
Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na krześle w wozie, w którym mieszkała wraz z wnukami i operowała sprawnie igłą, przyszywając kilka kolorowych wstążek do białych baletek. Mimo swego wieku, Cyganka wciąż miała bardzo sprawny wzrok, dlatego szycie i cerowanie nie stanowiło dla niej żadnego problemu, co było niezwykle przydatne, choćby w obecnej sytuacji, kiedy mogła w ten sposób zarobić nieco pieniędzy dla siebie i swoich bliskich. Cyganie z zasady woleli być niezależni i zarabiać jedynie za pomocą swoich tańców, wróżb czy też pieśni śpiewanych publicznie, co zawsze od początku świata przyciągało ludzi oraz zachęcało ich do sypnięcia groszem utalentowanym Cyganom. Jednak od czasu do czasu trzeba było sięgnąć po inne metody zarobku niż te wyżej wspomniane, co też przyczyniało się do tego, że dorabiali sobie oni niekiedy poprzez najmowanie się do pracy na polu lub do szycia ubrań. I tego właśnie zadania teraz podejmowała się pani Aouda, babcia Miklosa i Shari, którymi troskliwie zajmowała się od śmierci ich rodziców, za co wnuki płaciły jej niezwykle wielką miłością i szacunkiem.
Staruszka skończyła przyszywać wstążki do baletek i zadowolona obejrzała uważnie swoją pracę. Uznała, że wszystko jest z nią jak należy, dlatego skinęła na ten widok z aprobatą i powiedziała:
- Tak, powinni być zadowoleni.
Po tych słowach, skinęła palcem na wnuczkę i kiedy ta podeszła bliżej, podała jej baletki do ręki, mówiąc:
- Wrzuć je do worka, a potem zanieś wszystkie do teatru.
Shari skinęła lekko głową i wrzuciła do worka, w którym było już kilka par butów, jakimi nie tak dawno zajmowała się jej babcia.
- Zaniesiesz buty do pani Anny i odbierzesz od niej zapłatę.
Jej wnuczka spojrzała na nią uważnie. Na twarzy malował się jej wzrok pełen smutku i niepewności, co oczywiście nie umknęło uwagi staruszki.
- O co chodzi, kochanie?
Shari westchnęła głęboko i zapytała:
- Babciu, czy naprawdę ja muszę tam iść? Wolałabym tego nie robić.
- Dlaczego, skarbie?
- Bo tam jest dużo ludzi i wszyscy będą się na mnie patrzeć.
Babcia Aouda uśmiechnęła się z politowaniem do wnuczki i odparła na to:
- Kochanie, przecież jak tańczysz w obozie podczas zabaw, też wszyscy się na ciebie patrzą.
- Tak, ale to przecież jest co innego, babciu - odparła nieśmiało Shari - Wtedy patrzą na mnie tylko moi znajomi, ale tam będą patrzeć na mnie wszyscy ludzie na ulicy, gdy będę szła do teatru. Bo przecież Cyganie nie są wcale częstym widokiem w Wiedniu na ulicy.
Staruszka wybuchła gromkim śmiechem, słysząc te słowa.
- Och, kochanie. Niech się patrzą, ile tylko chcą. Od tego mają oczy, aby one patrzyły na to, co jest najpiękniejsze. A przecież nie ma piękniejszego widoku niż widok tak uroczej istoty jak ty.
- Co też babcia mówi - lekko zachichotała Shari, delikatnie odwracając wzrok na bok, aby staruszka nie widziała jej rumieńca zawstydzenia.
Aouda wstała z łóżka, podeszła do dziewczyny i ujęła ją za oba ramiona, po czym poprowadziła ją do wielkiego lustra, mówiąc:
- Popatrz lepiej, kochanie, a sama zobaczysz, o czym mówię.
Shari nieśmiało spojrzała na swoje odbicie w lustrze i uśmiechnęła się lekko na ten jakże uroczy widok, a jej babcia mówiła dalej:
- Jesteś tak piękna, jak twoja kochana matka, a moja córka, oby jej ziemia już na zawsze lekką była. A nawet ją przerastasz w kwestii urody. Ponadto masz tak dobre serce, które dodaje ci wiele uroku. Nic zatem dziwnego, że ludzie na ulicy się na ciebie patrzą. Ale nic się tym nie przejmuj. Niech patrzą. Niech zazdroszczą. Nigdy ci nie dorównają w najmniejszym nawet stopniu i dobrze to wiedzą, dlatego twoja uroda i urok dźgać ich będą w oczy. A ci, którzy będą cię lubić i podziwiać, to zawsze będą to robić, póki będziesz dalej taka, jaka jesteś teraz. Dlatego bądź zawsze sobą i nie wstydź się tego, kim jesteś. I nie wstydź się ludzkiego wzroku, bo on jest czymś zupełnie naturalnym.
Shari nie wiedziała, czy wierzyć słowom babci, ale mimo to uśmiechnęła się do niej delikatnie i jeszcze raz spojrzała na swoje odbicie, mówiąc:
- Dziękuję, babciu. Cieszę się, że tak mówisz. Jaka szkoda, że inni nie widzą mnie taką, jaką ty mnie widzisz.
- Więcej ludzi tak dobrze o tobie myśli, niż ci się wydaje - odparła babcia - A co do ludzi, którzy mijają cię na ulicy, to nimi się nie przejmuj. Oni nic o tobie nie wiedzą i nie mogą wiedzieć. Trudno więc, aby myśleli o tobie tak, jak ja.
- Wiem, ale wiesz... Smuci mnie, kiedy patrzą na mnie pogardliwie, bo jestem Cyganką. Dlaczego właściwie ludzie nas tak traktują? Czy naprawdę jesteśmy od nich gorsi?
- My wcale nie jesteśmy od nich gorsi - powiedział Miklos, który to właśnie wszedł do wozu - Oni są po prostu głupi. Oceniają po pozorach, bo to łatwiej niż poznać kogoś dokładnie, a potem dopiero go ocenić. Poza tym, zazdroszczą nam tego, że my jesteśmy wolni, naprawdę wolni od tego wszystkiego, co ich niewoli.
- To jedna prawda - stwierdziła poważnie Aouda - A druga prawda jest taka, że Cyganie przez wieki wieków zapracowywali sobie na tę opinię. Ludzie nami od lat gardzą za nasz tryb życia, brak korzeni i nasze zasady. Ale też wielu Cyganów przez te wszystkie lata, odkąd nasza rasa istnieje, ich okradało, krzywdziło, jak też i oszukiwało. Oczywiście o niczym to nie świadczy. To, że wielu Cyganów było i jest nadal bandytami i złodziejami, nie znaczy wcale, iż wszyscy tacy są. Niestety, dla ludzi, a zwłaszcza dla elit łatwiej jest po prostu spisać na straty wszystkich, ale to wszystkich Cyganów. Dlaczego tak się dzieje, nie wiem. Może po prostu elity to ludzie leniwi i łatwiej im wrzucić wszystkich do jednego worka niż analizować i wyciągać słuszne wnioski?
- Oczywiście, że jest im łatwiej - odezwał się Miklos - Bo to leniuchy, a do tego też pasożyty. Nigdy nie musieli o nic ciężko pracować ani niczego z trudem zdobywać. Wszystko dostają na tacy. Pracują na nich inni. Oni nic nie muszą robić poza staniem i ładnym wyglądaniem. Wszystko robią tak, aby nie musieć się przy tym napracować i opinie też wydają w taki sam sposób. Aby się nie przemęczać, tylko mieć to jak najszybciej z głowy.
- Odnoszę wrażenie, Miklos, że ty robisz teraz to samo - powiedziała Aouda, patrząc na niego uważnie - Oceniasz wszystkich członków elity jednakowo, a nie sprawiedliwie, każdego z osobna.
- To prawda - zgodziła się z nią Shari - Księżniczka Sissi i książę Ludwik są naszymi przyjaciółmi.
- Bo oni nas znają i wiedzą, czego mogą się po nas spodziewać, a czego nie. To dlatego umieją należycie wysnuwać wnioski - odpowiedział na to Miklos - Ale większość ludzi nami gardzi i nie tylko elity. Prości mieszczanie też tak robią. Bo w ich oczach, jak jeden Cygani zawini, to zaraz winni są wszyscy.
- Niestety, takiego sposobu myślenia nie zwalczymy. Głupota to najsilniejsza i najstraszniejsza choroba na świecie i nie każdy jest w stanie się z niej wyleczyć - rzekła na to babcia Aouda - Dlatego też sami bądźmy zdrowi i nie zapadajmy na tę chorobę. Nie popełniajmy ich błędów i nie oceniajmy wszystkich jednakowo.
- Nawet wtedy, kiedy oni tak z nami robią?
- Zwłaszcza wtedy. W końcu, ktoś musi być tym mądrzejszym, mam rację?
Miklosowi trudno było temu zaprzeczyć, dlatego opuścił lekko głowę w dół, jakby zawstydzony i pokiwał głową na znak, że staruszka ma rację. Babcia zaś z wyraźnym zadowoleniem, iż przekonała wnuka do tego, co mówi, uśmiechnęła się do niego delikatnie i potem spojrzała na Shari, mówiąc:
- A więc, kochanie, idź do teatru i zanieś im te buty. I pozdrów panią Annę ode mnie. Powiedz, że nie mogę dzisiaj przyjść, bo muszę się zająć jeszcze suknią dla ich primadonny, a naprawienie jej zajmie mi jeszcze trochę czasu.
- I pamiętaj, nie wychodź z teatru, dopóki nie dostaniesz pieniędzy - rzekł do siostry Miklos - I nie daj się nabrać na żadne „chwilowo nie mam” lub „zapłacę ci później”. Oni zawsze tak gadają, a potem w ogóle tych pieniędzy nie zobaczysz na oczy. A my nie możemy sobie pozwolić na ich stratę.
Shari skinęła głową na znak, że rozumie brata i wyszła z wozu. Kiedy tylko to zrobiła, Miklos od razu zamknął drzwi i upewniwszy się, że nikt nie podsłuchuje, popatrzył na babcię i powiedział:
- Wszystko w porządku, babciu.
- Pan Gyula wyjechał? - zapytała staruszka.
- Tak, dzisiaj rano. Nasz wspólny znajomy, baron von Rauch przebywa tutaj w interesach. Książę Ludwik skontaktował się z nim i poprosił o zorganizowanie dla pana Guyli wyjazdu do Bawarii. Tam będzie bezpieczny.
Staruszka uspokojona skinęła głową, aby pokazać, że wszystko rozumie, ale nadal na jej twarzy malował się niepokój.
- Oby tylko strażnicy ani policja go nie rozpoznali w drodze do Bawarii. Oby nie sprawdzali konwoju, z którym on jedzie. Martwię się o niego. To bardzo dobry człowiek, choć chwilami chyba niezbyt rozsądny. Przybyć tutaj po to tylko, aby się zobaczyć z ukochaną? To przecież szaleństwo. I jak on niby chce zwyciężyć w tej walce o słuszną sprawę, skoro tak ryzykuje bez potrzeby?
- Książę Ludwik uważa tak samo. Nie był zadowolony, że pan Gyula tu jest.
- To tylko dowodzi, że książę Ludwik miał zawsze i nadal ma więcej rozumu w głowie niż jego przyjaciel. Nie wiem, czy to dobrze, że obaj się zadajecie z tym panem Gyulą. To dobry człowiek, ale może was wpakować w niezłe kłopoty.
- Wiem, ale nie możemy go zostawić w potrzebie. Zwłaszcza odkąd należymy do tej samej organizacji.
Staruszka dała wnukowi znak ręką, aby nie mówił jej więcej.
- W porządku, nie będę o nic pytać. Nie wiem, co to za organizacja i nie chcę tego wiedzieć. Wystarczy mi tylko twoje zapewnienie, że nie zamierzacie nikomu robić krzywdy.
- Mówiłem ci to już kiedyś i powtórzę teraz, babciu: nie jesteśmy bandytami ani buntownikami. Nasza organizacja nie jest nielegalna, choć jest tajna i lepiej dla nas, aby nie wszyscy wiedzieli o tym, co robimy i gdzie to robimy.
- To mi wystarczy. Wolę nie wiedzieć za dużo. Mniej wiesz, krócej cię będą przesłuchiwać - zachichotała staruszka, siadając na łóżku i chwytając za suknię, o której wspominała Shari - Poza tym, jestem już stara. Tak stara, że lepiej mi jest nic nie wiedzieć i zajmować się sobą. Miałam czas na wrażenia, kiedy byłam w wieku Shari. Teraz to wolę nie angażować się w tego rodzaju sprawy. Poza tym, ja mam co robić, jak widzisz. Ważne, że pan Gyula wyjechał i jest bezpieczny. Kiedy spotkasz księcia Ludwika, przekaż mu to. Niech wie, że nasz wspólny przyjaciel nie przebywa już tutaj i bezpiecznie wyjechał.
Po tych słowach, staruszka wzięła do ręki igłę i nici, obejrzała dokładnie, w którym to miejscu suknia wymaga poprawek, po czym zaczęła ich dokonywać. Jej wnuk, widząc, że oznacza to, iż rozmowa zakończona, uśmiechnął się delikatnie i powoli wyszedł z wozu, pozostawiając babcię samą sobie.
Aouda zaś pokręciła lekko głową z politowaniem i powiedziała:
- Ech, młodzi. Wiecznie się w coś pakują. Ale ostatecznie to ich przywilej. Bo kiedy niby mają popełniać błędy i uczyć się na nich, jak nie teraz?
Wtem ukłuła się w palec igłą. Syknęła z bólu i wsadziła sobie palec do ust, w ten sposób tłumiąc powstałe z powodu tego wypadku ostre pieczenie.
- Oczywiście niektórzy starzy ludzie też mogliby się uczyć na błędach albo po prostu ich nie popełniać.
I upewniwszy się, że z palca nie leci jej krew, powróciła do swojej pracy.
***
Shari niepewnie szła z workiem pełnym butów teatralnych, mijając po drodze najróżniejszych ludzi, którzy w większości oglądali się za nią, zaintrygowani tym, co było dla nich zupełnie nowe, czyli obecnością Cyganki w Wiedniu. Dziewczyna źle się z tym czuła. Jako z natury nieco nieśmiała, niezbyt lubiła, kiedy ludzie na nią patrzą, a zwłaszcza obcy, bo przy przyjaciołach i bliskich nigdy nie czuła się w żaden sposób skrępowana. Bardziej jednak od ludzkich spojrzeń niepokoiło ją to, jak ci ludzie na nią patrzą. Wydawało się, że wyraźnie z niej szydzą lub okazują jej wzrokiem swoją pogardę. Najlepszym tego dowodem było to, iż kiedy niechcący na kogoś wpadła, człowiek ten obrzucił ją spojrzeniem pełnym niechęci i warknął:
- Uważaj, jak łazisz, Cyganko!
Następnie odszedł, gniewnie mrucząc pod nosem. Shari zaś westchnęła, aby zapanować nad przygnębieniem z tego powodu i poszła dalej. Babcia wyjaśniła jej bardzo dokładnie, jak dotrzeć do teatru, ale nie była pewna, czy idzie we właściwą stronę, dlatego zapytała jakąś kobietę o drogę. Ta, na całe szczęście bez pogardy i do tego niezwykle uprzejmie, wskazała jej, gdzie ma iść. Shari podziękowała jej bardzo serdecznie i ruszyła w tym kierunku. Dość szybko stanęła przed ogromnym i nad wyraz imponującym budynkiem, którego szukała. Budynek wyróżniał się na tle innych budynków stojących wokół niego tym, że był od nich większy i bardziej elegancki. W dodatku też dosyć łatwo było odgadnąć, iż nie jest on przez nikogo zamieszkany i nie do tego, aby ktoś w nim mieszkał on służy. Widząc go, Shari zrozumiała, co miała na myśli babcia, kiedy mówiła jej:
- Tego budynku nie pomylisz z żadnym innym, bo drugiego takiego nie ma w całym Wiedniu.
Miała rację. Tego budynku nie dało się z niczym pomylić. Shari poczuła, że jest urzeczona widokiem tego miejsca, po czym chciała już wejść do środka, kiedy nagle sobie przypomniała, że ona jako osoba z zewnątrz powinna wejść wejściem tylnym, bo przednie jest zarezerwowane jedynie dla klientów teatru, jak i także dla jego artystów. Dlatego obeszła budynek, znalazła w jego tylnej części drzwi, duże i szarawe, w żaden sposób nie wyglądające imponująco. Domyśliła się, że to tymi musi wejść i dlatego podeszła do nich i zapukała. Ponieważ nie otrzymała żadnej odpowiedzi, nacisnęła klamkę i weszła do środka. Zobaczyła wówczas niewielkie pomieszczenie, a w nim biurko, przy którym siedział jakiś mężczyzna z nogami na blacie. Twarzy jego nie było widać, bo miał ją zakrytą gazetą, którą teraz uważnie czytał. Zapewne dlatego nie usłyszał jej pukania. Mimo to usłyszał, jak tu weszła, ponieważ mruknął niechętnie:
- Czego chcesz? Tutaj się nie wchodzi.
- Ja, proszę pana, przyniosłam buty - odpowiedziała Shari.
- Buty? No to je załóż. Co mnie do tego?
Dziwaczny typek, pomyślała dziewczyna, rozbawiona jego zachowaniem. Nie wiedziała jednak, w jaki sposób mu powiedzieć, co ją sprowadza, kiedy nagle tuż przed nią stanęła kolejna osoba. Była to wysoka i szczupła kobieta, mająca tak na oko czterdzieści kilka lat. Jej twarz zdobiło kilka zmarszczek, ale mimo to była ona nad wyraz sympatyczna. Włosy kobiety były czarne, a oczy brązowe. Strój jej zaś stanowiła skromna biała bluzka i długa czerwona spódnica, a cały obraz wieńczyła laska, o którą kobieta się opierała.
