sobota, 4 marca 2023

Rozdział XX - Podróż do krainy snów



Misja dyplomatyczna nie była taka trudna, jak to się mógł Franciszek Józef I spodziewać. Dyplomaci z Ludwikiem do pomocy przedstawili dokładnie wszystkie warunki paktu, jakie przedstawił cesarz Austrii cesarzowi Francji. Napoleon III nie kwestionował żadnego z nich, nie próbował negocjować ani nic z tych rzeczy. To, czego życzył sobie od niego młody Habsburg przyjmował bez żadnych problemów i wydawał się sprawiać wrażenie zainteresowanego nimi całkowicie. Chciał jednak się naradzić w tej sprawie ze swoimi ministrami, dlatego poprosił o nieco czasu, aby z nimi je omówić, choć poufnie powiedział Ludwikowi, że jest to z jego strony jedynie formalność, aby jego urzędnicy czuli się potrzebni i ważni, bo w końcu za coś biorą pieniądze i niech wiedzą, za co. On zaś prywatnie może powiedzieć, że warunki od cesarza Austrii jak najbardziej mu odpowiadają.
- Rozumiesz jednak, jak wygląda wielka polityka - mówił potem do Ludwika, podczas ich prywatnej rozmowy - Władcy nie mogą rządzić sami, bez urzędników. Potrzebują ich, a oni potrzebują czuć się potrzebni w naszym świecie, choć nieraz byśmy się umieli bez ich rad doskonale obejść, dlatego musimy ich utwierdzać w tym przekonaniu, że są nam niezbędni. Wtedy będziemy mogli liczyć na nich, gdy będą naprawdę nam potrzebni.
Ludwik przyznał, że trudno jest się z tym nie zgodzić. Dlatego szczerze i bez żadnego podlizywania się, którego zresztą bardzo nie lubił, powiedział:
- Nie można zaprzeczyć słuszności tego stwierdzenia, Wasza Cesarska Mość.
Napoleon III uśmiechnął się do niego serdecznie, po czym poklepał go lekko po ramieniu swoimi wielkimi dłońmi i powiedział:
- Cieszy mnie, że mamy to samo zdanie, mój chłopcze. Wybacz, że tak śmiało do ciebie mówię, ale jesteś jeszcze taki młody. Nie to, co ja. Ale nieważne. Bardzo młody jest także mój syn, Lulu. Wiesz, niedawno zaczął wchodzić w dorosłe życie. Z tego, co wiem, lubi się nieco zabawić. Oczywiście nie myśl, że mam mu to za złe. Takie jest prawo młodego mężczyzny. Każdy z nich musi mieć czas, jak i też możliwość, aby się zabawić. Chciałbym cię jednak prosić, abyś poszedł wieczorem z moim synem do kabaretu. Widzisz, Lulu wiele o tobie słyszał od Elodie i jeszcze od kilku innych osób, które cię znają. Słyszał wiele dobrego i dlatego chce poznać cię osobiście i dowiedzieć się, ile jest prawdy w tym wszystkim, co słyszał o tobie.
- Wasza Cesarska Mość, naprawdę nie wiem, czy powinienem - odparł na to lekko zmieszany tą prośbą Ludwik - Zobaczą nas ludzie i powiedzą, że rozpijam syna Wasza Cesarskiej Mości, a bardzo bym tego nie chciał. Powiedzą, iż bardzo porządny młodzieniec pod wpływem obcokrajowca się demoralizuje. Wiem, jak to łatwo jest oceniać w taki sposób. Lubiono to robić już wtedy, gdy tu studiowałem.
Napoleon III niemalże ryknął gromkim śmiechem.
- Och, mój młodzieńcze. Nie wiesz nawet, co opowiadasz. Zapewniam cię, że nikt tak o tobie nie powie. Wszyscy wiedzą, że mój syn lubi się zabawić w sposób godny młodzieńca w jego wieku i z rodziny, z której pochodzi. Dbam jedynie, aby nie złapał czegoś niewłaściwego. Wiesz, co mam na myśli, prawda?
Ludwik doskonale zrozumiał. O to, czego mężczyźni, spędzający wiele czasu z kobietami lekkich obyczajów zawsze powinni się wystrzegać, a co niestety wiele razy od nich przynosili do domu. O Wenerę, jak to niektórzy nazywali wstydliwe i nieprzyjemne choroby, ochrzczone też mianem chorób wenerycznych od jednej z rzymskich nazw bogini miłości (drugą nazwą była Wenus), którą Grecy nazywali Afrodytą. Ludwik nigdy nie korzystał z usług takich kobiet, ale słyszał, że cesarz Austrii, jeszcze jako następca tronu, lubił mieć romanse i jego matka, aby jakoś mu to ułatwić i nie narazić go niepotrzebnie na choroby, badała dokładnie damy, które podobały się jej synowi, czy nie posiadają aby Wenery, którą mogłyby przekazać Franzowi. Dlatego był on nadal zdrowy i szczęśliwy. Jeżeli Napoleon III także o to dbał, to tym lepiej. Takich spraw nigdy nie powinno się lekceważyć.
- Tak, Wasza Cesarska Mość. Wiem, o co chodzi - odpowiedział Ludwik.
- Także nie musisz się niczego obawiać, młodzieńcze - rzekł Napoleon III - Nikt nie będzie posiadał o tobie złego zdania i nie posądzi cię o demoralizowanie mojego syna. Dlatego, jeżeli tego się obawiasz, to bądź spokojny. To ci nie grozi.
Ludwik nie śmiał odmówić Napoleonowi III i zrozumiał, że będzie musiał iść z młodym Lulu do kabaretu. Nie miał jednak na to najmniejszej ochoty. Powodów ku temu było kilka. Po pierwsze, nigdy nie był wielkim miłośnikiem tych miejsc, chociaż swego czasu kilka razy z kolegami bywał w nich, ale robił to rzadko. Po drugie, obawiał się, że niedoświadczony w takich sprawach Lulu szybko zamieni ich spotkanie w jedną wielką libację połączoną z rozpustą, a Ludwik jakoś nigdy nie przepadał za tego rodzaju rozrywkami. Nie był święty, lubił zawsze kobiety, a w czasie studiów zdarzało mu się korzystać z ich sympatii do siebie, ale przecież nigdy nie pociągało go życie tzw. złotej młodzieży. Po trzecie zaś, co wszak było dla niego najważniejsze, chciał pobyt w Paryżu wykorzystać przede wszystkim na spotkania z Elodie, na spędzanie z nią czasu, na nacieszenie się jej obecnością i na to, aby powiedzieć jej, co do niej czuje. Dlatego włóczenie się po podejrzanych miejscach z Lulu bynajmniej nie było mu na rękę. Mimo wszystko, jak niby można było odmówić cesarzowi Francji? Poza tym, bardzo chciał mieć z nim najlepsze relacje z możliwych i nie tylko zapewnić w ten sposób Austrii kontakty polityczne z Francją, ale przy okazji jeszcze i sobie szczęśliwy związek z Elodie. Dlatego też odmówić Napoleonowi III nie mógł. Nawet jeżeli nie bardzo miał ochotę spełniać życzenia władcy.
- Jeżeli tak się sprawy mają, to oczywiście spełnię życzenie Waszej Cesarskiej Mości - powiedział Ludwik, lekko się przy tym kłaniając.
- Doskonale, mój chłopcze - odpowiedział mu Napoleon III, klepiąc go lekko po ramieniu - A zatem spełnij moje życzenie, a gwarantuję ci, że nie będziesz tego żałować. I kto wie? Może w zamian za to, kiedyś ja spełnię twoje życzenie?
Ludwik uśmiechnął się, zadowolony ze słów, które właśnie usłyszał. Przyszło mu wówczas do głowy, że posiada on takie jedno życzenie i to od jakiegoś czasu i które rzeczywiście cesarz Francji byłby w stanie jak najbardziej spełnić. Najpierw jednak inna jeszcze osoba musi mu w tej sprawie pomóc. Musi mu wyjawić, czy w jakikolwiek sposób to życzenie ma szansę na spełnienie. Jeżeli tak, to rzeczywiście cesarz Napoleon III jest jak najbardziej w stanie mu pomóc. A zatem może warto jest spełnić jego prośbę? Zwłaszcza, że cesarz nie rozkazuje mu tego, a jedynie go o to prosi. Nie oczekuje od niego zgody, a jedynie liczy na nią. Można zatem się nieco poświęcić i zrobić to dla niego. Kto wie, co pożytecznego może przynieść to Ludwikowi? Poza tym, życzliwej i niezobowiązującej przecież do kolejnych tego typu spotkań prośbie trudno jest odmówić.
- A zatem, w jakim kabarecie mam wieczorem szukać syna Waszej Cesarskiej Mości? - zapytał po chwili Ludwik.

