poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Rozdział XXII - Do gwiazd i z powrotem



Maksymilian podszedł do stolika, ostrożnie kładąc na nim dwa spore kufle piwa, z których to jeden postawił sobie, zaś drugi naprzeciw siedemnastoletniego młodzieńca, uśmiechającego się wesoło w kierunku dwójki dzieci siedzącej także przy stoliku i popijających właśnie lemoniadę przez słomkę. Jednym z tych dzieci był chłopiec w wieku tak około dwunastu lat, blondyn z nieco dłuższymi włosami, lekko pulchny i bardzo podobny do swego ojca. Drugim z dzieci była dziewczynka około pięcioletnia, posiadaczka ślicznej buzi, kształtnego noska oraz kasztanowych włosów. W oczach młodzieńca, do którego się uroczo uśmiechała, była najbardziej uroczą i słodką dziewczynką, jaką kiedykolwiek widział w swoim życiu.
- Smakuje wam lemoniada? - zapytał młodzieniec.
- Bardzo - odpowiedziała mu dziewczynka, uśmiechając się do niego.
- A tobie piwo? - zapytał młodzieńca jej starszy brat.
- Owszem, bardzo dobre, choć nie wiem, czy tak dobrze jak w Bawarii - rzekł na to zapytany, pociągając sobie z kufla porządnego łyka.
Kiedy odstawił naczynie na stół, chłopiec i dziewczynka zaczęli chichotać.
- No co? - zdziwił się ich zachowaniem młodzieniec.
- Ale masz fajne wąsy - odpowiedział mu chłopiec.
Maksymilian pokazał młodzieńcowi palcem na miejsce pod nosem, a ten od razu zrozumiał, o co chodzi. Widocznie piana z angielskiego piwa po części mu została nad ustami i to tak rozbawiło dzieciaki. Zachichotał więc i szybko przetarł sobie dolną część twarzy dłonią. Dziewczynka i chłopiec jednak, rozochoceni tym wszystkim, zaraz sięgnęli palcami do kufla z piwem ojca, po czym nabrali na nie pianę i posmarowali sobie nią miejsce nad górną wargą. W ten sposób i oni zyskali wąsy, co bardzo ich rozbawiło. Ojciec dzieci, widząc to, zachichotał i powiedział do młodzieńca:
- Mam najbardziej urocze dzieci na świecie. Nie sądzisz, Ludwiku?
Ludwik Wittelsbach, następca tronu Bawarii, bo to on był tym młodzieńcem, pokiwał głową na znak potwierdzenia i poczuł w sercu lekkie ukłucie zazdrości. Te dzieci były mu niesamowicie bliskie. Swe kochane kuzynostwo kochał jak własne rodzeństwo. Zwłaszcza mała Sissi była mu bliska, choć oczywiście jej starsi brat i siostra, czyli Ludwik Wilhelm zwany Wilhelmem lub Willym, jak i Helena zwana Nene również byli mu bliscy. Jednak nie tak bardzo jak mała Sissi, teraz co chwila zerkająca na niego i robiąca w jego kierunku zabawne miny, aby go rozbawić. Ona była po prostu cudowna. Jak można było jej nie kochać? Zazdrościł wujkowi, że ma takie urocze dzieci na co dzień i żałował, iż sam jest jedynakiem. Tak bardzo mu się marzyło rodzeństwo, a zwłaszcza młodsza siostrzyczka. Zawsze, odkąd tak sięgał pamięcią, marzył o tym, aby ją mieć. Aby mógł ją przytulać, rozbawiać, a także być dla niej autorytetem, wsparciem w trudnych chwilach i wszystkim tym, czym każdy kochający starszy brat jest dla swojej siostry. Niestety, to okazało się być niemożliwe, gdyż matka Ludwika w wyniku powikłań po narodzinach swego jedynego dziecka, nie była w stanie mieć więcej dzieci. Zapewne z tego powodu Ludwik tak bardzo uwielbiał rodzinę wujka Maksa i cioci Ludwiki, a ich dzieci pokochał jak swoje własne rodzeństwo, choć szczególną sympatią zdecydowanie darzył uroczą małą Sissi, a właściwie Elżbietę Amelię Eugenię von Wittelsbach, która przez swoich najbliższych nazywana była Sissi. Ona była szczególnie bliska Ludwikowi i to z nią najwięcej czasu spędzał i chwilami czuł się tak, że gdyby to było tylko możliwe, wtedy zabierałby ją ze sobą wszędzie.
Dziewczynka oczywiście, odwzajemniała uczucia kuzyna. Był on jej zawsze jak starszy brat, nawet bliższy niż rodzony brat. Oczywiście Wilhelma też bardzo kochała, tak samo jak Nene, ale mimo wszystko Ludwik był jej z jakiegoś powodu znacznie bliższy. Może wpływał na to fakt, że był starszy i mądrzejszy, że bardzo jej imponował swoją wiedzę i zdolnościami, a prócz tego też umiał rozbawić ją jak nikt inny na świecie, pomijając tatę? Nie wiedziała i nie analizowała tego w swojej uroczej główce. Dla niej ważne było, że Ludwik i ona bardzo mocno się kochają jak na brata i siostrę przystało i od zawsze byli sobie bliscy. I dlatego ucieszyło ją to, że tata zgodził się, aby na wycieczkę do Anglii zabrać nie tylko ją i Wilhelma, ale też i Ludwika. Żałowała jedynie, że nie mogła z nimi jechać Nene, ale jakiś zły traf sprawił, że zachorowała niedługo przed wyjazdem i nie mogła wyruszyć wraz z nimi do Anglii. Sissi wiedziała, że Nene będzie tego bardzo żałować, ponieważ też lubi poznawać nowe miejsca i nowe kraje. Dziewczynka jednak obiecała jej, że opowie jej wszystko ze szczegółami, co zobaczyli i jakie miejsca zwiedzili.
Ludwik chętnie skorzystał z okazji, aby poznać Londyn, o którym wcześniej tylko słyszał. Angielski znał doskonale, bo obok francuskiego i włoskiego był to język, którego uczono go od najmłodszych lat. Jego matka uważała, że dzieci są najbardziej bystrymi osobami na świecie i najlepiej uczyć je języków obcych jak najszybciej tylko się da, bo tylko wtedy zdołają one się go odpowiednio nauczyć. Bardzo tutaj pomógł fakt, że Ludwik posiadał prawdziwy talent do języków, tak jak i Sissi, która mimo pięciu lat mówiła już bardzo płynnie po angielsku, a potem rodzice planowali nauczyć ją francuskiego, do czego dziewczynka też się paliła, a w czym utrwalał ją także sam Ludwik.
- Może dzieciom też postawię szklaneczkę piwa? - zapytał żartobliwie Maks.
Ludwik oderwał się od swoich myśli i spojrzał ironicznie na wuja.
- Proszę cię, wujku. Piwo dzieciom? Ciocia Ludwika by cię zabiła, jakby się o tym dowiedziała.
- Och, mój chłopcze - żachnął się lekko Maksymilian - Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Jak się nie dowie, to nie zabije.
- Nie, wujku. Lepiej tego nie rób. Igrasz z ogniem, zobaczysz.
Maksymilian parsknął śmiechem i napił się nieco piwa ze swego kufla, a gdy to zrobił, powiedział wesoło:
- Och, Ludwiku. Musisz wszystko brać tak na poważnie? Przecież wiesz, że ja tylko żartowałem.
- Mam nadzieję, że to był tylko żart - odparł ironicznie Ludwik.
Wszyscy ponownie zajęli się swymi napitkami, rozmawiając na tematy lekkie i przyjemne dla nich wszystkich. Podczas niej Wilhelm i Sissi dalej żartowali sobie lub na zmianę robili dowcipne miny w kierunku Ludwika, który śmiał się wesoło z ich powodu. Po pewnym czasie usłyszeli, jak muzycy obecni w gospodzie, zaczęli nagle grać pewien bardzo skoczny utwór. Ludwik spojrzał radośnie na Sissi i jej brata, po czym zapytał:
- Sissi, poznajesz ten utwór?
- Tak, to „Wot Cher” - odpowiedziała dziewczynka.
- Znana też jako „Old Kent Road” - dodał Wilhelm.
Przebywając kilkanaście dni w Londynie i jego okolicach, dzieci zdążyły już poznać dobrze tę piosenkę, głównie dzięki Ludwikowi, który uwielbiał poznawać folklor miejsc odwiedzanych przez siebie, a pasję tę częściowo przekazał swojemu kuzynostwu.
Sissi nagle zerwała się wesoło z miejsca i zawołała do Ludwika:
- Zatańczymy?!
- To będzie dla mnie zaszczyt, panienko - odpowiedział na to jej kuzyn.
Następnie oboje wskoczyli do miejsca tuż przy orkiestrze, po czym zaczęli we dwoje śpiewać i tańczyć wesoło piosenkę, której melodię wygrywali muzycy. Ich taniec w dużej mierze był mocno improwizowany, ale za to niesamowicie uroczy i do tego bardzo przyjemny. Ich występ sprawił wszystkim gościom radość, a już szczególnie Maksymilianowi i Wilhelmowi, którzy najgłośniej ze wszystkich ludzi tam zebranych klaskali, kiedy występ dobiegł końca.