- Wiktorze, kto to taki? - zapytała nieznajoma mężczyznę przy biurku.
- Jakaś dziewczyna. Podobno przyniosła buty - odpowiedział mężczyzna, nie odrywając wzroku od gazety.
- Jestem Shari, wnuczka pani Aoudy. Przysłała mnie z butami, ponieważ sama nie mogła przyjść - pospieszyła z wyjaśnieniami Shari - Podobno robi poprawki w sukni primadonny.
- Ach tak, rozumiem. Miło cię poznać, Shari - powiedziała kobieta, serdecznie się do dziewczyny uśmiechając - Jestem Anna Krenmer. A ten uprzejmy pan, który tak serdecznie cię tu powitał, to Wiktor, mój mąż.
To mówiąc, kobieta podeszła powoli do małżonka, podpierając się laską, po czym mruknęła lekko niezadowolona:
- Może byś łaskawie się włączył do dyskusji?
- Przecież z wami rozmawiam, kochanie - odpowiedział jej serdecznie Wiktor, nie przerywając jednak lektury.
Anna oparła się lewą ręką o laskę, a prawą wyrwała mężowi gazetę z ręki, ten zaś spojrzał na nią zdumiony i jęknął:
- Ej, co ty wyprawiasz?!
- Poczytasz później. Może przywitasz się z wnuczką naszej znajomej?
Mężczyzna skierował ku Shari swoją twarz, która była nieco szorstka, pokryta trzydniowym zarostem i posiadała brązowe włosy oraz zielone oczy, a prócz tego nos nieco za duży jak na tego rodzaju fizjonomię. Mimo niezbyt sympatycznego na pierwszy rzut oka wyglądu, Wiktor Krenmer uśmiechnął się ciepło do Shari i rzekł:
- Miło cię poznać, Shari. Znam twoją babcię. Urocza osoba. Dała kucharce w naszej kuchni przepis na kilka smakowitych potraw, dzięki czemu wreszcie jest w tej budzie jakieś urozmaicenie.
- Przekażę babci. Bardzo lubi gotować. Cieszę się, że panu smakuje.
- To ostatnio jedyna smaczna rzecz w tym miejscu, odkąd pracuje tutaj ta cała Tina. Bo to, co ona wyprawia, jest zdecydowanie niesmaczne.
- Daj spokój, Wiktor. Co to obchodzi Shari? Nie po to tu przyszła, aby słuchać plotek na temat pracowników teatru - odparła Anna.
- Może, ale lepiej chyba, żeby wiedziała, czego się tu może spodziewać, jeżeli oczywiście będzie przychodzić tu częściej - stwierdził Wiktor.
- Nie wydaje mi się, abym miała tu przychodzić częściej - odpowiedziała na to Shari nieco zawstydzona - Bo i niby po co miałabym to robić? Ja tu tylko jestem w zastępstwie mojej babci.
- Tak, rozumiemy, ale nigdy nic nie wiadomo - odparł filozoficznie Wiktor.
- No właśnie, twoja babcia - powiedziała Anna, lekko uderzając się dłonią o czoło - Wybacz, my tu rozmawiamy, a ty przecież czekasz na zapłatę. Poczekaj tu, proszę. Zaraz przyniosę pieniądze.
Następnie zwróciła się do męża, dodając:
- A ty nie zanudź jej plotkami, dopóki nie wrócę.
Po tych słowach, wyszła.
- Nie zanudź jej. Nie zanudź - mruknął z lekką irytacją Wiktor, biorąc do ręki swoją gazetę - Jak nie rozmawiam, to źle. Jak rozmawiam, też źle. Niektórym to nigdy nie dogodzisz.
Zaczął wyprostowywać gazetę, która lekko się pomięła i dodał:
- Ale i tak moja żona to jeszcze pikuś. Nasza primadonna Tina, to dopiero jest małpa. Wiesz, co to jest małpa?
- Widziałam je kiedyś w pałacu pewnego bogatego człowieka, u którego nasz tabor się zatrzymał na nocleg - odpowiedziała Shari - Były one trochę podobne do ludzi, tylko bardziej owłosione.
- Owszem. Tina ma tak samo. To małpa podobna do człowieka, tylko bardziej od innych małp wredna. Uwierz mi, Shari, żadna małpa prawdziwa nie jest równie, co ona ohydna i nieprzyjemna. Przez nią już kilku ludzi wyleciało stąd z pracy, bo jej nie pasowali. A nasz dyrektor je jej z ręki i spełnia wszystkie jej zachcianki.
- Aż tak ją lubi?
Wiktor spojrzał na dziewczynę ironicznie i powiedział:
- A dziwisz się? Przecież to jego flama.
- Flama?
- Tak. W sensie kochanica. Chyba wiesz, co to znaczy.
- Tak, to wiem.
- No właśnie. To chyba nie muszę ci tłumaczyć, jak ona robi karierę. W ogóle to ten teatr zszedł na psy. Mamy tu mieszankę wszystkiego. Jest Szekspir i Molier i inni wielcy pisarze, ale też trochę baletu i trochę występów scenicznych z muzyką, bo one są ostatnio modne i ludzie je lubią. Nie mówię, że to źle, sam takie lubię, ale za mojej młodości jedne teatry były od Szekspira, a inne od baletu. Ale to nie jest jeszcze największy problem z tym miejscem. Gdyby tylko o takie problemy tu chodziło, to bym nie narzekał. Gorzej, że wszelkie zasady moralne przestały tutaj w ogóle obowiązywać. Smutne. Taki aktor z prawdziwym talentem musi namęczyć się, aby ktoś raczył dać mu chociażby niewielką rólkę w przedstawieniu, a taka uśmiechnie się do dyrektora i ma od razu pracę na pstryknięcie palców. Po prostu jedna wielka głupota. Ideał sięga bruku.
Shari posmutniała, gdy to usłyszała. Przykro jej się zrobiło, kiedy zrozumiała, jak okropnie zepsuty jest ten świat. Pomyślała sobie nagle, że piękny widok, jaki miała przed oczami wtedy, gdy dotarła do teatru i zobaczyła go pierwszy raz, już jej się nie wydaje taki cudowny. Przyszła jej do głowy bardzo przykra myśl, iż to, co początkowo wydaje się być piękne, już po bliższym poznaniu go przez osoby zachwycone, zdecydowanie to piękno traci. Oczywiście nie znaczy to, że miałaby poczuć nagle niechęć do sztuki jako takiej, jednak świat artystów, w jej oczach często uosabiany z czymś przepięknym, zaczynał nagle, po słowach pana Wiktora nabierać zupełnie innych kształtów.
- A czemu pani Anna chodzi o lasce? - zapytała Shari, chcąc zmienić temat, który zaczynał sprawiać jej przykrość.
- Moja żona miała wypadek parę ładnych lat temu - odpowiedział Wiktor, a w jego głosie, dotąd obojętnym lub dosyć niechętnym zaczął się pojawiać wyraźny smutek i poruszenie - Była kiedyś znakomitą baletnicą i artystką. Nie miała sobie równych. Aż tu nagle jeden nieudany taniec, partner oferma, który nie złapał jej w trakcie skoku jak należy i bach! Potłuczone kolano, operacja nie przeprowadzona jak należy i proszę. Kariera na zawsze pogrzebana. Ale została w teatrze, ponieważ mimo wszystko bardzo go kocha i oddała mu serce.
Shari posmutniała, gdy to usłyszała. Poczuła, że okropnie jej żal pani Anny, a ponieważ z natury zawsze chciała szukać rozwiązania problemów, kiedy tylko się one pojawiały, zapytała:
- A nie dałoby się przeprowadzić ponownie operacji, aby mogła chodzić już tak całkiem sprawnie?
Wiktor uśmiechnął się z delikatnym politowaniem i rozłożył bezradnie ręce.
- Ale jak? Moja złota, jak? I za co? Nie mamy na to tyle pieniędzy. Poza tym, kto się przejmuje przebrzmiałymi gwiazdami? Ludzi interesują jedynie ci, którzy na chwilę obecną są sławni, a nie ci, którzy sławni byli kiedyś. Nikogo obecnie już nie interesuje ten, kto dawniej był na szczycie. Świat kocha obecnych zwycięzców, a nie dawnych. Albo co gorsza, przegranych.
Shari pokiwała smutno głową, przyjmując do wiadomości słowa Wiktora. Te okrutne i bardzo bolesne, ale jakże prawdziwe słowa. Słowa tak idealnie pasujące jej do tego, co słyszała jak dotąd o świecie elit i co Wiktor wspominał jej wcześniej o świecie artystycznym. To wszystko układało się w jej jedną logiczną całość. A ta całość z kolei przerażała ją, podobnie jak i świadomość tego, co ona jej przekazuje. A przekazywała jej, iż nie ma co liczyć na wieczną miłość ludzi stojących na tym świecie jak najwyżej. Ci są bowiem, jak się okazuje, niezmiernie zmienni i nie są w kwestii uczuć nazbyt lojalni i wiecznie trzeba zasługiwać na ich uczucie, a w dodatku owo uczucie łatwo jest utracić, nie będąc dostatecznie dobrym, oczywiście w ich oczach.
- Nigdy nie licz na miłość jaśnie państwa - nieraz powtarzał Shari jej starszy brat Miklos - To uczucie strasznie zmienne. Dla nich jesteśmy tylko zabawkami i nigdy nie możemy być niczym więcej. Będą się nami bawić, a jak się popsujemy, to nas wyrzucą i nawet nie obejrzą się za nami. Dlatego pamiętaj, nie szukaj nigdy względów ani miłości u jaśnie państwa. Tego szukaj jedynie u swoich.
Shari wierzyła, że Miklos ma wiele racji, ale w głębi serca bardzo chciała, aby nie wszyscy członkowie elit byli tacy, jak to brat jej opisał. Wszak księżniczka Sissi oraz książę Ludwik żyli z nimi w serdecznej komitywie, ale to wydawało się być jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Obecna rozmowa z Wiktorem zaś tylko ją w tym wszystkim utwierdziła. Zasmucona Shari opuściła głowę w dół, z rozpaczą przyjmując fakt, iż tak podziwiany przez nią teatr też jest częścią świata wielkich elit i panują w nim te same okrutne prawa, jak na salonach. Jeżeli zaś tak to wyglądało, to trudno. Ona nie chce mieć z tym światem więcej wspólnego, niż to konieczne. Choć teatr z zewnątrz wyglądał pięknie, a i przedstawienia, o których nieraz opowiadała jej babcia, czasami widząca niektóre z nich, gdy przynosiła do teatru poprawione przez siebie kostiumy, wydawały się Shari cudowne, to jednak o wiele lepiej było nie zagłębiać się w to wszystko dla własnego dobra.
Rozmyślania Shari przerwała nagle muzyka dobiegająca z jednej z sąsiednich sal. Była to piękna muzyka wygrywana na pianinie oraz na skrzypcach. Te drugie szczególnie cudowne trele z siebie wydobywały. Zaintrygowana Shari zapomniała z miejsca o swoim postanowieniu względem nie zagłębiania się w świat teatru i elit, które nim rządziły, cała podniecona powoli ruszyła w kierunku, z którego ten dźwięk ją dobiegał. Im dalej szła, tym bardziej dźwięki muzyki stawały się dla niej coraz bardziej wyraźne. W końcu znalazła się na scenie, a raczej nie na niej samej, ale na miejscu, w którym pracownicy teatru, zajmujący się opuszczaniem kurtyny lub uruchamianiem w odpowiednim momencie efektów specjalnych w postaci grzmotów itp. dodatków, stali spokojnie i obserwowali oni z boku przedstawienie, sami nie będąc widoczni dla ludzi obecnych na widowni. Shari stanęła właśnie w tym bezpiecznym miejscu, po czym zaczęła uważnie obserwować to, co zobaczyła na scenie. A zobaczyła tam kilkanaście dziewczyn o różnych kolorach włosów i oczu, wszystkie szczupłe i smukłe, ubrane w białe stroje baletowe i wykonujące różne akrobacje taneczne pod rytm muzyki, którą to wygrywali dla nich muzycy ustawieni tuż pod sceną. Shari stała i patrzyła na te młode oraz urocze dziewczyny niczym zahipnotyzowana. W ich tańcu było coś cudownego i niesamowitego. Co takiego? Nie umiała tego wyjaśnić. Czuła po prostu w swoim sercu, że to jest coś, co warto zobaczyć i co warto robić. Te majestatyczne oraz przepiękne ruchy pełne były gracji i uroku, a przede wszystkim magii. Shari czuła, że to jest magia, bo tak tańczyć może jedynie ktoś o wielkiej mocy. Zwykły człowiek nie byłby w stanie tego dokonać. Nie miałby ku temu żadnych możliwości. Shari dostrzegła całość piękna tej sytuacji i od razu pomyślała, jak wspaniale by było tak umieć tańczyć, otrzymując jednocześnie od publiczności gromkie brawa.
Nagle muzyka dobiegła końca, a tancerki na scenie przestały tańczyć. Magia minęła, powróciło realne życie. Dziewczyny podziękowały muzykom, po czym z radością pobiegły się przebrać. Minęły Shari bez słowa, niemalże w ogóle jej nie zauważając. Na scenie pozostała jedynie tancerka wykonująca swój taniec chyba najlepiej ze wszystkich. Tańczyła dodatkowo w środku kręgu tworzonego przez wszystkie jej koleżanki, co mogło wskazywać na to, że ona jest tu najważniejsza. Z powodu znajdowania się pośród koleżanek, nie była ona zbyt widoczna dla Shari i dopiero teraz, kiedy pozostałe baletnice rozeszły się, młoda Cyganka mogla dobrze przyjrzeć się tej, która wydawała się być liderką artystek. Była to dosyć wysoka i niesamowicie chuda, choć bardzo urodziwa dziewczyna mająca tak z dwadzieścia lat. Miała krótko obcięte blond włosy i niebieskie oczy, a z twarzy jej biła wielka duma. Zauważyła ona Shari oraz to, że ta na nią patrzy. Zirytowana tym, podeszła do Cyganki i zapytała:
- A ty co się tak gapisz?
Shari zmieszała się i dygnęła nisko przez dziewczyną, mówiąc:
- Proszę mi wybaczyć. Nie chciałam być niegrzeczna. Po prostu zachwycił mnie pani taniec. Był wspaniały.
Dziewczyna była łasa na komplementy niczym mysz na słoninę, dlatego też w chwili, gdy je usłyszała, od razu się uśmiechnęła, chociaż jej uśmiech nie sprawił, iż z twarzy zniknął jej fałsz i wyraźna pogarda do Cyganki.
- Skoro tak mówisz, to na pewno tak było - powiedziała zadowolona - A więc patrz sobie, ile tylko chcesz, bylebyś nie przeszkadzała. A tak w ogóle, to kim ty niby jesteś? Nie widziałam cię tu wcześniej.
- Jestem Shari, proszę pani. Moja babcia poprawia kostiumy dla teatru.
- Ach tak! Już rozumiem. Chyba nawet kojarzę twoją babcię.
- Bardzo możliwe, proszę pani.
- Ale tylko chyba, bo nie jestem pewna. Trudno ostatecznie pamiętać służbę, która tutaj przychodzi i wychodzi.
Po tych słowach, dziewczyna odeszła, a Shari poczuła, że raczej nie polubi tej dziewczyny. Jej zachowanie przecież pozostawiało bardzo wiele do życzenia i na to Shari nie umiałaby znaleźć żadnego usprawiedliwienia. Ale za to podziwiała jej taniec i talent, jaki w tym kierunku posiadała. Tego jej zazdrościła i czuła w sercu, że chciałaby umieć tańczyć tak wspaniale jak ona. Nagle zauważyła, że podchodzi do niej Anna.
- Ach, to tutaj się schowałaś - powiedziała z lekkim wyrzutem kobieta - Ja cię szukam, a ty tu.
- Bardzo przepraszam. Nie chciałam pani niepokoić - odpowiedziała Shari z pokorą w głosie - Po prostu zachwyciła mnie ta muzyka i ten taniec.
Anna uśmiechnęła się do niej serdecznie.
- Tak, rozumiem cię. Ten taniec jest piękny, a ta muzyka jeszcze piękniejsza. Tutaj słyszy się wprost najpiękniejsze utwory ze wszystkich. Aż chce się tańczyć pod ich rytm. To znaczy, kiedy się ma takie możliwości.
To mówiąc, spojrzała ze smutkiem na swoją chorą nogę i dodała:
- Ale to już nie dla mnie. I nie dla takich jak ja. Mój czas minął. Ale to już jest nieważne. Ostatecznie tu zawsze czas każdego człowieka się kończy i musi ustąpić on pola komuś innemu. Takie jest życie i tego się nie zmieni. Nie warto więc się tym przejmować. Chodź, zapłacę ci za buty. Mam już pieniądze.
- A kim była ta dziewczyna, która przed chwilą ze mną rozmawiała? - spytała Shari, chcąc zmienić smutny dla swej rozmówczyni temat.
- To Martina, nasza primadonna.
- Wspaniale tańczy. Z takim talentem.
- To prawda, wspaniale tańczy. Ma wielki talent. Niestety, ma też bardzo złe serce. Jest arogancka i nieprzyjemna. Uważa się za nie wiadomo kogo. Praca z nią jest minusem pracy tutaj. Ona oddała swoje serce sztuce i wszystko poświęciła tej sprawie. Wszystko, Shari. I teraz nie zostało jej już nic, a to niedobrze.
- Dlaczego?
