Księżniczka Elodie de Farge nigdy wcześniej nie otrzymała tak poważnego zadania jak to, które powierzyli jej cesarz Francji i jego małżonka, a ciotka Elodie. Praktycznie rzecz ujmując, to nigdy nie powierzano jej żadnych zadań, pozwalając jej jedynie na to, aby była piękną ozdobą francuskiego dworu. Funkcja ta jednak, dla mającej zdecydowanie wyższe aspiracje dziewczyny, była zdecydowanie mało ciekawa i nie zaspokajała jej oczekiwań. Elodie bowiem marzyła o tym, aby być na tym świecie kimś więcej niż tylko piękną ozdobą najpierw u boku cesarskiej pary, a potem u boku męża. Ten oto nowatorski, liberalny pogląd u tak młodej panny na wydaniu, nie był jedynym poglądem tego rodzaju, który to siedział w jej uroczej główce. Miała ich znacznie więcej, co było efektem jej liberalnego wychowania i co znacznie kontrastowało z poglądami i charakterami innych kobiet, jakie można było spotkać na dworze.
Elodie ogólnie rzecz biorąc, mocno wyróżniała się w tłumie przedstawicielek swojej pięknej płci. Już na pierwszy rzut oka można to było zobaczyć. Księżniczka bowiem była niezwykle piękna, o wiele piękniejsza od wielu swoich rówieśniczek. Oczywiście uroda jest zawsze pojęciem względnym, jednak w tym wypadku nikt nie miał wątpliwości, która dama na cesarskim dworze jest najpiękniejsza. Bo jak niby można było je posiadać, kiedy widziało się tak wyjątkową urodę, jaką miała cesarska siostrzenica? Co było w niej wyjątkowego? Wszystko! Począwszy chyba od tych pięknych oczu koloru nieba w pogodę, czyli barwy niespotykanej prawie w ogóle na dworze. Te oczy były po prostu niezwykłe. Kto w nie spojrzał, ten musiał być nimi zachwycony, ten czuł się wyjątkowo i ten się czuł tak, jakby niebo przed nim otworzyło swoje podwoje. Oczy te stanowiły niezwykły atut urody Elodie, ale i reszta jej postaci nie pozostawała za nimi w tyle. Nosek bowiem miała ona lekko zadarty, choć w sposób tak uroczy, że nawet kiedy się złościła, to wszyscy uważali, że robi to w cudowny sposób. Szyję miała smukłą, talię bardzo kształtną, a piersi okrągłe i wyraźnie zarysowane przez materiał sukni. Najpiękniejsze jednak chyba były włosy. Och tak, te po prostu zachwycały. Były długie, sięgały jej do połowy pleców, chociaż tego raczej ludzie nie wiedzieli, ponieważ zwykle miała je zapięte w kok. Wszystkich jednak one zachwycały, głównie z powodu ich barwy. A ta była taka sama, jak promienie słońca, złota i subtelna. Nic zatem chyba dziwnego, że na dworze, gdzie głównie dominowały szatynki i brunetki, wygląd bardzo subtelnie zbudowanej jasnej blondynki o niebieskich oczach był dla mężczyzn czymś bardzo wyróżniającym się, rzecz jasna w sposób pozytywny.
Oczywiście nie tylko niezwykła uroda wyróżniała księżniczkę Elodie. Także jej charakter i osobowość, które przy bliższym poznaniu albo zachwycały, albo też lekko przerażały. Osoby potrafiące ją poznać i docenić, były nią zachwycone. Ale nie wszyscy umieli to zrobić, dlatego było na dworze wiele osób, które nie były w stanie tego dokonać i zrażali się do niej po bliższym poznaniu, uważając, że jest ona zbyt nowoczesna jak na kobietę, a co za tym idzie, zdecydowanie też za mało kobieca. Zwłaszcza mężczyźni, przywykli raczej do przedstawicielek płci pięknej niegrzeszących inteligencją, potulnych oraz pokornych, znających swoje miejsce i przestrzegających obowiązujących norm, byli tego właśnie zdania. Jeden z nich rzekł nawet kiedyś do Elodie:
- Moja droga, cały dwór już plotkuje o twoich dziwacznych pasjach. A wszak wiadomo nie od dzisiaj, że kobietom nie przystoi tak ciągle czytać. Od tego tylko przychodzą do głowy różne dziwne rzeczy.
- Bardzo dziękuję za ostrzeżenie - odpowiedziała ironicznie Elodie - Ale tak z ciekawości zapytam, o jakich dziwnych rzeczach mówisz?
- No wiesz, takich jak prawa głosu dla kobiet, męskie stroje dla nich, równe prawa względem majątku czy wykonywanego zawodu. Wiesz, takie bzdury, które chyba nikomu normalnemu nie przyszłyby do głowy.
- Naturalnie, masz rację. Nikomu normalnemu takie coś nigdy by do głowy nie przyszło.
- No i sama widzisz.
- Ale widzisz, ja należę właśnie do tej części nienormalnych kobiet, dlatego też szkoda by było, aby ktoś taki inteligentny jak ty miał tracić czas na mnie, czyli na kobietę, która jest nienormalna, także... Wybacz, proszę.
Po tych słowach, odeszła urażona i nigdy więcej nie rozmawiała już z tym oto człowiekiem, postanawiając sobie, że nie zrobi tego nawet wtedy, gdyby nagle się okazało, iż jest on ostatnim mężczyzną na tej planecie.
Trzeba jednak zaznaczyć, że Elodie, choć była uważana przez wielu za osobę co najmniej ekscentryczną, której do głowy liberalnych bzdur nakładli jej najlepsi przyjaciele z artystycznej bohemy, w rzeczywistości była zupełnie normalna, a jej poglądy zdecydowanie przerastały czasy, w których żyła. Nie można jej było także nazwać kobietą o rewolucyjnych poglądach, choć w swoim najbliższym otoczeniu było kilka przedstawicielek jej płci właśnie myślących rewolucyjnie. Najlepszym tego przykładem była chyba Georges Sand, znana pisarka romansów i rozwódka, szokująca wszystkich najpierw chodzeniem w męskim stroju i paleniem cygar, a potem też gorącym romansem ze znanym kompozytorem Fryderykiem Chopinem. Ona to jawnie twierdziła, że wszystkie kobiety są równe mężczyznom i powinny im to jawnie okazać poprzez np. noszenie spodni, picie alkoholu i palenie cygar. Elodie, chociaż lubiła Aurorę (takie było prawdziwe imię pani Sand), nie zgadzała się z nią w tej sprawie. Po pierwsze, nigdy nie przepadała za mocnym winem ani za cygarami, ani tym bardziej za spodniami. Po drugie, znacznie bardziej do niej przemawiały poglądy innych wolnomyślicieli, którzy uważali, że zachowanie takie jak to, którym się afiszowała Georges Sand jest jedynie pozą i jak zresztą na każdą pozę przystało, czymś udawanym i nieprawdziwym. A udawanie dobre jest jedynie na deskach teatru, ale w nie w życiu.
- Trudno mi się z nią czasem zgodzić - powiedziała Elodie podczas rozmowy z jednym ze swoich przyjaciół - Uważam, że to, co ona wyrabia, to zaprzeczanie swoim poglądom, takie pozy. Lubię Aurorę, ale widzę wyraźnie, iż jej zachowanie to tylko poza. Ponadto zaprzecza ona sama sobie. Z jednej strony chce być równa mężczyznom i uważa, że jako kobieta może taka być. Z drugiej zaś, aby czuć się równą, upodabnia się ona do mężczyzn, tak jakby podświadomie czuła, że jedynie mężczyźni są na tyle silnymi osobami, aby umieli sobie radzić w życiu. O wiele piękniej by było wtedy, gdyby tak umiała pokonywać przeszkody jako kobieta w pełnym znaczeniu tego słowa, nie zaś pozując na kogoś, kim nie jest i nigdy nie będzie. Biedna Aurora. Nie widzi, że jej życie jest pełne sztuczności i udawania. I to we wszystkich aspektach. Popisuje się tym, jaka to ona jest niezależna, wdaje się w liczne romanse, zaniedbuje dzieci, a jaki jest tego efekt? Jest wiecznie sama i już zawsze będzie sama, bo nie pozwala sobie na prawdziwą miłość, tworząc dla siebie jedynie jej namiastki i to namiastki okropne, jedne gorsze od drugich. Ta jej niezależność to też jedynie namiastka prawdziwej niezależności. Bo jak nazwać można niezależnością to, że Aurora nosi na pokaz męskie stroje, pali cygara, pije drogi alkohol, chodzi na przyjęcia i popisuje się tym, jak dobrze jej samej na tym świecie? Ona nie jest niezależna, bo jest w niewoli swoich obaw. Chociaż, czy ja coś naprawdę wiem o niezależności? Po śmierci rodziców zajęli się mną ciotka i wuj, teraz cesarz i cesarzowa Francji, żyję sobie na ich dworze jak ich największa ozdoba, ale nie mam własnego zawodu, własnego życia, własnej rodziny... Nawet zresztą nie wiem, czy chciałabym ją mieć. A zatem, co ja tak w zasadzie wiem o niezależności?
Elodie umiała dostrzec jednak nie tylko wady innych, ale i własne, podobnie jak i to, że z niektórych z nich nie potrafi zrezygnować. Ukończyła bardzo dobre francuskie szkoły i nasiąkła wiedzą większą niż wiele współczesnych jej kobiet, co sprawiało, że nie umiała już żyć tak, jak one nadal żyją. Widziała płytkość takiego życia, a ponieważ poznała więcej możliwości, chciała tych możliwości zaznać. Nie pragnęła wyjścia za mąż i rodzenia dzieci w wieku zaledwie osiemnastu lat, kiedy już wiele jej koleżanek tak zrobiło. Chciała do tego wszystkiego dojrzeć, przedtem poznawszy wszystkie uroki życia, jakie były warte poznania. Pragnęła poznawać świat, zwiedzić w nim wszystko, o czym dotychczas czytała, poszerzać wiedzę na interesujące ją tematy, poznawać ciekawych ludzi i nie rezygnować z tego, co tak bardzo kocha, bo pan mąż tak nakazuje, prawo nakazuje wraz z nim. Elodie nigdy nie była osobą despotyczną i nie była w stanie pozwolić na to, aby ktokolwiek był wobec niej despotyczny. Nigdy nikomu nie chciała niczego narzucać i oczekiwała od innych tego samego względem siebie. Ceniła sobie niezależność, chociaż nie w tak skrajnej postaci jak Georges Sand. Kochała książki, które pasjami czytała, a do tego chodziła do teatru na przedstawienia, koncerty i odczyty, chodziła na zebrania polityczne i słuchała przemówień liberalnych polityków, rozważając sobie zawsze w głowie ich poglądy, a także bywała na przyjęciach, które urządzali jej przyjaciele z artystycznego środowiska, czyli Georges Sand, Aleksander Dumas, Victor Hugo i Honoriusz Balzac. Swego czasu poznała również Fryderyka Chopina i Franciszka Liszta, sama przy tym nie wiedząc, który z nich piękniej gra, ale wiedząc, że obaj są wybitnymi muzykami godnymi najwyższych nagród za swoje koncerty. Takie to życie polubiła i nie wyobrażała sobie, aby miała z tego wszystkiego zrezygnować i zostać zdegradowaną do roli gospodyni domowej rodzącej panu mężowi tabuny dzieci, które potem oddaje pod opiekę niań i przymykającej oczy na jego romanse. Takie życie budziło w niej niechęć i wolała być sama całe życie niż wiązać się z kimś, kto chciałby ją sobie podporządkować.
Zresztą Elodie pod wieloma względami była romantyczką. Uważała, że nigdy nie powinno się brać ślubu bez miłości. Jej ciotka i wuj, a także jej rodzice wzięli ślub kierowani prawdziwym uczuciem i mimo różnych problemów byli szczęśliwi ze sobą. Elodie tego samego chciała dla siebie. Ciocia Eugenia, cesarzowa Francji rozumiała ją doskonale i nie naciskała na nią, wychodząc z założenia, że lepiej już, aby jej ulubienica wyszła za mąż nawet po czterdziestce, aniżeli miałaby to zrobić od razu z pierwszym lepszym mężczyzną, którego ledwie zna i potem do końca życia być nieszczęśliwą. Oczywiście Elodie do czterdziestki było jeszcze daleko. Miała dopiero dwadzieścia pięć lat, chociaż biorąc pod uwagę panujące na świecie zwyczaje, uznawana była za starą pannę, której nad głową dzwoni ostatni dzwonek na to, aby wyjść za mąż i się ustatkować. Nie zamierzała tego jednak jeszcze robić i szokowała dalej cały dwór, a ów szok spotęgował się tym, że pod wpływem pani Sand, choć nie zaczęła nosić męskiego ubioru, przestała nosić gorset. Nigdy jakoś go nie lubiła, a zachowanie talii osy uważała za niepotrzebne, dlatego ostatecznie dała się przekonać Georges i odrzuciła tę okropną część damskiej garderoby. Ten aspekt jej życia początkowo wywołał poważny skandal obyczajowy, kiedy jednak cesarzowa Eugenia nie tylko wyraziła na to zgodę, ale nawet sama przestała nosić gorset, wiele pań zaakceptowało ten pomysł, inne zaś oficjalnie ogłosiły, że będą robić to samo i odrzuciły ten okrutny balast, jak go nazywały. W wyniku tego waga wielu pań mniej lub bardziej wzrosła, straciły one talię osy, nabierając kształtów bardziej puszystych, choć zdaniem Elodie to były kształty zupełnie normalne, jakie powinna mieć każda kobieta. Cesarzowa zaś głosiła, że jest pewna, iż niedługo na całym świecie zapanuje moda na kobiety o bardziej pełnych kształtach, a ona i jej siostrzenica będą mogły być z siebie dumne, że tę modę zapoczątkowały.