***

- I tak właśnie wyglądał mój pierwszy występ publiczny od czasu, kiedy już wróciłem z włóczęgi po Bawarii - zakończył swą opowieść Ludwik, uśmiechając się życzliwie do swojej rozmówczyni.
Wpatrująca się w niego z uwagą Elodie odwzajemniła mu uśmiech, po czym delikatnie pokręciła głową i zachichotała.
- Niesamowite. Naprawdę niesamowite - powiedziała rozbawiona - I chcesz mi powiedzieć, że to sprawiło, że zachowałeś w sercu miłość do występów?
- Wiem, to brzmi naprawdę zabawnie i dziwacznie, ale to prawda - odparł na to Ludwik - Ojciec liczył na to, że znudziły mi się występy na scenie i już się, jak to ujął, uspokoiłem. Powiedział do mnie: „Cudnie, wyszalałeś się w towarzystwie komediantów, to teraz czas zabrać się za poważne sprawy i przy nich pozostać”.
- A oczywiście synuś przekora zrobił tatusiowi na złość, tak? - zapytała nie bez zadziornego tonu w głosie Elodie.
- Nie ująłbym tego w taki sposób - zachichotał Ludwik, rozbawiony tym, w jaki zabawny sposób jego ukochana to ujęła.
- Doprawdy? A jakbyś to ujął?
- Ojciec oczekiwał, że dam już sobie raz na zawsze spokój z teatrem oraz z występami jako takimi. Ja zaś, załamany tym, że musiałem wrócić do domu i raz na zawsze zrezygnować z marzeń o zostaniu artystą, byłem gotów zaakceptować ten fakt. Ale potem wujek Maks zabrał mnie do Londynu na wycieczkę rodziną, co miało mi poprawić humor po ostatecznej rezygnacji z marzeń i wtedy właśnie tak się dobrze bawiłem z moją małą kuzyneczką. I proszę, mogłem znowu wystąpić, co prawda w gospodzie przy mieście, ale co z tego? Ważne, że to był występ i ten występ był dla mnie możliwy.
Elodie spojrzała uważnie na Ludwika. Widziała w jego oczach prawdziwą i w żaden sposób nieudawaną pasję. Dało jej to do zrozumienia, że ukochany mówi to wszystko całkowicie na poważnie. On naprawdę musiał kochać występy na scenie, czego miała dowody w postaci jego niedawnego występu z Martą, a wcześniej w Austrii, kiedy to tak doskonale skarykaturował Zottornika, jednak dowody te w tej chwili nabrały jeszcze większej mocy. Teraz dopiero Elodie zrozumiała, jak wielką miłością Ludwik darzył występy. To nie była zwykła miłość, a coś znacznie od niej silniejszego. Było to coś więcej niż zainteresowanie. To była prawdziwa pasja. To musiała być ona, bo jak inaczej wyjaśnić to, że Ludwik bez trudu, pomimo tego, iż na polecenie ojca porzucił swoje występy, znowu przy pierwszej okazji wziął w nich udział i odnalazł w tym prawdziwą, niekłamaną radość.
- I co zrobiłeś potem? - zapytała po chwili.
Ludwik uśmiechnął się do księżniczki w taki sposób, jakby odpowiedzieć na to pytanie było aż nadto oczywiste, po czym odparł:
- Postanowiłem, że z występów całkowicie nie zrezygnuję. Wtedy też miałem już zaplanowane studia w Paryżu. Wiedziałem jednak bardzo dobrze, iż zrobię, co tylko się da, aby móc, przynajmniej od czasu do czasu znowu wystąpić.
- I zgaduję, że to zrobiłeś.
- Bardzo dobrze zgadujesz. Bo tak właśnie było. Podczas studiów znalazłem dość czasu na naukę i na zabawę. A mówiąc o zabawie, mówię przede wszystkim o występach na scenie. Występowałem w studenckim amatorskim teatrze i możesz mi wierzyć, Elodie, to było po prostu cudowne. Odnalazłem wreszcie harmonię w moim życiu pomiędzy obowiązkami, a przyjemnościami. Dojrzałem wtedy do tej możliwości. Wcześniej, jak to typowy młodzieniec, patrzyłem na wszystko dosyć prosto. Albo tak, albo siak. Albo obowiązki, albo przyjemności. No, może nie tak znowu skrajnie to wyglądało, ale wiesz dobrze, jak to jest wtedy, kiedy masz tak szesnaście lub siedemnaście lat. Wydaje ci się, że masz już dość wiedzy, aby już o wszystkim wszystko wiedzieć i nie musisz niczego już się uczyć, nie potrzebujesz mądrych rad itd. No, może nie było ze mną aż tak źle, ale mimo wszystko czuję z perspektywy czasu, jak naiwnie wtedy patrzyłem na życie. Sądziłem, że miłość do sztuki jest u mnie tak wielka, iż powinienem porzucić tron i zostać aktorem. Potem jednak, podczas studiów zrozumiałem, jak bardzo potrzebny jestem jako książę i następca tronu Bawarii i jak wiele dobrego mogę dokonać i powinienem dokonać. Ale oczywiście moja miłość do aktorstwa wcale nie minęła, a jedynie po prostu się rozwinęła. Stała się dojrzalsza. Zacząłem lepiej rozumieć, jaką rolę ona odgrywa w moim życiu. Ta miłość znalazła swoje właściwe miejsce w moim życiu. I dalej to miejsce ma ona w moim sercu.
Elodie uśmiechnęła się serdecznie do Ludwika, po czym podeszła do niego i czule powiedziała:
- Podjąłeś bardzo dobrą decyzję. Na tronie bardziej przydasz się światu, no i oczywiście Bawarii. Ale słusznie robisz, że nie chcesz całkowicie rezygnować ze sztuki. Moim zdaniem, jesteś po prostu wspaniały jako aktor. Na scenie jesteś jak u siebie. Byłam zachwycona widząc cię w Wiedniu, gdy udawałeś Zottornika i nieco później, gdy grałeś Mefistofelesa. No, a teraz w Paryżu, kiedy wraz z Martą dałeś wspaniały występ. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Ale masz rację, życie artysty nie jest dla ciebie. Ty jesteś księciem, a ja księżniczką, więc choć oboje kochamy sztukę, to obawiam się, że nie umielibyśmy żyć jako wędrowni komedianci i to zarówno ty, jak i ja. Poza tym, nie sądzisz, że posiadając władzę, możesz bardziej realizować liberalne reformy, o których nie tak dawno mi mówiłeś, a z którymi ja się zresztą całkowicie zgadzam?
- Owszem, tak właśnie sądzę i dlatego właśnie ostatecznie wybrałem to życie, które dla mnie wybrał los, sprawiając, że urodziłem się jako książę i następca tronu Bawarii - odpowiedział jej Ludwik.
- No właśnie, polityka jest twoim głównym zadaniem i celem do realizowania w życiu, a sztuka i występy na scenie to jedynie przyjemność, która daje ci wiele radości i która sprawia, że jesteś szczęśliwszy. I tak powinno pozostać. Bardzo mi się zatem podoba twoja decyzja.
- Cieszy mnie, że pochwalasz moje decyzje, Elodie. Mogę jeszcze dodać coś jeszcze, co mam nadzieję także ci się spodoba.
- A co takiego?
- Gdy już zostanę królem, zamierzam wspierać finansowo zdolnych artystów. Ale wiesz, tych naprawdę zdolnych i posiadających prawdziwy talent. Natomiast ci, którzy posiadają prawdziwy talent, ale nie mają dość pieniędzy, aby móc go w sobie rozwinąć, będą dostawać fundusz ze skarbu państwa. Gdy studiowałem, to byłem w wielu miejscach i widziałem w nich wielu ludzi, którzy mają talent, ale z powodu biedy nie mają szans na to, aby go rozwijać i żyć dzięki niemu. Bardzo mi było ich żal i wsparłem ich wtedy tak, jak tylko potrafiłem. Ale to była jedynie taka kropla w morzu. Młodzi zdolni powinni się rozwijać, bo tylko dzięki nim ten świat może się zmienić na lepsze i rozwinąć, iść do przodu zamiast stać w miejscu albo się cofać. Jako król będę ich wspierał.
- Wszystkim nie zdołasz pomóc, Ludwiku.
- Wiem, ale zamierzam pomóc tylu ludziom, ilu tylko zdołam.
- To bardzo szlachetna idea i jestem pewna, że ją zrealizujesz. Ale na razie już dosyć rozmów o obowiązkach i sprawach poważnych. Czas teraz na zabawę.
Ludwik spojrzał na księżniczkę zdumiony i zapytał:
- Jaką zabawę?
- Już nie pamiętasz? - zdziwiła się Elodie - Przecież George Sand zaprosiła nas dzisiaj do siebie. Będzie u niej cała paryska bohema artystyczna.
Ludwik od razu przypomniał sobie o tym wydarzeniu. Nie zareagował jednak na to radością, ponieważ zaproszenie na tego rodzaju zabawę nie sprawiało mu ani trochę przyjemności.
- Już pamiętam. Ale wiesz, niezbyt do mnie przemawiają takie zabawy, jakie ona nam proponuje.
- Wiem, mówiłeś mi o tym - odpowiedziała Elodie - Ja sama nie jestem jakąś wielbicielką spirytyzmu, ale skoro przyjaciółka nas zaprasza, nie wypada jej chyba odmówić. Poza tym, raz nie zawsze.
- Nawet nie wiem, czy choćby raz powinienem to robić. Jakoś nie uważam, aby wywoływanie duchów zmarłych było czymś zabawnym. Poza tym, nie wierzę w to, że ducha można na ten świat przywołać.
- Nie wierzysz w istnienie duszy, Ludwiku?
- Wierzę, chociaż uczciwie muszę powiedzieć, że dość książek przeczytałem, aby wiedzieć, że dusza to nauka z czasów starożytnych, którą Kościół na swoje potrzeby adoptował i przerobił. Czytałaś kiedyś Biblię? Tam nie ma nawet przez chwilę wzmianki o duszy. Istnienia duszy dowodził Platon na długo przed tym, zanim powstała Biblia.
Elodie spojrzała zainteresowana tymi słowami na ukochanego i odparła:
- A tego nie wiedziałam. Nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy, aby czytać od tak sobie Biblię. Nigdy zresztą nie byłam specjalnie religijna.
- I bardzo słusznie, bo i ja nie jestem. Ale Biblię przeczytałem tak po prostu, jak każdą inną wartą przeczytania książkę. Bo to jest książka warta przeczytania, ale nie należy jej nigdy traktować dosłownie. Bo jeżeli zacznie się traktować to, co jest napisane w Biblii dosłownie, jako przekaz historyczny, jako spis prawdziwych wydarzeń napisanych przez proroków natchnionych przez Boga, to obawiam się, że łatwo popadną w fanatyzm. A tego należy się najbardziej strzec. Fanatyzmu, ale i moim zdaniem równie groźne są kuglarskie sztuczki wykorzystywane przez tego czy innego cwaniaczka do wmówienia ludziom, że to cuda. Dlatego właśnie jestem przeciwnikiem tego rodzaju zabaw. Swego czasu, łotry skończone używały takich sztuczek do swoich celów, aby ludziom wmawiać gniew Boga i dostosować ich do swojej woli i sprawić, aby chcieli ich słuchać i wierzyli we wszystko, co im się w chwili stosowania tych sztuczek mówi.
- Tak, ale wtedy sztuczki takie stosowali podstępni kapłani, wmawiający za ich pomocą ciemnemu ludowi, jaka jest rzekomo wola bogów.
- A teraz niby tego nie robią? Elodie, przecież te zabawy i sztuczki jasno nam pokazują, że mimo upływu wieków pewne rzeczy wciąż pozostają takie same. Bo jaka jest różnica, kiedy pogański kapłan wywołuje ducha zmarłego lub kiedy robi to samo katolicki ksiądz? Jaka jest różnica w modleniu się do pogańskiego bożka z kamienia, a w modleniu się do figurki Matki Boskiej? Dla mnie żadna. I to fetysz i to fetysz. A w Biblii jasno stoi, że nie będzie się tworzyć fetyszy i do nich modlić. Bóg sam jasno tego zabronił wiernym, a Kościół zlekceważył ten nakaz, aby się na sprzedaży tego rodzaju rzeczy dorobić. A ciemny lud to kupuje i nabija im w ten sposób kabzę.
- Ciemny lud tak. Ale oświeceni ludzie nie dają się na to nabrać.
- Elodie, a niby w czym my jesteśmy lepsi od tego ciemnego ludu? Może nie wierzymy w bożków z kamienia, ale za to wierzymy, że jedna baba z drugą babą na spółkę na moich oczach może nagle, tak na zawołanie wywołać ducha. Czy tego rodzaju wiara nie dowodzi, że tak naprawdę my, czyli tzw. elita intelektualna nie różnimy się tak wiele od ciemnych ludzi ze wsi, dla których deszcz lub też susza są nadal przejawem boskiej woli?
Elodie pomyślała nad słowami Ludwika. Trudno jej było odmówić słuszności argumentów ukochanego. Nigdy co prawda nie myślała o tym w ten sposób, ale on miał rację. Spirytyzm i wiara w to, że ducha można tak na zawołanie przywołać sobie z zaświatów, pokazywała ciemnotę elit, która nie była wcale lepsza pod tym względem od prostego ludu. Ale przecież Elodie nigdy nie wierzyła w takie rzeczy i nigdy nie pałała do tego wszystkiego jakąś sympatią. Jednak w odróżnieniu od Ludwika, to po prostu lekceważyła sobie tego rodzaju sprawy i nie traktowała ich nigdy na poważnie, jedynie jako dziwną, ale zawsze zabawę. Ludwik tymczasem sprawiał wrażenie oburzonego tego rodzaju praktykami. Czy słusznie? Tak, miał on wiele racji w tym wszystkim, co mówił, a w zasadzie we wszystkim, ale czy na serio miało sens traktowanie tego na poważnie? Czy mądre było brać to do siebie, jak osobistą zniewagę, co Ludwik wyraźnie robił? Nie lepiej po prostu takie rzeczy lekceważyć i traktować z przymrużeniem oka?
- Ludwiku, naprawdę jestem w stanie cię zrozumieć - powiedziała po chwili namysłu Elodie - Ale George nas zaprasza i obiecałam jej, że przyjdę. Nie chcę w tej sytuacji łamać danego słowa. Rozumiem, że to nie jest coś, co może cię bawić, zasadniczo i mnie to nie bawi, ale proszę, nie róbmy przykrości mojej przyjaciółce. To ostatecznie tylko rozrywka, ostatnio bardzo modna. Nie musisz przecież brać w niej udział. Tam będzie więcej atrakcji dla wszystkich gości.
Ludwik zastanowił się nad słowami ukochanej, po czym uśmiechnął się czule do księżniczki i powiedział:
- No dobrze, niech będzie. Ostatecznie raz, nie zawsze.

