środa, 30 listopada 2022

Rozdział VII - Narzeczeństwo



W ciągu najbliższych kilku dni wszyscy mieszkańcy Wiednia dowiedzieli się, że cesarz Franciszek Józef I zaręczył się z księżniczką bawarską Elżbietą z rodu Wittelsbachów. Trudno zresztą, aby było inaczej, wszystkie wiedeńskie gazety o tym pisały i to na pierwszych stronach, a gazeciarze sprzedający je, bardzo głośno wykrzykiwali takie oto informacje:
- Najświeższe wiadomości! Czytajcie wszyscy! Nasz cesarz zaręczył się! Jego wybranką została księżniczka z rodu Wittelsbachów z Bawarii! Czytajcie wszyscy! Najświeższe wiadomości! Zaręczyny już oficjalnie ogłoszone! Poznajcie wybrankę serca naszego cesarza! Czytajcie wszyscy!
Sensacyjna informacja sprawiała, że nakład gazety znacznie wzrósł i trzeba było wydać więcej numerów niż zwykle, aby wszyscy mieszkańcy Wiednia mogli przeczytać o tym niezwykłym wydarzeniu, którego od dawna oczekiwano. No bo jak mogłoby być inaczej? Cesarz był młody i w odpowiednim wieku do żeniaczki, a ponadto mieszkańcy Wiednia go lubili, nawet ci, którzy nie byli oddani duszą i sercem dynastii Habsburgów. Młody władca zyskiwał ich sympatię, bo widzieli w jego władzy zapowiedź postępu, jak też i reform zmieniających na lepsze życie w cesarstwie. Co prawda, owe reformy jeszcze nie nastąpiły, ale wielu ludzi wciąż wierzyło w ich pojawienie się na scenie politycznej. Niektórzy oczywiście, którzy liczyli na natychmiastowe reformy i nie otrzymawszy ich, zmienili nastawienie do swego władcy, mówili, że skoro zmiany nie następują, to nie nastąpią już nigdy. Ale takich ludzi nie było zbyt wielu. Większość ludzi o liberalnych poglądach nie traciło nadal nadziei na to, że nadchodzą nowe, lepsze czasy.
- Na pewno one nastąpią, to tylko kwestia czasu - mówili - Świat idzie wciąż do przodu i cesarz byłby chyba ślepy, gdyby tego nie widział. Tak jak i my, chce on zmian, bo jak młodzi mogą nie chcieć zmiany tego, co robili starzy? To normalna na tym świecie praktyka. Ale zmiany wymagają czasu, nie można ich popędzać. One muszą być wprowadzane stopniowo i powoli, a cesarstwo jest wielkie, więc to normalne, że taki proces musi potrwać.
- Ale przecież cesarz nadal pozostaje pod wpływem konserwatystów, takich jak Radetzky czy Zottornik - odpowiadali na to sceptycy - Skoro chce zmian, to dlaczego wciąż się otacza tymi starymi piernikami, którzy zmiany uważają za zło?
- Otacza się nimi, bo tylko ich zna - stwierdzali obrońcy cesarza - Ci ludzie jak dotąd, a przynajmniej w jego mniemaniu, wiernie i bardzo skutecznie służyli cesarstwu. Trudno mu odsunąć od siebie takich ludzi. Nie chce wyjść na kogoś, kto nie umie okazać wdzięczności wiernym urzędnikom swojego ojca. Poza tym, może trudno mu znaleźć urzędników młodych i zdolnych? Nie wolno nam tracić nadziei. Reformy muszą zostać wprowadzone, dlatego musimy wspierać naszego cesarza, bo tylko w nim cała nasza nadzieja.
