środa, 7 grudnia 2022

Rozdział VIII - Witamy w Possenhofen


Zaplanowany na wesołą zabawę we dwoje tydzień minął bardzo szybko i nim się Sissi i Franciszek obejrzeli, każde z nich musiało udać się do przygotowanych już od dawna dla nich obowiązków. Franz do tych, jakie spadły na jego barki od chwili, w której objął tron, a Sissi do tych, które wyznaczyły jej Zofia, baronowa oraz etykieta dworska. Te ostatnie miały, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, odbyć się w domu księżniczki, czyli w Possenhofen i dlatego Sissi musiała na czas trwania swoich przygotowań powrócić w rodzinne strony. Normalnie powitałaby ten fakt z radością, ale teraz świadomość, że ma przez pewien czas nie widzieć się z ukochanym Franciszkiem, sprawiła, iż nie miała ochoty na powrót.
- Nie martw się, najdroższa - powiedział do niej życzliwie Franciszek, kiedy to oboje bardzo czule żegnali się ze sobą - Obiecuję ci, że pomimo obowiązków, jakie mam, przyjadę do ciebie z wizytą i to niejedną.
- Naprawdę, Franciszku? Naprawdę mi to obiecujesz? - zapytała Sissi, patrząc na niego z nadzieją w oczach.
- Oczywiście, najmilsza - odparł czule cesarz - Zobaczysz, jeszcze zmęczą cię moje wizyty u was.
- Twoje wizyty nigdy mnie nie zmęczą, najdroższy - stwierdziła czule Sissi.
Oboje jeszcze raz czule się ucałowali, po czym księżniczka wsiadła do karety, w której siedziały już jej matka z siostrą oraz Ida Ferenczy, która miała wyjechać wraz z Sissi na prośbę Franciszka, aby dalej wdrażać się w obowiązki damy do towarzystwa księżniczki von Wittelsbach, chociaż obecnie obowiązki te były już o wiele poważniejsze, gdyż Sissi miała zostać za jakiś czas cesarzową i dlatego tym bardziej powinna jej towarzyszyć zawsze dama dworu, będąca również jej damą do towarzystwa. Ponadto Franciszek chciał, aby Sissi miała pewną pomoc, kiedy będzie przechodzić szkolenie na przyszłą cesarzową, a że z Idą zdołała zawrzeć relacje, które mogły być nazwane przyjacielskimi, wybór osoby mające jej pomóc opanować, co potrzeba, wydawał się oczywisty. Sama Ida również powitała ten pomysł z radością, ponieważ nigdy wcześniej nie widziała Bawarii i miała teraz niepowtarzalną okazję, aby to zmienić, z której to okazji bardzo chciała skorzystać.
Kiedy Sissi usadowiła się już na swoim miejscu, woźnica strzelił lekko z bata i kareta ruszyła przed siebie w towarzystwie przydzielonej jej eskorty. Zaraz za nią ruszyła kareta, w której zasiadła baronowa Helga von Tauler w towarzystwie swej córki Ilary. Jak wiemy, kobieta miała być nauczycielką Sissi i przygotowywać ją do jej nowych obowiązków, a że przewidywała dosyć długie wykonywanie swego zadania, postanowiła nie zostawiać córki samej i zabrać ją ze sobą. Ilary chętnie się na to zgodziła, gdyż polubiła Sissi i bardzo odpowiadał jej pomysł, aby spędzić w jej towarzystwie więcej czasu. Ponadto, podobnie jak Ida Ferenczy, była niezwykle ciekawa Bawarii, której nigdy wcześniej nie miała okazji widzieć. Sama baronowa entuzjazmu córki nie podzielała. Uważała ona bowiem, że królestwo bawarskie nie może niczym przebijać cesarstwa Austrii, a ponadto jest to prowincja, na której przebywać na stałe może jedynie człowiek, który albo nigdy nie żył w wielkim świecie, albo po prostu nigdy tego życia nie umiał docenić.
- Na twoim miejscu, kochanie, nie zachwycałabym się tak tym, że jedziemy na tę prowincję - powiedziała do córki, gdy opuszczały tereny stolicy Austrii - Tam na pewno nie ma nic, co mogłoby zachwycać młodą damę z towarzystwa.
- Ale mamo, przecież nigdy tam nie byłaś. Nie możesz wiedzieć, czy tam nie ma na pewno niczego, co mogłoby zachwycać - zauważyła roztropnie Ilary.
- Być może, ale wiem na pewno, że damy z towarzystwa nie są stworzone do życia na wsi - stwierdziła wciąż nieprzekonana baronowa - Ponadto jedziemy tam wyłącznie po to, aby pomóc księżniczce Elżbiecie przygotować się do jej nowych, przyszłych obowiązków, zatem jedziemy tam pracować. A w każdym razie ja. Ty możesz sobie pozwolić na zwiedzanie okolicy i podziwianie jej uroków, o ile takie rzeczywiście istnieją. Ja niestety, nie będę mogła sobie na to pozwolić, kochanie. Arcyksiężna powierzyła mi ważne zadanie i muszę je wykonać. Dlatego też, Ilary, nawet jeśli są w tej ich Bawarii jakieś uroki, raczej wątpię, żebym miała czas, aby je podziwiać. Jednak ty się nie krępuj, córeczko. Jeśli chcesz je odszukać, aby się potem nimi nacieszyć, to proszę bardzo. Nie oczekuję, że będziesz wraz ze mną uczyć księżniczkę manier godnych cesarzowej oraz jej nowych obowiązków. A wręcz nie jestem pewna, czy aby etykieta i prawo na to zezwalają, abym wciągała cię w to wszystko.
- Ale ja bym chętnie ci pomogła, mamo - zaoferowała się Ilary, która to, rzecz jasna, z o wiele większą przyjemnością wolała podziwiać uroki Bawarii, o których istnieniu była całkowicie przekonana, ale nie chciała pozostawiać mamy samej z jej obowiązkami.
Baronowa, chociaż była raczej osobą śmiertelnie poważną, a niekiedy nawet i oschłą wobec innych, uśmiechnęła się teraz do córki, która jako jedyna była jej, w obecnych czasach tak bliską osobą. Kiedyś miała jeszcze drugą taką osobę, swego męża, ale gdy ten zmarł, to poza Ilary już nikt jej nie pozostał, dlatego skupiła wszystkie swoje cieplejsze uczucie na na córce, reszcie świata ofiarowując jedynie powagę, a także mniejszą lub większą oschłość, w najlepszym razie natomiast brak poważniejszych emocji okazywanych przez prawie każdego człowieka drugiemu człowiekowi. Tego rodzaju podejście do innych było efektem stałego przebywania na cesarskim dworze, który to sam w sobie nie należał może do miejsc ponurych, ale posiadał w swoich szeregach osobę wyraźnie niechętną jakieś większej radości wokół siebie. Osobą tą była, jak chyba łatwo jest się domyśleć, arcyksiężna Zofia, nadal pogrążona w żałobie po śmierci męża oraz nie umiejąca z tej żałoby wyjść. Przebywanie w jej towarzystwie zdecydowanie nie miało pozytywnego wpływu na charakter baronowej, która z tego powodu większości ludzi w swoim towarzystwie okazywała twarz pozbawioną wszelkiego wyrazu, co zresztą nadawało jej wyglądu porcelanowej lalki, czyli rzeczy nawet pięknej, ale niestety chłodnej i nie dającej się tak naprawdę kochać, a jeżeli i dającej się kochającej, to bynajmniej tych uczuć nieodwzajemniającej. Zdarzały się jednak czasami wyjątki od tej reguły. Pragnąca zapomnieć o tym, że skończyła w tym roku czterdzieści lat i o tym, że jedynym mężczyzną jej bliskim był jej zmarły mąż, baronowa od czasu do czasu zapraszała do swego łoża młodych dworzan męskiej płci, z którymi umilała sobie nieco życie. Wobec nich była niezwykle miła, co zresztą chyba nikogo dziwić nie powinno, bo wiadomo przecież, że jeżeli chce się coś od kogoś dostać, wobec tej osoby trzeba być miłym. Baronowa wiedziała o tym, jak i też o prawie, że na tym świecie nie ma nic za darmo, dlatego nigdy nie robiła nic bezinteresownie i nie oczekiwała, że ktoś wobec niej postąpi inaczej, więc kiedy czegoś chciała, jak np. upojnej nocy z młodym kochankiem, zrzucała maskę swej zimnej obojętności wobec tego świata i potrafiła okazać zainteresowanie temu, którego akurat pragnęła. Była wówczas na tyle czarująca, że różni młodzi mężczyźni, mający ochotę na niezobowiązującą przygodę, bez wahania jej ulegali, a ona sama w ten sposób brała od nich to, czego tak bardzo potrzebowała, czyli poczucie wartości we własnych oczach. Bo jeżeli młodzi mężczyźni, mogący mieć każdą, pragną jej i umieją ulec jej urokowi, kiedy zrzuca maskę chłodnej obojętności, to przecież jest dowód na to, że wciąż jest coś dla nich warta. A skoro tak, to warta jest i dla samej siebie.
