Sissi przeglądała suknie w swoim pokoju. Zastanawiała się, która z nich jej się przyda podczas wyprawy, jaką planowała razem z Franciszkiem. Jej ukochany przecież obiecał jej pójść z nią na miasto incognito i zobaczyć, jak żyją ludzi w stolicy jego cesarstwa. Pomysł ten nie przyszedł mu oczywiście do głowy całkiem przypadkiem. Sam również z pewnością go nie wymyślił, nie było to w jego stylu. Przecież był to pomysł rodem z powieści przygodowych, które tak sobie ceniła Sissi oraz jej kuzyn Ludwik. A ponieważ nie ona zaproponowała Franciszkowi ten koncept, to widocznie zrobił to książę bawarski. Tak, to było w jego stylu, aby w trakcie rozmowy zaproponować to cesarzowi. O ile Sissi go znała, to pewnie sam chętnie by wziął w tym udział. Biorąc pod uwagę jego słabość do aktorstwa i do przebierania się za inne osoby, to było bardzo prawdopodobne. Ale chyba teraz ma nieco inne sprawy na głowie. A zwłaszcza jedna szczególnie musiała absorbować jego osobę. Sprawa wysoka, szczupła, choć nie przesadnie chuda, o uroczych oraz bardzo kobiecych kształtach, pięknych blond włosach, słodkich niebieskich oczach i rozkosznych różowych usteczkach, która chodziła z nim po parku cesarskim, a potem podziwiała jego talenty artystyczne. I która tak uroczo go całowała za tomik francuskiej poezji. Tak, zdecydowanie ta sprawa o wiele bardziej go teraz musiała interesować niż jakiekolwiek przedstawienie. Najlepszym tego dowodem było to, jak bardzo zachwycony był, kiedy go pocałowała. Sissi widziała to w jego oczach. Widziała w nich zachwyt i szczęście, gdy to się stało. Tego nawet Ludwik, chociaż to dobry aktor, nie umiałby udawać. To musiało być szczere. Dlatego też Sissi nie miała wątpliwości, jakie są uczucia jej kuzyna wobec Elodie. I zasadniczo, to jakoś wcale ją one nie dziwiły. W końcu to jest dziewczyna urocza, kochana i bardzo sympatyczna. Dodatkowo chciała pomóc Sissi przygotować się na bal i sama się z tą pomocą zaoferowała, nie oczekując niczego w zamian. Tak miłej, ciepłej oraz bezinteresownej osoby na dworze ze świecą można by było szukać.
Nagle ktoś zapukał do drzwi pokoju Sissi. Księżniczka przerwała oglądanie swoich sukni i zapytała:
- Kto tam?
- To ja, czy mogę wejść? - odezwał się głos jej francuskiej znajomej.
- Wejdź, Elodie - odpowiedziała życzliwie Sissi.
Do pokoju weszła Elodie. Na jej twarzy widać było nieco zatroskaną minę. Chyba wciąż ją bardzo smuciło to, co spotkało Sissi ze strony dam dworu.
- Jak się czujesz? - zapytała po chwili.
- Całkiem dobrze. Dziękuję, Elodie - odpowiedziała Sissi.
- Nie ma za co.
- Martwiłaś się o mnie, prawda?
- Tak. Głupio mi, że zaprosiłam na zabiegi kosmetyczne te głupie kwoki, a ty musiałaś usłyszeć z ich ust te wszystkie kpiny. Pewnie źle się czujesz, gdy sobie je przypomnisz. Ja na pewno bym się tak czuła.
- Było mi smutno, ale już mi przeszło. Wiem, że zdanie takich osób jak one nigdy nie powinno mnie ranić. Bo ostatecznie, co one o mnie wiedzą? Tylko tyle, ile chcą wiedzieć, a raczej nie chcą wiedzieć zbyt wiele. Dlaczego więc miałabym się przejmować ich opinią na mój temat?
- Widzę, że masz już właściwe podejście do tej sprawy, Sissi.
- Owszem. Ty, Franciszek i moja mama pomogliście mi to zrozumieć. Teraz już wiem, że głupio zrobiłam, przejmując się tym, co o mnie myślą takie osoby jak te damy dworu. Poza tym, wszystkich się nigdy nie zadowoli.
- To prawda, Sissi. Jednak myślę, że jeśli komuś miałoby się to udać, to tylko tobie. Jestem pewna, iż z czasem wszystkich ludzi na dworze do siebie przekonasz.
Sissi uśmiechnęła się do niej przyjaźnie, delikatnie położyła dłoń na ramieniu Elodie i powiedziała:
- Dziękuję ci. Wiesz, że teraz zrozumiałam jeszcze jedną rzecz?
- Naprawdę? A jaką? - zapytała Elodie.
- Taką, że już wiem, dlaczego Ludwik jest tobą wyraźnie zachwycony. Jesteś po prostu wspaniała.
- Och, nie przesadzaj. Jaka ja tam wspaniała? - zapytała Elodie, lekko się przy tym rumieniąc i szybko zmieniając temat - Naprawdę uważasz, że Ludwik jest mną zainteresowany?
- Oczywiście, że tak. Nie ma dwóch zdań. Widziałam was niechcący w parku podczas spaceru. Nie umiał ukryć tego, jak bardzo jest tobą zachwycony.
- Widziałaś nas razem w parku?
- Niechcący. Nie chciałam podpatrywać.
- Sissi, tylko proszę cię, nikomu o tym nie mów. Wymknęłam się bez wiedzy mojej damy do towarzystwa na spotkanie z Ludwikiem. Nie chcę, żeby ktoś tutaj o tym wiedział. Jeszcze zaczną się plotki i biednemu Ludwikowi się dostanie.
Sissi nie zapytała Elodie, dlaczego ta się martwi o jej kuzyna, a nie o swoją własną reputację. Domyślała się tego bardzo łatwo. Zachichotała więc jedynie, jak mała dziewczynka odkrywająca, że oto jej starszy brat całuje się po kątach z jakąś koleżanką, po czym powiedziała:
- Spokojnie, Elodie. Nikomu nie powiem. Ja sama wczoraj wymknęłam się z pałacu i poszłam bez mojej damy do towarzystwa na miasto. Też wolałabym, aby tego nie rozmawiano.
Obie księżniczki spojrzały na siebie z sympatią, uścisnęły sobie lekko dłonie, zawierając w ten oto sposób porozumienie, gwarantujące im wzajemną dyskrecję na temat spraw, o których przed chwilą rozmawiały.
- I jak tam, Sissi? Gotowa na kolejne lekcje tańca? - rozległ się nagle wesoły męski głos.
To Ludwik wszedł do pokoju, chcąc zaprowadzić kuzynkę na lekcję walca. Gdy jednak zobaczył Elodie, uśmiechnął się do niej serdecznie, a ta odwzajemniła ten uśmiech w tak uroczy sposób, że książę bawarski poczuł, jak mu ciepło się robi na sercu, które jak na zawołanie, zaczęło dużo mocniej bić mu w piersi. Nieomal z tego powodu zapomniał, po co właściwie tu przyszedł, jednak ponieważ z natury był raczej rozsądną osobą, szybko o tym sobie przypomniał i powiedział:
- Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam, moje panie, ale już czas na lekcję walca i przyszedłem po was. A właściwie po Sissi, bo nie wiedziałem, Elodie, że ty też tu jesteś.
- Spokojnie, w niczym nam nie przeszkodziłeś. Właśnie miałyśmy iść do sali balowej - odpowiedziała mu Elodie i spojrzała na Sissi - Spokojnie, tym razem na pewno pójdzie ci łatwiej. Jestem tego pewna.
- Dziękuję, Elodie. Dziękuję, że we mnie wierzysz - podziękowała Sissi - Ale zanim pójdę, chciałabym na chwilę porozmawiać z moim kuzynem. Pozwolisz?
- Oczywiście, nie ma problemu. Poczekam na was w sali - odparła życzliwie Elodie, po czym uśmiechnęła się ponownie do Ludwika i wyszła z pokoju.
Ludwik obserwował ją uważnie, jak znika za drzwiami, zamykając je za sobą i westchnął przy tym głęboko. Jednak nie dane mu było myśleć za długo o swojej ukochanej, ponieważ cierpki i nieprzyjemny głos Sissi przywrócił go natychmiast do rzeczywistości.
- Możesz mi wyjaśnić, co ty właściwie wyprawiasz, Ludwiku?
- Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli, Sissi - odpowiedział na to Ludwik i spojrzał pytająco na kuzynkę.
- Chodzi mi o tę błazenadę, którą ty i twoi znajomi wystawiliście wczoraj na rynku - wyjaśniła Sissi.
- Ach, o to ci chodzi! Zauważyłem cię wczoraj pośród widowni. Nie sądziłem jednak, że mnie poznasz. Chyba dość dobrze się przebrałem.
- Przebranie miałeś idealne, ale nie zachwycił mnie temat przedstawienia.
- A co? Było w nim coś dla ciebie nieprzyjemnego? - zapytał Ludwik tonem niewiniątka, który jednak tylko rozzłościł Sissi.
- Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi! - zawołała ze złością księżniczka - Wyśmiewałeś publicznie mojego narzeczonego i co? Spodziewasz się, że będę na to wszystko spokojnie patrzeć?
- Wczoraj jakoś patrzyłaś. I więcej ci powiem. Wydawało mi się, że śmiałaś się tak samo, jak wszyscy inni.
- Owszem, bo twoje przedstawienie ośmieszające Zottornika i polityków było naprawdę zabawne. Ale to, jak przedstawiliście Franciszka było już niesmaczne.
- Jeżeli musisz wiedzieć, to w ogóle nie wiedziałem, jakie dokładnie ma być przedstawienie. Po prostu spotkałem dawnych znajomych, z którymi kiedyś sobie podróżowałem, rozpoznali mnie, zagadaliśmy się i zaproponowali mi, abym z nimi wystąpił, jak za dawnych lat.
- Oczywiście, a mój kuzynek Ludwiczek na to, jak na lato - rzuciła z ironią w głosie Sissi.
- A moja mała kuzyneczka Sissi powinna być mi wdzięczna za to - odparł na to Ludwik tym samym tonem.
- Niby dlaczego miałabym ci być wdzięczna, co?
- Bo dzięki temu do twojego ukochanego zaczęło chyba coś wreszcie docierać i zaczyna poważniej traktować to, co do niego mówimy.
- Niby skąd to przypuszczenie?
- Stąd, że słyszałem niechcący waszą sprzeczkę. Rozmawialiście na korytarzu i to dosyć głośno. Trudno było nie słyszeć. Ale to, co usłyszałem, zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Powiedziałaś Franciszkowi do słuchu. Być może więc w ten sposób otworzą mu się oczy i zrozumie to, czego dotychczas nie rozumiał, a może po prostu rozumieć nie chciał. To, że zmiany w jego państwie są potrzebne, zaś osoby zniechęcające go do nich, tylko mu szkodą. Jeżeli więc nasza błazenada, jak to ją raczyłaś nazwać, choć ja wolę słowo „krotochwila” odniosła taki skutek, to jestem z niej bardzo dumny.
- Jesteś dumny, tak? - zapytała ze złością Sissi, biorąc się pod boki - A to niby z czego, pytam się? Z tego, że ośmieszasz Franciszka na moich oczach?
- Demonizujesz to trochę, Sissi. Ostatecznie projekt odniósł skutek i tylko to się liczy. Poza tym słowo, nie wiedziałem o tym, że z Franciszka również chcą się pośmiać. Przysięgam ci, to dla mnie też było zaskoczenie.
Sissi nie była pewna, czy powinna w to wierzyć, ale ostatecznie przecież jej drogi kuzyn nigdy jak dotąd jej nie okłamał. Po co miałby zatem teraz to robić? To nie świadczyło o nim za dobrze, że brał udział w tej ulicznej błazenadzie, ale skoro naprawdę nic nie wiedział o planie wykpienia Franciszka, a ponadto owa satyra się na coś rzeczywiście przydała, to może faktycznie nie warto było o co kruszyć teraz kopie i mieć pretensje do kuzyna?
- W porządku, niech będzie - rzekła po chwili Sissi, już nieco spokojniejsza - Ale wolałabym, żebyś już tego więcej nie robił. To znaczy, żebyś nie brał udziału w przedstawieniu, które obraża mojego ukochanego.
- Możesz być pewna, że tego nie zrobię - powiedział Ludwik - Ale tak między nami mówiąc, to mam nadzieję, iż Franciszek wyciągnie z tego wszystkiego lekcję na przyszłość i więcej nie będzie robił za wdzięczny obiekt satyry komediantów. Wszyscy zdecydowanie lepiej na tym wyjdą.
Sissi trudno było zaprzeczyć słuszności tych słów, dlatego skinęła tylko lekko głową na znak, że się zgadza z kuzynem, po czym oboje wyszli z pokoju, udając się do sali balowej na kolejną lekcję francuskiego walca.
***
Zgodnie z tym, co powiedziała Elodie, Sissi rzeczywiście dużo lepiej sobie teraz poradziła niż przedtem. Pan Jamisz co prawda, kilka razy syknął z bólu, gdy Sissi niechcący mu nadepnęła na palce w czasie tańca, ale przydarzyło się to jego uczennicy znacznie rzadziej niż ostatnio. Ponadto miała w sobie tym razem o wiele więcej chęci do nauki i radości czerpanej z niej, do czego przyczyniła się poprawa jej relacji z Franciszkiem, pogodzenie się z nim i fakt, że stanął on po jej stronie w sporze z matką i zgodnie z własnym sumieniem, przyznał jej rację w tak ważnych dla nich obojga kwestiach. Nic zatem dziwnego, że teraz o wiele lepiej poszła jej lekcja walca, skoro nie tylko miała lepsze samopoczucie, ale i dodatkowo jeszcze niemal tryskała humorem. Hrabia Jamisz, Ludwik i Elodie bez trudu to zauważyli.
- Widzę, że znacznie lepiej się już czujesz, Sissi - powiedział Ludwik.
- Jesteś cała w skowronkach - dodała Elodie.
- Bo mam powody. Franciszek mnie kocha i nie mam co do tego żadnych, ale to żadnych wątpliwości - odpowiedziała im wesoło Sissi.
- A co? Miałaś w tej sprawie jakieś wątpliwości? - zapytała Elodie.
- Przyznam się, że miałam, ale Franz zdołał je rozwiać. I teraz już nie będę ich nigdy miała - powiedziała radośnie Sissi.
- No, nigdy nie mów nigdy, Sissi - stwierdziła Elodie - Nie wiadomo, co wam zgotuje los. Oby nic złego, ale zawsze jakieś wątpliwości mogą się pojawić.
- Jeżeli Franciszek będzie codziennie dbał o wasze relacje, to nie musicie się przejmować wątpliwościami - stwierdził Ludwik - Ważne, aby Franz nie dawał ci ich lub je rozwiewał, jeżeli mimo wszystko do nich dojdzie.
Sissi uśmiechnęła się do obojga przyjaźnie, po czym spojrzała na hrabiego Jamisza i przeprosiła go bardzo za to, że niechcący nadepnęła mu, mimo starań na palce. Hrabia jednak nie miał do niej o to pretensji.
- Spokojnie, Wasza Wysokość. Prawdziwa sztuka wymaga poświęceń, a lekki ból w palcach to niska cena za to, aby nauczyć Waszą Wysokość wszystkiego o tak pięknym tańcu, jakim jest walc.
- Ja ogólnie znam walca, tylko nie znam tego nowego - odpowiedziała Sissi - Ale muszę powiedzieć, że im więcej się go uczę, tym bardziej mi się on podoba. Jest naprawdę piękny, a zwłaszcza to podnoszenie ukochanej w górę. Na szczęście jestem lekka i nie jest tak trudno mnie podnieść. Znaczy, mam nadzieję, że tak jest, panie hrabio.