Tak oto w wielkim skrócie wyglądało dotychczasowe życie księżniczki Elodie i jak na tamte czasy, to nic nie zapowiadało tego, że może się ono w jakikolwiek sposób zmienić. Tak się jednak stało, a siostrzenica cesarzowej Francji otrzymała pierwsze w swoim życiu dyplomatyczne zadanie. Nie wiedziała, oczywiście, że to zadanie zmieni wszystko, pozwoli jej spojrzeć na wiele spraw inaczej niż dotąd, a do tego spełni jej największe marzenie: przeżyć wspaniałe przygody jak z książek, które tak uwielbiała. Choć niewiele brakowało, aby początek owych przygód był zarazem ich końcem.
***
Kareta z Elodie przejechała przez granicę Francji z Austrią, gdzie odebrał ją specjalnie wysłany w tym celu kilkuosobowy oddział żołnierzy cesarza wysłanych tam przez Zottornika, aby zapewnić księżniczce bezpieczną podróż. Przekazali im Elodie francuscy żołnierze, przydzieleni jej przez Napoleona III, aby eskortowali ją do granic cesarstwa. Dowodzący austriackimi wojakami kapitan zapewnił swych francuskich kolegów po fachu, że dołoży wszelkich starań, aby księżniczka była pod jego opieką całkowicie bezpieczna. Dopełniono zatem wszelkich formalności i Elodie pożegnała ukochaną Francję, wjeżdżając na nieznane zupełnie sobie ziemie, niepewna tego, co ją na nich czeka.
- Pierwszy raz opuszczam Francję. Nigdy wcześniej nie byłam w Austrii, ani w ogóle za granicą - zwróciła się do swojej damy do towarzystwa, Blanche.
- Ja kiedyś byłam w Austrii. Nic niezwykłego. Kraj jak kraj. Wszędzie na tym świecie jest dobro i zło, piękne i brzydkie miejsca - odpowiedziała Blanche nieco obojętnym tonem.
Była to młoda kobieta w wieku Elodie, ale wiodąca nieco inny tryb życia, co ona. Od roku była mężatką i to całkiem szczęśliwą, jej mąż jednak nie był obecnie w domu, ponieważ pełnił teraz poważne obowiązki państwowe dla cesarza. Z tego właśnie powodu, Blanche mogła sobie pozwolić na towarzyszenie księżniczce w podróży do Austrii. Musiała jednak przyznać, że choć naprawdę uwielbiała Elodie i spędzanie z nią czasu, to podróż poza granice ukochanej Francji nie było jej miłe, gdyż młoda kobieta stanowiła raczej typ domatorki. Ponadto też kochała swojego męża i już się za nim zdążyła naprawdę mocno stęsknić.
- Jak sądzisz, Blanche, czy cesarz jest przystojnym mężczyzną? - zapytała po chwili Elodie.
- Trudno mi powiedzieć, Wasza Wysokość. Gusta na tym świecie są przecież różne - odpowiedziała dyplomatycznie Blanche - Jeśli mnie jednak pytasz, pani, o zdanie, to na portretach, jakie widziałam, widać zawsze bardzo przystojnego pana z prawdziwego zdarzenia. Ale przecież nie mamy pewności, ile w tych portretach jest prawdy. Wszak dobrze wiemy, jak łatwo przychodzi malarzom kłamać, kiedy im zleceniodawca porządnie zapłaci za udoskonalenie tego, co natura zniszczyła.
- Sądzisz, że tutaj też mamy do czynienia z taką sytuacją?
- Nie mam pojęcia, Wasza Wysokość. Wcale by mnie to jednak nie zdziwiło, gdyby tak właśnie było.
Blanche spojrzała uważnie na Elodie i zapytała nieco poufałym tonem, na jaki ze względu na swoje stanowisko i przyjaźń z Elodie mogła sobie pozwolić:
- A czy Wasza Wysokość zamierza znaleźć sobie w Austrii męża?
- Niekoniecznie, chociaż nie zaprzeczam, nie miałabym nic przeciwko temu, aby będąc w Austrii, zakochać się. Byle tylko w jakimś porządnym mężczyźnie. Jak wiesz, moja kochana Blanche, jeszcze nigdy nie byłam zakochana. Nie wiem, jakie to uczucie, ale wiem, że musi być cudowne.
- Tak, to jest cudowne uczucie. Ale muszę uprzedzić, że bardzo często zanim ono następuje, pojawia się zwykłe zauroczenie, zazwyczaj mylone z miłością. Ono pojawia się szybko i mija szybko. A potem dopiero pojawia się prawdziwe uczucie.
- A często ma miejsce to zauroczenie?
- Trudno powiedzieć, tak na pewno. Wszystko zależy od człowieka. Ja myślę sobie jednak, że jak człowiek wie, czego chce, to rzadziej pojawia się zauroczenie u niego, a częściej miłość. Ale to naprawdę wszystko zależy od człowieka.
- A u mnie? Jak sądzisz?
- Sądzę, że czas najwyższy, aby Wasza Wysokość się wreszcie zakochała, bo cóż... Latka lecą, młodszą nie będziesz, pani, a z każdym rokiem coraz mniejsza pewność, że kogoś sobie znajdziesz.
- A może ja wcale nie chcę sobie nikogo znaleźć? Może dobrze mi jest tak, jak jest teraz?
- To by Wasza Wysokość nie marzyła o prawdziwej miłości.
Elodie zachichotała, rozbawiona bystrością umysłu Blanche. Ta dziewczyna była naprawdę niesamowita, choć taka od niej różna, z charakteru oraz z wyglądu. Była ona bowiem wysoką i nad wyraz szczupłą brunetką o brązowych oczach, rysy jej twarzy były nieco mocniejsze od rysów Elodie, bardziej dojrzałe i bardziej też poważne, już dotknięte życiem w jego najgorszej formie. Mimo młodego wieku, zdążyła doświadczyć smutku i przygnębienia, kiedy jej rodzina popadła w niełaskę po upadku Burbonów i wprowadzeniu II Republiki, która to niełaska minęła z tą chwilą, kiedy pierwszy prezydent nowego ustroju przeprowadził zamach stanu, w ciągu zaledwie kilku godzin przejmując władzę jako nowy cesarz Napoleon III. To wtedy ojciec Blanche, wiwatujący głośno na cześć władcy, poczuł, że nadchodzi oto jego chwila. Ale ta przyszła następnego dnia, gdy ktoś chciał zastrzelić cesarza. Ojciec Blanche wypatrzył to i w ostatniej chwili podbił zamachowcowi do góry dłoń z pistoletem, a Napoleon III, którego uwagę przykuło to zamieszanie, był pod wrażeniem i jeszcze tego samego dnia sprowadził do siebie mężczyznę, czyniąc go oficerem w swojej straży przybocznej i przywracając całą jego rodzinę do łask. W ten sposób Blanche i jej bliscy odzyskali znowu znaczenie we Francji, a prócz tego otrzymali intratne urzędy, a sama Blanche została damą do towarzystwa Elodie, siostrzenicy cesarzowej Eugenii, małżonki Napoleona III. Obie prędko przypadły sobie do gustu, zostając przyjaciółkami, chociaż Blanche nigdy nie pozwoliła sobie na to, aby mówić do księżniczki po imieniu, choć ta wiele razy ją o to prosiła. Ale Blanche, choć naprawdę na wiele pozwalała sobie z Elodie, to nigdy nie zdobyła się na to, aby przekroczyć ten konkretny stopień poufałości. Bała się bowiem, że gdyby postąpiła inaczej, a cesarz lub cesarzowa by to odkryli, mogłaby mieć z tego powodu problemy. Dlatego nawet w prywatnych rozmowach wolała zwracać się do Elodie per „księżniczko”, aby przypadkiem nie pozwolić sobie nigdy na zbyt wiele w miejscu publicznym. Elodie wiedziała o tym i mimo niechęci do tej jakże dziwnej tytulatury, zaakceptowała to, ale pozwalała Blanche na więcej poufałości niż ta, która zwykle przysługuje damie do towarzystwa. Chciała mieć w osobie tej uroczej Francuzki swoją przyjaciółkę, a nie służkę i udało jej się to osiągnąć, co ją bardzo cieszyło, ponieważ dzięki temu mogła swobodnie rozmawiać z Blanche, a także poznać jej uczciwą ocenę w każdej kwestii, co miało dla niej znaczenie i to ogromne, gdyż szczerość i uczciwość ceniła sobie ponad wszystko.
- No cóż, Blanche. Doskonale mnie znasz. Nie wiem nawet, czy nie nazbyt doskonale - powiedziała żartobliwie Elodie.
- Przede wszystkim znam życie, Wasza Wysokość - odparła na to Blanche - I wiem, co mówię. Nie każda kobieta ma tyle szczęścia, aby poznać mężczyznę na tyle porządnego, aby go swobodnie i bez wahania mogła poślubić.
- Twoja matka i ty jakoś miałyście tyle szczęścia.
- Owszem, ale nie każda ma to szczęście. Zwłaszcza księżniczki, krewniaczki władców Europy. U nich jest większy majątek i mniejsza swobodna wyboru.
- Ale mnie ciocia zapewniała prawo wyboru. Powiedziała, że mogę wybrać za męża, kogo tylko zechcę. A ja chcę wyjść za mąż z miłości.
- Chcesz miłości, kup sobie psa, jak mi mawiała moja babunia.
Elodie miała już coś na to odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się huk wystrzału, a zaraz po nim kolejny i jeszcze kilka następnych. Dziewczyna przeraziła się więc zupełnie na poważnie, nie wiedząc, co ma zrobić. Domyślała się, podobnie zresztą, jak jej dama do towarzystwa, co jest przyczyną tego stanu rzeczy, jednak strach tak bardzo sparaliżował jej ruchy i usta, że nie była zdolna ani cokolwiek zrobić, ani cokolwiek powiedzieć. Blanche znajdowała się w tej samej sytuacji. Ją również w tamtej chwili sparaliżował strach, zwłaszcza, iż po kilku strzałach nastąpiły jakieś krzyki, uderzenia ostrzy broni białej, a następnie głucha cisza. Ta natomiast była o wiele groźniejsza od tego hałasu, który wcześniej słyszały.
Po chwili drzwi karety otworzyły się gwałtownie i stanął w nich jakiś wysoki, młody mężczyzna około trzydziestoparoletni. W dłoni miał szablę, z której ostrza strużkami kapała krew. U boku miał parę pistoletów. Ubrany był w zielony strój, nieskromny, ale mocno już nadszarpnięty przez czas. Miał brązowe włosy, oczy tej samej barwy, sporego wąsa i postawny wygląd, a jego usta układały się w okrutną podróbkę uśmiechu.
- No proszę, proszę... A kogo my tu mamy? - zapytał podłym tonem - Coś mi się widzi, że trafił nam się niezły łup, chłopcy.
Jeden z jego bandytów, ubrany znacznie skromniej niż on, ale będący w dosyć podobnym wieku, podskoczył do otwartego wejścia do karety i oblizał się lekko na widok dwóch pięknych pań. Następnie wydobył zza pasa pistolet, wycelował je w Elodie i Blanche, po czym warknął:
- Wyłazić, gołąbeczki!
Księżniczka łatwo oceniła, że wszelkie pertraktacje na nic tu się nie zdadzą i nie chcąc drażnić bandytów, wysiadła powoli i dostojnie z karocy, a Blanche zaraz za nią. Obie stanęły w odważnych pozach przed bandytami, nie chcąc pokazać im, że się ich boją, ponieważ zwykle takie coś jeszcze bardziej rozjuszało tego rodzaju nikczemników. Jednocześnie Elodie rozejrzała się po polanie, na której to obecnie się znajdowali. Widać było wszędzie trupy żołnierzy z ich eskorty, a także tych jedynie rannych. Po dokładnym przyjrzeniu się łatwo było także zauważyć, że ci dzielni wojacy bronili się przez chwilę dobrze, zabijając kilku napastników, ale nic im z tego nie przyszło, gdyż swoją wierność sprawie przypłacili życiem. Elodie z miejsca się zrobiło smutno z tego powodu. Nie miała jednak wówczas czasu, aby się nad tym zastanawiać, gdyż herszt bandy, czyli ten sam, który otworzył karocę, zapytał:
- Kogo my tu mamy? Dwie piękne paniusie. I zapewne bogate. Aż żal by było nam wszystkim, gdyby nie zechciały one wesprzeć nasze dzielne stowarzyszenie.
- Obawiam się, że chwilowo nie dysponujemy kwotą, która byłaby w stanie was zadowolić - powiedziała buńczucznie Blanche.
- Lepiej, żeby było inaczej, bo w przeciwnym razie odbiorę sobie zapłatę od was w nieco inny sposób - odparł na to herszt bandy.
To mówiąc, podszedł nieco bliżej Elodie i Blanche, obserwując je przy tym nad wyraz uważnie, jakby decydował, która bardziej mu się podoba. Nie uszło to uwadze jednego z wziętych do niewoli, ocalałych z mającej miejsce przed chwilą bitwy żołnierzy. Oburzony zachowaniem herszta, zawołał:
- Jak śmiesz, prostaku, tak się zwracać do księżniczki francuskiej przybyłej tu z misją dyplomatyczną?!