Malkontenci, którzy liczyli na rychłe zmiany i tracili już wiarę w nie, mieli na ten temat inne zdanie, lecz liberałowie spodziewający się zmian wprowadzanych drogą stopniowej ewolucji, nadal wierzyli w to, że jeszcze ich nadzieje się ziszczą, a osobą mogącą doprowadzić do tego ziszczenia, może być tylko Franciszek Józef. Dlatego cieszyło ich, że cesarz się zaręczył, bo szczęśliwy w miłości władca ich zdaniem prędzej przychyli się do reform, zwłaszcza, jeśli jego przyszła żona także ich pragnie. O tym natomiast zapewniał ich pewien młody dziennikarz Johannes Chronist, który od czasu do czasu pisał liberalne artykuły na łamach gazety „Nowe perspektywy”. Gazeta owa, z natury centralna, pisała o wszystkim, o czym pisać nie chciały gazety prawicowe, a o czym gazety lewicowe potrafiły pisać z wielkim patosem, mocno wyolbrzymiając wiele rzeczy, aby nastawić czytelnika przeciwko obecnej władzy. „Nowe perspektywy” była całkiem uczciwą prasą, nigdy niczego nie zmieniającą na potrzeby sprzedaży, a piszącą prawdę, która była niewygodna zarówno z prawa, jak i z lewa. Ale ludzie chcący spokojnie wprowadzanych zmian lub po prostu obawiający się rewolucji i przelewu krwi, lubili tę gazetę i bardzo im brakowało przez ostatnie kilka miesięcy artykułów pana Chronista i z prawdziwą radością przywitali kolejny z nich, zapewniający ich o tym, że narzeczona cesarza chce zmian na lepsze w kraju, którym za niedługo będzie rządzić. Chronist pisał, iż jest pewien tego, że nadchodzą lepsze czasy, kiedy to młodzi przejmą po starych stery rządów, a następnie wprowadzą zmiany. Ostrzegał jednak, aby nie ulegać fali zmian nazbyt mocno, gdyż może dojść do tego, że w euforii reform wprowadzi się takie, które pozornie są pożyteczne, a w rzeczywistości jedynie zaszkodzą ludowi. Ostrzegał również przed chęcią zmian rewolucyjnych, przywołując na przykład rewolucję, jaka miała miejsce we Francji pod koniec ubiegłego wieku. Pisał on o tej sprawie tak:

Dlatego właśnie wystrzegać się należy ludzi mówiących o chęci zmian drogą rewolucji. Ludzie, którzy tak mówią, przekonani są o tym, że zmiany na lepsze da się wprowadzić szybko i sprawnie. Jednak oba te słowa nie pasują do siebie i wiele razy w polityce bywały już ze sobą sprzeczne. Zmiany zawsze wprowadzać należy powoli i na spokojnie, drogą ewolucji. Zdaję sobie sprawę, iż wielu ludzi postrzega drogę spokojną jako zbyt wolną i bezsensowną, która zmierza donikąd, zwłaszcza ci, którzy przez błędy urzędników państwowych cierpią najmocniej. Jednak pragnę tutaj ostrzec tych ludzi, aby nie dali się zwieść nowo panującym prądom. Coraz więcej już ludzi krzykiem domaga się zmian i grozi wszczęciem rewolty, jeżeli nie zostaną ich postulaty wysłuchane. Pragnę ostrzec, aby nie dawać takim ludziom wiary, gdyż zwykle są oni bowiem marionetkami w rękach podstępnych łajdaków, traktujących ludzi jak narzędzia do osiągnięcia celu. Zapewnić mogę, że nie kiwną oni nawet palcem, aby potem ratować tych, którzy w ich imieniu wszcząć pragną rewolucję i wpadną przez nich w kłopoty. Ponad to muszę powiedzieć, iż ci, którzy grożą rewolucją, nie zdają sobie sprawy z tego, co mówią. Czy oni kiedykolwiek widzieli rewolucję? Czy oni wiedzą, co to jest? Nie, tego nie wiedzą, bo i skąd mają to wiedzieć? A rewolucja to jest przyroda, to jest klęska żywiołowa. To są tysiące trupów na ulicach, to są osierocone dzieci, spalone pola, zniszczone budynki itd. To po prostu terror i zniszczenie. Taką drogą nigdy się niczego nie zbuduje.
Dlatego nie dawajcie wiary tym, którzy obiecują wam, że rewolucją zdołacie cokolwiek zbudować. W najlepszym razie bowiem wpadniecie w ręce ludzi bardzo nieodpowiedzialnych, a w najgorszym oszustów, dla których to będziecie jedynie narzędziem do osiągnięcia celów, które to narzędzia zostaną poświęcone, gdy tylko przestaną być potrzebne. Strzec się musicie takich ludzi, podobnie jak i tych ludzi, których przerażają wszelkie zmiany i próbują przedstawić wam je jako coś złego, co obraża prawa ludzkie i boskie. Ludzie tacy głoszą konieczność zachowania tego stanu rzeczy, jaki obecnie panuje, grożąc ogniem piekielnym każdemu, kto się z nimi nie zgadza, ponieważ nie chcą tracić w ten sposób swoich przywilejów oraz wygodnego trybu życia, jaki wiodą dzięki waszej wierze w takie słowa. Nie dajcie się zatem nabrać, kiedy tacy ludzie mówią, iż robią to dla waszego dobra, bo oni tak naprawdę mają na myśli jedynie swoje własne dobro, zakryte płaszczykiem pięknych słów, które może i pięknie brzmią, ale w praktyce nic nie znaczą.