***

Książę bawarski bardzo szybko się przekonał, że obietnica spędzenia czasu z następcą francuskiego tronu, a spełnienie tej obietnicy to dwie różne rzeczy. Danie słowa cesarzowi było łatwe, ale dotrzymanie go było już nieco trudniejsze i to nie dlatego, że Ludwik w jakikolwiek sposób próbował się od tego wymigać. Ludwik nigdy nie sięgał po wymówki w takich sytuacjach i gdy zobowiązał się do czegoś, zawsze to potem wykonywał, bez względu na to, co o tym myślał. Jedyne, co mu potrafiło utrudniać dotrzymanie słowa, to właśnie jego myśli w tej sprawie. W tej sytuacji także tak było. Ludwik bowiem nigdy nie był miłośnikiem dzikich zabaw pełnych hałasu, alkoholu i rozpusty. Rozumiał, że niektórzy ludzie, a już zwłaszcza młodzi, po prostu muszą, przynajmniej od czasu do czasu tak się bawić, ale nigdy nie przepadał za tego rodzaju zabawami. Francois, mąż Blanche, to inna sprawa. W jego życiu studenckim przyjęcia z alkoholem i kobietami były dosyć częste, choć i on ostatecznie umiał się ostatecznie ustatkować, czego ślub z Blanche dowodził aż nadto. Może jednak to była kwestia tego, że ostatecznie przejadły mu się te zabawy i może dorósł na tyle, aby zrozumieć, iż to wszystko było wspaniałe, ale tylko do czasu i kiedyś człowiek ma już tego dość i chce po prostu się ustatkować. Dlatego, mimo sporych różnic w charakterze, Ludwik zawsze go lubił i zawsze potrafił się z nim porozumieć. Jednak młody Lulu, syn Napoleona III, zdecydowanie do takich osób, z których książę bawarski byłby w stanie się dogadać i zaprzyjaźnić, raczej już nie należał. Oczywiście, Ludwik nie przekreślał z tego powodu młodzieńca. To było dla niego zrozumiałe, iż Francois się ustatkował, bo jest w odpowiednim do tego wieku, a Lulu ten wiek ma jeszcze przed sobą i raczej szybko go nie osiągnie. Ale mimo wszystko, wolał za często nie przebywać w jego towarzystwie, gdyż za dużo nerwów może go to kosztować.
Do takich wniosków, książę bawarski doszedł po tym, jak rozmawiał na temat następcy tronu z Francois. Opowiedział mu on sporo o zabawach następcy tronu, które to kiedyś nawet bawiły męża Blanche, ale zdecydowanie obecnie raczej go już męczyły. Dlatego nie szczędził w prywatnej rozmowie z Ludwikiem niekiedy i ostrych słów krytyki wobec młodzieńca.
- Ja tam rozumiem młodych, sam byłem... Ba, co ja mówię? Ja nadal jestem i długo jeszcze będę młody.
To mówiąc, parsknął śmiechem i popatrzył wesoło na Ludwika.
- Ale jak wiesz, każdemu dorosłemu mężczyźnie w końcu przechodzi apetyt na tego typu rozrywki. Lubię się oczywiście pobawić, bale i zabawy są przyjemne, ale nie takie, jak dawniej. Te już do mnie nie trafiają. Ale nawet kiedy trafiały, to mi się wydaje, że chyba nawet ja, choć przecież święty nigdy nie byłem, tak się nie bawiłem jak teraz zabawia się Lulu. Opowiadają o jego zabawach już legendy. Ja tam nie wiem, ile w tym wszystkim prawdy, ale osobiście uważam, że cesarz w tej sprawie powinien nieco poskromić swojego zwariowanego synalka. Bo jeżeli on się tak zawsze będzie bawił, to ja niezbyt dobrze wróżę Francji i cesarstwu.
- Może z czasem wydorośleje? - zasugerował Ludwik.
- Niewykluczone, ale na chwilę obecną, to ja tego nie widzę.
Ludwik, po tej rozmowie, nie wyciągnął pozytywnych wniosków na temat Lulu, a w owym zdaniu utwierdził się jeszcze bardziej, kiedy tylko porozmawiał z cesarzem Napoleonem III w sprawie wycieczki wieczorem do kabaretu. Wszystko to dodatkowo jeszcze potwierdzało jego obawy o to, że Lulu zdecydowanie nie jest osobą, która mogłaby go zrozumieć i z którą by miło spędzał czas. I nie chodziło tu ani trochę o różnice wieku, ale wartości i ulubione rozrywki. W tej sprawie chyba wszystko ich dzieliło. Bo jak mogłoby być inaczej, skoro Lulu uwielbiał zabawy, im bardziej szalone, tym lepiej, a Ludwik wolał rozrywki bardziej spokojne, jak też i godne jego wieku. Z tego powodu nie palił się do pójścia wieczorem do kabaretu „Czerwona Róża”. Ale cóż... Dał już słowo i należało go dotrzymać. Poza tym, to może nie będzie tak źle?
Pocieszając się takimi słowami, Ludwik ubrał się najbardziej elegancko, jak to tylko było możliwe, a potem wybrał się do miejsca, gdzie miał na niego czekać syn cesarza Francji. Pojechał tam powozem, bo nie był pewien, czy zdoła odnaleźć kabaret sam, zwłaszcza, że ostatni raz w Paryżu przebywał bardzo dawno, jednak nawet wtedy nie ciągnęło go do takich miejsc. Zatem raczej sam by go nie znalazł i wolał w tej sprawie zaufać woźnicy, który z racji swego zawodu powinien mieć w tej sprawie niezbędną wiedzę. I rzeczywiście ją miał i zawiózł Ludwika tam, gdzie chciał on się dostać. Zadowolony książę zapłacił mu i poszedł do kabaretu, w sercu czując jednak pewien niepokój.
- Oby tylko Elodie nie pomyślała o mnie niczego złego, kiedy się dowie, że ja byłem w takim miejscu. Bo pewnie się dowie, wieści na dworze bardzo szybko się rozchodzą. Mam tylko nadzieję, że wyjaśnią jej przy okazji, że zrobiłem to jedynie dla jej kuzyna i nie zachowywałem się w sposób skandaliczny. Bo na pewno nie będę się tak zachowywał, to pewne.
Tego ostatniego był całkowicie pewien. Odkąd poznał Elodie, wszystkie inne kobiety nie były w stanie w jego oczach w jakikolwiek sposób jej dorównać, nawet gdyby o jego względy zabiegały same boginie greckie. Co jak co, ale w tej sprawie nie posiadał żadnych wątpliwości. Przez myśl nawet mu przeszło, że gdyby tak to jemu Hermes powierzył z woli Zeusa rozstrzygnięcie, której to z bogiń należy się jabłko dla najpiękniejszej, jak to przed laty nakazał uczynić Parysowi, to on sam nie przyznałby tego jabłka ani Herze, ani Atenie, ani Afrodycie, tylko Elodie. I to nawet wtedy, gdyby tak samo jak w micie, wszystkie te trzy boginie rozebrały się przed nim do naga i kusiły go swoimi wdziękami. Kiedyś, gdy tak sobie myślał o tym, to uznał, że przyznałby on jabłko Atenie, swojej ulubionej bogini z greckiego panteonu, ale teraz jednak przyznałby on je Elodie, która to przewyższała w jego oczach wszystkie nieśmiertelne istoty. Nawet, gdyby sama Kalipso, jak Odysowi, jemu też zaproponowała wieczne życie w młodości, szczęściu i zdrowiu, to on i tak by wolał spędzić życie z Elodie, tak jak Odys wolał spędzić życie z Penelopą. I z tego właśnie powodu Ludwik miał nadzieję, że jego ukochana nie wyciągnie z tego wszystkiego, co się dzisiaj wydarzy, pochopnych wniosków.
Z tymi myślami, książę bawarski wszedł do środka kabaretu. W środku, jak się tego obawiał, panował już ogromny gwar. Dla uszu Ludwika, oswojonych już z nocną ciszą, taki dźwięk był niemałym szokiem, dlatego też przez chwilę lekko się skrzywił, kiedy zetknął się z nim, ale na szczęście trwało to tylko krótki czas, po czym jego uszy dość szybko przywykły do gwaru. Zadowolony zostawił płaszcz i laskę w recepcji, a następnie wszedł na główną salę i zaczął wypatrywać Lulu. Nie było łatwo go odnaleźć, ponieważ było tam mnóstwo ludzi i wszystkie stoliki były zajęte. W końcu jednak dostrzegł młodego księcia, który machał mu ręką na znak, gdzie jest. Zadowolony poszedł do niego, a Lulu radośnie uścisnął go i zawołał:
- Witaj, Ludwiku. Tak się cieszę, że przyszedłeś. Już się bałem, że w ostatniej chwili zrezygnowałeś.
- Nie, Lulu. Nie mógłbym zrezygnować - odpowiedział mu Ludwik, siadając przy stoliku - Dałem twojemu ojcu słowo, że przyjdę dzisiaj i przyszedłem.
- Doskonale. A zatem trzeba to uczcić. Kelner, szampan dla mnie i mojego przyjaciela!
Kelner, który najwidoczniej dobrze już znał Lulu, skłonił się przed nim, po czym szybko udał się wykonać polecenie. Nie minęło wiele czasu, kiedy powrócił z butelką szampana i dwoma kieliszkami. Już po chwili obaj książęta imiennicy z serdecznymi uśmiechami popijali ów musujący gardło trunek. Ludwik poczuł, że tego mu brakowało, aby poczuć się tutaj nieco lepiej. Co prawda, nadal to miejsce nie było czymś, gdzie chciałby obecnie przebywać, ale ostatecznie tutaj również dało się normalnie bawić, bez żadnych szaleństw.
- Twój ojciec mówił mi, że chciałeś mnie lepiej poznać - powiedział Ludwik po chwili do Lulu.
- To prawda. Jestem bardzo ciekaw człowieka, który nie tylko nosi moje imię, ale jeszcze rozkochał w sobie moją kuzynkę - odpowiedział mu Lulu.
Ludwik zwrócił uwagę na to, co powiedział młodzieniec. Te słowa miały dla niego naprawdę ogromne znaczenie, jeżeli oczywiście były prawdziwe.
- Zdobyłem serce twojej kuzynki? - zapytał.
Lulu parsknął śmiechem, rozbawiony jego pytaniem.
- Proszę cię. Tylko mi nie mów, że nie wiedziałeś o tym. Ja tam zwykle wiem, czy się podobam jakieś kobiecie, czy nie.
- Ależ Lulu, podobanie się to jedno, ale zdobycie serca to inna sprawa. Skąd niby pewność, że zdobyłem jej serce?
- Bo mam oczy i poza tym, cały dwór mojego ojca już o tym mówi.
- O czym mówi?
- Że Elodie się zakochała w księciu bawarskim.
- A dlaczego tak mówią?
- Bo to wyraźnie widoczne. Przecież odkąd przyjechała do Paryża, o niczym innym nie mówi, jak tylko o pobycie w Wiedniu i spotkaniu z tobą. Naprawdę, to jest już chwilami irytujące. Ona co prawda, zawsze była jakaś dziwna, ale teraz jej dziwactwo przechodzi wszelkie pojęcie.
- Dziwactwo? W jakim znaczeniu?
- To nie wiesz? A myślałem, że ją poznałeś. Nic, tylko czyta książki, chodzi na przedstawienia, rozmawia z filozofami, uczonymi i artystami. Zalotników sobie odrzuca jednego po drugim, choć już czas najwyższy na to, aby wyszła za mąż. To nie jest twoim zdaniem dowód dziwactwa?
- Raczej inteligencji.
Lulu parsknął śmiechem i nalał sobie znowu szampana.
- Inteligencji to możesz szukać u towarzysza rozmowy, ale u kobiety?
- A co? Kobieta nie może być towarzyszem rozmowy?
- Ja jakoś nigdy nie miałem o czym rozmawiać z kobietą. A zresztą, podczas spotkania z płcią piękną szkoda czasu na słowa, kiedy można robić inne, znacznie ciekawsze rzeczy.
Ludwik uśmiechnął się ironicznie do Lulu, rozbawiony jego naiwnością i tym niedojrzałym sposobem myślenia, typowym wszakże dla młodzieńców z jego sfery i w jego wieku.
- Zobaczysz kiedyś, przyjacielu, że z kobietą można robić wiele przyjemnych rzeczy i to nie tylko tych, o których myślisz.
- Przyjemniejszych od tego na pewno nie da się robić - odparł na to Lulu.
Następnie nalał znowu szampana Ludwikowi i sobie, wypił wesoło trunek ze swego kieliszka i powiedział:
- A tak przy okazji, Ludwiku, to ja nie rozumiem, co ty właściwie widzisz w mojej kuzynce. Owszem, jest piękna i urocza, ale taka inna niż większość kobiet wokół niej.
- No i właśnie to mnie w niej najbardziej zachwyca - odparł Ludwik, nieco rozmarzonym tonem - Tym, że jest wyjątkowa.
- Każda jest wyjątkowa na swój sposób. Ale dlaczego właśnie moja kuzynka?
- Bo ona jest wyjątkowa dla mnie.
To mówiąc, Ludwik napił się nieco szampana z kieliszka i uśmiechnął bardzo zadowolony na samo wspomnienie ukochanej.
- A powiedz mi, czy zamierzasz się z nią ożenić? - zapytał Lulu.
- Oczywiście, bo traktuję ją niezwykle poważnie - odpowiedział Ludwik.
- Rozumiem. A powiedz mi, czy od początku uległa twojemu urokowi?
- Wręcz przeciwnie. Na początku nie chciała ze mną rozmawiać, dopiero po dłużej chwili dała się przekonać, abyśmy oboje poszli na spacer po Wiedniu.
- I chciało ci się męczyć, aby ją do czegokolwiek przekonać?
- Oczywiście. Nie wiesz, że najsłodziej jest zdobyć serce takiej, która jest dla ciebie nieprzystępna, przynajmniej na początku?
- Niby dlaczego?
- Bo potem będzie nieprzystępna dla innych. I wierna tylko tobie.
- Rozumiem zachwyty, moja kuzynka umie być zachwycająca, ale zaraz się żenić? Nie lepiej nacieszyć się życiem, póki możesz?
Ludwik popatrzył na niego poważnie, niemalże surowo i rzekł:
- Lulu, ja już mam trzydzieści lat. Nacieszyłem się życiem, jak tylko się dało. Ale nie można wiecznie tylko się cieszyć. Trzeba czasami pójść dalej. W pewnym wieku człowiek potrzebuje ustatkowania się. Ty możesz jeszcze tego nie czuć. Ale kiedyś poczujesz, wszystko w swoim czasie. Ja już poczułem.
- No dobrze, ale pamiętaj, że tego kwiatu jest pół światu. Nie musisz zabiegać tak od razu o Elodie i tylko o nią - odparł na to zdumiony jego powagą Lulu.
- Muszę. Lubisz polowania, prawda?
- Uwielbiam je.
- Otóż dowiedz się, że porządny myśliwy nie marnuje kul na przepiórki. On chce upolować łanię.
- Ale kuropatwy też mają słodki smak i jakie są cudowne.
- Być może. Ale jeszcze się nimi przejesz, zobaczysz.
Lulu zachichotał, najwidoczniej nie wierząc w to, co on mówi.
Chwilę później na scenie kabaretowej, na której występowali wcześniej jacyś artyści, na których rozmówcy nie zwrócili większej uwagi, pojawiło się dziesięć naprawdę urodziwych dziewczyn w czerwonych oraz kusych sukniach z czarnymi dodatkami i zaczęły dziko tańczyć pod rytm melodii Jacquesa Offenbacha. Ludzie zebrani w kabarecie od razu z uwagą zaczęli przyglądać się temu występowi, który rozpoznali jako popularny w tym mieście kankan. Lulu z prawdziwym zachwytem zaczął patrzeć na artystki, a Ludwik, choć dla niego Elodie była najpiękniejsza, też z uwagą podziwiał występ dziewczyn. Słyszał dotąd o kankanie, ale nigdy nie miał okazji go zobaczyć na własne oczy. Musiał przyznać, że występ ten był miły dla męskiego oka, a zwłaszcza w tych momentach, kiedy dziewczyny wyginały się w taki sposób, że prezentowały przed widzami swoje zmysłowe majtki. Trudno było więc oderwać od tego tańca wzrok. Trudno było też udawać, że ten widok jest mu niemiły. Dlatego Ludwik z uśmiechem przyglądał się tańcowi oraz wsłuchiwał w wesołą i bardzo skoczną muzykę, która od razu przypadła mu do gustu.
- Widzisz sam, jakie piękne kobiety są na świecie - powiedział wesoło Lulu do Ludwika - I wszystkie mogą być twoje, jeśli tylko zechcesz. A ty chcesz tylko jedną i to na całe życie. Naprawdę nie wstyd ci?
- Wstyd? Czemu miałoby mi być wstyd? - zapytał Ludwik.
- Bo naprawdę żal takiego przystojniaka jak ty dla jednej kobiety. Naprawdę nie rozumiem, jak można się zdecydować na taki pomysł.
- Jak widać, można.
- Ale nie żal ci będzie tego wszystkiego?
To mówiąc, wyciągnął rękę w kierunku tancerek, które właśnie kończyły swój występ i skłoniły się filuternie w kierunku widzów.
- Zdecydowanie nie będzie - odpowiedział mu Ludwik.
Lulu widząc, że w tej sprawie nie osiągną porozumienia, machnął ręką i nalał sobie ponownie szampana do kieliszka, który potem duszkiem wypił. Ludwik zaś zaczął obserwować scenę, będąc ciekawym kolejnych występów. Nagle dostrzegł, że pojawia się na niej jakaś wysoka ruda dziewczyna w stroju scenicznym i wesoło zaczyna śpiewać dowcipną piosenkę. Przyjrzał się jej uważnie, zaintrygowany i nie będąc pewnym, czy to aby ona. Po dokładniejszej obserwacji jednak doszedł do wniosku, że się nie myli i to musi być ona. Kolejna znajoma z czasów podróży po Bawarii, kiedy to uciekł z domu i dołączył do trupy aktorskiej. Wiedział, że owa trupa już nie jest tym, czym kiedyś, a większość artystów rozeszła się po świecie i tylko niewielu pozostało w Bawarii. Dlatego spotkanie kolejnej znajomej w tym miejscu nie było znowu dla niego czymś niemożliwym, choć zdecydowanie czymś zaskakującym.
Uśmiechnął się zadowolony, obserwując występ dziewczyny, a kiedy ten już dobiegł końca, wesoło poszedł za kulisy z zakupionymi wcześniej u sprzedawcy chodzącego po sali kwiatami, aby wręczyć je artystce. Zaszedł do jej garderoby, po czym zapukał do drzwi.
- Kto tam? - odezwał się kobiecy głos.
- Kwiaty dla pani Marty - odpowiedział Ludwik wesoło.
Drzwi się otworzyły i Marta, bo tak miała na imię artystka, ukazała się w nich ubrana w szlafrok szczelnie zawiązany i spojrzała na Ludwika zaintrygowana.
- Bardzo mi miło, ale naprawdę nie musiał pan - odpowiedziała.
- Musiałem pozdrowić starą znajomą - rzekł na to książę.
- Starą znajomą? Nie przypominam sobie.
- A przypomina pani sobie wycieczkę po Bawarii z trupą aktorską? I pewnego rozpieszczonego księcia, jak go pani na początku nazywała, który dołączył do was, aby się pobawić w bycie aktorem?
Marta przyjrzała mu się uważnie swoimi zielonymi oczami, po czym nagle się cała rozpromieniła i zawołała:
- Boże, Ludwik?! To naprawdę ty?! Ale numer!
Następnie rzuciła mu się na szyję, ucałowała go czule w oba policzki i bardzo mocno wyściskała. Zaraz potem zaprosiła księcia do swojej garderoby, posadziła go na krześle, kwiaty wstawiła do wazonu i siadając naprzeciwko swojego gościa, powiedziała radośnie:
- Ja naprawdę nie wierzę. To naprawdę ty. Boże, jaki ten świat jest mały. Ty tutaj? W tym kabarecie? I jeszcze mnie poznałeś. Naprawdę masz dobrą pamięć.
- Trudno nie pamiętać dziewczyny, która jako jedyna z trupy nie chciała mnie w niej widzieć, a potem mnie bardzo polubiła i szczerze było jej przykro, że muszę odejść i wrócić do domu.
Marta uśmiechnęła się do Ludwika lekko zawstydzona i powiedziała:
- Wiem, głupio wtedy zareagowałam. To naprawdę było beznadziejne z mojej strony. Po prostu zdziwiło mnie, że trupa ryzykuje branie cię ze sobą. Ostatecznie przecież jesteś następcą tronu Bawarii. Mogli nas oskarżyć o porwanie cię. Ale też bardzo cię polubiłam, kiedy w czasie naszych pierwszych wspólnych występów jeden z artystów skręcił sobie kostkę i nie mógł kilka dni występować, a my wtedy musieliśmy wystawić tę piosenkę, w której ja i on śpiewamy. Pamiętasz ją?
Ludwik uśmiechnął się zadowolony. On miałby nie pamiętać? Nigdy tego nie zapomni. To był jego pierwszy poważny występ. Co prawda występował tego dnia z aktorami na scenie, ale jako taka postać dodatkowa, epizodyczna, nie rzucająca się mocno w oczy. A ten wypadek sprawił, że dostał szansę na to, aby publiczność zwróciła na niego uwagę. I tak też się stało. Wykorzystał swoją szansę idealnie, że lepiej już chyba zrobić tego nie mógł.
- Pewnie, że pamiętam - odpowiedział Ludwik - Tego się nie zapomina. To był przecież mój debiut. 
Oczywiście poczuł podczas niego lekką tremę, ale jakimś cudem zdołał nad nią zapanować do tego stopnia, że chwilowy paraliż przez nią wywołany ustąpił, a on sam wskoczył wesoło na scenę, zaczął podrygiwać przed Martą, po czym oboje po kolei zaczęli śpiewać swoje kwestie. Dzieląc ten występ na role, to ich śpiew wyglądał tak:

LUDWIK:
Powiedz, mała, gdybym chciał
Z tobą wpaść w tak zwany szał,
Mógłbym liczyć?

MARTA:
Można by pogadać...

LUDWIK:
Szał to znaczy...

MARTA:
Ja już wiem... Cała trudność tylko w tem...

LUDWIK:
Już trudności?

MARTA:
Że się trzeba nadać...
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Tu mieć i tu mieć...

LUDWIK:
Wszędzie mam, więc raj mi stwórz!

MARTA:
Łyżka miłości na pół szklanki namiętności,
Kropla czułości i eliksir gotów już.

LUDWIK:
Daj mi wypić jeden haust.
Przyrządź mi to, jak sam Faust.

MARTA:
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Tu mieć i tu mieć...

LUDWIK:
Wszędzie mam, więc raj mi stwórz.

MARTA:
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Nic, tylko umieć...

LUDWIK:
Porozumieć się i już.

MARTA:
Faust, pamiętam, taki pan,
Co odmłodnieć chciał.

LUDWIK:
Nie sam.

MARTA:
A na skroni srebrzy się siwizna.
A tobie z tym do twarzy, lecz...

LUDWIK:
Starość to jest trudna rzecz...

MARTA:
Powiedz, jak starzeje się mężczyzna? No?

LUDWIK:
To trzeba umieć, starość musi się wyszumieć!
To trzeba umieć, trzeba tylko młodym być!

MARTA:
Łyżka miłości na pół szklanki namię...

LUDWIK:
...tności, mnóstwo czułości, na gorąco duszkiem pić!

MARTA:
Daj mi wypić jeden haust!

LUDWIK:
Nie kuś diable!

MARTA:
Głupi Faust.

LUDWIK:
To trzeba umieć, starość musi się wyszumieć!
To trzeba umieć, trzeba tylko młodym być!
To trzeba umieć, trzeba na tym się rozumieć,
Nic, tylko umieć...

MARTA:
Porozumieć się...

OBOJE:
I już.

