niedziela, 20 listopada 2022

Rozdział V - Bal zaręczynowy


Przybycie Ludwika von Wittelsbacha, następcy tronu Bawarii było nie lada wydarzeniem. Mężczyzna bowiem bardzo rzadko bywał na cesarskim dworze i to nie dlatego, że nie był na niego zapraszany, ponieważ zaproszenia dość często mu przysyłano. Tutaj w grę wchodziło coś zupełnie innego. Po pierwsze, ostatnie lata Ludwik spędził na zwiedzeniu świata i spotkaniach z przyjaciółmi, poznanymi w czasach studenckich i z którymi to utrzymywał stały kontakt, przez co nie było go wtedy w Austrii ani jej okolicach, dlatego niejedno zaproszenie musiał odrzucić. Po drugie, cesarski dwór nie był dla niego miejscem, w którym dobrze by się czuł i mile by spędzał czas, bo pomimo swojego pochodzenia nadal był traktowany jak następca tronu prowincjonalnego królestwa, które w żadnym razie nie mogło się równać z Austrią, co wiele osób na dworze, a już zwłaszcza dygnitarze żyjący w stolicy imperium Habsburgów od dnia swoich narodzin, jawnie mu okazywało, a jak to wiadomo, trudno jest dobrze się czuć w miejscu, gdzie ludzie okazują nam niechęć. Po trzecie, nie lubił rozrywek, jakie bawiły miejscowe elity. Nigdy nie przepadał za polowaniami, chociaż potrafił nawet zrozumieć ideę polowania na zwierzęta szkodzące ludziom, takie jak wilki, dziki czy też łasice i lisy, choć co do tych ostatnich, to miał mieszane uczucia. Jednak nie był w stanie zrozumieć idei polowania na zwierzęta w żaden sposób nie będące dla ludzi zagrożeniem, jak chociażby jelenie czy też żubry. Uważał to wszystko za barbarzyństwo niegodne cywilizowanego człowieka. Po czwarte zaś, denerwowała go atmosfera na dworze cesarskim, pełna intryg i plotek, w których nigdy nie miał zamiaru brać udziału i do których czuł niewysłowioną niechęć. Właśnie dlatego na dworze cesarskim bywał niezmiernie rzadko, chociaż Zofia, Franciszek Józef oraz Karol Ludwik niejeden raz zapraszali go do siebie, gdyż niezmiernie go lubili, ale nawet i oni widzieli w nim przede wszystkim ekscentryka i lekkiego dziwaka, choć przy okazji niezwykle sympatycznego i serdecznego.
Z tych oto właśnie powodów, obecność Ludwika von Wittelsbacha na dworze cesarza była tak niezwykła i wzbudziła pośród dworzan wielkie zainteresowanie, a przy okazji jeszcze masę plotek, które sugerowały, że na pewno wywoła on jakiś skandal lub coś w tym rodzaju, na co tak prawdę mówiąc, wszyscy liczyli, gdyż wtedy przynajmniej przestanie być chociaż na chwilę w tym miejscu nudno.
Ludwik oczywiście, nie przejmował się tym wszystkim, choć oczywiście te plotki bardzo szybko dotarły do jego uszu. Uważał, że szkoda jego cennego czasu na przejmowanie się tym, co ludzie opowiadają na jego temat. Ponadto i tak nie chciał tutaj przebywać częściej i dłużej niż to konieczne, dlatego nie zależało mu wcale na tym, aby mieć dobrą opinię u miejscowych dworaków, którymi to zresztą serdecznie gardził. Uczucie to zdarzało się u Ludwika niezmiernie rzadko i jeżeli ktoś jednak otrzymywał od niego pogardę, musiał naprawdę mocno sobie na to zapracować. Książę z natury bowiem był osobą niezwykle serdeczną i pozytywnie nastawioną do świata i innych, choć przy okazji doskonale zdającym sobie sprawę z tego, że prawa panujące na tej planecie są zwykle surowe dla takich marzycieli i romantyków jak on. Tak, bo przecież Ludwik był romantykiem i marzycielem, ale nie przeszkadzało mu to też być realistą, który wiedział doskonale, czego można, a czego nie można od świata i siebie samego oczekiwać. Sam siebie postrzegał jako jednego z tych, którzy mogą zmienić świat na lepsze, jeśli oczywiście tylko zbiorą odpowiednią liczbę zwolenników wokół siebie i będą stopniowo te zmiany w życie wcielać. Stopniowo, bo rewolucje budziły w Ludwiku niechęć. Przebywając na studiach w Londynie i w Paryżu, a potem odwiedzając te miejsca, napełnił swoją głowę takimi poglądami, które wielu obecnie panujących uważało w najlepszym razie za głupie, a w najgorszym razie za liberalne i niebezpieczne. Na szczęście jego ojciec, król Bawarii Maksymilian II, choć nie był zbyt ufny wobec wszelkich zmian, a już na pewno nie tych rewolucyjnych, spokojnie podchodził do sprawy poglądów syna. Jego zdaniem mijała powoli pewna epoka, a z nią zasady w niej panujące i dlatego muszą przyjść na miejsce starych, młodzi z nowymi pomysłami i je wprowadzić w życie. Jego zdaniem, była to naturalna kolej rzeczy.
Ludwika cieszyło to, że ma poparcie ojca, choć ten nieraz go ostrzegał, aby wprowadzał swoje zmiany ostrożnie, co zresztą książę zamierzał zrobić, kiedy już sam obejmie tron. Wiedział, że musi w tej sprawie posłuchać rad ojca, ponieważ świat nie chce przyjmować wielu korzystnych dla siebie zmian, pomimo tego, iż są one niezbędne dla jego funkcjonowania. Ludwik wiedział o tym, ale wiedział też, czyja jest w tym wina. Jego zdaniem winę za to wszystko ponosili skostniali oraz całkowicie zamknięci w świecie swojej wyobraźni konserwatyści, tak mocno się trzymający swoich skostniałych wartości, że wszystko, co w nie uderzało lub też je podważało, traktowali jak osobistą zniewagę i herezję. Szczególnie dotyczyło to Kościoła katolickiego, którego Ludwik nienawidził z całego serca. Widział w tej instytucji jedynie podłych, egoistycznych i grubych mataczy, wiecznie bawiącymi się w misjonarzy Boga i podtrzymujących władzę, jaką mieli nad ludźmi z pomocą sztuczek, oszustw, domniemanych cudów oraz udawanych wizji, a wszystko tylko po to, aby zachować status quo. Każdy człowiek, myślący inaczej niż oni, stawał się heretykiem lub libertynem, a wszelkie próby podważenia lub zmniejszenia w najmniejszej choćby części ich władzy nad światem były nazywane przez te podłe kreatury zamachem na samego Boga i jego święte prawa, które rzekomo miał On dawno temu ustanowić i których, pod groźbą spędzenia wieczności w piekle, nie wolno było nikomu złamać. Te oto podłe kreatury pozwalały sobie nawet na to, aby budować dla siebie pałace i żyć w luksusie, podczas gdy ludzie wokół nich potrafili głodować i żyć pod mostem, co oni kwitowali zwykłym stwierdzeniem, że skoro wielki Bóg chce, aby tak żyli, to najwidoczniej ma jakiś plan i nie wolno się temu przeciwstawiać. Ponadto, to przecież sam Bóg chce, aby oni tak żyli, czego najlepszym dowodem może być fakt, że tak właśnie żyją, bo gdyby Bóg nie chciał, aby tak żyli, to już dawno by im pomógł, a skoro tego nie robi, to najwidoczniej muszą tak żyć i nie powinni nawet myśleć o tym, aby spróbować w jakikolwiek sposób poprawić swój los. Jedyne więc, co te kreatury umiały powiedzieć ludziom w takiej sytuacji, to kazać im się modlić, czcić cesarza i wierzyć w to, że w niebie to wszystko zostanie im kiedyś wynagrodzone. Ponadto jeszcze te podłe kreatury ośmielały się nawet wpływać na politykę i dyktować władcom swe plany na rządy. Ludwik to wszystko wiedział i był świadomy, że dopóki Kościół będzie tu posiadał tak dużą pozycję polityczną, reformy pozostaną nadal w sferze marzeń.