Blanche dała mu wzrokiem znak, aby siedział cicho, było już jednak za późno i słowa te zostały wypowiedziane. Oczywiście nie uszły one uwadze herszta, który uśmiechnął się okrutnie, pogłaskał po wąsach i rzekł:
- Księżniczka francuska z misją dyplomatyczną? Coś mi mówi, chłopcy, że nam się trafił jeszcze lepszy łup niż sądziliśmy.
***
Istnieją na tym świecie ludzie, którzy najbardziej ze wszystkich dni w całym tygodniu nie lubią poniedziałku. Sissi przez większość swojego dotychczasowego życia raczej daleka była od stwierdzenia, że należy do tej kategorii. Tego jednak dnia sytuacja uległa zmianie, kiedy w poniedziałkowy poranek, po śniadaniu, jej ukochany Franz musiał pożegnać się z nią i powrócić do Schonbrunnu, aby zająć się sprawami państwowymi. Dodatkowo jeszcze zabierał ze sobą Ludwika, którego bardzo chciał wypytać o pewne sprawy związane ze światową polityką, a raczej jej nowymi, liberalnymi prądami, którymi coraz bardziej się interesował. Sissi w ten sposób traciła za jednym razem dwie niezwykle bliskie sobie osoby i choć dobrze wiedziała, że to tylko na jakiś czas i niedługo znowu się wszyscy razem zobaczą, to i tak jej było z tego powodu smutno, jak zresztą chyba zawsze bywa każdemu, gdy musi choć na chwilę opuścić kogoś, kto jest mu tak bliski.
- Obiecuję, że wkrótce znowu się zobaczymy, Sissi - powiedział Franciszek czułym i zakochanym głosem, trzymając ukochaną za ręce - Razem z Ludwikiem zajmiemy się sprawami cesarstwa i podejmiemy godnie reprezentantów Francji. To bardzo ważne dla Austrii, podpisać sojusz z Napoleonem III. Sądzę, że Ludwik mi może w tym pomóc. Przecież studiował w Paryżu, poznał wielu ludzi i nawiązał tam stosunki. Poza tym, poznał dobrze Francuzów i wie, czego się można po nich spodziewać.
- No, nie przeceniałbym tak bardzo moich zdolności w tym kierunku - odparł na to żartobliwym tonem Ludwik - Ale pomogę, jak tylko zdołam.
- Nasz drogi kuzyn jest zdecydowanie za skromny. Może więcej pomóc niż mu się to wydaje - stwierdził wesoło Franz.
- Jak bardzo żałuję, że nie mogę jechać z tobą - powiedziała Sissi, patrząc w oczy Franciszka wzrokiem pełnym miłości.
- Nie bój się, najdroższa. Obiecuję ci, że już wkrótce będziemy razem, ty i ja radzić sobie ze wszystkimi sprawami państwowymi - obiecał jej Franz.
Następnie złożył pełen miłości pocałunek na jej ustach, żegnając ją ostatni raz i powoli odchodząc w kierunku czekającej na niego eskorty.
Ludwik tymczasem czule pożegnał się z wujostwem, Nene, Teodorem, Marią i z Sissi, wszystkich mocno ściskając i delikatnie całując w policzki.
- Proszę, obiecaj mi, że będziesz o niego dbać - powiedziała Sissi, gdy czule się przytulili na pożegnanie.
- Jak o rodzonego brata - odpowiedział jej Ludwik.
Sissi uśmiechnęła się do niego i pocałowała go delikatnie w policzek. Czuły i zarazem słodki buziak, tak często kiedyś ofiarowywany przez jego małą kuzynkę, teraz nie sprawił jednak Ludwikowi przyjemności, bo choć był niezwykle słodki, to z powodu uczuć, jakie żywił do niej książę bawarski, pocałunek ten zapiekł go mocno i wywołał znowu przypływ uczuć, jakich nigdy nie powinien czuć i które próbował za wszelką cenę wyrzucić ze swego serca. Nie dał tego jednak po sobie poznać, tylko uśmiechnął się delikatnie do Sissi, jeszcze raz ją pożegnał, a potem dołączył do Franciszka, wskoczył na swego konia i odjechał wraz z cesarzem oraz jego eskortą.
Sissi z bliskimi długo przyglądała się odjeżdżającym postaciom, aż zniknęły one całkowicie za horyzontem. Dopiero wtedy wszyscy rozeszli się i zajęli swoimi sprawami. Księżniczka zaś poszła do ogrodu, aby w ciszy i spokoju pomyśleć nad tym, jak sobie poradzi z wyjazdem ukochanego, za którym już strasznie tęskniła, choć nie było go zaledwie kilka minut. Dziwnie się czuła, spacerując po miejscach, po których jeszcze wczoraj spacerowała ze swoim ukochanym. Miejsca te nie były już takie radosne i piękne jak poprzedniego dnia i napawały ją teraz smutkiem oraz nostalgią. Dlatego szybko je opuściła i udała się do jednego ze swoich ulubionych miejsc, w którym zawsze poprawiał jej się humor. Do swojego zwierzyńca.
Było to miejsce bardzo bliskie Sissi. Ogrodzone niewielkim płotkiem, z ławką i rosnącym przy nim drzewem, w której przebywały oswojone przez księżniczkę zwierzęta. Były to dwa króliczki Tristan i Izolda, baranek Artur, kózka Ginewra, wiewiórka Orzeszek i jelonek Robin. Tego ostatniego, co prawda Sissi wypuściła na wolność przed swoim wyjazdem do Schonbrunnu, lecz kiedy wróciła, odkryła, że jej podopieczny znowu jest w zwierzyńcu. Ojciec wytłumaczył wtedy córce, iż to najprawdopodobniej dlatego, że Robin tak długo z nimi przebywał, że nie umie już żyć na wolności. Sissi nie była do tego tak do końca przekonana, dlatego też dla pewności poszła z jelonkiem na spacer, spodziewając się, iż być może zechce on wykorzystać nadarzającą się okazję i powróci do lasu. Tak się jednak nie stało i kiedy tylko Sissi zaczęła iść w stronę domu, Robin zrobił to także. Księżniczka zrozumiała wówczas, że zwierzak woli być u niej i traktuje jej dom jako swój i dlatego postanowiła pozostawić go u siebie. Nie była oczywiście do końca pewna, czy Robin, gdy już dorośnie i przemieni się w dorodnego jelenia, czy dalej będzie tak lubił to miejsce i czy wówczas nie zechce powrócić do lasu. Jej matka wątpiła w to jednak, podobnie jak ojciec, który wszak na zwierzętach znał się jak mało kto.
Sissi zaczęła czule głaskać kolejno wszystkie zwierzątka i przytulać je, jedno po drugim. Chociaż były już nakarmione przez służbę, dołożyła im przysmaków i z uśmiechem patrzyła, jak jedzą.
- Och, moi kochani - powiedziała do nich czule - Jak dobrze, że żadne z was nie jest cesarzem. Nie macie na głowie takich problemów jak Franciszek. Możecie być tutaj, jak długo tylko chcecie. Jak chcecie wyjść, możecie, ale zawsze wracacie tutaj i tylko tyle wam do szczęścia potrzeba. Wydaje mi się, że świat byłby o wiele lepszym miejscem, gdyby wszyscy na nim mieli wyłącznie takie potrzeby jak wy.
Zwierzęta oczywiście nie rozumiały jej słów, ale chyba wyczuły, że coś jest z Sissi nie tak, bo po kolei podchodziły do niej, wąchały delikatnie jej ręce i nogi, a w przypadku Robina nawet czule je polizały. Księżniczka uśmiechnęła się lekko do swych podopiecznych, pogłaskała każdego z nich po łebku i powiedziała:
- Szkoda, że nie umiecie mówić. Moglibyśmy porozmawiać sobie, chociaż i tak raczej byście mi nie zdołali pomóc. Na tęsknotę za ukochanym jeszcze nikt nie wynalazł lekarstwa.
Księżniczka powoli wstała i nagle dostrzegła, że podchodzą do niej Teodor z Ilary. Oboje byli wyraźnie zainteresowani zwierzyńcem, w którym jeszcze nie byli, bo nie chcieli wchodzić tutaj bez zgody właścicielki, czyli Sissi. Ponieważ jednak ona teraz była, dzieci poprosiły ją, aby pozwoliła im spędzić czas z jej pupilami. Sissi oczywiście bez wahania na to pozwoliła. Więcej, wraz z bratem pokazywała kolejno wszystkie swoje zwierzęta Ilary, przedstawiała je i pokazywała, jak należy je głaskać, aby ich nie przestraszyć. Dziewczynka była nimi wyraźnie zachwycona, a najbardziej chyba Orzeszkiem i Robinem.
- Och, jakie z nich słodziaki! I jakie kochane! - wołała Ilary, gładząc kolejno jelonka i wiewiórkę, której dała żołędzia do schrupania.
- To prawda. Kochane z nich zwierzaki - powiedział Teodor, dając w tej samej chwili marchewkę Tristanowi i Izoldzie.
- A dlaczego mają takie imiona?
- Bo Sissi naczytała się kiedyś książek i chciała dać swym ulubieńcom imiona postaci z tych książek. Tylko Orzeszek ma proste imię, bo Sissi nie wymyśliła dla niego niczego lepszego.
- Rozumiem. Ale to są ładne imiona, Teo.
- Wiem o tym. Ale nie tak ładne jak twoje, Ilary.
Dziewczynka zarumieniła się lekko, zachwycona komplementem od chłopca i popatrzyła na niego czułym wzrokiem, a on z kolei poczuł, że robi mu się bardzo przyjemnie, ale i też bardzo gorąco.
Sissi uśmiechnęła się na ten widok, ale jednocześnie poczuła, jak jej smutno. Ta urocza i zakochana w sobie dwójka bardzo jej teraz kogoś przypominała. Przed oczami jej stanął znowu Franciszek oraz to, jak doskonale spędzali ze sobą czas. I w dodatku oboje byli tacy podobni do Teodora i Ilary, kiedy byli mali. Oboje tak samo na siebie patrzyli i oboje już wtedy czuli do siebie to, co teraz musieli czuć do siebie Teo i Ilary. Bo na pewno to do siebie czuli, Sissi doskonale to wiedziała. To było przecież widać na pierwszy rzut oka. Wystarczyło tylko na nich spojrzeć. Takimi spojrzeniami mogą się obdarzać jedynie zakochane w sobie osoby. Ponadto Sissi doskonale pamiętała ten rodzaj spojrzenia, bo takimi samym obdarzali siebie ona i Franz, kiedy byli dziećmi i teraz, gdy są oficjalnie zaręczeni. Podobieństwa zatem tej uroczej pary do Sissi i jej ukochanego nasuwały się same. Dlatego wielka tęsknota, jaką czuła księżniczka do narzeczonego powróciła ze zdwojoną siłą.
Sissi nie chciała, aby Teodor i Ilary to zobaczyli, dlatego odeszła kawałek od nich, usiadła na ławce i zaczęła przyglądać się dzieciakom, które radośnie bawiły się z jej zwierzęcymi podopiecznymi. Przypomniała sobie wówczas, jak była mała i jak wraz z Franzem karmili jej poprzednie zwierzęta, teraz już nieżyjące, które zastąpiły jakiś czas później te urocze słodziaki. Ona i Franz wówczas też wspaniale się bawili, karmiąc je, biorąc je na ręce, przytulając i okazując im wiele miłości.
Tak, pomyślała sobie Sissi. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Są niezmienne.
Zaraz potem zanuciła sobie pod nosem jedną z ulubionych piosenek z czasów swego dzieciństwa, którą lubiła śpiewać z Franzem:
To niezmienne jest,
Że lubimy za rękę iść.
I niezmiennie wiem,
Że rozumiesz mnie nie od dziś.
Jak z kamienia mur
Pniemy się do chmur.
Trwamy pomimo burz.
To niezmienne jest,
Że chcę być z tobą na zawsze już.
To niezmienne jest,
Choć niezmiennie ucieka czas.
To niezmienne jest,
Choć nie wiemy, co czeka nas.
Chcemy szczęściem żyć,
Tu i teraz być.
Czas nie ma nic do nas.
To niezmienne jest,
Że chcę z tobą być zawsze już.
- Sissi! Hej, Sissi!
Księżniczka obejrzała się za siebie i zauważyła opartą o płotek Marię z panną Łucją w ręku. Dziewczynka patrzyła na nią uważnie, celowo unikając widoku tak dobrze się bawiących ze sobą Teodora i Ilary. Sissi pomyślała sobie wówczas, że chyba jej małej siostrzyczce jeszcze nie przeszła zazdrość o Teo i wciąż nie jest w stanie odpuścić jemu i baronównie. No cóż... Najwidoczniej na przełamanie lodów potrzeba im więcej czasu.
- Co tam, Mimi? - zapytała Sissi swoją siostrę.
- Mama cię woła. Podobno już czas na twoje zajęcia - odpowiedziała Maria, lekko się przy tym krzywiąc - Jak to dobrze, że to nie ja wychodzę za cesarza. Bo to jest strasznie głupie, chodzić z książkami na głowie z jednego kąta w drugi.
Sissi uśmiechnęła się ironicznie. Oj tak, w tej sprawie zgadzała się ze swoją młodszą siostrzyczką.
- Spokojnie, Mimi. Na szczęście bycie cesarzową to coś więcej niż tylko takie głupie zajęcia. Ale to też muszę opanować. Dziękuję, Mimi. Idę już na lekcje. A ty, proszę, pobaw się z Teo i Ilary.
Po tych słowach, Sissi odeszła w kierunku domu. Maria zaś oparła się lekko o płotek i popatrzyła z niechęcią na brata i jego sympatię.