- Spokojnie, jest Wasza Wysokość leciuteńka jak piórko - odpowiedział hrabia Jamisz - Nie trzeba się więc niczym przejmować. Będzie dobrze.
- Bal już za dwa dni. Obym tylko niczego źle nie zrobiła, kiedy już bal się odbędzie - powiedziała Sissi.
- Więcej wiary w siebie, Sissi. Idzie ci już coraz lepiej. Moim zdaniem, to nie masz się czym przejmować - stwierdziła Elodie.
- Ale na razie już odpocznijmy od walca. Nie można żyć tylko jednym tańcem - zaproponował Ludwik - Jak te lekcje potrwają dłużej, to przestanę go lubić.
- Ty przestaniesz? A co ja mam powiedzieć? - zapytała żartobliwie Sissi.
- A może tak dla odmiany zagram wam coś innego niż walc? - zaproponowała Elodie, podchodząc do fortepianu.
- A znasz jakiś utwór fortepianowy? - zapytał Ludwik.
- Owszem, choć jeżeli macie nuty, to nie pogardzę. Nie znam na pamięć tak dokładnie wszystkich ulubionych utworów, a nie chcę ich zagrać byle jak.
Hrabia Jamisz podszedł do fortepianu, wziął leżący na nim zeszyt z nutami, przejrzał uważnie jego zawartość, odnalazł jeden z utworów i pokazał go Elodie.
- Co Wasza Wysokość o tym sądzi? - zapytał.
Elodie przyjrzała się uważnie nutom, ale ponieważ nie widziała ich dokładnie, założyła na nos okulary, wiszące jej na szyi niczym wisiorek i które zwykle nosiła na tego rodzaju sytuacje, przyjrzała się im jeszcze raz i powiedziała zadowolona:
- „Nocturn nr 2” Chopina. Piękny utwór.
Hrabia Jamisz ustawił nuty na właściwym miejscu w fortepianie, a Elodie z uśmiechem zasiadła na krześle, nastawiła sobie lekko palce, po czym zaczęła grać. Patrząc na nuty od czasu do czasu, przenosiła ich treść na klawisze, wprawiając je w ruchy za pomocą swoich palców, tak delikatnych i tak uduchowionych, jakby całe życie nic innego nie robiły, tylko wygrywały gamy i pasaże. Tak przynajmniej to widział Ludwik, którego najmocniej gra Elodie zachwycała. Oczywiście Jamisz i Sissi również słuchali z przyjemnością utworu Chopina w wykonaniu Francuzki, jednak książę bawarski był najmocniej nim zachwycony. Dostrzegł w tej grze nie tylko wielkie uduchowienie Elodie, ale dodatkowo jeszcze niezwykłą wrażliwość i talent, które budziły w nim olbrzymi zachwyt. Widział po jej oczach i po sposobie, w jaki uderzała w klawisze, że robi to z prawdziwą pasją, że kocha grę oraz kocha utwór, który właśnie gra.
W przypadku muzyki klasycznej, Ludwik zawsze dzielił ludzi na trzy główne kategorie (dzielące się oczywiście na podkategorie). Na ludzi lubiących muzykę klasyczną, na ludzi, którym jest ona obojętna i na ludzi, którzy ją kochają. Ludwik należał do trzej trzeciej kategorii i umiał zawsze rozpoznać, kiedy ktoś po prostu lubi muzykę klasyczną, a kiedy ją wręcz kocha prawdziwą i szczerą miłością. Tę miłość dostrzegł w cudownej grze Elodie. Dziewczyna nie musiała mu mówić, że darzy uczuciem muzykę oraz ten instrument, za którym siedziała. Widział to w jej grze. Tak nie mogła grać osoba, która jedynie lubi muzykę i fortepian. Ona musiała je kochać. To było widać nie tylko po sobie, w jaki patrzyła na nuty, ale również i po sposobie, w jaki dotykała palcami klawiszy. To było coś niesamowitego, coś przepięknego i zarazem też coś tak wzniosłego, że nie mogło być jedynie zwykłym lubieniem muzyki. To musiało być kochanie jej i ubóstwianie zarazem. Ludwik nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Elodie tak cudownie grała, że mogłaby nawet zarabiać dawaniem takich pięknych koncertów, jak ten teraz. Z pewnością zarobiłaby na tym miliony franków.
Na chwilę Elodie oderwała wzrok od nut i spojrzała na Ludwika. Widząc, że ten przygląda się jej z uwagą, uśmiechnęła się do niego serdecznie. Odwzajemnił go z radością, ale nagle coś się z nim stało. To spojrzenie, ten uśmiech i ta melodia. No i jeszcze okulary, dodające uroku. To wszystko coś mu przypominało. Coś, co myślał, że dawno przestało mu sprawiać ból, a pozostawiało jedynie smutek, jak i też pewną nostalgię, a z czym dawno się już zdołał pogodzić. Coś, co zabolało go nagle niczym igła wbita na siłę w skórę. Ból ostry i okrutny, którego dawno już nie czuł i którego miał nadzieję nigdy już więcej nie czuć. Ból wywołany pamięcią o pewnej osobie. Osobie tak mu kiedyś bliskiej i tak bardzo dla niego ważnej, której już nie było w jego życiu, ale która kiedyś wiele dla niego znaczyła.
Pamiętał doskonale tę osobę, choć minęło już wiele czasu, odkąd ostatni raz o niej myślał. To znaczy, bardzo często o niej myślał, bo wspomnienie o niej było w jego pamięci niezwykle silne i chyba nigdy nie miało być inne. Ale dawno już tak bardzo to wspomnienie go nie bolało, tak jak teraz. Nic bowiem wcześniej tak mu jej nie przypominało, jak gra Elodie na fortepianie. Zajęty działalnością w loży, a także pisaniem książki „O potrzebie reform”, jak i też artykułów do gazety „Nowe perspektywy” miał co robić i nie skupiał swoich myśli na tym, co czuł do tamtej dziewczyny ani na tym, jak bardzo boli go jej strata. Nawet szukał nowej miłości, choć nie było to łatwe. Nie wiedział, gdzie znajdzie dziewczynę, która tak bardzo by go pokochała, jak tamta i byłaby tak samo łagodna, wrażliwa, delikatna i urocza jak ona. Przez chwilę myślał, że mogłaby być nią Sissi. Miała przecież wszystkie te cechy, które on tak cenił w kobietach. Jednak to uczucie, będące jedynie z jego strony zauroczeniem do pięknej, dorosłej już kuzynki, co ostatnio, po naprawdę wielu przemyśleniach zrozumiał, było z góry skazane na porażkę. Bo jak inaczej można było ocenić to uczucie do dziewczyny, która traktowała go zawsze jedynie jak starszego brata, a w dodatku miała swego ukochanego i była z nim szczęśliwa? Ludwik dobrze wiedział, że to uczucie nie ma szans na rozwój, dlatego nic nie powiedział o nim Sissi. A potem poznał Elodie i nagle jego serce mocniej mu przy niej zabiło. I teraz oto, kiedy już wszystko w tej sprawie zaczęło mu się idealnie układać, nagle powróciły do niego wspomnienia. I to takie, które chciał wyrzucić z pamięci.
Wcześniej nie zauważył, że Elodie jest do niej podobna. Chociaż, to nie było znowu takie trudne, bo tak naprawdę urocza Francuzka fizycznie różniła się od tej, której wspomnienie tak Ludwika bolało. Tamta wyglądała zupełnie inaczej. Była niższa od niego o głowę, nieco bardziej puszysta, ale nie gruba, ubierała się zawsze skromnie, skrywając mocno swoją urodę przed światem i nie była osobą, która się dobrze czuła na salonach. Ale była też niezwykle wrażliwa, sympatyczna, dobra i serdeczna, kochała muzykę klasyczną, a zwłaszcza fortepianową. Dodatkowo też nosiła okulary, co tylko w oczach Ludwika dodawało jej uroku. Umiała na tematy, które lubiła rozmawiać godzinami z księciem bawarskim, który zawsze tak dobrze się czuł w jej towarzystwie. Wydawało się zatem, że nigdy nie spotka drugiej tak wspaniałej osoby jak ona i to ona jest mu pisana. Ale niestety, los napisał dla nich zupełnie inny plan, a jego skutki nie dawały Ludwikowi spokoju przez prawie dwa lata, a przez kolejny rok ich resztki snuły mu ciągle się po głowie jako niemiłe wspomnienia, od których już nigdy w pełni nie miał być wolny. A już na pewno nie wtedy, gdy będzie sam.
A teraz pojawiła się w jego życiu Elodie. Urocza i ciepła osoba, do której od pierwszej chwili, gdy się do niego uśmiechnęła znad książki, poczuł coś wielkiego i zarazem cudownego. W jednej chwili wyparowało mu z głowy zauroczenie Sissi, a jego serce już należało do Elodie. Tylko po co? Po to, aby teraz jakiś drobiazg i to pozornie bez znaczenia, ponownie przywołał do niego te wspomnienia? I znowu zadręczał go, nie dając mu żyć teraźniejszością oraz przywołał go z powrotem do przeszłości? Czy już do końca swoich dni miały go te wspomnienia gnębić?
Ona też tak grała, pomyślał sobie. Ona też siadała przy fortepianie i grała dla niego i dla innych gości swoich rodziców utwory Chopina i Liszta. Chociaż, tak naprawdę tylko dla niego, dla ukochanego Ludwika grała te wszystkie melodie. To on był głównym adresatem jej uczuć, jakie wyrażała poprzez muzykę. Wiedział o tym doskonale, a ona nigdy nie ukrywała tego przed nim. Oboje byli sobie bliscy, mieli zgodę jej rodziców i co? Potem wszystko się zniszczyło. Los okrutny zadrwił w sposób bezlitosny z nich obojga i przez to teraz nic już nie miało być takie samo, jak kiedyś. Wszystko przepadło i nic nie mogło tego zmienić.
A chwilami wydawało się, że to miało miejsce tak niedawno, ten dzień, kiedy poprosił ją o rękę. Siedziała wówczas przy fortepianie, podobnie jak teraz robiła to Elodie. Grała „Nocturn nr. 2” Chopina, patrząc na niego ukradkiem, oboje posyłali sobie uśmiechy, tak dyskretne i tak bardzo delikatne, żeby nikt wokół nich tego nie zauważył. Bo to miało być tylko ich własne i nikogo innego. Potem ona skończyła grać, podeszła do niego, oboje rozmawiali przez chwilę i kiedy już upewnili się, że oboje czują do siebie to samo, Ludwik poszedł do jej rodziców, aby prosić o jej rękę. Nigdy nie był aż tak szczęśliwy jak wtedy. Przynajmniej do chwili, aż poznał Elodie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten okrutny demon wspomnień, nie dający mu zapomnieć o tym, co wywołuje łzy na twarzy.
- Wszystko w porządku, Ludwiku? - usłyszał nagle w prawym uchu pewien miły, żeński głos.
Ocknął się nagle ze wspomnień i dostrzegł stojącą obok niego Sissi, na której twarzy wymalowany był niepokój o kuzyna. Najwidoczniej jego smutek był aż tak dobrze widoczny, że nie zdołał go ukryć przed nią. Otrząsnął się szybko, delikatnie potarł dłonią twarz i powiedział:
- Wybacz, Sissi. Wróciły wspomnienia.
- Jakie wspomnienia?
- O niej. Bo wiesz, ona też tak grała. I ten właśnie utwór. To było tego dnia, kiedy poprosiłem ją o rękę.
Sissi, która była jedną z niewielu wtajemniczonych w sprawę osób, spojrzała ze smutkiem na kuzyna, pokiwała lekko głową na znak zrozumienia i rzekła:
- Nadal ją wspominasz? Myślałam, że już ci przeszło.
- Myślisz, że to takie proste, zapomnieć o kimś, kogo się kochało? I kogo się straciło nie ze swojej winy? - odpowiedział na to Ludwik - Gdybym chociaż sam w tej sprawie zawinił, to trudno. Wiedziałbym doskonale, czego na przyszłość mam unikać. A tak co? Nic nie wiem.
Elodie tymczasem skończyła grać. W tej samej chwili hrabia Jamisz, Ludwik i Sissi zaczęli głośno klaskać na znak swojego zachwytu nad występem. Francuzka powoli wstała z krzesła i dygnęła przed swoją niewielką, ale za to jak najbardziej szczerze zachwyconą jej występem publicznością.
- Dziękuję wam, bardzo dziękuję - powiedziała wzruszona - Bardzo mnie to cieszy, że moja gra się wam podobała. Choć muszę przypomnieć wam, że nie jest to mój utwór, a pana Chopina, którego miałam kiedyś zaszczyt poznać. Ja jedynie go zagrałam.
- Ale jak doskonale to zrobiłaś - rzekła z zachwytem Sissi.
- Widać, że kochasz muzykę. Bo wygrywasz ją na fortepianie tak wspaniale - dodał wzruszonym głosem Ludwik.
Elodie się delikatnie zarumieniła, bo wszystkie te komplementy sprawiły jej wielką przyjemność, ale szczególnie słowa Ludwika. To, że on ją pochwalił, było dla niej więcej warte niż pochwała od kogokolwiek innego. Uśmiechnęła się więc do niego serdecznie, a Ludwik odwzajemnił jej uśmiech, po czym nadeszła wieść, że już pora szykować się na kolację i dlatego wszyscy udali się do swoich pokoi, aby się uszykować na wspólny posiłek z cesarzem.
Ludwik dziękował losowi za chwilę samotności. Mógł przez ten czas ukoić jakoś swoje nerwy, a także wyrzucić ze swoich myśli wspomnienia wywołujące w nim smutek. Nie chciał, aby ktokolwiek to zobaczył. Wystarczy, że widziała to już Sissi. Nikt inny więcej nie musiał o tym wiedzieć. Szczególnie zaś zależało mu na tym, aby nie dowiedziała się o tym Elodie. Jeszcze, nie daj Boże, pomyśli sobie, że jest jedynie chusteczką do otarcia łez, a przecież to nieprawda. Ludwik naprawdę coś do niej poczuł, a z każdym dniem utwierdzał się w tym uczuciu i nie chciał za nic w świecie tego zepsuć. Elodie nie powinna wiedzieć o jego przeszłości. Jeszcze nie teraz. Kiedyś, gdy oboje zbliżą się do siebie jeszcze bardziej i kiedy Ludwik już będzie pewien, że jej nie straci, będzie mógł jej to opowiedzieć. Wtedy ona to zrozumie i nie odepchnie go od siebie. Gdyby powiedział jej to wszystko teraz, nie wiadomo, jakby dalej to się potoczyło. Jej reakcja na taką sytuację była dla niego jedną wielką niewiadomą. A Ludwik nie lubił niewiadomych, zwłaszcza w kwestii uczuć. Wolał zawsze to, co jest pewne, tym bardziej, jeśli chodziło o miłość.
- Boże drogi, dlaczego nie uwolnisz mnie o wspomnień? - jęknął Ludwik, gdy załamany usiadł na łóżku i złapał się przy tym dłońmi za głowę - Przecież to nie może być możliwe, żeby kochać tylko jedną osobę całe życie i nigdy nie móc się od tego uczucia uwolnić?
Następnie opuścił ręce załamany, podszedł do lustra, spojrzał w nie ponuro, mierząc niechętnym wzrokiem własne odbicie.
- Jesteś piramidalnie głupi, Ludwiku. Spotkałeś na swojej drodze wyjątkową dziewczynę, przy której wspaniale się czujesz. I co? I wracasz wspomnieniami do przeszłości, której przecież i tak nie możesz w żaden sposób zmienić?