Na szczęście w Bawarii sytuacja wyglądała inaczej. Tam rola Kościoła prawie w ogóle nie była znacząca. Wpływ niemieckiej, protestanckiej kultury był tam na tyle duży, że owa zgniła instytucja, jak ją nazywał Ludwik, znała swoje miejsce i nie próbowała się wychylać z obawy, że straci i te resztki autonomii, jakie posiada z woli Maksymiliana II. Ludwika bardzo to cieszyło, ale uważał, że to jest dopiero  początek zmian, jakie to trzeba wprowadzić w jego ojczyźnie. Nie był mu jednak obojętny los Austrii, gdzie przecież spędził sporą część życia i której lud bardzo, ale to bardzo potrzebował zmian na lepsze. Dlatego miał nadzieję na rozmowę z Franciszkiem, któremu przedstawi swoje poglądy i spróbuje go do nich przekonać. Wiedział, że co prawda jest to człowiek, który długi czas był pod wpływem matki, strasznej konserwatystki, ale przecież on również studiował za granicą, na pewno poznał tam liberalne poglądy i na pewno sporo z nich zostało w jego głowie. Warto by było z tego skorzystać i namówić go na to, aby zaczął wprowadzać zmiany. Nie oczywiście wszystkie naraz, ale kolejno jedną po drugiej, aż stopniowo ograniczy on władzę kleru i konserwatystów, którzy pchają to imperium ku upadkowi, a co gorsza, nie mają o tym pojęcia, czy może raczej nie chcą mieć o tym jakiekolwiek pojęcia. Zadufani oraz przekonani o swojej całkowitej nieomylności doprowadzali cesarstwo na skraj wojny domowej, na której to tylko skorzystają obce mocarstwa. Dlatego zmiany są potrzebne i dlatego Franciszek Józef musi go wysłuchać. Musi wiedzieć, co się dzieje na jego podwórku, zanim będzie za późno i straci wszystko, na co tak długo pracował.
Rozmyślania Ludwika nad tym wszystkim, przerwało nagłe pukanie do jego drzwi. Spojrzał w ich kierunku, nadal jednak jeszcze zamyślony i rzekł:
- Proszę.
Do pokoju wszedł lokaj, zapowiadając przybycie Jej Wysokości, księżniczki Elżbiety Amelii Eugenii von Wittelsbach proszącej o rozmowę z Jego Wysokością, księciem Ludwikiem von Wittelsbach, następcą tronu Bawarii. Gospodarz pokoju uśmiechnął się, rozbawiony tym sposobem poinformowania go, że odwiedzić go chce jego kuzynka i powiedział:
- Niech wejdzie.
Lokaj ustąpił miejsca Sissi, która weszła do pokoju bardzo rozbawiona, po czym z miejsca zawołała wesoło:
- Przyjaciele mówią do mnie „Sissi”.
Lokaj zamknął za księżniczką drzwi i Ludwik został z nią sam na sam. Sissi z kolei po prostu pękała ze śmiechu.
- Widziałeś tę jego minę? Jaki poważny i jaki sztywny. Jakby kij połknął. A do tego jeszcze ten cały protokół. Nie mógł powiedzieć, że przybywa księżniczka Elżbieta, nie! On musiał pełne moje nazwisko ci zaanonsować. Po prostu żarty, jak babcię kocham.
- Co chcesz? Etykieta pamiętająca jeszcze czasy XVI wieku - odpowiedział jej Ludwik, również się uśmiechając - Dla mnie ona też jest beznadziejna i mam nadzieję, że Franciszek ją kiedyś zmieni, bo inaczej nie wiem, czy będę tu często bywał. Jako człowiek z natury wolny, nie lubię być niewolnikiem sztywnych reguł.
- Ja tak samo - odparła na to Sissi i zaczęła uważnie przyglądać się kuzynowi - A pomijając to wszystko, to jak ci się podoba w Schonbrunnie?
- Średnio. Od mojej ostatniej wizyty raczej niewiele się tu zmieniło. I w tym sęk. Europa idzie do przodu, zaś tutaj ludzie ciągle tkwią w sztywnych zasadach sięgających epoki średniowiecza. No, może trochę późniejszych.
- Średniowiecze. Dobre określenie. Naprawdę to jest zupełnie inny świat. Ten twój lokaj jest najlepszym przykładem. Zamiast mnie tu wpuścić, jak normalnego człowieka w każdym normalnym miejscu by wpuścił, musiał mnie zaanonsować.
- Bo jestem następcą tronu i to dlatego. Koronowane głowy zawsze tak mają. Przed drzwiami czeka sługa, aby poinformować, kto przyszedł. Ty jesteś zaś prostą księżniczką, dlatego ciebie to nie obejmuje. Ale spokojnie, jak tylko zaręczysz się z Karolem, to będziesz miała podobne sytuacje i to codziennie.
- No właśnie, a propos tych zaręczyn - powiedziała Sissi i z miejsca całkiem spoważniała - Chciałam z tobą porozmawiać, o ile masz oczywiście czas.
- Naturalnie. Ja dla ciebie zawsze mam czas, kuzyneczko.
- Dziękuję. Właśnie dlatego byłeś moim ulubionym kuzynem.
Sissi obdarzyła Ludwika czarującym uśmiechem, on zaś poczuł się dziwnie z tego powodu zmieszany. Już ostatnio, kiedy był u rodziny Sissi, to widok jego tak uroczej i słodkiej kuzynki zrobił na nim ogromne wrażenie, ale teraz wrażenie owo było dużo silniejsze. Ludwik nie spodziewał się, że jego mała kuzyneczka, którą pamięta z dziecinnych lat, może wyrosnąć na tak piękną i czarującą młoda kobietę. Nie wiedział, jak ma się z tym czuć. To było dla niego coś zupełnie nowego.