- Pobaw się z Teo i Ilary. Już ja się z nimi pobawię! - mruknęła ze złością pod nosem dziewczynka.
Wtem podszedł do niej Robin i lekko trącił ją główką. Maria, która wcale się nie spodziewała jego obecności, przerażona upuściła swoją lalkę na ziemię, ale jak na złość, panna Łucja upadła na trawę po drugiej stronie płotu. Dostrzegła to Ilary, która szybko podbiegła i podniosła lalkę, po czym podała ją Marii.
- To chyba twoja lalka, prawda? - bardziej stwierdziła niż spytała.
Maria niemalże wyrwała jej swoją własność z rąk i burknęła:
- Tak, to moja.
- Czy ma jakieś imię? - zapytała Ilary.
- Głupia jesteś? Każda lalka ma jakieś imię - warknęła Maria.
- A jakie nosi twoja? - spytała baronówna, nie przejęta tonem dziewczynki.
- Panna Łucja.
- Bardzo ładne imię. Opowiesz mi coś o pannie Łucji?
- Nie, ona jest moja. Kup sobie swoją.
Ilary spojrzała zdumiona na Marię. Nie rozumiała jej wrogości. Przecież nie chciała jej zrobić nic złego. Dlaczego dziewczynka była do niej taka niemiła?
- Mario, czemu jesteś taka niemiła? Przecież ja cię bardzo lubię.
- A ja ciebie nie! - zawołała ze złością Maria, wyrzucając z siebie to, co czuła do tej „przybłędy”, jak ją nazywała w myślach - Myślisz, że możesz tu sobie tak po prostu przyjechać i ukraść mi brata?
- Ukraść ci brata? Nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? Odkąd tu przyjechałaś, on spędza czas wyłącznie z tobą. A dla mnie nie ma już czasu. To nie w porządku! Tak nie powinno być!
- Wybacz, Mario. Ja nie wiedziałam.
- Co mi z tego? Ukradłaś mi brata, a potem jeszcze podlizywałaś się Sissi!
- Ja? Podlizywałam się?
- A co? Myślisz, że nie wiem, czemu mnie broniłaś wczoraj nad jeziorem? Już ja wszystko dobrze wiem. Chciałaś pokazać wszystkim, jaka jesteś miła! Ale mnie nie oszukasz! Nie chcę cię tutaj! Daj mi spokój!
Po tych słowach, Maria odepchnęła Ilary na trawę, zeskoczyła z płotu, o który się opierała i uciekła przed siebie, płacząc rzewnie. Teodor, widząc to, podbiegł do Ilary i pomógł jej się podnieść z ziemi.
- Nic ci nie jest? - zapytał z troską - Przepraszam cię bardzo za moją siostrę. Nie wiem, co jej się stało.
- A ja chyba wiem - odpowiedziała smutno Ilary, przyglądając się Marii, gdy ta znikała im z oczu.
Zrobiło jej się wówczas bardzo źle na sercu, a zaraz potem zakwitła jej pewna myśl w głowie. Już wiedziała, co zrobić, aby Maria zaczęła ją lubić. Może dzięki temu wreszcie zostaną przyjaciółkami?
***
Przybycie do Schobrunnu nie było w żaden sposób wesołe dla Franza, czego się zresztą spodziewał. Trudno zresztą oczekiwać, aby powrót do obowiązków tuż po cudownie spędzonym czasie z ukochaną osobą należał do rzeczy przyjemnych. Jednak nie tylko tym razem obowiązki miały zaabsorbować osobę cesarza Austrii. Dużo poważniejszy problem wyszedł na jaw, gdy niedługo po przybyciu przyszedł do niego Zottornik z informacją, że księżniczka Elodie jeszcze nie przyjechała, co jest o tyle dziwne, że co najmniej od godziny lub nawet dwóch powinna być tutaj. Franciszek niespecjalnie się tym przejął, uznając, że zapewne księżniczka oraz jej eskorta zatrzymali się w jakieś oberży, lekko zabalowali i przyjadą później, jednak kanclerz uznał, iż sprawa może być niezmiernie poważna.
- Uważam, Wasza Cesarska Mość, że trzeba koniecznie wysłać oddział ludzi na poszukiwanie zaginionych, jeżeli nieobecność księżniczki Elodie się przedłuży - zauważył niezwykle poważnym tonem.
- Jeżeli się przedłuży, to oczywiście tak właśnie zrobimy - zgodził się z nim Franz - Ale osobiście jestem zdania, że po prostu pojawiły się jakieś przeszkody, na pewno drobne, choć nieprzewidziane i dlatego przybycie księżniczki nieco się opóźniło. Czy wszystko zostało przygotowane na jej przyjazd?
- Oczywiście, Wasza Cesarska Mość. Sam osobiście doglądałem przygotowań i mogę zapewnić, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik.
- Dziękuję, kanclerzu. Jak zwykle, nigdy nie zawodzisz.
Zottornik skłonił się przed cesarzem, niezwykle zadowolony z komplementu, który właśnie otrzymał.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi, zza których to dobiegł obecnych bardzo niespokojny głos Karola. Cesarz nakazał wpuścić brata, a ten natychmiast wszedł do jego gabinetu, na twarzy mając wymalowany ogromny niepokój. Jeden rzut oka na tę twarz wystarczył, aby Franz, Ludwik i Zottornik zrozumieli, że musiało się stać coś niedobrego.
- Franz, niedobrze - powiedział Karol, podchodząc do biurka, za którym to siedział jego brat - Z ludzi, których wysłaliśmy księżniczce Elodie jako eskortę, powrócił tylko jeden. Ma straszne wieści.
- Jakie? Co to za wieści? - zapytał po raz pierwszy zaniepokojony Franz.
- Mówi, że napadli na nich bandyci i porwali księżniczkę i jej damę dworu. Ich ludzi zabili. On tylko przeżył, aby powrócić tutaj z informacją, że żądają za obie damy ogromnego okupu. Sto tysięcy guldenów i to do zachodu słońca, inaczej zabiją obie dziewczyny.
- To hańba! Coś takiego na naszej ziemi?! - zawołał oburzony Zottornik - To przecież podważa nasze dobre imię! Dobre imię cesarza!
- Mniejsza tu o dobre imię, kanclerzu. Chodzi przede wszystkim o życie tych dwóch niewinnych kobiet - powiedział Ludwik.
- Dobre imię cesarza jest równie ważne - stwierdził kanclerz - Nie wolno nam o nim zapominać, bo jeśli Napoleon III dowie się, że siostrzenica jego żony zginęła na naszej ziemi, może dojść do wojny.
- On ma rację, Ludwiku - powiedział Franz, wstając gwałtownie zza biurka - Dyplomatyczny afront w tej sytuacji jest równoznaczny z wybuchem wojny, a na to nie możemy sobie pozwolić. Musimy coś przedsięwziąć. Karolu, gdzie jest ten żołnierz, który przyniósł te wieści?
- W mojej komnacie. Kazałem mu się tam położyć, bo ledwie żyje i zaraz tu do ciebie przybiegłem.
- Chodźmy tam. Musimy dowiedzieć się wszystkiego.
Franciszek z Karolem, Ludwikiem oraz Zottornikiem natychmiast udali się do pokoju tego drugiego, gdzie zastali rannego i wycieńczonego żołnierza, leżącego w łóżku młodego arcyksięcia i doglądanego przez jego służącego. Na widok cesarza, oficer chciał podnieść się z łoża boleści, jednak Franz nakazał mu ruchem ręki, aby tego nie robił i leżał dalej.
- Powinieneś odpoczywać, przyjacielu - powiedział łagodnym tonem.
- Tak mi przykro, Wasza Cesarska Mość. Zawiodłem cię - biadolił żołnierz.
- To nie jest twoja wina. Nie zadręczaj się tym.
- Miałem je pilnować, a pozwoliłem je porwać. To po prostu straszne.
- Nie wiń się za to. Lepiej powiedz, gdzie są bandyci?
- Nie wiem, Wasza Cesarska Mość. Dwóch z nich zabrało mnie do miasta, a potem zatrzymali się w miejscowej gospodzie. Powiedzieli mi, że mam iść tutaj i zażądać w ich imieniu okupu. Będą na niego czekać. Dodatkowo powiedzieli, żeby zapomnieć o przybyciu po nich z wojskiem, bo jeżeli nie wrócą do zachodu słońca, oczywiście z okupem, księżniczka i jej służka zginą.
- Co to za gospoda?
- „Pod Weteranem”.
- Natychmiast wyślę tam oddział wojska! - zawołał Zottornik, zaciskając ze złości pięść - Niech ich zaraz aresztują i sprowadzą tutaj. Już kat wyciśnie z nich wszystkie informacje. Łamanie kołem najszybciej rozwiązuje języki.
- A tymczasem minie wiele godzin, a bandyci nie wrócą do kryjówki i reszta bandy z zemsty zabije księżniczkę i jej dwórkę - zauważył z ironią Ludwik.
- On ma rację. Nie możemy ryzykować życia księżniczki - poparł go Karol - To zbyt niebezpieczne. Jeżeli coś im się stanie, cała Austria za to odpowie.
- Nie możemy jednak pertraktować z bandytami - stwierdził Zottornik.
Ludwik uśmiechnął się wówczas delikatnie i powiedział:
- Oczywiście, że nie będziemy z nimi pertraktować. Ale powinniśmy udawać, że chcemy to zrobić.
Franciszek, Karol i Zottornik spojrzeli na księcia zaintrygowani, czekając, aż ten wyłoży im swój plan. Nie musieli na to długo czekać.
***
Ludwik ubrany w skromny, cywilny strój, ze szpadą u boku i z pistoletami za pasem powoli podjechał do gospody „Pod Weteranem”, zostawił konia pod opiekę stajennego, rozejrzał się uważnie dookoła i wszedł do środka. Był niespokojny, czy jego plan aby na pewno jest skuteczny i tak dobrze przemyślany, jak uważał, ale i o tym też wiedział, że nie ma obecnie czasu na dopracowywanie jego szczegółów. Z tego właśnie powodu musiał go zrealizować tak, jak to zostało ustalone, chociaż im więcej o tym wszystkim myślał, tym bardziej był niespokojny.
Mimo zatem pewnych obaw, ostatecznie wszedł do środka, zawołał głośno o coś do picia, usiadł przy kontuarze i zapytał gospodarza, nalewającego mu właśnie kieliszek wina:
- Przybyłem z dworu w wiadomej sprawie. Podobno ktoś tu na mnie czeka.
Gospodarz, człowiek uczciwy i nie wiedzący niczego o żadnych machlojkach, wiedział jednak od siedzących tutaj dwóch bandytów, że ma przybyć ktoś z dworu. Czuł, że to zapowiedź jakieś bardzo nieprzyjemnej sytuacji i wolał nie być w nią w żaden sposób wmieszany, ale ostatecznie zrobił to, co mu bandyci nakazali.
- Tak, panie - odpowiedział Ludwikowi - Siedzi taki jeden w pokoju na górze. Mówił, że ktoś ma do niego przyjechać i ma być z dworu cesarskiego. Ale ja bym wielmożnemu panu radził uważać. Źle mu z oczu patrzy.
- A więc to o niego mi chodzi - odparł Ludwik.
Wypił do końca wino, po czym nieco nim wzmocniony, poszedł po schodach na piętro w kierunku pokoju, który wskazał mu oberżysta. Następnie, kiedy już się przed nim znalazł, zapukał do drzwi. Kiedy usłyszał zaproszenie wypowiedziane dość ponurym i ochrypłym głosem, wszedł do środka. W pokoju zastał wysokiego mężczyznę nieco starszego od siebie, z czarnymi włosami, gęstą, chociaż na krótko przyciętą brodą, o jasnobrązowych oczach, nieprzyjemnie na niego patrzących. Jego ubiór był raczej skromny, ale też nie sprawiał wrażenia ubioru osoby, która na co dzień żyje w mieście. Widać było, że jest to osoba żyjąca od lat w lesie lub jego okolicach. Na stoliku obok łóżka miał ułożony pistolet, a u boku szablę.
- Pan jesteś z dworu? - zapytał bandyta.
- Tak. W wiadomej nam wszystkim sprawie - odpowiedział Ludwik.
- Masz pieniądze?
- Nie prosisz, żebym usiadł? Ostatecznie przyszedłem w gości.
- Czasu nie mamy za dużo. Poza tym, nie przybyłeś tutaj na bal, paniczyku, tylko na pertraktacje z nami. Zostawmy więc te uprzejmości. Masz forsę?
- No dobrze. Skoro chcesz od razu przejść do sedna sprawy, niech tak będzie. Nie mam przy sobie pieniędzy.
Bandyta spojrzał na niego ironicznie. Zaczął nerwowo chodzić po pokoju, nie odrywając przy tym wzroku od Ludwika i rzekł:
- Nie masz? Nieładnie. To obawiam się, że piękna szyja księżniczki...
- Spokojnie. Taką sumę zebrać nie łatwo. Daj nam dzień zwłoki. Dostaniecie za to prowizję w postaci glejtu cesarskiego, dającego wam nietykalność na kilka dni. Dość czasu, aby wyjechać z pieniędzmi z Austrii i ujść pościgowi.
Bandyta sprawiał wrażenie wyraźnie zainteresowanego jego propozycją. Ale nie był przy tym pozbawiony czujności. Usłyszał za oknem jakieś odgłosy, które to bardzo mu się nie spodobały. Zerknął więc przez szybę w oknie i powiedział:
- Kusząca oferta. Tylko jeśli nie wrócę do wieczora z pieniędzmi, dwie śliczne panny życiem za to zapłacą.