***

Po tej rozmowie, Ludwik i Elodie w towarzystwie Francois, Blanche i Lulu udali się do domu George Sand, do którego zostali zaproszeni. Kiedy tam przybyli, większość gości także zaproszonych już tam było. Sama gospodyni zaś, tym razem dla odmiany ubrana w suknię, a nie w swój szokujący wszystkich męski strój, stała na środku salonu i rozmawiała właśnie z jakąś parą, ale kiedy tylko zobaczyła, że oto przybyła Elodie i jej przyjaciele, natychmiast przeprosiła swoich rozmówców i podeszła z uśmiechem do księżniczki.
- Witaj, Elodie. Cieszę się, że przybyłaś. I to wraz z przyjaciółmi. Bałam się już, że nie przyjdziecie.
- Już obiecałam, że przyjdę, dlatego przyszłam - odpowiedziała jej Elodie.
- Trudno było odmówić tak uroczej gospodyni - stwierdził Lulu.
Ludwik zastanowił się, czy jego imiennik mówi uczciwie. Trudno mu było w to uwierzyć, bo przecież George Sand nie była zbyt urodziwa w jego oczach. Dość niska, może najwyżej średniego wzrostu, ciemnowłosa i z niezbyt przyjemną miną na twarzy. Niby próbowała się uśmiechać, ale ten jej uśmiech był dla Ludwika co najmniej dosyć fałszywy. Poza tym, książę bawarski nie zapomniał tego, jak ona okropnie wyglądała podczas premiery sztuki Aleksandra Dumasa ojca. Wówczas miała na sobie męski strój i paliła cygaro. Wyglądała wtedy okropnie i ten widok nie opuszczał pamięci Ludwika. Dlatego teraz, w sukni zdawała się być nieco taka nienaturalna i zdecydowanie nie umiała być urocza. I nie chodziło tu nawet o to, że ma już z pięćdziesiąt lat. Ludwik widział już kobiety w tym wieku, które potrafią mimo tego być piękne, urocze i subtelne. George Sand jednak do nich nie należała. Zatem, czy Lulu był szczery wobec niej? Czy po prostu się jej podlizywał? Tego już Ludwik nie wiedział, choć zdecydowanie on sam nie byłby aż tak rozkoszny wobec tej skandalistki, gdyby był na jego miejscu.
Pani Sand tymczasem zwróciła swoje oczy na przyjaciół Elodie i zaczęła ich wszystkich witać, jednego po drugim. Jako ostatniego zauważyła Ludwika, a gdy to zrobiła, uśmiechnęła się do niego serdecznie i powiedziała:
- Witam pana, drogi książę. Miło mi pana wreszcie poznać osobiście, bo o ile dobrze pamiętam, nie mieliśmy jeszcze możliwości rozmawiać ze sobą.
Ludwik pomyślał w duchu, że nie żałował tego i żałuje, iż teraz jest inaczej. Ta cała Sand nie budziła w nim sympatii. Wydawała mu się w tej pysznej sukni sztuczna i zdecydowanie nieprawdziwa. Na pewno lepiej czułaby się w spodniach, pomyślał sobie. Jednak przyzwoitość i fakt przyjmowania u siebie tak dostojnych gości sprawiał, że nawet ta skandalistka musiała się ubierać jak należy. Poza tym, Elodie dużo mu opowiedziała o George i o tym, jakie życie ona wiedzie. Ponoć nie tylko miała licznych kochanków, ale z powodu swoich romansów zaniedbała swoje dzieci, a zwłaszcza córkę Solange, która obecnie nieszczęśliwa z powodu jednego poronienia i śmierci na szkarlatynę drugiego swojego dziecka, była obecnie bardzo przygnębiona, a wręcz zamknięta w sobie, na co jej matka zareagowała całkowitą obojętnością, bo od dawna obie były w konflikcie. Ludwikowi nie mieściło się to wszystko w głowie. Wydawało mu się, że jego matka albo ciocia Ludwika by już raczej wolały odrzucić dumę niż pozostawić swoje dziecko samo w takiej sytuacji. Poza tym, ta kobieta lubiła spirytyzm, co przecież też nie budziło sympatii księcia bawarskiego.
- Rzeczywiście, nie mieliśmy oboje wcześniej możliwości ze sobą rozmawiać - odpowiedział po chwili Ludwik.
- Cieszę się więc, że teraz możemy to zmienić - powiedziała George Sand.
Następnie zaprosiła całą grupę Elodie na salony i przedstawiała im kolejno, jednego po drugim swoich gości. Wśród nich Ludwika szczególnie zaskoczyła tu obecność polskiej hrabiny, Eweliny Hańskiej, od kilku lat wdowy po słynnym na całym świecie francuskim pisarzu Honoriuszu Balzacu. Kobiecie towarzyszył jej obecny partner, z którym żyła, choć bez ślubu, jak wyjawiła mu Elodie. W gronie paryskiej bohemy jednak ten szczegół nie miał żadnego znaczenia, był całkowicie nieistotny i bez znaczenia, dlatego wszyscy partnerzy, żyjący ze sobą w związku nieformalnym byli w takich miejscach przyjmowani jako swoi i nikomu w żadnym razie nie wadziło to, że ich związek nie został ostatecznie poddany formalnościom. Bo zasadniczo, co im było do tego? Bo skoro zakochanym żyło się ze sobą dobrze, kim byli ich przyjaciele, aby ich za to krytykować?
George Sand zagadywała kolejno każdego z gości, a potem przedstawiła im wszystkim osobę, którą można było nazwać gościem honorowym, osobą specjalnie tutaj zaproszoną, aby przyjęcie zawierało więcej godnych poznania atrakcji.
- Panie i panowie, pozwólcie, że wam kogoś przedstawię! - powiedziała, w tej samej chwili podchodząc do jakieś całkiem ładnej rudowłosej kobiety mającej tak z około czterdzieści lat, ubranej w zieloną suknię z głębokim dekoltem.
Kiedy wszystkie oczy zwróciły się ku kobiecie, pani Sand dodała:
- Oto pani Salomea Watton, znakomite i wyjątkowe pod każdym względem medium obdarzone talentem, jakiego państwo jeszcze nie widzieliście.
Wszyscy zaklaskali serdecznie na widok kobiety, tylko Ludwik i Elodie się od tego powstrzymali. Ludwik z powodu swoich poglądów na spirytyzm, Elodie zaś z powodu tego, że owe poglądy coraz mocniej ją przekonywały.
- Pani Salomea to osoba niezwykle utalentowana i zapewniam was, że jest też znakomitą gawędziarką. Ale przede wszystkim, posiada wspaniały i wyjątkowy dar przywoływania duchów z zaświatów.
- To prawda - potwierdziła kobieta - Kogo tylko zechcecie, ja wam go teraz przywołam. Tutaj, do tego salonu. Kogo mam wam przywołać?
- Może Juliusza Cezara? - zaproponował Francois.
- A może Jana Chrzciciela? - rzucił ironicznie Ludwik - Dla jednej Salomei już stracił on głowę, może dzięki kolejnej ją odzyska?
Kobieta spojrzała na Ludwika z wyraźną niechęcią w oczach, którą jednak za wszelką cenę chciała ukryć przed wszystkimi, po czym zapytała słodkim tonem:
- Jak widzę, mamy tutaj sceptyka, nieprawdaż?
- Prawda, jestem sceptycznie nastawiony do tego rodzaju zabaw i jakoś nie bardzo mi się chce to przed wami ukrywać - odpowiedział Ludwik.
Salomea zaśmiała się delikatnie, wyraźnie rozbawiona jego szczerością, pod którym to rozbawieniem ukrywała się, przynajmniej dla czujnego oka, niechęć i to największa z możliwych.
- Zakładam zatem, że nigdy nie brał pan udziału w seansach spirytystycznych, mam rację? - zapytała po chwili.
- Owszem, nigdy nie brałem w nich udziału - odpowiedział Ludwik.
- Dziwi mnie zatem pana sceptycyzm.
- Niby dlaczego?
- Bo jak można być sceptycznie nastawionym do czegoś, co pan w ogóle nie zna osobiście?
- Bo po prostu w to nie wierzę i tyle.
- Rozumiem. Ale skoro nigdy pan nie brał w tym udziału, to jak pan może w to wierzyć albo nie?
Dobór argumentów wydawał się być słuszny, ale Ludwik nie dał się kobiecie zbić z pantałyku. Popatrzył na nią ironicznie i odparł:
- Ciekawa logika rozumowania. O ile jednak wiem, tego rodzaju seanse nie są oparte na logice, tylko na wierze. A te dwa uczucia nie zawsze są ze sobą zgodne, co też jest przecież logiczne.
Wszyscy zachichotali, rozbawieni sposobem myślenia Ludwika, zaś Salomea ponownie się uśmiechnęła do księcia, będąc pod wrażeniem tego, jak dobrze on sobie radzi w ich potyczce słownej. Nagle odezwała się do nich George Sand:
- Moi drodzy, nie ma o co toczyć wojen. Pan Ludwik nie musi wierzyć, aby w tej naszej uroczej zabawie wziąć udział. Przecież udział w seansie do niczego nie zobowiązuje. Poza tym, warto spróbować czegoś nowego w życiu, aby potem być już pewnym tego, czy się naprawdę to lubi, czy nie.
Ludwik nie musiał brać udziału w proponowanej zabawie, aby wiedzieć, że komu jak komu, ale jemu zdecydowanie taki rodzaj zabaw nie odpowiada. Jednak ostatecznie uznał, że w sumie, to co mu szkodzi? Skoro już dał się namówić na to, aby tutaj przyjść, to czemu miałby teraz nie wziąć udziału, chociażby jeden jedyny raz w takiej dziwacznej zabawie? Bo skoro i tak do niczego to nie zobowiązywało, to czemu nie? Można było zatem w tym uczestniczyć. Ostatecznie raz, nie zawsze.
George Sand zebrała wszystkich swoich gości przy stole w salonie, a gdy już wszyscy przy nim usiedli, Salomea usadowiła się pośrodku, aby być widoczna dla każdego z obecnych. Następnie przyjęła niezwykle patetyczny wyraz twarzy, po czym powiedziała poważnym tonem:
- Proszę wszystkich, aby chwycili się za ręce i skupili się.
Gdy wszyscy zebrani przy stole wykonali polecenie, Salomea zaczęła mówić dalej tym samym tonem:
- A teraz skupcie się wszyscy na przywołaniu ducha. Skupcie wszyscy myśli na tej jednej jedynej myśli i czekajcie na przybycie zjawy.
Co za głupota, pomyślał w duchu Ludwik. Nie powiedział tego jednak na głos z obawy, że za chwilę wszyscy obecni go skrzyczą za psucie im dobrej zabawy. A poza tym uznał, iż skoro już tutaj jest, to trzeba się zachować. Ponadto sam był w tamtej chwili ciekawy, co też się stanie i jaką sztuczkę teraz pokaże pani Salomea.
- Duchu... Ty, który krążysz teraz wokół nas. Jeśli jesteś z nami, przemów do nas - zaczęła mówić Salomea - Powiedz nam, kim jesteś. Kim byłeś za życia? Kim lub czym byłeś? Jesteś istotą ludzką? Jesteś mężczyzną? Kobietą?
Przez ciało Salomei przeszły jakieś lekkie dreszcze, a ona sama wygięła się w pałąk, po czym prędko się wyprostowała i przyjęła niezwykle wzniosłą pozę.
- Co się dzieje? - zapytała zaintrygowana tym pani Hańska.
- Wpadł w trans i łączy się z duchem - odpowiedziała George Sand - Użyczy teraz swojego ciała duchowi, aby mógł on z nami porozmawiać.
Ludwik oczywiście wszystko to uważał za nie najlepszej jakości teatrzyk, ale musiał przyznać, że owo przedstawienie wydawało mu się coraz ciekawsze. Zatem był bardzo ciekaw, co potem z tego wszystkiego wyniknie.
Tymczasem Salomea popadła w znacznie większy trans, ponieważ zamknęła oczy i po chwili je otworzyła, ale przyjmując wzrok niezwykle zamglony, jakby z jakiegoś powodu nagle znalazła się w innym świecie, a tutaj była obecnie jedynie ciałem, po czym powiedziała ponurym głosem:
- Oto jestem tutaj z wami.
- Kim jesteś, duchu? - zapytała George Sand - Mężczyzną czy kobietą?
- Kobietą - padła odpowiedź.
- Jak umarłaś?
- Na suchoty.
Ludwik poruszył się niespokojnie na krześle. Poczuł, że zaraz stać się może coś niedobrego, co zdecydowanie mu nie przypadnie do gustu. Nie wiedział jednak w tamtej chwili, co to może być.
- Kim zatem jesteś, duchu?
- Jestem nieszczęśliwa w miłości.
- Dlaczego, duchu?
- Bo umarłam młodo i nie mogę powiedzieć temu, kogo kochałam, jak bardzo mi był bliski.
- Może więc teraz mu to powiesz? O ile oczywiście, on tu jest.
- Jest tutaj.
- To może przemów do niego?
Ludwik poczuł, że serce mu mocno bije w piersi, a w gardle go ściska. Miał już coraz gorsze przeczucia i domyślał się, co za chwilę nastąpi, ale miał nadzieję, że się myli w tej sprawie. Niestety, nie pomylił się. Ponieważ zgodnie z tym, co przewidywał, Salomea westchnęła głęboko i powiedziała:
- Ludwiku... Ludwiku... Tęsknię za tobą. Nie pamiętasz mnie? To ja, Joanna.
Książę bawarski poczuł, że ma już tego dosyć. Zerwał się wściekły ze swego miejsca, po czym groźnie spojrzał na George Sand i jej medium, mrucząc przy tym wściekłym tonem:
- Strasznie śmieszne, wiecie? Naprawdę, niesamowicie zabawne. Powiedz mi, pani fałszywe medium, ile ci płacą za zabawę ludzkimi uczuciami?
Po tych słowach, nie czekając nawet na odpowiedź, wyszedł z pokoju, a zaraz potem z domu.
Elodie spojrzała zdumiona na niego, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi, ale czując, że jej ukochany musiał wziąć to wszystko do siebie. Tylko z jakiego powodu? Tego nie rozumiała. Spojrzała na Francois i Blanche, który nie sprawiali wrażenia zbyt zadowolonych tym wszystkim, choć każde z nich posiadało wtedy na twarzy zupełnie inne emocje. Francois był oburzony, z kolei Blanche załamana. Księżniczka zrozumiała wówczas, że stało się coś strasznego, a widząc bardzo z siebie zadowoloną George Sand, zerkającą na powracającą z transu Salomeę, od razu pojęła, że jej przyjaciółka pisarka zakpiła sobie z jej ukochanego. Wściekła i z trudem pohamowując się, aby nie powiedzieć czegoś niekulturalnego lub nawet nie uderzyć pisarki, wyszła z pokoju. Z kolei Blanche wstała z miejsca i rzekła:
- George Sand, nie spodziewałam się tego po tobie.
Następnie dogoniła Elodie, która też wychodziła z domu, szukając Ludwika i zawołała do niej:
- Elodie, zaczekaj.
Kiedy księżniczka zatrzymała się i spojrzała na nią uważnie, pytając:
- O co chodzi, Blache? Nie mam teraz czasu, muszę znaleźć Ludwika. On się chyba obraził i coś mi mówi, że miał powód. Nie wiem tylko, co dokładniej tutaj się stało.
- A ja wiem - powiedziała Blanche załamanym tonem - Tylko proszę, nie bądź na mnie zła.
- A czemu miałabym być zła?
- Bo to wszystko moja wina.
- Nie rozumiem.
Nagle do kobiet podbiegł Francois. Był wyraźnie zdenerwowany.
- Naprawdę, nie spodziewałem się tego wszystkiego po George. Jest po prostu podła i okropna. Wiedziałem, że miewa swoje humorki i bywa wredna, ale teraz to już przekroczyła wszelkie granice. Ten numer z medium był obrzydliwy.
- Owszem, był po prostu straszny - zgodziła się z nim Blanche - Chyba zerwę z nią kontakt. Nie wiem, czy chcę się zadawać z tak małoduszną osobą.
- Ja też chyba to zrobię - dodał Francois.
- A ja bym chciała wiedzieć, co tu dokładniej się stało i dlaczego Ludwik tak zareagował na to, co się stało - powiedziała ze złością Elodie.
W głębi serca domyślała się tego, o co tu chodzi, jednakże nie miała ku temu takiej pewności, jaką chciała mieć i dlatego zażądała od przyjaciół wyjaśnień.