- Usiądź więc i opowiadaj - powiedział po chwili Ludwik, wskazując dłonią krzesło.
Sissi usadowiła się na nim i patrząc z uwagą na kuzyna, zaczęła mówić:
- Chodzi o te zaręczyny. Nie wiem, co mam zrobić. Ja i Karol nigdy jakoś nie byliśmy sobie specjalnie bliscy. Owszem, lubiłam go zawsze, ale nigdy aż tak, jak Franciszka i przy tym nie mogę powiedzieć, żeby podobał mi się on teraz.
- Doprawdy? A to ciekawe - odpowiedział dowcipnie Ludwik - O ile dobrze wiem, wszystkie damy dworu za nim szaleją i wzdychają.
- Damy dworu może tak, ale ja nie. I w tym właśnie sęk. Nie czuję do niego nic poza przyjaźnią i pewną sympatią. Ale dla mnie to za mało, aby przyjąć jego oświadczyny. Tylko widzisz, wydaje mi się, że moi najbliżsi tego właśnie ode mnie oczekują. A zwłaszcza ciocia Zofia.
- A twoja mama?
- Ona nie chce niczego na mnie wymuszać. Ale na pewno chce, żebym wyszła za mąż, póki jest na to odpowiednia pora. Bo przecież jeszcze kilka lat i co? I będę starą panną.
- Nie przesadzaj. Stara jeszcze długo nie będziesz. A co do tych zaręczyn, to nie sądzisz, że jeżeli nie kochasz Karola, to wychodzenie za niego za mąż byłoby oszustwem wobec niego i wobec siebie samej?
Sissi załamana spuściła oczy i nie wiedziała, co ma na to odpowiedzieć. Jej kuzyn zaś zaczął się jej uważnie przyglądać, jakby chciał wyczytać z twarzy Sissi to, co tak usilnie próbowała ona ukryć.
- A zatem?
- Wiesz, w innych okolicznościach pewnie bym przyjęła jego oświadczyny, bo w końcu Karol nie jest wcale taki zły i zapewne z czasem nauczyłabym się, jak go kochać. Bo na pewno nie może to być takie trudne, prawda?
- Może być trudniejsze niż ci się wydaje, Sissi. Nauczenie się miłości to jest najtrudniejsza ze wszystkich nauk świata. Ale mówisz, że zapewne w jakiś innych okolicznościach byś za niego wyszła. Co masz na myśli? Jakie są te okoliczności, które ci to uniemożliwiają?
- Bo widzisz, ja... Ale nie śmiej się ze mnie, proszę.
- Nie mam zamiaru. Mów śmiało.
- I nie możesz tego nikomu powiedzieć.
- Nikomu nie powiem, skoro o to prosisz. Mów zatem.
- Widzisz, Ludwiku... Ja... Chodzi o to, że ja... Ja już jestem zakochana.
Ludwik uśmiechnął się delikatnie. Zaczął powoli domyślać się, do czego Sissi zmierza i ucieszyło go to, że ona właśnie jemu chce powierzyć tak ważny sekret. Gdy była dzieckiem, tylko trzy osoby były jej tak bliskie, aby mogła im powierzyć swoje tajemnice: Nene, Franz i on. Jeżeli jednak teraz nie mogła ani tej pierwszej, ani tej drugiej osobie opowiedzieć tego, co opowiadała jemu, to biorąc pod uwagę to, co Ludwik wiedział o całej sprawie, wszystko mu układało się w tylko jedno, jedyne możliwe rozwiązanie.
- Jesteś zakochana we Franciszku, prawda?
Sissi spojrzała na niego zdumiona. Nie spodziewała się po nim, że odgadnie to tak szybko. Zawsze był bystry, ale teraz ta bystrość lekko ją zaniepokoiła.
- Jak to odgadłeś?
- To nie było znowu takie trudne. Prosta logika, Sissi. W dzieciństwie miałaś trzy bliskie sobie osoby, którym wszystko mogłaś powiedzieć: Nene, Franciszka i mnie. Jeżeli do mnie przychodzisz i mówisz coś takiego, a nie mówisz tego tym pozostałym, to znaczy, że dotyczy to ich. A jedyna rzecz, jaka dotyczy ich obojga, to ich zaręczyny, jakie mają się jutro odbyć. Wspomniałaś, że jesteś zakochana, a zatem, dodając to wszystko wywnioskowałem, że kochasz Franza.
Sissi uśmiechnęła się do niego serdecznie, a Ludwik poczuł jakieś dziwnie ukłucie w sercu. Dlaczego tak dziwnie się czuł w towarzystwie swojej małej Sissi? Jeszcze nigdy nie budziła w nim tak skomplikowanych emocji. Zawsze po prostu była jego małą, kochaną kuzyneczką. Co się teraz zmieniło?
- Nic się nie zmieniłeś, Ludwiku. Jesteś nadal niezwykle bystry.
- Doprawdy? O ile dobrze pamiętam, nazwałaś mnie w dzieciństwie dużym głupkiem.
Sissi parsknęła śmiechem i powiedziała pospiesznie:
- Proszę cię. Miałam wtedy osiem lat i ledwie odrosłam od ziemi. Poza tym, to było tylko raz. Ale wiesz, że zawsze byłeś moim ulubionym kuzynem.
- Wiem i cieszę się, że nadal nim jestem.
- I zawsze nim będziesz. Ale poradź mi, proszę, co ja mam robić? Czy mam powiedzieć publicznie, że kocham Franza i zniszczyć plany matrymonialne mamy i cioci Zofii? Mam skrzywdzić Nene? Przecież ja widzę, jak ona na niego patrzy. Jest nim zachwycona. Poza tym, ona pasuje do tego świata, a ja nie. Ludwiku, co ja mam zrobić?
Ludwik westchnął głęboko. Problem istotnie był dosyć poważny i raczej nie należał do takich, które łatwo rozwiązać. Zastanowił się przez chwilę, po czym z uwagą spojrzał w kierunku Sissi, a jego spojrzenie utkwiło w jej oczach. Były one po prostu przecudne. Podobnie jak delikatny nosek, różowe policzki i te piękne, puszyste włosy. Tak, Sissi była przeurocza i przepiękna. Temu nie można było w żaden sposób zaprzeczyć. Ale też była w rozterce i potrzebowała jego pomocy. Z tego też powodu, Ludwik otrząsnął się z zachwytów nad urodą Sissi i rzekł:
- Moim zdaniem, nie powinnaś chwilowo nic robić. Jeżeli Franciszek też cię kocha, tak jak ty jego, sam będzie wiedział, co należy zrobić. Jeżeli nie, to cóż... Z czasem uczucie do niego minie ci, a ty może odnajdziesz szczęście z Karolem. Ale nie musisz wychodzić za Karola. Możesz odrzucić jego oświadczyny, lecz przy tej okazji nic nie mówić o swoim uczuciu do Franciszka.