Ilary była w życiu baronowej jedyną osobą, wobec której nigdy nie była ona ani przez chwilę oschła lub obojętna. Jako jedyne jej dziecko i zarazem jedyna w obecnej chwili bliska jej istota ludzka, cieszyła się przywilejem, na jaki nie było stać nikogo na dworze, poza młodymi kochankami i to tylko wtedy, gdy ci byli jej chwilowo potrzebni. Mianowicie przywilejem znania baronowej od jej ludzkiej strony. Tylko ona wiedziała, że jej matka jest żywym człowiekiem, nie zaś jakimś ożywionym automatem z fantastycznych opowiadań E. T. A. Hoffmana lub też po prostu nieprzyjemną i oschłą osobą, tak długo przebywającą w towarzystwie Zofii, że aż przejmującą pewne jej cechy charakteru. O nie, Ilary nie znała baronowej takiej. Ona znała ją jako osobę poważną i z zasadami, ale zarazem dobrą i czułą wobec niej, którą obdarzyła wszystkimi pokładami miłości, jakie po śmierci męża w niej zostały. Dlatego Ilary umiała kochać swoją matkę, a jej miłość wywoływała od razu interakcję ze strony baronowej w postaci równie silnego uczucia, a to z kolei wywoływało odzew ze strony Ilary itd. Tak bowiem już jest na tym świecie, że gdy dwie osoby szczerze się kochają, to nawzajem motywują siebie do tego, aby to tak piękne uczucie codzienne sobie nawzajem okazywać. Tak szczere uczucie ze strony jednej osoby wywołuje w drugiej chęć odzewu, a odzew ze strony drugiej motywuje zaś pierwszą do jej odzewu itd. Zasada ta dotyczy nie tylko osób w sobie zakochanych, ale kochających szczerze rodziców i ich dzieci, gdy te mają z nimi dobre relacje. I ta oto zasada panowała w relacjach baronowej i Ilary.
- Bardzo ci dziękuję, córeczko, za chęć pomocy - powiedziała po chwili pani Helga, delikatnie gładząc jedynaczkę po głowie - Ale ten obowiązek muszę sama wykonać. Poza tym, nie chcę ci psuć pobytu tutaj. Jeśli uważasz, że to miejsce ma swoje uroki, to poznaj je i podziwiaj. Może rzeczywiście one tu są, choć ja mocno w to wątpię. Tak czy inaczej, poszukaj ich i ciesz się nimi. Ja zajmę się tym, za co mi płacą, a gdy już skończę, z przyjemnością powrócę do Wiednia. Myślę, że po pobycie na prowincji i bliższym poznaniu zasad na niej panujących, sama zechcesz wracać do Austrii i to jak najszybciej.
- Zobaczymy, mamo. Na razie jestem bardzo ciekawa, jak mieszka Sissi... To znaczy, księżniczka Elżbieta.
Ilary szybko poprawiła się w swojej wypowiedzi. Wiedziała doskonale, że jej matka jako służbistka bardzo nie lubiła zdrobnień stosowanych wobec książąt oraz księżniczek, gdyż etykieta tego zabraniała, a ona etykiety zawsze przestrzegała. Z tego też powodu Ilary szybko się poprawiła, powtarzając sobie w duchu, żeby nie wypowiadać więcej tego uroczego przydomku swojej nowej przyjaciółki wtedy, gdy matka jest w pobliżu.
Baronowa jednak nie zwróciła uwagi na słowa córki. Siedząc w powozie, z uwagą przyglądała się mijanym terenom austriackim, wiedząc, że zbliżają się już do granicy z Bawarią i zastanawiając się, kiedy znowu zobaczy to tak ukochane dla niej miejsce, które nie z własnej woli chwilowo musiała zamienić na tak bardzo niemiłą jej prowincję.

***

Podróż trwała kilka godzin. Przez ten czas Sissi rozmawiała z matką, z Nene i z Idą Ferenczy na temat jej przyszłych obowiązków oraz tego, jak nie może się już doczekać kolejnego spotkania z Franciszkiem. Przy okazji opowiedziała co nieco swojej damie do towarzystwa o Bawarii.
- Spodoba ci się, to jest piękne miejsce - mówiła z radością - Nie znam na tym świecie piękniejszego kraju niż nasza ukochana Bawaria. Kraina pełna łąk, jezior, lasów, gór i czystego nieba. Wszystkiego, co może pragnąć każdy, kto ceni sobie proste przyjemności. Do tego są ładne oberże, gdzie można jeść kiełbaski oraz pić piwo. Naprawdę, przy nich tracą smak nawet dworskie frykasy.
- Jesz, pani, kiełbaski? I pijesz piwo? - spytała zdumiona Ida.
Czego jak czego, ale tego nie spodziewała się po księżniczce. Rzecz jasna, to jej wcale nie dyskwalifikowało w oczach Węgierki. Po prostu budziło zdumienie. Ostatecznie wielu rzeczy mogła się spodziewać po narzeczonej cesarza, ale z całą pewnością nie umiłowania prostych przyjemności.
- Tak, to prawda. Uwielbia obie te rzeczy - odpowiedziała Ludwika wesołym tonem - Jej ojciec, a mój mąż kilka razy zabierał ją ze sobą do oberży i tam oboje się bawili tak, jak nie przystoi się bawić księciu i jego córeczce. Ale jak się pewnie domyślasz, moja droga, miejscowi ludzie kochają ich za to jeszcze bardziej, bo jak nie kochać kogoś, kto jest do nas aż tak podobnym? Sissi i mojego męża wszyscy tutaj bardzo lubią, bo widzą w nich osoby takie, jak oni sami.
- Rozumiem. To znaczy, że księżniczka jest tutaj zawsze mile widziana i ma tu samych przyjaciół - stwierdziła Ida.
- Chciałabym, żeby tak było - odparła zasmuconym tonem Ludwika - Ale tak niestety nie jest. Mieszczanie i chłopi nas lubią, bo zawsze widzieliśmy w nich nie motłoch, a po prostu ludzi. Ale co do szlachty, to już różnie wygląda. Jedni są nam przyjaciółmi, inni wrogami. W większości miejscowa szlachta chyba nas lubi. Ale mamy kilka osób, które utopiłyby nas w łyżce wody.
- O tak, choćby hrabia Fryderyk Arkas - wtrąciła Nene, nie kryjąc przy tym swojego niezadowolenia na samą wzmiankę o tym człowieku.
Sissi wzdrygnęła się lekko, kiedy tylko usłyszała to nazwisko. Ich najbliższy sąsiad, którego to ziemie sąsiadowały z ziemiami Wittelsbachów był człowiekiem godnym najróżniejszych epitetów, ale na pewno nie tych pozytywnych. Sissi i jej ojciec wiedzieli o tym najlepiej, bo poznali go bardzo dokładnie. O wiele lepiej niż reszta rodziny, która miała z nim niewielką styczność, chociaż i ona w zupełności wystarczyła, aby Ludwika i reszta jej potomstwa poczuła wielkie obrzydzenie do tego człowieka, a zwłaszcza Ludwika, która wyczuwała w osobie Arkasa i to od pierwszej chwili, w której się do niej odezwał ogromne pokłady fałszu, cechy tak przez nią znienawidzonej i potępianej. Komplementy, którymi ją wtedy obsypał, były nieszczere i wypowiadane tonem jadowitego węża, podchodzącego właśnie swoją ofiarę, aby ją w odpowiednim momencie ugryźć. Wiedziała, że nigdy by nie wydała żadnej ze swych córek za takiego człowieka, choćby miało to się dla nich skończyć staropanieństwem. Arkas bowiem był typem osoby, której nikt, kto miał zdrowe zmysły nie powierzyłby nawet kota, a co dopiero drugiego człowieka.