Ludwik i Marta zaśmiali się na wspomnienie tego przedstawienia. Dla obojga miało ono ogromne znaczenie. Dla niego było ono debiutem na scenie i pierwszym razem, kiedy publiczność zwróciła na niego uwagę, a dla niej zrozumieniem, że on jest kimś więcej niż tylko paniczykiem, który bawi się w bycie artystą. Zrozumiała wtedy, w jak wielkim była błędzie. On był artystą i to całym sercem. Doceniła to i od tego czasu oboje się lubili, a wspólne występy stały się dla obojga prawdziwą przyjemnością. Niestety, ich szczęście nie trwało długo. Po kilku tygodniach ludzie króla Bawarii odnaleźli zaginionego księcia i sprowadzili go z powrotem do domu, a trupa widziała się z nim odtąd tylko jeszcze kilka razy i czasami jeszcze z nimi wystąpił, ale zawsze jedynie okazjonalnie. Nic więcej ponad te krótkie występy w trakcie często przypadkowych spotkań.
- Naprawdę wielka szkoda, że tak to się skończyło - powiedziała po chwili Marta, kiedy oboje sobie przypominali wszystkie miłe wspomnienia - Ale może tak jest lepiej? Ten świat nie pasuje do ciebie w żaden sposób.
- Jaki świat? - zapytał Ludwik.
- Świat włóczęgów wędrujących od miasta do miasta i zarabiających swoimi występami na chleb. Ty w innym świecie się wychowałeś i do innych celów jesteś stworzony. Dla ciebie bycie artystą to tylko zabawa, odskocznia od obowiązków. Dla nas to jedyne źródło utrzymania. Taka jest prawda i nie da się temu zaprzeczyć w żaden sposób. Kiedyś tego nie rozumiałeś, teraz jednak chyba rozumiesz. Bo się zmieniłeś. Wciąż jesteś taki sam, ale jesteś też dojrzalszy, inny. To się zmieniło. I w zasadzie wiele się zmieniło. Trupa jest już inna niż kiedyś. Wielu z nas odeszło, a ci, którzy zostali, zwerbowali do trupy nowych aktorów, na miejsce nas, którzy odeszliśmy. Wielu z nas już zmęczyło wieczne podróżowanie i nie posiadanie w ten sposób swojego miejsca na ziemi. Inni jeszcze to kochają, ale jak długo? Czas pokaże. Ja w każdym razie złapałam swoją okazję i jestem tutaj. Nie zarabiam tutaj może milionów, ale dobrze mi się żyje. O ile wiem, inni z tych, którzy odeszli, też dobrze żyją. Wiesz coś może o nich?
- Niewiele. Stały kontakt mam jedynie z Henriettą.
- No tak, Henrietta. Kochana mała Henrietta. Byliście prawie nierozłączni, tak bardzo bliscy sobie. Braciszek i siostrzyczka. Słodka mała kruszynka. Tak płakała, gdy musiałeś do domu wracać, gdy ludzie twoich rodziców cię zabrali. Co u niej słychać? Wiedzie się jej?
- I to jeszcze jak. Wyszła za mąż za mojego kuzyna, Ludwika Wilhelma von Wittelsbacha, urodziła mu córeczkę i dostała tytuł baronowej od cesarza Austrii.
Marta lekko zagwizdała z podziwem, gdy to usłyszała.
- No proszę. Baronowa. I jeszcze wyszła za twego kuzyna. To też książę?
- Tak, choć nie następca tronu.
- Ale zawsze książę. A niech mnie. Ona to zawsze miała farta. A w każdym razie większego niż ja. Słuchaj, Ludwisiu, a masz więcej kuzynów książąt?
- Większość jest zajęta.
- A ten, co poślubił Henriettę, ma może brata?
- Tak, ale ten ma dopiero dziesięć lat. Za młody dla ciebie.
- Czy ja wiem? To tylko dwadzieścia lat różnicy. Tyle, co nic.
Chwilę później, oboje parsknęli śmiechem, tak mocno tym rozbawieni, że aż im łzy pociekły z oczu.
- Dobrze, Ludwisiu. Pozdrów Henriettę ode mnie, jak ją znowu spotkasz. I jej powiedz, że nie pogardzę, jeżeli i mnie załatwi jakiegoś księcia z bajki.
- Dobrze, Martusiu. Przekażę jej.
Artystka uśmiechnęła się wesoło do księcia bawarskiego i dodała:
- Wybacz, że dłużej cię nie zatrzymam, ale za niedługo mam kolejny występ. Muszę się przebrać i przygotować. Zostaniesz na widowni, żeby popatrzeć?
- Bardzo chętnie - odpowiedział Ludwik - Jestem ciekaw, czy nie wyszłaś z formy. Wierzę, że nie, ale warto zobaczyć to na własne oczy.
Marta kpiąco prychnęła i odparła ironicznie:
- Ja i wyjście z formy? Ja jeszcze długo z formy nie wyjdę. Sam się jeszcze przekonasz. Zobaczysz i się dowiesz.
- Trzymam cię za słowo.
Ludwik z uśmiechem na twarzy jeszcze raz pożegnał Martę, po czym wyszedł z jej garderoby i powrócił do stolika, przy którym siedział Lulu, bawiący się tak doskonale w towarzystwie pewnej artystki (jednej z tych, które tańczyły kankana), że nawet nie zauważył przez chwilę jego powrotu. Dopiero po dłuższym czasie to wreszcie zrobił, rozbawiony całą tą sytuacją.
- Och, wybacz mi. Nie zauważyłem cię, kiedy przyszedłeś. Co robiłeś?
- Spotkałem starą znajomą. Zagadaliśmy się - odpowiedział Ludwik.
- O, to tak, jak ja. Jak widzisz, też spotkałem starą znajomą.
Po tych słowach, Lulu rozbawiony i już wyraźnie wstawiony, wskazał dłonią na siedzącą obok niego artystkę.
- Słuchaj, ona ma kilka ładnych koleżanek. Może cię zapoznać z jedną z nich lub z dwiema, jeżeli nie pogardzisz liczniejszym towarzystwem.
Ludwik pokręcił przecząco głową.
- Dziękuję, przyjacielu, ale to nie dla mnie takie zabawy. Poza tym, ja bardzo jestem zainteresowany twoją kuzynką, jak może pamiętasz.
- Pamiętam, ale co przeszkadza ci zainteresować się też jakąś inną damą? - odparł na to Lulu - Daj spokój, jeszcze jej nie ślubowałeś. Poza tym, ona nie musi o niczym wiedzieć.
- Ale ja bym wiedział i nie umiałbym żyć w oszustwie.
- Ech, przyjacielu. Ty to naprawdę nie umiesz się bawić.
Chwilę później zapomniał o tym, że chciał poznać lepiej Ludwika i zaczął o wiele bliżej poznawać tancerkę, z którą rozmawiał i pił szampana. Książę bawarski zaś zajął się patrzeniem na scenę i podziwianiem swojej dawnej koleżanki z trupy, która podczas występu wesoło mrugnęła do niego okiem na znak sympatii. Występ jej był naprawdę świetny i Marta pokazała z jego pomocą, że rzeczywiście jeszcze nie wyszła z formy i nic nie zapowiada tego, aby miało to kiedykolwiek nastąpić.
Gdy jej występ dobiegł końca, Ludwik uznał, że jego pobyt tutaj też powinien się już skończyć. Był już mocno zmęczony, a ponadto jeszcze Lulu podczas swojej rozmowy z tancerką coraz mniej zwracał na niego uwagę i dlatego książę poczuł się tutaj zbędny. Zapłacił więc za siebie, pożegnał następcę tronu Francji i wyszedł z lokalu, odbierając w recepcji swój płaszcz, kapelusz i laskę. Potem zaś zamówił powóz do pałacu i powrócił nim do miejsca, gdzie miał to, o czym bardzo teraz marzył: ciszę oraz spokój. Zrozumiał wówczas, że nie tylko świat artystów od lat wędrujących po świecie bez celu, ale i świat wielkich elit i ich zabaw nie jest dla niego. Włóczęga artystyczna, choć kiedyś w jego oczach posiadała tak wiele zalet i zasadniczo nadal je posiadała, w końcu by go zmęczyła i musiałby osiąść na stałe w jednym miejscu. A świat zabaw elit, pełen gwaru, hałasu, alkoholu, używek oraz rozpusty jakoś nigdy go nie zachwycał. Więcej nawet, bardzo źle się w nim czuł, jakby był z innego świata, a może nawet i z innej planety.
Kładąc się spać do łóżka, Ludwik rozmyślał o tym wszystkim. Przypomniał sobie, jak wiele razy podczas studiów słyszał od kolegów, że jest jakiś dziwny, bo nie umie tak jak oni się dobrze bawić. Nie rozumieli tego, jak bardzo nieprzyjemny mu jest ten rodzaj zabaw i jak go on żenuje i jak smuci. Że lubił błyszczeć, ale nie w taki sposób. Że wreszcie, ten świat nie jest dla niego. Oni nie byli w stanie tego pojąć. A może nie chcieli pojąć? Może tak przyzwyczajeni do tego, że dla nich ten świat zabaw, jak i czerpania garściami z życia wszystkiego, czego się tylko pragnie i to bez pytania o zgodę był tak normalny, że każdy człowiek wychodzący poza tę normę uważany był przez nich za dziwadło. Ludwika początkowo to smuciło, ale dość szybko przeszło mu to uczucie. Zastąpiła je całkowita obojętność wobec tego, co myśli o nim świat. To już nie miało dla niego znaczenia. On chciał jedynie żyć szczęśliwie i w zgodzie z samym sobą. Jeżeli ceną za to był brak przyjaciół, to był gotów się na to zdobyć, byle tylko być w porządku wobec siebie samego, co on sam uważał za niezbędne w życiu każdego człowieka.
Niewiele osób go w pełni w tej sprawie rozumiało. Jedną z nich była Sissi. Jej tylko mógł powiedzieć o wszystkim, co czuje. A nawet raz to zrobił i to nie tak znowu dawno. To było wtedy, kiedy to Sissi dowiedziała się, że jej matka wraz z ciocią Zofią zaplanowały ślub jej i Nene. Ludwik był wtedy w okolicy i spotkał ją, kiedy opatrywała rany rannej lisicy. Książę bawarski pomógł jej w tym, zabierając wraz z nią lisicę do starego domku w lesie, aby tam mogła odpocząć, a wraz z nią jej lisiątka, aby nie zostały one bez matki w tak trudnej sytuacji, co niewątpliwie by mogło się dla nich zakończyć śmiercią.
- Tu będą miały wygodnie - powiedziała zadowolona Sissi, kiedy lisica i jej młode zostały wygodnie rozlokowane w chacie.
- No, pałac to może nie jest, ale ładnie tutaj - odparł Ludwik, rozglądając się przy okazji po wnętrzu chaty, gdzie w każdym kącie było widać pajęczyny i kurz, a także dowody na to, jak stare i dawno nieużywane to miejsce.
- Owszem, ale przede wszystkim miło - zauważyła Sissi - To stary domek i na pewno nikt nie będzie jej tu szukał.
- To duży plus. Będziemy mogli się zająć młodymi i ich mamą do czasu, aż się poczuje ona lepiej - dodał Ludwik, podchodząc do okna i patrząc przez nie - Wiesz, bardzo tu przytulnie.
- Tak, ale trochę brudno. Musiałbyś tu posprzątać, zanim się wprowadzisz.
Ludwik parsknął śmiechem, ale szybko spoważniał. Spojrzał przez okno na otaczający ich zewsząd las i powiedział:
- Może tak zrobię? Kto wie? Wszystko jest lepsze od mieszkania z rodzicami. Król i królowa Bawarii. Wiesz, jaka to odpowiedzialność? Ile się od ciebie wtedy oczekuje, gdy twoi rodzice to władcy? No i jeszcze jedno. Niemal wiecznie się jest na widoku innych, którzy oceniają twoje zachowanie. A spróbuj tylko zrobić coś nie tak, a możesz być pewna, że świat się o tym dowie szybciej niż pomyślisz.
Zasmucony opuścił głowę i dodał ponuro:
- No i te wszystkie bale, zabawy, a do tego także ten jeden bezmyślny bełkot rozmów o niczym. Człowiek, chcący coś osiągnąć i coś zrobić dla świata, musi od tego wszystkiego trzymać się z daleka. A ja chcę coś zrobić. Chcę pomagać. Chcę zmieniać choć trochę świat. Już co nieco osiągnąłem, studiowałem, zdobyłem tyle pożytecznej dla mnie wiedzy. Wiem, że mogę ją wykorzystać dla dobra Bawarii. Ale nie mam za wiele osób, z którymi mogę to wszystko dzielić. A ja z kolei jakoś nie umiem dzielić z innymi ich upodobań do błyszczenia na salonach i tego, aby w tych salonach wieść życie bez jakiegoś większego sensu.
Przez chwilę milczał, a Sissi patrzyła na niego ze smutkiem w oczach. Gdzieś w głębi serca czuła, że Ludwik prawdopodobnie jest chory, ale nazwać tę chorobę nie była w stanie. Nie wiedziała też, w jaki sposób mu pomóc. Czuła jednak, że go rozumie. Sama niezbyt dobrze czuła się na salonach, w tzw. wielkim świecie, który ma tak wiele dziwacznych zasad i który tak wiele od człowieka oczekuje, a tak mało mu daje. Co prawda, ona nie chciała zmieniać świata, bo wtedy jeszcze nie czuła, że te zmiany są potrzebne, ale rozumiała kuzyna, kiedy jej mówił o tym, co planuje i szczerze mu kibicowała. Wiedziała jednak, że o ile ona jeszcze odnajduje się w tym świecie, on robi to z wielkim trudem. W ich gronie rodzinnym zawsze był niemal duszą towarzystwa, ale na salonach był inny. Wycofany, trzymał się z boku, prawie w ogóle nie mówił, jadł i pił spokojnie w kącie, czasami tylko z nią lub z kimś innym sobie bliskim rozmawiał. Miał przez to łatkę dziwaka. Ona sama nie czuła się najlepiej na salonach, ale umiała się dobrze na nich bawić. Czy on też to potrafił? Nie była tego pewna. Czy przyczyną tego była śmierć Joanny? A może podłoże tego wszystkiego było dużo głębsze i miało swój początek jeszcze przed jej odejściem? Tego Sissi nie wiedziała, ale czuła, że Ludwik jest chory, a choroba ta prawdopodobnie zwała się „poczuciem inności”. Ponadto czuła, że i ona, choć może w mniejszym stopniu, też na to chorowała.
- Niektórzy pewnie zazdroszczą dzieciom królów, ale mnie życie na dworze zniesmacza - ciągnął po chwili Ludwik - Czuję się tam bardzo samotny. Zwłaszcza odkąd ona odeszła.
Sissi zasmucona podeszła do niego i dotknęła jego ramienia.
- Nie jesteś sam. Masz mnie i moje rodzeństwo - powiedziała czule - A moi rodzice kochają cię jak syna. A my kochamy cię jak starszego brata.
- Wiem o tym - odpowiedział Ludwik, odwracając się do niej - Kiedy jestem w Possenhofen, czuję się ważny, kochany i potrzebny. Ale kiedy wracam do domu, to już tego tak nie czuję.
- To przyjeżdżaj do nas jak najczęściej. Ja zawsze chętnie poprawię ci humor.
- Dziękuję, ale nie zawsze będziesz mogła to robić. Wkrótce wyjedziesz do Wiednia. Tam prawdopodobnie wyjdziesz za mąż za arcyksięcia Karola i tutaj już będziesz jedynie gościem.
Sissi posmutniała. Odwróciła głowę na bok, westchnęła i powiedziała:
- To niczego nie zmieni. Po prostu będę tylko trochę dalej.
- Może i tak. Ale boję się, że dwór cię zniszczy. Boję się o ciebie, jak sobie tam poradzisz. Dwór cesarski zmienia ludzi, rzadko na lepsze.
- Też się tego boję, ale to jeszcze nic pewnego, że tam zostanę. Może się nie spodobam Karolowi?
Ludwik uśmiechnął się rozbawiony.
- Daj spokój. Jak mogłabyś mu się nie spodobać? Taka urocza dziewczyna.
Widząc, że jest dalej smutna, zaproponował, aby przynieść lisicy wody. Sissi zaś poczuła, iż jej reakcja tylko pogłębiła jego przygnębienie, złapała go za rękę i powiedziała prędko:
- Zaczekaj! Jesteś na mnie zły?
- Nie, Sissi - odpowiedział Ludwik, uśmiechając się - Martwię się tylko, jak odnajdziesz się na dworze. Panuje tam tyle głupich zasad.
To mówiąc, ścisnął delikatnie jej dłonie na znak sympatii.
- Tak, bardzo głupich - powiedziała Sissi, głośno wzdychając - Ale wierzę, że nie zostanę z tym sama. Mam w końcu miłość rodziców, Nene i reszty. No i twoją przyjaźń. Jeśli mi ją dasz.
- Znasz odpowiedź - odparł na to życzliwie Ludwik - Obiecałem ci dozgonną przyjaźń, gdy byłaś jeszcze mała i nie zmienię zdania. Może będziesz arcyksiężną Karolową von Habsburg, ale dla mnie pozostaniesz moją małą Sissi. Przyjaciółką.
Sissi wzruszona, czule się do niego przytuliła. A on mocno ją objął i pogłaskał lekko jej włosy. Wiedział, że tak właśnie będzie, jak jej obiecał. Ale wtedy jeszcze nie wiedział, że w tamtej chwili narodziło się w nim coś, czego nie planował. Sissi bowiem wtedy zaczęła mu się podobać jako piękna dziewczyna, ale dopiero przy kolejnym ich spotkaniu to sobie uświadomił. Dlaczego to poczuł? Tego nie był w stanie zrozumieć. Może potrzebował kogoś, kogo będzie mógł przytulić i dbać o niego? Może chciał być rycerzem dla swojej księżniczki? Może chciał czuć się w ten sposób potrzebny? Może wreszcie jego serce tęskniło za miłością tak bardzo, że ta tęsknota pchała go do irracjonalnego zauroczenia kuzynką?
Jakby jednak nie było, Sissi miała rację. On nie był sam. Miał jej przyjaźń i jej zrozumienie. Miał także kilku wiernych przyjaciół, którzy go rozumieli takiego, jakim był. Ale przede wszystkim miał miłość Elodie. Rozmowa z Lulu utwierdziła go w tym przekonaniu. Warto było pójść z tym hulaką do kabaretu, choćby tylko po to, aby to zrozumieć.