Potępiał sam siebie, ale doskonale wiedział, że na pewne rzeczy nie ma się w życiu takiego wpływu, jaki by się chciało mieć. Jedną z nich były wspomnienia. To oczywiście można było w jakiś sposób opanować, ale czy na długo? On jakoś tego nie potrafił. A może nie chciał potrafić? Może wewnętrzna blokada, o jakiej mówił niedawno Sissi, dotyczy także i jego?
- Tak, to rzeczywiście prawda. Jestem piramidalnie głupi - powiedział, nie bez złości patrząc ponownie w lustro.
***
Pomimo tego, że Franciszek zaproponował Sissi wycieczkę na miasto zaraz po urodzinach swojej matki, to po pewnym przemyśleniu sobie wielu spraw o tym, co niedawno dowiedział się od ukochanej o ulicznych komediantach oraz o treści ich przedstawień, postanowił, że chce wybrać się na wycieczkę znacznie wcześniej niż to było zaplanowane. Dlatego, zaraz po kolacji, poprosił Sissi o rozmowę we dwoje, a gdy tylko znaleźli się sami, powiedział:
- Mam nadzieję, że wybrałaś sobie już strój na wycieczkę na miasto.
- Tak, przemyślałam sobie wszystko i już wybrałam kostium - odpowiedziała mu Sissi - Ale dlaczego teraz o to pytasz? Przecież dopiero za trzy dni idziemy na miasto, po urodzinach twojej mamy.
- Właśnie w tej sprawie poprosiłem cię o chwilę rozmowy. Przemyślałem to sobie i pomyślałem, że...
- Chyba nie chcesz ze wszystkiego zrezygnować? - zapytała zaniepokojonym tonem Sissi.
Franciszek roześmiał się, rozbawiony jej reakcją i czule ujął jej dłonie, lekko je przy tym ściskając.
- Spokojnie, najdroższa. Nie taki mam zamiar. Pomyślałem po prostu, że ty i ja możemy się tam wybrać już jutro. Dręczy mnie ciągle to, co ludzie o mnie myślą i chciałbym jak najszybciej to zobaczyć na własne oczy. Poza tym, jestem bardzo ciekaw tych artystów. Jeżeli rzeczywiście są tak genialni, jak o nich mówiłaś, to być może będę miał dla nich zajęcie.
- Mam tylko nadzieję, że nie w pałacowych lochach - zażartowała sobie Sissi.
Franciszek parsknął śmiechem, gdy to usłyszał.
- Spokojnie, nie mam tak strasznych planów. Chciałbym jedynie, aby coś dla nas zagrali z okazji urodzin mojej matki. Pomyślałem, że lepiej poprosić ich o to, póki jeszcze są w mieście, bo potem mogą wyjechać i długo ich nie zobaczymy.
Sissi uśmiechnęła się do niego serdecznie i powiedziała:
- Och, Franciszku. Jesteś naprawdę uroczy. Podoba mi się twój pomysł. Czyli co? Jutro ruszamy na wyprawę?
- Owszem. Jestem bardzo ciekaw, czego się podczas niej dowiemy.
Plan cesarza, jak zresztą wszystkie jego pomysły, kiedy został postanowiony, musiał też zostać wykonany. Dlatego też, następnego dnia, zaraz po śniadaniu, gdy wszyscy udali się do swoich zajęć, Franciszek i Sissi poszli do siebie, aby tam w spokoju i bez niepotrzebnych świadków, przebrać się w przygotowane przez siebie cywilne stroje. Kiedy już byli gotowi, poszli na miejsce spotkania, którym był park przed pałacem w Schronbrunnie.
- Wiesz, Sissi... Wyglądasz uroczo jako prosta dziewczyna - powiedział Franz, nie umiejąc ukryć swojego zachwytu widokiem ukochanej.
- Dziękuję. Ty też uroczo wyglądasz jako prosty chłopak - odpowiedziała mu Sissi, jak najbardziej szczerze.
- Czy zatem prosty chłopak może zaprosić na spacer swoją ukochaną? - spytał Franciszek, podsuwając narzeczonej ramię.
- Prosta dziewczyna nie odmawia - odparła żartobliwie Sissi i przyjęła podane jej ramię.
Chwilę później, nie zaczepieni przez nikogo, spokojnie przeszli przez bramę pałacową i powoli ruszyli w stronę miasta. Mieli dużo czasu, ponieważ do obiadu zostało kilka godzin. Wystarczyło, aby pozwiedzać Wiedeń i przy okazji odnaleźć artystów, którzy tak mocno zaabsorbowali Franciszka. Podejrzewali, że nie będzie to takie trudne. Artyści, jak powiedział Ludwik, gdy Sissi go o to zapytała, zostali w mieście na kilka dni i na pewno jeszcze w nim przebywają.
- To mówisz, że Ludwik z nimi występował? - zapytał Franciszek, gdy oboje szli ulicami miasta, rozglądając się uważnie dookoła.
- Owszem, to był on. Szkoda, że nie widziałeś jego gry - odpowiedziała mu Sissi - Był po prostu wspaniały. On ma naprawdę talent. Trochę szkoda, że nie jest po prostu bogatym mieszczaninem, tylko księciem. Jako aktor miałby przed sobą wielką karierę.
- Ale jako książę, późniejszy król Bawarii może więcej dokonać.
- A to też prawda. Musi tylko uważać, aby nikt go nie rozpoznał podczas tych jego występów na ulicy, bo inaczej to byłby skandal, co niemiara.
- Ale dlaczego ci aktorzy się zgodzili, aby on z nimi występował?
- Bo go znają. To z nimi uciekł z domu, gdy miał szesnaście lat. I to z nimi się włóczył po całej Bawarii przez kilka tygodni, zanim rodzice go znaleźli.
Franciszek zaśmiał się i pokręcił lekko głową z niedowierzaniem.
- No proszę. Nasz kochany kuzyn ma niekiedy zwariowane pomysły.
- Owszem, ale przynajmniej nigdy się nie nudzi - odpowiedziała na to Sissi - Poza tym, wydaje mi się, że te jego talenty mogą mu się jeszcze kiedyś przydać. W wielkiej polityce chyba trzeba umieć grać.
- To prawda, bo polityka jest jedną wielką grać i trzeba wiedzieć, jak w niej się poruszać, a także kogo i kiedy grać.
Po tych słowach, Franciszek przytulił Sissi i powiedział:
- Na szczęście w miłości tak nie jest. Tu się nie liczy gra, tylko szczerość. W tej sprawie można być całkowicie uczciwym.
- Nie tylko można, ale i trzeba - poprawiła go wesoło Sissi.
Franciszek uśmiechnął się delikatnie, po czym wszedł wraz ze swą ukochaną pomiędzy stragany. To, co zobaczył, niespecjalnie mu się spodobało. Zobaczył, że jedne z nich mają wiele towarów i wielu klientów, inne z kolei święcą nędzą, a ci, którzy stali tam i sprzedawali, byli biednie odziani. Sissi też dostrzegła i bardzo jej się żal zrobiło biedniejszych sprzedawców, dlatego więc podeszła do kilku z nich, po czym z najczulszym uśmiechem, jaki tylko potrafiły stworzyć jej usta, kupiła od każdego po parę drobiazgów. Z prawdziwym zadowoleniem dawała im pieniądze, po czym podeszła do Franza, który patrzył zaintrygowany na jej zachowanie.
- Po co ci to wszystko? - zapytał, oglądając kupiony przez nią przed chwilą wiklinowy koszyk oraz kilka umieszczonych w nim przedmiotów, także przez nią nabytych.
- Chciałam im trochę ulżyć, a jałmużny przecież nie mogę im dać. To by ich obraziło - odpowiedziała Sissi i pokazała jeden z kupionych przedmiotów - A poza tym, te rzeczy są bardzo ładne. Zwłaszcza ten talerzyk, nie sądzisz?
Franciszek znał się na sztuce i wiedział, że jest to po prostu fajans z masowej produkcji, niewiele warty, ale szybko zrozumiał Sissi i to, do czego w ten sposób dąży. Dla nich ten talerzyk nie ma zbyt wielkiej wartości, jednak dla tych biednych sprzedawców pieniądze, jakie za niego dali były na wagę złota.
- Och, Sissi. Jesteś prawdziwym aniołem - powiedział wzruszony Franciszek - Gdybyś mogła, zbawiłabyś cały świat.
- Nie kuś mnie lepiej, bo jeszcze zechcę to zrobić - zażartowała sobie Sissi.
Franciszek, idąc za jej przykładem, kupił kilka drobiazgów od jednego bardzo sympatycznego handlarza i zagadał go przy okazji.
- Jak idzie dzisiaj handel? - zapytał.
- Marnie, szanowny panie - odpowiedział mu handlarz - Sam pan widzi, że za dobrego towaru, to ja tu nie mam. Znaczy towar jest dobry, ale mógłby być lepszy.
- Czemu więc nie kupicie lepszego?
- A za co, panie złoty? Kanclerz Zottornik nałożył na nas wysokie podatki. Od każdego zysku, od prawa do handlowania w tym miejscu... A burmistrz oraz rajcy pozwolili na podnoszenie czynszów i nic ich nie obchodzi, czy nas na to stać, czy nie. Jak pan widzi, nie mam za co handlować lepszym towarem. No, ale kogo niby to obchodzi? Na pewno nie naszego cesarza.
- Proszę tak nie mówić - wtrąciła się Sissi - Cesarz na pewno przejmuje się losem swoich poddanych. Po prostu cesarstwo jest wielkie, a on nie może bywać w każdym jego miejscu.
- Nie może, a może nie chce, panienko? - odparł na to handlarz - Jam tam o tym wszystkim nie mam zielonego pojęcia. To tylko wiem, że jest jak jest i trzeba sobie jakoś w tym życiu radzić. Nie jest chyba jednak tak źle, skoro tak uroczy pan i tak urocza panienka kupują u mnie, biedaka.
Franciszek i Sissi uśmiechnęli się do handlarza i poszli dalej, jednak to, co w tym miejscu zobaczyli, pozostawiło w ich sercach ogromny szok. Zwłaszcza Franz nie był w stanie się z niego otrząsnąć przez jeszcze dłuższą chwilę.
- Dostawałem liczne raporty na temat moich poddanych, ale jak widzę, treść ich była daleka od prawdy - powiedział do ukochanej, gdy się już oddali kawałek - To po prostu okropne. Jak ci ludzie żyją? Podatki trzeba płacić, zgoda, ale one nie mają być symbolem ucisku, tylko dobrobytu całego cesarstwa.
- Czytasz raporty Zottornika i jego ludzi, ale to nie to samo, co znać osobiście swoich poddanych - odparła na to Sissi.
- Sama powiedziałaś, że cesarstwo jest wielkie. Nie mogę być w każdy jego miejscu, choć bardzo bym chciał.
- Ale możesz zobaczyć przynajmniej twarzą w twarz lud ze stolicy cesarstwa. Widzisz sam, że to bardzo potrzebne. Pomaga ci zrozumieć wiele spraw.
- Oj tak. Ten widok zmusza do myślenia. Widzę, że czytania raportów o moim ludzie, a zobaczenie go osobiście, to nie to samo. Jak tylko wrócę do pałacu, to od razu wzywam do siebie Zottornika i każę mu zmniejszyć podatki. Chyba nie wie, jak mocno uciskają one biedotę. Niech nałoży większe podatki na bogatych.
- To zawsze jest jakieś rozwiązanie, Franz. Nie znam się na tym, ale uważam, że to bardzo dobry pomysł. Podatki nie powinny być płacone tak samo, tylko tak, aby każdego było na nie stać, w zależności od zarobków. Widzisz ludzi tutaj. Czy ich stać na wysokie podatki? Popatrz tylko na ich buty. Na ich stare, podarte oraz brudne ubrania. Twoi poddani są biedni, a bogaci wyzyskują ich bezlitośnie.
- Tak, teraz widzę to dużo lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Ludwik dawno mi już o tym mówił, ale nawet jego słowa, choć umie mówić pięknie, nie są tak poruszające jak to, co tutaj widzę.
Nagle dostrzegli nieco zamożniejszego sprzedawcę, który miał na sprzedaż kilka uroczych papug. Jedna z nich, ara o niebiesko-żółtym upierzeniu, krzyczała na całe gardło imię „Sissi”. Księżniczka zaintrygowana podeszła do straganiarza i pogłaskała papużkę po brzuszku.
- Podoba się panience? - zapytał sprzedawca - Namęczyłem się trochę, aby ją nauczyć imienia księżniczki Elżbiety z Bawarii.
- Jest urocza, ale czemu pan to zrobił? - zdziwiła się Sissi - Nie lepiej było jej nauczyć imienia cesarza?
- Cesarza na oczy nie widziałem, panienko. A księżniczkę Sissi tak. To było kilka lat temu, była jeszcze dzieckiem, ale tak uroczym i kochanym, że drugiego takiego ze święcą szukać. Jej ojciec pomógł mi bardzo w trudnej sytuacji. A więc, jak się tylko dowiedziałem, że jego córka wychodzi za cesarza, od razu zacząłem uczyć Pleciugę imienia cesarskiej narzeczonej.
- Sissi! Sissi! Sissi! - zaczęła ponownie wołać papuga.
- Pleciuga? Tak ma na imię? - zachichotała Sissi - Urocza papużka. A powiedz mi, jak ma na imię cesarz? Franciszek. Powtórz, Franciszek.
- Sissi! Sissi! Sissi! - wołała dalej papuga.
- Daremnie się panienka trudzi - powiedział handlarz - Imienia Franciszek nie wymówi, za trudne dla niej. To leniuch jest, woli krótkie imiona.
- To spróbuj powiedzieć „Franz” - zaproponowała Sissi papudze.
Daremnie jednak, ponieważ ptaszysko dalej wykrzykiwało jej imię. Handlarz zaś rozłożył bezradnie ręce i powiedział:
- Chyba nic z tego, panienko. Ale mogę ją panience sprzedać i wtedy może ją panienka nauczyć imienia naszego cesarza.
- Bardzo dobry pomysł - powiedział Franciszek, podchodząc bliżej - Kupuję ją. Ma jakąś klatkę?
- Oczywiście, choć to leniwe ptaszysko. Wątpię, żeby chciało jej się uciekać - zażartował sobie sprzedawca.
Franciszek kupił papugę i zapakował ją z pomocą handlarza do klatki, a Sissi patrzyła zachwycona na to urocze stworzonko, jak je nazywała, cały czas umiejące tylko powtórzyć jej imię. Miała nadzieję, że z czasem nauczy ją też mówić imię jej ukochanego Franciszka.
- Dziękuję panu bardzo. Nauczę tę papugę patriotyzmu - zażartowała sobie księżniczka - Będzie wołać „Vivat, Franz!”.
- Proszę spróbować, panienko. Ale nie obiecuję efektów. To leń patentowany - odpowiedział na to handlarz - A poza tym, czy jest za kim wiwatować?
- Zobaczy pan jeszcze, że będzie.
- Oby tak było, panienko. Oby tak było.
Franciszek i Sissi, z nowym przyjacielem u boku, ruszyli przed siebie, nieco mając poprawione humory.
- Obiecuję ci, Franciszku, że to ptaszysko będzie jeszcze wołać twoje imię i wiwatować na twoją cześć - powiedziała Sissi.
- A ja ci obiecuję, Sissi, że dam temu ptaszysku powody ku temu - odparł na to Franciszek Józef.