Zamiast tego wierzcie w swojego cesarza i w fakt, że jako młody człowiek po szkołach zagranicznych otwarty jest on na reformy i rozumie ich potrzebę. Tego możecie być pewni, podobnie jak i tego, że narzeczona cesarza również rozumie potrzebę zmian na lepsze w cesarstwie, a połączenie takich osób gwarantuje nam rychłe przemiany. Ufajcie temu i pokażcie, że jesteście narodem gotowym na to, aby te zmiany przyjąć i mądrze je wykorzystać.

Tak właśnie brzmiał najnowszy artykuł, a raczej w tym wypadku list otwarty wystosowany przez Johanna Chronista do czytelników „Nowych perspektyw”. Jak wszystkie inne przedsięwzięcia jego autorstwa, tak i to spotkało się z odezwą ze strony każdego, kto był tą gazetą zainteresowany, zarówno jej zwolenników, jak też i przeciwników. Oczywiście ich reakcje były różne w zależności od tego, kto i w jaki sposób podchodził do poglądów dziennikarza.
Odzew miał miejsce niezwykle szybko i już następnego dnia szef gazety, gdy tylko miał ku temu okazję, porozmawiał na ten temat z Chronistem.
- Przyjacielu, sprawa jest naprawdę głośna. Twój artykuł wywołał wielkie, ale to naprawdę wielkie poruszenie wśród ludzi.
- To dobrze, przecież właśnie o to nam chodziło - stwierdził Chronist nieco beztroskim tonem.
- Nie wiem jednak, czy tego rodzaju poruszenie nam pomoże.
- O ile wiem, nakład gazety znacznie wzrósł. Jedynie „Dziennik wiedeński” z ogłoszeniem zaręczyn cesarza nas przebił, ale to tylko chwilowo.
Szef gazety z uwagą przyglądał się osobie Chronista, wysokiego mężczyzny w wieku około trzydziestu lat, blondyna z lekkim wąsikiem i w okularach, w dosyć skromnym ubraniu, noszonym jedynie dla zachowania incognito, ponieważ osoba tajemniczego dziennikarza i pisarza bynajmniej nie należała do biedoty. Nie, to był człowiek niezwykle wykształcony, po szkołach francuskich i angielskich, mówiący kilkoma językami i znający wiele dzieł filozofów politycznych. Biedak nie byłby w stanie pochwalić się taką wiedzą. Szef gazety podejrzewał, że w osobie Johanna Chronista skrywa się ktoś wysoko postawiony, bogaty, który na studiach nasiąkł mocno liberalnymi poglądami, ale doprawionymi zdrowym rozsądkiem, gdyż nie popierał on rewolucyjnej drogi do zmian w cesarstwie. To było idealne połączenie, bo dzięki temu mógł śmiało pisać na łamach centralnej prasy i wyrażać poglądy, które zachęcają do reform, ale i bez ryzyka, iż Zottornik każe im zamknąć gazetę lub ocenzuruje ją. Bo przecież, czego miał się uczepić w artykułach, w których nie tylko nie zachęca się do buntu wobec cesarza, ale namawia do wiary w młodego monarchę i działalność do przekonania go, iż reformy są potrzebne? Chociaż, czy to takie niemożliwe, aby nawet w takich gazetach odnaleźć dowód zdrady stanu?
- Nie ma ludzi niewinnych - rzekł raz Zottornik - Jeśli dasz mi trzy wiersze, które napisał najbardziej niewinny człowiek na świecie, to ja znajdę w nich choćby jeden powód, aby go powiesić.
Kanclerz był przekonany, że są to jego słowa. Mylił się, to stwierdzenie było autorstwa kardynała Richelieu i powstało w XVII wieku, ale Zottornik w swojej pysze zapomniał o tym, kiedy i w jakich okolicznościach usłyszał te słowa i uznał je za swoje własne. Dlatego zawsze istniało ryzyko narażenia mu się w ten czy inny sposób i trzeba było naprawdę ostrożnie pisać prawdę. Na szczęście „Nowe perspektywy” nie budziły jego niepokoju, ale za to gniew ze strony przeciwników politycznych, głównie gazet prawicowych, choć i te lewicowe nie szczędziły swej krytyki Chronistowi.