O ile jednak Ludwika i większość jej potomstwa poznało hrabiego jedynie w sposób powierzchowny, ale na tyle mocny, aby wyrobić sobie o nim jak najgorszą opinię, to Maksymilian i Sissi mieli tę nieprzyjemność poznać go znacznie lepiej. Maks dlatego, że z powodu swoich chwilowych problemów finansowych musiał mu sprzedać część swoich ziem, co mocno go zabolało i nie dlatego, że tak bardzo mu było żal utraconej części dóbr, ale dlatego, że niepokoił go los chłopów, którzy tam żyli i mieli u Wittelsbachów całkiem dobre życie, a u hrabiego Arkasa na takie na pewno liczyć już nie mogli. Maksymilian doskonale o tym wiedział, jednak nie miał innego wyjścia. Jego rodzina ostatnia poniosła pewne straty na giełdzie oraz z powodu problemów z nieurodzajem i aby sobie dać radę, musieli odsprzedać temu łajdakowi część ziem. Maksymilian nie czuł się z tym dobrze, ale cóż innego miał zrobić? Postąpił tak, jak należy, ale z trudem przychodziło mu znoszenie tego jakże złośliwego uśmiechu, jakim go raczył Arkas za każdym razem, gdy Maksymilian z nim na ten temat próbował porozmawiać. Raz nawet hrabia zareagował na te próby takimi oto słowy:
- Jeżeli tak przejmuje cię los tej nic nie wartej hołoty, to może nie trzeba mi było jej sprzedawać? Teraz należą do mnie i mogę z nimi robić, co mi się żywnie podoba. Zapewniam im godziwe warunki życia. Jeśli to im nie wystarczy, to już nie jest moja wina. Ja sumienie mam czyste.
- Czyste, bo nieużywane - powiedział wówczas ze złością Maksymilian.
- No proszę, odnalazł się obrońca uciśnionych - zakpił sobie Arkas - Jeżeli są tak uciskani, to czyja to wina? Moja, że ich ziemie należą do mnie i wprowadzam na nich swoje własne prawa? Czy może twoja, że nie nauczyłeś ich żyć w realnym świecie, cackając się z nimi i obchodząc jak z jajkiem? Sam widzisz, co się dzieje, gdy jest się za miękkim. Taka prawda. Potraktuj to jako lekcję na przyszłość, mój przyjacielu. Dobre serce zgubi cię, książę.
Maksymilian zatem nie miał żadnych powodów, aby lubić Arkasa. Podobnie o sobie mogła powiedzieć Sissi, osoba niezwykle wrażliwa, którą zmroził po prostu widok tego, co kiedyś zobaczyła, a za co odpowiadał hrabia Arkas. Chodziło o to, że kupił on pięknego czarnego konia czystej krwi, który okazał się być niezwykle narowisty. Arkas nie był w stanie go okiełznać i zmusić do tego, aby ten chciał go nosić na grzbiecie. Jako człowiek prosty w obyciu uznał, że na taki upór jest tylko jedna metoda: siła. Próbował bić konia i nawet nie dawać mu jedzenia, aby ten zrozumiał, że nie ma z nim szans, ale nic to nie pomogło, a w zasadzie jedynie taki efekt osiągnął, iż koń uciekł mu na ziemie Wittelsbachów. Sissi go wtedy znalazła i zaopiekowała się nim, ale musiała na polecenie ojca oddać wierzchowca Arkasowi, jego prawowitemu właścicielowi. Udała się jednak po cichu na jego ziemie, a tam była świadkiem, jak hrabia znowu biciem próbuje zmusić konia do uległości. Nie potrafiła tego znieść i odczekała, kiedy koń zostanie sam, aby włamać się na teren posiadłości Arkasa, po czym próbować uciec ze swoim nowym przyjacielem. Ale nie była wykwalifikowanym złodziejem, dlatego też szybko jej obecność na terenie hrabiego została wykryta. Arkas był wściekły, gdy tylko ją zobaczył i był gotów oskarżyć Sissi o kradzież, na szczęście księżniczkę uratował jej ojciec, który dość szybko odkrył nieobecność córki w domu, a znając ją, domyślił się, dokąd poszła. Udał się tam i widząc całą tę sytuację, zaproponował kupno konia. Arkas oddał mu go prawie darmo, co prawda ponosząc przy tym stratę, ale był wówczas w takim stanie emocjonalnym, że nie umiał racjonalnie myśleć, co w innej sytuacji nigdy by nie miało miejsca, gdyż Arkas zawsze dbał o swoje interesy. W tamtej wszakże chwili myślał tylko o tym, aby jak najszybciej pozbyć się tego kłopotu w postaci narowistego konia i uznał, że nikt za zwierzę w złym stanie na pewno nie da mu tyle, ile on sam za niego zapłacił, kiedy ten był zdrowy. Dlatego oddał go prawie za darmo, dopiero poniewczasie rozumiejąc, że Maksymilian, bardzo chcąc spełnić kaprys Sissi, dałby za niego znacznie więcej. Mocno sobie to potem wypominał, ale transakcji cofnąć się już nie dało i musiał przełknąć fakt, iż z powodu swoich nerwów stracił wiele pieniędzy. Z tego powodu jego niechęć do Wittelsbachów, jak dotąd osiągająca poziom umiarkowany, teraz osiągnęła szczyty.
- Tak, hrabia Arkas - powiedziała Sissi do Idy, powoli powracając ze świata swoich wspomnień - Świat chyba nie znał bardziej obrzydliwego człowieka. Ja w każdym razie nie spotkałam jak dotąd kogoś, kto wzbudziłby we mnie tak wiele strachu i niepokoju. No, może tylko ten wasz kanclerz Zottornik.
- Oj tak, kanclerz to przerażający człowiek - zgodziła się z nią Ida, czując, jak przez plecy przechodzą ją ciarki - Jeżeli ten hrabia Arkas jest choć w połowie tak okropnym człowiekiem, co nasz kanclerz, to doskonale rozumiem, o czym mówi Wasza Wysokość. Mam nadzieję nigdy go nie spotkać.
- Życzyłabym sobie tego samego - powiedziała Nene.
- A ja bym sobie życzyła go spotkać - odparła Sissi nieco mściwym tonem.
Ludwika, Nene i Ida spojrzały na nią zdumione. Spodziewały się, że zaraz im Sissi wyjaśni powody swojego sposobu myślenia. I nie zawiodły się.
- Jak sobie przypomnę, co on zrobił temu biednemu konikowi, to naprawdę, ale mówię to z ręką na sercu, mam ochotę obić go szpicrutą. Ja wiem, to wcale nie przystoi ani damie, ani tym bardziej przyszłej cesarzowej, ale kiedy widzi się takie coś, to nie jest się w stanie panować nad emocjami. Kiedy widzę, jak silniejszy bez żadnej litości bije słabszego, mam ochotę wyrwać mu z ręki narzędzie zbrodni, a potem samemu je wziąć i obić tym narzędziem tego łajdaka. Obić jak psa, aż nie zacznie skamleć o litość.
Ludwika położyła córce rękę na dłoniach i powiedziała:
- Rozumiem cię, kochanie. Ale pamiętaj, że to nie rozwiąże problemu.
- Mama ma rację. Przemoc rodzi tylko przemoc - poparła księżnę Nene.
- To prawda, księżniczko - dodała Ida - Niestety, nie wszystkie problemy da się rozwiązać w taki sposób.
- Ale czasami to jedyne wyjście - upierała się przy swoim Sissi.