- A jeżeli on czeka na znak z mojej strony? Możesz pierwsza powinna więc wykonać jakiś ruch?
- Nie sądzę, żeby to było właściwe. Ten ruch powinien wykonać on. O ile on też ciebie kocha. Bo jeżeli nie, to nie warto tracić na niego czas.
- Nie wiem, co on do mnie czuje. Wydaje mi się, że odwzajemnia to uczucie, które do niego żywię, ale co, jeżeli jestem w błędzie? Jeżeli to tylko i wyłącznie moja wyobraźnia? Może tylko sobie coś uroiłam?
- Moja rada jest prosta: nie przyjmuj oświadczyn Karola, jeżeli go nie chcesz. Ale w sprawie Franciszka, pozwól jemu zadziałać. Jeżeli cię nie kocha lub kocha, ale mimo to wybierze inną, to znaczy, że nie był wart twoich łez i zainteresowania. A jeżeli cię szczerze kocha, będzie wiedział, co ma zrobić.
Sissi ponownie uśmiechnęła się do kuzyna, dziękując mu przy tym za radę, która wydała jej się bardzo mądra i jednocześnie jedyna słuszna. Rozejrzała się z ciekawości po pokoju Ludwika, a jej wzrok padł na książkę która leżała na stoliku. Zaciekawiona podeszła, biorąc do ręki owo tajemnicze źródło wiedzy, aby mu się lepiej przyjrzeć.
- „O potrzebie reform”. Ciekawie brzmi - powiedziała - Czytasz to, czy może chcesz dać komuś do czytania?
- To drugie - odpowiedział jej Ludwik.
Sissi przyjrzała się okładce książki i przeczytała napisane na niej nazwisko autora.
- Johannes Chronist. To jakiś nowy pisarz?
- Owszem, pisze od niedawna.
Widząc tajemniczy uśmiech na twarzy Ludwika, Sissi zaczęła się domyślać, o co tu chodzi. Zbyt dobrze znała kuzyna i jego zapędy artystyczne, aby nie odkryć tego faktu.
- Ty to napisałeś, prawda? - bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Jak widzę, twoja uroda dorównuje twojej inteligencji - odparł na to Ludwik.
Sissi zarumieniła się delikatnie, pod wpływem tego komplementu, po czym z ciekawością zaczęła wertować stronice książki, przyglądając się z uwagą jej treści.
- Wygląda bardzo ciekawie. Chcesz to komuś dać?
- Owszem, Franciszkowi. Może wyciągnie z tego pożyteczne wnioski.
- Może. Mam tylko nadzieję, że nie atakowałeś wprost sposobu, w jaki rządzi on cesarstwem, bo raczej tym go nie zachęcisz do lektury.
- Spokojnie. Nie operuję tutaj nazwiskami, tylko faktami, które nie można w żaden sposób zlekceważyć.
- To dobrze. Będziesz się z nim dzisiaj widział?
- Tak. Prosił, żebym przyszedł do niego wieczorem. Chyba chce o czymś ze mną porozmawiać.
- Rozumiem - Sissi odłożyła książkę na stolik i spojrzała uważnie na Ludwika - Tylko proszę, nie wspominaj mu o tym, o czym przed chwilą rozmawialiśmy.
- W porządku, jak sobie życzysz.
- Dziękuję ci, Ludwiku. Jesteś kochany, jak zawsze zresztą.
To mówiąc, podeszła do kuzyna i czule pocałowała go w policzek, po czym wyszła z pokoju, dziękują za radę i za to, że chciał ją wysłuchać. Ludwik patrzył, jak się oddala, a w sercu poczuł dziwne uczucie, którego nie umiał wyjaśnić. Coś, czego nigdy nie czuł do swojej małej kuzynki, a co nagle zaczęło wyraźnie mu dokuczać i nie pozwalało mu patrzeć na nią tak samo, jak kiedyś. Szybko jednak otrząsnął się z tych myśli i rzekł sam do siebie z gniewem:
- Ech, Ludwiku. Ty naprawdę jesteś dużym głupkiem. Przecież ona nigdy nie darzyła cię niczym innym jak przyjaźnią. I nadal darzy.
Mimo tych gorzkich słów prawdy, nie był w stanie zapomnieć, jak słodko się Sissi uśmiechała i jak cudowne ciepło wywołało to zjawisko w jego sercu.

***

Godzinę później Ludwik siedział w gabinecie Franciszka Józefa, który usiadł naprzeciwko niego z niezwykle poważną i poruszoną zarazem miną na twarzy.
- Dziękuję ci, że przyszedłeś, ponieważ mam do ciebie sprawę, której jednak nie mogę nikomu innemu powiedzieć.
Kolejne sekrety i tajemnice, pomyślał sobie Ludwik. Zapewne chodzi o Sissi. Dlaczego nie mogą normalnie ze sobą o tym porozmawiać, tylko korzystają ciągle  z pośredników?
- Co to za sprawa? - zapytał głośno.
- Chodzi o jutrzejszy bal zaręczynowy - powiedział Franciszek.
Wiedziałem, pomyślał Ludwik. Głośno zaś odparł:
- Słucham cię zatem.
- Jak zapewne dobrze wiesz, jutro mam oficjalnie zaręczyć się z Nene. To ma nastąpić w trakcie balu. Obawiam się jednak, że nie będę w stanie tego zrobić.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie kocham Nene. Kocham inną.
- Czyżby... Sissi?
Franciszek spojrzał na niego niezwykle poważnie i delikatnie skinął głową.
- Otóż to. I nie wiem, co mam zrobić.
- A co tu nie wiedzieć? Powiedz Sissi, co do niej czujesz, powiedz Nene, że jej nie kochasz, pobierz się z Sissi i żyjcie długo i szczęśliwie.
Cesarz rozłożył delikatnie ręce, po czym wstał z krzesła i zaczął przechadzać się po pokoju.
- Żeby to było takie proste, Ludwiku. Gdybym był następcą tronu Bawarii, to mógłbym spokojnie tak postąpić. Ale ja jestem cesarzem wielkiego imperium. Ja nie mogę tak swobodnie podejmować decyzji bez dobrego ich przemyślenia.
- Więc je przemyśl na spokojnie.
- Robię to cały czas i niestety, nic mądrego nie przychodzi do głowy. Bardzo chcę być z Sissi, ale nie wiem, co ona do mnie czuje. Czy mnie kocha tak, jak ja kocham ją? I czy ona odnajdzie się tutaj, w tym świecie? W tym świecie pełnym tradycji i zasad, jakie mogą tłamsić jej wolną naturę?