- Bo jeżeli człowiek nie ma już nic poza swoją sztuką i sławą, jaka z niej przy tym wynika, to gdy i to straci, a w końcu to straci, jego życie staje się puste i już nie ma jego istnienie dla niego najmniejszego sensu.
Shari pokiwała lekko głową na znak, że się zgadza, jednocześnie myśląc nad tym, co właśnie usłyszała. Jej rozmyślania przerwało nagłe zjawienie się kolejnych osób, które właśnie weszły do sali. Byli to trzydziestoletni mężczyzna o brązowych włosach i niebieskich oczach, wysoka i niezwykle urocza blondynka mająca oczy barwy nieba w towarzystwie trójki dzieci: chłopca i dwóch dziewczynek. Cala ta trójka była ubrana elegancko, co wskazywało na to, że pochodzą oni z elit, a jeśli nawet i nie, to na pewno nie narzekają na brak pieniędzy. Wszyscy byli wprost w znakomitym humorze, a już zwłaszcza młody mężczyzna. Mówił on właśnie do osób, które mu towarzyszyły:
- Mówię wam, teatr jest po prostu cudowny. Tyle tu historii do poznania. Tyle opowieści do opowiedzenia. Nawet nie wiecie, jak bardzo kocham teatr. Mam z nim bardzo wiele miłych wspomnień. Nie z tym konkretnym teatrem, ale ogólnie ze światem teatru i sztuki.
- Wiemy, występowałeś swego czasu i podobno nieźle ci szło - powiedział do niego chłopiec.
- Podobno? Na pewno - odparła żartobliwie młoda blondynka.
- Oczywiście, że tak. To jasne jak słońce - wtrąciła jedna z dziewczynek.
Druga dziewczynka milczała, patrząc zachwycona na scenę, jakby była nią urzeczona. Shari wraz z Anną patrzyła zaintrygowana na tę grupę. Wydawali się jej oni znajomi, ale w miejscu, w którym stała, nie mogła im się za dobrze przyjrzeć. Chciała się już wysunąć lekko, aby móc zobaczyć, z kim dokładniej ma styczność, ale wtem niespodziewanie mężczyzna, namówiony przez swoich towarzyszy, tak zwinnie i sprawnie, jakby robił to całe życie, wskoczył na scenę i spojrzał szybko na muzyka, który siedział pod scenę przy swoim pianinie i lekko przysnął.
- Maestro, muzyka proszę! - zawołał mężczyzna.
Muzyk ocknął się i spojrzał na niego uważnie, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi. Nie znał tego człowieka, więc nie wiedział, czy powinien słuchać jego poleceń oraz jaki utwór powinien mu zagrać. Jednak mężczyzna przysunął się do niego, dał mu do ręki monetę i szepnął na ucho, co ma zagrać. Zadowolony muzyk stracił od razu wszystkie wątpliwości, po czym wesoło zaczął grać, a mężczyzna zadowolony z siebie zaczął tańczyć i śpiewać:
Zaledwiem przyszedł na ten świat,
Mnie brano z rąk do rąk.
I szły zachwyty w krąg:
„Cóż to za śliczny bąk!”.
Żem wyrósł oto jak ten kwiat,
Mężczyźni boczą się,
Lecz z kobiet każda lgnie i broni mnie.
Co temu winien, Ludwik, że jest taki śliczny?
Co temu winien, Ludwik, że ma taki wdzięk?
Czy to jest zbrodnia, taki wygląd estetyczny?
Na jego widok nawet kamień też by zmiękł.
Co temu winien, Ludwik, że jest taki śliczny?
On jest jak Apollo, to bóstwo, każdy wie.
A że w rodzinie wzbudza zachwyt bezgraniczny,
Co temu winien jest nasz Ludwik, pytam się?
Przypadkiem król wyjechał raz,
Królowa mówi: „Przyjdź!
Zagramy sobie w brydż.
I będziemy kawę pić”.
Król wrócił, no i zastał nas.
I byłby zabił mnie.
Lecz żona, to się wie, ujęła się.
Co temu winien jest nasz Ludwik, że jest taki śliczny?
Co temu winien, Ludwik, że ma taki wdzięk?
Czy to jest zbrodnia, taki wygląd estetyczny?
Na jego widok nawet kamień też by zmiękł.
Co temu winien jest nasz Ludwik, że jest taki śliczny?
On jest jak Apollo, to bóstwo, każdy wie.
A że w kobietach wzbudza zapał erotyczny,
Co temu winien jest nasz Ludwik, pytam się?
I wiem, że gdy nadejdzie dzień,
U raju stanę bram.
To mi wypomną tam,
Co na sumieniu mam.
A wtedy głosem pełnym drżeń
Aniołków zabrzmi chór
I stwierdzi tam na mur,
Żem cnoty wzór.
Co temu winien jest nasz Ludwik, że jest śliczny?
Co temu winien, Ludwik, że ma taki wdzięk?
Czy to jest zbrodnia, taki wygląd estetyczny?
Na jego widok nawet kamień też by zmiękł.
Co temu winien jest nasz Ludwik, że jest śliczny?
On jest jak Apollo, to bóstwo, każdy wie.
A że we wszystkich wzbudza zachwyt bezgraniczny,
Co temu winien jest nasz Ludwik, pytam się?
Siedzący na widowni blondynka i dzieci śmiali się wręcz do rozpuku, widząc ten występ, a gdy dobiegł on końca, zadowoleni zaczęli klaskać, a mężczyzna z radością się im skłonił. Shari i Anna, obserwujący występ, też nie byli w stanie się oprzeć temu występowi i również go nagrodziły gromkimi brawami. Mężczyzna od razu spojrzał w kierunku obu pań i zauważył je, po czym uśmiechnął się do obu z nich w sposób serdeczny i życzliwy. Shari dopiero wtedy go poznała.
- Książę Ludwik! - zawołała wesoło.
- We własnej osobie - odpowiedział jej życzliwie Ludwik i lekko się skłonił - Miło mi cię widzieć, Shari. Co ty tu robisz? Chcesz zostać artystką?
Shari pokręciła przecząco głową i zachichotała lekko:
- Nie, to raczej nie jest życie dla mnie. Chociaż wygląda bardzo pięknie.
- Z widowni zawsze wygląda pięknie. Od środka jednak bywa różnie - odparł na to Ludwik i podszedł bliżej, patrząc na Annę - A pani to kto?
- Jestem Anna Krenmer, tutejszy kostiumolog - odpowiedziała Anna - A pan to kto, jeśli wolno spytać?
- To książę Ludwik, następca tronu Bawarii - wyjaśniła Shari.
- We własnej osobie - potwierdził życzliwie Ludwik.
Anna spojrzała na niego uważnie i zawstydzona lekko dygnęła przed nim, ale książę bawarski uśmiechnął się do niej przyjaźnie i nie pozwolił pocałować się w rękę, mówiąc:
- Proszę, naprawdę nie jest to konieczne. Dziwnie się z tym czuję. Poza tym, ja mam więcej z teatrem wspólnego niż pani myśli. Dlatego właśnie nie mogę od żadnego człowieka teatru przyjmować hołdów. Zresztą w ogóle jakoś hołdów nie umiem przyjmować.
- Skromny z pana człowiek, książę - powiedziała Anna z uśmiechem, czując, że zaczyna z miejsca go lubić - Pięknie pan śpiewał. Pana towarzyszom też się to podobało, jak widzę.
- Nie inaczej - odpowiedział Ludwik i wskazał na osoby siedzące wygodnie na widowni - Pozwólcie, że wam przedstawię. To księżniczka Elodie de Farge, a to mój kuzyn, książę Teodor von Wittelsbach, jego siostra księżniczka Maria, a to jest nasza wspólna przyjaciółka, baronówna Ilary von Tauler.
Shari uśmiechnęła się serdecznie do dzieci, bo teraz, kiedy możliwość, aby się im dobrze przyjrzeć, rozpoznała je, a one ją, machając jej przy tym serdecznie na powitanie rękami. Anna zaś dygnęła przed przyjaciółmi Ludwika, a ci powstali ze swoich miejsc i skłonili się kobiecie na powitanie.
- Przybył pan tutaj, aby wystąpić na scenie, książę? - zapytała Shari.
- Ależ nie, choć to by było coś przyjemnego - odpowiedział jej Ludwik - Ja tu jestem w innej sprawie.
- Ludwik chce tu wystawić przedstawienie na podstawie swojej sztuki - rzekł na to Teodor.
- To pan napisał sztukę? - zapytała zdumiona Anna.
- Owszem, kilka lat temu - odpowiedział Ludwik - Teraz chciałbym wystawić ją tutaj, a pieniądze z biletów przeznaczyć na cele dobroczynne.
- A konkretnie na miejscowy sierociniec - dodała Ilary.
Shari westchnęła zachwycona, a Anna przybrała poważną i zachwyconą minę, mówiąc przy tym:
- To rzeczywiście szlachetny cel. W pełni go pochwalam.
- Wszyscy go pochwalamy - powiedziała Elodie, patrząc na Ludwika czule.
- Dla takich chwil człowiek jest aktorem - stwierdził książę bawarski.
- Dla jakich chwil? - zapytała Anna.
- Dla takich chwil, kiedy to człowiek odkrywa, że jego aktorstwo daje innym i przy okazji też jemu samemu wielką radość i ogromny pożytek - wyjaśnił Ludwik.
Anna uśmiechnęła się z lekkim politowaniem i odparła:
- Obawiam się, że książę widzi to nieco zbyt idyllicznie.
- Być może, ale nie chodzi tutaj o sławę i zaszczyty, ale o to, aby czuć magię teatru i sceny, a potem przerobić tę magię na coś, co daje nie tylko aktorowi, ale i widzowi szczęście, radość, przyjemność i pociechę. Dla tych rzeczy pracuje aktor. Prawdziwy aktor.
- Ale nie zaszkodzi mieć chyba przy okazji przy tym jeszcze nieco sławy i się nią cieszyć, prawda? - zapytał Teodor.
- Pewnie, że nie - odpowiedział Ludwik - Ale to tylko dodatek do tego, co się w pracy aktora liczy najbardziej.
- Ale chyba przyjemny dodatek, co nie? - zapytała Maria.
- Oczywiście, że przyjemny i dodatkowa zachęta do bycia aktorem - odparł na to wesoło Ludwik.
Chwilę później zaczął wesoło podrygiwać i śpiewać:
Tam-tam-tam-tam!
Któż nie zazdrości nam?
Zegarek złoty i czarny frak.
Któż inny na co dzień chodzi tak?
Hej! Kto tak jak my
Wesoło spędza dni?
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być.
Muzyk przy pianinie, słysząc występ księcia, od razu podłapał rytm, po czym z zadowoleniem zaczął przygrywać Ludwikowi, który tym chętniej śpiewał dalej:
Tam-tam-tam-tam!
Doprawdy mówię wam...
Kto sławny w życiu był chociaż raz,
Kto kocha prawdziwej sławy blask...
Hej! Ten dobrze wie,
Gdzie szczęście kryje się.
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być!
Tam-tam-tam-tam!
Któż nie zazdrości nam?
Wąsiki sterczą jak igły dwie,
Karetą jak hrabia jeździ się.
Wio, koniku! Wio!
Ja bardzo lubię to.
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być.
Tam-tam-tam-tam!
Któż nie zazdrości nam?
Buciki, proszę, z najlepszych skór.
Fryzura madame de Pompadour.
Hej, kto tak jak my,
Szczęśliwe spędza dni?
Śpiewajmy bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być!
Gdy występ dobiegł końca, nagle dało się słyszeć głośne i wyraźnie bardzo ironiczne klaskanie. Wszyscy obejrzeli się za siebie i wtedy zauważyli, że oto na scenę powróciła Martina. Przy jej nogach kręcił się perski kot o białej sierści, który z wyglądu przypominał mocno swoją właścicielkę i podobnie jak ona, robił bardzo nieprzyjemne wrażenie. Kroczył przy Martinie dumnie i arogancko, wysoko przy tym unosząc swój puszysty ogon.
- Proszę, proszę... Jak widzę, nasz drogi książę wciąż nie zmienił repertuaru. Jakie to typowe dla niego - powiedziała z ironicznym głosem Martina.
Wszyscy spochmurnieli, widząc jej przybycie i słysząc, jakie słowa i w jaki sposób je wypowiada. Szczególnie Ludwik poczuł się nieprzyjemnie na jej widok.
- Panna Martina Schroon. Jak zawsze jej nos krąży o milę przed nią. Jakie to dla niej typowe - powiedział złośliwie.
Teodor, Ilary i Maria parsknęli śmiechem, słysząc te słowa, a Martina od razu lekko zacisnęła zęby ze złości i powiedziała:
- Za to nasz drogi książę bawarski zniżył się, aby obcować z prostym ludem. Ale to chyba nie pierwszy już raz i nie ostatni, mam rację?
- To wy się znacie? - zapytała Maria zdziwiona, że jej kuzyn zna kogoś tak obrzydliwego i nieprzyjemnego jak ta Martina.
- Owszem, ale oboje nie wspominamy miło tej znajomości - odparł Ludwik.
- Wędrowaliśmy razem w jednej trupie aktorskiej - dodała Martina - Ale nie byliśmy przyjaciółmi. Książę wolał inne towarzystwo. Inne panie zawracały mu w głowie. Panna Marta i panna Henrietta. To z nimi głównie trzymał.
- Bo może nie lubi fałszywych osób? - zapytał Teodor.
Jego ton był niesamowicie złośliwy i przy okazji wyrażał to, co myśleli w tej chwili wszyscy obecni na sali o primadonnie.
Martina spojrzała na niego i uśmiechnęła się w lekko ironiczny sposób.
- A ty kto jesteś, młodzieńcze?
- Jestem książę Karol Teodor von Wittelsbach, kuzyn księcia Ludwika i brat narzeczonej cesarza Austrii - odpowiedział jej z dumą oraz niechęcią Teodor - Dla przyjaciół Teo.
- Miło cię poznać, Teo.
- Powiedziałem: „dla przyjaciół”. Dla hołoty, to ja jestem „Wasza Wysokość”.
Maria i Elodie parsknęły śmiechem, rozbawione słowami chłopca. Ilary zaś z dumą stanęła obok niego i dodała:
- Książę Teodor nie zadaje się z byle kim.
- To ciekawe, bo jego kuzyn, książę Ludwik to chyba tak - odpowiedziała na to z kpiną w głosie Martina i spojrzała na swego dawnego kolegę - Chyba zawsze lubiłeś się zadawać z motłochem.
- Tak, a ty jesteś tego najlepszym przykładem - odparł Ludwik.
Dzieciaki znowu zachichotały rozbawione, a Elodie uśmiechnęła się wesoło, jakby z dumą, że jej ukochany umie ironicznie odpowiedzieć tej małpie, bo tak ją nazywała w myślach.
Martina natomiast niechętnie skrzywiła się i zapytała Ludwika:
- Dziwi cię pewnie moja obecność tutaj, mam rację? Nie sądziłeś pewnie, że z tej prowincjonalnej, pretensjonalnej grupy włóczącej się w te i wewte trafię tutaj, do wielkiego teatru w samej stolicy cesarstwa Austrii, prawda?
- Zdziwi cię to, ale nie jestem zaskoczony - odpowiedział jej Ludwik - Tak się składa, że kilka twoich koleżanek z trupy też wysoko zaszło. Marta robi karierę w Paryżu i to w nie gorszym teatrze od tego. A Henrietta wyszła za mojego kuzyna, brata obecnego tutaj Teodora.
Martina zagwizdała ironicznie i odparła:
- No tak. Kochana Henrietta. Jak widzę, nieźle sobie radzi. Zdobyła samego księcia. A myślałam, że to ja jestem najbardziej ambitna, a ta mała zyskała sobie takiego męża i utrzymanie na całe życie.
Ludwik spojrzał na nią ze złością, domyślając się, o co jej chodzi. Uznał, że musi zaprotestować przeciwko takim insynuacjom.
- Ona nie wyszła za mąż dla kariery. Ona wyszła za mąż z miłości.
Martina zachichotała podle, spodziewając się tych słów i rzekła:
- To bardzo do niej pasuje. Twoja mała przyjaciółka zawsze była romantyczna i to aż do przesady. Zresztą tak jak ty. Oboje jesteście siebie warci. Dwoje dużych dzieciaków ganiających za mrzonkami i ideałami, myślący naiwnie, że sztuka to jest jedynie dawanie ludziom radości.
- A niby co to jest, mądralo? - warknęła w jej kierunku Maria.
Martina podparła się lekko dłońmi na kolanach i zniżyła się, aby w ten sposób jej głowa stanęła na równi z głową dziewczynki, po czym odparła:
- A niby to, że jest to sztuka zarabiania pieniędzy w odpowiedni sposób. Ale co taka smarkula jak ty może o tym wiedzieć? Dorośniesz, to zrozumiesz.
Następnie podniosła się i spojrzała na Ludwika, mówiąc:
- Widzę, że wkładasz do głowy swoim znajomym te same dyrdymały, które i nam wkładałeś, kiedy się znaliśmy.
- A i owszem. I jestem z tego dumny - odpowiedział Ludwik z godnością - Ja wierzę w to, że sztuka nie jest sztuką zarabiania pieniędzy, ale sztuką zamiany tego świata w nieco lepsze miejsce. A karierę w tym miejscu robi się talentem, nie zaś koneksjami czy urodą.
Martina wybuchnęła gromkim śmiechem, niemalże się od niego krztusząc.
- Boże, ja nie wytrzymam. Starszy ode mnie o pięć lat, a gada jak dziecko. Bo się zaraz popłaczę ze śmiechu. Talentem się robi karierę! Boże, jakie to naiwne.