***
Zakochani zjedli mały posiłek w przydrożnej gospodzie, rozmawiając sobie o tym, co ujrzeli w mieście. Franciszek zauważył podczas wycieczki na targ bardzo wiele rzeczy, które trzeba zmienić i podzielił się tymi uwagami z ukochaną. Sissi słuchała go uważnie, potakując przy tym i dodając kilka drobnych uwag od siebie, które jej luby przyjmował jako dobrą monetę i znak, że jego pomysły rzeczywiście są coś warte. Bardzo sobie cenił Sissi i jej zdanie w tak ważnych sprawach, zresztą w tych mniej ważnych także. Od ich ostatniej sprzeczki, której to teraz naprawdę żałował, wiele sobie przemyślał i zrozumiał, jak bardzo zranił nią Sissi. Ponadto informacja o tym, że jest on obiektem żartów i to ze strony wędrownych artystów, którzy wędrują od miasta do miasta, wystawiając te swoje krotochwile praktycznie w każdej części cesarstwa, co sprawia, że rozchodzi się ona niemalże z prędkością błyskawicy, bynajmniej go nie podnosił na duchu, ale bardzo mocno zapisał się w jego pamięci i uświadomił mu, jak bardzo potrzeba zmian w cesarstwie, a przede wszystkim w jego własnym charakterze.
Kiedy już się najedli, chcieli iść szukać artystów, ale wtem niespodziewanie, oni sami weszli do gospody, aby zamówić sobie jakiś dobry posiłek. Byli bardzo z siebie zadowoleni, ponieważ dali tego dnia dobre przedstawienie i nieźle na nim zarobili od co zamożniejszych mieszkańców, którzy nie żałowali im pieniędzy.
- Gospodarzu, jakiś dobry posiłek prosimy! - zawołał jeden z aktorów.
- Należy nam się to chyba. Odwaliliśmy przecież dzisiaj kawał dobrej roboty - rzekła na to jedna z aktorek.
Wszyscy usiedli przy jednym stole i kiedy tylko podano im jedzenie, od razu się za nie zabrali. Sissi i Franz obserwowali ich przez chwilę bardzo uważnie, nie chcąc im przeszkadzać. Wiedzieli, że artyści na pewno nie zawsze tak dobrze jedzą i lepiej dać im nasycić głód, zwłaszcza, iż najedzeni będą posiadali o wiele lepszy humor i może łatwiej się zgodzą na ich propozycję. Kiedy więc zobaczyli, że już powoli kończą swoją ucztę, podeszli do nich przyjaźnie.
- Wspaniale dzisiaj państwo występowaliście - powiedział Franciszek, aby w ten sposób rozpocząć rozmowę.
Co prawda, nie widział on dzisiejszego występu, ale uznał, że na pewno jest on równie genialny, co wczorajszy. A poza tym, komplement był jego zdaniem w każdej sytuacji odpowiednim wstępem do rozmowy.
- Ale wczorajszy jeszcze bardziej nam się podobał - dodała Sissi.
- Dziękujemy, panienko - odpowiedział najstarszy z aktorów, będący chyba ich liderem - To dla nas prawdziwy zaszczyt, usłyszeć tak miłe słowa z ust takich młodych i uroczych ludzi.
- Chciałabym jednak zapytać, czy nie za bardzo w swojej sztuce nie byliście krytyczni wobec naszego cesarza? - zapytała Sissi.
- Nie wydaje mi się - odpowiedział jej aktor - A poza tym, panienko, z całym szacunkiem, ale czyż cesarz nie powinien zrobić wszystko, aby nie zasługiwać na taką opinię w oczach takich błaznów jak my?
- Poza tym, to nie jest tylko nasza opinia. Wielu ludzi w cesarstwie tak o nim myśli - dodał jeden z młodych aktorów.
- A skoro tak myślą, to chyba nie bez powodu - zauważyła rudowłosa aktorka.
- I tak to dość pochlebna o nim opinia - dodała inna aktorka o kruczoczarnych włosach - Są jeszcze lepsze i to dużo gorsze, jak choćby ta, że zanim się zaręczył, był niezłym kobieciarzem. Podobno miał kiedyś zrobić dziecko siostrze swojego ogrodnika i ten zaatakował go za to sekatorem.
Sissi spojrzała na Franciszka, który udając rozbawienie, szybko postanowił tę sprawę naprostować.
- Nie, zapewniam was, że to nie było tak. Istotnie, siostra ogrodnika cesarza urodziła dziecko, ale nie cesarzowi. On nawet na oczy jej nie widział. Ale podobno zapatrzyła się na samego władcę i mocno za nim wzdychała, a potem nie chciała nikomu ze swojej rodziny powiedzieć, kto jest ojcem dziecka, więc jej brat dodał sobie dwa do dwóch i rzeczywiście uznał, że cesarz musi być tym ojcem i potem rzucił się na naszego władcę z sekatorem, lekko go raniąc. Ten człowiek jednak był niepoczytalny i odbywa do dzisiaj pokutę u obłąkanych.
- Nigdy mi o tym nie mówiłeś - powiedziała z lekką przyganą Sissi, ale tak, aby tylko Franciszek ją usłyszał.
- To było zanim cię poznałem - odpowiedział jej Franz szeptem - Zapewniam cię, że nie mam żadnych nieślubnych dzieci, a ten człowiek źle sobie wszystko w tej swojej szalonej głowie zinterpretował.
Sissi przez chwilę miała wątpliwości, czy powinna mu wierzyć, ale w końcu uznała, że jej ukochany nie miałby powodu, aby ją okłamywać. Cesarze wszakże często chwalą się swoimi nieślubnymi dziećmi i nie ukrywają faktu, że je mają. Co prawda, Franciszek cenił sobie dyskrecję, ale przecież takiej sprawy raczej by nie zdołał ukryć przed nią. Ktoś ze służby lub inna „życzliwa” osoba mogłaby o tym Sissi donieść. Skoro tego jednak nikt nie zrobił, to musiało oznaczać, że Franciszek mówił jej prawdę i rzeczywiście padł ofiarą pomówienia i pomyłki. Ponadto, tego była już całkowicie pewna, Franciszek raczej nie zabiegałby o względy służki. Jak już miałby o kogoś zabiegać, to o kobiety wysoko urodzone. Zresztą słyszała już co nieco o tych „higienicznych damach”, badanych pod kątem zdrowia i braku w swoim ciele choćby zalążka choroby wenerycznej, jakie otaczały Zofię, gdy Franz był nastolatkiem i z którymi to uczył się on sztuki kochania. O tej sprawie już ktoś „życzliwy” zdołał jej donieść, co najlepiej dowodziło, że Zofia pilnowała, z kim to też romansuje jej syn i nie dopuściłaby do związku z siostrą ogrodnika. Zatem cała ta historia była rzeczywiście głupią pomyłką, choć dosyć groźną, jak się okazuje.
Oczywiście Sissi nie miała żalu do Franciszka o przeszłość. Po pierwsze, jego romansów nie było znowu aż tak wiele, po drugie nie byli wtedy jeszcze razem, a po trzecie, to były inne czasy i Franz był wtedy innym człowiekiem niż teraz. O co zatem miałaby mieć do niego żal? Po czwarte zaś, jego młodszy brat posiadał w tej sprawie o wiele większe doświadczenie i jakoś nikt nie ma o to do niego pretensji. Czemu zatem miano by mieć je do Franciszka, znacznie bardziej ubogiego w tej kwestii, który tylko czasami i to we wczesnej młodości, uległ tej czy innej pokusie ze strony uroczej damy dworu swej matki. Ostatecznie we wczesnej młodości robi się wiele głupstw. Starszy brat Sissi, Wilhelm, także miał kilka romansów w swoim życiu, a i Ludwik podobno wcale nie był cnotliwy, kiedy studiował w Paryżu i w Londynie. Nikomu oczywiście nie przychodziło do głowy, aby ich za to potępiać. Zwłaszcza, że teraz każdy z nich prowadził stateczne życie i nigdy nie wywoływał skandalu. A skoro tak, to nie ma sensu roztrząsać tego. To było i minęło. Ważne zaś dla Sissi było tylko to, co jest tu i teraz. A tu i teraz miała ona swego ukochanego, który nawet nie pomyślał o tym, aby mieć inną niż ją. Czego chcieć więcej?
Z tego jednak powodu, nie spodobało się jej podejście aktorek do Franciszka i dlatego powiedziała z lekką irytacją:
- Jestem pewna, że panie się mylą. To wszystko jakieś pomówienie, a cesarz by nigdy nie wywołał takiego skandalu.
- Może i nie, ale ludzie wiedzą swoje i łatwo uwierzą w cesarza kobieciarza - odpowiedziała na to ruda aktorka.
- A przy okazji, mamy w tej kwestii nowy występ, który rozbawi publiczność do łez - odezwała się czarnowłosa aktorka - Chcecie zobaczyć jego próbkę?
Franciszek i Sissi nie mieli nic przeciwko temu, dlatego usiedli na ławce obok aktorów, a tymczasem czarnowłosa aktorka stanęła na jednym ze stołów, dała znak swoim kolegom po fachu, który zaczęli jej przygrywać na instrumentach, a kiedy już poleciała z nich melodia, zaczęła śpiewać:
To jest Franz! Da się kochać,
Chociaż kłamie całe dnie.
To jest Franz, obiekt westchnień,
Lecz już wiemy, że nie zmieni się.
To jest Franz, niezły czaruś.
Cwany wilczek, chytry lis.
To jest Franz, da się kochać,
Lecz on zawsze swoją drogą musi iść.
Gdzie pojawi się, nie zgadnie nikt.
On wam przyniesie kłopoty, moje panie.
Po prostu już tak ma ten typ.
Zostawi cię, pamiętaj o tym.
Bo to Franz, to samotnik!
Co tu gadać o tym kpie?
A skoro tak, odpuśćcie sobie.
Ja wiem, że on nie zmieni się.
Więc zapamiętaj...
My wiemy, że nie zmieni się.
Tak, zapamiętaj to.
My wiemy, że nie zmieni się.
Zewsząd z oberży posypały się w kierunku artystów gromkie brawa, a chyba najgłośniejsze z nich pochodziły od Franza. Sissi była oburzona i zarazem bardzo zdumiona. Oburzona tym, jak kpiono sobie tutaj z jej ukochanego, a zdumiona tym sposobem, w jaki Franciszek na to zareagował. On przecież sprawiał wrażenie tak bardzo rozbawionego, jakby w życiu nie widział nic śmieszniejszego. Faktycznie, ten występ go rozbawił, ale nie tyle śmieszyła go ta piosenka, co fakt, iż aktorka zaśpiewała ją samemu cesarzowi, nie zdając sobie z tego sprawy. W głowie widział już jej ogromne zdumienie, gdy odkryje ten fakt, a odkryje go bardzo szybko, jego w tym głowa. Wtedy to będzie miał jeszcze większy powód do śmiechu.
- Brawo, bardzo piękny występ - powiedział Franciszek, patrząc z uznaniem na aktorów - Jaka szkoda, że nie możecie tego zaśpiewać dla cesarza.
- Oczywiście, że nie możemy - stwierdziła czarnowłosa aktorka, schodząc ze stołu - Przecież wiadomo, iż władza nie lubi krytyki, nawet zasłużonej. I jakby tak zaśpiewać coś takiego cesarzowi, to by chyba skazał nas wszystkich na ścięcie.
- Na pewno by tego nie zrobił. Jest bardzo wyrozumiały - stwierdził Franz.
Wtem do oberży wszedł kolejny gość. Sissi spojrzała na niego i ku swojemu zdumieniu zauważyła, że to Ludwik. Podszedł on do aktorów, po czym zawołał:
- Ach, tu jesteście! A ja was szukam po całym mieście!
- Coś się stało, przyjacielu? - spytał najstarszy z aktorów, ściskając przyjaźnie Ludwika niczym rodzonego syna.
- Och, nic takiego. Po prostu chciałem was odwiedzić oraz dowiedzieć się, jak długo chcecie tutaj zabawić - odpowiedział Ludwik, ściskając kolejnych aktorów.
- Najwyżej dwa dni, może trzy, a potem musimy ruszać dalej - odpowiedział mu jeden z młodych aktorów.
- Rozumiem. Chciałem wam powiedzieć, że jakby coś, to chętnie z wami coś jeszcze zagram - mówił dalej Ludwik - Tylko wolałbym, żeby nie było tam znowu szyderstwa z cesarza.
- Dlaczego? To przecież taki wdzięczny obiekt do naszych żarcików - spytała rudowłosa aktorka.
- Owszem, ale cesarz jest moim kuzynem i przyjacielem i wolałbym...
Wtem dostrzegł on Franciszka i Sissi, którzy uśmiechnęli się do niego wesoło i wstali ze swoich miejsc, na co Ludwik zareagował zdumionym okrzykiem:
- O matko! A wy co tu robicie?
- Widzę, że znasz naszych nowych przyjaciół - zaśmiał się najstarszy aktor - To dobrze, bo to bardzo sympatyczni ludzie, umiejący docenić prawdziwą sztukę.
- Oj, w to nie wątpię - powiedział ironicznie Ludwik.
- A więc wy też znacie księcia bawarskiego, moi drodzy? - spytał najstarszy aktor i nagle się zmieszał - A niech to! Zapomniałem, że nawet nie wiemy, jak wy się nazywacie. Chyba nie spytaliśmy o to.
Franciszek szepnął coś Sissi na ucho, która zadowolona skinęła lekko głową na znak, że się z nim zgadza i powiedziała:
- Jestem Elżbieta Amelia Eugenia von Wittelsbach, dla przyjaciół Sissi.
Szok wywołany na twarzy artystów był ogromny, ale jeszcze większy pojawił się chwilę później, gdy przedstawiła im swego ukochanego.
- A to jest mój narzeczony, Franciszek Józef I, cesarz Austrii.
Aktorzy przerażeni spojrzeli na Ludwika, który skinął głową, potwierdzając w ten sposób te słowa. Następnie padli wszyscy na kolana przed swoim władcą, a ten patrzył na nich z uwagą, próbując za wszelką cenę przybrać groźną pozę.
- A więc, muszę powiedzieć, że byłem zachwycony waszym przedstawieniem. Zwłaszcza, kiedy wyobrażałem sobie, co z wami zrobię, kiedy już wrócę do pałacu i podpiszę na was wyrok. Wiecie chyba, że obrażać cesarza to jakby obrażać Boga, bo cesarz jest jego przedstawicielem na ziemi? Za takie coś łatwo byłoby kazać was wszystkich do lochu wrzucić, a tam kazać wam zrobić wiele nieprzyjemnych rzeczy, łącznie z obcięciem języków i uszu.
Aktorzy pocili się ze strachu, nie wiedząc, co mają powiedzieć. Franciszek jednak niespodziewanie zaczął się z tego wszystkiego śmiać i rzekł:
- Spokojnie, przyjaciele. Wstańcie już wszyscy. Nic z tego, o czym tu mówię, wam nie zrobię. Po prostu chciałem zobaczyć, czy też jestem dobrym aktorem. No i jak oceniasz moją grę, Ludwiku?
- No cóż, nie jesteś aż tak dobry jak oni, jednak mimo wszystko potrafisz być przekonujący - odpowiedział mu Ludwik.
- Mamy jednak do was prośbę - powiedziała Sissi, dołączając do tej rozmowy - Chcemy was prosić o to, abyście pojutrze wystąpili na cesarskim dworze, na balu z okazji urodzin arcyksiężnej Zofii, matki waszego cesarza.
Aktorzy oczywiście zaczęli zapewniać, że występ dla tak dostojnej publiki to dla nich prawdziwy zaszczyt i oczywiście z przyjemnością z niego skorzystają.
- Może ty też z nami wystąpisz, Ludwiku? - zaproponowała ruda aktorka - Jak kiedyś z nami występowałeś, to byłeś najlepszy. Poza tym, chyba w tej oberży nie tak dawno pomogłeś ująć groźnego bandytę, co też jest przedstawieniem samym w sobie i to naprawdę niezłym.
- Oj tam, nie byłem przecież sam. Nie było to więc jakieś wielkie dokonanie - odpowiedział na to skromnie Ludwik.
- Ale mimo wszystko zawsze było i to się liczy - odpowiedziała aktorka - A z nami zawsze grałeś fenomenalnie. Pamiętasz swoją kreację w „Fauście”?