***

Ludwik siedział załamany na ławce w parku, wpatrując się ponuro w kamień tuż pod swoimi stopami. Nie wiedział, dlaczego to właśnie ten przedmiot przykuł tak mocno jego uwagę. Ostatecznie nie był to jakiś szczególny kamień. Był on po prostu zwyczajny. Szary, okrągły i niewielki. Taki jak setki kamieni wokół niego. Co wobec tego było w nim takiego nadzwyczajnego, że Ludwik nie umiał przestać się w niego patrzeć? Może to, że był kamieniem. Może to, że nie był człowiekiem, bo na nich chwilowo książę bawarski nie był w stanie patrzeć. Ludzie widnieli w jego oczach jako osoby egoistyczne, które bawią się bez wahania uczuciami osób wokół siebie i znajdują w tym przyjemność. Wiedział, że nie wszyscy są tacy, ale to zapewne z tego powodu Ludwik źle się czuł na dworze cesarskim i w ogóle w wielkim świecie elit. Bo czuł, że takie właśnie są elity. Przyjemność największą im daje krzywdzenie innych. Panuje w nim sztuczność, fałsz i obłuda. Udawanie w największym stopniu. Brak szczerości. Brak współczucia. Pozory. Wiecznie tylko gra pozorów. I bawienie się innymi, którzy choćby w najmniejszym stopniu mogą im się wydawać słabi. Bo przecież słabość dla nich jest bodźcem do krzywdzenia innych. W każdym razie dla ludzi.
Dlatego kamień jest lepszy. Kamień jest uczciwy. Jest bezdusznym i zimnym kamieniem, który nikogo i niczego nie udaje. Nikomu nie współczuje, nikogo nie kocha, ale też nigdy nie udaje, że kiedykolwiek kogoś kochał. W swojej okropnej bezduszności i szarości emocji jest całkowicie szczery. Nie tak, jak ludzie, którzy dla zabawy potrafią udawać kogoś, kim nie są, podejdą człowieka, a następnie bez litości wbiją osobie, którą podejdą nóż w plecy, wykorzystując do tego największe słabości, jakie wcześniej wydobyli od swojej ofiary. Kamień jest bezlitosny wobec człowieka. Może uderzyć go w głowę i rozbić mu ją, ale robi to uczciwie, robi to jako kamień. Rani, krzywdzi i powoduje smutek jako kamień. Nie jako człowiek, bo nigdy go nie udaje. Jest szczery. Może boleśnie, ale zawsze szczery. Poza tym, co chyba jest równie ważne, nigdy nie robi tego specjalnie. Kamień bowiem nie zdaje sobie z tego sprawy, że kogoś krzywdzi. Kamień nie czuje nic, bo jest tylko kamieniem. A zatem nie można mieć do niego pretensji, bo natura go już takim uczyniła. Ludzie są inni. Ich natura nie uczyniła bezdusznymi lub pozbawionymi uczuć. Oni, jeżeli są takimi, to na własne życzenie i z własnego wyboru.
Kiedyś rozmawiał o tym z Joanną. Kiedy oczywiście jeszcze żyła. Nigdy nie zapomniał tej rozmowy. Siedzieli wtedy na ławce, takiej jak ta i rozmawiali sobie o różnych sprawach. Z jakiegoś powodu naszła ich wtedy refleksja nad wszystkim. Może dlatego, że Joanna pod wpływem śmiechu zaczęła nagle kaszleć. Ludwik od razu zwrócił na to uwagę, ale dziewczyna zachichotała i powiedziała, żeby się nie przejmował niczym, bo po prostu się zakrztusiła i to nic takiego. Ludwik jakoś jej w to nie bardzo uwierzył, ale musiał przyjąć jej tłumaczenie, jeżeli nie chciał się z nią niepotrzebnie kłócić.
- Przykro mi, że mój kuzyn tak cię zranił swoimi słowami - powiedziała po chwili Joanna, chcąc zmienić temat.
- Daj spokój, ja już o tym zapomniałem - odpowiedział Ludwik.
- Ale ja nie zapomniałam. Zachował się po chamsku. Te jego sugestie, że jeśli jesteś następcą bawarskiego tronu, to na pewno masz wiele przyjaciółek było po prostu obrzydliwe. Po pierwsze, nie jesteś taki. A po drugie, nawet gdybyś kiedyś je miał, to jakie ma to znaczenie, skoro jesteśmy teraz razem?
- Naprawdę nie miałoby to dla ciebie żadnego znaczenia? - zapytał Ludwik.
- A czemu miałoby mieć znaczenie? - zdziwiła się Joanna - Przecież to było przede mną. Co przede mną, to się nie liczy. No... Chyba, że to by było aktualne.
Ludwik parsknął śmiechem i pokręcił przecząco głową.
- W żadnym razie. Zapewniam cię, że nie jest to ani trochę aktualne.
- Wobec tego w porządku. Chociaż, nie powiem, trochę w tobie uwodziciela jest, mój kochany.
- We mnie? Jak to?
- A tak to - zachichotała Joanna - A zapomniałeś, jak mnie uwodziłeś, kiedy w czasie jednej z naszych pierwszych rozmów śpiewałeś mi piosenkę o mnie? Jak to ona szła? Pamiętasz jeszcze?
Ludwik od razu zrozumiał, o co chodzi, po czym parsknął śmiechem, lekko zerwał się z ławki, stanął wesoło przed nią i zaśpiewał:

Czy potrafisz, Joanno, zagwizdać o tak?
Fiu-fiu-fiu-fiu! Fiu-fiu-fiu-fiu!
Ja tak lubię, gdy składasz usteczka na wspak.
Fiu-fiu-fiu-fiu! Fiu-fiu-fiu-fiu!
Twe usteczka szkarłatne
Tak zdobią twoją twarz.
Powiedz mi, dziewczyno,
Skąd tak cudne usta masz?
Czy potrafisz Joanno, zagwizdać o tak?
Fiu-fiu-fiu-fiu! Fiu-fiu-fiu-fiu!

Następnie wykonał przed ukochaną kilka zabawnych kroków tanecznych, a Joanna zareagowała na to radosnym śmiechem i głośnymi oklaskami. Ludwik zaś wesoło uśmiechnął się do ukochanej, po czym usiadł ponownie na ławce.
- Bałamut z ciebie, kochany - powiedziała żartobliwie Joanna.
- Ja? Bałamut? Nigdy w życiu. Tylko romantyk - odparł na to Ludwik.
- Niech będzie, że romantyk - odparła Joanna, delikatnie go trącając w ramię w czuły sposób - Uwielbiam cię takiego. Nie rozumiem, jak ktoś może cię za coś tak cudownego krytykować? Albo jeszcze doszukiwać się w twojej osobie złych nawyków, które nie masz?
- Ludzie bywają różni. Nie zawsze rozumieją to, co widzą wokół siebie i nie zawsze umieją tego odpowiednio interpretować.
- Ludzie są po prostu podli, kiedy tak robią. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się zachowują. A najgorsze jest to, że potrafią tak bardzo dobrze udawać. Ten mój kuzyn też udawał sympatycznego przed tobą, a potem obgadywał cię, kiedy sądził, że tego nie widzisz. Po prostu obrzydliwe.
Po tych słowach, spojrzała na ziemię i dostrzegła leżący na ziemi kamień.
- Czasami odnoszę wrażenie, że kamień jest uczciwy od ludzi.
- Dlaczego tak uważasz? - spytał Ludwik.
- Bo nigdy nikogo nie udaje - odpowiedziała Joanna - Jest szczery i uczciwy.
- A przy okazji bezduszny.
- A to prawda, ale przynajmniej szczery. Nigdy nie udaje, że kogoś kocha. To jest najgorsze w ludziach. Potrafią udawać miłość. Rozumiem potrzebę udawania czasami, bo nie zawsze można mówić całkowicie szczerze, ale... Nigdy się przed nikim nie powinno udawać miłości. To największa podłość na świecie.
Joanna podniosła kamień z ziemi, obejrzała go i powiedziała:
- Chciałeś kiedyś być kamieniem?
- Nie, a skąd to pytanie? - zapytał Ludwik.
- Sama nie wiem. Może dlatego, że kamień nie czuje bólu w piersiach.
Ludwik spojrzał niespokojnie na Joannę, ścisnął jej rękę i zapytał:
- Ty masz bóle w piersiach?
- Tak, ale to chyba nic takiego. Jest denerwujące, ale rodzice obiecali, że jak tylko będzie możliwość, zabiorą mnie do wód. Może to coś pomoże.
- Powinni zabrać cię już teraz.
- Nie mogą, ojciec ma swoje sprawy i interesy. Nie może ich wszystkich tak po prostu rzucić, bo ja kaszlę i mam bóle.
- Tego nie powinno się lekceważyć. Może ja cię tam zabiorę?
Joanna uśmiechnęła się delikatnie do Ludwika i dotknęła jego ręki.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze, kochany. Zobaczysz. Ty pojedziesz do Londynu dokończyć studia, ja pojadę do wód, a kiedy wrócimy, pobierzemy się, a wtedy już nic nas nigdy nie rozdzieli.
- Nic nas nigdy nie rozdzieli - powtórzył Ludwik i delikatnie ją przytulił.
Powoli wspomnienia zamazały się w jego oczach, a ich miejsce zajął obraz tej smutnej rzeczywistości, jaką właśnie miał przed sobą. Obraz tego, co go dzisiaj na oczach gromady ludzi spotkało. Ludwik nigdy nie uważał, że na świecie powinny być dogmaty czy inne świętości, jednak mimo wszystko jego wspomnienie Joanny tym właśnie było. Nie zamierzał pozwalać na to, aby ktoś bezkarnie sobie z tego szydził. Gdyby George była mężczyzną, zabiłby ją w pojedynku. A tak co może jej zrobić? Jedynie unikać jej towarzystwa, bo nawet napluć w twarz nie może i nawet nie powinien tego robić. Jej płeć czyniła ją bezkarną, z czego ona umiała korzystać i to bezwzględnie. Okropność. Swoją drogą, kto jej o tym powiedział? Bo przecież to ona musiała opowiedzieć o tym tej całej Salomei. Inaczej ta wiedźma o niczym by wiedzieć nie mogła. Ale skąd George o tym wie? Tego nie wiedział.
Nagle Ludwik poczuł, że ktoś go obserwuje. Obejrzał się więc, spoglądając w lewo i wtedy zauważył stojącą przy jego ławce Elodie. Na twarzy miała czuły oraz bardzo delikatny uśmiech, od którego robiło się mu cieplej na sercu.
- Elodie? - zapytał zdumiony.
- Domyślałam się, że tu poszedłeś - odpowiedziała księżniczka - Do miejsca, w którym niedawno siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Przy którym oboje tak dobrze się czuliśmy. No i które jest najbliżej domu Sand.
Ludwik uśmiechnął się delikatnie do ukochanej.
- Jesteś naprawdę bardzo bystra, Elodie. Nawet nie wiem, czy nie za bystra.
- A to można być za bystrym?
- Można, jeżeli ta bystrość obraca się przeciwko mnie.
Elodie parsknęła śmiechem, po czym usiadła obok niego na ławce i rzekła:
- O ile dobrze pamiętam, sam chciałeś poznać dziewczynę, która będzie nie tylko oczytana, ale i inteligentna, z którą będziesz mógł swobodnie rozmawiać. To nie moja wina, że twoje życzenie się spełniło. Widać trzeba lepiej precyzować swe życzenia, mój drogi.
Ludwik zachichotał, rozbawiony tymi słowami.
- I trzeba uważać, czego sobie człowiek życzy.
Elodie uśmiechnęła się delikatnie do ukochanego i czule dotknęła jego ręki, po czym powiedziała:
- Wiem już o wszystkim. Francois i Blanche mi powiedzieli.
- Wiesz już? - zapytał Ludwik, patrząc na nią - A więc wiesz o Joannie?
- Tak, wiem o niej. I wiem już, skąd George i jej medium o tym wiedziały. To Blanche niechcący wspomniała coś o tym podczas rozmowy z Sand. Francois jej o wszystkim opowiedział, a Blanche niechcący powiedziała nieco za dużo tej małpie i cóż... Mamy teraz taką sytuację, a nie inną.
- Rozumiem. A to całe przedstawienie, to zakładam, miał być żart?
- Tak. Żarcik za to, że jak powiedziała Sand, nie dajesz się innym bawić. Ale nie uznałeś tego za zabawne, co mnie wcale nie dziwi. Powiedziałam George, co ja o tym wszystkim myślę. I że nie chcę jej znać.
- Nie powinnaś tego robić. Nie powinnaś z mojego powodu odrzucać swoich przyjaciół.
- Przyjaciół? - prychnęła z kpiną Elodie - Czy przyjaciele tak postępują? Czy w taki sposób ranią naszych najbliższych i jeszcze nie rozumieją, o co mamy do nich potem żal? Nie, to nie jest moja przyjaciółka. Już nią nie jest. I zasadniczo, to chyba nigdy nią nie była.
Po tych słowach, siostrzenica cesarzowej Francji, dotknęła ramienia Ludwika i zapytała go:
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o Joannie?
- A co miałem ci opowiedzieć? - odparł ponuro Ludwik - O tym, że długo nie umiałem dojść do siebie, kiedy jej zabrakło? O tym, że byłem wrakiem i cieniem samego siebie? I że przez prawie dwa lata nie umiałem sobie z tym poradzić, ani wyjść do ludzi, a jeśli już, to w niewielkim stopniu? I że dopiero od roku jakoś tak odzyskałem równowagę psychiczną? To wszystko ci miałem opowiedzieć? Jakoś nie umiałem się na to zdobyć.
- Nie rozumiem, dlaczego. Przecież to nie jest nic wstydliwego.
- Ale bardzo smutnego. I bardzo przykrego. Nie wiedziałem, czy chcę do tego wracać. Jednak im więcej z tobą przebywam, tym bardziej wiem, że tak trzeba. Że muszę ci o tym opowiedzieć. Powinnaś znać prawdę.
Elodie spojrzała na niego uważnie, a Ludwik zaczął opowiadać. Wyznał teraz księżniczce wszystko, co dotychczas siedziało mocno w jego sercu i o czym tylko nieliczni dotąd wiedzieli.
- Joannę poznałem kilka lat temu, podczas jednego z przyjęć u wujka Maksa i cioci Ludwiki. Była ona córką ich znajomych. Była urocza, choć nie była może tak klasyczną pięknością jak ty.
Elodie zarumieniła się lekko, zachwycona słowami ukochanego.
- Miło mi, ale opowiadaj dalej, proszę - powiedziała.
- Zachwyciła mnie od początku. Była dobra, kochana i wrażliwa, a do tego też mogłem z nią rozmawiać na wiele tematów. To było coś cudownego. Pierwszy raz w życiu byłem taki szczęśliwy. Ale niestety, musiałem jechać na studia do Anglii, do których to studiów już wcześniej się zobowiązałem. Jednak obiecaliśmy sobie, że się spotkamy przy najbliższej okazji. Dotrzymałem słowa i przy każdym z nią spotkaniu wiedziałem, że ją kocham i chcę być z nią. Gdy miałem jechać na ostatni już rok studiów, obiecaliśmy sobie, że się pobierzemy. Niestety, już wtedy coś jej dokuczało. Mówiła mi o bólach w piersiach i często kaszlała. Jej rodzice jednak, którzy to byli zajęci niezwykle ważnymi sprawami, nie mieli czasu zabrać ją do wód. A do tego lekarze nie uważali tego za coś poważnego. Ot, zwykłe zaziębienie i tyle. Ale niestety, to było coś innego.
- Gruźlica, prawda? - zapytała Elodie.
- Zgadza się - potwierdził Ludwik - Za późno wykryta nie mogła już zostać w należyty sposób usunięta z jej ciała. Rodzice zabrali ją do wód. Trochę ją tam jakoś podleczyli, ale niestety, to było tylko chwilowe odwleczenie tego, co nieuniknione. Joanna ukrywała w listach przede mną swój stan, ale w końcu dowiedziałem się prawdy. Natychmiast przybyłem do niej, ale było już za późno. Nie mogłem jej w żaden sposób pomóc. Ona umierała. Spędziliśmy ostatnie tygodnie razem, a potem ona... A potem ona... Umarła.
Ostatnie słowa, Ludwik wypowiedział załamanym głosem. W oczach nagle zaiskrzyły mu się łzy, a on sam opuścił głowę, aby Elodie ich nie widziała. Chciał być twardy przy niej i nie ranić jej widokiem swojego cierpienia. Jednak nie był w stanie, wspominając to wszystko, całkowicie zapanować nad emocjami. W końcu nie wytrzymał i rozpłakał się. Łzy pociekły mu strumieniami po policzkach, kilka z nich wleciało mu do ust. Czując na wargach słonawy smak, szybko otarł sobie twarz dłońmi i spojrzał na Elodie, która ze smutkiem spoglądała na niego, nic nie mówiąc. Pomyślał, że musi wyglądać beznadziejnie w jej oczach.
- Wybacz, nie chciałem - powiedział Ludwik, próbując doprowadzić się jakoś do porządku - Naprawdę nie wiem, co mi się stało.
- Ja wiem, co - odparła Elodie - Wrócił dawny ból, który tłumiłeś w sobie już od bardzo dawna.
Następnie lekko niespokojnym głosem, zapytała:
- Wciąż ją kochasz?
- Część mnie zawsze będzie ją kochała, bo w końcu była pierwszą miłością w moim życiu. Potem zauroczyła mnie Sissi, ale to szybko przeszło.
Elodie uśmiechnęła się mimowolnie, choć czuła, że uśmiechanie się w takiej sytuacji nie jest zbyt taktowne, po czym zapytała:
- A teraz, jak wyglądają twoje uczucia?
- Pytasz ogólnie, czy o konkretną osobę? - zapytał Ludwik.
- O konkretną osobę. To znaczy, chciałabym wiedzieć, czy kogoś kochasz, ale wiesz... Nie jak siostrę czy przyjaciółkę.
Ludwik uśmiechnął się delikatnie do Elodie, powoli przetarł sobie ponownie swoją twarz dłońmi i powiedział:
- Widzisz, przez pewien czas nie byłem całkowicie pewien, czy moje uczucia wobec tej osoby są naprawdę szczere. Czy to aby nie jest jedynie coś prozaicznie prostego i niegodnego tej osoby. Ale upewniłem się, że tak nie jest. I wiem, że do tej osoby czuję coś więcej niż tylko przyjaźń. Tylko jeszcze nadal nie wiem, co ona do mnie czuje.
Elodie uśmiechnęła się do Ludwika i dotknęła delikatnie jego dłoni swoją.
- Wydaje mi się, że byłaby strasznie głupia, gdyby nie odwzajemniała twych uczuć, Ludwiku.
Książę uśmiechnął się delikatnie i zaczął gładzić palcem dłoń Elodie. Poczuł, że jest ona ciepła i przyjemna w dotyku, a jej skóra niesamowicie miękka i gładka. Bliskość tej cudownej skóry, jak i też możliwość czucia jej pod opuszkami palców sprawiała mu przyjemność. Wydawało mu się, że i jej to sprawia przyjemność.
- Nie chciałbym tylko, aby ona pomyślała, że jest chusteczką do otarcia łez - rzekł po chwili Ludwik.
- A nie jest? - zapytała Elodie.
Ludwik spojrzał dziewczynie prosto w oczy i powiedział:
- Nigdy nią nie była.
Księżniczka westchnęła głęboko, a serce zabiło jej w piersi bardzo mocno.
- A co z Joasią? Jej wspomnienie ci nie będzie przeszkadzać?
- Nie, w żadnym razie. Choć żałuję jej śmierci, ale nie dlatego, że nie umiem sobie wyobrazić życia z inną kobietą. Po prostu żałuję, że umarła tak młodo. Ona nie miała nawet trzydziestu lat. Nie umiera się w tym wieku. A w każdym razie, nie powinno się umierać.
- Daremne żale, próżny trud - powiedziała Elodie.
- Co mówisz? - zapytał Ludwik.
- Przypomniały mi się słowa, które kiedyś przypadkiem usłyszałam. Mówił je jeden poeta na wieczorku u Victora Hugo, oczywiście wtedy, gdy ten jeszcze nie wybrał się na dobrowolną emigrację w ramach protestu przeciwko II cesarstwu, bo jak wiesz, on tylko republikę uważa za idealny system.
- A tak, słyszałem to. Podobno zapowiedział, że powróci dopiero wtedy, kiedy we Francji zapanuje znowu jedyny słuszny system. Szkoda, Francja wiele traci na nieobecności takiego człowieka. A jak szedł ten wiersz?
Elodie zaczęła recytować:

Daremne żale, próżny trud,
Bezsilne złorzeczenia.
Przeżytych kształtów żaden cud
Nie wróci do istnienia.

Świat wam nie odda, idąc wstecz,
Znikomych mar szeregu.
Nie zdoła ogień ani miecz
Powstrzymać myśli biegu.

Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe.
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę!

Wy nie cofniecie życia fal!
Nic skargi nie pomogą!
Bezsilne gniewy, próżny żal!
Świat pójdzie swoją drogą.


- Bardzo ładny wiersz - powiedział Ludwik - Znasz go na pamięć?
- Tak, ten poeta go zapisał i rozdał kilka kopii tekstu swoim przyjaciołom - wyjaśniła Elodie.
- A jak się nazywał ten poeta?
- Nie pamiętam. Chyba to był Polak, jeden z przyjaciół Mickiewicza. Ale nie jestem pewna. Za to wiem, że kiedyś zobaczymy ten wiersz w jakimś tomie poezji. Czego jak czego, ale tego jestem pewna.
Ludwik uśmiechnął się radośnie.
- Też jestem tego pewny. A jak mówimy o wierszach Mickiewicza, to mnie się podoba ten wiersz „Niepewność”. Pamiętasz go?
- Pamiętam. Recytowałeś mi go podczas balu u pana Dumasa.
- Owszem. To prawda.
Po tych słowach, Ludwik delikatnie ścisnął dłonie ukochanej i rzekł:
- A pamiętasz, co oprócz tego ci mówiłem?
- Tak, doskonale pamiętam. Takich rzeczy się nie zapomina.
Ludwik delikatnie dotknął jej policzka i zapytał:
- Czy zatem wiesz, o kim mówiłem z tobą, gdy pytałaś o moje uczucia?
- Domyślam się tego.
- I co na to odpowiesz?
- Żebyś mi teraz przeczytał ten wiersz Mickiewicza. Chciałabym go jeszcze raz posłuchać.
Ludwik zachichotał, widząc, że Elodie droczy się z nim.
- No dobrze, przeczytam ci go. Tylko skąd go wezmę?
- Był w tym tomiku poezji, który mi kupiłeś w Wiedniu.
- Ano racja, faktycznie. Masz go przy sobie?
- Ty go masz. Dałam ci go, kiedy wychodziliśmy do George Sand.
- Ano racja, poczekaj. Chyba go tu mam.
- Mam nadzieję. Jest mi on niezwykle bliski.
- Bliski, dlaczego?
- Bo jest od ciebie.
Ludwik uśmiechnął się, po czym sięgnął ręką za pazuchę i po bardzo krótkich poszukiwaniach wydobył z niej schowaną książkę. Uśmiechnął się zadowolony i poszukał w niej wyżej wspomniany wiersz. Udało mu się to już po kilku minutach. Zadowolony zaczął czytać go na głos:

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę.
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę.
Jednakże, gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam.
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu.
Jednakże nieraz czuję, mimo chęci,
Że on jest zawsze blisko mej pamięci.
I znowu sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Cierpiałem nieraz, nie myślałem wcale,
Abym przed tobą szedł wylewać żale.
Idąc bez celu, nie pilnując drogi,
Sam nie pojmuję, jak w twe zajdę progi.
I wchodząc sobie zadaję pytanie:
Co mnie tu wiodło? Przyjaźń czy kochanie?

Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił.
Po twą spokojność do piekieł bym zstąpił.
Choć śmiałej żądzy nie ma w sercu mojem,
Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Lubia mnie jakaś spokojność owionie.
Zda się, że lekkim snem zakończę życie,
Lecz mnie przebudza żywsze serca bicie,
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń, czyli też kochanie?

Kiedym dla ciebie tę piosenkę składał,
Wieszczy duch mymi ustami nie władał.
Pełen zdziwienia, sam się nie postrzegłem,
Skąd wziąłem myśli, jak na rymy wbiegłem.
I zapisałem na końcu pytanie:
Co mnie natchnęło? Przyjaźń czy kochanie?