- Teraz wrócisz bez pieniędzy, ale jutro je otrzymasz razem z glejtem. Masz na to moje słowo.
Bandyta widocznie zauważył za oknem coś, co mu się nie spodobało, bo gdy odwrócił swój wzrok w kierunku Ludwika, na jego twarzy wymalowana była złość i wyraźna żądza mordu. Książę bawarski zrozumiał, że musi szybko zadziałać, bo inaczej skończy tu jako trup.
- Twoje słowo? Nic nie znaczy, paniczyku. Ale zobaczysz, że moje tak!
To mówiąc, doskoczył do pistoletu leżącego na stole, jednak Ludwik był od niego szybszy. Odepchnął broń od ręki bandyty i uderzył go pięścią w twarz, w ten sposób posyłając go na ścianę. Następnie skoczył na niego, ale łotr odepchnął go nogami w kąt i wyrwał szablę, którą zaraz potem chciał go uderzyć. Ludwik miał jednak lepszy refleks, gdyż zdołał uskoczyć przed ciosem i dobiec do okna. Tam miał pełną swobodę ruchu. Zdołał wyrwać szpadę i przyłożył jej ostrze do gardła bandyty, gdy ten ponownie go zaatakował. Rabuś zrozumiał, że przegrał i powoli opuścił na dół dłoń z szablą.
- Nieładnie. W gości tu przyszedłem - powiedział z ironią Ludwik.
Chwilę później, do izby wpadli Karol z kilkoma żołnierzami. Prowadzili oni drugiego bandytę, którego kamrat zostawił przy koniach, a którego oni pojmali i związali. To właśnie to zobaczył nowy znajomy Ludwika przez okno i dlatego też zrozumiał, że z pertraktacji nici i zaatakował on księcia, licząc, że zyska sobie w ten sposób cennego zakładnika. Nie docenił go jednak, za co teraz przyszło drogo mu zapłacić. Nie stracił jednak animuszu.
- Nie ważcie się mnie tknąć! Jeżeli nie wrócę do zachodu słońca, moi kamraci zabiją te wasze ślicznotki i zmienią obóz.
- Co?! Będziesz kobietom groził, łajdaku?! - zawołał oburzony Karol, łapiąc za poły bandytę, wydzierając mu szablę i przykładając mu jej ostrze do gardła.
- Zostaw, Karolu! - powiedział Ludwik - Załatwimy to w inny sposób. Nasz nowy przyjaciel zacznie mówić. Powie nam uprzejmie, gdzie uwięzili porwane.
Bandyta odpowiedział Ludwikowi, że może go pocałować w pewne miejsce, które do pocałunków zdecydowanie się nie nadawało. Zwrot ten był wulgarny do tego stopnia, że Karol już chciał zbója za to uderzyć, jednak Ludwik go uspokoił. Uznał, iż prostackie słowa nie są w stanie go zranić, a on nie ma czasu na karanie tej nieuprzejmości. Zamiast tego, nakazał żołnierzom, aby pojechali razem z nim za miasto. Znał tam pewne miejsce, w którym chciał przesłuchać bandytę. Karol i przydzieleni mu wojskowi nie wiedzieli, do czego zmierza, ale go posłuchali.
Kiedy dojechali na miejsce, Ludwik wskazał im starą, wyschniętą studnię, w której już dawno nie było wody.
- Chcesz go tam wrzucić? - zapytał Karol.
- Nie do końca o to mi chodzi - odpowiedział Ludwik.
- To co niby będziemy robić?
- Piknik.
Zdumienie Karola sięgało zenitu, ale szybko zrozumiał, o co chodzi, kiedy to Ludwik nakazał żołnierzom wsadzić bandytę do studni w taki sposób, żeby mu z niej głowa wystawała, po czym przysunąć dwa duże kamienie tak, aby mu głowę nad studnią przytrzymały. Następnie, jakby nigdy nic, rozsiadł się tuż przy studni wraz z Karolem i obaj zaczęli jeść oraz pić. Bandyta, któremu zdążyło zaschnąć w gardle, zaczął prosić o wino, oni jednak podawali je sobie. Ponadto, jakby nie dość było tych tortur, to szybko okazało się, iż w studni siedzą wygłodniałe już do cna szczury, które szybko zaczęły chodzić bandycie po nogach i go po nich gryźć. To dopiero uświadomiło łotrowi, w jak poważnej sytuacji się znalazł i zaczął wołać o pomoc. Żołnierze jednak zlekceważyli to sobie, zaś Ludwik i Karol dalej napawali się swoim piknikiem.
- Chcesz jeszcze wina, Ludwiku?
- A poproszę, Karolu. Bardzo dziękuję.
- Może też mu dać? Albo chociaż coś do jedzenia?
- Nie sądzisz, że mówienie przy nim o jedzeniu jest nieco nietaktowne?
- W zasadzie racja. Zwłaszcza, kiedy samemu się jest jedzonym. Wtedy chyba nie jest miło słuchać o jedzeniu jako takim.
- Racja. On jest teraz, jak to ujął Hamlet: na uczcie, gdzie nie on je, tylko jego będą jedli.
Bandyta zrozumiał, że obaj długo będą jeszcze się tak nad nim pastwić, póki nie zacznie mówić i dlatego zaczął skamleć o litość, obiecując, iż wszystko powie, tylko niech go uwolnią od tych bestii w studni.
- Najpierw powiedz, potem cię wyciągniemy - warknął Ludwik.
Bandyta piszcząc już z bólu, bo ugryzienia szczurów się nasiliły, wysyczał:
- Wampirzy Jar. Są w Wampirzym Jarze.
Ludwik spojrzał na niego uważnie i aż powstał z miejsca. Wampirzy Jar. To było słynne w całej Austrii miejsce niedaleko Wiednia. Miejsce to stanowiły ruiny zamku pewnego hrabiego, z powodu swojego okrucieństwa posądzonego o bycie wampirem. Spalono mu zatem siedzibę wraz z nim w środku, a miejsce te do dnia obecnego było podejrzewane o bycie nawiedzonym. Idealna kryjówka dla bandy, która chciała uniknąć pościgu i wścibskich oczu mieszczan.
- Myślisz, że powiedział prawdę? - zapytał Karol, również wstając z miejsca.
- Ze szczurami na nogach jeszcze nikt nigdy nie skłamał - odparł Ludwik - No dobrze, wszystko już wiemy. Żołnierze, wyciągnijcie go!
Wojskowi wykonali polecenie, zaś Ludwik zadowolony, że tak szybko odkrył prawdę i nawet nie musiał sprawdzać wytrwałości drugiego z bandytów, spojrzał na Karola, mówiąc:
- Musimy natychmiast o wszystkim powiadomić Franciszka.
- Racja. Ale tak przy okazji, to mam pytanie - rzekł Karol.
- Jakie?
- Ile już razy stosowałeś tę metodę?
- Dzisiaj był pierwszy raz. Przeczytałem o tym w jakieś książce. Jak widać, opłaca się dużo czytać.
- Najwyraźniej. A masz może więcej takich mądrych książek? Sam bym sobie je poczytał.
Ludwik zaśmiał się i poklepał go lekko po ramieniu, po czym wsiadł zwinnie na swego konia. Bandyta zaś, wyciągnięty ze studni, podszedł do Karola i szepnął do niego konspiracyjnym tonem:
- Mości książę... Wiem, że ten brutal nie da sobie nic powiedzieć, ale pan mi wygląda na osobę inteligentną.
- Tak mówią - odpowiedział ironicznie Karol - O co chodzi?
- Mam tu niedaleko zakopane kosztowności. Taki mój osobisty mały łup.
- Doprawdy? Gdzie on jest?
- Niedaleko, w malej kapliczce. Ukryłem je przy ołtarzu. Jeśli pomoże mi pan uciec, zabiorę pana tam i się podzielimy. Połowa dla pana, a połowa...
- Dla biednych - urwał rozmowę Karol, szczerząc przy tym złośliwie zęby.
Bandyta zrozumiał, że nic już nie wskóra i musiał odpuścić. Wraz ze swoim kamratem został zabrany do pałacu, gdzie obu wrzucono do lochu. Następnie obaj książęta poszli do Franciszka i opowiedzieli mu, czego się dowiedzieli.
- Czy wyznał wam, ilu ludzi tam jest? - zapytał cesarz.
- Już nie miałem sumienia go pytać i zostawiać go dłużej z tymi szczurami - odpowiedział na to dowcipnym tonem Ludwik.
- Jakimi szczurami?
- Później ci opowiem. Na razie musimy ustalić dalszy plan.
- Plan jest prosty. Bierzemy wojsko i atakuje Wampirzy Jar.
- Tak, a bandyci się szybko zorientują, że atakuje ich regularna armia i zaraz z zemsty poderżną gardło księżniczce i jej służce. Nie, Franz. To za duże ryzyko.
Franciszek musiał przyznać mu rację. Plan ten był zbyt ryzykowny, aby mieli go przeprowadzać.
- W takim razie weźmiemy tylko mały oddział ludzi. Przekradniemy się tam i spróbujemy ją wykraść z obozu. Kiedy będzie bezpieczna, zaatakujemy.
Ten plan zaakceptowali Ludwik i Karol, dlatego nie zostało nic innego, jak go teraz prędko zrealizować. Czasu mieli bowiem coraz mniej.
***
Baronowa von Tauler długo nie mogła wyjść z szoku po wycieczce, jaką jej zapewnił książę Maksymilian. Jeszcze dłużej przyszło jej zmywanie z siebie tego ohydnego brudu i zapachu. Musiała zużyć na to balię z gorącą wodą, wiele mydła i kilka flakonów perfum, jak również oddać swoją suknię do prania, aby powrócić do normalności. Nie było to dla niej łatwe, ale jak na osobę uparcie dążącą do celu i nie poddającą się mimo przeciwności w końcu osiągnęła to, co zamierzyła. Z tego też powodu łatwiej jej przyszło następnego dnia przejść do lekcji z Sissi. Uznała w czasie ich trwania, że księżniczka porobiła liczne postępy, ale mimo to jeszcze nie jest gotowa na to, aby pełnić u boku cesarza jakiekolwiek funkcje państwowe czy choćby tylko reprezentacyjne.
- Nauczenie jej tego będzie niczym orka na ugorze - powiedziała po cichu do siebie, gdy nastąpiła już przerwa w zajęciach - Drugiej tak upartej dziewczyny jak ona jeszcze w życiu nie widziałam.
Mimo to wierzyła, że ostatecznie uda się jej osiągnąć cel, do którego została wyznaczona. Ostatecznie, jeżeli nie podoła temu zadaniu, Zofia na pewno zechce ją za to ukarać. I będzie miała powody, bo nieudolność ucznia w jakieś dziedzinie zazwyczaj wynika z nieudolności jego nauczyciela. Wiedziała zatem, że poniesie konsekwencje swojej niekompetencji, jeśli zawiedzie, a tego nie chciała. Nie tylko dlatego, że kara byłaby surowa, ale również i dlatego, że jako osoba dumna już by chyba wolała ponieść śmierć niż porażkę.
Kiedy z takimi myślami, przechadzała się po swoim pokoju, a potem stanęła przy okazji, aby się zastanowić, dostrzegła nagle niezwykły widok, który to mocno przykuł jej uwagę. Zauważyła jakąś młodą kobietę wybiegającą z pałacu, lekko się rozglądającą i zmierzającą w kierunku sadu. Zaintrygowana baronowa nie widziała dokładnie twarzy tej osoby, ale uznała, że musi to sprawdzić. Wyszła więc szybko z pokoju i ruszyła w kierunku sadu. Na horyzoncie nadal majaczyła jej postać owej tajemniczej nieznajomej, łatwo więc ją wytropiła. W sadzie jednak ją zgubiła, gdyż liczba drzew tam rosnąca była tak duża, że trudno jej było między nimi wypatrzeć kogokolwiek. Załamana miała już się poddać, gdy nagle usłyszała czyjeś głosy.
- To było naprawdę nierozsądne, najdroższy. Nie powinieneś tu przyjeżdżać.
- Wybacz, najmilsza, ale serce moje od dawna już rwie się ku tobie. To jest po prostu silniejsze ode mnie. Musiałem cię zobaczyć.
- Och, co za lekkomyślność! Jak mogłeś tak ryzykować? Zapomniałeś, o jaką sprawę walczysz? Chcesz ją wystawiać na szwank dlatego, że musiałeś zobaczyć się ze swoją ukochaną?
- Żadna sprawa nie jest więcej warta walki niż miłość.
Baronowa zaczęła szukać źródła tych głosów pomiędzy drzewami. Trochę się musiała natrudzić, aby to zrobić, ale w końcu jej się to udało. Wreszcie w jednej z części sadu odkryła osoby, których poszukiwała. Jedną z nich była ta tajemnicza nieznajoma śledzona przez nią. Stała do niej tyłem, a do tego miała na głowie duży słomkowy kapelusz, dlatego nie widziała jej twarzy. Jednak głos tej osoby, chociaż był stłumiony przez mówienie niemalże szeptem, wydawał jej się znajomy. Nie to wszakże było w tym wszystkim najbardziej zaskakujące. O wiele bardziej zdumiał baronową fakt, kim był ten mężczyzna, z którym rozmawiała kobieta. Mimo, iż od zakochanych dzieliła ją duża odległość, widziała część jego twarzy i odniosła przy tym wrażenie, że gdzieś już ją widziała. Liczyła, że może zdoła zobaczyć całość twarzy tajemniczego mężczyzny, ale póki co, nic na to nie wskazywało.