- Wobec tego zmień te tradycje, skoro one są tłamszące.
- Mam tak lekką ręką zmienić wielowiekowe już tradycje, ustanowione przez moich przodków?
- No, to skoro tradycje przodków są dla ciebie ważniejsze od Sissi, to co ja ci mogę tu poradzić?
Franciszek spojrzał na niego groźnie i powiedział ze złością:
- Sądziłem, że chcesz mi pomóc.
- Chcę ci pomóc, ale nie umiem tego zrobić, kiedy ty sam nie wiesz, czego ty chcesz. Co ja wobec tego mogę ci poradzić?
- Nie rozumiesz, że to sprawa jest o wiele bardziej złożona? Ten świat stoi na niezwykle silnych fundamentach od setek lat. Nie mogę ich tak po prostu zmienić w jednej chwili i ryzykować, że wszystko, co budowali moi przodkowie zawali się.
- Nie mówię ci, że masz to wszystko zrobić w jednej chwili. Ja jestem także przeciwnikiem zmian rewolucyjnych. Wszystkie zmiany muszą być wprowadzane stopniowo, to prawda, ale one muszą mieć miejsce.
- Wiem o tym, ale z drugiej strony, czy aby na pewno one nie zniszczą Austrię i dzieło rąk poprzednich cesarzy?
- Austrię niszczy to, że świat stopniowo idzie do przodu, a wy ciągle tkwicie jeszcze w średniowieczu - powiedział ze złością Ludwik, wstając z krzesła.
- Ludwiku, ja naprawdę rozumiem potrzebę zmian, ale te reformy mogą tutaj wszystko zniszczyć - odparł na to Franciszek - Przecież przez setki lat w imperium filarami podtrzymującymi ten świat były niezmieniane od lat zasady.
- O tak, zasady i etykieta, które ciebie samego już nieźle drażnią.
- Drażnią i to bardzo, ale mam je zmienić to tak po prostu? Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. Bo przecież, jeżeli te zasady tak długo były dobre dla Austrii i dla całego cesarstwa, to po co je zmieniać?
- Dobre? - prychnął z pogardą Ludwik - Dla kogo niby dobre? Dla ciebie, dla twojego brata i waszej mamusi? Dla tłustych biskupów i kardynałów, chodzących w ornatach i kapiących od złota? Dla panów wyzyskujących swoich chłopów i to niczym niewolników? To rzeczywiście, dla nich to jest dobre. A cała reszta, czyli przeważająca większość poddanych żyje w nędzy i gnije żywcem.
- Biedy nie da się uniknąć - odparł Franciszek.
- Nie da się i owszem, ale można w miarę możliwości z nią walczyć, a to się robi poprzez stwarzanie warunków życia dla poddanych, aby mogli godnie w tym świecie funkcjonować. Ale żeby to zrobić, to musisz najpierw odebrać przywileje osobom, które żerują na twoich poddanych i przy okazji na tobie.
- Ludwiku, ja naprawdę chcę, żeby moi poddani dobrze żyli. Ale Austria to jest wielkie państwo, wielkie imperium stworzone przed laty na pewnych zasadach i jak dotąd dalej na tych zasadach udaje się funkcjonować. Nie mówię, że to są dobre zasady, ale polityka nie może kierować się tylko sentymentem. Poza tym, jak pójdę na ustępstwa, to ludzie zaczną domagać się coraz więcej i coraz więcej, a ten kraj w końcu rozsypie się jak domek z kart i nic nam nie zostanie.
- Wiesz co, Franciszku? Zaczynasz mówić jak twoja matka. Nie sądzisz, że czas już zacząć myśleć samodzielnie? A nie działać pod dyktando mamusi, która to teraz sprzedaje was jak bydło na pastwisku?
- Nie waż się tak mówić o mojej matce! - zawołał ze złością Franciszek - To jest kobieta szlachetna i mądra, chce jedynie dobra Austrii. Przyznaję, że metody, jakimi postępuje nie zawsze mogą się podobać, ale to jest polityka. Ona nigdy nie jest łagodna. Takie prawa polityki.
- Doprawdy? - spytał z kpiną Ludwik - No, skoro tak jest, jak mi mówisz, to ja nie mam nic do powiedzenia więcej w tej sprawie. Ożeń się wobec tego z Nene, złóż siebie na ołtarzu ojczyzny i skrzywdź zarówno siebie, jak i również obie moje drogie kuzynki. Bo przecież w ten sposób skrzywdzisz nie tylko Sissi, ale i Nene, którą poślubisz bez miłości do niej, co ona prędzej czy później odczuje.
- Dlaczego uważasz, że skrzywdzę Sissi? - zapytał zaintrygowany Franciszek, uważnie mu się przyglądając - Czyżbyś wiedział o czymś, o czym ja nie wiem?
Ludwik zrozumiał, że powiedział trochę za dużo. W innych okolicznościach to by bez wahania i wprost rzekł do Franciszka, że Sissi go kocha i chce z nim być. Ale przecież dał jej słowo, że nic nikomu nie powie i dlatego musiał zachować tajemnicę, chociaż nie sprawiało mu to wcale przyjemności.
- Ja tam nie chcę się mieszać między wasze sprawy bardziej niż to konieczne - powiedział z lekką złością w głosie - Uważam, że sami powinniście między sobą wyjaśnić to, co was łączy, a co nie łączy. Ja wam nie pomogę.
- Nam? Czyli nie tylko mnie, ale i Sissi?
Franciszek podbiegł do Ludwika, łapiąc go za ramię i patrząc mu uważnie w oczy, chcąc wyczytać z nich prawdę.
- Powiedz mi prawdę, Ludwiku! Sissi mnie kocha, prawda?
Ludwik nie chciał nic powiedzieć, jednak jego oczy były aż nadto wymowne. Książę bawarski, widząc, że oto zostaje przejrzany na wylot, wyrwał się z uścisku cesarza i powiedział:
- Znasz Sissi już tak długo i nie wiesz, co ona do ciebie czuje? Nie umiesz dostrzec tego już po samym jej wzroku?
Nie chciał złamać danego słowa, ale mając powoli dość tajemnic, do których go zobowiązano, postanowił dać wskazówkę Franciszkowi. Liczył na inteligencję z jego strony i na szczęście się nie zawiódł w tej sprawie. Cesarz uśmiechnął się do niego serdecznie i powiedział:
- A więc ona mnie kocha!
- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. I tak już powiedziałem zbyt wiele.
- A zatem ona mnie kocha! Boże, Ludwiku! Uczyniłeś mnie szczęśliwym!
- Możliwe, ale czy Sissi też? Tu już mam poważne wątpliwości.
Franciszek natychmiast szybko spoważniał.