Elodie uśmiechnęła się do Ludwika i dotknęła czule jego dłoni.
- Dziękuję. Naprawdę piękny jest ten wiersz. Czy czytałeś go Joannie?
- Nie. Ja ją uwodziłem piosenkami - odpowiedział żartobliwie Ludwik.
- A jakimi na przykład?
Ludwik zanucił piosenkę o Joannie, którą ukochany pyta, czy umie tak słodko zagwizdać, bo on kocha, jak ona składa wtedy swoje usta. Elodie zachichotała, gdy usłyszała te słowa.
- Zabawne. To piosenka z kabaretu?
- Tak. Pamiętam ją jeszcze z czasów, kiedy włóczyłem się po Bawarii z Martą i jej trupą aktorską. Jak teraz o tym pomyślę, to mi się wydają strasznie stare czasy. Stare i bardzo dawne. Obecnie jestem już innym człowiekiem, choć oczywiście we mnie jest wciąż wiele dawnego Ludwika. Ale już nie jestem tą samą osobą.
- Nic w tym dziwnego. Wszyscy się zmieniamy, gdy mijają lata. Choćby tylko w małym stopniu, ale zawsze. Jedni na lepsze, a drudzy na gorsze. Ważne jednak, aby coś w nas zawsze pozostałe. Coś dobrego, coś pięknego i coś, co sprawia, że umiemy czerpać radość życia. Czy ty umiesz czerpać radość z życia?
- Kiedy zmarła Joasia, nie umiałem. Potem stopniowo nauczyłem się znowu cieszyć tym, co mi przynosi życie. Nie było to proste. Długo nie umiałem zdobyć tej zdolności, którą posiadałem, gdy ona żyła i którą teraz znowu posiadam.
- Co to za zdolność?
- Cieszenie się z drobiazgów. Bo one są najważniejsze. Drobiazgi. Pozornie nie są one istotne, ale tylko pozornie. Bo tak naprawdę, jeżeli weźmie się razem te wszystkie piękne drobiazgi, które potrafią nas radować, to potem powstanie z nich coś wielkiego i wspaniałego. Człowiek, który umie cieszyć się drobiazgami, jest moim zdaniem szczęśliwy. Ja na długo straciłem tę zdolność, kiedy Joasia odeszła. Bardzo wtedy cierpiałem. Umiałem myśleć wtedy tylko o tym, co straciłem i czego już nie zdołam jej powiedzieć. Że już nigdy jej nie powiem, jak bardzo była mi bliska, jak uroczo wyglądała w okularach, jak zabawnie wzruszała ramionami, gdy się ze mną droczyła, jak słodka była, gdy raz niechcący upaćkała się lodami, kiedy byliśmy razem na wycieczce w Monachium. Tylko o tym umiałem wtedy myśleć. I o tym, że pewnie już nigdy nie będę szczęśliwy. Ale z czasem moje myśli wróciły na inny tor. Czas mijał, a ja powoli czułem coraz mniejszy ból. Aż w końcu znowu zacząłem dostrzegać to, co na świecie jest piękne. I przede wszystkim, znowu moje serce zabiło przy kimś mocniej.
To mówiąc, Ludwik spojrzał na Elodie z miłością i delikatnie ujął jej dłonie w swoje, po czym powiedział:
- Chyba domyślasz się, co chcę ci przez to powiedzieć?
- Chyba tak - odpowiedziała czule Elodie, nie odrywając wzroku od niego i od jego cudownie niebieskich oczu, tak podobnych do jej oczu, jakby były one ze sobą spokrewnione.
- Chcę ci powiedzieć, że ty nie jesteś i nigdy nie byłaś pociechą na skołatane serce. Nigdy nie byłaś i nie jesteś chusteczką do otarcia łez. I nie chcę, żebyś tak przypadkiem pomyślała.
- Nie pomyślałam tak, ale cieszę się, że to mówisz. Lepiej wiedzieć, po jakim gruncie się kroczy.
- No właśnie, a propos gruntu. Chcę ci też powiedzieć, że...
- Tak, Ludwiku?
- Że ja... Ciebie... Bardzo...
Nie zdążył jednak dokończyć, ponieważ nagle zagrzmiało i to bardzo mocno. Zakochani spojrzeli w górę i zobaczyli, że podczas ich rozmowy niebo przyćmiły czarne i nieprzyjemnie wyglądające chmury. Oboje zachichotali, rozbawieni całą tą sytuacją, po czym Elodie powiedziała:
- Chyba musimy wracać, zanim złapie nas deszcz.
- Racja - odpowiedział jej Ludwik - Ale zaraz, bo coś sobie przypomniałem. Gdzie są Francois i Blanche? Nie powinni być z nami, jak na przyzwoitki zresztą przystało?
Elodie parsknęła śmiechem, gdy to usłyszała.
- Co cię tak bawi? - zapytał Ludwik.
- Ty, mój miły - odpowiedziała Elodie - Ty i twoja spostrzegawczość. Dopiero teraz zauważyłeś, że ich nie ma?
Ludwik zachichotał. Rzeczywiście, to było dość zabawna sytuacja.
- Słuchaj, chyba powinniśmy już wracać do pałacu, bo inaczej zmokniemy - zaproponował po chwili.

***

Niestety, pomimo próby niedopuszczenia do tej sytuacji, Ludwik i Elodie nie zdążyli powrócić do pałacu, zanim zaczęło padać. Ledwie bowiem wyszli z parku, a już spadł na nich deszcz. Nie było gdzie się przed nim schować, a ponadto, do siedziby cesarza i cesarzowej Francji było niesamowicie daleko. Ludwik wiedział, że sytuacja, chociaż wydawała się romantyczna, grozi poważnym zapaleniem płuc i to dla nich obojga, jeżeli szybko nie znajdą schronienia. Dlatego szybko zerwał z siebie płaszcz i rozwiesił go nad głową swoją i Elodie, po czym zawołał, aby jakoś przekrzyczeć siłę ulewy:
- Tu niedaleko jest Hotel Lambert! Tam się ukryjemy!
Elodie skinęła potakująco głową na znak zgody. Chwilę potem oboje biegli już w kierunku tego miejsca i w ciągu kilku minut byli na miejscu. Gdy tylko się tam znaleźli, Ludwik zdjął płaszcz znad głowy ukochanej i lekko wytrzepał go z wody, mówiąc:
- Jak to dobrze, że hotel jest w pobliżu.
Elodie przyznała mu rację, ale zaraz potem kichnęła głośno. Ludwik przejął się jej stanem i uznał, że nie zostaje im nic innego, jak tylko coś z tym zrobić.
- Musimy przeczekać deszcz. Możemy weźmiemy pokój i poczekamy w nim, aż się wszystko uspokoi. Potem wrócimy do pałacu - zaproponował.
- Zgoda, ale niech mi w tym pokoju przygotują zaraz gorącą kąpiel. Muszę się jakoś doprowadzić do porządku - powiedziała Elodie.
Ludwik skinął głową na znak zgody, po czym podszedł do recepcji i poprosił w niej o pokój dla siebie i Elodie oraz przygotowanie w nim kąpieli. Widząc przy tym dość dwuznaczne miny recepcjonisty, popatrzył na niego poważnym i nieco też groźnym wzrokiem, po czym wyjął kilka banknotów i wręczył mu je, mówiąc:
- Nie wiem, jak długo tu zostaniemy, ale proszę pamiętać. Nas tu nie było. Jak ktoś będzie pytać, to pan o niczym nie wie. Najlepiej zaś by było, gdybyśmy się tak umówili, że nas tu w ogóle nie ma i nigdy nie było. Rozumiemy się?
- Oczywiście, proszę pana - odpowiedział mu recepcjonista, biorąc szybko do ręki banknoty i chowając je sobie do kieszeni - Proszę zatem śmiało mną i resztą personelu rozporządzać, póki jeszcze tu jesteście, a formalnie was tu nie ma.
- Doskonale. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy.
Ludwik liczył na dyskrecję człowieka. Widział, że oczy aż mu się zaświeciły na widok pieniędzy i na pewno ich obecność przekona go do tego, aby nic nikomu o tym nie mówił. Nie przejmował się swoją reputacją, w końcu jak niby wizyta w hotelu z kobietą podejrzaną o bycie jego kochanką mogłaby mu zaszkodzić i to jeszcze w Paryżu, mieście miłości i romansów i większej swobody niż w Bawarii czy Austrii? Ale tu chodziło o Elodie. Nie chciał, aby ją wzięli na języki. Za bardzo mu na niej zależało, aby miał na to pozwolić.
Kiedy formalności zostały załatwione, recepcjonista wręczył księciu klucz, a ten natychmiast podszedł do Elodie i zabrał ją do pokoju im przydzielonego. Tam zaś zadowolony odetchnął z ulgą i rozejrzał się dookoła. Pokój był apartamentem z wielkim łóżkiem, sporym kominkiem, wielką szafą, kilkoma szafkami, ogromnym lustrem wiszącym na ścianie oraz dwoma fotelami ustawionymi przy kominku. To było bardzo przytulne miejsce. Ściany w nim były pomalowane na jasne i bardzo przyjemne kolory, a na suficie widniały malunki postaci z mitologii greckiej. Dość łatwo było tam dostrzec Helenę i Parysa, Afrodytę i Adonisa, a także wiele innych osób, w tym też ulubieńców Ludwika: Erosa i Psyche. Książę bawarski musiał sam przed sobą przyznać, że ten pokój sprawiał naprawdę przyjemne wrażenie i choć chwila z nim spędzona musiała być miła dla kogoś takiego jak on. Oczywiście, ani on, ani Elodie nie zamierzali tu nocować. Jedynie przeczekać deszcz i doprowadzić się jakoś do porządku.
- Przyjemny pokój, muszę powiedzieć - powiedział Ludwik do Elodie.
Następnie zdjął z siebie część górnej garderoby, która zdążyła trochę zmoknąć i założył na siebie szlafrok, po czym wziął ręcznik i zaczął się nim wycierać.
Po kilku minutach przyszły pokojówki, które przyniosły wannę oraz dzbanki z gorącą wodą i mydło. Nim się Elodie obejrzała, kobiety przygotowały jej kąpiel i czekały na dalsze polecenie. Księżniczka dała im po monecie, podziękowała, po czym powiedziała, że mogą odejść, bo sama sobie poradzi. Pokojówki dygnęły jak na zawołanie i wyszły.
- Ach, gorąca kąpiel! - powiedziała Elodie, wdychając zapach ciepłej wody - Tego mi właśnie trzeba.
Ludwik tymczasem dalej wycierał sobie ręcznikiem mokrą twarz, włosy oraz ręce. Udało mu się dzięki temu choć częściowo osuszyć. Początkowo nie zwracał większej uwagi na to, co się wokół niego dzieje, skupiony na tym, co robi, kiedy jednak Elodie powiedziała o kąpieli, zrozumiał szybko, że chyba nie powinien tu przebywać i rzekł zmieszany:
- Och, wybacz. To ja sobie pójdę i poczekam.
Elodie zachichotała i złapała go czule za rękę, mówiąc:
- Nie, zostań. Właściwie, bardzo mi pomożesz. Widzisz, zapomniałam o tym, ale sama nie rozwiążę sobie wiązań sukni. Pomożesz mi?
Ludwik zmieszał się, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć na tę propozycję. Tak bardzo była ona kusząca i tak bardzo podniecająca, że nie wiedział, czy wypada mu ją przyjąć. Elodie, chyba domyślając się tego, co on myśli, zachichotała lekko i powiedziała do niego:
- No co? Chyba nie zostawisz damy w opresji?
Na takie stwierdzenie, odpowiedź mogła być tylko jedna. Ludwik głośno oraz mocno przełknął ślinę, po czym stanął za Elodie i zaczął rozwiązywać jej suknię. To nie było dla niego trudne zadanie, niejeden raz już to robił, jednak nigdy nie czuł przy tym aż tak silnych emocji, jakie czuł w tamtej chwili. Powoli i stopniowo rozwiązał suknię Elodie i pomógł jej ją zdjąć. Chciał już, po wykonaniu tego dość niezwykłego zadania odejść, gdy nagle księżniczka powiedziała:
- A reszta? Mam się kąpać w bieliźnie?
Ludwik westchnął głęboko i kontynuował pomaganie Elodie. Choć serce mu w piersi waliło jak szalone, a ciało przechodziły spazmy podniecenia, zapanował w tamtej chwili nad sobą i profesjonalnie, jakby był garderobianym księżniczki, bez żadnych trudności pomógł jej rozpiąć i zdjąć bieliznę, a potem rozpiął jej kok. Gdy to zrobił, burza włosów barwy słońca opadła na dół, a Elodie odwróciła się powoli do niego przodem. Ludwik zamarł, gdy to zrobiła. Ukochana stała przed nim naga i taka piękna. Jej rozpuszczone włosy tylko potęgowały jej urodę i urok osobisty. A jej słodki uśmiech, którym go obdarzyła, był wprost zachwycający. Jej ciało było kształtne i tak wspaniale zbudowane, że musiał westchnąć na jego widok. Piersi zasłoniła sobie co prawda rękami przez dziewiczy wstyd, tak typowy dla istot, które nigdy nie pokazywały się tak żadnemu mężczyźnie, ale i tak ujrzał je przez chwilę. Były miękkie i krągłe, a on przez chwilę poczuł, że marzył o tym, aby je dotknąć. Tylko szacunek do Elodie i uczucie, jakie do niej żywił i strach, że może ją stracić, jeśli postąpi inaczej sprawiły, że zapanował nad tym pragnieniem.
- Dziękuję ci, Ludwiku - powiedziała Elodie, rumieniąc się na twarzy - Ale to nie jest jeszcze wszystko. Czy mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę?
- Jaką tylko zechcesz - odpowiedział Ludwik.
- Zapomniałam, że źle mi się samej myje plecy. Mógłbyś?
Ludwik poczuł, jak serce w piersi przyspiesza mu bicie, a on sam po prostu gotuje się z podniecenia. Elodie naprawdę go o to prosiła? Czy ona nie zdaje sobie sprawy z tego, czym to grozi? Czy nie widzi, jak na niego działa? Czy nie widzi, że on po prostu pragnie jej do szaleństwa? Że gdy tak stoi przed nim naga, to tak, jakby kusiła pszczołę miodem, a mysz słoniną? Jednak nie umiał jej odmówić. Nie umiał, a może nie chciał? A może jedno i drugie?
- No dobrze, pomogę ci. Tylko nie chcę, żebyś myślała, że ja tak każdej... Bo tak nie jest.
- Wcale tak nie myślę - odpowiedziała Elodie - To co? Pomożesz?
- Oczywiście. Tylko, czy to cię nie będzie krępować?
- Nie, skąd. No, może trochę, ale sama i tak nie zdołam się umyć.
- Jeśli to cię krępuje, zamknę oczy.
Elodie parsknęła śmiechem.
- I jak mnie wtedy umyjesz, gdy zamkniesz oczy? Aby myć, musisz widzieć.
- No tak, to oczywiste - odparł wesoło Ludwik.
Elodie uśmiechnęła się do niego i weszła powoli do wanny. Ciepła woda tak rozkosznie dotknęła jej ciała, a ona wygodnie rozłożyła się i wzięła do ręki mydło. Zaczęła powoli mydlić sobie ręce i myć je sobie oraz swoje zgrabne nogi. Ludwik ukląkł przy niej, a kiedy podała mu mydło, namydlił sobie dłonie i zaczął myć jej plecy. Poczuł, jak serce mu znowu zaczyna bić w piersi mocno i szybko, a on sam się przestraszył, że zaraz mu ono wyskoczy na zewnątrz. Dotyk pleców Elodie był mu cudowny. Te plecy były miękkie, delikatne, cudowne i słodkie. Jej skóra w tym miejscu była niczym atłas, przynajmniej dla jego dłoni.
Księżniczka tymczasem rozkoszowała się bliskością Ludwika, czując w sercu tak wielkie ciepło, jakiego nie czuła nigdy dotąd. Nie wiedziała przy tym, dlaczego to zrobiła. Dlaczego odesłała pokojówki, które mogły jej pomóc? Dlaczego prosiła Ludwika o to, aby ją mył? Dlaczego chciała, aby ujrzał ją nagą? Nie umiała sobie tego wyjaśnić. Wiedziała jednak, że on zachowuje się tak, jak tego oczekiwała. Bo choć mógł z nią uczynić, co tylko zechciał, nie zrobił tego. Jedynie spełnił jej dość niezwykłe życzenie i nic poza tym. Nie posuwał się za daleko. To oznaczało, że ją szanuje. Że ją traktuje poważnie. Gdyby był to test, zdałby go bez trudu. Chociaż, w zasadzie może był? Może podświadomie chciała go sprawdzić?
Rozmyślając o tym, nie zauważyła nawet, jak skończył jej myć plecy i nagle jego dłonie przeszły na przednie partie jej ciała. Mył teraz jej szyję, ramiona, ręce, piersi, brzuch, uda i to, co między nimi. Nie protestowała. Choć szybko poczuła, co on robi, nie umiała powiedzieć, aby przestał. Był za delikatny, za cudowny, za miły, za rozkoszny. Poza tym, przez jej ciało przechodziły tak przyjemne dreszcze, jakich nigdy dotąd nie czuła. Nie umiała powiedzieć mu „Nie”. A może raczej, nie chciała tego umieć? Bo i niby czemu miałaby chcieć mu odmówić? Był taki dobry, taki czuły i kochany, taki namiętny i taki wrażliwy zarazem. Do tego jeszcze, jakby tego było mało, jej ciało krzyczało, że chce więcej i więcej. Przechodziły przez nie dreszcze, ale jakże przyjemne i rozkoszne. Nigdy takich nie czuła. Nigdy nawet nie sądziła, że je poczuje. Ale teraz je czuła. Z nim. Ze swoim ukochanym.
Nagle jej ciało przeszły o wiele mocniejsze dreszcze. Zaczęły się one gdzieś w okolicy kręgosłupa, rozeszły po jej całej postaci, aż dotarły do jej ust, które to wydały z siebie słodki śmiech. Nie był to jednak śmiech taki jak zwykle, kiedy ją coś rozbawiły. Ten śmiech był inny. Był efektem szampańskiego nastroju. Uczucia nigdy dotąd nie doznanego. Ludwik zrozumiał jego przyczynę. Zrozumiał, że w tej realizacji swego niezwykłego zadania posunął się za daleko, dlatego cofnął ręce, wyjął je z wanny i zapytał:
- Czy wszystko dobrze, Elodie?
- Tak, Ludwiku. Bardzo dobrze - odpowiedziała księżniczka, spoglądając na niego z uśmiechem - Po prostu nigdy nie było mi tak dobrze, jak teraz z tobą.
- A ja nigdy nie byłem tak szczęśliwy jak teraz z tobą - powiedział Ludwik.
Następnie przysunął jej twarz do swojej, a dłonią dotknął jej podbródka.
- Elodie, ja naprawdę nigdy nie byłem aż tak szczęśliwy. Nigdy przedtem.
- Nigdy? - zapytała Elodie.
- Nigdy, zapewniam cię.
Księżniczka spojrzała na niego swoimi cudownymi, błękitnymi oczami, lekko westchnęła i powiedziała:
- A co chciałeś mi powiedzieć wtedy, w parku, zanim złapała nas ulewa?
- Że... Elodie, że...
- Tak?
- Że cię kocham.
- Naprawdę, Ludwiku? Jesteś pewien tych uczuć?
- Całkowicie jestem ich pewien.
Elodie opuściła głowę na dół i rozpłakała się. Ludwik nie wiedział, dlaczego tak się stało. Bał się, że zranił ją w jakiś sposób, ale zanim zdążył coś powiedzieć, jego ukochana poniosła głowę, popatrzyła mu w oczy i rzekła:
- Ludwiku, ja ciebie też kocham. Tak bardzo chciałam usłyszeć te słowa, że ty czujesz do mnie coś więcej niż przyjaźń. Tak o tym marzyłam. I teraz wreszcie to słyszę. Mój ukochany... Mój jedyny...
Następnie dotknęła jego policzka i pocałowała go w usta. Ludwik oddał jej z miłością pocałunek, a ona objęła go za szyję i długo poddawała się tej cudownej, tak boskiej i długo wyczekiwanej chwili. Ich usta splotły się w jedno, ich serca w jednej chwili zaczęły bić w ten sam rytm, a ich ciała zapłonęły. Gdy oderwali się od siebie, bo zabrakło im powietrza w płucach, oddychali przez chwilę głęboko, ale radośnie.
- Ludwiku, woda robi się chłodna. Chyba już pora kończyć. Pomożesz mi?
Po tych słowach, Elodie wyciągnęła ręce w jego kierunku, a on ujął je czule i przytrzymał je, kiedy powoli i ostrożnie wychodziła z wanny na dywan. Kiedy zaś to się stało, owinęła się ręcznikiem i spojrzała na niego czule.
- Dziękuję ci. Tego mi było trzeba.
- Wybacz, jeśli podczas kąpieli posunąłem się za daleko - powiedział Ludwik.
- Nie gniewam się - odparła Elodie - To ty mi wybacz tę wstydliwość. Że się tak na początku zasłaniałam. To instynktowne. Widzisz, ja nigdy wcześniej... No wiesz, co mam na myśli. Żaden mężczyzna mnie takiej nie widział.
Serce Ludwika zabiło jeszcze mocniej. A więc była niewinna. Nigdy jeszcze nie miała ukochanego. Nie umiał zrozumieć, dlaczego, ale ucieszyło go to. Bardzo go to ucieszyło. Nie chciał tego jednak mówić na głos. Po prostu skinął głową na znak zrozumienia i powiedział:
- Powinnaś wypocząć przed drogą.
Elodie skinęła głową, ale ledwie zrobiła krok w stronę łóżka, potknęła się o własną nogę. Poleciała gwałtownie do przodu, ale Ludwik złapał ją w ramiona. To wtedy to nastąpiło. Ich spojrzenia spotkały się, ich serca zabiły jednym rytmem, a ich ciała zaczęły krzyczeć i domagać się tego, czego oboje chcieli i potrzebowali. I co ważniejsze, oboje nie umieli dłużej z tym walczyć. W kąt poszły obowiązki czy też reputacja. Teraz liczyli się dla nich tylko oni.
- Elodie - szepnął Ludwik, dotykając jej twarzy.
- Ludwiku - szepnęła Elodie.
Ponownie się pocałowali. Księżniczka objęła go za szyję, ręcznik opadł więc na podłogę, odsłaniając jej cudowne ciało. Tym razem go nie zasłaniała. Chciała, aby ją obejmował, aby ją dotykał, aby ją całował i aby ją kochał. Chciała tego i też dobrze wiedziała, że nie będzie tego żałować.
Nawet nie zauważyli, kiedy opadli na łóżko. Ani kiedy Ludwik zdjął z siebie ubranie. Ani kiedy zaczął obsypywać jej ciało pocałunkami. Ani kiedy ich ciała się ze sobą splotły w jedno, a ich dusze połączyła wyjątkowa harmonia. Kiedy zaczęli lecieć do gwiazd i z powrotem. Kiedy Elodie zaczęła odczuwać to samo, co czuła podczas kąpieli, ale dużo intensywniejsze. Po prostu to robili, zapominając przy tym o całym świecie. Nic się dla nich nie liczyło. Tylko oni sami, będący w tamtej chwili jednością. Idealną, jak Eros i Psyche widniejący na suficie nad nimi. To, co poznali bóg miłości i jego ukochana, odkrywali teraz oni. Ludwik nigdy nie czuł jeszcze takiej przyjemności, jak w tamtej chwili. A Elodie czuła, że to jest jeszcze cudowniejsze doznanie niż sobie wyobrażała. Czuła, jakby pływała naga w oceanie i co chwila zalewały ją wielkie fale, oblewające jej całe ciało i dające jej tak boskie i cudowne doznanie, jakiego nawet nie marzyła, aby zaznać. Za każdym razem, jak ta fala ją zalewała, czuła się, jakby leciała do gwiazd i dotykała ich ręką. Kiedy to się działo, płakała ze szczęścia i śmiała się na zmianę. A gdy nadeszła ostatnia fala, przycisnęła Ludwika do siebie i wyszeptała w wargi jego imię, składając na nich ostatni cudowny pocałunek. Potem zabłyszczało jej w oczach, straciła świadomość tego, co się wokół niej dzieje i zmęczona, ale w cudowny sposób opadła na łóżko, jak przez mgłę tylko widząc, jak Ludwik w podobnym stanie świadomości kładzie się obok niej i wyciąga ku niej ręce. Poczuła wtedy przemożną ochotę, aby mocno się wtulić w jego ramiona, co oczywiście natychmiast zrobiła. Tak bardzo ich teraz potrzebowała. Tak bardzo chciała czuć je wokół siebie. Tak bardzo był on jej bliski i tak bardzo się cieszyła, że tu jest. I że może zasnąć naga i bezbronna, a zarazem też bezpieczna i szczęśliwa, wtulona w jego tors i ramiona.