- To wy wystawiacie też poważne sztuki? - zapytała Sissi.
- Zgadza się, panienko - odpowiedziała czarnowłosa aktorka - Oczywiście, to robimy jedynie wtedy, gdy mamy odpowiednią publiczność.
- Coś mi mówi, że będziemy mieli taką w pałacu - dodała inna aktorka, tym razem ta o brązowych włosach.
- Zatem się zgadzacie? - zapytał Franciszek.
Aktorzy spojrzeli uważnie na swojego lidera, który delikatnie schylił głowę przed Franciszkiem i powiedział:
- Najjaśniejszy Panie, to będzie dla nas prawdziwy zaszczyt.
Wtem do oberży weszło kilku żołnierzy. Na ich widok natychmiast zapadła w izbie głucha cisza.
- Która z pań nazywa się Gertruda? - spytał jeden z żołnierzy, mający na sobie mundur porucznika.
- To ja - odezwała się czarnowłosa aktorka.
- Czy to pani występowała wczoraj w przedstawieniu ukazującym osoby nie tylko cesarza, ale też jego matki?
- Owszem, jednak nie rozumiem...
- I czy to pani odgrywała w nim rolę arcyksiężnej?
- Zgadza się, ale nie rozumiem...
- Wystarczy. Brać ją!
Żołnierze natychmiast podbiegli do aktorka i pochwycili ją w silnym uścisku. Kobieta zaczęła się szarpać i wić, krzycząc przy tym, że nie rozumie, czego oni od niej chcą.
- Jest pani aresztowana za publiczne upokarzanie i kompromitowanie matki Jego Cesarskiej Mości - oznajmił porucznik.
Aktorzy byli w szoku, kiedy to usłyszeli, podobnie jak Sissi, Franciszek oraz Ludwik. Ten ostatni chciał już zareagować i coś powiedzieć, ale cesarz położył mu dłoń na ramieniu na znak, aby się nie mieszał i sam podszedł do porucznika.
- Chwileczkę, panowie. Zaszło tu chyba jakieś nieporozumienie - powiedział.
- Nie ma tu żadnego nieporozumienia. Rozkaz podpisała arcyksiężna Zofia i to osobiście - odparł na to porucznik.
Franciszek był w szoku. Jego matka ośmieliła się pod jego nosem? To już po prostu przekraczało wszelkie granice. Rację mieli ci, którzy domagali się, żeby ją od rządów osunął i zaczął rządzić całkowicie samodzielnie. Ta kobieta pozwalała sobie na zbyt wiele. Z powodu osobistej urazy każe aresztować niewinną kobietę? I to za co? Za to, że ta pozwoliła sobie na publiczną satyrę jej osoby?
- Mimo wszystko uważam, że nie możecie aresztować tej kobiety - rzekł po chwili Franciszek i szybko dodał: - Radzę wam, abyście natychmiast ją puścili.
- A ja ci radzę, młodziku, abyś zszedł mi z drogi, bo inaczej gorzko pożałujesz tego, że mnie spotkałeś - odpowiedział mu z kpiną w głosie porucznik.
- Jak śmiesz tak do mnie mówić? - zapytał ze złością Franciszek - Wiesz, kim ja jestem? Jestem twoim cesarzem!
Porucznik zarechotał, a towarzyszący mu żołnierze zrobili to samo.
- Cesarzem? Oczywiście, a ja jestem arcyksiężną Zofią. Zejdź mi z drogi!
Po tych słowach, popchnął mocno Franciszka w taki sposób, że ten padł na jeden ze stolików. Sissi przerażona krzyknęła i podbiegła do niego, aby pomóc mu wstać. Wraz z Ludwikiem udało jej się tego dokonać. Franciszek miał jednak na twarzy wymalowaną wściekłość. Czuł, że gdyby mógł, to rozerwałby bezczelnego żołdaka na kawałki.
Wtem do oberży wszedł kolejny żołnierz, tym razem w randze kapitana.
- Co się tu dzieje, poruczniku? Co to za hałasy?
Porucznik stanął przed nim na baczność i zameldował:
- Melduję posłusznie, że wykonujemy rozkaz arcyksiężnej. Nakazała nam ona aresztować tę oto kobietę, ale ci tutaj wichrzyciele próbowali nam przeszkodzić w wykonaniu tego zadania, dlatego musiałem ich utemperować.
Kapitan spojrzał na cesarza i aż go zamurowało, gdy tylko ujrzał jego twarz. Znał ją doskonale. Przerażony ukląkł na jedno kolano i powiedział:
- Wasza Cesarska Mość!
Porucznik i jego żołnierze pobledli ze strachu. Dopiero teraz zrozumieli, że ten, którego uważali za szaleństwa lub głupca, jest prawdziwym cesarzem. Od razu padli na kolana przed swym władcą, a ten podszedł do nich i groźnym wzrokiem zmierzył każdego z nich.
- Widzę, że bardzo skrupulatnie wykonujecie swoje obowiązki, panowie. To bardzo słuszne. Szkoda tylko, iż przy okazji brutalnie traktujecie niewinnych ludzi, którzy zwracają wam jedynie uwagę na brak słuszności waszych poczynań.
Po tych słowach, Franciszek nakazał porucznikowi wstać, a gdy ten to zrobił, oznajmił mu surowym tonem:
- Jeszcze dziś zamelduje się pan swojemu bezpośredniemu przełożonemu i od razu, gdy tylko pan to zrobi, opowie mu pan ze szczegółami, w jakiż to sposób pan wykonuje swoje obowiązki, poruczniku. A do tego raportu dołączy pan prośbę o natychmiastową dymisję. I radzę panu, aby do jutra nie było już pana w Wiedniu, bo każę pana rozstrzelać! A tę kobietę natychmiast pan wypuści! Anuluję rozkaz mojej matki. Ta kobieta jest wolna.
Porucznik przerażony pobladł jak ściana, ale mimo to posłusznie zasalutował cesarzowi i odszedł, wcześniej nakazując swoim ludziom, aby puścili Gertrudę i wyszli z nim. Kapitan również odszedł, salutując cesarzowi i przepraszając za to, co się tutaj stało. Gertruda zaś upadła Franciszkowi do stóp i zaczęła całować jego dłoń z wdzięczności. Ale cesarz podniósł kobietę z ziemi i powiedział:
- Wstań, moja droga. Jesteś wolna.
Aktorka wstała i dygnęła przed cesarzem, a jej przyjaciele radośnie uściskali ją jeden po drugim, zaś lider aktorów powiedział do Franciszka:
- Wasza Cesarska Mość, nie umiem wyrazić swojej wdzięczności z powodu tego, co Wasza Cesarska Mość dla nas zrobił. Jeżeli tylko możemy w jakiś sposób się odwdzięczyć, zrobimy to z przyjemnością.
Franciszek już miał powiedzieć, że nie trzeba, bo to nic takiego i że każdy na jego miejscu postąpiłby tak samo, kiedy nagle Sissi spojrzała wesoło na Ludwika, wpadając na pomysł, co ma zrobić i powiedziała:
- Zasadniczo możecie coś dla nas zrobić. Wystąpić na przyjęciu, które ma się odbyć już pojutrze w cesarskim pałacu.
- Pochwalam pomysł. Uważam, że to idealny sposób na odwdzięczenie się - dodał wesoło Ludwik.
Oczywiście odpowiedź na taką propozycję mogła być tylko jedna.
- Jak już powiedzieliśmy wcześniej, to będzie dla nas prawdziwy zaszczyt - powiedział najstarszy aktor.
- Dziękuję. Ale miałbym jeszcze jedną prośbę - rzekł na to Franciszek - Czy moglibyście oprócz czegoś wesołego wystawić również „Fausta”? A przynajmniej co lepsze jego fragmenty?
- Oczywiście, nie stanowi to żadnego problemu - powiedział lider aktorów.
Franciszek uśmiechnął się zadowolony i spojrzał na Ludwika, dodając:
- Liczę na to, że przyjmiesz rolę w tym przedstawieniu.
Ludwika zaskoczyła ta propozycja, jednak widząc, jak bardzo pomysł ten się podoba nie tylko wszystkim aktorom, ale także i Sissi, odpowiedział wesoło:
- To będzie dla mnie zaszczyt, moi przyjaciele.
Aktorzy radośnie zakrzyknęli głośne „Hurra”, a Sissi zapytała Franciszka:
- Chcesz zobaczyć naszego kuzyna na scenie, mam rację?
- Owszem, najdroższa. Czy ty mi aby nie czytasz w myślach? - spytał Franz.
- Być może - odparła figlarnie Sissi.
Następnie spojrzała na Ludwika i powiedziała:
- Mam tylko nadzieję, że jeszcze pamiętasz tekst sztuki, kuzynku.
- Kochana Sissi, tego nigdy się nie zapomina - odparł wesoło Ludwik - Kto raz zagrał w „Fauście”, ten zawsze będzie pamiętał tekst tej sztuki.
- A tak z ciekawości, kogo wtedy grałeś? Czyżby Fausta?
- Nie, Mefistofelesa.
***
Po powrocie do pałacu, Franciszek udał się do gabinetu swojej matki, z którą musiał poważnie porozmawiać na temat tego, co zrobiła za jego plecami. Wiedział, że nie będzie to przyjemna dyskusja, ale musiał ją odbyć, aby nigdy więcej już nie dochodziło do takich sytuacji. Wiedział doskonale, że jeżeli nie zareaguje na to już teraz, jego matka niczego nie zrozumie i ponownie posunie się za daleko w swojej chęci chronienia ich dobrego imienia za wszelką cenę.
- Matko, nie życzę sobie podobnych sytuacji na przyszłość - powiedział tak stanowczym tonem, że aż Zofia lekko zadrżała pod jego wpływem.
- Mój synu, czy ty nie rozumiesz, że twoja pobłażliwość wobec tych ludzi jest bardzo złym pomysłem? - zapytała ze złością arcyksiężna - Jeśli będziesz ludziom pozwalać na to, aby szydzili sobie z ciebie i mnie, to nie będą mieli dla nas nawet grama szacunku.
- Rozumiem zatem, że twoim przepisem na ten problem jest zmuszenie ich do tego, aby nas się bali i ze strachu nie umieli nawet słowa przeciwko nam rzec, czyż nie tak? - zapytał z ironią Franciszek.
- Możesz sobie z tego kpić, synu, ale to jedyne wyjście, żeby cię szanowali - odparła na to Zofia.
- A nie sądzisz, matko, że lepiej jest zasłużyć sobie na ich szacunek?
- Nigdy go nie zdobędziesz, Franciszku, ponieważ ci ludzie nikogo i niczego nie szanują. Nie ma dla nich żadnej świętości, żadnego dogmatu i muszą ponosić tego konsekwencje. Poza tym, ich krotochwile są niebezpieczne.
- Nie uważasz, że przesadzasz? Przecież to tylko błazenada uliczna.
- Nie doceniasz mocy tej błazenady. Ta kpina sprawia, że władza cesarska jest pozbawiona szacunku prostego ludu. A jeżeli władza nie ma szacunku, to łatwo ją wichrzycielom obalić. Śmiech ma większą moc niż ci się wydaje, mój synu. Z tego też powodu nie wolno ludziom pozwolić się śmiać z cesarza. Jeżeli ich ułaskawisz, to okażesz słabość. Pokażesz, że oni mają rację.
- Nie uważam, aby miłosierdzie i wyrozumiałość były słabością. Raczej tylko przekonają do nas naszych przeciwników.
- Za dużo spędzasz czasu ze swoim kuzynem. Obawiam się, że napełnił ci już głowę liberalnymi poglądami.
- Te poglądy uratują cesarstwo, matko.
- Cesarstwo może jedynie uratować silna ręka cesarza. Władcy, który nigdy nie pozwala bezkarnie z siebie kpić. Który jest jak ojciec, surowy i sprawiedliwy, a którego dzieci szanują oraz boją się, bo każdy szacunek jest oparty na strachu.
- Mam inne zdanie w tej sprawie. Szacunek zdobywa się za dobrocią wobec innych. I miłosierdziem. Dlatego właśnie, aby je okazać, nie tylko nie zamierzam wyciągać od tych ludzi jakichkolwiek konsekwencji, ale jeszcze zaprosiłem ich na twoje przyjęcie urodzinowe. Wystawią dla nas przedstawienie.
Zofia myślała przez chwilę, że się przesłyszała. Widząc jednak, że Franciszek mówi śmiertelnie poważnie, ze złości zerwała się znad biurka i zapytała groźnie:
- Co ty powiedziałeś, synu? Mam rozumieć, że zaprosiłeś tych ludzi na moje urodziny? Tych ludzi, którzy zrobili nam taką krzywdę?
- Istotnie, matko. Zaprosiłem ich na twoje urodziny - odpowiedział Franciszek - Nie rozumiem jednak, co cię tak szokuje w tej informacji.
- Jeszcze się pytasz? Przecież to skandal! Ci ludzie obrazili mnie publicznie, ciebie zresztą też. Przed tłumem ludzi zrobili z nas pośmiewisko i co? Chcesz mi powiedzieć, że nic cię to nie obchodzi? Nie tylko ich nie ukażesz za profanację i za obrazę majestatu, ale jeszcze chcesz ich ugościć?
- Tak, właśnie tak zamierzam zrobić - odpowiedział na to cesarz - W ten oto sposób pokażę wszystkim, że jestem wyrozumiałym władcą i jestem ponad to, co oni o mnie mówią. Wrogom w ten sposób wytrącę broń z ręki, zaś przyjaciołom pokażę, że warty jestem ich przyjaźni.
Zofia spojrzała zdumiona na syna. Nigdy nie wiedziała, aby podejmował takie decyzje, które świadomie będą ją ranić i nic go to w ogóle nie obejdzie. Poczuła w sercu ogromną wściekłość. Dobrze wiedziała, czyja to wina.
- Zdaje się, że mój syn zwariował. I ja już wiem, kto ponosi odpowiedzialność za to. Twoja narzeczona i ten wasz przeklęty kuzyn liberał. Oni oboje odbierają ci zdolność racjonalnego myślenia.
- Nie, matko. Oni właśnie mi ją przywrócili - odpowiedział Franciszek.
- Wspaniale zatem. Doczekałam więc tej chwili, gdy mój własny syn przestaje darzyć mnie szacunkiem. Czym sobie na to zasłużyłam?
To mówiąc, opadła na krzesło i zaczęła głośno jęczeć. Franciszek przejął się na poważnie tą sytuacją, jednak bardzo szybko przypomniał sobie to, co mówiła mu Sissi na temat przedstawienia, które zobaczyła. W nim Franciszka ukazano w bardzo niekorzystnym świetle np. poprzez sytuację, kiedy jego matka wymusza na nim właściwe jej zdaniem zachowaniem udając, że mdleje. Teraz Franz mógł się na własne oczy przekonać, że sporo w tym prawdy. Jego matka oczywiście nigdy by nie zrobiła czegoś takiego specjalnie, ale z pewnością też było jej na rękę to, że w takiej sytuacji zwykle jej ustępował. Musiała więc podświadomie uznać, iż jest to najlepsza metoda do przekonania go do czegokolwiek. A zatem mimowolnie go raniła, robiąc przy okazji krzywdę sobie. Skoro tak, musiał jej wyjaśnić, że dosyć już tego i nie może go szantażować emocjonalnie, nawet wtedy, gdy myśli, iż robi to dla jego dobra.
- Przykro mi, matko, ale podjąłem już decyzję. Twoje omdlenia nic tutaj nie pomogą. Artyści przybędą na twoje urodziny i nic tego nie zmieni.