Następnie poklepała się lekko po biodrach i powiedziała:
- Tym się robi karierę, kochasiu.
Shari, przysłuchująca się całej rozmowie, poczuła się urażona słowami Tiny. Poczuła, że Wiktor miał co do tej kobiety rację. Ona była naprawdę obrzydliwa i to pod każdym względem. Nie tylko nie okazywała księciu Ludwikowi szacunku, na jaki on w jej oczach zasługiwał, ale jeszcze wykpiwała jego szlachetne poglądy. To było po prostu podłe. Wściekła poczuła, że za długo już tu stoi i bierze udział w tej scenie, której nie ona przecież była adresatką. Chciała więc wyjść, kiedy to nagle, przez zupełny przypadek potrąciła ręką sznur mocno przywiązany do jednego z umocowanych na ścianie uchwytów. Sznur odpadł od haka i wtedy okazało się, że do liny był przymocowany wielki worek z piaskiem. Nic go teraz nie trzymało, przez co spadł na scenę i to prosto na Martinę. Ta w ostatniej chwili zorientowała się, co jej grozi i szybko odskoczyła na bok. Worek uderzył z hukiem o scenę, przeraziwszy przy tej okazji kota artystki, który z głośnym miaukiem odskoczył. Martina szybko go złapała w ramiona i zaczęła uspokajająco głaskać, rozglądając się za sprawcą tego zamieszania. W końcu dostrzegła ona sparaliżowaną z szoku i strachu Shari. Nic jej nie trzeba było więcej mówić.
- To twoja sprawka, mam rację? - zapytała, podchodząc do niej z morderczym spojrzeniem w oczach.
Shari przerażona zaczęła się jąkać, nie mogąc zapanować nad nerwami.
- Ja... Ja... Ja... Ja niechcący. To był przypadek.
- To prawda, to przypadek. Shari nie zrobiła tego specjalnie - wystąpiła w jej obronie Anna.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, głupia kaleko! - warknęła w jej stronę Martina.
Anna spojrzała na nią dumnie i odparła:
- Może i jestem kaleką, ale wolę kuleć na jedną nogę niż kuleć z braku serca w piersi. Bo to jest dopiero kalectwo.
Martina już miała jej coś odpowiedzieć, gdy nagle do sali wszedł ktoś jeszcze. To był wysoki mężczyzna o czarnych włosach, lekkich wąsikach i delikatnej, małej bródce. Był nieco pulchny, ale nie ujmowało mu to bynajmniej uroku osobistego. Ubrany w elegancki fioletowy strój i lekko się podpierając laską, podszedł bliżej sceny i rzekł:
- Powiedziano mi, że jest tutaj książę Ludwik z Bawarii i że ma do mnie jakiś interes. Czy to prawda?
- Istotnie, to prawda - powiedział Ludwik, wysuwając się naprzód - Pragnę w pańskim teatrze wystawić sztukę mojego autorstwa. Bardzo chcę omówić z panem wszystkie istotne szczegóły, panie Zeller.
Dyrektor teatru, Paul Zeller, bo nim był właśnie mężczyzna, skinął głową na znak szacunku wobec księcia i powiedział:
- Z przyjemnością omówię z panem wszystko, co pan chce. Zechce pan może poczekać na mnie w moim gabinecie? Zaraz do pana przyjdę.
To mówiąc, wskazał ręką miejsce, w którym znajdował się jego gabinet. Gdy to zrobił, zauważył worek leżący na scenie oraz zirytowaną Martinę.
- Co tu się stało? - zapytał.
- Ta wstrętna cyganicha zrzuciła na mnie rekwizyt! - zawołała artystka.
Dyrektor spojrzał na Shari, stojącą przerażoną tuż obok Anny i powiedział:
- To o ciebie chodzi, moja droga? Kim ty jesteś?
- Jestem Shari, proszę pana - odpowiedziała dziewczyna, czując się z każdą chwilą coraz bardziej onieśmielona.
- Jej babcia pomaga mi ostatnio w pracy - powiedziała Anna - Przyszywa buty do naszych wstążek. To znaczy, wstążki do butów.
Dyrektor ocenił łakomym wzrokiem Shari. Uznał, że jest ona urodziwa ponad swój status społeczny i do tego niezwykle subtelna. O wiele bardziej subtelna od tej pretensjonalnej Martiny, jojczącej teraz nad swoim biednym kotem i mówiącej mu za pomocą jakiegoś bełkotliwego słowotoku, jak to Shari zrzuciła jej całkiem specjalnie ten rekwizyt na głowę i tylko cudem uniknęła śmierci. Ludwik wraz ze swoimi przyjaciółmi wystąpili w obronie dziewczyny mówiąc, że to był po prostu nieszczęśliwy wypadek. Dyrektor jednak nie słuchał ich, zanadto skupiony na tej jakże urodziwej dziewczynie. Dlatego skinął ostatecznie głową na znak, że wierzy w zapewnienia o wypadku i dodał:
- Jestem pewien, że ta dziewczyna nie zrobiła tego celowo. Nie warto zatem z tak błahej przyczyny wywoływać awantury. Książę Ludwiku, proszę pana do mego gabinetu. Martino, doprowadź się do porządku.
- Ależ Paul, nie zamierzasz jej ukarać? - zapytała oburzona Martina.
- A niby czemu? Przecież to był wypadek, a poza tym, ona nie pracuje dla mnie i nie mogę jej za nic karać.
- Ale mógłbyś chociaż...
- Martino, teraz muszę porozmawiać o interesach - uciął rozmowę Zeller - Ale potem zapraszam cię na kolację. Zjemy coś z kuchni mistrza Prokopowa.
- Ależ Paul, a mój biedny kotek? Już nikt się nad nim nie lituje?
Martina jęczałaby jeszcze dłużej, gdyby nie poważny wzrok dyrektora, przez który umilkła i odeszła. Zeller zaś zadowolony z tego, spojrzał na Ludwika i znów wskazał mu drogę do swojego gabinetu. Książę poprosił bliskich, aby poczekali tu na niego i odszedł z dyrektorem.
Kiedy tylko obaj zniknęli, Maria spojrzała na Teodora i zaczęła piszczącym głosem przedrzeźniać Martinę:
- Paul, nie widziałeś, co ona zrobiła? Przestraszyła mojego kociaczka!
Teodor zachichotał i podsunął jedno ramię Ilary, a drugie Marii, mówiąc:
- Teraz nie będziemy o tym mówić. Teraz pora na interesy, a potem zjemy we dwoje kolację u Propa-Śmopa.
- I zamierzasz to tak zostawić? - zapytała Maria piskliwym głosem.
- Och, Paul! A co z moim biednym sierściuchem?! - dodała Ilary, dołączając do tej zabawy.
Elodie z trudem powstrzymywała się od wybuchnięciem głośnym śmiechem, a Anna i Shari patrzyły na dzieci rozbawione i zaklaskały wesoło, a cała trójka od razu im się ukłoniła na znak swojej sympatii do obu pań.
***
Sissi siedziała naprzeciwko Nene, patrząc na nią uważnie i czując, jak przez jej głowę przebiega cały tabun najróżniejszych myśli. Z jednej strony współczuła mocno siostrze z powodu jej sprzeczki z Gregoriosem, z drugiej jednak uważała, iż Nene niepotrzebnie wywoła awanturę z jej powodu. Naprawdę nie rozumiała, co jest niby obraźliwego w stwierdzeniu, że ona, czyli Elżbieta von Wittelsbach jest dziwna. Sama nieraz zastanawiała się nad tym, czy aby tak nie jest, czy ona oraz jej podejście do życia nie są nazbyt dziwne i zdecydowanie nie pasujące do tego świata i rządzących w nim praw. Myślała o tym wiele razy i uznała, że chyba tak, ale w przeciwieństwie do Nene, gdyby ktoś powiedział o niej, iż jest dziwna, to by się wcale za to nie obraziła. Doskonale wiedziała, jak się na świecie sprawy mają i że takie osoby jak ona na pewno w najlepszym razie uchodzą za dziwaczne. Ale w jej mniemaniu słowo „dziwaczna” równoważne było z „niezależny” i „wolny”, a te słowa pozytywnie jej się kojarzyły. Nie rozumiała zatem, po co robić o takie coś awantury i wywoływać kłótnie? Nene zdecydowanie przesadziła. Mimo wszystko, była ona jej siostrą i należało się jej od Sissi wsparcie. Ponadto smutno jej było z powodu tego nieporozumienia z Gregoriosem. Przecież Nene go kochała, a on na pewno kochał ją. Tego Sissi była pewna, bo przecież jakby nie mógł jej kochać? To taka wspaniała dziewczyna. Taka dobra i kochana, a do tego niezwykle piękna. Jak więc można ją bliżej poznać i nie pokochać? A skoro tak, to jak można ją też ranić?Nie, na pewno Gregorios nie zrobił tego specjalnie. Szkoda jednak, że nie słuchać za dobrze Nene, ani ona jego. I po co te wszystkie sprzeczki i kłótnie? Naprawdę szkoda na nie życia.
- Nene, siostrzyczko. Naprawdę niepotrzebnie się martwisz - powiedziała po chwili namysłu Sissi - Zobaczysz, wszystko między wami się ułoży.
Nene zasmucona pokręciła przecząco głową i odparła:
- Nie, Sissi. Nie ułoży się. Nie wierzę w to, że się ułoży. Widzę wyraźnie, że on i ja nie umiemy się ze sobą dogadać. A skoro już na początku nie jesteśmy w stanie tego zrobić, to co dopiero potem?
Sissi uśmiechnęła się z pobłażaniem do siostry i stwierdziła:
- Nene, proszę cię. Przecież to była zaledwie jedna sprzeczka.
- Ale za to poważna - odpowiedziała Nene, a widząc rozbawionym tym Sissi, dodała szybko: - A tak, poważna. I to bardzo poważna. Przecież cię obraził.
- Ja tam się nie czuję jakoś urażona.
- Ale ja się czuję. Dlaczego on tak powiedział o tobie? I dlaczego nie liczy się wcale z moim zdaniem? Dlaczego mnie stawia przed faktem dokonanym? Czy tak robi ktoś, kto kocha?
- Moim zdaniem, zdecydowanie przesadzasz w tej kwestii obrażania mnie. On na pewno nie chciał tego zrobić, powiedział coś bezmyślnie i szybko tego zaczął żałować. A co do tej sprawy waszej przeprowadzki do Grecji, rozumiem cię, ale i w tej sprawie niepotrzebnie się niepokoisz. Przecież to naturalne, że po ślubie żona zamieszkuje razem z mężem. Tak było od wielu lat i tak on teraz myśli. Jakbyś mu powiedziała na spokojnie to, co powiedziałaś mnie, że się boisz jechać na takie tak zupełnie sobie nieznane ziemie, gdzie miałabyś mieszkać z dala od bliskich, on by to na pewno zrozumiał.
- Nie wiem, czy by zrozumiał. I obawiam się, że już się tego nie dowiem, bo już go nie zobaczę nigdy na oczy. Po tym wszystkim, on na pewno wyjechał i już więcej tutaj nie wróci.
- O Boże, dlaczego od razu zakładasz wszystko, co najgorsze?
- Bo tak właśnie jest, Sissi! Jeżeli para nie potrafi się porozumieć ze sobą od samego początku i to jeszcze w tak ważnej sprawie jak miejsce zamieszkania, to co dopiero później?
- Och, Nene! Proszę cię! Problemy zawsze się zdarzają, ale przecież to tylko jeszcze jedna trudność do pokonania dla zakochanych i tyle. Chcecie się poddać już na pierwszej przeszkodzie? Tak się wyścigów nie wygrywa.
Nene spojrzała gniewnie na siostrę i powiedziała ze złością, przechodząc na angielski, ich prywatny język:
- Sissi, czy tobie wszystko kojarzy się tylko z dobrą zabawą? Czy ty nie jesteś w stanie zrozumieć, że to poważna sprawa? Ja mam wyjść za niego za mąż, a po ślubie wyjechać do miejsca, które i owszem, bardzo lubię, ale nie mam z nim tak cudownych wspomnień, jak z naszą ukochaną Bawarią! Mam pojechać tam ot tak, po prostu, bo on tego chce! Bo wszystkie kobiety w jego rodzinie tak robią, że ze swoim mężem wyjeżdżają nawet na koniec świata i uważają to za normalne! A ja nie wiem, czy chcę być jak one! Ja nie wiem, czy chcę być podobna do nich! Ja to nie one. Ja to ja, nie nikt inny. Nie chcę, żeby ktokolwiek traktował mnie w taki sposób! Żeby nie liczył się z moim zdaniem i podejmował decyzje za mnie! Ja nie jestem dzieckiem, żeby ustalać coś za moimi plecami i stawiać mą osobą już przed faktem dokonanym! Sama widzisz, że to poważna sprawa, a ty mówisz o tym tak, jakby to był kolejny wyścig do wygrania! Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji!
Sissi nie rozumiała, dlaczego Nene nagle przechodzi na ich prywatny język, ani dlaczego zaczyna się jej czepiać. Przecież ona chciała tylko pomóc. Chyba nie zasługiwała za to na takie traktowanie. Dlatego lekko urażona odpowiedziała, też przechodząc na angielski:
- Przeciwnie, zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji i to bardzo dobrze. Tylko zwyczajnie stwierdziłam, że nawet jeżeli uważasz to za problem, nie musisz tak się tym wszystkim przejmować i z góry przekreślać możliwość poradzenia sobie z tym problemem. Może i dla mnie wszystko jest tylko zabawą, ale przynajmniej ja się nie poddaję przy pierwszej przeszkodzie.
Nene zrozumiała, że przesadziła i kiedy Sissi wstała, odwracając się do niej przy tym plecami, podeszła do niej i dotknęła jej ramienia.
- Przepraszam cię, Sissi - powiedziała Nene, wracając do języka niemieckiego - Nie chciałam cię urazić. Jego też nie chciałam. I wiem, że on mnie też wcale nie chciał urazić. Po prostu nie umiemy się ze sobą dogadać.
Sissi, która nie umiała długo chować do nikogo urazy, odwróciła się powoli do siostry i powiedziała czule:
- Spokojnie, Nene. Nie przejmuj się. Chwilowo nie umiecie się dogadać, ale przecież to tylko może być chwilowe. Jeszcze możecie się dogadać.
- Nie wydaje mi się, Sissi. Przecież on na pewno już wyjechał.
- A mnie się wydaje, że nie wyjechał - odparła Sissi, uśmiechając się do Nene tajemniczo - Wręcz przeciwnie, moim zdaniem nie tylko nie wyjechał, ale nawet tu przyszedł, aby się z tobą pogodzić. Chyba w zasadzie powinien już tu być.
Nene spojrzała na siostrę zaintrygowana, nie wiedząc, o co jej może chodzić, gdy nagle do pokoju ktoś zapukał. Kiedy obie siostry powiedziały „Proszę”, drzwi się otworzyły i stanął w nich lokaj, mówiąc:
- Książę Gregorios Kratides do księżniczki Heleny.
Nene spojrzała na Sissi, która uśmiechnęła się od ucha do ucha. Już wszystko stało się dla niej jasne.
- Uknuliście to, tak? Zaprosiłaś go tu, żeby ze mną porozmawiał i nawet nie spytałaś mnie, czy ja się na to zgadzam?
- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam - odpowiedziała dowcipnie Sissi, po czym spojrzała na lokaja i odparła: - Księżniczka Helena prosi.
Nene próbowała zaprotestować, ale lokaj już wyszedł i do pokoju wszedł od razu Gregorios. Sissi uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i powiedziała:
- To ja może zostawię was samych.
Zadowolona powoli wyszła z pokoju, posyłając siostrze wesoły uśmiech, na który Nene odpowiedziała lekkim skrzywieniem. Kiedy zaś drzwi zamknęły się za Sissi, jej starsza siostra spojrzała na ukochanego i powiedziała:
- Witam pana.
Słowa te wypowiedziała tonem niezwykle oficjalnym. Chciała, aby Gregorios wiedział, iż jeżeli chce ją przeprosić, ona oczywiście przyjmie przeprosiny, ale też nie pójdzie mu to zbyt łatwo.
- Przyszedłem cię przeprosić, Nene - powiedział Gregorios.
- To zbyteczne - odparła oficjalnym tonem Nene.
- Przeciwnie, to konieczne. Przemyślałem sobie naszą rozmowę nad jeziorem i zrozumiałem swój nietakt.
Ach tak, pomyślała Nene. A więc tylko tyle zrozumiałeś? Że popełniłeś wtedy nad jeziorem nietakt wobec mnie i mojej rodziny, ale nic poza tym nie pojmujesz? I pewnie jeszcze sądzisz, że o całej reszcie zapomnę? O nie, kochany! Tak łatwo, to nie będzie.
- Przykro mi, że absorbowałam pamięć księcia swoją skromną osobą aż tak mocno, żeby musiał rozmyślać na mój temat.
Gregorios nie rozumiał złośliwości Nene. Przecież chciał ją przeprosić, a ta nie tylko się z tego nie cieszyła, ale jeszcze w dodatku robiła mu przykrości. Lekko zacisnął zęby ze złości i odparł:
- Książęta mają swoje wady, ale mają przynajmniej tę jedną zaletę, że potrafią być uprzejmi nawet wtedy, kiedy nie mają na to ochoty.
- Domyślam się, że pańska uprzejmość jest właśnie tego rodzaju - odparła na to złośliwie Nene.
- O tak, ma pani rację.
- Domyślałam się tego.
- Tym lepiej.
- Tylko dziwię się, że pan się wysila.
- To jest automatyczne. Już samo wychowanie wpoiło we mnie automatyzm przyzwoitych form.
- Podziwiam to.