***

Obudziła się kilka godzin później. Burza na zewnątrz przestała już szaleć, a ich ubrania, rozwieszone na kracie przed kominkiem zdążyły już wyschnąć. Ale jej nie chciało się wstawać. Chciała leżeć jeszcze w jego ramionach, chociażby tylko przez krótką chwilę, bo każda chwila miała dla niej wielkie znaczenie. Wiedziała, że wstąpiła na nową drogę, że ich miłość wzniosła się na nowy poziom, a ona nie zamierzała tego ani przez chwilę tego żałować.
On też już nie spał. Leżał i wpatrywał się w nią uważnie, zachwycony jej tak bardzo smukłą sylwetką, zgrabną oraz uroczą, a do tego o odpowiednich kształtach godnych prawdziwej kobiety z krwi i kości. Świadomość, że nikt nie widział tego, co on teraz może widzieć, była dla niego oszałamiająca. Przypomniał sobie wtedy słowa Cyganki, która jakiś czas temu wróżyła mu w karczmie. Że spotka miłość swego życia, że będzie dla niej pierwszy we wszystkim. Już zrozumiał, o co wtedy chodziło tej kobiecie. Już wiedział, co miała ona na myśli. Przypomniało mu to też słowa pewnego wiersza, który kiedyś dawno temu czytał, a który wydawał mu się w tamtej chwili idealnie pasujący do nich i ich uczucia.

Tak, to ja, ja, ja, ja.
Dla ciebie jestem królem,
Bo ty wybrałaś właśnie mnie.
Tak, to ja, ja, ja, ja.
Dla ciebie ten jedyny.
Niech cała ziemia o tym wie.