***

Następnego dnia Lulu, który wrócił dopiero nad ranem, był po prostu w stanie co najmniej okropnym. Leżał w łóżku z kompresem na oczach i głowie, nie będąc w stanie normalnie funkcjonować. Kiedy Ludwik go odwiedził, jęczał tylko, słowa wypowiadając z naprawdę wielkim trudem.
- Widzę, że zabawa była udana - zażartował sobie książę bawarski.
- Nawet mi nie przypominaj - jęknął Lulu, przyciskając do oczu i czoła mokrą  chusteczkę - Jeszcze nigdy się tak nie czułem. Miewałem już kaca, ale nie takiego. Już nigdy więcej nie będę pił. A już na pewno, nie tyle.
- Oczywiście. Zobaczymy następnym razem, czy dotrzymasz słowa.
Lulu jęknął ponownie i zerknął spod chusteczki na Ludwika.
- A co ty taki zadowolony?
- Bo się wyspałem i miałem przy okazji cudowny sen.
- No to masz farta. Mnie się nic nie śniło. A zresztą, co się może śnić, jak się człowiek nawet nie kładzie spać?
Ludwik rozbawiony tym stwierdzeniem, poklepał młodzieńca po ramieniu.
- Zdrowiej, Lulu. Potem pogadamy.
Po tych słowach, wyszedł z jego pokoju. Na korytarzu natknął się na Francois de Cortneya, męża Blanche. Jak zwykle, był on bardzo zadowolony.
- Jak się masz, Ludwiku? - zapytał wesoło, ściskając mu rękę - Wyspałeś się?To mnie trochę dziwi, bo słyszałem, że podobno spędziłeś ten wieczór w kabarecie w towarzystwie naszego drogiego Lulu.
- A kto ci o tym powiedział? - spytał Ludwik.
- Krasnoludki. Te od Śnieżki - odparł Francois i poklepał po ramieniu - A bo to jest jakaś tajemnica? Cesarz cię poprosił o to, abyś tam poszedł z jego synem i myślisz, że dwór miałby o tym nie wiedzieć?
- Rozumiem. Wolałbym jednak, aby o mnie nie plotkowano.
- To nie plotki, tylko prawda. Powiedz, nasz drogi Lulu cię wykończył, co?
- Raczej siebie. Ja wróciłem do pałacu dużo wcześniej niż on.
- Aha, no tak. To wszystko wyjaśnia.
Nagle Francois spoważniał, rozejrzał się dookoła, jakby chcąc uzyskać w ten sposób pewność, że nikt ich nie podsłuchuje, po czym powiedział:
- Jak się czuje Gyula? Wiem, że jest u ciebie. Przesłałem mu niedawno przez naszego wspólnego znajomego wiadomości, o które nas prosił.
- Aha, a więc to ty zdobyłeś dla niego te informacje - odpowiedział Ludwik, wszystko już rozumiejąc.
- Prosił o to, więc loża mu pomogła. Przecież takie jest jej zadanie. Wdrażać poprzez naszą działalność nasze reformy, a także pomagać sobie nawzajem, kiedy zajdzie taka potrzeba. Proste.
Ludwik spojrzał na przyjaciela bardzo uważnie. Francois należał do loży już od bardzo dawna. To on wciągnął do niej Gyulę, tak jak Gyula wciągnął Ludwika. Mimo upływu lat i tego, że dawno się nie widzieli, zawsze o sobie pamiętali i nie zamierzali tego zmieniać. Ta przyjaźń jedną z rzeczy, które Francois traktował tak poważnie, jak poważnie traktować to uczucie należy. W wielu sprawach uwielbiał sobie stroić żarty i wygłupiać się, ale jeżeli chodziło o miłość, przyjaźń czy sprawy loży, zawsze był niezwykle poważny.
- Powiedz mi, kto zdradził brata Guyli i jego oddział? - zapytał Ludwik.
- Gyula ci nie powiedział? - zdziwił się Francois.
- Nie. Gdy go o to zapytałem, odparł, że to jego prywatna sprawa i nic mi do tego i sam rozstrzygnie swoje sprawy rodzinne.
- No tak, to cały on. Dlaczego mnie to nie dziwi? Nic się nie zmienił przez te wszystkie lata. Może tylko zgorzkniał, ale to przecież zrozumiałe. Po tym, co on przeszedł, nie wyobrażam sobie, aby miał być inny.
- Niestety. Nie umiem mu pomóc, choć bardzo bym chciał. Boję się, że zrobi coś głupiego. Obiecał mi, że tego nie zrobi i zaczeka na dogodny moment, aby się zemścić, ale nie wiem, czy dotrzyma słowa.
- Na pewno dotrzyma. Co jak co, ale słowny to on zawsze był.
- Owszem. To powiedz mi, proszę. Kim jest ten zdrajca?
Francois pochylił się i wyszeptał mu na ucho jego nazwisko. Ludwika lekko zmroziło, kiedy je usłyszał. Zasadniczo nie powinno go to dziwić, przecież to, co się dowiedział bardzo pasowało do tej osoby. Ale mimo wszystko uważał dotąd, że nie jest ta osoba do tego zdolna. Jednak okazało się, że była.
- Jesteś tego pewien? - zapytał Ludwik.
- Całkowicie, to wiadomości z pewnego źródła - odpowiedział Francois - Na moje polecenie nasi agenci przepytali kilku urzędników austriackich, którzy brali w tym wszystkim udział. Jeden z nich o wszystkim wiedział. Zabrany do karczmy na kilka kolejek, wszystko wyśpiewał. Potwierdziło to zresztą nasze wcześniejsze ustalenia w tej sprawie. Nie ma więc wątpliwości, co do tożsamości zdrajcy.
- Rozumiem. Zasadniczo, to wszystko bardzo do niego pasuje. To kanalia, ale nie sądziłem, że aż taka. No cóż... Miałem o nim za wysokie mniemanie.
- Najwyraźniej tak.
Nagle na korytarzu zjawiły się Elodie i Blanche. Obie były rozbawione i to na całego. Obaj panowie zatem szybko zmienili temat i zaczęli przyjaźnie rozmawiać o Lulu, lekko się przy tym zaśmiewając.
- O, no proszę. Jak widzę, jesteście bardzo weseli - powiedziała Blanche na ich widok.
- Jak widzę, wy także - odparł żartem Francois.
- Owszem. Elodie poprosiła mnie właśnie, abym mówiła jej po imieniu.
- O, to ciekawe. A czy to nie łamie aby etykiety?
Elodie zaśmiała się ironicznie i odpowiedziała:
- Nie obchodzi mnie etykieta, która każe mi, aby moja przyjaciółka mówiła do mnie per „Wasza Wysokość” i czuła zawsze dystans z tego powodu. Poza tym, w tym towarzystwie wszyscy doskonale się znamy i jesteśmy na „ty”. Dlaczego więc biedna Blanche ma się czuć gorsza, wiecznie mnie oficjalnie tytułując? Stąd moja prośba, zresztą już dawno wyrażona, ale dopiero teraz wreszcie spełniona.
- Bardzo mądra decyzja - powiedział Ludwik, zadowolony z Elodie.
Księżniczka uśmiechnęła się do niego czule, po czym jej twarz przybrała tak uroczo figlarny wyraz, jaki Ludwik uwielbiał ponad wszystko.
- Słyszałam, że byłeś z moim kuzynem w kabarecie. Podobno dobrze się tam bawiliście, czy to prawda?
Ludwik uśmiechnął się dowcipnie, lekko spuścił wzrok i powiedział:
- Nie nazwałbym tego dobrą zabawą. W każdym razie, nie dotyczy ona mnie. Ja tam nie lubię takich zabaw. Dlatego liczę na to, że więcej twój wuj nie będzie o to prosił.
- Spokojnie. Poproszę go, aby tego nie robił.
Po tych słowach, uśmiechnęła się serdecznie do Ludwika i dodała:
- Za to ja miałabym prośbę. Jutro jest premiera nowej sztuki pana Dumasa.
- Pana Dumasa? - zapytał wyraźnie zainteresowany Ludwik - Ojca czy syna?
- Ojca. Syn pisze mniej i rzadziej. Ojciec za to jest bardziej płodny.
- I to w każdym znaczeniu tego słowa - zażartował sobie Francois.
Blanche lekko zgromiła go wzrokiem, a Ludwik tymczasem zapytał:
- A czy on będzie na premierze swojej sztuki?
- Podobno to ekscentryk, ale na premierze swojego dzieła zawsze się zjawia - odpowiedziała mu Elodie.
Następnie uśmiechnęła się do Ludwika serdecznie, domyślając się, dlaczego ją o to wszystko pyta. I wiedziała, że chętnie mu w tym pomoże.