- Nie zaprzeczam, nakład gazet znacznie wzrósł, podobnie jak zawsze, kiedy tylko piszesz u nas - powiedział szef gazety - Ale jak dotąd nie było jeszcze tak wielkiego ataku na ciebie i to jeszcze z obu stron. Zawsze nas bowiem atakowała albo prawica, albo lewica, choć ta druga rzadziej. Teraz robią to obie strony naraz.
- A to dlaczego? - zapytał Chronist.
- Dotąd tylko krytykowałeś środowiska konserwatywne. Teraz wypowiadasz się ostro o liberałach chcących zmienić świat za pomocą rewolucji. Uważasz, że wszystkie takie środowiska są szkodliwe i kierowane przez podstępnych oszustów.
- A nie jest tak?
- Też nie pochwalam rewolucji, ale ty użyłeś ostrych słów. Wcześniej to tylko konserwatyści i Kościół od ciebie obrywały, a lewicowe stronnictwa pobłażliwie traktowałeś. Teraz jest inaczej. Pokazałeś, że jesteś również przeciw lewicy.
- Nie zamierzam podlizywać się żadnej ze stron. Zależy mi na tym, aby nigdy nie doszło tu do rewolucji, bo ona będzie kosztować zbyt wiele istnień. To będzie zbyt wielka cena za zmiany i postęp. Kiedy tu byłem ostatnio, nie krzyczano tutaj jeszcze o potrzebie rewolucji. Wtedy to właśnie Franciszek Józef dopiero co został koronowany. Wszyscy widzieli w nim zapowiedź zmian na lepsze, ale minęło już dość dużo czasu, a zmian nadal nie ma. Wielu ludzi, którzy wcześniej wiwatowali na cześć Franza, teraz opluwa jego portrety. To pożywka dla miłośników rewolucji. Nie można do niej dopuścić. Wszyscy inteligenci muszą się wziąć do pracy i jakoś powstrzymać radykałów nim będzie za późno. I dać do zrozumienia władzy, że te zmiany, o których piszemy są konieczne, inaczej ludzie zaczną mieć dość tego, iż władza ich sobie lekceważy i pokażą, jakie są tego konsekwencje. Wybuchnie tak wielki gniew, że nikt już go nie powstrzyma. Najpierw powieszą na latarniach tych urzędników, którzy ich ciemiężą, potem kolejnych, niewinnych, a następnie już w ogóle przestaną odróżniać, co jest dobre, a co złe. Lud zamieni się w bezmyślną i żądną krwi bestię, nad którą nikt nie będzie w stanie zapanować. I tak to wszystko się skończy. Nie wolno nam do tego dopuścić, bo skutki będą opłakane. Dlatego też mało mnie obchodzi, co myśli o mnie opozycja, bylebym zdołał nie dopuścić do najgorszego.
Chronist mówił z prawdziwą pasją w głosie. Widać było aż nadto wyraźnie, że święcie wierzy w to, o czym prawi i w zasadzie tak trafnie to wszystko ukazał, że szef gazety nie był w stanie mu przerwać i tylko z uwagą wysłuchał tego, co jego rozmówca ma do powiedzenia, a potem tylko z wrażenia aż westchnął, bo nie miał pojęcia, jak w inny sposób okazać Johannowi swoje uznanie. W tamtej chwili już zrozumiał to, czego wcześniej jedynie się domyślał, że ma do czynienia z kimś, kto jest oddany swoim poglądom, idealistę, aczkolwiek też rozsądnie patrzącego na realia świata i umiejącego w sposób rozsądny walczyć o swoje idee. Od razu, po uświadomieniu tego sobie, poczuł, że jego szacunek do Chronista znacznie się zwiększył.
- A tak przy okazji, to co uważa o mnie lewica? - zapytał dziennikarz - Bo to, co myśli o mnie prawica, doskonale wiem. Podejrzewam, że od moich poprzednich artykułów ich zdanie na mój temat niewiele się zmieniło. Co najwyżej, wzrosła ich niechęć do mojej osoby. Mam rację?
- A i owszem, rzeczywiście. Wzrosła i to poważnie - odpowiedział mu szef gazety, siadając przy biurku i wyjmując z niego gazety opozycyjne - Prawica ma o tobie nadal to samo zdanie, że jesteś wichrzycielem i burzycielem podstawowych zasad moralnych, że podważasz autorytet należny Kościołowi i starym urzędnikom i takie tam inne bzdury. Ale gorzej ma się sprawa z lewicą. Nigdy jeszcze tak nas nie karciła. Zwłaszcza ciebie.