- Racja - powiedział - Przecież ona nienawidzi sztywnych zasad etykiety i nie byłaby w stanie czuć się pośród nich szczęśliwa. Ja sam mam jej powoli dosyć, ale tak po prostu wszystko do góry nogami wywrócić dla mojej ukochanej? Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie. A poza tym, co by na to powiedziała matka?
- Naturalnie, znowu twoja matka - rzucił z lekką złością Ludwik - Ile ty masz lat, aby wiecznie przejmować się tym, co ona powie?
- Nie zapominaj, że wraz z ojcem przygotowywała mnie od zawsze do bycia cesarzem i to w dużej mierze jej zawdzięczam swoją edukację. Dzięki staraniom jej i ojca jestem teraz tym, kim jestem. Ojca już nie ma i jest tylko ona. Nie mogę jej tak po prostu zlekceważyć ani tym bardziej jej zdania. Poza tym, ja bardzo chcę zmian, ale się ich obawiam. Wiesz przecież, co zrobiono we Francji, kiedy chciano wprowadzić zmiany od razu, w sposób gwałtowny, prawda?
- Mówisz o rewolucji, a przecież ja cię do niej nie namawiam. Ja cię jedynie namawiam do tego, abyś rozpoczął swoje rządy od zmian łagodnych i spokojnych, które potem przerodzą się w poważne reformy nad całym krajem. I tylko proszę, nie zaczynaj mi mówić, że nie powinno się zmieniać tego, co dobre, bo już wiemy obaj, komu jest tak naprawdę w tym kraju dobrze. A zresztą, w jakim niby kraju? Chyba raczej w jednym wielkim imperium, który twoi zdegenerowani przodkowie, żeniącymi się wiecznie z krewnymi dla zachowanie czystości krwi, zbudowali na cudzej krzywdzie. A co? Może zaprzeczysz? Może powiesz mi, że to wszystko dał wam Bóg, bo byliście tacy mądrzy i wam się to należało?
- Nie. Imperia nie tworzy się miłością, tylko podbojami i sprawną polityką - odrzekł na to spokojnie Franciszek - I wiem doskonale o tym, jak moi przodkowie potrafili być zdegenerowani, jak to raczyłeś powiedzieć. Uwierz mi, bez większej chluby uczyłem się o ich losach, kiedy byłem dzieckiem. Zawsze mnie przerażali. Ale mimo swoich wad, umieli utrzymać to imperium tyle lat, nie zmieniając w nim niczego. Skąd więc pewność, że teraz zmiany są konieczne? Czuję, że tak jest, ale nie mam do tego pewności. A jako cesarz nie mogę podejmować decyzji, co do których nie mam pewności, że są dobre.
- Nie oczekuję od ciebie, że wywrócisz całe imperium do góry nogami. Ja cię tylko proszę, abyś pomyślał nad tym, co ci powiedziałem. Zmiany w naszym życiu są konieczne, choć nie zawsze takie, jakie byśmy chcieli. Ale one muszą prędzej czy później nastąpić. Dlatego, skoro już poprosiłeś mnie o radę, oto ona: wyznaj Sissi, co do niej czujesz i oboje bądźcie szczęśliwi. A potem zacznij wprowadzać w życie zmiany na dworze i w imperium. Zacznij małymi kroczkami, wtedy nikt ci nie będzie miał tego za złe. Przeciwnicy reform nawet tego nie zauważą. Dopiero wtedy się zorientują, gdy będzie już za późno i zmiany ruszą. Ale wtedy nie będą już mogli nic zrobić. Zmień surową etykietę, zmień złe prawa, nie od razu, ale tak stopniowo. Zrób to, a gwarantuję ci, że wszyscy poddani będą cię kochać.
Franciszek uśmiechnął się, usiadł przy biurku i delikatnie potarł sobie dłonią skroń, mówiąc przy tym:
- Och, Ludwiku. Za krótko studiowałem za granicą, jak widzę. Nie rozumiem jeszcze wielu rzeczy, które dla ciebie są takie proste i oczywiste. Widzę, że muszę wiele się jeszcze nauczyć. Za szybko zostałem cesarzem. O wiele za szybko.
- Owszem, ale nigdy nie jest za późno na naukę - odparł Ludwik i położył na biurku przed nim swoją książkę - Proszę, to powinno ci pomóc zrozumieć wiele rzeczy. Oczywiście, nie jest to jedyna książka, z jaką powinieneś się zapoznać, ale na dobry początek ta jest idealna.
Franciszek przyjrzał się książce, otworzył ją i zajrzał do jej treści.
- Ciekawe. Bardzo ciekawe. Na pewno to przeczytam. Ale chyba jej autor, to nie jest jakiś radykał, prawda?
- W żadnym razie. Po prostu liberał widzący potrzebę zmian i opisujący, jak to on je sobie wyobraża. Tylko tyle i aż tyle.
- Rozumiem. Dziękuję ci, Ludwiku. A co do balu, to mam nadzieję, że się na nim zjawisz.
- Oczywiście, że tak. Jestem przecież gościem honorowym.
- Otóż to, przyjacielu. Bądź na nim koniecznie. Być może niejedno na tym balu cię zaskoczy.
Widząc zadowoloną twarz Franciszka, który jeszcze przed chwilą nie był tak do końca pewien, co powinien zrobić, Ludwik poczuł lekki niepokój. Co on chciał zrobić? Jakie były jego plany? Czy aby nie skrzywdzi nimi Sissi i Nene? Oby tylko nie zrobił niczego głupiego.
A swoją drogą, oni oboje zachowują się jeszcze jak dzieci, myślał Ludwik, gdy opuszczał gabinet Franciszka. Zamiast normalnie ze sobą porozmawiać, to ciągle od siebie się odsuwają i korzystają z pomocy pośredników. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, mieszając się w ich sprawy. Boję się, że chcąc im pomóc, tylko jeszcze bardziej namieszałem.

***

Następnego dnia odbył się w godzinach wieczornych wielki bal, na który to zostali zaproszeni wszystkie znamienite rody w Austrii. Nikogo, kto liczył się w tym świecie, nie mogło tutaj zabraknąć. Książęta, hrabiowie, baronowie z żonami i dziećmi zjawili się na tym balu, aby zobaczyć, kim jest ta kobieta, która skradła serce samego cesarza i z którą zamierza wstąpić w związek małżeński. Co prawda, nikt nie wiedział, o jaką damę tu chodzi, a sama arcyksiężna Zofia siedziała w tej sprawie cicho i nic nikomu nie chciała powiedzieć. Na wszelkie zaś nagabywania odpowiadała jedynie, że to niespodzianka i wszyscy już niedługo się przekonają, o kogo tu chodzi.