***

Premiera sztuki „Świadomość” Aleksandra Dumasa ojca okazała się być nie tylko udana, ale i przy okazji przepustką do zdobycia kolejnych dużych pieniędzy dla jej autora. Dla autora, który prowadził na tyle wesoły i rozrywkowy tryb życia, że praktycznie zawsze potrzebował pieniędzy. Dlatego nikt, kto go dobrze znał, a już zwłaszcza takie osoby jak Elodie, nie miały wątpliwości, że długo przy sobie tych pieniędzy nie zachowa.
- Zobaczycie, kochani. Sukces przyniesie panu Dumas pieniądze, ale się nie nacieszy nimi zbyt długo - powiedziała do swych przyjaciół Elodie, gdy już sztuka dobiegła końca i wszyscy oklaskiwali ją.
- Czemu tak sądzisz? - zapytał Ludwik.
- Bo bardzo szybko je przetraci na hulaszczy tryb życia i będzie musiał pisać kolejne znakomite dzieło, aby mieć za co żyć.
- O ile wiem, nie stanowi dla niego jakiegoś problemu napisanie kolejnego wybitnego dzieła.
- To się tylko tak wydaje. Nawet nie wiesz, jaka to dla pisarza czasami wielka męczarnia, stworzyć kolejne znakomite dzieło.
- Albo, żeby w ogóle jakiekolwiek napisać - stwierdziła Blanche - Zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś bywa nieco kapryśny i zmienny.
- Dumas taki jest? - zapytał Ludwik.
- Ma zmienny charakter, to pewne. Zwykle jest rubaszny i sympatyczny, ale jak czasem najdzie chandra z byle powodu, to nie umie nic stworzyć przez nawet całe tygodnie - wyjaśniła Blanche - A potem nagle, zupełnie niespodziewanie ma taki przepływ energii, że w ciągu jednego dnia umie napisać dosłownie pół książki.
- Aż tak to wygląda? - spytał zaintrygowany Ludwik.
- Dokładnie tak - potwierdził Francois - Ludzie opowiadają o jego romansach i o jego trybie życia. Nie wiem, ile w tym wszystkim jest prawdy, ale zakładam, że raczej dużo. Ogólnie rzecz biorąc, Dumas mocno przypomina bohaterów swoich książek.
- A może odwrotnie? Może to bohaterowie jego książek przypominają jego? - zasugerowała Blanche.
- A może jedno równa się drugie? - zapytała wesoło Elodie.
Chwilę później cała czwórka wychodziła ze swojej loży, wesoło rozmawiając na temat sztuki, którą właśnie obejrzeli. Byli nią zachwyceni i żadne z nich ani na chwilę nie szczędziło słów podziwu względem tego, co mieli okazję zobaczyć na scenie. Elodie jednak, oprócz rozmawiania z pozostałymi, prowadziła ich w sobie tylko znanym kierunku, czego oni nie zauważyli, zajęci rozmową. Ona zaś tylko się tajemniczo uśmiechała i starała się nie dać niczego po sobie poznać. Kiedy zaś dotarli do miejsca, do którego ich prowadziła, czyli małego saloniku, gdzie autor sztuki odbierał gratulacje od najwierniejszych fanów, zawołała wesoło:
- Drogi panie Dumas, czy znajdzie się w tym pokoju miejsce dla jeszcze kilku fanów pana twórczości?
Aleksander Dumas ojciec zwrócił swój wzrok w kierunku Elodie i uśmiechnął się do niej serdecznie.
- Ależ naturalnie, Elodie. Jesteś tu zawsze mile widziana.
Księżniczka zachwycona podeszła do pisarza i pozwoliła, aby delikatnie ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek. Zaraz potem przedstawiła mu Ludwika, bo jej pozostałych kompanów doskonale on znał i w ich przypadku prezentacja nie była konieczna.
- To jest Ludwik von Wittelsbach, następca tronu Bawarii i wielki wielbiciel pana powieści i sztuk. Zawsze chciał pana poznać.
Ludwik dopiero teraz zrozumiał, że Elodie to zaplanowała od początku. Jej pomysłowość bardzo go zaskoczyła, ale i sprawiła mu przyjemność, dlatego z tak wielką radością spojrzał na nią, a jego oczy dziękowały jej bardziej niż usta byłyby w stanie tego dokonać. Serce biło mu w piersi jak szalone, a jego ręce drżały z tak wielkiej, nieskrywanej radości, kiedy to ściskał dłoń pana Dumasa, pisarza swoich ulubionych książek i swojego wielkiego literackiego idola. Czuł się wtedy jak małe dziecko pełne pasji, które poznaje ulubioną postać z bajki. Nie umiał wówczas nad sobą zapanować. Słowa same leciały mu z ust, kiedy mówił, jak cudownie czuje się, mogąc poznać osobiście znakomitego pisarza, którego książki uwielbia i które zawsze sprawiały mu olbrzymią przyjemność.
- Wiem, to brzmi na pewno strasznie śmiesznie i zapewne słyszał pan te słowa już niejeden raz, ale naprawdę nie umiem inaczej wyrazić mojego zachwytu. Ja po prostu jestem zachwycony, mogąc pana poznać.
Aleksander Dumas ojciec uśmiechnął się do Ludwika przyjaźnie. Dopiero w tamtej chwili, kiedy już skończył swoje przemówienie, miał okazję lepiej mu się przyjrzeć. Zobaczył, że ma przed sobą mężczyznę w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, Mulata średniego wzrostu o gładko ogolonej twarzy i kędzierzawej czuprynie, ubranego elegancko i ze smakiem, nieco puszystego, ale sympatycznego z twarzy i z powierzchowności. Czyli dokładnie takiego, jakiego go sobie wyobrażał.
- Ależ drogi panie, naprawdę nie uważam, żeby to, co pan powiedział, miało w sobie choćby odrobinę śmieszności - powiedział pisarz - Dla artysty każdy, kto jest zachwycony jego dziełem jest mile widziany. Poza tym, nie wiem, czy pan z tego sobie zdaje sprawę, ale to właśnie tacy czytelnicy jak pan sprawiają, że pisarz chce być pisarzem. To tacy czytelnicy sprawiają, że człowiek chce się rozwijać jako pisarz i tworzyć kolejne znakomite dzieła.
- Rozumiem. To dla mnie prawdziwa przyjemność, usłyszeć takie słowa.
- Nie, książę. To dla mnie jest przyjemnością usłyszeć pana pochwały. Nawet jeśli, jak to pan mówi, słyszałem je już niejeden raz.
Wszyscy w sali zachichotali rozbawieni, a Dumas jeszcze raz uścisnął dłoń Ludwika i powiedział głośno:
- Z okazji sukcesu mojej nowej sztuki, bardzo chciałbym uczcić z wami tę tak wspaniałą dla mnie okazję.
- Panie Dumas, jeśli pan pozwoli - odezwała się nagle Elodie.
- Słucham, księżniczko?
- Moja ciotka, cesarzowa Eugenia pragnie uprzejmie pana prosić, aby zechciał pan się zgodzić na to, abyśmy ja i moi przyjaciele przygotowali na pana cześć bal w sali balowej Hotelu Lambert. Całkowicie, oczywiście, na nasz koszt.
Dumas zdumiał się tą propozycją i choć była mu ona bardzo miła, musiał jej odmówić ze względu na swoją dumę pisarską oraz niechęć do przyjęcia jałmużny od kogokolwiek, nawet od wiernych fanów. Elodie szybko jednak pospieszyła z wyjaśnieniem, że źle on to wszystko odbiera.
- Moja ciotka nigdy nie poważyłaby się zaproponować panu jałmużny. Widzi pan, ona chce jedynie urządzić dla pana bal, ponieważ jest fanką pana książek. Nie tak dawno skończyła czytać wszystkie pana dotychczasowe powieści, którymi już zapełniła swoją bibliotekę i jest nimi zachwycona. Dlatego przysłała mnie, abym pana poprosiła o to, aby zgodził się pan urządzić dla siebie bal na pana cześć, ale z panem w roli gospodarza. Chce w ten sposób uczcić pana sukces pisarski i prosić, aby dalej pan tworzył i nigdy nie przestawał tego robić.
- Ach, jeśli tak, to co innego - odpowiedział Dumas zachwycony, przełamując się w końcu - Jeżeli tak się sprawy mają, to wobec tego grubiaństwem byłoby tak uroczej prośbie odmówić. Ale jeżeli mam być gospodarzem tego balu, to czy mogę zaprosić was wszystkich na ten bal?
- Obrazilibyśmy się, gdyby pan tego nie zrobił - zażartowała sobie Elodie.
Wszyscy zebrani w sali zaczęli głośno klaskać i wiwatować na cześć Dumasa i cesarzowej Eugenii. Ludwik zaś podszedł do Elodie i po cichu, aby tylko ona to usłyszała, zapytał:
- Naprawdę twoja ciocia wpadła na taki pomysł? Czy może była to wyłącznie twoja własna inicjatywa?
Elodie uśmiechnęła się do niego serdecznie i odpowiedziała:
- Oczywiście, że ciocia mi to zaproponowała. Naprawdę jest wielbicielką jego książek. Jak chcesz, pokażę ci po powrocie do pałacu jej bibliotekę. Pełno tam jest powieści pana Dumasa. Choć pewnie widziałeś coś podobnego, bo jestem pewna, że w swojej bibliotece masz nie mniej jego książek niż moja ciocia.
- Bardzo być może.
Następnie rozbawiony i uradowany zarazem Ludwik zawołał:
- A czy ja z mojej strony mogę zaproponować, abyśmy wszyscy przebrali się za postacie z książek pana Dumasa? Aby w ten sposób oddać mu jeszcze większy hołd, który mu się w pełni należy?
- Może lepiej nie, bo pan Dumas już nie przestanie się nigdy chwalić swoim dorobkiem i popadnie w samozachwyt - zażartowała sobie Blanche.
Pomysł jednak wszystkim przypadł do gustu i jednogłośnie został przyjęty.
- Ciekawy koncept. A za kogo się przebierzesz? - zapytał Francois Ludwika.
- To tajemnica. Zobaczysz na balu, o ile mnie oczywiście poznasz - odparł na to Ludwik.
Elodie spojrzała na Ludwika pytająco, ale po chwili namysłu domyśliła się, jaki jej zdaniem on mógłby założyć strój. W jej głowie wówczas narodziła się myśl o tym, jaki ona strój założy, aby mu sprawić miłą niespodziankę.