- Domyślam się. A co o mnie mówią?
- Naprawdę chcesz tego słuchać?
- Całkowicie na pewno.
- No dobrze. Piszą tutaj, że jesteś zdrajcą sprawy reform, że niby chcesz dla tego kraju zmian, a jednak robisz to poprzez obietnice bez pokrycia i takie inne.
- Rozumiem. To bardzo ciekawe. Warto będzie przy jakieś najbliższej okazji, gdy powstanie kolejny artykuł, odeprzeć wszystkie te zarzuty.
- A kiedy stworzysz nowy artykuł?
- Tego jeszcze nie wiem, ale planuję zrobić to w najbliższym czasie.
- Liczymy na ciebie. Nasza gazeta nigdy nie miała tak dobrego dziennikarza jak ty. Może chciałbyś pisać tutaj na stałe?
- Nie mogę. Mam jeszcze bardzo wiele miejsc do zobaczenia, jak i też wiele rzeczy do zrobienia. Poza tym, lubię być wolnym duchem.
- Rozumiem. Szkoda - szef gazety nie krył smutku z tego powodu - Ale tak czy inaczej, dziękuję ci za dotychczasowe artykuły, zwłaszcza te, które nadesłałeś nam w ciągu ostatniego roku. Wierzę, że wielu ludzi doszło do mądrych wniosków dzięki nim.
- Będę szczęśliwy, jeśli tak się stanie - odpowiedział na to Chronist, po czym ukłonił się lekko szefowi gazety i wyszedł z jego gabinetu, ruszając na miasto.
Szedł tak przez jakiś czas, aż dotarł do pewnej gospody, gdzie dobrze mu już znany oberżysta za odpowiednią opłatą wynajmował mu pokój bez zadawania przy tym zbędnych pytań. Idealne miejsce do zmiany charakteryzacji dla aktora sztuki zwanej wielką polityką. Nim był bowiem Johann Chronist, który zaraz po dotarciu do celu wszedł do swojego pokoju, stanął przed lustrem, zdjął czapkę, a następnie pozbawił się blond peruki, niewielkiego wąsika i okularów, odkrywając przed tym, kto mógłby go teraz zobaczyć, twarz Ludwika von Wittelsbacha.

***

Zgodnie ze zwyczajem panującym na dworze cesarskim, Sissi musiała przez kolejny tydzień spęczać czas ze swoim narzeczonym, który postanowił nawet na głowie stanąć, aby tylko jego ukochana czuła się przy nim szczęśliwa. Na cześć swej wybranki urządził jeszcze jeden bal, na którym to adorował ją i tańczył tylko z nią. Ponadto przez pozostałe dni organizował dla niej różne zabawy i atrakcje, o jakich tylko każda kobieta mogła tylko marzyć. A ponieważ znał gust Sissi w tym kierunku, doskonale wiedział, jak do niej trafić i sprawić, aby dobrze się bawiła. Sama Sissi była oczywiście niezmiernie wdzięczna swojemu ukochanemu i wcale nie zamierzała ukrywać swojej radości z tego powodu. Dlatego z ogromną wręcz przyjemnością brała udział w tych wszystkich atrakcjach, a niektóre z nich, jak choćby przejażdżki konne we dwoje, czy też zabawa w ciuciubabkę w ogrodach pałacowych sama wymyślała. Czuła się wówczas szczęśliwa i widziała, że Franz także. Oboje oddawali się sielance, zapominając chwilami o całym bożym świecie.
Jedynym zgrzytem, jaki kładł się na relacjach zakochanej pary był fakt, że arcyksiężna Zofia, choć wciąż robiła dobrą minę do złej gry, wcale nie sprawiała wrażenia zadowolonej z takiej obrotu spraw. Nie okazywała oczywiście ani Sissi, ani jej matce jawnie niechęci, a wręcz wydawała się być niezwykle miła, ale nikt, kto ją dobrze znał nie wierzył w to, że cieszy ją szczęście syna. Sam Franz dobrze o tym wiedział i dlatego, ilekroć tylko spojrzał na matkę, dostrzegał w jej twarzy wyraźną dezaprobatę do swoich planów matrymonialnych. Nie chciał mówić o tym Sissi, aby nie psuć jej dobrej zabawy, ale ona sama dobrze to wszystko wyczuwała i dlatego niekiedy popadła z tego powodu w lekką melancholię, a wówczas jej luby Franz robił wszystko, co tylko mógł, aby poprawić jej humor, co naprawdę bardzo dobrze mu wychodziło.