Gregorios zacisnął zęby ze złości, po czym skłonił się Nene i chciał już wyjść z pokoju, jednak zamiast tego ponownie spojrzał na ukochaną i rzekł:
- Och, Nene! Po co my się sprzeczamy jak małe dzieci? Przecież ja nie chcę cię skrzywdzić ani zranić. Naprawdę przemyślałem sobie to wszystko i wiem, że źle wobec ciebie postąpiłem, ale chcę to naprawić.
Nene uznała, że dosyć go już dręczyła. Ponadto zrozumiała, iż sama też nie była w tej kwestii bez skazy. Zasmucona spojrzała na ukochanego i rzekła:
- Gregorios, ja wcale nie jestem na ciebie zła. Już nie. Po prostu... Smuci mnie fakt, że z tego wszystkiego, co się stało rozumiesz jedynie to, że popełniłeś nietakt w sprawie mojej rodziny.
- Nie, Nene. Ja zrozumiałem o wiele więcej, ale przede wszystkim za ten mój nietakt chciałem cię przeprosić. Co do reszty, również przyjmij moje przeprosiny połączone z pewną propozycją, jaka być może przypadnie ci do gustu.
- Co to za propozycja?
Gregorios podszedł do niej i ujął jej dłonie w swoje, po czym spojrzał Nene w oczy i powiedział czule:
- Pragnę pojąć cię za żonę i zamieszkać z tobą tam, gdzie będziesz dobrze się czuła. Ja wiem, w Grecji nie masz prawie nikogo ci bliskiego, a tu masz całą swoją rodzinę, którą bardzo polubiłem. Rozumiem, jak bardzo ich kochasz i rozumiem, dlaczego. To wspaniali ludzie. Nie wyobrażam sobie, abyś miała ich opuścić i od czasu do czasu jedynie widywać. Dlatego uznałem, że jest tylko jedno wyjście z tej trudnej dla ciebie sytuacji. Ja zamieszkam z tobą w Bawarii. Albo w Austrii, jeżeli ją będziesz wolała.
Nene spojrzała zdumiona na Gregoriosa, nie wiedząc, czy powinna wierzyć własnym uszom, czy też może właśnie śni. Jej ukochany nie tylko przeprosił ją za swoje nieprzyjemne słowa, ale jeszcze proponował jej rozwiązanie, które bardzo jej odpowiadało. Czy to wszystko mogło być prawdą? Czy może też tylko pięknym snem? Jeśli to drugie, to nie chciała się z niego budzić.
- Gregoriosie, co ty mówisz? Byłbyś w stanie zamieszkać ze mną w Bawarii? Z dala od swojej ojczyzny? Z dala od tego wszystkiego, co znasz od zawsze?
- Dla naszej miłości jak najbardziej jestem w stanie to zrobić - odpowiedział jej czule Gregorios.
- Ale przecież nie znasz Bawarii ani Austrii. Znaczy znasz, ale nie tak dobrze jak swoją ojczyznę. Jeśli tu zamieszkasz, zostaniesz tu sam bez bliskich.
- Nie zostanę tu sam, bo ty ze mną tu będziesz, a twoja rodzina stanie się też i moją rodziną.
- Ale przecież twoi bliscy w Grecji...
- Będziemy ich odwiedzać. Nigdy o nich nie zapomnimy. Ale zamieszkać bez wahania możemy tutaj. Wiele o tym myślałem i wiem, że to dobra decyzja. Ja nie chcę żyć w Grecji, jeśli ciebie by tam miało nie być. Poza tym, to tylko miejsce na mapie i nic więcej. Mój dom jest tam, gdzie jest moje serce, a moje serce jest od chwili, gdy się poznaliśmy przy tobie. I wiem, że nic tego nie zmieni.
- Nie wiem, czy mogę się na to wszystko zgodzić.
- Myślę, że możesz, kochana Nene. Kocham cię i chcę z tobą być. I chcę też, abyś zawsze była taka uśmiechnięta i kochana jak teraz. A taka będziesz jedynie tam, gdzie czujesz się dobrze. A dobrze czujesz się tutaj. Dlatego ja zostanę tutaj z tobą. Wiem, że nie będę tego żałował. I zrobię wszystko, abyś i ty nie musiała tej decyzji nigdy żałować.
Nene poczuła, że nie wytrzyma dłużej. Wzruszona zaczęła ronić łzy, po czym z radością uściskała ukochanego, tuląc się do niego mocno i czule.
- Mój kochany! Mój najdroższy! Tak, zgadzam się! Tak! Nawet nie wiesz, ile mi szczęścia tym dajesz! Kocham cię, najdroższy! Tak bardzo cię kocham.
Gregorios czule i z miłością uściskał Nene, po czym lekko okręcił ją dookoła własnej osi, śmiejąc się i także płacząc z radości. Ich wesołe okrzyki zwabiły Sissi do pokoju, która weszła radośnie i widząc zakochanych pogodzonych, uśmiechnęła się czule i powiedziała:
- No proszę. Jak widzę, wszystko już między wami dobrze, mam rację?
Nene, którą ukochany postawił już na podłodze, spojrzała na siostrę radośnie i chociaż początkowo miała ochotę udusić ją za wtrącanie się w jej sprawy, teraz już nie umiała mieć takich morderczych skłonności wobec Sissi i jedyne, co umiała jej powiedzieć, to pełne czułości i wzruszenia słowa:
- Dziękuję ci, siostrzyczko. Dziękuję ci.
***
Ludwik siedział w karecie obok Elodie i naprzeciwko Ilary, Teodora i Marii, którzy z uwagą wpatrywali się w niego, oczekując na relację, rzecz jasna dokładną z jego rozmowy z dyrektorem cyrku. Ich spojrzenia, połączone z lekkim kiwaniem się w miejscu do przodu i do tyłu wyraźnie pokazywały, że aż płoną z ciekawości. Dodatkowo jeszcze Maria niemalże skakała na swoim miejscu, nie mogąc już się powstrzymać od zadawania pytań:
- No i co? I jak ci poszło? Czy dyrektor się zgodził?
- Spokojnie, Mario. Ludwik zaraz wszystko nam wyjaśni - odpowiedziała jej Elodie - A osobiście mogę ci powiedzieć, że moim zdaniem na pewno wszystko się udało i to tak, jak Ludwik to sobie zaplanował.
- A skąd to może wiedzieć? - zapytała Maria.
- Bo twój kuzyn jest w doskonałym humorze - odparła Elodie.
Ludwik uśmiechnął się do ukochanej, patrząc na nią czułym wzrokiem i rzekł do niej radośnie:
- Jak widzę, twoja bystrość dorównuje twojej urodzie. Ale to prawda, dyrektor zgodził się wystawić w swoim teatrze mojej sztuki.
Dzieciaki podskoczyły radośnie, wydając z gardeł radosny okrzyk.
- To co? Kiedy zostanie wystawiona? - zapytała Ilary.
- Spokojnie, na to wszystko trzeba czasu - odpowiedział jej Ludwik - Aktorzy muszą się przygotować, zapamiętać tekst itd. Ponadto jeszcze dyrektor wymyślił sobie, żeby dopisać do sztuki kilka piosenek.
- Piosenek? - zdziwiła się Maria.
- A po co piosenki? - dodał Teodor.
- Bo podobno to jest ostatnio niesamowicie modne, kiedy przedstawienia są muzyczne i zawierają w sobie kilka piosenek - wyjaśnił im Ludwik - W sumie to jest bardzo prawdopodobne, bo coraz częściej widzę takie przedstawienia. Ale nie zamierzałem rozwijać za bardzo tego tematu. Zgodziłem się na to, a on w zamian za to zgodził się, aby premiera odbyła się całkowicie pro bono, czyli aktorzy nie będą mieli za to zapłaty, a pieniądze za bilety idą na remont nowego sierocińca w Wiedniu. Wiecie, tego kupionego przez Sissi.
- I co? Dyrektor się zgodził na to, że aktorzy nie dostaną zapłaty? - zdziwiła się Elodie.
- Zgodził się, bo jestem następcą tronu Bawarii i kuzynem cesarza Austrii, a to nie jest byle jaka koligacja - zachichotał dowcipnie Ludwik - No, jednak przede wszystkim dlatego, że zawarliśmy pewien układ.
- Jaki? - zapytała Ilary.
- Ustaliliśmy, że aktorzy dostaną wypłatę za udział w tej sztuce wtedy, kiedy ona zostanie ponownie wystawiona. Bo wiecie chyba, że jeżeli w teatrze sztuka się podoba, jest kilka przedstawień przez pewien czas. Dlatego właśnie ustaliliśmy z dyrektorem, iż jeśli moja sztuka zyska popularność i będą kolejne przedstawienia, to za udział w nich aktorzy dostaną wypłatę i jedynie tylko pieniądze zarobione na premierze pójdą na cel charytatywny.
- A jeżeli się nie uda i sztuka nie spodoba się publiczności? - zapytał Teodor.
- Daj spokój, braciszku! - żachnęła się lekko oburzona Maria - Jak niby sztuka Ludwika miałaby się nie spodobać? Przecież ona musi się spodobać! To jasne jak słońce, że się spodoba.
Ludwik spojrzał z uśmiechem na małą kuzyneczkę i delikatnie pogłaskał ją dłonią po głowie i rzekł:
- Bardzo mi miło, że tak mówisz, maleńka. Ale wiesz, to nie jest pewne i z tego też powodu ustaliłem z dyrektorem, iż w razie niepowodzenia pieniądze, które zarobimy na premierze sztuki idą w całości na cel charytatywny, a ja zapłacę jego aktorom z własnej kieszeni, dlatego stratni na pewno nie będą.
Elodie pomyślała nad tym wszystkim, co powiedział jej ukochany, układając sobie w głowie to wszystko, co on rzekł, po czym odparła:
- Jak dla mnie, to uczciwy układ. Choć zgadzam się z Marią, że nie ma szans na to, aby twoja sztuka nie miała osiągnąć sukcesu.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz, najdroższa Elodie - odpowiedział Ludwik, delikatnie ściskając dłoń ukochanej i patrząc na nią z miłością - Ale ostatecznie ryzyko zawsze istnieje. Wszystko zależy od publiczności, czy będzie zachwycona, czy też nie.
- Nie wiem, jak inni, ale my na pewno będziemy zachwyceni - powiedział do kuzyna Teodor.
- Na pewno twoja sztuka się nam spodoba - dodała Ilary.
- No oczywiście, to jasne jak słońce - rzuciła wesoło Maria - Panna Łucja też będzie podziwiać twoją sztukę.
Widząc, że jej brat chichocze rozbawiony tymi słowami, lekko się uraziła i odparła na to:
- No oczywiście, że będzie, bo zabiorę ją na przedstawienie. Nawet kupię jej bilet, jeśli będzie trzeba.
Ludwik uśmiechnął się do dzieci i powiedział do nich życzliwym tonem:
- Dziękuję wam bardzo, moi kochani. Wierzę, że w was będę miał zawsze, ale to zawsze wierną publiczność. Ale postaram się was nie zawieść.
- Na pewno nas nie zawieziesz - odpowiedział mu Teodor - Przypominam ci, że przecież czytaliśmy twoją sztukę, gdy ją napisałeś.
- A drugą jej część napisałeś dlatego, że my cię do tego namówiliśmy - dodała Maria.
- Pamiętam i nigdy tego nie zapomnę - odpowiedział im Ludwik - Ale teraz to muszę dołożyć do tej sztuki jeszcze odpowiednie piosenki. Muszę napisać słowa, a muzykę do nich skomponuje teatralny muzyk, podobno mistrz w swoim fachu.
- A przepraszam, bo zapomniałam cię zapytać. O czym dokładniej opowiada twoja sztuka? - zapytała nagle Elodie - Powiedziałeś jak dotąd jedynie ogólnie, że to jest inna wersja, bardziej optymistyczna tej znakomitej powieści Victora Hugo „Katedra Marii Panny w Paryżu”. Ale nie opowiadałeś szczegółów.
- Też chętnie je poznam, bo ich nie znam - dodała Ilary - A przy okazji, to czy powiesz nam, dlaczego napisałeś właśnie taką sztukę?
Ludwik uśmiechnął się delikatnie na wspomnienie powodów, które kilka lat temu nakierowały go na zrealizowanie tego dość niezwykłego pomysłu, jakim w jego oczach i w oczach wielu ludzi było napisanie tej sztuki. Powody te były dla niego dosyć proste. On i Joanna, kiedy jeszcze żyła, byli zafascynowani dziełami Victora Hugo, a zwłaszcza opowieścią o losach Cyganki Esmeraldy, sieroty przed laty porwanej i wychowanej przez Cyganów, w której kocha się jednocześnie aż czterech mężczyzn: archidiakon Klaudiusz Frollo, artysta Piotr Gringoire (dawny uczeń Klaudiusza), kapitan królewskich łuczników Febus oraz garbus Quasimodo, dzwonnik katedry Notre Dame i wychowanek Frolla. Jedynie ten ostatni darzy tę oto niezwykle piękną istotę szczerym uczuciem, pozostali jedynie jej pożądają lub po prostu są nią zachwyceni. Klaudiusz Frollo wiedzie ascetyczne życie, bawiąc się w alchemię i szukając złota, próbując przy okazji nawrócić swego młodszego brata Jana, hulakę i awanturnika, aby zajął się studiami, a nie hulankami. Pewnego dnia widzi przez okno Esmeraldę i zakochuje się w niej. Próbuje jakoś zwalczyć tę miłość, jednak nic to nie daje, dlatego postanawia porwać dziewczynę, do której czuje mieszankę uczuć: miłości, pożądania, ubóstwienia i nienawiści jednocześnie. To Quasimodo na jego polecenie ma porwać Cygankę, ale ratuje ją kapitan Febus, w którym Esmeralda się od razu zakochuje. Nieco później dziewczyna ratuje przed powieszeniem Gringoire’a, który idąc za nią trafia na Dziedziniec Cudów, miejsce zamieszkane przez samych bandytów, zaś powieszenie jest karą przestępców za wejście na ich teren obywatela z miasta bez pozwolenia. Esmeralda ratuje artystę, zgadzając się za niego wyjść, ale to małżeństwo to dla niej tylko formalność, ona sama kocha bowiem Febusa. Ten jest co prawda zaręczony ze swoją kuzynką Lilie, ale nie ma nic przeciwko małemu romansowi z Cyganką. Tymczasem Quasimodo za próbę porwania Esmeraldy zostaje wychłostany, a następnie przywiązany na dwie godziny do pręgierza. Pomoc biedakowi ofiarowuje jego niedoszła ofiara, podając mu wodę. Tego samego wieczoru idzie ona potem na schadzkę z Febusem, który chce ją uczynić swoją kochanką. Śledzi ich Frollo, który nie jest w stanie zapanować nad sobą i dźga nożem w plecy kapitana. Ten przeżywa, ale mimo to Esmeralda zostaje oskarżona o próbę jego zabójstwa i skazana za to przez sąd na powieszenie. Frollo ofiarowuje jej życie w zamian za oddanie mu się, kiedy zaś dziewczyna odmawia, zostawia ją samej sobie. Przed egzekucją ratuje ją jednak Quasimodo i ukrywa w katedrze Notre Dame w ramach prawa azylu. Frollo wszak to odkrywa i próbuje zgwałcić Esmeraldę, w jej obronie staje jednak Quasimodo. Klaudiusz w tej sytuacji wymyśla coś innego. Wmawia Gringoire’owi, że władze miasta postanowiły złamać prawo azylu i powiesić Esmeraldę. Przerażony artysta mobilizuje do jej odbicia wszystkich żebraków oraz bandytów, którzy szturmują katedrę. Dochodzi w ten sposób do zamieszek, ginie w nich król Cyganów Klopin, a także Jan Frollo, brat Klaudiusza. Zamieszki tłumi królewska straż na czele z Febusem. Król Ludwik XI każe powiesić Esmeraldę, którą uważa za sprawczynię tego wszystkiego. Frollo z Gringoirem porywają dziewczynę z katedry podczas walk. Rozdzielają się jednak i archidiakon pozostaje sam z Cyganką. Ponownie proponuje jej zostanie jego lub śmierć. Esmeralda woli już stryczek niż związek ze swym prześladowcą. Frollo wzywa więc straż, która chwyta biedną dziewczynę i wiesza ją. Klaudiusz zmusza Quasimoda, aby na to patrzył i śmieje się przy tym demonicznie. Garbus widząc to, zrzuca go z katedry, zabijając go w ten sposób i znika. Po latach ludzie znajdują jego ciało przytulone do ciała Esmeraldy.
Tak w wielkim skrócie wyglądała fabuła jednej z najsłynniejszych powieści Victora Hugo. Ludwik i Joanna, gdy ta jeszcze żyła, byli niesamowicie zachwyceni tym dziełem, jednak oboje podczas rozmów ze sobą uznali, iż cała ta opowieść jest o wiele za smutna i powinna być bardziej pozytywna.
- Cały problem z tą powieścią polega na tym, że nie pozostawia ona żadnej nadziei dla ludzi, którzy są z jakiegoś powodu inni - powiedziała Joanna, kiedy o tym rozmawiała z ukochanym - Dla Victora Hugo świat jest po prostu strasznym miejscem, w którym nie ma nigdy nadziei na to, że będzie lepiej, a każdy, kto jest inny prędzej czy później zginie zniszczony przez tzw. porządnych obywateli.
- Nie sądzisz jednak, że wiele w tym prawdy? - zapytał ją wówczas Ludwik.
- Owszem, wiele w tym prawdy, ale czy to powód, aby dołować czytelnika i dobijać go? Pozbawiać nadziei? Życie jest okrutne, po co jeszcze sztuka ma taka być, jak mawiał Molier?