- Czasami rzeczywiście, nie ma innego wyjścia, ale to naprawdę ostateczność - powiedziała ponuro Ida - I ja wiem, co mówię, Wasza Wysokość. Moja ojczyzna została już dawno temu podbita przez Austrię i nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę ją wolną. Wielu ludzi wierzyło, że uda im się wywalczyć wolność poprzez wierną służbę cesarstwu i naciskanie na wprowadzenie reform. Kiedy jednak do tego doszło, że władze cesarstwa zlekceważyły te wszystkie dążenia, sięgnięto po środek ostateczny i w roku 1848 wybuchło powstanie. Nie miało żadnych szans na to, aby zwyciężyć. Wojska cesarskie, mimo poniesionych kilku porażek, w końcu rozgromiły powstańców, wielu z nich skazano na dożywocie, innych na szubienicę, a wielu uciekło, bo groziła im kara śmierci. I na co im to było? Po co było walczyć wtedy, kiedy nie było szansy na wygraną? Po co było sięgać po przemoc, skoro nas można było zniszczyć jeszcze większą przemocą i dobrze to wiedzieliśmy? Po co było marnować życie tak wielu, którzy inaczej mogli dążyć do wolności Węgier?
Sissi z matką i siostrą zauważyły, że Ida nagle, podczas swojej opowieści na temat powstania, zmieniła sposób narracji i opowiadała o niej w taki sposób, jakby sama brała w nim udział. W ich głowach narodziło się wówczas mnóstwo pytań na ten temat, ale nie śmiały ich zadać, ponieważ uznały, że jest to prywatna sprawa Idy i nie mają prawa o to wypytywać, jeśli sama nie zechce nic im powiedzieć. A ponadto żadna z nich nie chciała zniechęcać Idy do siebie, dlatego nic nie mówiły, jedynie słuchając tego, o czym opowiadała panna Ferenczy.
Ta jednak nagle przerwała opowieść, otarła sobie dłonią łzy w kącikach oczu, po czym odparła:
- Ale to było i nie wróci. Nie warto wiecznie o tym myśleć. Raczej po prostu wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.
Sissi pomyślała nad tym, co mówiła Ida. Trudno jej było się z tym nie zgodzić i nie przyznać racji, że przemoc nie jest najlepszym rozwiązaniem na problemy i na pewno nie nauczą rozumu kogoś takiego jak Arkas. Chociaż, gdyby go znowu zobaczyła pastwiącego się nad jakimkolwiek zwierzęciem, to trudno powiedzieć, czy nie skoczyłaby na niego z piąstkami i nie próbowała wydrapać mu oczu. Są na tym świecie takie rzeczy, na które trudno nam reagować spokojnie. Znęcanie się nad bezbronnymi jest zdecydowanie jedną z takich rzeczy. Tak przynajmniej Sissi uważała i pomimo mądrych słów Idy nie była pewna, czy nie umiałaby sięgnąć po przemoc, widząc coś tak strasznego.
Księżniczka poczuła, że od natłoku myśli jest jej duszno, dlatego poprosiła o to, aby zatrzymać powóz na chwilę. Kiedy to się stało, wysiadła i zaczęła niemal łapczywie łapać powietrze w płuca. Poczuła, że jej lepiej, ale nadal nie na tyle, aby poprawił jej się nastrój. Nagle dostrzegła Pioruna, swego ukochanego konia, który przywiązany do ich powozu biegł obok nich.
- Czy coś się stało? - zapytała baronowa, wychylając się ze swojego powozu, jadącego tuż za powozem Sissi, który w wyniku tego, co miało miejsce też musiał się na chwilę zatrzymać.
- Nic takiego, zaraz jedziemy dalej - odpowiedziała Sissi.
Księżniczka delikatnie pogłaskała łeb swego ukochanego wierzchowca, czule pieszcząc przy tym jego grzywę.
- Mój ty biedaku. Jak to dobrze, że tata cię kupił od hrabiego. Mam nadzieję, że już nie myślisz o tym paskudnym typku.
Piorun lekko zarżał, jakby na znak, że podobnie jak Sissi nie myśli o nim, ale nadal go doskonale pamięta i chętnie by mu poturbował grzbiet kopytami, gdyby tylko miał możliwość tego łotra spotkać. Tak przynajmniej Sissi to interpretowała i od razu poczuła, że ktoś właśnie zrozumiał ją i jej uczucia. Zadowolona odwiązała konia od powozu i zawołała do matki:
- Będę jechać na Piorunie!
Następnie zadowolona wskoczyła zwinnie na jego grzbiet, korzystając z tego, że jej koń był przygotowany na tego rodzaju okoliczność i miał na sobie siodło. Kiedy tylko go dosiadła, zadowolona zawołała:
- Pędź, Piorunku! Pędź!
Koń zachwycony pognał przed siebie, a Sissi poczuła od razu to, co zawsze jej poprawiało humor w trudnych sytuacjach: wiatr rozwiewający jej włosy, serce bijące jej mocno w piersi, euforię ogarniającą jej całe ciało oraz radość i poczucie całkowitej wolności. Zostawiła daleko za sobą oba powozy i jechała dalej, patrząc z zachwytem na te wszystkie okolice, które tak dobrze znała od najmłodszych lat i które zawsze tak bardzo kochała. Tak bardzo się za nimi stęskniła przez ten czas, kiedy przebywała w Wiedniu. Dlatego z taką przyjemnością podziwiała okolice i jej piękno, spodziewając się już niedługo zobaczyć ukochane Possenhofen.
- Dzień dobry, księżniczko! - usłyszała nagle dobrze jej znany i zarazem także znienawidzony głos, który sprawił, że zatrzymała się i rozejrzała dookoła.
Niedaleko od niej siedział na brązowym koniu o czarnej grzywie on sam. Ten człowiek, który wywołał w niej niedawno tak nieprzyjemne myśli. Człowiek, który o mało nie skatował Pioruna, zanim jej ojciec go od niego wykupił. Mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, wysoki i postawny, o czarnych włosach, brązowych oczach, wielkim nosie godnym Rzymianina, lekkim zaroście na brodzie, jak i też sporych, sumiastych wąsach, ubrany w czarny strój do konnej jazdy i ze szpicrutą w dłoni. Hrabia Fryderyk Arkas.
- Księżniczka powraca w rodzinne strony? - zapytał złośliwym tonem.
Sissi zazgrzytała wściekle zębami na jego widok, a Piorun zarżał z niepokoju. Dziewczyna pochyliła się nad nim delikatnie i szepnęła mu na ucho uspokajające słowa. Jednak ona sama nie wiedziała, czy zapanuje nad sobą. Widok hrabiego był jej niemiły i przywrócił jej wszystkie nieprzyjemne uczucie, jakie miała na jego temat.
- Owszem, właśnie powróciłam - odpowiedziała z niechęcią - No, a pan, drogi hrabio, co tu robi? O ile dobrze pamiętam, to nasza ziemia, nie pana.
Arkas uśmiechnął się w podły sposób i powiedział:
- Równie piękna i wygadana, jak dawniej. Widzę, że koń pani służy.
- Owszem, bo daję mu miłość, a nie ciosy szpicrutą - odcięła się Sissi.
- To się chwali, jednak miłość musi wiązać się z szacunkiem, a jego uzyskać można jedynie poprzez strach. Tylko ktoś, kto się nas boi, może nas szanować.
- Jestem innego zdania, panie hrabio.
- Oczywiście, zupełnie jak ojciec. Właśnie od niego wracam. Chciałem zrobić z nim pewien interes, ale odmówił. Opowiadał o pani zaręczynach. Moje serdeczne gratulacje.
To mówiąc, Arkas wykonał dziwaczną parodię ukłonu, który rozdrażnił Sissi jeszcze mocniej. Postanowiła jednak zachować godność.
- Dziękuję, panie hrabio. Wierzę, że to będzie szczęśliwy związek.
- Och, na pewno. Wszyscy wiedzą, jak do związków podchodzą cesarz i jego młodszy brat.