Pozostała jeszcze sprawa z Nene, jednak dziewczyna, gdy tylko uspokoiła się i zdołała na spokojnie porozmawiać o całej tej sprawie z matką, doszła prędko do mądrego wniosku, iż nie może o to, co się stało winić Sissi, bo ona nie zrobiła nic, aby jej odbić Franciszka. A ponadto, widząc szczęście siostry, Nene była w głębi serca bardzo szczęśliwa i jedynie miłość własna, którą chyba każdy człowiek na tym świecie posiada w mniejszym lub większym stopniu sprawiała, iż nie była w stanie tak łatwo zapomnieć o tym, że Franciszek odtrącił ją dla Sissi. Dlatego też, chociaż już przestała się boczyć na siostrę, mimo wszystko wolała nie brać udziału w zabawach, jakie Franz dla niej organizował, co Sissi w pełni rozumiała, uznając, że jej siostrze najlepiej będzie po prostu dać czas, aby wszystko na spokojnie i bez pośpiechu przebolała w samotności, którą czasami jej przerywała, przychodząc do niej i zagadując na najróżniejsze przyjemne tematy. Nene doceniała to i dlatego też stopniowo jej relacje z Sissi wracały do normy, ale Franciszka dalej dziewczyna wolała nie oglądać. Jeszcze zbyt wczesną ranę zadał on jej sercu, aby była w stanie widzieć go z inną w ramionach.
Ludwika czuwała nad tym wszystkim, z radością witając fakt, jak powoli jej obie córki odzyskują ze sobą tak dobre relacje jak przedtem, choć wiedziała, że do tego, aby znowu wszystko było jak dawniej, potrzeba więcej czasu i nie wywierała wpływu ani na Sissi, ani na Nene, jedynie okazując wsparcie im obu, jak na matkę prawdziwą zresztą przystało. Próbowała też omówić z Zofią sposób, w jaki Sissi zostanie przygotowana do swoich nowych obowiązków na cesarskim dworze, ale jej dawna przyjaciółka nie chciała z nią na ten temat rozmawiać.
- Wszystko jest już od dawna ustalone przez wielowiekową tradycję i nic nie trzeba w tej kwestii ustalać - powiedziała, nie znoszącym sprzeciwu tonem.
- Mimo wszystko wolałabym wiedzieć, jakim praktykom poddasz moją córkę - powiedziała stanowczo Ludwika, również pokazując tonem swojego głosu, że nie znosi sprzeciwu i potrafi być tak samo stanowcza, co jej przyjaciółka.
Zofia wyczuła to bez trudu i łatwo zrozumiała, że takim tonem niczego nie zdoła z Ludwiką osiągnąć, postanowiła inaczej podejść do całej sprawy. Zmieniła zatem sposób mówienia i rzekła:
- Moja droga Ludwiko, wyczuwam w twoim głosie, że masz obawy wobec tego, w jaki sposób twoja córka będzie szkolona na przyszłą cesarzową. Zapewne obawiasz się, że zechcę ją w jakiś sposób skrzywdzić. Nie wiem jednak, dlaczego tak myślisz. Czy kiedykolwiek dałam ci powody do tego, abyś tak mogła sądzić?
- Dajesz mi powody swoim zachowaniem wobec Sissi - odparła Ludwika, nie dając się zwieść zmianie tonu Zofii - Widzę przecież wyraźnie, że nie jesteś wcale zadowolona z tego, że Sissi wychodzi za Franciszka. Nie zaakceptowałaś jeszcze wyboru swojego syna.
- Ludwiko, nawet jeżeli nie pochwalam wyboru mojego syna, nie znaczy to, abym miała chcieć w jakikolwiek sposób skrzywdzić jego wybrankę. Jeżeli bym to zrobiła, to pośrednio skrzywdziłabym własne dziecko, a przecież tego nie chcę.
- Miło mi to słyszeć, ale mimo wszystko nie jestem w stanie uwierzyć, że nic nie grozi Sissi z twojej strony. Nie mówię, że chciałabyś ją zabić, bo nie byłabyś do tego zdolna, ale jakoś łatwo mi jest uwierzyć w to, iż byłabyś zdolna do tego, aby jej uprzykrzyć życie.
- Naprawdę masz o mnie takie zdanie?
- Owszem. Takie właśnie mam o tobie zdanie.