- A to też prawda. Zgadzam się z tobą. Uważam, że ty i ja wymyślilibyśmy tę historię o wiele lepiej, gdyby tylko nam pozwolono.
Joanna spojrzała na niego wówczas rozbawionym wzrokiem i spytała:
- A może napiszesz takie dzieło?
Ludwik spojrzał na nią zdumiony i powiedział:
- Joasiu, o czym ty mówisz? Przecież wiesz dobrze, że to nie ma sensu. Pan Victor Hugo nie da mi pozwolenie na stworzenie takiego dzieła.
- A po co ci jego pozwolenie? - zaśmiała się Joanna - Napisz to dzieło jedynie dla siebie i dla mnie, jak i dla każdego, kto je doceni i tylko tym osobom je pokaż. Nie musisz go publikować, więc nie potrzebujesz pozwolenia od autora oryginału.
- Czyli to ma być dzieło napisane dla samej przyjemności? Sztuka dla sztuki?
- Dokładnie tak. Dzieło, którego czytanie sprawi ci przyjemność.
- Ale czy to ma sens poprawiać oryginał? Czy to ma sens poprawienie czegoś pięknego, tylko smutnego, aby było piękne i wesołe?
Joanna uśmiechnęła się do niego delikatnie, po czym odparła:
- A po co szukać w tym wszystkim sensu? Nie lepiej to po prostu napisać i się tym cieszyć? Czy w tworzeniu dzieł sztuki trzeba dopatrywać się sensu? Może te dzieła tworzy się po prostu dla przyjemności ich tworzenia i podziwiania ich, gdy już zostaną stworzone?
Ludwik przemyślała mocno i dokładnie słowa ukochanej, po czym uznał, że ma ona rację. Ponadto przypomniał sobie, iż swego czasu widział on w Paryżu, w czasie swoich studiów piękną operę „Esmeralda” na podstawie powieści Victora Hugo i dodatkowo z librettem jego własnego autorstwa. Opera ta zawierała nieco inną fabułę niż książka i Esmeralda tam nie ginęła na szubienicy, bo ocalił ją przed tym Febus, który w tej wersji naprawdę ją kocha, ale umiera od zadanej mu wcześniej rany. To nadal dramatyczna opowieść, jednak z lepszym zakończeniem i sam Hugo na nie wydał pozwolenie, podobnie jak i na balet o tym samym tytule i niemal takiej samej fabule, który Ludwik też swego czasu widział. W balecie też Febus ratuje ukochaną Esmeraldę, ale nie umiera, bo przeżywa i jest z ukochaną na końcu, zaś Frollo ginie zabity przez Quasimoda i wszystko dobrze się kończy. No, może tylko biedny garbus zostaje sam, ale zawsze żyje i ma on jeszcze szansę na szczęśliwe dla siebie życie.
Pod wpływem tych wspomnień i rozmów z ukochaną Joanną, Ludwik sobie dobrze wszystko ułożył w głowie i napisał sztukę „Dzwonnik z Notre Dame”, a jej pierwszą czytelniczką była Joanna, już wtedy gorzej się czująca. Była nią bardzo zachwycona, choć podobnie jak Teodor i Maria (także czytający to dzieło, chociaż nieco później), uznała, że zakończenie sztuki pozostawia Quasimoda samego, gdy inni są szczęśliwi w miłości i może warto by dać dzwonnikowi dziewczynę? To zaś zachęciło Ludwika do napisania drugiej części, którą pisał, będąc na studiach w Londynie, z których powrócił do Bawarii na wieść o złym stanie zdrowia swej ukochanej Joanny. Zajęty nauką i innymi sprawami, nie miał tyle czasu, aby pisać swobodnie i druga część sztuki nie była jeszcze gotowa, kiedy powrócił do domu. Na widok ukochanej, bladej i wykończonej gruźlicą, z której nawet wyjazd do wód nie był w stanie jej wyleczyć, dobił go kompletnie i nie był w stanie myśleć o tym, aby cokolwiek tworzyć. Joanna jednak prosiła, aby codziennie pisał kolejne sceny sztuki i dał jej do przeczytania, ponieważ ona czuje, że umiera i chce ją zdążyć przed śmiercią przeczytać.
- Proszę cię, nawet tak nie mów - powiedział do niej z rozpaczą Ludwik, gdy siedział przy niej i trzymał ją za rękę.
- Kiedy taka prawda, Ludwiku - odpowiedziała Joanna, uśmiechając się do swego ukochanego blado i ponuro - Ja przecież młodo umrę, tak mi jest pisane.
- A ja tam uważam, że przeżyjesz wszystkich swoich bliskich. Tak, bo zrzędy ciągną najdłużej - odparł na to żartobliwie Ludwik.
Rozbawił w ten sposób ukochaną, ale siebie nie zdołał, chociaż po to głównie ten żart powiedział. Nie było mu jednak tak naprawdę do śmiechu. Widok Joanny o twarzy bladej jak kreda i z podkrążonymi oczami i ledwo trzymającą się już na nogach z powodu choroby bynajmniej nie podnosił go na duchu. Mimo wszystko spełnił jej życzenie i będąc w domu siedział do późna w nocy i pisał, chcąc zdążyć skończyć sztukę na czas. Udało mu się to i dzięki temu Joanna zdążyła przeczytać drugą część jego dzieła. Była nim zachwycona, a po przeczytaniu rzekła:
- Uważam, że to wspaniała sztuka. Powinieneś ją wystawić w teatrze. Jest po prostu cudowna.
- Naprawdę tak uważasz, najdroższa? - zapytał Ludwik.
- Oczywiście, mój ukochany - odpowiedziała mu Joanna.
Dziewczyna leżała wtedy w łóżku zmęczona i osłabiona chorobą. Ludwik zaś siedział przy niej i trzymał ją za rękę.
- Najbardziej mi się podobał ten wiersz, który Gringoire napisał dla naszego kochanego dzwonnika. Był cudowny. A przeczytasz mi go jeszcze raz?
Ludwik nie odmówił. Wziął rękopis do ręki, odszukał odpowiednią stronę, po czym znalazłszy je, ułożył sobie kartki na kolanie i zaczął czytać:
A może miłość każdego spotka?
A może cię dojrzy, choć nie wiesz, gdzie?
A może ten niezwykły cud wydarzy się?
To nie trudne, uwierz mi.
Miłość bywa tam, gdzie ty.
Bo to przecież taki mały cud,
Co czasem dnia nie czeka, w krok za tobą gna.
A czasem znowu zwleka, aż nadejdzie maj.
Pomyśl sobie.
To przecież taki mały cud.
Radosny napój, szczęście łut, twój wierny cień.
A może tylko chwilka, co oślepia cię,
Po czym znika.
To przypomina błyskawicę,
Co z nieba mknie jak dzwonu pieśń.
Na świat przychodzisz, rośniesz, kiedy wtem
W miłości wpadasz sieć.
To jest czar!
A potęgi tej władczyni
Żadna magia nie odczyni.
Miłość to wielki czar.
Wiem, niektórzy tak to widzą,
Że to igraszka, że epizod.
Ślepi są.
Lecz, gdy się zdarzy taki cud,
Miłość możesz głód i ty i on.
A serce zagra jak najpotężniejszy dzwon.
Och, zobaczysz! Poczujesz! Uwierzysz!
Bo może miłość i ciebie spotka.
Bo może cię dojrzy, choć nie wiesz, gdzie.
A może ten największy cud przydarzy się.
Ten największy w świecie mały cud
Spotka i mnie.
Ludwik skończył czytać i spojrzał na ukochaną, pytając:
- Naprawdę ci się on tak podoba, Joasiu? Joasiu?
Ale Joanna nie odpowiedziała mu już. Leżała na wznak z oczami zwróconymi w sufit i nie poruszała się. Książę bawarski dotknął jej szyi, jak go uczono, ale już nie wyczuł pulsu. Wszystko zrozumiał. Załamany zamknął Joannie oczy, po czym opadł na kolana, głową zaś na łóżko i zaczął płakać.
- Ludwiku, wszystko w porządku? - zapytała Elodie, dotykając jego ramienia.
Książę wyrwał się ze wspomnień i spojrzał na ukochaną i dzieci, poprawiając się lekko na miejscu, na którym siedział.
- Wybaczcie, zamyśliłem się. Wróciły pewne wspomnienia. A więc, o co mnie pytaliście, kochani?
***
Ludwik opowiedział historię powstania swojej sztuki oraz o tym, jak wygląda jej treść, a kiedy tylko wszyscy dojechali na miejsce, natychmiast poszedł wraz z Elodie do swojego pokoju, aby z nią naradzić się w kwestii piosenek, jakie mają być w sztuce. Nie musieli przejmować się faktem pasowania słów do melodii, bo owe melodie jeszcze nie istniały i miały powstać dopiero do napisanych już słów, co znacznie ułatwiało zakochanym pracę. Elodie chętnie pomagała ukochanemu, tym bardziej, iż historia powstania sztuki autorstwa Ludwika naprawdę bardzo ją wzruszyła. Zrozumiała już, że nie była ona jedynie kaprysem ze strony nudzącego się następcy bawarskiego tronu, a chęcią sprawienia przyjemności nie tylko sobie, ale i swojej ukochanej. Elodie była tym naprawdę wzruszona. Napisanie dla Joasi tej sztuki, a już zwłaszcza jej drugiej części, było szlachetnym celem i przy okazji też sprawiało, że była ona jeszcze atrakcyjniejsza w oczach księżniczki. A teraz też jeszcze Ludwik dołożył do tego wszystkiego kolejnych szlachetny cel, może nawet szlachetniejszy od poprzedniego. Pomoc dzieciom z sierocińca. Romantyczne oraz pełne empatii serce Elodie nie mogło pozostać na to wszystko obojętne. Dlatego z przyjemnością pomogła ukochanemu w pisaniu tekstów kilku piosenek, jakie to miały być zawarte w sztuce. Ludwika niezwykle to ucieszyło, bo praca samotna dla niego nie była aż tak przyjemna. Ponadto wymyślenie jakiegoś dobrego tekstu do wiersza często łatwiej mu przychodziła, kiedyś ktoś bliski mu pomagał. Elodie zaś była nie tylko pełna zapału, ale i dobrych pomysłów. Szybko oboje wymyślili dwie krótkie piosenki do sztuki. Obie miały być śpiewane przez Klopina Postrasz Głupca, czyli króla Cyganów i przybranego ojca Esmeraldy. Jedna z nich szła tak:
I oto zagadka, świat będzie jej strzegł.
Dzwonią dzwony Notre Dame.
Kto tu jest potwór, a kto tu jest człek?
Dzwonów dźwięk, dźwięk, dźwięk, dźwięk.
Na zawsze zostanie w pamięci ich granie.
Raz ton triumfalny, raz jęk.
Dzwonów dźwięk i Notre Dame.
Ludwik uznał, że ta piosenka otworzy i zamknie pierwszą część sztuki, rzecz jasna, jeśli oczywiście powstanie do niej odpowiednia muzyka.
Druga piosenka, również śpiewana przez Klopina, miała być śpiewana, gdy Quasimodo niechcący wpada w ręce żebraków i Cyganów, a ci biorą go za szpiega Frolla, dlatego chcą go powiesić, do czego oczywiście ostatecznie nie dochodzi. W tamtej chwili właśnie śpiewana miała być ta oto piosenka:
Powiedz, czy miejsce plugawe to znasz?
To paryskich szumowin plac rozpraw i sjest.
Powiedz, czy miejsce szubrawe to znasz,
Które Placem Cudów zwą? Oto tu jest!
Kulas fika tu. Ślepiec bryka tu,
Lecz nie gada trup.
Więc nie będziesz miał szans,
Byś wyśpiewać coś mógł.
Mamy sposoby na szpiclów i papli,
Tak bardzo skuteczne, że bierze aż dziw.
Bo to jest, bracie, Cudów Plac,
Gdzie cudem byłoby,
Jeślibyś wyszedł żyw.
Ludwik uważał, że ten utwór powinien być wesoły i dowcipny, a ponadto, czy też może raczej przede wszystkim rytmiczny, aby nadał scenie pewnego tempa, co nieco rozluźni atmosferę i da widzom do zrozumienia, że głównemu bohaterowi, pomimo tego, iż wpadł on w niemałe tarapaty, nie stanie się nic złego.
Te wesołe utwory powstały dość szybko, bo w ciągu jednego dnia. Inaczej się jednak sprawa miała z piosenkami, które Ludwik uznał, iż muszą być przepiękne i stanowić najcudowniejszą cześć sztuki. Chciał, aby jedną z nich śpiewali wszyscy aktorzy na samym końcu przedstawienia, z kolei druga miała być piosenką jednej z głównych postaci kobiecych, czyli Esmeraldy. Wymyślenie jednak odpowiednich do tego rodzaju utworów słów nie było łatwe i dlatego Ludwik z Elodie odłożyli to na kolejny dzień. Przez następne dwa dni oboje głowili się nad tymi i jeszcze też kilkoma innymi utworami, mającymi urozmaicić fabułę sztuki. Sissi, która szybko się dowiedziała o tym, co robią, dołączyła do nich i podrzuciła kilka linijek do obu najpiękniejszych piosenek sztuki, a zwłaszcza tej, którą miała śpiewać Esmeralda. Szczególnie Ludwikowi spodobały się słowa:
Czemu jednak tak obdarzasz?
Dla drugich nie masz nic?
W tych nielicznych zaś wybrańcach
Wstręt budzi widok nieszczęsnych ludzi?
Ludwik wiedział, do kogo Sissi nawiązuje. Opowiadała mu o tym, jak źle ją potraktował Zottornik i jak negatywnie wypowiedział się on o dzieciach, którym to ona chciała pomóc. Rozmowa ta przy okazji sprawiła, że wpadł on na pomysł, aby w sztuce postać Frolla została ukazana jako karykatura wszechwładnego kanclerza, zwłaszcza w sposobie poruszania się, pewnego stylu ubierania się itd. Wiedział aż za dobrze, że wszyscy bez trudu zorientują się, do kogo on nawiązuje, ale wcale go to nie przejmowało. Przeciwnie, chciał jasno dać do zrozumienia, co on myśli o kanclerzu, wiedząc doskonale, że nie spotkają go za to żadne represje, a ten fakt z kolei zachęcał go do działania jeszcze mocniej. W euforii nawet zaplanował dla postaci Frolla jeszcze krótki utwór muzyczny, w którym wyraża on swoje uczucia do Esmeraldy: uczucia ukazujące pożądanie pomieszane z fanatyzmem religijnym. Gdy Elodie i Sissi przeczytały jej tekst, miały lekkie dreszcze, ale uznały, że słowa te idealnie tu pasują. A zwłaszcza te, kiedy Frollo modli się do Matki Boskiej w ten oto sposób:
Obroń mnie, Maryjo.
Z tą czarownicą koniec zrób.
Nie pozwól, żebym w męce tej miał żyć.
I zniszcz Esmeraldę!
Niech zazna ognia piekieł lub...
Ma kochać tylko mnie i moją być.
Dla obu księżniczek słowa te mówiły praktycznie wszystko na temat tego, co do Esmeraldy czuje ten stary cap, jak określiły Frolla w sztuce. Uznały też, iż jest to po prostu rewelacyjne i nie mogły się doczekać, aby to przedstawić na scenie.
Widząc zaangażowanie ukochanej i kuzynki, Ludwik zaproponował, aby obie zagrały w jego sztuce. Dodał, iż nie wyobraża sobie, aby ktokolwiek inny niż one byłby w stanie zagrać dwie najważniejsze kobiece postacie tej historii. Sissi zatem zaproponował rolę Esmeraldy, zaś Elodie rolę Madeleine, ukochanej Quasimoda, którą to rolę sam postanowił odegrać. Co prawda żadna z księżniczek jakoś wcale nie była w stanie sobie wyobrazić Ludwika w roli zdeformowanego dzwonnika z Notre Dame, ale sam książę bawarski uznał, że właśnie dlatego on powinien w tej roli wystąpić.
- To będzie moja życiowa rola - powiedział z dumą - Jeżeli uda mi się być w mojej sztuce niezwykle realistycznym, to znaczy, że jestem dobrym aktorem i to jeszcze lepszym niż sądziłem.
- Zapomniałeś wspomnieć o tym, iż niesamowicie skromnym - dodała nie bez ironii w głosie Sissi.
W projekt zaangażował się też arcyksiążę Karol, któremu Ludwik powierzył w tej sztuce rolę Febusa. Co prawda wolałby, aby tę rolę odegrał Franciszek, ale to nie mogło być zrealizowane, ponieważ ukochany Sissi był cesarzem i jako taki nie miał czasu na takie zabawy. Musiał zajmować się swoimi obowiązkami i nie miał możliwości uczyć się roli w teatrze i występować w nim jako zwykły aktor. Rzecz jasna, byłaby to wręcz rzecz fantastyczna, jednak Ludwik nie był fantastą i dobrze wiedział, iż spotkałoby się to z powszechnym oburzeniem wielu członków dworu, w tym samej arcyksiężnej Zofii, która w ten sposób mogłaby stracić sympatię do Sissi, która wciąga jej syna w tego rodzaju rozrywki. A z tego, co Ludwik wiedział od hrabiego Jamisza, kobieta zaakceptowała przyszłą synową, a nawet polubiła ją. Książę bawarski nie chciał tego niszczyć, dlatego nie zrealizował tego pomysłu, w tej sprawie zadowalając się jedynie udziałem Karola w przedstawieniu. Co prawda, arcyksiążę miał uszkodzoną rękę po ostatnim wyścigu, ale powoli powracał już do zdrowia, a do sztuki jeszcze zostało dość czasu, aby jego ręka odzyskała już swoje wszystkie siły i pełną sprawność.