Ludwik też zjawił się na tym balu, ale w przeciwieństwie do pozostałych osób obecnych na sali, nie specjalnie się bawił, a jedynie obserwował Franciszka, który miał niezwykle tajemniczą, ale i bardzo zadowoloną z siebie minę. Obserwował też Sissi, tańczącą raz z Franzem, raz z Karolem, a innym razem z jakimiś panami z Wiednia. Po jej minie trudno było wywnioskować, czy się cieszy, czy też nie. Jej suknia była biała z ładnymi dodatkami, ale rzecz jasna dużo skromniejsza od sukni Nene, która zgodnie z planami Zofii musiała błyszczeć na tym balu i pod żadnym pozorem nie wolno jej było być gorszą od swojej młodszej siostry. Pomimo to w oczach Franciszka, to właśnie Sissi była prawdziwą perłą tego balu. Nie, aby Nene była brzydka. Broń Boże! Mało było tutaj dam dorównujących jej urodą, jednak Sissi miała w sobie to coś, co sprawiało, że niektórzy obecni tu panowie, z samym Ludwikiem, albo nie umieli oderwać od niej wzroku, albo też robili to niezwykle rzadko. Jej piękno, tak naturalne i urocze, jej czarujący uśmiech, jej piękne oczy i szczerość w ruchach, wskazywały na brak jakiekolwiek sztuczności i całkowite bycie sobą. To była ta magia, która przyciągała do niej kawalerów.
Sissi właśnie zakończyła taniec z jednym z tancerzy i podeszła do Ludwika, którego obdarzyła przyjacielskim uśmiechem.
- Jak się bawisz, kuzynku? - zapytała.
- Tak sobie. Bal jak bal. Widziałem lepsze - odpowiedział Ludwik.
- Ja też. Miło jest, ale trochę źle się tu czuję, bo prawie nikogo tu nie znam.
- Ja też czuję się tu nie najlepiej, ale dlatego, że znam tu prawie wszystkich i to uwierz mi, wcale nie od tej dobrej strony.
Sissi uśmiechnęła się do niego serdecznie, a gdy przeszedł koło nich kelner z tacą, wzięli oboje kieliszki pełne szampana i lekko się nimi stuknęli.
- Zdrowie ludzi uczciwych i szczerych - powiedziała Sissi - Obyśmy nigdy nimi nie przestali być.
Ludwik odpowiedział jej życzliwym spojrzeniem i oboje wypili łyk napoju, a po chwili dopili go do końca.
- Rozmawiałaś z Franciszkiem? - spytał książę bawarski.
- A niby o czym? - zapytała Sissi.
- No wiesz. O tym, co ty i on...
Sissi syknęła delikatnie i rozejrzała się, czy nikt nie patrzy. Upewniwszy się, że nikt ich nie słucha, odparła:
- Powiedziałeś, że powinnam czekać na jego ruch, a on go nie wykonał. Ja nie zamierzam więc na niego czekać.
A więc z nią nie rozmawiał, pomyślał Ludwik. Dlaczego więc jest tak bardzo z siebie zadowolony? To wszystko jest jakieś podejrzane.
- Zatem, co zamierzasz? - zapytał po chwili.
- Nie wyjdę za Karola. Lubię go, ale nic poza tym - odpowiedziała mu Sissi - I nie będę stawać na drodze do szczęście Nene. Zobacz tylko, jaka jest szczęśliwa.
To mówiąc, oboje spojrzeli w kierunku Heleny, stojącej właśnie obok cesarza i rozmawiającej z nim wesoło. Na jej twarzy malował się uśmiech, a w jej oczach widoczne były iskierki szczęścia.
- No popatrz tylko na nich - rzekła Sissi - Oboje idealnie do siebie pasują. Jak ja mogłabym zniweczyć ich szczęście?
- Nie wiem, czy to takie szczęście być cesarzem albo jego żoną - stwierdził ponuro Ludwik - Uwierz mi, gdybym nie urodził się synem króla, nigdy bym nim nie chciał zostać.
- Dlaczego?
- Bycie następcą tronu oznacza wiele wyrzeczeń, wiele obowiązków i wiele zmartwień. Chcesz zrobić coś dobrego, jednak popełnij jeden błąd, a konsekwencje mogą dosięgnąć nie tylko ciebie, ale i wielu ludzi. To ogromna odpowiedzialność i nie wiem, czy sam będę w stanie ją kiedyś udźwignąć.
- Na razie nie musisz się tym martwić. Twój ojciec żyje i ma się dobrze.
- Owszem, ale kiedyś to wszystko przejdzie na mnie. Tak wiele będzie wtedy ode mnie zależeć. Od jednej mojej decyzji może być zależny los tylu ludzi.
- Ale możesz przecież ich los odmienić na lepsze.
- Albo na gorsze, jeżeli popełnię błąd.
- Zatem prosta rada. Nie popełniaj ich.
Ludwik uśmiechnął się rozbawiony tym zdaniem.
Chwilę później Sissi dostrzegła, że jej matka daje jej znak, aby podeszła do niej i podobny gest wykonała w kierunku Nene. Obie córki stanęły tuż obok matki, w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków.
Wtedy obok Ludwika stanęła Ilary. Ubrana była w jasnoniebieską sukienkę i była pięknie uczesana.
- Pan jest kuzynem Sissi, prawda? - zapytała.
- Istotnie. A ty kim jesteś, młoda damo? - odpowiedział Ludwik życzliwym tonem, gdyż bardzo lubił dzieci.
- Jestem Ilary i przyjaźnię się z Sissi. Opowiadała mi o panu.
- Naprawdę? A co takiego?
- Podobno jest pan następcą tronu Bawarii i jej najlepszym przyjacielem.
- Jedno i drugie jest prawdą.
- Jak pan myśli, czy Sissi wyjdzie za Karola?
- A chciałabyś, żeby tak było?
Ilary pokręciła przecząco głową.
- Nie. On do niej nie pasuje. On za bardzo lubi kobiety, jeżeli pan rozumie, co ja mam na myśli.
- Doskonale rozumiem, co masz na myśli - odpowiedział Ludwik - Ale może przy Sissi się zmieni?
- Nie wydaje mi się. Mama mówi, że tacy się nie zmieniają.
- Kto wie? Może faktycznie nie? Czas pokaże.
W tej samej chwili marszałek dworu zastukał laską w podłogę i powiedział:
- A teraz pora na ceremoniał wręczenia bukietu kwiatów!
Franciszek Józef wziął wówczas bukiet białych róż od swego lokaja, po czym lekko zachęcony przez matkę gestem ręki powiedział:
- Szlachetni goście, dziękuję wam wszystkim za przybycie. Jak wiecie, nasze tradycje są dla was wszystkich niezmiernie ważne. Ta jednak jest mi szczególnie bliska, ponieważ ten bukiet otrzymać może jedynie jedna z was, drogie panie. Ta, która na niego szczególnie zasłużyła, bo jest prawdziwą perłą tego balu, bez której nie bawilibyśmy się tak dobrze.
Po tych słowach, podszedł do Ludwiki i jej córek, skłonił się delikatnie przed nimi i powiedział:
- Droga ciociu, miłe Heleno i Elżbieto. Wam szczególnie dziękuję za to, że tu jesteście. A oto dowód mojej wdzięczności.