Zofia spojrzała na Ludwikę i poczuła, że trudno będzie ją oszukać. Bo wszak to właśnie zamierzała ona zrobić. Sissi była jej solą w oku i nie zamierzała wcale bezczynnie czekać na ślub ukochanego syna z dziewczyną, która jej zdaniem nie nadawała się na bycie przyszłą cesarzową. Oczywiście nie zamierzała posuwać się do zbrodni, do której zdolna nie była, ale zniechęcenie dziewczyny do ślubu, to już inna sprawa. Zofia wierzyła, że to najlepsza metoda działania w tej sytuacji. Nie przewidziała wszakże tego, iż Ludwika przejrzy jej zamiary i zechce im zapobiec, czego teraz dała dowód poprzez swoje słowa skierowane do Zofii. Arcyksiężna w tamtej chwili pojęła, iż w swojej pewności siebie zapomniała o tym, że Ludwika ją doskonale zna i to jeszcze od czasów dzieciństwa i wiedziała o niej bardzo wiele. Zatem potrafiła domyślić się pewnych rzeczy i spodziewać się ich wtedy, kiedy inne osoby nie byłyby w stanie tego zrobić. Zofia tworząc swoje plany zapomniała o tym fakcie i teraz poczuła, jak poważny to był błąd. Jej dawna przyjaciółka była nazbyt bystra i nazbyt dobrze ją znała, aby się nabrać na to, iż kobieta odpuściła jej córce i nie planuje wobec niej niczego.
Świadomość tego faktu sprawiła, że Zofia zrozumiała, jak poważna przed nią stanęła przeszkoda. Pojęła, iż zniechęcenie Sissi do ślubu z Franciszkiem będzie o wiele trudniejsze niż sądziła, bo Ludwika z pewnością zechce patrzeć baronowej na ręce i nie dopuści do tego, aby ta pastwiła się psychicznie nad jej córką, co było przecież konieczne do powodzenia planu Zofii. Arcyksiężna mogłaby oczywiście do Ludwiki przemówić faktem, że owo pastwienie się jest częścią wielowiekowej tradycji dworu cesarskiego, ale to dla księżnej von Wittelsbach nie przemawiało i pomimo takiego tłumaczenia powiedziałaby temu wszystkiemu stanowcze „Veto”. Trzeba było zatem przekonać Ludwikę do tego, aby zaakceptowała to, co wobec Sissi zostanie zastosowane podczas jej szkolenia, chociaż z pewnością nie miało to być wcale proste.
- Moja droga Ludwiko... Ja rozumiem... Ja naprawdę doskonale rozumiem to, że możesz być wobec mnie nieufna, bo nie byłam wobec ciebie w porządku.
Zofia patrzyła uważnie na swoją rozmówczynię. Widziała, że słowa te, choć nadal przyjmowane z lekką nieufnością, to mimo to robią wrażenie na Ludwice. A więc dobra nasza, pomyślała sobie arcyksiężna. Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
- Ale mimo to pragnę cię zapewnić, że nie mam żadnych złych zamiarów ani wobec ciebie, ani twojej córki. Nie chcę was skrzywdzić. Nigdy tego nie chciałam. Ja chcę tylko dobra naszej małej, kochanej Elżbietki.
Zofia wolałaby, aby Ludwika nie była na tyle domyślna, bo w ten sposób by nie musiała teraz prowadzić wobec niej takiej gry. Choć ich relacje nie były takie, jak kiedyś, to mimo wszystko wciąż posiadała sporo sentymentu wobec swojej dawnej przyjaciółki, który to sentyment odżył znacznie po tym, gdy ta przybyła do Wiednia. Z tego właśnie powodu okłamywanie jej lub też prowadzenie wobec niej jakiekolwiek gierki, choć było konieczne, to jednak nie było dla Zofii przyjemne. Ale ostatecznie, czy aby na pewno ją okłamała? Przecież naprawdę chciała dobra Sissi. Nie chciała jej zrobić krzywdy. Ona chciała po prostu jej dokuczyć do tego stopnia, aby ta odeszła, ale przecież nie robiła tego z powodów osobistych. Do młodej Elżbiety przecież tak naprawdę nic nie miała. Jeżeli chciała ją odsunąć od Franciszka, to tylko dlatego, że była przekonana, iż dziewczyna nie nadaje się na cesarzową. Nie była na to w ogóle przygotowana i nie była świadoma tego, co ją czeka, jeżeli podejmie się tego zadania. Dla własnego dobra zatem lepiej zrobi, odchodząc. Jednak, aby to zrozumieć, trzeba podjąć wobec niej radykalne kroki, za które kiedyś dziewczyna jeszcze jej podziękuje.