Sissi doskonale zrozumiała przytyk, nie zamierzała jednak dawać satysfakcji hrabiemu i zachowała spokój. Musiała jednak mu dopiec i odparła:
- Spokojnie, to już przeszłość. A gdyby nawet i nie była, to przynajmniej mają oni co wspominać. Bo obawiam się, że pan, panie hrabio, to chyba już nie.
Widząc złą minę Arkasa, poczuła radość, iż skutecznie mu dokuczyła. Zaraz potem lekko trąciła konia bokiem i pognała przed siebie, zostawiając rozmówcę w tyle i mając nadzieję na to, że już więcej go nie spotka.

***

Possenhofen nie było równie okazałą posiadłością jak Schonbrunn, jednak też stanowiło prawdziwe dzieło sztuki, a przynajmniej dla tego, kto umiał ją docenić. Stanowiło piękny pałac stworzony z prawdziwym smakiem, chociaż bez zbędnego przepychu. Miejsce to zawierało też piękny ogród, w którego pobliżu znajdował się folwark, gdzie mieszkała zaufana służba, hodując przy okazji krowy i kury, jak również sadząc jabłonie z niezwykle piękną odmianą jabłek o kolorze czerwonym z delikatnymi żółtymi rumieńcami, które uważano za najlepsze w całej Bawarii. Folwark dawał dobry dochód, podobnie jak i wszystkie ziemie podlegające rodowi Wittelsbachów, którzy zarządzali nimi w sposób rozsądny, choć nie unikając strat, ale wiążących się z problemami żywiołowymi, nie zaś z tym, iż majątek byłby źle zarządzany.
Posiadłość była miejscem niezwykle przytulnym, chętna każdemu gościowi, nie licząc drobnych wyjątków jak hrabia Arkas (choć i on był tu zawsze życzliwie przyjmowany) i niechętnie ich żegnająca. Książę Maksymilian z kolei był bardzo przez wszystkich lubiany, zwłaszcza przez poddanych i jedynie kilku sąsiadów na czele z Arkasem nie pałało do niego sympatią, ale powody tego wiązały się zwykle z zazdrością o to, jak mimo pewnych ewentualnych problemów zawsze dobrze mu się wiodło i jak kochającą ma rodzinę. Jego jowialność i serdeczność przysparzała mu przyjaciół, ale w osobach fałszywych budziła jedynie niechęć, ale jak to chyba powszechnie wiadomo, trudno jest dogodzić wszystkim. Dlatego rodzina księcia Maksa nie przejmowała się złymi językami i zajmowała się sobą, czerpiąc radość z tego, że mają siebie i zawsze jedno może liczyć na drugie. Każdy zaś, kto przybył do Possenhofen, łatwo to dostrzegał i tym przyjemniej spędzał czas w tym miejscu, w towarzystwie rodziny Wittelsbachów, czując, że nawet jeśli chwilowo dręczy go coś bardzo smutnego, to w tym domu nabierze radości i chęci życia, co oczywiście zwykle miało miejsce. Nie dotyczyło to oczywiście osób pokroju hrabiego Arkasa, ale beznadziejne przypadki nie można uleczyć miłością i nie warto tego robić.
Książę Maks, gospodarz tego pięknego domu, tak emanującego radością oraz szczęściem, czerpanym głównie z prostych przyjemności, był człowiekiem bardzo wysokim, ale również postawnym i nieco pulchnym, choć dla swojej żony nie było piękniejszego od niego mężczyzny. Miał brązowe włosy, lekką łysinę, małe wąsy pod dość sporym nosem, a także niezwykle dobry gust, względem sztuki i kobiet, jak mawiali niektórzy. Jeżeli mowa o sztuce, w Possenhofen znajdowały się obrazy autorstwa znanych malarzy, kilka pięknych popiersi oraz gustownie ozdobionych wazonów w chińskim stylu. Jego największą dumą była jednak biblioteka, pełna wyjątkowych książek, zarówno powieści, jak i naukowych, z których to nagminnie korzystała jego rodzina, czemu Maks zawsze przyklaskiwał, bo bardzo pochwalał zdobywanie wiedzy, a przy okazji zawsze miał dzięki temu o czym rozmawiać ze swoimi bliskimi. Najwięcej rozmawiał z Sissi, swoją ulubienicą, nazywaną nieraz przez matkę nieodrodną córeczką swego tatusia, bo przypominała go pod wieloma względami. Ku wielkiej dumie Maksa, chodziła z nim często do oberży, piła z nim piwo i jadła bawarskie kiełbaski, za którymi przepadła. Dodatkowo też cudownie jeździła konno, świetnie strzelała ze strzelby i całkiem dobrze władała szpadą, ale prócz tego kochała romanse i powieści przygodowe, tak lubiane przez ojca i rzecz ogólnie przyjmując, podobna była do niego pod wieloma względami, dlatego tak bardzo była uwielbiana przez ojca. Nie znaczy to, oczywiście, aby Maks nie umiał kochać pozostałych dzieci. Po prostu Sissi ze wszystkich pociech była mu zawsze najbliższa i z niej najbardziej był zawsze dumny.
Maksymilian, jak już wspominano, miał też gust, jeżeli chodzi o kobiety. Gdy jeszcze był kawalerem, miewał kilka romansów, a jego kochankami były zawsze istoty piękne i bardzo pociągające. Doceniał to nawet jego szwagier, król Bawarii Maksymilian II, ojciec Ludwika, który miał kiedyś powiedzieć:
- Drogi szwagrze, nie zawsze podzielam twoje gusta, ale pod względem płci pięknej, to nie mam ci nic do zarzucenia, bo jest on wykwintny, a najlepszym tego dowodem był twój ślub z moją siostrą.
Istotnie, Ludwika, siostra Maksymiliana II i ciotka jego syna, była kobietą tak piękną i subtelną, że wielu mężczyzn było nią oczarowanych. Co prawda, bardzo długo przebywała w towarzystwie swojej przyjaciółki i dalszej kuzynki Zofii, a ta przebijała ją pod wieloma względami, jednak miało to związek z jej charakterem, o wiele bardziej otwartym na innych i sprawiającym, że wręcz uwielbiała błyszczeć w towarzystwie, czego zaś Ludwika, raczej bardziej spokojna i skryta nie mogła o sobie powiedzieć. Jednak i tak cieszyła się powodzeniem, może nieco mniejszym, ale i tak godnym osoby takiej jak ona. Największym jednak powodzeniem cieszyła się u swojego obecnego męża, Maksa, którego pokochała całym sercem, podobnie jak on ją. I jak mogło by być inaczej? Przecież Maks był niezwykle romantyczny, czuły i taki kochany, dowcipny i serdeczny, jowialny i uroczy. Dodatkowo, mimo tylu lat, potrafił być o nią wciąż zazdrosny. Ludwika nigdy nie zapomniała tego dnia, w którym to Maks był podejrzliwy, gdy potajemnie spotykała się z młodym artystą. Dopuścił się wtedy nawet śledzenia własnej żony i jak tylko zobaczył, kto jest jego rzekomym rywalem, to zaraz go zaczął wyzywać dziko i gwałtownie od dzieciuchów oraz szczeniaków, co uraziło artystę, który odparł:
- No oczywiście. Jeszcze pan nie zapłacił za obraz, a już pan obraża.
Maks spojrzał wówczas w szoku na żonę, wyobrażając sobie najgorsze rzeczy na świecie. Najgorsze dla mężczyzny zakochanego w swojej lubej, który nie chce, aby pewne sprawy poznawał cały świat.
- Obraz? Jaki obraz? LUDWIKO!
Księżna zaś, domyślając się, co mąż sobie wyobraził, parsknęła śmiechem i zaraz wyjaśniła, że nie chodzi tu bynajmniej o akt, a jedynie o portret ich obojga, który to szykowała z okazji rocznicy ich ślubu. Maksowi zrobiło się wtedy głupio, a Ludwika opowiadała jeszcze długo sąsiadkom o tym, jak jej mąż, już tyle lat po ślubie wciąż jest o nią zazdrosny i uważa ją za najpiękniejszą kobietę na świecie. Książę jednak był bardzo zmieszany z tego powodu, zatem postanowił pokazać żonie, jak bardzo mu jest bliska i jak bardzo żałuje swojego zachowania, dlatego w nocy zakradł się pod okno pokoju, w którym wypoczywała i zaśpiewał, grając przy tym na cytrze:

Ach, Ludwiko!