***

W ciągu kilku najbliższych dni Elodie z Ludwikiem ustalali, na prośbę samej cesarzowej Eugenii, wszystkie szczegóły balu w Hotelu Lambert. Chcieli bardzo, aby to było wyjątkowe i niezwykłe w każdym calu przyjęcie i aby pan Dumas za jego pomocą zrozumiał, jak bardzo go cenią i jak bardzo ważna jest dla nich jego twórczość literacka. Dlatego dbali o to, aby wszystkie szczegóły zostały dopięte na ostatni guzik. Właściciel hotelu zaś, otrzymawszy za zorganizowanie balu niemałą sumę, stawał niemalże na głowie, aby im to wszystko ułatwić. Nie szczędził przy tym starań, aby jego klienci byli bardzo zadowoleni. Dodatkowo miał na widoku jeszcze jedną korzyść, poza zapłatą od cesarzowej. Liczył na to, że ów bal stanie się dla jego hotelu najlepszą z możliwych reklam i przyciągnie do niego jeszcze więcej znakomitych klientów, dlatego też nie zamierzał przegapić tak dogodnej dla siebie okazji i postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ten bal okazał się być najlepszym ze wszystkich towarzyskich wydarzeń sezonu.
Gdy nadszedł zaś dzień balu, wszyscy zaproszeni goście zjawili się na nim i to punktualnie, przebrani oczywiście w stroje postaci z powieści pana Dumasa. Ale w sprawie strojów, należy wspomnieć, że nie wszystkie były oczywiste i niektórzy z gości musieli wyjaśniać, kim są, bo nie umiano ich zawsze rozpoznać. Niektóre jednak stroje były na tyle charakterystyczne, że pomylić się ich nie dało z żadnym innym. Najlepszym dowodem tego był chociażby Francois w stroju d’Artagnana i jeszcze trzech innych panów w strojach Atosa, Portosa i Aramisa. Podobnie rzecz się miała z jednym z gości przebranym za kardynała Richelieu, czy choćby z jedną damą w stroju królowej Margot, nie wspominając już o pewnej parze przebranej za Nerona i Akte, jak i też za Robin Hooda i Lady Marion (którym wszak pan Dumas również poświęcił swego czasu swoje powieści). Nie zabrakło tu też jednej damy z aksamitnym naszyjnikiem w kształcie gilotyny, groźnego wampira albo też władcy wilków, czyli postaci z raczej mniej znanych niektórym, jednak doskonale znanym prawdziwym wielbicielom prozy pana Dumasa powieści grozy, które także wyszły spod pióra wielkiego Aleksandra.
Ludwik przebrany był za hrabiego Monte Christo. W masce zasłaniając mu górną część twarzy i w swoim stroju czuł się znakomicie. Jakby był dzieckiem i oto trafił teraz do świata snów, świata swoich ukochanych książek, w którym to tak cudownym świecie odnajdywał się jak ryba w wodzie. Choć zwykle podczas bali stał on z boku i głównie się przyglądał innym, tym razem bawił się doskonale, z wielką przyjemnością patrząc na ludzi wokół niego przebranych za muszkieterów, za Józefa Balsamo, za Karola Szalonego, za Anioła Pitou, za Raula de Bragelonne, za człowieka w żelaznej masce i wiele innych znakomicie napisanych postaci z kart książek Dumasa ojca. Obserwował je, wypatrując pośród nich Elodie. Ale nie wiedział, za kogo się przebrała i gdzie ona teraz jest.
Nagle podeszła do niego jakaś tajemnicza kobieca postać ubrana w strój jakby z XVII wieku. Strój mieszczanki, niezbyt bogaty, ale za to bardzo elegancki.
- Witam pana, panie hrabio Monte Christo. Bo zakładam, że jego mam teraz przed oczami - powiedziała kobieta głosem Blanche.
- Witam serdecznie, Blanche - odpowiedział jej Ludwik - Wybacz mi, ale nie mam pewności, za kogo się przebrałaś.
- Jestem Konstancją Bonacieux, ukochaną d’Artagnana, którym jest mój mąż.
- Ach tak, rozumiem. Tak coś czułem, że o nią może chodzić.
- Chciałam być Marią Antoniną, ale Francois mnie do tego zniechęcił.
- Dlaczego?
- Stwierdził, że na pewno kilka kobiet się za nią przebierze, co jest prawdą. A po drugie spytał, czy jeśli ja będę Marią Antoniną, to czy on może być katem?
Ludwik parsknął śmiechem, rozbawiony tym pytaniem i odpowiedział:
- Och, nie gniewaj się na niego. On tylko żartował.
- Wiem, że żartował. Ale powiedział, że nie będzie Ludwikiem XVI. Wyobraź sobie, iż uważa się za zbyt przystojnego jak na tego króla.
- Tu się muszę z nim zgodzić. Ale zawsze mógł być kawalerem Oliverem de Charny, ukochanym królowej.
- To samo mu powiedziałam, ale nie chciał mnie słuchać. Dlatego ostatecznie zostaliśmy Konstancją i d’Artagnanem.
- Rozumiem. A nie wiesz, czy jest Elodie? Nigdzie jej nie widzę.
- Jest, spokojnie. Jestem pewien, że niedługo sama cię wypatrzy.
Po tych słowach, lekko przed nim dygnęła i odeszła. Ludwik zaś dalej zaczął się rozglądać za ukochaną, gdy nagle stanęła przed nim piękna dziewczyna. Była to wysoka blondynka w greckim, orientalnym stroju, w rozpuszczonych włosach i w czerwonej masce zasłaniającej jej górną część twarzy.
- Czy dobrze mniemam, że mam oto przed sobą hrabiego de Monte Christo? - spytała dziewczyna.
Ludwikowi jej głos wydawał się niezwykle znajomy, choć nieznajoma chciała go przed nim wyraźnie zamaskować, co ułatwiał jej gwar na sali. Uśmiechnął się więc do niej i powiedział:
- Istotnie, to ja. A wnosząc z pani orientalnego stroju, mam przed sobą Hayde, księżniczkę grecką i córkę Ali Paszy.
- Zgadza się, to ja.
Ludwik uśmiechnął się do dziewczyny i delikatnie ucałował jej dłoń.
- Cieszy mnie, że zdołałem tu panią spotkać. Wobec tego chyba wcale panią nie zdziwi, jeżeli poproszę, aby nie opuszczała mnie pani aż do końca balu.
- Zdziwiłoby mnie to, gdyby pan mnie o to nie poprosił, książę Ludwiku.
A więc ona mnie zna, pomyślał sobie. Wobec tego ja także muszę ją znać. To więcej niż pewne. Ale ona chyba pragnie ukryć przede mną swoją tożsamość. Bo inaczej, czemu by próbowała zmienić swój głos?
- Proszę mi wybaczyć, pani, ale walczymy nierówną bronią. Pani zna moje prawdziwe imię, lecz ja pani imienia nie znam.
Dziewczyna w stroju Hayde uśmiechnęła się do niego delikatnie i rzekła:
- Może mnie pan nazywać Gabrielą.
Ludwik ponownie ucałował dłoń dziewczyny i spojrzał jej w oczy, które to bardzo uważnie spoglądały na niego spod otworów maski. Były błękitne i zarazem jedyne w swoim rodzaju. Wiedział już, kogo ma przed sobą. Tylko jedna kobieta może mieć tak cudowne oczy, pomyślał.
- Czy pozwoli się pani porwać do tańca, Gabrielo?
- O niczym innym nie marzę, panie Ludwiku.
Chwilę później, gdy orkiestra zaczęła tańczyć, wziął ją w ramiona i zaczął z nią tańczyć walca. Zadowolony nie odrywał wzroku od jej oczu i coraz bardziej się utwierdzał w przekonaniu, że ma przed sobą tę osobę, którą podejrzewa, że ma. Z zadowoleniem, którego bynajmniej nie ukrywał, tańczył z nią, a dziewczyna czule i rozkosznie zwróciła się do niego:
- Wspaniały bal, nie sądzi pan?
- Owszem, nie widziałem nigdy piękniejszego - odpowiedział.
- Czy to prawda, że wymyśliła go księżniczka Elodie?
- O ile wiem, bardziej jej ciotka, cesarzowa Eugenia. Ale Elodie na pewno ten pomysł aprobuje.
- Nigdy nie widziałam księżniczki Elodie. Czy pan ją kiedyś spotkał?
- Oj tak, wiele razy.
- Jaka ona jest? Podobno jest bardzo piękna.
- Zdecydowanie piękna. Nie znam piękniejszej istoty od niej.
Dziewczyna zachichotała delikatnie i spytała:
- Nie sądzi pan, że to nietakt chwalić w obecności jednej kobiety drugą?
- Nie, jeżeli obie te kobiety są jedną i tą samą osobą, panno Elodie.
Rzekoma Gabriela zmieszała się lekko, początkowo nie wiedząc, co ma na to odpowiedzieć, potem jednak spojrzała uważnie na Ludwika i zapytała:
- Co mnie zdradziło?
- Twoje oczy. Nikt nie ma równie cudownych oczu, co ty.
- Mam normalne oczy.
- Masz niezwykłe oczy. Takich, jakich nie ma inna kobieta na świecie.
Rozmowę im przerwało nagłe zakończenie utwory, pod który tańczyli, potem zaś pojawienie się na środku sali Aleksandra Dumasa ojca z synem, również tego samego imienia i nazwiska, który wyglądał jak młodsza kopia ojca, tylko tak jakby nieco wyższa i bardziej postawna.
- W imieniu mojego syna i moim własnym chciałem serdecznie podziękować wam wszystkim za łaskawe przybycie - powiedział Dumas ojciec - Naprawdę nie umiem wyrazić słowami, jak cudownie mi być tu teraz z wami wszystkimi. Pragnę zatem wam powiedzieć, że brałem udział w różnych balach i zabawach, ale nigdy nie czułem się na żadnym z nich tak dobrze jak tutaj. Dlatego wiedzcie, że jest to dla mnie największy wyraz hołdu z waszej strony wobec mojej twórczości. Za tak cudowny prezent od was nie mogę zrobić nic innego, jak tylko obiecać wam, że ja i jak sądzę, także i mój równie zdolny, jeśli nie zdolniejszy syn, będziemy pisać dla was jeszcze długo i długo cieszyć was swoimi powieściami. Już teraz mamy obaj w planach kolejne dzieła, które mamy nadzieję, że przypadną wam do gustu.
Goście zebrani na sali zaczęli głośno klaskać na cześć obu pisarzy, którzy to zaraz potem wznieśli toast za zdrowie wszystkich tu zebranych, a potem dali znak orkiestrze, aby zagrała kolejny utwór. Ludwik uśmiechnął się do Elodie, po czym z przyjemnością poprosił ją do kolejnego tańca. Już chwilę później tańczyli, patrząc sobie przy tym w oczy, pod rytm cudownie brzmiących słów, które śpiewał jeden z muzyków, obdarzony naprawdę przyjemnym głosem. Słowa te brzmiały tak:

Wejdź co tchu w błękit snu.
Tam, gdzie miłość trwa.
Serca głos obudzi noc
Skrzydłem dnia.
Choćbyś sam pośród skał
W dal nieznaną szedł.
W siwej mgle odnajdzie cię
Serca szept.

