita, księżniczka uwolniona, a herszt bandytów z trudem i nie bez komplikacji w drodze uciekł do Bawarii, gdzie musiał teraz jeść obskurny posiłek w obskurnym miejscu, z dala od cywilizowanych miejsc. Los jednak nie był sprawiedliwy dla takich jak on.
Nie po posiłek wszak człowiek ten przybył tutaj. Najważniejszym powodem, dla którego to uczynił, była chęć spotkania się z kimś, z kim wcześniej się tutaj umówił. Czekał na tego człowieka już jakiś czas i zastanawiał się, czy on w ogóle się zjawi. Gdy już powoli zaczął tracić w tej sprawie nadzieję, nagle ów człowiek przysiadł się do niego i zamówił sobie posiłek. Kiedy go dostał, zaczął powoli jeść, jednocześnie mówiąc:
- W swoim liście byłeś bardzo tajemniczy. Co cię sprowadza, Morgasz?
- Niestety, plan nasz nie powiódł się, panie hrabio - odpowiedział mu bandyta, nazywany Morgaszem - Księżniczka została odbita, a moi ludzie nie żyją.
Tajemniczy hrabia zacisnął ze złości, mrucząc przy tym pod nosem najgorsze z możliwych przekleństw.
- Kto ją odbił? - zapytał po chwili.
- Cesarz osobiście, wraz ze swoimi ludźmi.
- No proszę, nasz drogi Franciszek robi za fanfarona. Lubi się popisywać, ale niech się strzeże. Kula tak samo może dosięgnąć cesarza, jak prostego żołnierza, a podczas akcji ratunkowej łatwo ją zarobić.
Morgasz powoli napił się z kufla piwa, popatrzył na hrabiego i rzekł:
- Z dalszych akcji, nici. Moi ludzie nie żyją, a za mną pewnie już rozwieszono listy gończe. Lepiej, żebym chwilowo się nie pokazywał w Austrii.
- Zdecydowanie lepiej - odpowiedział mu hrabia - Póki co, zostań tutaj. Już za jakiś czas znowu ruszamy do działania. Tym razem pójdzie nam lepiej. Załatwimy wszystko tak, jak należy. Austria zapłaci za to, co zrobiła Węgrom. I nam.
- Doskonale, ale co ze mną? Potrzebuję pieniędzy na pobyt tutaj, a to przecież kosztuje i to nie mało.
Hrabia zazgrzytał zębami ze złości, ale mimo to wyciągnął sakiewkę i rzucił ją z lekką złością Morgaszowi. Ten zważył ją w dłoniach, ocenił jej ciężar, a zaraz potem schował ją w płaszczu i powiedział:
- Czy spróbujemy wykończyć cesarza?
- Wszystko w swoim czasie, Morgasz - odpowiedział mu hrabia - Na razie, nawet przez pośredników to by było niebezpieczne. Poza tym, teraz nie wywoła to wojny z Francją, a bez tego nie zdołamy stworzyć wolnych Węgier. Ale spokojnie, Morgasz. Tylko spokojnie. Co się odwlecze, to nie uciecze.
Następnie chwycił mocno kufel piwa i bardzo szybko go wypił, nie patrząc na to, czy zwraca to na niego uwagę, czy też. Złość z powodu porażki była tak mocno u niego, że wszelkie konspiracje chwilowo nic go nie obchodziło. W duchu zaś powtarzał sobie następujące słowa:
- Poczekaj, cesarzu. Jeszcze kiedyś pożałujesz, że kiedykolwiek stanąłeś nam na drodze do naszych celów. Błąd ten drogo cię będzie kosztował. I to naprawdę drogo, zapewniam cię.
***
Po kolacji Elodie udała się do siebie. Przebywanie w towarzystwie Franciszka wiecznie mówiącego o Sissi i o swoim planowanym wyjeździe do niej, wcale jej nie sprawiało przyjemności. Marzyła o tym, aby zasnąć i nie musieć chociaż przez chwilę myśleć o tym, co poczuła, kiedy odkryła, że z jej planów nic nie wyszło, a co gorsza, nikogo nie mogła o to obwiniać. Bo w zasadzie, niby kogo miała winić? Franciszka? Przecież niczego jej nie obiecywał. Sissi? Przecież nie mogła wiedzieć o tym, że inna pokocha jej ukochanego. Blanche? Przecież ją ostrzegała. Nie, nikt w tej sprawie nie był winny. Tylko ona sama. Świadomość swojej naiwności była dla Elodie po prostu straszna i dobijała ją. Chciała o tym zapomnieć, chociażby na chwilę. A żeby to zrobić, musiała zostać sama lub co najwyżej z Blanche.
Pomyślała, że ciepła kąpiel jej pomoże. Zamówiła więc ją, a kiedy tylko była gotowa, zrzuciła ubranie, weszła do wanny i z pomocą wiernej przyjaciółki umyła się bardzo dokładnie. Niestety, ciepła woda z pianą, choć naprawdę przyjemnie ją pieściła i dodała jej trochę energii, nie pomogła jej poczuć się lepiej. Wciąż umiała myśleć tylko o tym, co ją spotkało i pomstować na swoją własną naiwność.
W końcu wstała i wyszła z wanny, a Blanche szybko okryła ją ręcznikiem, po czym zaczęła ją nim wycierać.
- Mam nadzieję, że kąpiel ci pomogła, pani - powiedziała Blanche.
- Mniej niż myślałam - odparła na to Elodie.
Pozwoliła, by jej dama do towarzystwa, będąca zarazem jej przyjaciółką, na spokojnie zakończyła wycieranie jej, po czym stanęła powoli przed lustrem, lekko westchnęła i powiedziała:
- Blanche, czy uważasz, że jestem ładna?
Zdumiona kobieta spojrzała na nią, jakby nie rozumiejąc, o co chodzi jej pani i odpowiedziała zupełnie szczerze:
- Wasza Wysokość jest jedną z najpiękniejszych młodych kobiet na świecie.
Elodie westchnęła i puściła ręcznik. Ten opadł na podłogę, odsłaniając przed lustrem jej ciało. Księżniczka przyjrzała mu się uważnie, delikatnie dotknęła się w kilku miejscach, ponownie westchnęła i odparła:
- Nie wiem, czy jestem piękna, ale na pewno mogę się podobać mężczyznom.
- Oczywiście, że tak. I to wielu - stwierdziła Blanche.
- Tak, być może - powiedziała Elodie, smutnie wpatrując się w swoje odbicie - Tylko co mi z tego, skoro ten jeden, którego ja pokochałam, mnie nie chce? Co z tego, że jestem ładna? I co mi z tego?
Blanche ze smutkiem obserwowała ją, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Chociaż zwykle umiała poprawić humor swojej księżniczce, tym razem nie była w stanie tego dokonać. Zamiast tego, pomogła Elodie nałożyć nocną koszulę i położyć się spać. Sama zaś udała się do swojej komnaty, rozmyślając nad tym wszystkim.
- Moja babcia zawsze mi powtarzała, że klin trzeba wybijać klinem, a jedną miłość drugą miłością - mówiła do siebie, gdy udawała się na spoczynek - Dzisiaj już nic nie zrobię w tym kierunku, ale jutro, księżniczko, zobaczymy, czy jeszcze nie będziesz się śmiać ze swojej dzisiejszej rozpaczy. Zrobię, co w mojej mocy, aby tak było i abyś odzyskała chęć życia. A wtedy zobaczysz, że słusznie nazywasz mnie nie tylko służką, ale i swoją przyjaciółką.