Tymczasem rozmowa toczyła się dalej.
- Miły mój, naprawdę serce mi pęka na myśl o tym, że muszę znowu na długi czas cię pożegnać, ale co innego nam pozostało? Nie wolno nam zapominać o tym, w jakich żyjemy czasach. One nam chwilowo nie sprzyjają, chociaż wierzę, że to wkrótce się zmieni.
- Wierz w to dalej, moja ukochana. To jedyne, co nam pozostało na świecie. Nadzieja na lepsze jutro. Czym byśmy byli bez niej?
- Ukochany mój, obiecaj mi, że wyjedziesz i nie zjawisz się więcej ani tu, ani nigdzie indziej, gdzie cię szukają, póki nie będzie spokojniej.
- Obiecuję ci to, najdroższa. Jeżeli jednak będziesz mnie potrzebować, zawsze możesz mnie wezwać. Nasz wspólny przyjaciel przekaże mi list od ciebie. Możesz mu spokojnie zaufać. Popiera naszą sprawę.
- Wiem, ale nie mamy prawa wciągać go w to wszystko i ryzykować również i jego życia. Kochany, musisz stąd wyjechać. Natychmiast, nim będzie za późno.
- Wyjadę, ale najpierw daj mi swoje usta. Nie wiesz nawet, jak strasznie moje za nimi tęskniły.
- A jak tęskniły moje za twoimi.
Para się pocałowała. Robiła to długo i zmysłowo, a kiedy w końcu oderwali się od siebie, to twarz nieznajomego na chwilę stała się wyraźna dla baronowej i kobieta rozpoznała go.
- Andrassy! - jęknęła głośno.
W postaci wysokiego, szczupłego mężczyzny o gładko ogolonej twarz, jasno niebieskich oczach, brązowo-rudawych włosach, przebranego w skromny strój dla niepoznaki, baronowa von Tauler rozpoznała Gyulę Andrassy’ego, tego słynnego rebelianta, węgierskiego hrabiego, pułkownika armii powstańczej z roku 1848. To był on, bez dwóch zdań. A więc to tutaj się ukrył po tym, jak uciekł sądom Austrii. I dodatkowo ma tu kochankę. Ciekawe tylko, kto nią jest?
Głuchy jęk baronowej nie uszedł jednak uwagi zakochanych, którzy łatwo po nim wywnioskowali, że są obserwowani. Przerażeni szybko odskoczyli od siebie i rzucili się do ucieczki. Baronowa zaklęła w duchu, wściekła za to, że przez swoją nieostrożność nie zdołała usłyszeć niczego więcej ani odkryć, kim jest tajemnicza nieznajoma. Tymczasem Andrassy i jego ukochana zdążyli już zniknąć pomiędzy drzewami. Baronowej zostało jedynie pomstowanie na nich i na siebie w duchu, a także wyjście z kryjówki celem zbadania miejsca, w którym to zakochani jeszcze przed chwilą rozmawiali. Przeczucie podpowiadało jej, że być może zostawili oni coś po sobie, co może jej bardzo pomóc. Szybko się okazało, jak bardzo ma rację, gdyż odnalazła leżącą na ziemi białą chusteczkę z wyszytym na niej monogramem. Zaintrygowana podniosła ją i obejrzała. Zobaczyła wtedy na niej literki E.W.
- Elżbieta Wittelsbach - powiedziała baronowa i uśmiechnęła się podle.
A więc to tak wyglądało jej uczucie do cesarza? Przed wszystkimi udaje taką zakochaną w nim, a potajemnie, za jego plecami romansuje z jego wrogiem? Cóż to za obłuda. Baronowa nigdy nie podejrzewałaby o to księżniczkę. Sądziła, że to po prostu głupia wieśniaczka pozbawiona nawet podstawowej wiedzy o życiu, a tu proszę, jaka niespodzianka. Wyraźnie jej nie doceniała. Duży błąd, jak widać.
- Ach, tutaj pani jest, baronowo! - odezwał się nagle głos Ludwiki.
Baronowa szybko schowała chusteczkę za dekolt swojej sukni i spojrzała na matkę Sissi, która właśnie zjawiła się w sadzie.
- Szukałam panią, bo niedługo już obiad, a nie było pani w pokoju. Sądzę, że nie chciałaby pani przegapić posiłku.
- W żadnym razie, Wasza Wysokość - odpowiedziała jej uniżenie baronowa, delikatnie dygając - Proszę mi wybaczyć, chciałam się przewietrzyć i chyba nieco za daleko zaszłam.
- Och, nic się nie stało. Ale chodźmy już, bo zaczną bez nas.
Księżna zaprowadziła baronową do domu, po czym obie usiadła w jadalni z innymi domownikami. Kilku osób jeszcze nie było, ale dość szybko one przybyły i prawie wszystkie miejsca były zajęte. Prawie, gdyż jedno pozostawało wolne, a to miejsce należało do Ilary. Baronowa bardzo zdziwiła się brakiem córki przy stole. Zawsze dziewczynka zjawiała się punktualnie na wszystkie posiłki. Dlaczego więc teraz tego nie zrobiła? Widocznie ci młodzi Wittelsbachowie mają na nią taki zły wpływ. Będzie musiała o tym porozmawiać z Ilary, gdy zostaną same.
Jednak minęło trochę czasu, obiad powoli dobiegał końca, a mimo to panna baronówna nie zjawiła się na nim, nawet wtedy, kiedy posiłek dobiegł już końca. Jej nieobecność wywołała ogromne zdumienie u Helgi von Tauler. Poczuła się tak, jakby córka ją upokorzyła publicznie, łamiąc wszystkie wpajane jej do głowy i to od samego początku podstawowe wartości. Postanowiła pójść do pokoju Ilary, aby z nią poważnie porozmawiać. O dziwo, nie zastała jej tam jednak. Pomyślała, że być może jest ona w bibliotece, ale się pomyliła. Zaniepokojona i zaintrygowana jednocześnie, baronowa zaczęła szukać córki, ale chociaż przeszukała niemal cały dom, nigdzie nie mogła jej odnaleźć. Dopiero wówczas zaczęła się poważnie o nią niepokoić. Pomyślała, że być może stało jej się coś strasznego i nie powinna tego zlekceważyć. Strach na samą myśl o tym był tak silny, że zapomniała zupełnie o Sissi i o swoich podejrzeniach wobec niej. Zamiast tego poszła do jej rodziców, a potem oznajmiła:
- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale nigdzie nie mogę odnaleźć mojej córki. Boję się, że wyszła z domu i gdzieś zabłądziła.
Pominęła przy tym fakt, iż podejrzewa Teodora i Marię o posiadanie bardzo złego wpływu na jej pociechę. Uznała, że byłoby to w złym tonem, a ponadto też nie zachęcało Maksymiliana i Ludwikę do poszukiwań Ilary. A tak przejęli się tym oni zupełnie na poważnie. Natychmiast wezwali służbę i nakazali jej przeszukać dokładnie cały dom. Nic to jednak nie dało, dziewczynki w nim nie było. Dlatego przeszukano potem najbliższą okolicę, ale i tam niczego nie znaleziono. Dopiero wtedy Maksymilian, dotąd myślący, że Ilary po prostu wyszła i bawi się gdzieś w pobliżu i to tak dobrze, że zapomniała o obiedzie, zaczął dopiero teraz naprawdę się niepokoić. Z tego też powodu zarządził przeprowadzenie natychmiastowych poszukiwań córki baronowej, do których to sama zainteresowana oczywiście bez najmniejszego nawet namysłu dołączyła.
- Nie mogłabym siedzieć spokojnie w domu i czekać na wiadomości, kiedy tu wszyscy inni szukają mojego dziecka - powiedziała.
Ludwika doskonale ją rozumiała i dlatego pozwoliła jej szukać córki razem z nimi wszystkimi. Baronowa podziękowała jej serdecznie za tę dobroć i niewiele myśląc, od razu przystąpiła do poszukiwań, na czele których stanął Maks. Od razu, jak na porządnego organizatora przystało, podzielił ich wszystkich na kilka grup i każdą posłał w inne miejsce. Sam zaś z Ludwiką i baronową udał się w inną stronę i poszukiwania ruszyły pełną parą. W domu pozostali jedynie Teodor z Marią oraz Sissi, która została wyznaczona przez ojca do pilnowania rodzeństwa. Próbowała ona pocieszyć dzieci w zaistniałej sytuacji, co nie było niestety takie proste.
- Nie martwcie się. Wszystko będzie dobrze - mówiła - Ilary wróci tutaj cała i zdrowa, zobaczycie.
- Oby tak było. Tak bardzo się martwię - powiedział Teodor, który z nerwów gryzł własne paznokcie.
- Spokojnie, braciszku. Na pewno nic jej nie jest - dodała Maria, próbująca w tamtej chwili ukryć swój niepokój o sympatię Teo - To jasne jak słońce, że bawi się ona z nami w chowanego i dlatego jej teraz nie ma. Jak tylko porządnie zgłodnieje, to od razu do nas wróci.
Sissi pomyślała, że takie słowa raczej nie uspokoją jej brata i miała rację, bo w ten sposób Maria tylko go rozjuszyła. Chłopak zerwał się nagle z miejsca, dziki swój wzrok skierował na siostrę i zawołał:
- Bo to wszystko przez ciebie!
- Przeze mnie? - zdziwiła się Maria.
- Tak, przez ciebie! Widziałem, jak na nią krzyczysz! Jak się jej o wszystko ciągle czepiasz! Na pewno uciekła, bo miała cię dość! Ciebie i twoich krzyków!
- To prawda, Mario? - zapytała Sissi, patrząc uważnie na młodszą siostrę, tak mocno teraz zmieszaną, jak jeszcze nigdy dotąd - Czy nakrzyczałaś na Ilary?
- Może tak. I co z tego? Czy ja jej kazałam uciekać? - burknęła dziewczynka.
Choć bardzo się niepokoiła o Ilary, nie była w stanie powiedzieć tego na głos. Uważała, że i tak dostatecznie długo absorbuje ona uwagę wszystkich w tym domu i sprawia, iż Maria spadła na dalszy plan. Po co jeszcze zwracać uwagę wszystkich na to, jak bardzo młodsza siostra Sissi czuje się winna temu, co tu zaszło?
Teodor, słysząc słowa Marii, podszedł do niej i powiedział groźnie:
- Jeżeli coś jej się stanie, to nigdy się do ciebie nie odezwę! NIGDY!
Maria przerażona spojrzała na Teodora. Po jego minie łatwo wywnioskowała, że jest on gotowy spełnić swoją groźbę. Załamana opuściła głowę w dół i nic na nią nie odpowiedziała. Sam Teodor zaś pobiegł do swojego pokoju, bo chciał na chwilę jej nie oglądać na oczy. Był na nią tak bardzo zły, jak jeszcze nigdy dotąd. Sama Sissi zaś miała wielką ochotę dać siostrze porządny wykład, ale nie zdążyła tego zrobić, bo nagle do salonu, w którym siedzieli powrócił Teodor z jakąś kartką papieru w ręku. Pokazał go Sissi i Marii, mówiąc:
- To od Ilary. Zostawiła go w moim pokoju. Pisze, że smutno jej, bo Maria jej nie lubi i chce iść do najbliższego miasteczka, aby kupić jej coś na zgodę.
Sissi przeczytała list uważnie i westchnęła smutno. To wszystko było jednak prawdę. Ilary naprawdę to zrobiła. To dlatego jej teraz nie ma. Bo jest obecnie w pobliskim miasteczku. Ale jak tam sama trafiła? Przecież ona nie zna drogi. Jak niby zatem... Chyba, że ktoś ze służby jej pomógł? Tylko kto?
Księżniczka nie zamierzała zostawić tej zagadki bez rozwiązania. Krzyknęła zatem szybko do rodzeństwa:
- Chodźcie! Idziemy do folwarku! Może tam coś wiedzą!
Wywnioskowała, że skoro cała służba pałacowa bierze obecnie udział w akcji poszukiwawczej, to nie odpowie jej na żadne pytania, poza tym, gdyby ktoś z ich pałacowej służby był w to zamieszany, raczej szybko by to powiedział, gdy zaczęli szukać Ilary. Skoro tak się nie stało, to chyba nie mają z tym nic wspólnego. Ale służba z folwarku, to inna sprawa. Ich nikt przecież jeszcze nie sprawdzał. Trzeba zatem to zmienić.
Sissi pognała z Teodorem i Marią do folwarku, gdzie dość szybko spotkali gospodynię, karmiącą zwierzęta.
- Drogi pani, nie widziała pani może córki baronowej? - zapytała Sissi.
- A widziałam, panienko Sissi - odpowiedziała jej kobieta - Jakieś dwie, może z trzy godziny temu. Pytała mnie o drogę do miasteczka. Chciała też, żebym ją tam zaprowadziła, bo chce coś kupić. Ale ja miałam obowiązki, dlatego posłałam z nią mojego siostrzeńca. Dziwi mnie, że jeszcze nie wrócili.
- Och, pani złota! Co pani narobiła? - jęknęła Sissi - Przecież pani siostrzeniec to miły chłopak, ale jeszcze nie zna tak dobrze tych okolic. Zaprowadzić, to on ją może i zaprowadzi, tylko nie wydaje mi się, żeby umiał tu wrócić.
- Panienko, to przecież bystry chłopak. Na pewno oboje sami tu wrócą. Nie za minutę, to za kilka.
- A jeżeli nie? Jej matka umiera z niepokoju. Nie możemy czekać, aż Ilary tu sama wróci. Musimy ją znaleźć.