Miłością płonę dziką!
Oczarował mnie twój wdzięk i uroda.
Że cię w rękach nie mam swych, jaka szkoda.
Ach, jedyna!
Tyś anioł, nie dziewczyna!
Wcielenie wszystkich ludzkich cnót.
Ludwichno, tyś mój cud!

Tym występem rozbawił mocno swoją żonę i wprawił w niesamowicie dobry humor, a przy okazji dał podstawę do kolejnych anegdot na swój temat, które jego ukochana Ludwika chętnie opowiadała swoim bliskim przy herbatce. Sam Maks też lubił czasami o tym wspominać, kiedy to z kolegami spotkał się przy Okrągłym Stole, jak nazywał wielki kamień w jednej sali, przy którym książę zbierał swoich najbliższych znajomych z okolic, aby w męskim gronie pożartować, rozmawiać o polityce, o sztuce i o wielu innych rzeczach, o jakich tylko może rozmawiać ktoś z najbliższymi przyjaciółmi.
Tak właśnie przedstawiała się osoba Maksymiliana von Wittelsbacha, który to wtedy, gdy jego córka jechała konno w stronę ukochanego Possenhofen, bawił się wesoło w ciuciubabkę z najmłodszymi swoimi pociechami, Teodorem i Marią, tak rozbawionymi tym wszystkim, że chwilami aż płakały ze śmiechu, gdyż tylko ze swoim ukochanym tatą tak dobrze umieli się bawić. Książę Maks, pomimo tego, że posiadał swoje obowiązki, zawsze znalazł czas dla swoich dzieci, aby pobawić się z nimi w „Stary niedźwiedź mocno śpi” czy w ciuciubabkę lub inne zabawy, które dawały wiele radości nie tylko dzieciom, ale i samemu ojcu. Maks potrzebował w tamtej chwili czegoś, co poprawi mu humor, bo przecież jakąś godzinę temu odbył rozmowę z nachalnym hrabią Arkasem, pragnącym kupić od niego jeszcze więcej ziemi i nie rozumiał, że książę nie zamierza sprzedać mu nawet guzika od koszuli. Rozmowa ta była bardzo nieprzyjemna i dlatego Maks potrzebował czegoś, co mu pomoże zapomnieć o tej sytuacji. Dlatego z nieba spadły mu jego dzieci, które tak radośnie wbiegły do jego gabinetu, namawiając go na dobrą zabawę, co mu wtedy bardzo odpowiadało. Dzięki Teodorowi i Marii odzyskał radosny nastrój, chęć do życia, a przede wszystkim oczyścił swego ducha od negatywnych emocji.
Zabawa trwała długo, bo dzieci nie chciały dać się ojcu złapać, a i on celowo robił wszystko, aby nie schwytać ich zbyt szybko, ponieważ chciał jak najdłużej się nacieszyć zabawą i jak najdłużej mieć tak dobry nastrój, jaki miał teraz. Jego dzieci zaś dużo się śmiały, bo wiedziały, że śmiech jest zaraźliwy jak grypa, tylko o wiele zdrowszy i łatwo sprawić, dużo się śmiejąc, aby inni ludzie wokół nas też zaczęli to robić. A ponieważ Teodor i Maria mieli doskonały humor, tym bardziej chcieli się nim podzielić z ojcem.
Ciuciubabka trwała już jakiś czas i zapewne trwałaby jeszcze dłużej, gdyby nie Maria, która nagle dostrzegła jakąś osobę zmierzającą konno w ich stronę. Ta osoba była jeszcze daleko, dlatego dziewczynka zatrzymała się, aby lepiej się jej przyjrzeć i wtedy została złapana przez tatę, zaczęła chichotać, a Teodor zapytał:
- Mario, co się dzieje? Dlaczego dałaś się złapać tacie?
- Tam ktoś jedzie i chyba jedzie do nas - odpowiedziała mu Maria, wskazując palcem na tajemniczego jeźdźca.
Teodor też dostrzegł tę osobę i zaczął się jej uważnie przyglądać. To samo też zrobił Maks, który zdjął opaskę z oczu, aby zobaczyć, kto też jedzie do nich. Dość szybko rozpoznał tę osobę. To samo zrobiły jego dzieci, kiedy tajemniczy jeździec był już znacznie bliżej i odkrycie jego tożsamości nie było już takie trudne.
- Sissi! To Sissi! - zawołała radośnie Maria.
- Sissi do nas wraca! - krzyknął wesoło Teodor.
Maksymilian uśmiechnął się delikatnie i choć nie krzyczał, jak jego pociechy, to szczerze był zachwycony przybyciem swojej ukochanej córeczki.
- Sissi, jesteś nareszcie! Sissi, jak cudownie, że przybyłaś! - zawołały dzieci, podbiegając do swojej starszej siostry, która właśnie wjechała na dziedziniec przed ich domem.
Księżniczka uśmiechnęła się radośnie do rodzeństwa i zeskoczyła zwinnie z grzbietu Pioruna, którego uzdę schwyciła Maria, głaszcząc go czule po łbie. Zaraz też oddała go stajennemu, wezwanemu przez Maksa, a potem wskoczyła czule w ramiona Sissi, która właśnie zdążyła uściskać i ucałować Teodora.
- Tak się cieszę, że cię widzę! - zawołała Maria, kiedy była już w ramionach Sissi i została przez nią wyściskana i wycałowana.
- Ja również się cieszę, że was widzę - powiedziała Sissi, nie kryjąc radości na widok rodzeństwa i ojca, któremu chwilę później wpadła w objęcia.
- Och, moja kochana, mała dziewczynka - rzekł bardzo wzruszony Maks - Ty nawet nie wiesz, jak wielką radość nam sprawiasz swoją obecnością. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego przyjeżdżasz sama? Gdzie mama? Gdzie Nene?
- Zaraz tu będą, tato. Po prostu chciałam przyjechać się na Piorunie i na nim tu wrócić - odpowiedziała Sissi.
- Ech, cała ty. Moja mała córcia - powiedział Maks z dumą w głosie.
- A ja tak coś czułam, że tutaj wrócisz na Piorunie - wtrąciła wesołym tonem Maria - Bo ty zawsze wolisz przyjeżdżać konno niż w powozie. To było jasne, że i teraz tak przyjedziesz. Jasne jak słońce. Panna Łucja też to wiedziała.
To mówiąc, pokazała siostrze swoją ukochaną lalkę.
Sissi wzruszona patrzyła na ojca i młodsze rodzeństwo, za którymi zdążyła się już bardzo stęsknić i zaczęła odpowiadać na ich pytania o to, jak jest na dworze cesarza, czy Franciszek bardzo się zmienił, czy nadal jest taki uroczy, czy ciocia Zofia jest nadal taka zgorzkniała itd. Rozmowa na te wszystkie tematy trwała przez jakiś czas, ale została przerwana przyjazdem obu oczekiwanych karoc wraz z ich eskortą. Natychmiast służba wraz z gospodarzem i jego dziećmi wyszły do nich, aby im pomóc wysiąść oraz zabrać ich bagaże. Maks schwycił w objęcia kolejno Ludwikę i Nene, które uściskali też Teodor i Maria. Wszyscy też przywitali się z Idą Ferenczy, przedstawioną im przez Sissi jako damę bardzo jej życzliwą i którą ona prosi przyjąć tak, jakby chodziło o nią samą. Maks ze swej strony zapewnił, iż tak właśnie się stanie i panna Ida może liczyć na jak najlepszą gościnność w jego domu. Ludwika z kolei nie omieszkała powiedzieć Sissi, że niezbyt jej się podoba, że tak się od nich oddaliła i wróciła do domu sama i to konno i prosi ją uprzejmie, aby więcej tego nie robiła. Oczywiście wypowiedziała te słowa tonem niezwykle wyrozumiałym, bo wiedziała, że Sissi i tak jej nie posłucha, a ponadto przywykła już do jej nieco ekscentrycznych pomysłów, zatem jeżeli ją karci, to tylko tak pro forma, aby córka wiedziała, że nie pochwala ona pewnych zachowań i lepiej dla niej będzie, jeśli niektóre z nich porzuci.