Zofia rozumiejąc, że jej starania idą na marne, usiadła powoli na krześle już we właściwy sposób, po czym powiedziała:
- Nie sądziłam, że dożyję dnia, w którym to mój syn okaże mi tak wielki brak szacunku. I to jeszcze z okazji moich urodzin. Naprawdę, Franciszku, jestem teraz tak zdumiona, jak nigdy dotąd.
- Przykro mi, matko, ale moja decyzja jest nieodwołalna. Im szybciej się z nią pogodzisz, tym lepiej dla ciebie.
Po tych słowach, widząc wyraźnie, że ta rozmowa do niczego nie zmierza, z uszanowaniem się jej skłonił i wyszedł z gabinetu. Zofia natomiast była w szoku. Jak dotąd Franciszek sprzeciwił się jej ostro, gdy postanowił poślubić Sissi, nie zaś wybraną dla niego Nene. Potem raczej byli zgodni ze sobą w wielu sprawach, teraz zaś przeciwstawiał się jej już w kolejnej kwestii. Nie rozumiała, jak mogło do tego dojść, ale rozumiała doskonale, kto za to wszystko odpowiadał.
- Przeklęta Elżbieta. I przeklęty Ludwik - powtarzała ze złością - Nastawiają mojego syna przeciwko mnie. Kładą mu do głowy liberalne poglądy. Już niedługo cesarstwo z ich powodu rozpadnie się na kawałki, a wszystko, co budowaliśmy w ciągu ostatnich lat, przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.
Następnie spojrzała na wiszący na ścianie portret zmarłego męża i dodała:
- Och, Franciszku Karolu, mój drogi... Dlaczego odszedłeś i zostawiłeś mnie z tym wszystkim samą? Jak mogłeś mi to zrobić?
Po tych słowach, opadła na biurko i zaczęła głośno płakać.
***
Bal z okazji urodzin arcyksiężnej zbliżał się wielkimi krokami. Wszyscy się do niego przygotowywali najlepiej jak tylko potrafili. Sissi opanowała do końca to wszystko, co powinna wiedzieć o paryskiej odmianie walca, Ludwik ćwiczył wraz z aktorami na przedstawienie, a Franciszek i Karol dwoili się i troili, aby tylko w trakcie balu wszystko było zapięte na ostatni guzik, aby solenizantka miała wiele powodów do zadowolenia.
Oczywiście Ludwik, mimo kilku swoich obowiązków, nie zaniedbał Elodie i nadal znajdował dla niej dużo czasu, co oczywiście cieszyło francuską księżniczkę, która uwielbiała przebywać w jego towarzystwie. Niestety, wiedziała doskonale, że czas jej wyjazdu zbliża się wielkimi krokami. Ostatecznie, dzień po balu cesarz Austrii zapowiedział jej podpisanie warunków sojuszu z Francją i wystosowanie ze swej strony również kilku warunków, które potem podpisać miał Napoleon III, aby traktat sojuszniczy został zawarty. Wielka ta polityka prowadziła oczywiście do tego, że musiała powrócić do swojej ojczyzny niedługo po balu. W innej sytuacji na pewno cieszyłoby ją to, bo kto nie chce powrócić do domu, który kocha, kiedy długo go nie widział? W tym wypadku jednak daleka była od radości. Bo przecież wyjazd z Austrii oznaczał dla niej rozstanie z Ludwikiem, Sissi i Franciszkiem, a więc z osobami, które zdążyła tak bardzo polubić. A już zwłaszcza z Ludwikiem. Z nim za nic w świecie nie chciała się rozstawać i planowała utrzymywać z nim jak najlepsze relacje, stały kontakt i to nie tylko listowny. Nie wiedziała jednak, co on na to powie, dlatego kilka godzin przed balem poprosiła go o rozmowę sam na sam i gdy tylko znaleźli się we dwoje w pałacowym parku, powiedziała:
- Jak zapewne wiesz, Ludwiku, niedługo będą musiała wrócić do Paryża.
- Tak, wiem o tym, Elodie - odpowiedział jej Ludwik.
Po jego głosie łatwo było wyczuć, że nie cieszy go to wcale. Uznała to więc za dobry znak i dodała:
- Chciałam cię zapytać, co będzie z naszą przyjaźnią? Czy chciałbyś ją mimo odległości podtrzymywać?
Ludwik uśmiechnął się do niej serdecznie, ale nic nie powiedział. Elodie nie wiedziała, jak ma to interpretować i dlatego szybko dodała:
- Mam nadzieję, że cię nie uraziłam.
- Ależ skąd! - zawołał książę bawarski, łapiąc czule jej dłonie - Tak się cieszę, że o to pytasz. Uwierz mi, o niczym innym tak nie marzę, jak o tym, aby nasza przyjaźń... To, co nas łączy trwało dalej i rozwijało się. Bardzo, ale to bardzo mi na tym zależy.
Elodie uśmiechnęła się do niego serdecznie. A więc on też tego chciał. Kiedy to zrozumiała, serce zabiło jej w piersi bardzo mocno, ciało zaś wypełniło bardzo przyjemne ciepło.
- A więc liczę na to, że odwiedzisz mnie już niedługo.
- Oczywiście, że tak - potwierdził Ludwik - W końcu Paryż wcale nie leży na drugim końcu świata. Mogę przyjechać do ciebie w ciągu paru godzin. Jeżeli tylko będę wiedział, że na mnie czekasz.
- Będę czekała. Obiecuję ci to.
- Obiecaj mi jeszcze coś. Że dzisiaj ze mną zatańczysz, chociaż jeden raz.
- Nawet więcej razy, jeśli tylko zechcesz.
Ludwik uśmiechnął się do niej z radością i ucałował jej prawą dłoń. Czuł się cudownie, a jego serce przepełniała radość. Mimo smutku, jaki ostatnio go dotknął i poważnie zabolał, był teraz szczęśliwy jak nigdy dotąd. Pomyślał, że przeszłość, choć wiele razy mocno boli, jednak nie odbiera mu szansy na to, aby stworzyć dla siebie znacznie przyjemniejszą przyszłość, której Elodie będzie ważna częścią.
Niestety, nie wszyscy byli tego dnia tak radośni jak ona. O ile bowiem goście zaproszeni na bal mieli powody do zadowolenia, to sama solenizantka nie mogła już tego o sobie powiedzieć. Dręczyło ją to, w jaki sposób została potraktowana przez syna i to jeszcze tego, w którym pokładała ona zawsze tak wielkie nadzieje, a który teraz jej pokazał, jak bardzo nisko ceni sobie jej zdanie oraz uczucia. Nie dosyć, że w trakcie sporu z tą wieśniaczką nie stanął po stronie rodzonej matki, to jeszcze skarcił ją za to, iż chciała bronić jego dobrego imienia, a następnie, jakby chcąc ją do końca upokorzyć, zaprosił tych przeklętych artystów na jej urodziny. Jeżeli jeszcze liczy na to, że będzie się dobrze bawiła w ich towarzystwie, to się grubo myli.
Zofia czuła, iż jeszcze nigdy nikt jej tak nie upokorzył. Aby dać temu wyraz, postanowiła nie zjawiać się na przyjęciu urodzinowym, choć była solenizantką i jej brak można było uznać za afront. Arcyksiężna jednak stwierdziła, że większym już afrontem jest obecność tych komediantów i zachowa twarz jedynie wtedy, kiedy im wszystkim okaże swoją pogardę i nie zjawi się na przyjęciu. Tak postanowiła i taką decyzję oznajmiła Franciszkowi, który na próżno przekonywał ją do zmiany zdania. Zofia była nieugięta. Po oznajmieniu tego wszystkiego, wróciła do swojego gabinetu i zasiadła w nim do lektury książki, która choć na chwilę pomogła jej o tym afroncie, jaki uczynił jej syn zapomnieć.
Nie dane jej było jednak cieszyć się książką w ciszy i spokoju, ponieważ nie minęło wiele czasu, a do jej pokoju przyszedł Karol. Miał bardzo niezadowoloną minę na twarzy, a w oczach bojowe iskry.
- Wybacz mi, matko, to najście, ale usłyszałem od Franciszka, że nie chcesz zjawić się na własnym przyjęciu urodzinowym - powiedział niemal rozbawionym tonem - Przyznam się, że jestem zdumiony i trudno mi w to uwierzyć.
- Zatem uwierz, bo to prawda - odparła ponuro Zofia, chcąc w ten sposób raz na zawsze zamknąć ten niemiły dla niej temat.
Karol jednak nie odpuszczał, dowodząc wyraźnie, że jest nieodrodnym synem swojej matki i podobnie jak ona, jest niesamowicie uparty.
- Dziwi mnie twoje postępowanie, matko. Uważam, że nie zachowujesz się w sposób adekwatny do swojego wieku. Oczywiście, nie chcę ci go tu wypominać, ale chyba się zgodzisz, że dorosła kobieta, matka dwóch dorosłych synów w żaden sposób nie może się zachowywać jak rozwydrzone dziecko.
Zofia trzasnęła ze złością książką o biurko, gdy to usłyszała.
- No proszę. Najpierw Franciszek, a teraz ty! Obaj zamierzacie mnie karcić i to jeszcze w taki sposób, jakbyście byli moimi opiekunami? Jakim to niby prawem ośmielacie się mówić do mnie w ten sposób?!
- Takim, że zachowujesz się głupio, mamo.
- Głupio?! Czyżbyś nie wiedział, co zrobił Franciszek?!
- Wiem i jestem całkowicie po jego stronie. Najwyższa pora, aby sam zaczął podejmować w cesarstwie decyzje, nie pytając cię o zdanie. Już dawno powinien to zrobić. Żałuję, że dopiero teraz się ocknął. Może gdyby zrobił to dużo wcześniej i postawił cię w takiej sytuacji, to wtedy znacznie szybciej zaczęłabyś rozumieć, że to dorosły człowiek i nie możesz tak mocno wpływać na jego decyzje.
- Jestem jego matką i twoją też! Mam prawo ingerować w wasze życie, kiedy uznam, że postępujecie niewłaściwie!
- Owszem, ale odbierasz nam w ten sposób prawo do popełniania błędów. Nie pomyślałaś o tym, że mamy prawo iść własną drogą i popełniać na niej błędy?
- Ty możesz sobie je popełniać, ile tylko chcesz. Ty nie jesteś cesarzem i nic, co zrobisz, nie zaszkodzi Austrii. Ale Franciszek jest w innej sytuacji. Wszystkie jego decyzje mają wpływ na cesarstwo. Jego błędy zaś mogą je zniszczyć.
- Uważasz, mamo, że jesteś nieomylna? Że doskonale zawsze wiesz, kiedy popełniamy błędy, a kiedy nie?
- Jestem od was starsza i bardziej doświadczona.
- To nie czyni cię nieomylną. Ani nie chroni przed błędami, przed którymi nas chcesz ustrzec. A któż ci to powiedział, że to, co ty uważasz za błąd, naprawdę nim jest? A może właśnie ty jesteś w błędzie? Może właśnie Franciszek słusznie robi, postępując tak, jak postępuje?
- Ta przeklęta Elżbieta i ten liberał Ludwik namieszali mu w głowie.
Karol uśmiechnął się złośliwie.
- Ach, to tu cię boli, matko! Uważasz, że ktoś ma większy wpływ na twojego ulubieńca niż ty sama i nie możesz tego znieść, prawda? Ale coś ci powiem. Twój ukochany Franciszek ma dość bycia zagłaskiwanym przez ciebie i zaczyna jasno ci pokazywać, że jest dorosły i sam będzie podejmować ważne dla siebie decyzje, a te decyzje nie ma obowiązku z tobą konsultować. To cię boli, a ci artyści to jest tylko pretekst, aby się nim zasłonić. Tak, mamo. Używasz pretekstu, bo doskonale wiesz, że twe prawdziwe motywacje są niewłaściwie i próbujesz okłamywać samą siebie, iż chodzi tu o coś zupełnie innego. Ale rozczaruję cię, tu chodzi właśnie o to. Chcesz mieć wszystko pod kontrolą i ostatnie zdanie w każdej sprawie. Tak jak twoja teściowa, a nasza nieżyjąca już babka. Wiele razy narzekałaś na to, w jaki to sposób ona cię traktuje. A potem co? Stopniowo zamieniłaś się w nią.
- Jak możesz, Karolu? - zapytała Zofia, jednak opuściła smutno głowę w dół, czując przy tym, że jej młodszy syn mówi prawdę, której ona wypierała się przez tak długi czas.
- Mogę, a nawet muszę, bo ktoś musi ci to uświadomić - powiedział Karol i dodał ponuro: - Franciszek nie ma dość odwagi, ale ja mam i robię to. Nawet jeśli za to mnie znienawidzisz. Ktoś musi ci otworzyć oczy na to, jak bardzo ranisz nie tylko nas, ale i siebie samą. Twoja duma i chęć posiadania zawsze ostatniego słowa sprawiają, że wszyscy bliscy się od ciebie odsuwają. A któregoś dnia zostaniesz wskutek tego zupełnie sama i jedynie siebie będziesz mogła o to obwiniać. Bo twój ulubieniec w końcu zacznie mieć dość nadopiekuńczej matki, a drugi, wzgardzony przez ciebie syn, nie będzie już chciał zabiegać o twoje uczucia. Obu zmęczy to wszystko i wreszcie odsuną się od ciebie, a ty nie zdołasz ich ponownie do siebie przywołać. Pomyśl lepiej o tym, mamo. A jak już sobie to przemyślisz, to przyjdź na przyjęcie, bo niedługo się zacznie i szkoda by było, gdybyś się nie zjawiła.
Po tych słowach, Karol lekko schylił głowę przed matką i wyszedł. Zofia zaś pozostała sama z własnymi myślami. To, co powiedział jej młodszy syn, bardzo ją zabolało, a jednocześnie czuła, że to wszystko prawda. Rzeczywiście, jej teściowa nie była wobec niej zbyt życzliwa, nawet próbowała jej odebrać dzieci i wychować je po swojemu, na szczęście Franciszek Karol, choć początkowo pozwolił na taki stan rzeczy, to potem, po rozmowach z żoną, odebrał dzieci matce i zapowiedział jej, że nie pozwoli więcej na takie sytuacje. Teściowa jednak nigdy nie darowała tego Zofii. Więcej, na każdym kroku okazywała jej swoją niechęć i czepiała się jej o wiele rzeczy, jeżeli nie o wszystko. Zofia, pomimo wsparcia ze strony męża, zaczęła stopniowo zmieniać się w młodszą wersję swojej teściowej i nawet wtedy, kiedy ta przedwcześnie zmarła, niczego to nie zmieniło. Zmiany już się rozpoczęły i pomimo śmierci osoby, która do tego doprowadziła, nie zaniknęły one. Jedynie stopniowo one osłabły z powodu Franciszka Karola, robiącego wszystko, aby jego żona nigdy nie zamieniła się w kopię jego matki. To dzięki niemu Zofia, pomimo tego, że stała się bardziej nerwowa i chwilami niezwykle władcza, nadal potrafiła być kochającą osobą, choć też bardzo wymagającą, a zwłaszcza wobec Franciszka Józefa. Dopiero, kiedy on zmarł, te zmiany, zagłuszone w większości przez męża, teraz wybuchły mocniej i przejęły nad nią kontrolę, zamieniając ja w kogoś, kim nigdy nie chciała być. Ale nawet wtedy, zanim to się stało, źle traktowała Karola. Pobłażliwie patrzyła na jego życie i na jego romanse, nie oczekiwała od niego w zasadzie niczego, wszystkie swoje nadzieje i oczekiwania przelewając jedynie na Franciszka. Teraz obaj synowie mieli jej to za złe, chociaż Franz nigdy jej o tym wprost nie powiedział, a Karol miał więcej w tej sprawie odwagi i wygarnął jej to wszystko bez ogródek. Jeśli to zrobił, to znaczy, że bardziej go to wszystko bolało, a skoro tak, to znaczy, że bardziej go zraniła niż Franciszka.