Wszystkie piosenki zostały napisane w ciągu kilku dni. Ludwik, gdy tylko te były gotowe, zawiózł je do dyrektora teatru, który oczywiście od razu je przyjął i do tego po przeczytaniu ich słów uznał, że są po prostu idealne. Bez zwłoki też od razu przekazał je muzykowi teatralnemu, aby ten skomponował do nich muzykę, do czego artysta od razu z zapałem się zabrał. Ludwik zadowolony uznał, że jest to bardzo dobry znak i należy rozpocząć uczenie się swoich ról. Zadbał zatem o to, aby każdy aktor dostał swój tekst sztuki i mógł opanować swoją rolę. Oczywiście nie zapomniał przy tym o egzemplarzu tekstu dla Sissi, Karola i Elodie, jak i też dla siebie, bo przecież cała ich czwórka miała zagrać główne role i musieli umieć na pamięć swoje kwestie. Czuł, że dzięki ich udziałowi sztuka przyciągnie o wiele więcej widzów niż w sytuacji, gdyby nie wystąpili. Może też zmobilizować resztę aktorów do tego, aby jeszcze bardziej postarali się oni o to, aby zagrać jak najlepiej w sztuce. Przewidywania Ludwika w tej sprawie okazały się być słuszne, gdyż na wieść o tym, że tak znakomite osobistości mają zagrać w sztuce sprawiły, iż zaraz aktorzy poczuli się zaszczyceni i uznali:
- W takiej sytuacji musimy przyłożyć się jeszcze bardziej do tego zadania. To przecież musi być niezwykle ważna sprawa, skoro same koronowane głowy się w to angażują.
Jedynie Martina nie była zadowolona z tego wszystkiego.
- Uważam, że to kolejne fanaberie korowanych głów - mówiła ze złością - To wszystko jakieś brednie i tyle. Dla jakiś głupich sierot mamy rezygnować z gaży za udział w premierze tej sztuki? Niby dlaczego? Przecież ja do nich nic nie mam, a i one do mnie. Poza tym, po co mamy wspierać jakiś małych nierobów? Od tego są instytucje charytatywne, a nie my. Ja mogę pracować na siebie, one też mogą.
Była jednak odosobniona w swoim zdaniu i dlatego nikt nie potraktował jej słów na poważnie i szybko o nich zapomniano, angażując się mocno w realizację błyskotliwego pomysłu księcia Ludwika, który to, pomimo początkowych obiekcji ze strony niektórych osób, ostatecznie został przyjęty z radością.
***
Przygotowania do sztuki zajęły półtora miesiąca. Przez ten czas za pieniądze, które pozostały Sissi po zakupieniu budynku na nowy sierociniec, niemal całkiem już się wyczerpały, gdyż został wpompowane w remont tego budynku, który to być musiał generalnym remontem połączonym z dostosowaniem go do potrzeb aż tylu dzieci. Kolejne pieniądze na dokończenie tego celu były potrzebne i dlatego też w tej sytuacji wszystko znalazło się w rękach Ludwika i wszystkich aktorów, którzy musieli zadbać o to, aby sztuka spodobała się widzom. Wszystko zależało od tego, jak dobrze zagrają i z jakim talentem to zrobią. Niektórzy obawiali się faktu, iż jest to ryzykowne powierzać najważniejsze role Sissi, Karolowi i Elodie, którzy wszak nie są doświadczonymi aktorami i mogą położyć sztukę na łopatki. Ludwik jednak przeczuwał, że ich obecność nie tylko niczemu nie zaszkodzi, ale ponadto może im jeszcze pomóc, choćby z tego względu, że widzowie lubią nowe, świeże i nieznane nikomu twarze.
Nikt nie miał natomiast wątpliwości, co do treści sztuki, uważając, że jest ona po prostu doskonała i nie można niczego w tej kwestii się uczepić. A fabuła ta tak oto się przedstawiała:
Francja za rządów Ludwika XI. W Paryżu władzę sprawuje tyran, okrutny i bezwzględny sędzia Jan Frollo, fanatyk religijny, marzący o oczyszczeniu miasta z tego wszystkiego, co uważa za brudne i niegodne istnienia. Pewnego dnia jest on świadkiem oskarżenia o kradzież grupy Cyganów. Każe ich aresztować, a kiedy z grupki ucieka kobieta z zawiniątkiem, ściga ją i szarpiąc się z nią pod Notre Dame, niechcący ją zabija. Odbiera jej zawiniątko, myśląc, że są tam łupy, ale odkrywa, że jest to jej zdeformowane niemowlę płci męskiej. Chce je utopić w studni, jednak wtedy z katedry wychodzi jego starszy brat, archidiakon Klaudiusz Frollo. Każe on bratu zostawić chłopca w spokoju, poruszając w nim wyrzuty sumienia wywołane niepotrzebnym zabiciu na stopniach katedry matki dziecka. Sędzia ustępuje mu i w ramach pokuty za ten czyn, bierze pod opiekę niemowlę i nazywa je Quasimodo, co znaczy „niby człowiek”. Garbus wychowuje się w katedrze, wychowany przez swojego opiekuna w panicznym strachu przez ludźmi, których Jan Frollo ukazuje jako istoty podłe i wyrachowane. Jedynymi przyjaciółmi chłopaka są archidiakon i jego uczeń, artysta Piotr Gringoire. Dzięki nim Quasimodo nie traci słuchu, kiedy bije w dzwony, bo podczas tej czynności zatyka sobie uszy watą. Dzięki nim ma on też choć jako taką wiedzę o tym, co się dzieje na świecie. Za ich radą wtedy, gdy kończy dwadzieścia lat, wymyka się z katedry, aby wziąć udział w corocznym Święcie Błaznów.
Tymczasem do miasta przybywa kapitan Febus, aby objąć stanowisko szefa gwardii Frolla, który nakazuje mu uważać szczególnie na Cyganów. Obaj też biorą udział w Święcie Błaznów. Razem widzą tańczącą na rynku Cygankę Esmeraldę, przybraną siostrę Piotra Gringoire’a, który dodatkowo publicznie recytuje wiersze o charakterze komediowym. Potem następuje wybór Króla Błaznów, którego to od zawsze wybiera się na podstawie jego brzydoty. Wybrany zostaje Quasimodo, ale wiwatowanie tłumu na jego cześć szybko mija, kiedy ludzie Frolla na jego rozkaz dla zabawy zaczynają rzucać warzywami w garbusa, co rozkręca ludzi i zachęca do tego, aby potem przywiązali go do pręgierza i znęcali się nad nim. Esmeralda jako jedna z niewielu osób sprzeciwia się tej ohydnej zabawie i uwalnia Quasimoda, po czym mówi ludziom, co o nich myśli i ucieka. Frollo jest nią zachwycony, jednak tylko fizycznie, bo duchowo gardzi nią. Postanawia ją porwać i posyła za nią kilku swoich ludzi przebranych za bandytów. Quasimodo zaś wieczorem idzie szukać dziewczyny, aby jej podziękować. Widząc ją atakowaną przez bandytów, ratuje ją z opresji, ale Esmeralda mdleje i to on zostaje aresztowany przez Febusa i jego straż, kiedy ci przybywają z pomocą dziewczynie. Quasimodo staje przed sądem, jednak na szczęście Gringoire był świadkiem całego zdarzenia i mówi o wszystkim swojej przybranej siostrze i wraz z nią ratuje dzwonnika przed skazaniem. Frollo zatem ułaskawia Quasimoda, ale patrzy niechętnie na Esmeraldę. Febus czuje się głupio, bo aresztował niewinnego i przeprasza dzwonnika za swe zachowanie. Sam zaś ma już poważne wątpliwości, co do słuszności postępowania Frolla. Kiedy ten, chcąc się wyżyć za to, że Esmeralda mu się wymknęła, każe spalić dom młynarza z nim i jego rodziną w środku za jego rzekome przewiny, Febus nie wypełnia rozkazu i z cichą pomocą Esmeraldy, która to płoszy konia Frolla w odpowiednim momencie, ucieka i kryje się w domu swojej ciotki, od dawna poszukującej swojej zaginionej przed laty córki, po której został jej jedynie mały trzewiczek. Frollo po namyśle darowuje Febusowi przewinę i przywraca go na stanowisko. Kapitan nie dowierza mu, ale wraca do swoich obowiązków i przy pomocy Gringoire’a kontaktuje się z nim Esmeralda, która jest w nim zakochana i pełna podziwu dla jego szlachetności i odwagi. Gdy dochodzi do spotkania zakochanych, Febus widzi na szyi Esmeraldy zawieszony mały trzewik. Chce już jej powiedzieć, że jego ciotka ma taki sam, a dziewczyna może być jej córką, gdy nagle dostaje nożem w plecy od Frolla, który śledził oboje, po czym podnosi alarm. Esmeralda zostaje aresztowana i podczas procesu, rzecz jasna z góry ustawionego przez sędziego, skazana na śmierć przez powieszenie. Jan Frollo proponuje dziewczynie wolność w zamian za oddanie mu się, jednakże ta odmawia. Do egzekucji nie dochodzi, ponieważ Quasimodo ratuje dziewczynę i porywa do katedry, gdzie chroni ją prawo azylu. Tam dziewczyna zaprzyjaźnia się z dzwonnikiem i archidiakonem. Quasimodo na jej prośbę idzie na Plac Cudów, gdzie żyją sobie poza prawem wszyscy Cyganie i złodziejaszki, a prawo nie może ich tam ruszyć. Dzwonnik zostaje schwytany przez Klopina, króla Cyganów i ma być powieszony jako szpieg Frolla, ale ratuje go Gringoire, który rozpoznaje go. Quasimodo mówi wszystkim, że Esmeralda jest bezpieczna, a do tego odkrywa, że Febus żyje i przebywa ranny pod opieką Klopina, który powoli przywraca go do zdrowia. Zadowolony dzwonnik powraca do katedry i w ostatniej chwili ratuje Esmeraldę, kiedy Jan Frollo zjawia się w dzwonnicy, aby ją zgwałcić. Garbus nie jest w stanie zabić swojego opiekuna, ale zmusza go, aby ten zostawił dziewczynę w spokoju. Jan Frollo jednakże nie odpuszcza i postanawia złamać prawo azylu, na co naciska ciotka Febusa, myśląca, że Febus nie żyje i że to nie kto inny, ale Esmeralda go zabiła. Frollo organizuje podstęp i doprowadza do tego, że Quasimodo poznaje jego rzekome plany i postanawia zorganizować ucieczkę przyjaciółce. Jednak wszystko to okazuje się być zasadzką i gdy oboje opuszczają mury katedry, zostają schwytani przez ludzi Frolla, który każe uwięzić Esmeraldę i skazać ją na spalenie na stosie, a Quasimoda zamknąć w katedrze. Gringoire zły widzi, że sprawa robi się groźna i uważa, że tylko król jest w stanie zapanować nad Frollem. Z pomocą archidiakona, też oburzonego zachowaniem Jana, pisze list do Ludwika XI i gna z nim do jego siedziby. Mimo trudności dociera do niego na czas i przekazuje mu ów list. Król wierzy świadectwu Klaudiusza Frolla i jedzie zaraz do Paryża, aby zaprowadzić porządek. W mieście zaś Jan Frollo postanawia spalić Esmeraldę na stosie. Quasimodo jednak wyrywa się z pęt i jeszcze raz ratuje swoją przyjaciółkę, z którą chroni się w katedrze. Jan Frollo dostaje szału i nakazuje, aby jego ludzie szturmowali Notre Dame. Budzi to oburzenie mieszkańców. Na placu egzekucji zjawia się tłum Cyganów i żebraków dowodzony przez Klopina i już w pełni wyzdrowiałego Febusa. Ten ostatni buntuje ludzi przeciw sędziemu, a ci bez wahania rzucają się na wojsko. Dochodzi do walki, w wyniku której ludzie Jana zostają pokonani, a szturm odparty przez Quasimoda. Mimo to, Jan wdziera się do katedry i mimo protestów Klaudiusza, próbuje zabić Quasimoda i Esmeraldę.
W tej samej chwili do miasta przybywa król. Bitwa zostaje przerwana, a gdy tylko władca poznaje jej powody, nakazuje aresztować Jana. Ten jednak właśnie na szczycie katedry próbuje zabić swego podopiecznego i jego przyjaciółkę. Podczas walki on i Quasimodo spadają w przepaść. Sędzia ginie, a dzwonnika w ostatniej chwili łapią Febus i Esmeralda, wciągając go do katedry. Febus ujawnia ukochanej prawdę o jej pochodzeniu, matka i córka wpadają sobie w ramiona, król ogłasza dla Cyganów amnestię i pozwala im spokojnie żyć w mieście, a Quasimodo, mimo tego, że Esmeralda woli innego, jest szczęśliwy, bo całe miasto teraz traktuje go jak bohatera i już nigdy nie będzie sam. Tą oto radosną sceną kończy się pierwsza część sztuki.
Druga część sztuki dzieje się kilka lat później. Febus i Esmeralda pobrali się i mają synka Zefira. Gringoire zostaje sławnym pisarzem i cieszy się sympatią nie tylko mieszkańców miasta, ale i samego króla. Jedynie Quasimodo, choć ma już przyjaciół, to wciąż czuje się samotny pod względem uczuć. Pewnego dnia jednak przybywa do Paryża cyrk niejakiego Saroucha, którego to członkowie dają wesołe przedstawienia, ale i przy okazji okradają swoich widzów. Wśród nich jest niejaka Madeleine, wychowanica Saroucha. Nikczemnik zmusza ją, aby poszła do katedry i zawarła znajomość z Quasimodo, aby odkryć, gdzie w katedrze są cenne klejnoty, oddane na kościół przez samego króla. Dziewczyna niechętnie robi to, ale widok Quasimoda budzi w niej przerażenie i ucieka. Archidiakon i Gringoire pocieszają dzwonnika, że pierwsze wrażenie nie zawsze jest najlepsze i może dziewczyna nie będzie uciekać przed nim, gdy go lepiej pozna. Idzie więc do cyrku z Gringoirem, Febusem, Esmeraldą i Zefirem, gdzie obserwuje występy Madeleine. Jest nią po prostu oczarowany. Dziewczyna zaś widzi go podczas wesołej zabawy z Zefirem i zmienia o nim zdanie. Podczas kolejnej rozmowy nie jest już przerażona, a wręcz odkrywa, że oboje doskonale się rozumieją. Następne spotkania tylko utwierdzają ją w tym przekonaniu. Madeleine odkrywa, gdzie w katedrze są ukryte klejnoty, ale nie chce powiedzieć o tym Sarouchowi. Ten zapowiada, że jeśli tego nie zrobi, sam je znajdzie, ale na akcję zabierze wszystkich swoich ludzi i zabije Quasimoda, gdy ten stanie im na drodze. Jeśli więc Madeleine nie chce, aby dzwonnikowi coś się stało, ma go odciągnąć od katedry na czas akcji. Dziewczyna zgadza się, jednak nie wie, że Sarouche zamierza pozbyć się jej za to, że mu się sprzeciwiła.
Tymczasem Febus odkrywa, że w mieście doszło do kradzieży. Uważa, że to cyrkowcy okradają ludzi, natomiast Madeleine wcale nie interesuje się Quasimodo bezinteresownie. Dzwonnik nie wierzy mu i idzie z ukochaną na spotkanie. W tej samej chwili dochodzi do kradzieży. Zefir, który przypadkiem znajduje się wtedy w katedrze odkrywa to i próbuje przeszkodzić złodziejom, ale zostaje schwytany przez Saroucha, który postanawia użyć go jako tarczy w razie wpadki. Gringoire widzi to wszystko i kiedy bandyci wychodzą, bije w dzwony na alarm i ujawnia, co się stało. Madeleine wyznaje Quasimodo prawdę. Ten odsuwa się od niej, zaś dziewczyna zostaje aresztowana. Jej mocodawca ze swymi ludźmi próbuje uciekać kanałami z cennym łupem i zakładnikiem. Madeleine oferuje Febusowi pomoc w odnalezieniu go. Quasimodo i Febus mają wątpliwości, co do jej szczerości, jednak ostatecznie Esmeralda przekonuje ich do zmiany zdania. Pościg dogania bandytów, nic to jednak nie daje, ponieważ Sarouche ma w niewoli Zefira. Madeleine prosi Quasimoda, aby we dwoje wykorzystali jej sztuczki cyrkowe do odbicia chłopca. Pomimo wątpliwości, dzwonnik się zgadza i razem uwalniają Zefira. Pozbawiony cennego zakładnika, Sarouche zostaje schwytany oraz aresztowany, a Madeleine ułaskawiona. Kiedy zaś jakiś czas później odbywa się wielkie święto zakochanych, Quasimodo i Madeleine szczęśliwi z radością obserwują z katedry zakochane pary, po czym całują się i trzymając się za ręce, dołączają do wszystkich biesiadników.
Zdaniem wszystkich aktorów, nawet marudzącej i sceptycznie nastawionej do tego całego przedsięwzięcia Martina uważali, że treść sztuki jest po prostu bardzo dobra i pełna niesamowitych przygód i emocji, dlatego nie ma szans, aby się ona widzom nie spodobała. Piosenki też były wspaniałe, ich słowa oraz dopasowane do nich melodie były idealnymi kompozycjami. Wszystko zatem leżało w rękach, czy może raczej w talencie aktorów. I od nich zależało, jak wielki sukces odniesie ta sztuka i czy w ogóle go odniesienie.