Chwilę później, z drugiej karocy wysiadły powoli baronowa Helga von Taurel i jej córka Ilary. Sissi z Ludwiką natychmiast przedstawiły je Maksowi, który tak, jak na prawdziwego gospodarza przystało, skłonił się im i rzekł:
- Bardzo miło mi panie powitać w Possenhofen. Liczę na to, że będą się tutaj panie dobrze bawić. Proszę korzystać ze wszystkich atrakcji bez skrępowania. Jak i też proszę się czuć jak u siebie. Mam nadzieję, że pobyt tutaj sprawi wam wielką przyjemność.
Baronowa dygnęła przed Maksem odpowiadając, że jest tego pewna, iż ona i jej córka będą się tutaj dobrze czuć, w głębi ducha jednak wiedziała, jak nieszczera jest ta odpowiedź, ale zasady dobrego wychowania zabraniały jej powiedzieć to, co naprawdę uważa. Poza tym, nie chciała psuć humoru swojej córce, najwyraźniej zachwyconej otoczeniem, w jakim się znalazła.
Rzeczywiście, Ilary była bardzo zadowolona z tego, jak wygląda miejsce, w którym ona i jej mama się znalazły. Po minie, jaką miała na twarzy można było bez trudu wywnioskować, że podoba się jej tutejsze otoczenie. Była nim tak mocno zachwycona, iż nie zauważyła, jak wypada jej z ręki książka, którą czytała podczas podróży i którą miała cały czas przy sobie. Dostrzegł to jednak Teodor. Chłopiec nie odrywał wzroku od Ilary i to od momentu, gdy dziewczynka wysiadła z karocy. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego tak się stało, bo wcześniej płeć piękna nie robiła na nim jakoś większego wrażenia, teraz jednak było inaczej. Ilary od razu zwróciła jego uwagę. Poruszała się w taki uroczy sposób, a w spojrzeniu i głosie miała coś tak słodkiego, że nie umiał przestać na nią patrzeć i jej słuchać. Kiedy zaś upuściła książkę, szybko się po nią schyliła, ale Teodor był szybszy. Podbiegł do Ilary, po czym podniósł z ziemi jej zgubę i podał ją właścicielce. Ta uśmiechnęła się wtedy do niego, biorąc książkę do ręki.
- Bardzo dziękuję - powiedziała życzliwym tonem.
- Nie ma za co. Podoba ci się w Possenhofen? - zapytał chłopiec.
Ponieważ matka dziewczynki odeszła od niej, aby porozmawiać z Ludwiką, która ustalała, jakie pokoje zajmą baronowa z córką, dzieci miały na chwilę nieco więcej swobody. Postanowiły ją wykorzystać do bliższego poznania się.
- Tak, bardzo mi się podoba. Piękne miejsce - odpowiedziała Ilary.
- Cieszę się. Jeżeli chcesz, chętnie cię oprowadzę po okolicy - zaoferował się Teodor.
- Bardzo chętnie. Czy w okolicy jest dużo dzieci?
- Tutaj tylko moja siostrzyczka Maria. Ale w najbliższej okolicy jest ich sporo i myślę, że cię polubią.
- Chciałabym tego. W pałacu, w Wiedniu nie ma za dużo dzieci.
- Domyślam się. Ale wybacz, nie przedstawiłem się. Jestem Teodor.
- Brat Sissi?
- Tak. Teodor von Wittelsbach. A ty?
- Jestem Idalia Ludwika Augusta Roberta Yvett von Tauler.
Teodor parsknął śmiechem. Nawet Sissi nie posiadała tyle imion naraz.
- Musisz mi to zapisać. Strasznie długie nazwisko.
- Spokojnie, możesz mi mówić Ilary - odpowiedziała wesoło dziewczynka.
- To już na pewno zapamiętam.
Teodor spojrzał na swoją rozmówczynię z coraz większym zainteresowaniem. Dziewczynka była niewiele niższa od niego, najwyżej dwa centymetry. Ciekawiło go, ile może mieć lat. Postanowił więc to sprawdzić.
- Wiesz, mam już dziesięć lat.
- A ja jedenaście.
Teodora zmieszała nieco ta odpowiedź. Spodziewał się, że ma do czynienia ze swoją rówieśnicą, a tymczasem tu taka niespodzianka. I to zdecydowanie wcale nie miła. Nie wiedział, co ma powiedzieć, ale nim cokolwiek zdążył zrobić, baronowa zawołała córkę do siebie i ta podeszła do niej, zostawiając za sobą mocno już tym wszystkim skołowanego Teodora.

***

Ponieważ goście przybyli do pałacu dopiero pod wieczór, nikt nie miał dość czasu na to, aby się rozpakować lub porządnie rozejrzeć się po okolicy. Wszystko to pozostawiono zatem na następny dzień i już nazajutrz, kiedy tylko śniadanie już dobiegło końca, Maksymilian niczym zawodowy przewodnik oprowadził wraz z Ludwiką i Sissi gości, czyli baronową, Ilary oraz Idę po całym pałacu, pokazując im jego wszystkie zakamarki, łącznie ze spiżarnią. Ida i Ilary nie ukrywały swego zadowolenia, gdy je poznawały, a co do baronowej, kierującej się zawsze zasadami dobrego wychowania, to przyznała ona, że pałac jest bardzo piękny, ale pominęła milczeniem fakt, iż zdecydowanie nie jest on w ogóle w jej stylu, gdyż jest zbyt prowincjonalny. Była jednak ciekawa, gdzie dokładniej się mogą odbywać zajęcia dla Sissi, w których księżniczka mogła w pełni się przygotować do swoich nowych obowiązków. Maks uznał, że najlepszym miejscem do tego jest, przynajmniej jego zdaniem, biblioteka. Baronowa przyjrzała się zatem uważnie temu pokojowi, a gdy już dokonała dokładnych oględzin, uznała, iż rzeczywiście to odpowiednie miejsce do tego, aby odbywały się w nim zajęcia i zaakceptowała je jako klasę dla Sissi.
- Myślę, że w całym pałacu nie znajdziemy lepszego pomieszczenia niż to - powiedziała i tym razem była całkowicie szczera, gdyż naprawdę w to wierzyła.
Ponieważ najważniejsza dla baronowej kwestia została wyjaśniona, można się było zająć mniej poważnymi sprawami. Ludwika najlepiej sprecyzowała to tym oto zdaniem:
- U nas istnieje taki zwyczaj, że wszyscy razem spotykamy się wyłącznie przy stole, podczas posiłku. A poza tym, każdy robi, co mu się podoba. Bo w tym domu nikt nie może się czuć ograniczony.
Ilary skorzystała z tej okazji, aby spędzić nieco czasu z Sissi. Bardzo chciała z nią porozmawiać o różnych sprawach, a zwłaszcza o jej bracie Teodorze, który to dziewczynce wydawał się niezwykle interesujący, a który z jakiegoś powodu dziś ją unikał, choć wczoraj był bardzo nią zainteresowany. Nie rozumiała, dlaczego tak jest i ciekawiło ją, czy Sissi coś może wie na ten temat. Księżniczka jednak nie była w stanie odpowiedzieć jej na to pytanie, ponieważ nie znała szczegółów całej sprawy, ale zapewniła dziewczynkę, że jej brat nie ma nic złego na myśli i jeżeli tak dziwnie się zachowuje, to najwidoczniej po prostu źle się czuje i nie można na niego naciskać. Samo mu przejdzie i jeszcze z nią porozmawia. Ilary była smutna, ale obiecała do niczego Teodora nie zmuszać, a już na pewno nie do rozmowy.
Sissi była lekko zasmucona, że nie umie pomóc swojej małej przyjaciółce, ale wierzyła, iż jeśli da się młodym czas, to sami między sobą wszystko rozstrzygną. Dlatego postanowiła nie mieszać się, a jedynie służyć dobrą radą, kiedy dzieciaki o nią poproszą, choć w to ostatnie wątpiła.