Załamana Zofia opadła na krzesło przed swoim biurkiem, po czym spojrzała na portret swojego męża, westchnęła głęboko i powiedziała:
- Naprawdę zawiodłam nasze dzieci, Franciszku?
Franciszek Karol patrzył na nią niemo z portretu. Chociaż jego podobizna nie była w stanie do niej przemówić, spojrzenie jego oczu mówiło dla Zofii samo za siebie. Wiedziała, że mąż, choć jak zwykle wyrozumiały wobec niej, w głębi serca potępia jej zachowanie i uważa, iż stała się ona własną karykaturą. Nie musiał jej tego mówić, ona to czuła w tym spojrzeniu, którym ukochany patrzył na nią z tego obrazu wiszącego w jej pokoju.
- Uważasz, że źle robię, prawda? Że powinnam otworzyć się na świat i na te nowe poglądy? Ale co ja poradzę na to, że nie jestem do nich przekonana? Że się ich boję? Że ich nie rozumiem? Czy naprawdę muszę odrzucać wszystko, w co ty i ja kiedyś wierzyliśmy i bezwarunkowo przyjąć to, co mówią młodzi?
Oczywiście nie otrzymała żadnej odpowiedzi od portretu, ale ponownie jego spojrzenie mówiło dla niej samo za siebie. Zasmucona ukryła twarz w dłoniach, po czym zaczęła płakać.
Tymczasem bal powoli się rozpoczynał. Goście już się zebrali, orkiestra była gotowa, artyści zaproszeni przez cesarza również przybyli. Wszyscy zatem już się zjawili na balu, oprócz solenizantki. Franciszek i Karol, którzy wiedzieli o tym, co jest tego przyczyną, ale nie umieli tego powiedzieć swoim gościom, oznajmili, że arcyksiężna zjawi się później, ponieważ musi się uszykować na bal, a wiadomo, jak długo to trwa u kobiety. Komentarz ten wywołał delikatny śmiech u gości, od razu przyjmujących te słowa za dobrą monetę i za zgodą cesarza i jego brata, nie czekali na przybycie Zofii i rozpoczęli zabawę. Orkiestra zaczęła grać, aktorzy dla publiczności zaczęli prezentować swoje najróżniejsze prezentacje, ale tańców nikt jeszcze nie ośmielił się rozpocząć przed przybyciem arcyksiężnej. Franciszek miał nadzieję, że matka mimo wszystko ostatecznie zjawi się na balu, nie przynosząc im wszystkim wstydu.
Nagle hrabia Jamisz, marszałek dworu cesarskiego, zastukał mocno laską o podłogę, a kiedy wszyscy zwrócili na niego uwagę, oznajmił głośno:
- Jej Wysokość, arcyksiężna Zofia!
Wszyscy spojrzeli w kierunku drzwi wejściowych, w których zjawiła się ona sama, Zofia, solenizantka. Jej synowie odetchnęli z ulgą, kiedy tylko ją ujrzeli, po czym podeszli do niej i z szacunkiem oraz miłością ucałowali jej dłoń. Matka zaś z czułością spojrzała na nich, powiedziała delikatnie:
- Moje dzieci.
Potem usiadła na przeznaczonym dla niej tronie, a Franciszek zadowolony dał znak hrabiemu Jamiszowi, który ogłosił, że pora zatem rozpocząć tańce. Orkiestra zaczęła grać, a zgodnie ze zwyczajem, Franciszek otworzył taneczną część balu, z rozkoszą podchodząc do Sissi i porywając ją w pierwszą parę. Wszyscy ludzie się odsunęli, aby zostawić im jak najwięcej miejsca do tańca.
- Denerwujesz się? - zapytał Franciszek ukochaną.
- Trochę, ale damy radę - odpowiedziała mu Sissi.
Już po chwili zaczęli tańczyć. Wbrew obawom księżniczki, odbył się on tak, jak powinien. Nie nadepnęła ani razu na palce ukochanemu, a potem pozwoliła się bez problemu podnieść Franciszkowi w tańcu i lekko okręcić dookoła. W zasadzie, Sissi szybko odkryła, że taniec z narzeczonym tak mocno ją wciągnął, że ani przez chwilę nie popełniła chociażby jednego błędu. Zatraciła się w tym tańcu, a świat dla niej przestał istnieć. Liczyli się tylko oni tańczący pośród jasnego nieba, wśród chmur, wśród gwiazd i obłoków. Była tylko ona i był tylko on, jego uśmiech i jego uroczy błysk w oczu. Sissi nawet nie zauważyła, kiedy zapomniała o strachu przed kompromitacją, bo taniec porwał ją całkowicie. Dla tej chwili warto było nieco się pomęczyć i najeść strachem podczas lekcji. Ten taniec wart był swojej ceny.
Kiedy skończyli, Franciszek ucałował delikatnie dłoń Sissi, a wszyscy zaczęli głośno klaskać na znak podziwu dla nich. Najmocniej klaskali Ludwik i Elodie, a także hrabia Jamisz, tak zachwycony postępami swojej uczennicy. Również Maks i Ludwika nie kryli, jak bardzo podziwiają taniec zakochanej pary. Stojący tuż przy nich Teodor, Maria i Ilary patrzyli na narzeczonych z podziwem, a Karol z lekkim smutkiem westchnął, dochodząc do przykrego wniosku, że on sam nie ma takiej wspaniałej dziewczyny u swego boku jak Sissi.
A jak zareagowała na to Zofia? Jej reakcja wszystkich zaskoczyła. Delikatnie zaklaskała w dłonie, po czym podeszła do Franciszka i Sissi, uśmiechnęła się do nich w sposób przyjacielski, choć nadal tylko lekki i powiedziała:
- Moi kochani... Zatańczyliście wspaniale. Oboje.
Franciszek z uśmiechem na twarzy delikatnie się jej skłonił, a Sissi serdecznie ucałowała jej dłoń. Zofia zaś lekko dotknęła jej głowy, mówiąc:
- Naprawdę wspaniale tańczysz, moja droga.
Następnie powiedziała głośno do wszystkich obecnych na sali:
- Dziękuję wam serdecznie za przybycie. Sprawiliście mi tym ogromną wręcz przyjemność. Bawmy się zatem dalej.
Orkiestra zaczęła grać kolejnego walca, a Franciszek ponownie porwał Sissi do tańca. Tym razem jednak inne pary również zaczęły tańczyć. Wśród nich prym wiedli Ludwik i Elodie, tańcząc najpiękniej ze wszystkich pozostałych par. Zaraz za nimi najbardziej uroczo wyglądali Maksymilian i Ludwika oraz Teodor i Ilary. Ida Ferenczy patrzyła na nich zasmuconym wzrokiem, tęskniąc w myślach za tym, który skradł jej serce, z którym tak bardzo chciałaby teraz tańczyć, a z którym nie mogła tańczyć z powodu tego, że był on ścigany przez prawo austriackie. Widok zakochanych par poruszających się w jednym z najpiękniejszych tańców świata, wywołał w niej pewien smutek połączony z bardzo mocną nostalgią, ale starała się go nie okazywać, aby nie ranić w ten sposób nikogo na sali. Nie chciała, aby jej smutek był przyczyną smutku innych.
Zgoła inne podejście miała baronowa von Tauler. Dla niej fakt, że ktoś może dostrzec jej smutek z powodu braku męża, z którym mogłaby tak tańczyć, nie miał żadnego znaczenia. Zdanie ludzi na jej temat niewiele ją obchodziło. Miała na tym świecie dosyć wysoką pozycję społeczną, aby nie musieć się liczyć z uczuciami innych ludzi, z którego to prawa zamierzała korzystać. Z niechęcią zatem patrzyła na tańczące zakochane pary, wśród których była jej własna córka z bratem Sissi, nie udając w ogóle, że ten widok sprawia jej przyjemność.
Kolejną osobą, u której zakochane pary nie wywoływały uczucia radości, była sama arcyksiężna Zofia. Jednak u niej sytuacja wyglądała nieco inaczej. Chociaż w innych okolicznościach na pewno widok wywołałby u niej złość i niechęć, teraz było inaczej. Kiedy patrzyła na zakochane pary, a zwłaszcza na Franciszka i Sissi, poczuła coś niezwykłego w sercu. Pewną nostalgię, wzruszenie i zachwyt zarazem. Gdy obserwowała ich podczas tańca, nagle zobaczyła, jak przemieniają się oni w kogoś zupełnie innego. We Franciszka Karola i nią samą, gdy była młodsza. Gdy oboje byli jeszcze młodzi i szczęśliwi. Przecież właśnie taki sam taniec tańczyli na balu z okazji swoich zaręczyn. To był również walc. Nie tak nowoczesny jak ten, ale podobny. Oboje byli wtedy tak samo szczęśliwi i tak samo zakochani w sobie, jak teraz Franciszek i Sissi. Przed oczami Zofii przewinęły się wówczas niektóre sytuacje z ich wspólnego życia. Oświadczyny ukochanego, wspólne spacery, taniec podczas balu, ich ślub, narodziny Franciszka Józefa, a następnie Karola Ludwika, dzielną obronę przez męża przed teściową w czasie sprzeczki, dorastanie synów, jak i także wspólne radzenie sobie z tą sytuacją.
Zofia ocknęła się nagle z transu i ponownie ujrzała na sali balowej jedynie swoich gości, wśród nich Franciszka i Sissi, tańczących z miłością wymalowaną na ich twarzach. Tej miłości nie dało się udawać, ona musiała być prawdziwa. Tak jak i miłość Zofii i jej ukochanego męża. Oboje byli w sobie równie mocno zakochani, co teraz jej pierworodny syn ze swoją ukochaną. W obu przypadkach występował tu przykład wyjątkowego uczucia, którego zwalczanie byłoby zbrodnią. Zofia teraz to rozumiała i postanowiła w duchu, że więcej nie będzie próbować skłócić ze sobą zakochanych lub w jakikolwiek sposób zaszkodzić Sissi. Co prawda, dalej nie była całkowicie przekonana do tych liberalnych zmian, do jakich namawiali Franza tak Sissi, jak i Ludwik, ale cóż... To już inna sprawa i ją można rozstrzygnąć później i w inny sposób, bez rozdzielania zakochanych.
W tej samej chwili, na znak Ludwika, jedna z aktorek, w której Sissi poznała Gertrudę, stanęła przed orkiestrą, która zagrała uroczy i przyjemny utwór. Gertruda zaś spojrzała na Franciszka i jego ukochaną w bardzo przyjazny i życzliwy sposób, po czym zaśpiewała dla nich:
W ramionach twych na wielkim balu tańczę walca.
Wiruje walc, wiruje świat, wirujesz ty.
W ramionach twych, leciutko wznosząc się na palcach.
Nie widzę nic, bo w oczach mam radości łzy.
W ramionach twych od dziś chcę znaleźć swe ukrycie.
Chroń mnie od ludzi, szumu świata, zgiełku miast.
W ramionach twych, przetańczyć walcem całe życie.
W ramionach twych, odlecieć potem do gwiazd.
Franciszek i Sissi uśmiechnęli się wzruszeni do Ludwika, który delikatnie im skinął głową na znak szacunku i sympatii. Cieszyło go, że jego niespodzianka tak się spodobała jego przyjaciołom.
Tymczasem bal trwał dalej. Po kilku tańcach wszyscy oglądali przedstawienie artystów, pokazujących dowcipne krotochwile na wiele znanych osób w Europie, także kilku władców. Szczególnie zabawna wypadła satyra na władcę Prus, która wszystkich ludzi rozbawiła do łez, a zwłaszcza Elodie, mającą swego czasu bardzo wątpliwą przyjemność poznać tego jegomościa, czego nie wspominała za dobrze. Jedynie baronowa nie sprawiała wrażenia ucieszonej. Stała ona zniesmaczona tym prostackim, jej zdaniem, poczuciem humoru, marząc o tym, aby stąd odejść. Nagle poczuła tuż przy sobie czyjąś obecność i to zdecydowanie wcale jej nie miłą.
- Jak się pani bawi, baronowo?
Kobieta spojrzała w bok i zobaczyła stojącego obok niej Zottornika. Miał on na twarzy zadowoloną minę, choć powodów tego zadowolenia nie znała.
- Rozrywka trzeciorzędna dla ludzi niższej kategorii - odpowiedziała.
- Doprawdy? Niezbyt pochlebna uwaga - odparł żartobliwie Zottornik - I nie wiem, skąd się ona bierze.
- Powiedzmy, że z tego, iż mnie to nie bawi.
- Panią chyba nic nie bawi od czasów śmierci męża.
Baronowa westchnęła głęboko, próbując stłumić wybuch gniewu. Wiedziała, że okazywanie złości przy kanclerzu nie jest niczym mądrym.
- Trudno się cieszyć czymkolwiek po śmierci kogoś tak bliskiego - odparła.
- Rozumiem, ale minęło już tyle czasu. Nie sądzi pani, że czas zapomnieć o przeszłości i zacząć myśleć o przyszłości?
- Czasami trudno jest zamknąć za sobą drzwi.
- Lepiej, aby pani to zrobiła. Jeśli chce pani oddawać usługi ojczyźnie, będąc na mojej służbie, musi pani być w jak najlepszej formie psychicznej. Ostatecznie nigdy nie wiadomo, kiedy się będzie potrzebnym. Dlatego warto być zawsze, ale to zawsze gotowym do działania.
Baronowa ponownie głęboko westchnęła i zapytała:
- Dziwi mnie, że się ekscelencja tu zjawia. Sądziłam, że ekscelencja nie lubi bali i go one nudzą.
- Zazwyczaj tak, ale tym razem to nie zwykły bal. To urodziny arcyksiężnej. Na takim balu urzędnik mojego pokroju powinien się zjawić. To obowiązek. A co pani sądzi o tych artystach?
- Nic dobrego. To ci sami, którzy niedawno kpili sobie z nas w żywe oczy. A zwłaszcza z ekscelencji. Widziałam ich występy i wiem, co mówię.
- Wiem doskonale o tym, co oni pokazują w tych swoich krotochwilach. Tak się składa, że widziałem je w zeszłym roku. Wtedy również ze mnie szydzili.
- Teraz wcale nie byli gorsi. Chyba trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
Zottornik parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony tymi słowami.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie, baronowo.
Baronowa popatrzyła na kanclerza uważnie i powiedziała ironicznie:
- Nie, jeżeli śpiewakowi obetnie się język.
Po tych słowach, odeszła. Zottornik natychmiast uśmiechnął się delikatnie i z wyraźną kpiną, mówiąc sam do siebie:
- Nie wiedziałem, że jest pani aż tak krwiożercza, baronowo.
***
Bal urodzinowy arcyksiężnej Zofii okazał się być bardzo udany. Tańce były na nim wspaniałe, muzyka niezwykle wyjątkowa, zaś atrakcje nad wyraz ciekawe. Elodie umiliła czas gościom, przygrywając im kilka utworów Chopina i Mozarta, a Ludwik zagrał dla nich parę utworów na skrzypcach, głównie autorstwa Straussa. Jednak prawdziwym gwoździem programu byli zaproszeni artyści, którzy na samo zakończenie zaprezentowali wszystkim gościom skróconą wersję „Fausta” pióra Goethego. Skróconą, bo na całość nie było dosyć czasu. Jednak i ta wersja była tak dobrze odegrana, że nawet najwięksi malkontenci w osobie choćby baronowej von Tauler nie mieli czego się uczepić. No, może jedynie tego, że Ludwik przebrany w strój prostego aktora, odegrał rolę Mefistofelesa wiodącego na pokuszenie Fausta i prowadzącego go na zatracenie, do którego ostatecznie nie dochodzi dzięki miłości wiernej Małgorzaty, jak również i chęci czynienia dobra przez samego Fausta, co kończy się zabraniem go do nieba oraz pozostawieniem Mefista z niczym. Według baronowej, aktorstwo nie uchodziło komuś z taką pozycją jak książę bawarski.