Premiera odbyła się zgodnie z planem. Zjawiły się na nim prawdziwe tłumy, ciekawe tego, jak słynna powieść Victora Hugo została przeniesiona na scenę i jak dobrze aktorzy w niej zagrali. Premierę uświetnili także sam cesarz, jego matka, a także kilka znakomitości z dworu cesarskiego, w tym sam kanclerz Zottornik, jak i też baronowa von Tauler, jej córka Ilary, Ida Ferenczy i jeszcze oczywiście bliscy Sissi, w tym jej rodzice, jej rodzeństwo, a także książę Gregorios. Ludwik przy tej okazji zaprosił też na premierę Shari, którą spotkał jakiś czas temu w teatrze, kiedy tam przyszedł, aby zaproponować dyrektorowi wystawienie swojej sztuki. Widział, że dziewczyna była wyraźnie zachwycona przedstawieniami, choć też przy okazji lekko zmieszana beznadziejnym zachowaniem Martiny, czemu książę bawarski w żaden sposób się nie dziwił. Jako wielki miłośnik sztuki postanowił nie dopuścić do tego, aby jego przyjaciółka przestała ją lubić z powodu głupiej małpy, która się uważała za ósmy cud świata. Liczył, że zetknięcie z jego przedstawieniem pomoże jej zachować do sztuki prawdziwą szczerą miłość.
Shari wahała się, czy przyjąć bilet na premierę sztuki Ludwika. Uważała, że nie pasuje do tego wielkiego i eleganckiego towarzystwa, jakie na pewno będzie tam obecne. Mimo to, gdy powiedziała o tym babci, ta powiedziała, aby przyszła i zobaczyła przedstawienie. Uważała, iż nie ma to znaczenia, jak obrzydliwe osoby w teatrze potrafią pracować. Ona sama powinna zachować miłość do sztuki, bo jest ona tego warta. Ponadto, skoro ich przyjaciel, książę Ludwik ją zaprasza, przecież nie wypada mu odmówić. Shari miała wątpliwości. Kilka razy widziała Ludwika, gdy ten był w teatrze i ćwiczył wraz z innymi aktorami, nigdy jednak nie zdobyła się na to, aby go zagadać. Przynosiła jedynie ubrania szyte przez swą babcię, która wykonywała dla teatru wiele pracy i posyłała z nią zawsze wnuczkę, czując, że ją tam ciągnie, pomimo tego, iż jednocześnie to miejsce nieco ją przeraża, a kilka tam pracujących osób budzi w niej wręcz niechęć. Pani Aouda chciała jednak, aby jej mała Shari nie zniechęcała się do sztuki, którą wyraźnie pokochała, czego zresztą przed babcią wcale nie kryła. W tym celu prosiła, aby mimo wszystko chodziła do teatru i poznawała świat sztuki, a wraz z nim znajdowała radość, która sprawiała, iż chętniej codziennie wstawała i zajmowała się swoimi sprawami.
- Ty po prostu odnalazłaś coś, co wielu ludzi nazywa pasją - powiedziała do wnuczki, gdy prosiła, aby poszła na premierę sztuki - Dzięki niej jesteś radosna, a twoja twarz promienieje radością. Znajdujesz szczęście rozpierające twoje serce od środka i sprawiające, że chce ci się bardziej robić to, co robisz. To jest naprawdę wyjątkowe uczucie. Nie zmarnuj go.
Shari dała się przekonać babci i poszła na premierę sztuki. I nie żałowała tej decyzji, bo sztuka była po prostu cudowna. Wszyscy aktorzy grali w niej naprawdę rewelacyjnie, ale chyba najlepiej Ludwik i Sissi. Ludwik jako Quasimodo był tak dobrze ucharakteryzowany, że nawet trudno go było poznać. Sissi natomiast była cudowna jako Esmeralda. Zwłaszcza w scenie, kiedy w scenie, w której Esmeralda się ukrywa w katedrze Notre Dame i rozmawia z archidiakonem na temat tego, jak ludzie w Paryżu ją chwilami przerażają, zwłaszcza wtedy, gdy bez powodu zaczęli się znęcać nad Quasimodo. Nie rozumiała tego i pytała:
- Co oni mają przeciw ludziom, którzy są inni?
- Sama nie naprawisz wszystkich niesprawiedliwości tego świata - rzecze jej na to archidiakon.
- No tak, oni mi na pewno nie pomogą - mruczy ironicznie Esmeralda, mając na myśli oczywiście Paryżan.
Nieco później zostaje sama i śpiewa piosenkę. Wykonała ją cudownie. Shari wiedziała, że nigdy nie zapomni tego, co przeżyła, kiedy usłyszała ten utwór, tak piękny i zarazem tak smutny i wzruszający jednocześnie. Sissi jako Esmeralda bez najmniejszej krępacji stała na środku sceny i zaczęła śpiewać:
Czy mnie słyszysz, Najłaskawsza?
Czy jesteś, powiedz mi?
Czy w dobroci swej wysłuchasz,
Co w mym sercu tkwi?
Może myślisz: „Ty nędzarko!
Jak do mówić śmiesz?”.
Widzę twoją twarz i myślę,
Że nędzarką byłaś też.
Boże, nędzarzom chleb co dzień daj.
Daj tkwiącym w piekle po śmierci choć raj.
Boże, łazarzom daj nadzieję, bo...
Gdy ty zawiedziesz, to zbawi ich kto?
Ja o nic nie proszę, bo któż o to dba
Gdy wokół tak wielu biedniejszych niż ja?
Boże, swym dzieciom daj nadzieję, bo...
Gdy ty zawiedziesz, to zbawi ich kto?
Czemu jednych tak obdarzasz?
Dla drugich nie masz nic?
W tych nielicznych zaś wybrańcach
Wstręt budzi widok nieszczęsnych ludzi?
Boże, nędzarzom cień wiary dać chciej.
Tym, co pytają o sens męki swej.
Choć ofiarami wyroków są złych.
Choć to wyrzutki, nie rzucaj ich.
Tym którzy są na dnie, nadzieję daj, bo...
Gdy ty zawiedziesz, to zbawi ich kto?
Publiczność głośno klaskała zachwycona tą piosenką, wielu zaś nawet uroniło przy niej łzy. Shari nie była pod tym względem wyjątkiem. Płakała mocno, gdyż tej utwór chwycił ją za serce. Kiedy pojawiły się brawa, klaskała chyba najmocniej ze wszystkich. Cieszyła się wówczas, że babcia jednak ją przekonała do tego, aby pojawiła się na premierze sztuki. Przedstawienie było po prostu cudowne. Gdyby go nie zobaczyła, to żałowałaby tego do końca życia.
Cała sztuka po prostu zachwyciła wszystkich widzów. Nawet Zottornik był w kilku momentach niesamowicie poruszony tym, jak dobrze wszyscy grają i to nie tylko zawodowi aktorzy, ale też i ci, którzy występowali jedynie dla zabawy. Nie przeszkadzało mu oczywiście to, że Ludwik ukazał sędziego Jana Frolla jako jego karykaturę, na co wskazywało nie tylko zachowanie, ale również i wygląd postaci. Kanclerz był jednak ponad tego rodzaju kpiny z jego osoby, a do tego był nazbyt doświadczonym politykiem, aby nie wiedzieć, czym taka próba zbojkotowania lub zakazania sztuki by się skończyła. Johann Chronist na łamach swoich „Nowych perspektyw” miałby po prostu niesamowite wręcz używanie, sztuka zaś nie tylko nie zostałaby zdjęta, ale jeszcze przyciągnęłaby o wiele więcej widzów, ponieważ nic nie robi przedstawieniom w teatrze aż tak wielkiej reklamy jak ostra krytyka osób będących u władzy. Poza tym, sam cesarz patronował tej sztuce i nie krył on zachwytu tym, co widzi na scenie, dlatego okazywanie jawnej niechęci czemuś, co władca wielbił pod niebiosa byłoby bardzo głupie. Prócz tego kanclerz uznał, że ostatecznie sztuka to sztuka i artyści jak zechcą z niego kpić, to i tak będą to robić.
- Śmiejcie się, głupi prostaczkowie - mówił w duchu sam do siebie - Nic mi tym nie możecie zrobić. A to moje będzie na wierzchu, bo to ja jestem u władzy.
Jak widać zatem, nawet malkontenci i osoby niechętne Sissi i jej przyjaciołom były tą sztuką zachwycone i to wszystkie, nawet baronowa von Tauler, chociaż jak wiemy, nie pałała ona sympatią do Sissi i jej przyjaciół. Jednak nawet ona musiała przyznać, że księżniczka zagrała wspaniale, chociaż książę bawarski wypadł w jej oczach o wiele korzystniej, ale to zapewne dlatego, że w młodości kilka razy już występował na scenie i jak widać, talent po tym wszystkim mu pozostał.
Premiera sztuki zakończyła się oczywiście tak, jak zaplanował to Ludwik, a więc wielkim utworem zaśpiewanym przez wszystkich aktorów biorących udział w przedstawieniu. Najpierw zaczął śpiewać jeden z nich, a konkretnie ten, który to wykonywał rolę Gringoire’a, a potem wszyscy razem dołączyli do niego i wraz z nim wykonali taki oto przebój:
Kiedyś, gdy zmądrzejemy, gdy świat się zmieni,
Gdy nadejdzie dzień.
Modlę się, by kiedyś już umieć tak dobrze żyć,
By dać żyć innym.
Kiedyś, gdy będzie uczciwiej i dużo mniej już
Będziemy chcieć.
Będzie tak, że Bóg pozwoli nam,
By szybciej już nastał ten szczęścia dzień.
Kiedyś, gdy dobro zwycięży, gdy miłość
Jak słońce rozświetli nas.
Dopóki ten dzień nie odmieni nas,
Nadzieją swą dosięgniemy nawet gwiazd.
Mimo, że wokół ciemność
I na nadzieję nie ma szans,
Ale łączy nas modlitwa
O ten nowy, lepszy świat.
Kiedyś!
Kiedyś gdy zmądrzejemy, a świat zmieni,
Nadejdzie lepszy ten dzień.
Modlę się, byśmy umieli już lepiej,
Mądrzej, lepiej żyć.
Kiedyś, gdy świat będzie lepszy,
Gdy miłość nas zmieni.
Zmieni nas, wszystko w nas.
Będzie tak, że Bóg pozwoli nam
By szybciej już
Nastał ten szczęścia czas.
Będzie taki dzień.
Niedługo już.
Kiedyś.
Ostatnia piosenka, kończącą całą sztukę, była to swego rodzaju manifestem ze strony Ludwika do wszystkich ludzi na widowni, aby wspólnie realizowali oni tę piękną wizję stworzenia lepszego świata i że wierzy, iż dzięki nim, dzięki dobrym uczynkom codziennie spełnianym, dzięki nawet drobnym gestom ten kraj, jak i też wszystkie inne mogą być dużo lepszymi miejscami do życia. Wszystko bowiem w rękach ludzi. Nie wiedział, czy do widzów dotarł ten przekaz, ale liczył na to, że chociaż kilka osób go zrozumie i zdoła tę piękną wizję zrealizować.
Widzowie natomiast podzielili się na dwie kategorie, z których to do jednej należeli ci, którzy zrozumieli przekaz, do drugiej natomiast ci, którzy nie umieli go zrozumieć, ale mimo to wszyscy doskonale się bawili na przedstawieniu. Zatem cel księcia bawarskiego i jego przyjaciół został osiągnięty. Przedstawienie okazało się sukcesem, pieniądze na szlachetny cel zostały zebrane i nic już nie mogło ani jemu, ani Sissi stanąć na drodze do zrealizowania swoich planów i czerpania z tego ogromnej radości.
***
Sissi siedziała na krześle załamana, patrząc ponuro pod swoje nogi. Czego jak czego, ale takiego zwrotu akcji się nie spodziewała. Sądziła, że wszystko już teraz pójdzie po jej myśli. A tymczasem nagle los spłatał jej okrutnego figla, bo premiera sztuki okazała się takim sukcesem, że postanowiono wystawić sztukę jeszcze tak z kilka razy. Oczywiście w takim wypadku Sissi i jej przyjaciele nie mogli odmówić swojego udziału i zagrali w kolejnych przedstawieniach swoje wcześniejsze role. I wszystko wydawało się być w porządku, aktorzy bowiem zarobili, ile im się za ich pracę należało, ludzie byli zachwyceni, pieniądze na szlachetny cel zostały zebrane i to bez trudu, a więc co mogło w takim wypadku pójść nie tak? No cóż... Jednak mogło coś pójść na nie tak. A tak konkretnie to ktoś.
- Wszystko przez tą głupią Martinę - mówiła do siebie w myślach Sissi - Kto jej kazał się tak wygłupiać?
Głupia ta dziewczyna poczuła, że nie znajduje się w centrum uwagi, co rzecz jasna, jej zdaniem należało się jej jak nikomu innemu. Dlatego postanowiła, że oto na ostatnim przedstawieniu pojawi się podczas śpiewania z palącym się kagankiem w ręku, aby lepiej ukazać metaforę oświecenia, które oni dają swoją ludziom za pomocą piosenki i całego przedstawienia. Potem niechcący za mocno przyłożyła kaganek do siebie, od czego zajęła się jej szata. Przerażona Martina próbowała ten niewielki pożar ugasić, ale nie wyszło jej i zaczęła biegać po scenie jak szalona i niespodziewanie od jej szaty zajęła się kurtyna. Wtedy dopiero się zaczęło. Ludzie zaczęli krzyczeć i w panice opuszczać teatr. Niektórzy próbowali zapanować nad sytuacją i szybko gasić pożar, ale podczas tego gaszenia doszło do wypadku. Część kurtyny spadła prosto na Sissi. Franciszek, który w ostatniej chwili wskoczył na scenę, aby uratować ukochaną, odepchnął ją, a wówczas ciężki przedmiot spadł na niego, pozbawiając go przytomności. Sissi przerażona, widząc, co się stało od razu doskoczyła do niego razem z Ludwikiem i w porę usunęli ciężar i ocalili cesarza, wynosząc go prędko z budynku. Jednak od tego czasu biedak jeszcze nie odzyskał przytomności.
Nikt inny poza tym nie ucierpiał w pożarze. Kilku ludzi zostało lekko może poparzonych, ale na całe szczęście nie były to poważne obrażenia i łatwo było z nich wyjść. Wszyscy bliscy Sissi wyszli z tego bez szwanku i tylko Franciszek, jej ukochany, biedny i dzielny cesarz był nadal bez przytomności. Księżniczka czuła, że chyba udusi Martinę gołymi rękami, jak tylko ją zobaczy.
- Nie ma co, to miało być niezapomniane przedstawienie - mówiła do siebie w złości - I było. Czemu jak czemu, ale temu zaprzeczyć się nie da.
Sissi spojrzała na łóżko, w którym leżał Franciszek i dotknęła delikatnie jego ręki. Pogłaskała ją lekko palcami i powiedziała:
- Mój biedaku. Mój kochany. Tak bardzo mi ciebie brakuje. Tak bardzo bym chciała zobaczyć twoje piękne oczy i usłyszeć twój cudowny głos.
Do pokoju wszedł lokaj, który przyniósł Sissi coś do jedzenia, gdyż przez ten cały stres zapomniała przyjść na śniadanie.
- Czy Jego Cesarska Mość nie odzyskał jeszcze przytomności?
Sissi pokręciła przecząco głową i odparła:
- Nie. Martwię się. Boję się, że to już koniec.
- Proszę tak nie mówić - odpowiedział lokaj pocieszającym tonem - Cesarz jest twardy. Nie takie trudności już pokonywał i teraz też tak będzie.
- Oby tak było. Oby tak było.
Lokaj zostawił jedzenie, ukłonił się księżniczce i wyszedł z pokoju. Sissi zaś z delikatnym uśmiechem ponownie dotknęła dłoni ukochanego, gdy nagle poczuła, że owa dłoń delikatnie się porusza. Spojrzała więc szybko na twarz Franciszka i wówczas ujrzała, że cesarz delikatnie grymasi się z bólu i otwiera z trudem oczy, po czym kieruje swój wzrok na Sissi. Księżniczka ścisnęła mocno, niemalże dziko jego dłoń w swojej i przycisnęła ją do serca, mówiąc:
- Franciszku, ukochany mój! Jedyny mój i najmilszy! Żyjesz, kochany!
Cesarz delikatnie zamrugał oczami i spojrzał na nią zaintrygowany, po czym lewą dłonią delikatnie złapał się za głowę, jęcząc przy tym.
- Moja głowa. Gdzie ja jestem? - zapytał.
- W pałacu. Był pożar w teatrze. Uratowałeś mnie, ale sam przy tym, biedaku dostałeś - odpowiedziała mu Sissi - Pamiętasz to?
- Nie, nie pamiętam - odparł Franciszek.
Następnie spojrzał na Sissi i dodał załamanym głosem:
- A ty kim jesteś?
Sissi spojrzała na niego zdumiona. Myślała początkowo, że ukochany sobie z niej żartuje, jednak widząc jego twarz szybko zrozumiała, iż ten mówi poważnie.
- Jak to? Nie poznajesz mnie? To ja, Sissi! Twoja narzeczona!
- Moja narzeczona? To ja mam narzeczoną?
Sissi odskoczyła od niego przerażona. Złapała się za serce czując, że chyba za chwilę jej ono z piersi wyskoczy. Poczuła ból w klatce piersiowej, który atakuje ją znienacka wraz z ciemnością, ogarniającą właśnie jej oczy.
- Boże... Boże... Nie pamięta... On mnie nie pamięta.
Chwilę później z hukiem upadła na podłogę. Huk ten sprowadził do pokoju ponownie lokaja, który widząc, co się stało, podbiegł szybko do Sissi, złapał ją w ramiona i zaczął cucić, krzycząc przy tym:
- Ludzie, pomocy! Przynieście wody! Księżniczka zasłabła!
KONIEC TOMU I