Następnie podał bukiet Sissi, uśmiechając się do niej życzliwie. Widok ten, ku zdumieniu i zarazem konsternacji samej Sissi, wywołał wielkie zdziwienie gości, ale przy okazji też ogromny szok na twarzach Zofii, Ludwiki i Nene. Księżniczka nie była w stanie tego zrozumieć. O co im wszystkim chodzi? Franz publicznie jej wręcza bukiet kwiatów. No i co w tym złego? Zapewne to oznacza, że to ona jest tu królową balu. Nic nadzwyczajnego. Ot, zwykła grzeczność wystosowana wobec dawnej towarzyszki zabaw i nic więcej. Jednak po twarzach Nene, matki i cioci Zofii, Sissi szybko doszła do wniosku, że chyba chodzi tu o coś znacznie bardziej poważnego. Zwłaszcza, że chwilę później Franciszek pocałował ją w rękę, a ludzie zaczęli głośno klaskać.
Ludwik stał z Ilary, patrząc na to wszystko w niemym szoku. A zatem tak to sobie Franciszek obmyślił. Skończony dureń. Upokorzył publicznie Nene i wcale nie sprawił tym przyjemności Sissi. Zapewne jest teraz bardzo z siebie zadowolony i myśli, że jego ukochana też. No cóż... Spotka go gorzkie rozczarowanie.
Nene wybuchła płaczem i uciekła z sali. Sissi zdumiona oddała bukiet matce i pognała za nią. Zatrzymała ją tuż za wejściem do sali balowej.
- Nene, zaczekaj! Co się stało? - zawołała Sissi.
- Zostaw mnie! - krzyknęła Nene, przechodząc na angielski.
Od dziecinnych lat, kiedy obie siostry chciały się porozumieć ze sobą tak, aby je nikt nie zrozumiał, mówiły po angielsku. Sissi szybko zrozumiała, że rozmowa jest poufna i też przeszła na ten język.
- O co ci chodzi, Nene? Co się stało? Dlaczego wybiegłaś z sali?
- Jak mogłaś mi to zrobić? Jak mogłaś mnie tak upokorzyć! - krzyczała Nene.
- O co ci chodzi? O ten bukiet? Jak chcesz, mogę ci go oddać.
- Ty naprawdę nic nie rozumiesz, czy tylko udajesz? Nie wierzę, że możesz być aż tak głupia. Uknuliście to z Franciszkiem, żeby mnie upokorzyć!
- Co cię tak upokarza? Że mnie pocałował w rękę? To taka zbrodnia?
- Ty naprawdę nic nie rozumiesz? On okazał ci w ten sposób miłość! Na tym balu miał wręczyć bukiet tej, którą prosi o rękę. Miał go dać mnie, a dał go tobie!
Do Sissi dopiero teraz dotarło, co się stało. Przerażona złapała się za serce, po czym oparła o ścianę, bo z doznanego szoku zakręciło jej się w głowie. A więc tak sprawa wyglądała. Dlaczego jednak Franciszek to zrobił? Czyżby to oznaczało, że ją kocha? Ale... Jeżeli tak, to czemu z nią nie porozmawiał? Czemu nie zapytał jej o to, co ona do niego czuje? Dlaczego postawił ją przed faktem dokonanym?
- Nene, ja ci przysięgam. O niczym nie wiedziałam.
- Nie wierzę ci, Sissi. Jestem pewna, że oboje to sobie zaplanowaliście! Jak ty mogłaś? I to moja rodzona siostra!
Po tych słowach, Nene uciekła z pokoju, a Sissi wybuchła płaczem czując, że cały świat wali jej się na głowę.
Nie wiedziała, że w tej samej chwili, barona Helga von Tauler potajemnie się wymyka z sali balowej, podchodzi do jednej ze ścian, pociąga znajdujący się tam mały uchwyt na świeczkę i otwiera w ten sposób tajne przejście, przez które zaraz weszła, zamykając je za sobą ostrożnie. Następnie zapala zabraną ze sobą świeczkę i oświetlając sobie nią drogę, idzie korytarzem do samego końca, po czym puka i na zadanie mrocznym tonem pytanie, odpowiada:
- To ja, Helga.
- Wejdź, moja droga - padła odpowiedź.
Kobieta weszła do pokoju, a wtedy doskoczył do niej pies rasy mastiff, który to zawarczał groźnie w jej kierunku.
- Cicho, Demon! Uspokój się!
Na dźwięk tego mrocznego głosu, pies uspokoił się i natychmiast powrócił na swoje miejsce. Helga von Tauler skierowała zaś wzrok w kierunku sporego biurka, za którym siedział wysoki, chudy mężczyzna około sześćdziesiątki, łysawy z tylko lekkimi kępkami włosów po bokach. Jego twarz była trupioblada, w dłoni trzymał laskę z gałką w kształcie głowy orła. Ubiór miał jasnozielony i ponury, jak on sam.
- Co cię sprowadza? - zapytał mężczyzna - Wydaje mi się, że powinnaś być teraz na balu.
- Byłam, ale stało się coś niezwykłego. Uważam, że Ekscelencja powinien o tym wiedzieć.
- Cóż to takiego?
- Franciszek Józef zaręczył się.
- Nic nadzwyczajnego. Przecież miał na tym balu to zrobić.
- Ale on nie poprosił o rękę Heleny, tylko Elżbietę.
- Jej młodszą siostrę?
- Tak. On chyba kompletnie zwariował. Przecież ta mała, głupiutka gąska nie nadaje się na jego żonę. To wieśniaczka bez manier i klasy.
- Skoro tak, to dlaczego to zrobił?
- Widocznie się w niej zakochał. Liczę jednak, że Zofia wyperswaduje mu to z głowy.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej złośliwie i odpowiedział:
- Spokojnie, moja droga. Spokojnie. Może jeszcze nie wszystko jest tak złe, jak się wydaje. Może nawet to lepiej, że tak się stało?
- Ale jak to lepiej? - spytała baronowa - To przecież krzyżuje wszystkie nasze plany.
- Wcale ich nie krzyżuje. Przeciwnie, może nawet wzmacnia.
- Nie rozumiem.
- Jeżeli cesarz jest zakochany, skupi się na swojej wybrance i zaniecha planu reform, które mogą zaszkodzić państwu i naszym działaniom. Obserwujmy zatem te nasze zakochane gołąbki i zobaczmy, co wyjdzie z ich uczucia. Być może tylko na tym skorzystamy.
- A jeżeli nie? Jeżeli ta mała nam zaszkodzi?
Mężczyzna uśmiechnął się tylko tajemniczo i ironicznie zarazem.
- Moja droga baronowo, sama powiedziałaś, że to gąska i do tego głupiutka. Jak ktoś taki mógłby nam zaszkodzić?

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...