- Jak już Teodorowi przejdzie, to oboje szybko się dogadają, a wtedy nie będę im potrzebna - powiedziała w duchu, kiedy już była sama - Nie wiem, co ten mój brat wyprawia, ale pewnie on sam tego nie wie. Czuję jednak, że wtrącanie się w ich sprawy nic nie pomoże, a tylko zaszkodzi. Chyba naprawdę najlepiej będzie zostawić ich, aby sami sobie wszystko wyjaśnili.
Nie przeszkadzała zatem bratu i jego nowej przyjaciółce, sama zajmując się sobą. Wieczorem zaś postanowiła wziąć kąpiel. Kazała służce, aby przygotowała dla niej wannę z gorącą wodą z pianą, a gdy wszystko było już gotowe, rozebrała się i naga weszła do niej. Poczuła, jak przez jej ciało przeszło przyjemne ciepło, a serce wypełnia uczucie euforii, jakie zwykle ją ogarniało, kiedy się kąpała.
- Pomóc pani? - zapytała służąca.
- Nie, nie trzeba. Przynieś mi ręcznik. Będzie mi potrzebny, kiedy skończę - odpowiedziała jej Sissi.
Służąca dygnęła przed nią lekko i poszła wykonać polecenie. Księżniczka zaś zamknęła oczy i powoli wyłożyła się w wannie, delikatnie i bez pośpiechu myjąc każdą partię swojego ciała. Zadowolona, gdyż bardzo lubiła brać kąpiel, zamknęła oczy i powoli pogrążyła się we własnych myślach. Te zaś krążyły wokół Franza. Ledwie jeden dzień go nie widziała, a już tak strasznie za nim tęskniła. Tak bardzo chciała go znowu zobaczyć, dotknąć, pocałować, poczuć jego bliskość.
Nagle poczuła czyjeś ręce na swoich plecach. Ktoś pomagał jej w myciu tej części ciała. Oczywiście to musiała być służąca. Przecież prosiła ją, aby tego nie robiła. To naprawdę nie było konieczne.
- Ingrid, prosiłam cię. Wolę się sama kąpać. Poza tym, chyba ostatnio za dużo pracujesz. Masz ręce jak mężczyzna.
- Czy mogę to uznać za komplement? - usłyszała nagle pytanie.
Przerażona otworzyła oczy i usiadła w wannie. To nie był głos Ingrid. Ale też go znała. Tylko jak to jest w ogóle możliwe?
Wstała, odwróciła się i zobaczyła, że stoi za nią Franciszek ubrany w mundur huzara. Zdumiona i zmieszana zarazem, zawołała:
- Franz? Co ty tu robisz? I dlaczego...?
Zorientowała się nagle, że stoi przed nim naga. Szybko wyrwała mu więc z ręki trzymany przez niego ręcznik, podniosła się i zasłoniła się nim, a następnie, choć nie bez trudu, owinęła nim swoje ciało.
- Wybacz, Ingrid nie przyjdzie. Odesłałem ją i sam przyniosłem ci ręcznik - rzekł po chwili Franciszek, wyraźnie rozbawiony całą tą sytuacją.
- Tak cię to śmieszy, tak? - zapytała ze złością Sissi.
- Owszem. I to jeszcze jak. Zachowujesz się tak, jakbym nigdy nie widział cię nagiej, a przecież widziałem.
- I oczywiście wtedy też było to zrobione podstępem. Jak na narzeczonego, to chyba niezbyt grzeczne zachowanie.
- Wybacz mi ten brak manier, ale nie mogłem się powstrzymać.
- Żeby mnie zobaczyć nagą?
- Nie. Żeby w ogóle cię zobaczyć. Stęskniłem się za tobą.
- Franz, nie widziałeś mnie zaledwie jeden dzień.
- A twoim zdaniem to za mało, aby zacząć za tobą tęsknić?
Sissi spojrzała na niego uważnie, mierząc wzrokiem jego strój.
- A skąd wziąłeś ten mundur? Chyba nie zrobiłeś krzywdy komuś ze swojej straży, mam nadzieję?
- Skądże znowu! - zawołał wesoło Franciszek, rozbawiony tym pytaniem - Po prostu sobie pożyczyłem mundur od jednego z moich huzarów, bo chciałem tutaj przybyć incognito.
- Ale przyjechałeś tak całkiem sam? Przez Bawarię?
- Nie, wziąłem kilku ludzi do ochrony.
- To dobrze. Nie zniosłabym, gdyby coś ci się stało, bo pojechałeś sam i nie było przy tobie nikogo, kto mógłby ci pomóc.
- A więc ci na mnie zależy?
- Franz, czy dałam ci powody, żebyś w to wątpił?
- Och, nie. Wręcz przeciwnie, Sissi. Dałaś mi powody, abym wierzył w każde twoje słowo. Tylko pytanie, czy ty uwierzysz w moje, gdy powiem, jak bardzo cię kocham.
- Franz, nikt tego nie neguje, że mnie kochasz.
- I dobrze, bo nikt nie powinien tego robić. Ja cię traktuję poważnie.
To mówiąc, podszedł powoli do Sissi i dotknął jej policzka, wywołując u swej ukochanej dreszcze przyjemności oraz szybsze bicie serca.
- Bardzo poważnie. Mam wobec ciebie poważne zamiary.
- To dobrze, ale wiesz, ja tam nie wybiegam tak daleko w przyszłość, aby już rozmawiać o naszym weselu.
- Ale jeżeli zechcesz, w każdej chwili możemy o nim porozmawiać.
- Na razie pomówmy o czym innym. O tym, co czujemy.
- A co teraz czujesz, Sissi?
- Ciepło.
- Ja też.
To mówiąc, Franciszek pocałował Sissi w usta. Dziewczyna nie opierała się i oddała delikatnie pocałunek, trzymając jednocześnie ręcznik, aby przypadkiem nie opadł jej na dół. Franz tymczasem całował ją dalej, aż oboje stracili dech i musieli to przerwać, aby nabrać powietrza w płuca. Gdy to zrobili, młodzieniec wyszeptał:
- Sissi... Pragnę cię.
Księżniczka ocknęła się wówczas z transu. Odsunęła się od Franza, po czym spojrzała na niego groźnie i powiedziała:
- A więc tylko po to tu przyjechałeś? To cię do mnie przygnało? Nie tęsknota, a po prostu żądza, tak?
Franciszek zrozumiał, że palnął głupstwo i zaczął ją przepraszać.
- Nie, Sissi. To nie tak. Ty nie rozumiesz.
- Och, już ja dobrze wszystko rozumiem. Dobrze wiem, co masz na myśli. I dobrze wiem, że nie jestem pierwszą kobietą w twoim życiu. Ale wybacz, ja to nie one. Ja nie jestem taka. Jeśli chcesz mnie poślubić, musisz mnie traktować inaczej niż swoje wcześniejsze miłostki.
- Sissi, przepraszam. Ja naprawdę nie chciałem cię urazić.
Księżniczka jednak nie miała siły z nim na ten temat rozmawiać. Spojrzała na niego tylko smutnym wzrokiem, jednocześnie wychodząc z wanny, w której nadal stała i powiedziała:
- Wierzę, ale teraz już lepiej idź.
- Sissi, ja naprawdę nie chciałem...
- Wiem, ale proszę, zostaw mnie teraz samą. Chcę się wytrzeć i ubrać.
- A gniewasz się jeszcze na mnie?
- Po prostu mnie zostaw, proszę cię. Muszę pobyć sama.
Franz zrozumiał, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Zasmucona poprosił swoją ukochaną o wybaczenie i wyszedł z pokoju. Sissi zaś, dalej owinięta ręcznikiem, usiadła na łóżku i zaczęła płakać. Nie wiedziała zasadniczo, dlaczego to robi, ani czy ma do tego powody. Po prostu poczuła, że nie umie inaczej się teraz zachować. Nie czuła co prawda złości na Franciszka, ale wolała, aby chwilowo nie pokazywał się jej na oczy.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...