Sissi należała do osób, które jeżeli coś sobie przedsięwezmą, to zawsze muszą to zrealizować. Nie inaczej było i tym razem. Postanowiła odnaleźć Ilary i nic jej od tego nie mogło odwieźć. Wróciła szybko do pałacu, zabrała z niego szpadę, dwa pistolety, nóż i róg myśliwski ojca, na wszelki wypadek, po czym wróciła z bratem i siostrą do folwarku, skąd zabrała pomocnika lepszego od wszystkich innych. Tym pomocnikiem był jej pies rasy golden retriver. Wabił się Lizus, bo jako szczeniak uwielbiał wszystkich lizać, a zwłaszcza ją. Obecnie był bardzo dobrym tropiącym psem, kilka razy nawet brał udział w polowaniach. Sissi uznała, że tylko on może im teraz pomóc. Wzięła z pokoju Ilary jej rękawiczki i dała psu do powąchania.
- Szukaj, Lizus. Szukaj dziewczynki - powiedziała do niego.
Mimo swojej nieco zwariowanej natury, pies do zadań zleconych mu przez jego panią podchodził nad wyraz poważnie, dlatego powąchał dokładnie pokazane mu rękawiczki, wychwycił zawarty w nich zapach, po czym zaczął prowadzić całą trójkę młodych Wittelsbachów w kierunku pobliskiego lasu. Kiedy to zrobił, przez głowę ich wszystkich przeszła straszna myśl, której jednak nie odważyli się na głos wymówić. Mieli oczywiście nadzieję, że się mylą, ale nadzieja ta była wówczas tak nikła, jak płomyk świecy atakowany przez silny wiatr. Choć trzymał się wciąż resztkami sił, byle co było w stanie go zniszczyć. Mimo to szli dalej, w głębi duszy wierząc, że odnajdą Ilary, nim ich najgorsze obawy się ziszczą.
***
Franciszek z Ludwikiem i Karolem, przebrani w mundury wojskowe, tak jak to wcześniej sobie zaplanowali, zabrali na akcję ratunkową w Wampirzym Jarze jedynie kilkunastu żołnierzy. Nie chcieli brać ze sobą większego oddziału z obawy, że taki oddział nie zdoła ostrożnie przekraść się do kryjówki bandytów i uwolnić z niego porwane niewiasty w taki sposób, aby pozostać niezauważonym. Ze względu na to, jak niezwykle ważna była ta akcja, nie mogli sobie pozwolić na najmniejsze nawet niepowodzenie. Skutki jego mogły być przecież tragiczne dla cesarstwa. Z tego względu pamiętali o tym, że wszystko musi zostać przeprowadzone tak, jak to zostało wcześniej zaplanowane. Żadnych wpadek i żadnych improwizacji. Ich plan był prosty i dokładnie omówiony. Nie trzeba było w nim niczego zmieniać. Trzeba było jedynie się go trzymać.
Zgodnie z owym planem, podjechali ostrożnie w pobliże ruin zamku, a zaraz potem ostrożnie zeskoczyli z koni, przywiązali je do drzew i rozejrzeli się wokół siebie. Nie dostrzegli niczego niepokojącego.
- Czekajcie na znak. Będzie nim wystrzał - powiedział do żołnierzy Franz.
Jedyną odpowiedzią było spokojne skinienie głową na znak, że wszystko od razu zrozumiano. Zadowolony tym cesarz wraz Ludwikiem, Karolem oraz młodym kapitanem gwardii zakradli się powoli i ostrożnie po pagórku, na którym stały owe fatalne ruiny. Początkowo nic ich nie zaniepokoiło, aż w końcu dostrzegli jednego z bandytów stojącego z muszkietem na czatach. Na szczęście stał odwrócony do nich plecami, wpatrując się w zupełnie inne miejsce niż to, w którym znajdowali się oni. Aby przejść do obozu, trzeba było go zdjąć.
Ludwik dał znak ręką, że on to zrobi. Ostrożnie i bezszelestnie podszedł dość blisko, aby wykonać to, co sobie zaplanował. Gdy już był gotowy, wyjął zza pasa nóż i cisnął nim zwinnie w plecy bandyty. Ten jęknął głucho z bólu i niemalże w taki sam cichy sposób opadł martwy na ziemię. Ludwik zadowolony podskoczył do niego, wyjął mu nóż z pleców, zarzucił sobie na jego ramiona płaszcz, na głowę zaś jego kapelusz, a do ręki wziął upuszczony przez niego muszkiet. Wszystko to nie zajęło mu więcej niż minutę. Następnie machnął ręką w kierunku Franciszka, Karola i kapitana straży. Ci zadowoleni i zachwyceni tym, jak sprawnie to zrobił, przebiegli koło niego i zaczęli okrążać ruiny. Podejrzewali, że z ich drugiej strony też muszą być jakieś straże. Nie pomylili się, bo rzeczywiście tak było. Tym razem strażnika wykończył Karol, podchodząc go cicho od tyłu i podcinając mu gardło. Następnie również przebrał się w jego płaszcz i kapelusz i zajął jego miejsce na czujce. W ten sposób droga dla Franza i kapitana była otwarta.
W środku ruin bandyci obozowali w najlepsze. Piekli oni sobie właśnie przy ognisku pieczeń baranią i rozmawiali o czymś wesołym, bo co chwila wybuchali gromkim śmiechem. Jeden z nich, chyba herszt, spojrzał w kierunku siedzących przy nim dwóch młodych kobiet, wyraźnie niezadowolonych z jego towarzystwa. Jedna z nich była blondynką, druga brunetką. Franz i kapitan nie wiedzieli, która z nich to księżniczka, jednak teraz nie przedstawiało to dla nich żadnego znaczenia. Musieli uratować obie i to jak najszybciej.
- Nie jesteście głodne, panienki? - zapytał ochrypłym głosem bandzior - Co? Nasze potrawy wam nie smakują? Może są za mało francuskie?
Blondynka popatrzyła na niego dostojnym i odważnym wzrokiem, a bandyta tylko uśmiechnął się i odgryzł kolejny kawał pieczeni, po czym dodał:
- Niedługo zajdzie słońce, a moich kompanów jeszcze nie ma. Jak wiecie, to nie wróży dla was nic dobrego. Czyżby cesarz nie chciał dać za was okupu? Tak nisko jesteście przez niego oceniane?
- Mamy swoją wartość dla tych, którym na nas zależy - odparła na to dumnie blondynka - Za to wy nie macie wartości w niczyich oczach. A już na pewno nie w oczach cesarza. Niedługo nas uwolnią, a wy skończycie na szubienicy!
Herszt bandy popatrzył na blondynkę i uśmiechnął się do niej ohydnie, lekko sobie traktując jej słowa, ale wyraźnie będąc ubawionym odwagą dziewczyny.
- Na twoim miejscu nie byłbym taki hardy, bo jeżeli nie dostaniemy okupu, to wasza sytuacja diametralnie się zmieni i możecie zginąć, a przecież nie musicie. Możecie przecież zostać z nami do końca. Brak nam damskiego towarzystwa, a już zwłaszcza wieczorami.
Cała banda ryknęła na to gromkim śmiechem, a blondynka mocno przytuliła do serca swoją towarzyszkę, domyślając się bez trudu, o co tym łotrom chodzi. Nie chciała jednak, aby widzieli strach w jej oczach. Jeżeli miała umierać, to tylko jako odważna osoba, godna swoich opiekunów i godna nazwiska, które nosiła.
Herszt po chwili przestał się nią interesować, a widząc powoli zbliżający się zachód słońca, wyszedł popatrzeć, czy może nie wracają do obozu jego kamraci, których posłał do miasta w sprawie okupu. Na Elodie i jej dwórkę nikt zwracał już uwagi. To był czas do działania.
Franz ostrożnie wraz z kapitanem wkradli się do ruin, korzystając z tego, że z powodu przekonania, iż pilnują ich teraz wystawione przez nich straże, bandyci nie zachowywali wewnątrz ruin żadnej ostrożności. Nietrudno było zatem przedrzeć się pomiędzy nimi do obu pań, a zaraz potem trącić jedną z nich delikatnie palcem w ramię.
- Nie krzyczcie, jestem przyjacielem. Chcę wam pomóc - szepnął Franz.
Elodie i Blanche nie były pewne, czy mogą mu ufać, ale ponieważ mężczyzna miał na sobie mundur oficerski, strój zupełnie inny niż bandyci, uznały, że chyba to faktycznie ich długo oczekiwana pomoc, dlatego ostatecznie obie ostrożnie, aby nie wzbudzać podejrzeń gwałtownymi ruchami, poszły za młodzieńcem. Gdy ten ich wyprowadził poza mury zamku, zdumione spostrzegły, że stojący na czujce bandyta to tak naprawdę jedynie kolejny członek tej niesamowitej akcji ratunkowej i zarazem równie uroczy i przystojny młodzieniec, co ten, który ich prowadził ku wolności. Zadowolone tym chętniej poszły za nim, aż dotarli razem do trzeciego z nich, noszącego mundur kapitana cesarskiej gwardii. Skłonił on im się grzecznie i z należytym szacunkiem, po czym powiedział:
- Wybaczcie, panie, że nie dokonuję prezentacji, ale nie pora na to. Musimy stąd uciekać i to jak najszybciej. W pobliżu są nasi ludzie, zabiorą was stąd.
- Dziękujemy - odpowiedziała blondynka i spojrzała na Franza - Nie wiem, kim jesteście, mój panie, ale wiedzcie, że mój wuj, cesarz Napoleon III będzie ci się umiał odwdzięczyć za twoje bohaterstwo.
- O nagrodach pomówimy później - powiedział Franz - Teraz musimy...
Nie dokończył, ponieważ nagle z obozu dało się słyszeć dziki ryk wściekłości i wydobywające się z niego dwa pojedyncze słowa:
- Hej, damulki zniknęły!
Franz zrozumiał, że nie mogą dłużej czekać. Kazał kapitanowi zabrać Elodie i jej przyjaciółkę z dala od obozu, prosząc jednocześnie obie panie, aby poszły one z jego podwładnym i zaufały mu, bo to porządny człowiek.
Chwilę później w wejściu do ruin pojawił się jeden z bandytów. Zauważył ich i zaczął krzyczeć, lecz w tej samej sekundzie Karol strzelił do niego z muszkietu, trafiając go prosto w pierś i martwego powalając na ziemię.
- To sygnał dla naszych ludzi - powiedział kapitan - Zaraz tu będą.
- Drogie panie, proszę was, abyście się ukryły z moim kapitanem i cokolwiek by się nie stało, macie zostać z nim - rzekł stanowczym głosem Franz.
Następnie wraz z Karolem wskoczył do środka ruin i stanął naprzeciwko tej dzikiej, rozbójniczej czeredy. Bandyci ruszyli na nich, ale wtem od tyłu strzelił do jednego z nich z muszkietu Ludwik i zaraz potem z dobytą szpadą dołączył on do akcji. Niedługo po nim, włączyli się do niej również żołnierze cesarscy. Bandyci zrozumieli, że oto są teraz otoczeni, ale nie zamierzali tanio sprzedać swoją skórę. Rozpoczęła się walka. Nie była ona wszakże równa, ponieważ zaprawieni w boju żołnierze, choć było ich nieco mniej niż ich przeciwników, zdecydowanie i szybko nadrobili te braki, w czym znacznie im pomógł Ludwik, który wymachiwał szpadą najlepiej z nich wszystkich. Przewaga ta jeszcze bardziej wzrosła, kiedy to u jego boku stanął Karol, wołając wesoło:
- Hej, Ludwiku! Zacząłeś ten bal beze mnie?!
Obaj stanęli plecami do siebie, skutecznie odpierając atak napastników.
- To ma być niby bal? - zapytał żartobliwie Ludwik.
- A co? Źle się bawisz? - odpowiedział dowcipnie Karol.
Dwaj książęta dzielnie walczyli u boku żołnierzy cesarza, dokonując podczas tej potyczki prawdziwie bohaterskich czynów. Jednak sam Franz też nie był w tej sprawie gorszy. Bez większych trudności powalił kilku przeciwników na ziemię, ale nie oni go interesowali. On szukał herszta tej bandy. W ferworze walki udało mu się wkrótce dostrzec. Łajdak próbował uciec. Cesarz szybko go dogonił, a gdy już to zrobił, zastąpił mu drogę.
- Wybierasz się gdzieś? - zapytał ironicznie.
- Jeżeli chcesz, mogę cię zabrać ze sobą - odpowiedział herszt.
Dobył szpady i rzucił się na Franciszka. Ten jednak bez trudu odpierał jego ataki, ostrzem swej broni przyjmując jego ciosy jeden po drugim. Szybko przy tym odkrył, że trafił na godnego siebie przeciwnika i rozbrojenie go lub zabicie, to nie będzie tak proste zadanie jak pokonanie jego ludzi. Mimo to walczył dzielnie dalej, nie zauważając jednak, jak za jego plecami jeden z bandytów skrada się, próbując mu zadać cios nożem w plecy. Na swoje nieszczęście, łotr ów nadepnął nagle na suchą gałązkę, co spowodowało trzask na tyle głośny, że Franz odwrócił się niemal w ostatniej chwili i zauważył atakującego go przeciwnika. Sparował szpadą jego cios, ale drugiego już nie musiał, bo niespodziewanie coś chwilę później gruchnęło i bandyta skołowany opadł na ziemię. Tuż za nią stała Elodie z patelnią w dłoni. Ta oto mało poręczna broń i jak dotąd niestosowana przez księżniczkę, teraz pomogła jej w walce.