W świecie snów nie trzeba słów
I chmur tam brak.
Nawet łzy przyniosą ci
Czułości smak.
Bo miłość to klucz.
Miłość to klucz.

Światła gwiazd wiodą nas
W nieba modrą toń.
W ciszę znów, wśród kwiatów stu
Z gwiezdnych łąk.
Pochwyci cię w ramiona swe
Miłości złoty krąg.

Ludwik i Elodie tańczyli, patrząc sobie w oczy. Uśmiechali się do siebie przy tym i czuli, jakby byli właśnie w krainie snów, w której nikt ich nigdy nie może skrzywdzić i w który oni mogli być całkowicie sobą. A w ich uszach tak cudownie brzmiały słowa pięknej piosenki:

W świecie snów nie trzeba słów
I chmur tam brak.
Nawet łzy przyniosą ci
Czułości smak.
Bo miłość to klucz.
Miłość to klucz.

Światła gwiazd wiodą nas
W nieba modrą toń.
W ciszę znów, wśród kwiatów stu
Z gwiezdnych łąk.
Pochwyci cię w ramiona swe
Miłości złoty krąg.

Kiedy piosenka dobiegła końca, muzyka chwilowo umilkła, a wszyscy goście rozeszli się powoli do stolików z przekąskami, aby coś podjeść. Ludwik i Elodie także to zrobili, przy okazji bardzo wesoło rozmawiając.
- Widzę, że doskonale się bawisz, Ludwiku - powiedziała Elodie, zajadając w tej samej chwili kawałek smacznego ciasta.
- Oj tak. Dawno tak dobrze się nie bawiłem - odpowiedział jej Ludwik, także jedząc ciasto i jednocześnie pożerając wzrokiem Elodie, wyglądają tak zmysłowo w swoim stroju Hayde.
- Czy lepiej niż w kabarecie z moim kuzynem? - zażartowała sobie Elodie.
Ludwik spojrzał na nią ironicznie i lekko westchnął.
- Boże drogi! Elodie, ile razy ja mam ci powtarzać, że ja wcale się tam nie bawiłem tak dobrze, jak tutaj? I że nie lubię tego rodzaju zabaw?
- Doprawdy? Nie podobały ci się panie tańczące kankana?
Ludwik uśmiechnął się wesoło i odparł:
- No, jeśli chodzi o ten widok, to był bardzo miły. Ale co z tego, skoro Lulu nie ma w ogóle wyczucia i potem zaczął się zabawiać z jedną z tancerek, a ja już nie mogłem na to patrzeć ani nie chciałem przeszkadzać, więc musiałem wyjść?
- Musiałeś wyjść? I co? Nie pomyślałeś o tym, aby zaprosić do stolika jeszcze jedną tancerkę, taką tylko dla siebie?
- Nie. Nie interesują mnie ostatnio inne kobiety poza jedną konkretną.
Elodie uśmiechnęła się delikatnie do Ludwika. Liczyła na taką odpowiedź, ale i tak sprawiła jej ona prawdziwą przyjemność.
- To ciekawe. A możesz mi wyznać, co to za kobieta?
- No wiesz, to tajemnica. Nie wiem, czy powinienem to robić - odparł Ludwik żartobliwym tonem.
Elodie zachichotała i przysunęła się nieco bliżej do niego.
- Proszę, Ludwiku. Obiecaliśmy sobie pielęgnować naszą przyjaźń. Chyba jej nie chcesz teraz zniszczyć jakimiś tajemnicami?
Książę bawarski popatrzył na nią bardzo czułym wzrokiem, odłożył pusty już talerzyk po cieście na stolik i odpowiedział:
- No dobrze, powiem ci. W mojej głowie jest już tylko jedna osoba. Bardzo, ale to bardzo dla mnie wyjątkowa i to pod każdym względem.
- A opowiesz mi coś o niej? Jaka ona jest?
- Jest miła, kochana, dobra, wrażliwa, ciepła i serdeczna, cudownie mi się z nią zawsze rozmawia. Ponadto nie znam piękniejszej od niej kobiety.
- Naprawdę? A jaka jest uroda tego twojego ideału?
- Ten ideał ma cudowne, długie blond włosy barwy słońca, oczy niczym niebo w pogodę, delikatne różowe jak maliny usteczka, a do tego cudowny nosek. Słodki i uroczy, zwłaszcza kiedy go lekko zadziera.
- Brzmi ciekawie. A jak się zwie ten ideał? Bo chyba mogę to wiedzieć?
Ludwik delikatnie ujął jej dłoń w swoją. Poczuł wtedy, jak delikatną ma ona skórę i jak cudownie mu jest ją dotykać. Delikatnie zaczął głaskać palcem jej rękę i powiedział z miłością:
- Sądzę, że na to pytanie znasz już odpowiedź.
Chwilę później, Ludwik podszedł do orkiestry i porozmawiał przez chwilę z nią. Muzycy uśmiechnęli się do niego serdecznie i skinęli głowami na znak, że się zgadzają na jego propozycję. Kiedy zaś książę powrócił do ukochanej, zaczęli grać utwór, który zamówił u nich wcześniej. Ludwik wyciągnął wówczas rękę do swej ukochanej, a ta ujęła go za nią i oboje dali się porwać piosence, podobnie jak i też pozostali uczestnicy balu. Wszyscy oni ulegli mocy tego pięknego utworu, który szedł oto tak:

To nic, niby nic,
Lecz musi się coś w tym kryć.
Jakaś moc, jakaś siła,
Co mnie zbudziła z twardego snu.
Ta moc, dziwna moc
Każe mi o tobie śnić.
Wyczekiwać i drżeć,
Tęsknić co noc i co dzień.

W błękicie oczu twych
Zgubiłem cały świat.
I myśli me i serce me
I spokój wszystkich dni.
W błękicie oczu twych
Sam zginąć byłbym rad,
By znaleźć w nich uśmiechy me
I szczęścia łzy.

I może jest to śmieszne,
Może to jest dziecinne,
Że tak wszystkiemu winne
Są słodkie oczy twe.
W błękicie oczu twych
Zgubiłem cały świat,
Lecz właśnie w nich
Znalazłem dzisiaj szczęście me.

Ludwik patrzył w oczy Elodie i poczuł, że słowa tej piosenki idealnie oddają jego uczucia do ukochanej. Zresztą doszedł do tego wniosku już wcześniej i z tego powodu chciał, aby usłyszała ona ten utwór, poznała jego słowa i zrozumiała, co jej chciał przez to powiedzieć. Dla pewności, kiedy muzycy znowu zaśpiewali tak piękne, ostatnie słowa piosenki, on wypowiadał je cicho w stronę Elodie.

I może jest to śmieszne,
Może to jest dziecinne,
Że tak wszystkiemu winne
Są słodkie oczy twe.
W błękicie oczu twych
Zgubiłem cały świat,
Lecz właśnie w nich
Znalazłem dzisiaj szczęście me.

Elodie spojrzała na ukochanego i poczuła, że serce bije jej jak szalone. W tej samej chwili na jej twarzy pojawiły się czerwone wypieki, a całe ciało nagle stało się jakby gorące. Westchnęła głęboko i powiedziała:
- Możemy na chwilę wyjść z sali? Trochę mi gorąco.
Ludwik ujął ją pod ramię i oboje opuścili na chwilę salę balową. Ledwie to zrobili, a od razu Elodie poczuła, że jej lepiej. Uśmiechnęła się z podziękowaniem do księcia bawarskiego, po czym zapytała:
- Czy zamówiłeś tę piosenkę?
- Tak, zgadza się. Chciałem ci w ten sposób powiedzieć coś bardzo ważnego - odpowiedział jej Ludwik.
- Rozumiem - rzekła Elodie, czule patrząc mu w oczy - Czy jesteś pewien, że to czujesz? Bo może to tylko zauroczenie? Jak w przypadku Sissi?
Ludwik pokręcił przecząco głową.
- O nie. Tych uczuć nie da się ze sobą porównać. Wiele o tym myślałem i to już od pierwszej chwili, gdy tylko cię spotkałem w parku cesarskim, kiedy czytałaś książkę. Byłaś wówczas taka zachwycająca. A potem oboje znaleźliśmy piękną nić porozumienia. Później spytałaś mnie, co będzie z naszą przyjaźnią. Ale ja wtedy już wiedziałem, że to uczucie znacznie silniejsze.
- I nic nie powiedziałeś?
- Nie wiedziałem, co ty do mnie czujesz.
- Rozumiem. Nie wiedziałeś, co ja czuję i niczym ten słynny poeta litewski, który tak pięknie pisze... Jak on się nazywał? Ach, przypomniałam sobie, Adam Mickiewicz! Więc tak jak Mickiewicz często sobie zadawałeś pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?
- Owszem, ale tylko pytałem siebie o twoje uczucia. Bo moich byłem pewien.
- Więc jakie są twoje? Czy to przyjaźń, czy kochanie?
Ludwik ujął ją delikatnie w ramiona i zapytał:
- Czy to wystarczy za odpowiedź?
I pocałował ją w usta. Elodie nie opierała się. Tak długo na to czekała. Od tej chwili, gdy po raz pierwszy to zrobił. Objęła go mocno za szyję i chociaż nie miała w tej kwestii doświadczenia, oddała mu pocałunek. Oderwali się od siebie dopiero wtedy, kiedy zabrakło im tchu w piersiach. Oddychali wówczas głęboko, a w ich piersiach serca szalone wybijały jeden ten sam, cudowny rytm.
- A więc rozumiem, że wybierasz kochanie, nie przyjaźń - rzekła po chwili, gdy już odzyskała równy oddech Elodie.
- A nie mogę mieć jednego i drugiego razem? - zapytał Ludwik - Czy moja ukochana nie może mi być też najlepszą przyjaciółką w jednej osobie?
- Nie jestem pewna. Musisz mnie o tym przekonać, Ludwiku.
Książę bawarski nie dał się długo prosić. Objął swoją ukochaną księżniczkę i bardzo namiętnie ją pocałował. Elodie poczuła wówczas, jak od czubków palców po końcówki jej włosów przechodzą ją przyjemne dreszcze, tak cudowne, że nie umiemy i nie chce się im opierać. Ten cudowny pocałunek, o którym tak marzyła, był dla niej cudem na ziemi. Tak jak i dla Ludwika, czującego teraz w swoim sercu wyraźnie, że nawet jeżeli wcześniej nie był w świecie swoich najcudowniejszych snów, to teraz na pewno w nim jest.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...