Elodie natomiast była zachwycona kreacją Ludwika w tym przedstawieniu. Jej zdaniem, jeszcze nigdy diabeł nie był tak czarująco przystojny oraz zmysłowy zarazem, jak w tej chwili, gdy zaprezentował go książę bawarski. Sissi i Franciszek również byli pod wrażeniem i to ogromnym jego talentu aktorskiego. Cesarz nawet musiał przyznać, że z chwilą, w której los ustawił Ludwika na stanowisku następcy tronu Bawarii, umarł wielki artysta, o którym mógłby usłyszeć cały świat.
- A moim zdaniem on zostanie sławny i naprawdę każdy kraj na świecie o nim usłyszy - stwierdziła na to Sissi - Tak dobry i uroczy człowiek nie może sobie tak po prostu przeminąć i zniknąć w odmętach historii.
Elodie była dokładnie tego samego zdania, a do tego, tak jak i Sissi, wyrażała swój zachwyt talentem Ludwika, który to potem, w prywatnej rozmowie poprosił ją, aby jutrzejszy dzień zarezerwowała przede wszystkim dla niego, oczywiście już po wykonaniu swoich dyplomatycznych obowiązków. Księżniczka z radością bez wahania mu to obiecała i dotrzymała słowa, bo kiedy następnego dnia przybyła do Franciszka Józefa, który wręczył jej podpisaną zgodę na wszystkie warunki Francji i jej wuja, Napoleona III, od razu udała się do Ludwika. Ten przywitał ją z radością i zaproponował wspólny wypad za miasto i poznanie tutejszych okolic. Elodie bez wahania wyraziła na to zgodę i nie przeszkadzało jej to, że obserwujące ich dzieci, czyli Teodor, Maria i Ilary od razu postanowiły pójść z nimi i opowiedzieć Elodie o wszystkim, co tutaj jest warte obejrzenia. Ludwik nie był z tego powodu nazbyt zadowolony, ale księżniczka przekonała go, aby zgodził się na prośbę dzieci. Tak więc ostatecznie ustąpił i poszli wszyscy razem poza miasto.
Dzieci oczywiście były najbardziej tym zachwycone. Opowiadały Elodie to i owo na temat miejscowych okolic, o legendach krążących na ich temat, o także o tym, jak piękne miejsca się tutaj znajdują. Szczególnie zachwyciła ją wieść o tym, że znajduje się tu jezioro z niezwykle czystą wodą. Poprosiła, aby mogli tam pójść, a ponieważ Ludwik i dzieci nie umieli jej odmówić, od razu tam skierowali swoje kroki. Dość szybko dotarli na miejsce. Elodie była nim zachwycona ponad miarę. Faktycznie, jezioro było piękne, a jego woda niezwykle czysta. Do tego położenie tego miejsca również wzbudzało zachwyt w oczach francuskiej księżniczki.
- Och, tu jest tak pięknie, że aż chce się popływać - powiedziała Elodie.
- No właśnie! Popływajmy! - zaproponowała wesoło Maria.
- Ale przecież nie mamy kostiumów - zauważyła Ilary.
- A po co ci kostium? Da się inaczej pływać. To jasne jak słońce.
Po tych słowach, Maria bez żadnych ceregieli i krępacji, rozebrała się szybko do majtek i nim Ilary zdumiona tym faktem zdążyła cokolwiek powiedzieć, zaraz wskoczyła do wody i zawołała brata, aby do niej dołączył. Teodor nie kazał długo się o to prosić i zrobił to samo, co siostra.
- Chodź, Ilary! Woda jest cudowna! - zawołał po chwili do swojej sympatii.
Dziewczynka była lekko zmieszana. Wiedziała, że jej matka z pewnością by tego nie pochwaliła, ale ostatecznie zdjęła sukienkę i część bielizny, zostając tylko w majtkach i dołączyła do przyjaciół. W wodzie dość szybko przestała krępować się tym, że jest prawie naga i równie prędko odkryła przyjemność w pluskaniu się z Teodorem i Marią, a zwłaszcza z Teodorem, jakby wszyscy troje nie byli dziećmi ludzkimi, a małymi wyderkami.
Ludwik i Elodie patrzyli na to wzruszeni i rozbawieni jednocześnie.
- Urocze są te dzieciaki, Ludwiku - powiedziała po chwili Elodie.
- Owszem, to prawda - potwierdził Ludwik - Może nie mają manier godnych salonów, ale to kochane szkraby. Wychowały się na wsi, a tam nie robi się aż tylu ceregieli, co tutaj. Może to i lepiej?
- Lepiej, to żeby baronowa von Tauler tego nie widziała i nie dowiedziała się o tym, jak dobrze bawiła się tu jej córka - zauważyła ironicznie Elodie.
- Słusznie, jeszcze dostałaby ataku serca i mielibyśmy ją na sumieniu - rzekł nagle znajomy kobiecy głos.
Należał on do Sissi, która właśnie podeszła do nich w towarzystwie Franza i Blanche. Ta ostatnia odetchnęła z ulgą na widok Elodie i powiedziała, podchodząc do księżniczki francuskiej:
- Och, Wasza Wysokość! Jak mogłaś tak po prostu zniknąć? Tak strasznie się o Waszą Wysokość martwiłam. Na szczęście cesarz i księżniczka Sissi wiedzieli o tym, dokąd się Wasze Wysokości udają.
- I oczywiście musieliście iść za nami, a jakże - odparł z ironią Ludwik.
- Nie miej nam tego za złe. Chcieliśmy się upewnić, że nasz gość jest całkiem bezpieczny i nic mu nie grozi - powiedział Franciszek.
- I przy okazji też chcieliśmy się oderwać nieco od obowiązków - dodała jak zawsze szczerze Sissi.
- Tym lepiej. Im nas więcej, tym weselej - stwierdziła Elodie.
Ludwik, który liczył na to, że spędzi ten czas sam na sam z księżniczką, nie tryskał radością tak bardzo, jak ona, ale ostatecznie odzyskał dobry humor, kiedy to wszyscy zaczęli się doskonale bawić nad wodą, a Sissi, Elodie i Blanche nawet dla zabawy zdjęły buty i pończochy, po czym bosymi stopami weszły do wody i z miejsca zaczęły się nią chlapać nawzajem, a potem z dziećmi. Zabawa była więc przednia i trudno było nie ulec jej urokowi.
Kiedy już się nią nieco zmęczyli, usiedli wesoło na trawie, aby się wysuszyć, a potem legli na trawę, obserwowali niebo i zgadywali, jakie kształty przybierają chmury. Szczególnie w tej zabawie przodowali Maria, Teodor i Ilary, mający dosyć bogatą wyobraźnię.
- Zobaczcie, widzę tam piękny zamek królewski z rycerzami i księżniczkami - powiedziała Maria.
- A ja dzielnego rycerza walczącego ze smokiem - dodał Teodor.
- A ja królewnę w towarzystwie krasnoludków - zauważyła Ilary.
- Ja widzę muszkietera dzielnie walczącego z agentem złego kardynała, aby chronić honor królowej - dodał Ludwik.
- A ja damę z bukietem kamelii w dłoniach idącą do opery - rzekła Elodie.
- A ja statek płynący po niebie ku horyzontowi - oznajmiła Blanche.
Jedynie Sissi i Franciszek nie zgadywali z nimi, za bardzo rozbawieni tym, jak ich przyjaciele bawią się w najlepsze i śmiejąc się przy tym do rozpuku. Przy okazji, za każdym razem, gdy spojrzenia Ludwika i Elodie się spotykały, to Franz i Sissi spoglądali na siebie bardzo wymownie, doskonale rozumiejąc, co to oznacza. Do takich samych wniosków dochodziła Blanche, również z wielką uwagą patrząc na swoją przyjaciółkę i księcia bawarskiego. Widząc zaś ich wyraźnie rosnącą i to z każdą chwilą więź emocjonalną, uśmiechała się z zadowoleniem.
Później jeszcze siedzieli w kręgu i gdy powoli zaczęło zachodzić słońce, a po okolicy zaczęły już krążyć komary, zaczęli śpiewać wesołą piosenkę, którą Ludwik z Sissi i Franciszkiem znali jeszcze z dzieciństwa.
Wspominajmy ty i ja, to co między nami.
Wspominajmy ty i ja noce z komarami.
Nigdy nam nie będzie żal, że to już za nami.
Zamieszkajmy jeszcze raz w lesie pod gwiazdami.
Ludwik obiecał, że następnym razem, kiedy będzie okazja, zabierze ze sobą swoje ukochane skrzypce i zagra im ten utwór, aby mogli do niego zatańczyć, co też wszystkim przypadło do gustu. Ponieważ jednak obecność komarów stała się już nie do zniesienia, szybko uzupełnili garderobę i powrócili do pałacu. Elodie zaś po drodze dziękowała im wszystkim za cudownie spędzony czas. Wiedziała, że go nigdy nie zapomni.
Następnego zaś dnia, około południa była już spakowana i gotowa do drogi, podobnie jak i Blanche. Franciszek wraz z Sissi czule ją pożegnali, jednak nigdzie nie było widać Ludwika. Jego nieobecność zasmuciła mocno Elodie, która to przez swój wyjazd już i tak była dosyć smutna.
- Gdzie jest Ludwik? - zapytała ponuro.
- Nie wiem, Elodie - odpowiedziała jej Sissi - Może on, jeszcze bardziej niż ja, nie lubi pożegnań z kimś, kto jest mu bliski?
Elodie uznała, że to bardzo możliwe i dlatego nie zadawała już pytań, tylko wsiadła do powozu i razem z Blanche wyruszyła w drogę, oczywiście w otoczeniu eskorty. W sercu było jej jednak bardzo smutno. Miała nadzieję, że choć na chwilę go zobaczy, nim wyjedzie do Francji. Czyżby on nie chciał jej widzieć? A może nie zależy mu na ich relacji tak, jak to deklarował?
Obawy w tym kierunku, krążyły po głowie Elodie niczym muchy i nie była w stanie ich wyrzucić ze swoich myśli. Nie zwracała więc uwagi na to, że powoli się zbliżają do granicy cesarstwa. Gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, powóz oraz eskorta się zatrzymały, a jakiś tajemniczy ponury głos zawołał:
- Księżniczko, proszę wysiąść z pojazdu!
Zaintrygowana Elodie wyszła na zewnątrz i zauważyła, że oto ma przed sobą jakiegoś ubranego na czarno jegomościa z chustą zasłaniającą mu dolną część jego twarzy. Eskorta na jego widok zareagowała jedynie pojedynczymi uśmiechami, tak jakby dobrze go znali. Księżniczka tego nie rozumiała, ale ostatecznie nie chciała się tym teraz przejmować. Wolała wiedzieć, kto i po co ją zatrzymuje.
- Czego pan sobie życzy, monsieur? - zapytała z dumą w głosie.
- Nie może pani sobie stąd tak po prostu odjechać - odparł na to tajemniczy mężczyzna.
- Doprawdy? - spytała Elodie, biorąc się pod boki - A to niby czemu?
Mężczyzna zsunął ręką chustę, odsłaniając przed nią twarz Ludwika.
- Bo nie zdążyłem pożegnać się z tobą.
Elodie zachwycona zawołała go po imieniu i od razu zrozumiała wszystko. To dlatego ludzie z eskorty nie tylko nie strzelali do niego, gdy się zbliżył, ale jeszcze też mieli wyraźnie doskonałe humory, gdy tak się przed nią wygłupiał.
- Wybacz mi ten mój mały żarcik, Elodie, ale nie mogłem się oprzeć - rzekł przepraszającym tonem Ludwik.
- Masz szczęście, że straż cię poznała i do ciebie nie strzelała. Ale jak to jest możliwe, że cię rozpoznali? - zapytała go rozbawiona Elodie.
- To nie było znowu nic takiego. Po prostu do nich podjechałem bez chusty i dopiero wtedy ją założyłem, gdy kazałem ci wysiąść.
Elodie zaśmiała się delikatnie i spytała, podchodząc doń bliżej:
- A co cię sprowadza, mój drogi?
- Chęć zadbania o to, że będziesz myśleć o mnie w Paryżu. Bo ja będę myśleć o tobie w Wiedniu i chcę, abyś odwzajemniała to uczucie.
- A skąd pewność, że możesz liczyć na wzajemność?
- A czemu miałbym nie liczyć? Jestem przecież najbardziej uroczym, słodkim, kochanym, dobrym, mądrym i wrażliwym mężczyzną w całej Austrii.
- Zapomniałeś też dodać, że i najbardziej skromnym.
- Tak, to też. Dziękuję za przypomnienie.
- Moim zdaniem jesteś jednak przede wszystkim zarozumiały.
- Nie, bynajmniej. Ja się przecież nie chwalę, ja tylko stwierdzam fakty.
- A więc megaloman.
- Może ociupinkę. Ale na pewno nie więcej.
- Ale zawsze megaloman. Niby czemu miałabym kogoś takiego wspominać?
- A temu - odpowiedział na to Ludwik, łapiąc ją w ramiona i składając na jej ustach bardzo długi i bardzo słodki pocałunek.
Blanche i strażnicy westchnęli zachwyceni tą sytuacją, a Elodie jeszcze długo czuła na ustach smak jego warg, nawet kiedy skończył ją całować.
- No dobrze, będę wspominać - powiedziała po chwili - Ale dlaczego nie było cię, kiedy wyjeżdżałam?
- Wybacz, Elodie, ale nie mogłem. Byłem na mieście. Dowiedziałem się, że ktoś dobrze znany mnie i moim bliskim potrzebuje pomocy. Szukałem jej dla niego aż do południa. A gdy wróciłem, już cię nie było.
- I co? Znalazłeś dla tego kogoś pomoc?
- Owszem i szykuje się z tego powodu wielkie przedstawienie. Jaka szkoda, że go nie zobaczysz. Ale nie bój się, opowiem ci następnym razem o nim. A będzie o czym opowiadać.
Elodie zdumiona nie zadawała jednak pytań, wciąż zachwycona pocałunkiem od Ludwika i jedynie pożegnała go jeszcze raz, wsiadła do karety i odjechała wraz z Blanche, którą zapytała:
- Nie sądzisz, że książę Ludwik jest strasznie pewny siebie?
- Być może. Odwagi na pewno mu nie brak - odpowiedziała Blanche.
- A nie jest twoim zdaniem zarozumiały?
- Nie. Po prostu doskonale wie, czego chce. I umie do tego dążyć. No, a poza tym cudownie całuje.
- Niby skąd możesz to wiedzieć?
- Ja nie wiem, ale Wasza Wysokość na pewno już coś o tym wie.
Elodie uśmiechnęła się delikatnie, dotykając powoli swoich ust, na których to wciąż jeszcze czuła smak warg Ludwika, westchnęła głęboko i powiedziała:
- Och, Blanche. Co się ze mną dzieje? Jeszcze niedawno sądziłam, że cesarz Austrii złamał mi serce, a teraz widuję się z jego kuzynem i jest mi z tym po prostu cudownie. Czy to jest normalne?
- Oczywiście, Wasza Wysokość. To najzupełniej normalne - odparła Blanche, uśmiechając się przy tym wymownie.
Dobrze wiedziała, że oto w sercu Elodie jedno uczucie, słabe i wywołane tak bohaterską akcją ratunkową, jaka to miała miejsce w Wampirzym Jarze, zastąpione zostało zupełnie innym, znacznie silniejszym uczuciem wywołanym przez bliskość serc i dusz dwojga ludzi. I nie miało ono tak po prostu zaniknąć. Czego jak czego, ale tego Blanche była całkowicie pewna.