- Nic panu nie jest? - zapytała Elodie, gdy już było po wszystkim.
- Panienko, dziękuję za wsparcie, ale miałaś zostać z kapitanem - odparł na to Franciszek.
Elodie spodziewała się większych podziękowań i nie połączonych przy tym z karceniem, dlatego prychnęła lekko i rzekła:
- Nie przeproszę za to, że pomogłam.
Franz uśmiechnął się do niej przyjaźnie, po czym rozejrzał się prędko dookoła za hersztem bandy. Nigdzie go jednak nie namierzył. Najwidoczniej wykorzystał on sytuację, kiedy cesarz walczył z jego podwładnym i uciekł. Franciszek szybko wyjrzał poza ruiny, ale nigdzie go już nie zobaczył. Kopnął ze złości kamień, lecz nie mogło to zmienić oczywistego faktu: bandyta mu uciekł. Nie zamierzał jednak z tego powodu rozpaczać. Jak wynikało z ucichających już odgłosów walki, jego ludzie na czele z Karolem i Ludwikiem rozprawili się już z bandytami. Zabrał więc ze sobą księżniczkę i przyprowadził ją do brata i kuzyna, którzy właśnie mówili z jej towarzyszką.
- Moje panie, jesteście już bezpieczne - powiedział uroczyście cesarz.
- Zanim jednak podziękujemy, chciałabym wiedzieć, komuż to zawdzięczamy życie. Nie udało nam się wcześniej sobie przedstawić - odpowiedziała Elodie.
Franciszek stanął przed nią niemalże na baczność, skłonił lekko głowę, po czym powiedział:
- A zatem pani pozwoli... Jestem Franciszek Józef I, cesarz Austrii.
Elodie westchnęła głęboko, kiedy to usłyszała. Wielu rzeczy się spodziewała, ale na pewno nie tego. Serce zabiło jej w piersi jak szalone, a ciało przeszyły jakieś dziwne, przyjemne dreszcze. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wiedziała tylko, że to niesamowicie przyjemne uczucie. A chwilę później zemdlała. Stojący przy niej najbliżej kapitan gwardii złapał ją w ramiona.
- Franz, a co jej się stało? - zapytał Karol dowcipnym tonem.
- No cóż, braciszku... Kobiety. One mają swoje niekiedy dziwne upodobania - odpowiedział na to dyplomatycznie Franz.
- Być może, ale pomyśl tylko, o wiele przyjemniej by było, gdybyś umieli w ten sam sposób powalać złoczyńców - zażartował sobie Ludwik.
***
Ilary błąkała się po lesie już dłuższy czas. Nie wiedziała, czy chodzi po nim już kilka godzin czy znacznie dłużej, ale zrozumiała, że sama się raczej stąd nigdy nie wydostanie. Co prawda, nie była w lesie sama, co ją bardzo cieszyło, bo sama by chyba umarła tutaj ze strachu. Niestety, prędko odkryła, że chociaż Sebastian, bo tak miał na imię ten chłopak, umiał zaprowadzić ją do miasta, ale zaprowadzić ją z powrotem do domu już nie potrafił. Była na niego o to zła, bo przecież chwalił się przed nią, kiedy go poznała, że zna doskonale całą okolicę, a okazało się, iż ta jego znajomość tych stron nie jest tak wielka, jak twierdził. Nie powiedziała tego jednak na głos, bo przecież w żaden sposób by im to nie pomogło. Poza tym, była na to zbyt taktowna, a do tego żal jej było Sebastiana. Widziała po jego twarzy, jak bardzo żałuje tego, że ją tutaj przyprowadził i nie zamierzała go dobijać.
- Spójrzmy prawdzie w oczy, Sebastianie - powiedziała do chłopaka - My się zgubiliśmy. Nie wiemy, gdzie jesteśmy ani dokąd mamy iść.
- Spokojnie, panienko. To tylko chwilowe - odparł na to Sebastian, w którego głosie słychać było niepokój - Po prostu te wszystkie drzewa wydają się takie same temu, kto rzadko tutaj bywa. Ale spokojnie, damy sobie radę. Musimy tylko iść i w końcu wyjdziemy z tego lasu.
- Naprawdę? Jestem innego zdania - odparła na to Ilary - Widzisz ten głaz?
- A owszem. Bardzo ładny, panienko.
- Tak, bardzo ładny. Tyle tylko, że mijamy go już trzeci raz.
Sebastian spojrzał na nią przerażonym wzrokiem, a potem uważnie przyjrzał się głazowi, jakby nie chciał uwierzyć w to, co mówi do niego dziewczynka. Gdy przyjrzał się jednak lepiej kamieniowi, szybko zrozumiał, że to prawda, ale strach przed nią był tak wielki, że próbował jeszcze kłamać.
- Nie, panienko. Na pewno nie. Po prostu wszystkie głazy tutaj wyglądają tak samo. To normalna rzecz.
- Nie, Sebastianie. To jest dokładnie ten sam głaz, którego wcześniej już dwa razy mijaliśmy - odparła na takie stwierdzenie Ilary - Powiedzmy to sobie wprost. Kręcimy się w kółko.
Sebastian próbował zaprotestować, ale załamany zrozumiał, że to nic nie da. Przygnębiony usiadł na głazie, opuścił smutno głowę i rzekł:
- Bardzo mi przykro, panienko. Tak, ma panienka rację. Zgubiliśmy się.
Ilary popatrzyła na niego ze współczuciem. Nie była mściwa i nigdy jakoś nie umiała chować długo urazy. Poza tym, mimo wszystko bardzo żal jej było chłopca i z tego powodu nie powiedziała do niego słów, których tak się obawiał, czyli słów pełnych wyrzutów oraz złości. Zamiast tego podeszła do niego, dotknęła delikatnie jego ramienia i powiedziała:
- Spokojnie, Sebastianie. Tylko spokojnie. Nie możemy się poddawać. Musi być jakieś wyjście z tego lasu. A my musimy je znaleźć. I to szybko, bo za chwilę się zacznie ściemniać, a wtedy to dopiero będziemy mieli problemy.
Nagle rozległo się pomiędzy drzewami szczekanie psa. Ilary zadrżała, lekko przerażona i zaniepokojona, ale Sebastian zareagował na nie zupełnie inaczej. Na jego twarzy ukazał się bardzo radosny uśmiech, a on sam poderwał się z głazu, zaczął uważnie nasłuchiwać i powiedział:
- Znam to szczekanie. Znam je bardzo dobrze.
Ilary chciała już zapytać, czy tak samo jak drogę do domu, ale odpuściła sobie ten komentarz. Niepewnie stanęła za nim, z mocno bijącym w piersi sercem. Nie wiedziała, co zaraz nastąpi, ale czuła, że musi temu stawić czoła.
Tymczasem szczekanie psa było słychać coraz wyraźniej. Im bliżej było je tu słuchać, tym bardziej też dobiegł ich odgłos psich łap dudniących po ziemi. Minęła zaledwie minuta, choć dla Ilary trwała ona chyba z wieczność, po czym tuż przed nimi stanął spory żółty pies, który podbiegł do Sebastiana i zaczął wesoło na niego szczekać. Chłopak rozpoznał go, przytulił mocno łeb zwierzaka do siebie, po czym zaczął go czule tarmosić za uszami.
- Lizus! Piesku kochany, co ty tu robisz? Gdzie twoja pani?
Chwilę później, za psem zjawili się Sissi, Teodor i Maria. Cała trójka była już nieco zmęczona poszukiwaniami i zarazem zaniepokojona, kiedy jednak zobaczyli Ilary i Sebastiana, od razu odetchnęli z ulgą na ich widok.
- Dzięki Bogu, jesteście - powiedziała Sissi, łapiąc się z ulgą za serce.
- Ilary, wszystko dobrze? - zapytał z troską Teodor.
- Teo! - zawołała wzruszona jego widokiem dziewczyna.
Podbiegła do ukochanego i rzuciła mu się na szyję, mocno i niemalże dziko się do niego przytulając, powtarzając:
- Przepraszam! Tak bardzo przepraszam! Nie chciałam, żebyście się o mnie musieli martwić. Chciałam wrócić wcześniej, ale zabłądziłam i...
- Już dobrze. Już wszystko dobrze. Tak się cieszę, że nic ci nie jest.
Ilary spojrzała na niego czule, zawiesiła mu rączki na szyi i bardzo czule go pocałowała w usta. Sissi i Sebastian uśmiechnęli się na ten widok, a Maria lekko się wykrzywiła, mówiąc głośno:
- Ble! Ohyda! Musicie tak przy ludziach?
Ilary całowała Teodora przez około minutę, a chłopiec zareagował na to tak, jak to było do przewidzenia: zarumienił się na całej twarzy, co wywołało wesoły śmiech u Ilary. Następnie dziewczynka podeszła do Marii, która patrzyła na nią dość zmieszanym wzrokiem. Z jednej bowiem strony cieszyła się, że Ilary znalazła się, ale z drugiej nie chciała jej tego za mocno okazać.
- Mario, mam nadzieję, że mimo wszystko mnie polubisz. Ja wiem, że Teodor jest ci bardzo bliski i nie chcę ci go ukraść. Ja go po prostu bardzo lubię.
- Tak, zauważyłam - burknęła Maria.
- Ale ciebie też bardzo lubię i chcę, żebyśmy były przyjaciółkami.
To mówiąc, dała znak Sebastianowi, który podał jej do ręki książkę z bajkami kupioną w miejscowym sklepie. Ilary przysunęła ją w kierunku Marii i rzekła:
- Pomyślałam sobie, że może to ci się spodoba.
Maria wzięła od niej książkę, przyjrzała jej się uważnie, a jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech. Spojrzała potem na Ilary, czując przy tym, że chyba nie jest ona taka znowu zła. Przez chwilę nic nie mówiła, aż w końcu wydusiła z siebie słowa:
- Dziękuję ci, Ilary. I wiesz, naprawdę nie musiałaś tego robić. Ale bardzo ci dziękuję. Książka jest naprawdę ładna.
Sissi spojrzała na Marię nieco surowym wzrokiem i rzekła:
- Nie chcesz jeszcze czegoś powiedzieć?
Maria lekko się zmieszała, ale mimo to spojrzała na Ilary i powiedziała:
- No i oczywiście możesz widywać się z moim bratem.
Ilary uściskała ją serdecznie, a potem podeszła do Teodora i ponownie czule go pocałowała w usta. Maria znowu się wykrzywiła i mruknęła:
- Fuj! Naprawdę musicie?
- Tak, musimy. A dlaczego by nie? - zapytał nieco złośliwie Teodor.
- Uważaj, braciszku. To, że dałam wam swoją zgodę nie znaczy, że nie mogę jej cofnąć - powiedziała Maria, grożąc zakochanym palcem.
- Nie cofniesz, siostrzyczko. Na pewno nie cofniesz - odparł jej brat.
Sissi uśmiechnęła się wesoło, widząc dzieciaki pogodzone, po czym odpięła od pasa róg myśliwski i zaczęła na nim głośno grać. Chciała w ten sposób zebrać tutaj wszystkie grupy ratunkowe poszukujące Ilary, aby im oznajmić, że nic się nie stało, a dziewczynka jest cała i zdrowa. Udało jej się to, ponieważ dźwięk rogu bez trudu rozniósł się po całym lesie, wszyscy go usłyszeli i natychmiast udali się tam, skąd dobiegał ich ten dźwięk. Sissi zagrała na rogu jeszcze kilka razy, aby mieć pewność, że ją wszyscy usłyszeli. Dość szybko wokół nich zebrała się służba z ich pałacu, która poszukiwała w całej okolicy Ilary. Niedługo potem przyszli także Max z Ludwiką, Nene i baronową. Wszyscy odetchnęli z ulgą widząc, że zguba się znalazła i nic jej nie jest. Helga von Tauler zaś, choć zwykle tak opanowana, teraz nie umiała powstrzymać łez wzruszenia. Natychmiast podbiegła do córki i bardzo mocno ją do siebie przytuliła, po czym rozpłakała się na całego, gładząc główkę swojej jedynaczki i powtarzając:
- Och, Ilary. Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałam. Nie rób mi tego nigdy więcej, proszę cię. Już nigdy więcej.
Ilary tuliła się mocno do matki, a Maksymilian pogratulował Sissi pomysłu z rogiem, który ich tutaj wszystkich sprowadził.
- Moja córeczka. Moja krew - powtarzał z dumą - Gdyby nie to, to nie wiem, czy nie chodzilibyśmy całą noc po tym lesie i jego okolicy, nie wiedząc, że Ilary się znalazła. Na szczęście Sissi wpadła na wspaniały pomysł z tym rogiem. Moja krew. Moja córeczka!
Ludwika też była dumna z Sissi, choć nie omieszkała lekko zachichotać, gdy widziała, jak jej mąż chwali się swoją ulubienicą. Sama zaś pogratulowała Sissi jej pomysłu, ale prócz tego jeszcze pogratulowała Teodorowi i Marii pomocy postawy podczas poszukiwań, że nie zlekceważyli tego i pomogli siostrze. Sissi oczywiście dobrze wiedziała, iż o ile rzeczywiście Teodor bardzo pomógł, o tyle Maria zrobiła to głównie z powodu wyrzutów sumienia. Nie powiedziała tego jednak na głos, bo nie chciała kolejnych konfliktów w tym domu. Ponadto liczyła na to, że teraz oto wreszcie nastąpi zgoda pomiędzy Ilary a Marią, a widząc, jak obie delikatnie się do siebie uśmiechają, łatwo mogła przypuszczać, że tak będzie.