- O czym tak myślisz? - zapytała Elodie.
- O tym, co zrobiliśmy i jak cudownie się przy tobie czuję - odpowiedział jej Ludwik z uśmiechem na twarzy - I zastanawia mnie, co czujesz, gdy jesteś teraz ze mną, w moich ramionach.
- Co czuję, najdroższy? Rozkosz, szczęście, radość i ciepło.
- Ciepło?
- Tak i poczucie bezpieczeństwa.
- Chcę ci je dawać już zawsze, Elodie. Proszę, wyjdź za mnie.
Elodie spojrzała na niego zdumiona.
- Ludwiku, co ty mówisz?
- O tym, że pragnę pójść do twojego wuja i prosić o twoją rękę. Chyba sama rozumiesz, iż po tym, co między nami zaszło, nie może być inaczej.
Elodie odsunęła się od niego i usiadła na łóżku ze złością.
- Rozumiem. Przespałeś się ze mną i z poczucia obowiązku chcesz mnie teraz poślubić, aby ludzie nie plotkowali na nasz temat. Wiesz, to jest bardzo szlachetne z twojej strony, ale niestety, muszę powiedzieć, że póki mam coś do powiedzenia w tej sprawie, nigdy nie zgodzę się na taki upokarzający związek.
- Upokarzający? Nie rozumiem cię, Elodie - zapytał Ludwik, także siadając na łóżku - Co w nim takiego upokarzającego?
- Że prosisz mnie o rękę z przyzwoitości. A nie z miłości. Nie wiesz, że to nie są tożsame sprawy?
- Kto ci, u licha powiedział, że ja to robię z przyzwoitości?
- Ty sam, przed chwilą.
Ludwik dotknął czule policzka Elodie i powiedział:
- Najdroższa, to nie tak. Źle mnie zrozumiałaś. Ja cię kocham i pragnę być z tobą już na zawsze. To, co zrobiliśmy tylko mnie w tym utwierdziło. Dlatego chcę iść do twojego wuja i prosić go o twoją rękę.
Elodie spojrzała mu uważnie w oczy. Nie kłamał. Mówił prawdę. Odetchnęła więc z ulgą. A więc on naprawdę ją kochał.
- O ile oczywiście ty mnie też kochasz, Elodie - dokończył Ludwik - Kochasz i mi ufasz na tyle, aby wiedzieć, że traktuję cię poważnie.
Księżniczka uśmiechnęła się do niego czule i powiedziała:
- Ludwiku, czy rozebrałabym się przed tobą, gdybym ci nie ufała? A czy potem poszłabym z tobą do łóżka, gdybym cię nie kochała? Czy siedziałabym tutaj naga z tobą, gdybym nie wiedziała, że traktujesz mnie poważnie?
Następnie Elodie pocałowała delikatnie Ludwika w usta i dodała:
- Jesteś cudowny i bardzo cię kocham. Ale proszę, nie spieszmy się z niczym.
- Co to znaczy? - zapytał Ludwik.
- Nie proś wuja o moją rękę. Jeszcze nie teraz.
- Dlaczego?
- Bo za krótko się znamy, abyśmy mieli się żenić. Chcę, żebyśmy oboje lepiej się poznali. Wiem, że jestem z tobą szczęśliwa, ale nie chcę, aby to minęło przez zbytni pośpiech. Wszystko powinno nadejść w swoim czasie. Poznawajmy się, we dwoje spędzajmy dużo czasu i odkryjmy, czy to, co nas łączy jest na pewno trwałe, jak myślimy. A potem się pobierzemy, jeżeli nadal będziesz mnie chciał.
Ludwika zdziwiło to, co powiedziała, ale nie mógł jej odmówić racji. Elodie mówiła o wiele nowocześniej niż wiele kobiet, które znał. Nie budowała zamków na lodzie. Chciała mieć pewność, że uczucie, jakie ich łączy, nie przestanie istnieć i z czasem jedynie się wzmocni. Rozumiał ją i nie chciał jej poganiać. Choć on o swoich uczuciach mógł śmiało powiedzieć, że są szczere i uczciwe. Jeśli jednak w to wszystko trzeba było dodać fundament w postaci czasu oraz cierpliwości, był gotowy go jej ofiarować.
- Dobrze, Elodie. Mogę zrobić tak, jak o to prosisz, choć jestem pewien tego, że w przyszłości nadal będę cię chciał.
Elodie zachichotała i powiedziała czule:
- Ludwiku, o przyszłość pomówimy w przyszłości. Na razie cieszmy się tym, co mamy, mój kochany.
Po tych słowach, pocałowała go w usta i wstała z łóżka.
- Chyba powinniśmy już iść. Ściemnia się, a powinniśmy powrócić do pałacu, zanim zapadnie zmrok i zaczną nas szukać. Wolałabym, żeby nas tu nie znaleziono i to jeszcze w takich strojach. Czy raczej, bez nich.
To mówiąc, zachichotała wesoło i dodała:
- Nie, żebym wstydziła się tego, co nas łączy, ale po co cały świat ma znać wszystkie szczegóły naszych relacji? Pewne rzeczy powinny być tylko dla nas. A przynajmniej na razie.
- Masz rację - zgodził się Ludwik - Nie musimy ukrywać naszej miłości, ale nie musimy też wszystkim mówić, co nas właśnie połączyło.
- Dokładnie tak - odparła Elodie i spojrzała w lustro, po czym jęknęła głośno: - O Boże! Jak ja wyglądam? Włosy sterczą mi na wszystkie strony!
- Wyglądasz cudownie.
- Może dla ciebie. Świat nie powinien mnie taką widzieć. Uczeszesz mnie? W końcu, bądź co bądź, to twoja sprawka, że wyglądam teraz jak straszydło.
- Och, wielkie mi straszydło. Wyglądasz naturalnie. Ale uczeszę cię.
Elodie usiadła na łóżku, a Ludwik skrupulatnie i z miłością, za pomocą sporej szczotki doprowadził jej włosy do porządku. Jednocześnie zerkał na wiszące na ścianie lustro, w którym oboje się odbijali i podziwiał jej piękne, nagie ciało, które tak go zachwycało. Elodie szybko to zauważyła i zachichotała rozbawiona.
- Ludwisiu, co tak zerkasz? Mało się już napatrzyłeś?
- No, troszkę mało - odpowiedział zalotnie Ludwik.
- Lepiej byś patrzył na to, co robisz.
- Przecież patrzę.
Na tym droczeniu się oraz doprowadzaniu jej włosów do porządku minęło im jeszcze kilka minut. Kiedy w końcu Elodie uznała, że wygląda wreszcie jak ktoś z przyzwoitego domu, kogo nie można posądzić o nic niemoralnego, zaczęła powoli się ubierać. Ludwik ze smutkiem również nałożył na siebie ubrania, przy okazji też pomagając ukochanej założyć bieliznę i suknię oraz zawiązać ich wiązania.
- Dziękuję, najdroższy - powiedziała Elodie, kiedy skończył.
- Nie ma za co, ale szczerze mówiąc, wolę cię rozbierać niż ubierać - odparł na to Ludwik.
Elodie zachichotała i pocałowała go w usta jeszcze raz.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? - zapytała wesoło.
Gdy zobaczyła, że jego wzrok ucieka na jej dekolt, trąciła go lekko w ramię.
- Ludwiku! Oczy mam na górze, wiesz o tym? Może tu się patrz?
To mówiąc, wskazała palcami na oczy. Ludwik wówczas spłonął rumieńcem i powiedziała do niej przepraszająco:
- Ja niechcący. To mimowolnie. Po prostu, to taki piękny widok. A nie wiem, kiedy go znowu zobaczę.
- Jak będziesz grzeczny, to szybciej niż myślisz - odparła Elodie.
- Przecież ja jestem cały czas grzeczny.
- Powiedzmy, że jesteś.

***

Szybko opuścili hotel i powrócili do pałacu cesarskiego. Na szczęście, nikt na dworze nie pomyślał nawet o tym, aby zadawać im pytania o to, co robili przez ten cały czas, kiedy ich nie było i kiedy rozstali się z Francois i Blanche. Nikt tego nie zrobił, dzięki czemu mogli swobodnie powrócić do swoich pokoi i rozmyślać o tej cudownej chwili, gdy oboje nadzy przytulali się do siebie w łóżku, nie musząc się przejmować tym, co inni o tym pomyślą. Obojgu bardzo brakowało tej bliskości i nie wiedzieli, jakim cudem spędzili noc osobno, wspominając to, co ich połączyło ze sobą najmocniej ze wszystkiego, co ze sobą dzielili.
Następnego dnia spotkali się na śniadaniu i zjedli je wspólnie z przyjaciółmi oraz cesarską parą. Nie kryli swojej sympatii do siebie, bo przecież i tak wszyscy już o niej wiedzieli i nie było powodu, aby ich przekonywać, że się mylą. I chociaż ciągnęło ich do siebie, panowali nad sobą z obawy, że dwór odkryje to, co odkryć nie powinien. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Ludwik i Elodie zgodnie brzydzili się fałszem, ale wiedzieli, że w tym wypadku muszą zachować pozory przyzwoitości w jej tradycyjnym postrzeganiu. Jeśli chcesz wszystko przeprowadzić po swojemu, musieli to zrobić, aby mieć większą swobodę działania.
Potem oboje asystowali w malowaniu portretu cesarzowej Eugenii. Kobieta na prośbę swego męża, zgodziła się na to, aby uwiecznić jej wizerunek na płótnie, aby ten już po wiek wieków zdobił ściany pałacu cesarskiego. Do tego niezwykle odpowiedzialnego i zaszczytnego zarazem zadania został wybrany nie byle kto, ale malarz o wielkim talencie, Franz Xavier Winterhalter. Od kilku dni malował on już portret cesarzowej Eugenii, a dzisiaj miał go dokończyć. Cesarzowa Francji z tego powodu musiała jeszcze tego dnia pozować mu niemalże w bezruchu, a zakochani otrzymali możliwość obserwowania dokańczania portretu i dopinania wszystkiego na ostatni guzik, a dzieło było jak najlepsze.
- Muszę panu powiedzieć, że udał się panu portret mojej ciotki - powiedziała Elodie, nie kryjąc swego zachwytu.
- Dziękuję, Wasza Wysokość. To dla mnie zaszczyt, słyszeć takie słowa z ust tak uroczej osoby - odpowiedział na to malarz, kłaniając się nisko.
- A może namalowałby pan też Elodie? - zaproponował Ludwik.
Malarz uśmiechnął się do niego serdecznie i przepraszająco zarazem.
- Proszę mi wybaczyć, ale chwilowo jest to niemożliwe.
- O! A to czemu? - zapytał Ludwik.
- Ponieważ mam już zamówienie na kolejny obraz i w tym celu będę musiał wyjechać z tak uroczego kraju, jakim niewątpliwie jest Francja, ale niestety, praca czasami zobowiązuje.
- Rozumiem. A wolno wiedzieć, jakie to zamówienie?
- Och, ależ to żadna tajemnica, Wasza Wysokość. Cesarz Austrii, Franciszek Józef I chce, aby stworzył dla niego portret jego narzeczonej, Elżbiety. Już wysłał mi w tym celu zaproszeni do Austrii. Dlatego, gdy tylko tu skończę, ruszam dalej do nowego zlecenia.
Ludwik uśmiechnął się wesoło. To go zaskoczyło, oczywiście w pozytywny sposób. A więc Franciszek Józef chciał, aby namalowano dla niego portret Sissi? To brzmi bardzo romantycznie. Nie wiedział, że cesarz Austrii umie być taki. A do tego, biorąc pod uwagę fakt, że portret cesarzowej Francji naprawdę udał się panu  Winterhalterowi, to można było być pewnym, iż portret Sissi nie będzie gorszy, a może nawet przebije on obecne dzieło mistrza?
Rozmyślania te przerwała Ludwikowi wieść, że jest do niego telegram. Jego treść nie była radosna dla księcia bawarskiego, który to, gdy tylko zdołał się z nią zapoznać, westchnął przerażony, spojrzał na Elodie, bardzo tym wszystkim zresztą zainteresowaną i powiedział:
- Elodie, chyba będę musiał wracać i to jak najszybciej.
- A co się stało? - zapytała księżniczka niespokojnym tonem.
- To od Franciszka Józefa. Pisze, że Sissi miała wypadek. Spadła z konia. Co prawda żyje, ale najadł się o nią ogromnego strachu. A ponadto podejrzewa, że nie był to wypadek.
Elodie westchnęła przerażona. Już sama depesza i reakcja Ludwika na nią ją zaniepokoiła, ale teraz dopiero miała ku temu powody. Tak bardzo polubiła Sissi w czasie, kiedy obie przebywały w Wiedniu. Można powiedzieć, że wręcz obie się ze sobą zaprzyjaźniły. Jakby mogła teraz nie być zaniepokojona jej losem i to nawet w takiej sytuacji, gdyby to był wypadek. A przecież w telegramie pisze, że wcale to nie był wypadek. Co prawda, brakowało na to dowodów, ale czy można ryzykować i lekceważyć sobie tak poważny problem?
- Sama chyba rozumiesz, Elodie - mówił dalej Ludwik - Czas spędzony z tobą był dla mnie czymś cudownym, ale muszę wracać do Austrii. Jeżeli ktoś celowo  próbuje wykończyć moją kuzynkę, powinienem o tym wiedzieć i mu przeszkodzić.
Elodie spojrzała na niego ze zrozumieniem, pomyślała przez chwilę, po czym dodała stanowczo i dobitnie:
- Wobec tego, ja jadę z tobą.
Gdy Ludwik próbował protestować, że to nie wypada, a poza tym, w Wiedniu nie ma krewnych ani innych bliskich, aby musieć tam jechać i być może narażać się na gniew tych, co odpowiadali za atak na Sissi, Elodie odparła mu na to:
- Na nic się zdadzą twoje protesty, Ludwiku. Jadę z tobą i koniec. Zapominasz chyba, że Sissi jest też i moją przyjaciółką. Nie mogłabym spojrzeć jej w oczy po tym wszystkim, gdybym teraz nie pojechała do niej.
Elodie oczywiście bardzo niepokoiła się o Sissi i o jej zdrowie. Jednak nie z tego tylko powodu chciała pojechać do Austrii z Ludwikiem. Również fakt, że na chwilę chociaż mogła opuścić Paryż, który incydentem z udziałem George Sand jej ostatnio mocno obrzydł, a także więcej czasu spędzić z Ludwikiem i poznać bliskie jego sercu miejsca też miał tutaj ogromne znaczenie. Dlatego od razu powiedziała o wszystkim cioci, która domyśliwszy się wszystkich przyczyn jej decyzji, dała jej swoje błogosławieństwo na drogę. Elodie podziękowała jej serdecznie, po czym od razu poszła się spakować. W głowie zaś brzmiały jej słowa pewnej sympatycznej piosenki, którą kiedyś śpiewała jej mama, gdy jeszcze żyła:

Ze mną rusz!
Gdy wstanie słońcem, srebrem
Błyśnie wielki świat pod nami.
Ze mną rusz! Ze mną nuć!
Co nam nowy dzień przyniesie
Nie wie nikt, więc najlepiej
Ze mną nuć.

Czy to źle,
Że marzenia stale mamy?
Że trzeba nam odmiany?
Chyba nie.
Czy to źle?
Z osobą bardzo sercu bliską
Dzień po dniu przeżywać wszystko.
Och, czy to źle?

Rzućmy na chmury
Tęczowej barwy blask.
Niech czarny ustąpi cień.
Nadzieję da nam nowy dzień.
Lepszy dzień.

Och! A dziś,
Choć słońce znów się chowa,
Powraca wiara nowa,
Że wróci tu.
Wróci tu.
Pod nami cała ziemia
Będzie mieć się w promieniach.
W kolorach stu.

Już jutro wstanie nowy dzień.
Z tobą go przywitać chcę.

Elodie uśmiechnęła się, przypominając sobie słowa tej piosenki. I przy okazji też rozumiejąc, że jadąc z Ludwikiem przyczyniała się do tego, iż mogła razem z nim wspólnie witać kolejne dni. A w tamtej chwili nie marzyła o niczym innym.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...