Ludwika nie znała myśli arcyksiężnej, ale czuła, że nie są one tak do końca zgodne z tym, co ona mówi, jednak uznała, że może rzeczywiście Zofia nie chce niczego złego i nawet jeśli posiada pewne zastrzeżenia wobec Sissi, to ze względu na przyjaźń oraz dawne czasy, nie zrobi dziewczynie krzywdy. Mimo to, wrodzona ostrożność i uczciwość nakazywały jej postawić sprawę jasno.
- Zofio, posłuchaj mnie uważnie. Masz swoje wady i mam ci kilka rzeczy do zarzucenia. Choć zraniłaś wiele razy swoim zachowaniem moje uczucia, to jednak wiem też, że nigdy nie robiłaś tego celowo, a za twoim postępowaniem zazwyczaj stały złe reguły przyjęte na dworze za normę. Dlatego wiem, że nie jesteś złą osobą i jestem w stanie ci uwierzyć, że poddasz moją córkę szkoleniu zgodnym z tym, co nakazują ogólnie przyjęte w tej kwestii zasady i nie spróbujesz wykorzystać owo szkolenie, aby ją skrzywdzić.
- Dziękuję ci, Ludwiko. Cieszy mnie to, że wreszcie uwierzyłaś w szczerość moich intencji - powiedziała Zofia.
Jej rozmówczyni jednak jeszcze nie skończyła.
- Wierzę w to, co mówisz i w to, że nie masz złych intencji. Jednak chcę ci też powiedzieć, że zgodnie z prawem przysługującym każdej matce, mam prawo być obecna przy tym szkoleniu i osobiście je nadzorować.
Zofia zbladła. Przecież to całkowicie niweczyło jej plany. Baronowa, jeżeli jej będą patrzeć na ręce, nie zrobi nic ponad to, co nakazuje protokół. Co prawda, ten i tak był dosyć trudny i poddanie się jego rygorowi na pewno mogło zranić uczucia Sissi, a w konsekwencji zmusić ją do rezygnacji ze ślubu, ale wszelkie ulepszenie metod nauczania obowiązków przyszłej cesarzowej stawało się niemal niemożliwe do realizacji. Co prawda, można było liczyć na to, że Ludwika, która w ogóle nie znała protokołu dworskiego, uwierzy we wszystko, co jej baronowa w tej kwestii powie, ale przecież nie jest głupia i może się spostrzec, kiedy ją oszukują. Trzeba było zatem dopilnować, aby tak się nie stało.
- Moja droga, chcesz ingerować w protokół nauczania przyszłej cesarzowej? - zapytała niewinnym tonem Zofia - Chcesz obserwować szkolenie swojej córki i może nawet w nie ingerować? Przecież to narusza zasady panującej w tym świecie od lat i zapewniam cię...
- Ja zaś z kolei zapewniam cię, że szkolenie ma się odbywać w moim domu, nie w twoim, a w moim domu ja ustanawiam swoje zasady - przerwała jej Ludwika - Dlatego twoja wysłanniczka będzie miała swobodę działania, ale pod moją stałą kontrolą.
- Ależ Ludwiko, to przecież...
- Powiem to tylko raz. Albo będę nadzorować te lekcje, albo też w ogóle nie wyrażę na nie zgody. Co wolisz?
Zofia przez chwilę pomyślała, że to dobry obrót spraw, bo brak niezbędnych przecież lekcji dyskwalifikował Sissi jako przyszłą cesarzową, jednak mimo to też sprawiał, że Franciszek, gdy się o wszystkim dowie, uzna matkę za winowajczynię takiego stanu rzeczy, przez co odsunie ją od siebie i nigdy nie zechce powiedzieć jej choćby jednego życzliwego słowa. Zofia nie wyobrażała sobie takiej sytuacji, dlatego musiała ustąpić. Przecież kochała syna i świadomość, że ten więcej się do niej nie odezwie z zemsty za jawne odtrącenie Sissi, był dla niej przerażający.
- Dobrze zatem. Szkolenie odbędzie się pod twoim okiem, Ludwiko.
Księżna była zadowolona z odniesionego zwycięstwa, jednak widząc wyraźne niezadowolenie na twarzy Zofii, podeszła do niej bliżej i rzekła:
- Posłuchaj mnie... Nie miałam nigdy przyjaciółki równie mi oddanej, co ty przed laty. Kiedyś byłyśmy sobie bliskie i nadal może tak być. Nie chcę toczyć z tobą wojny. Jeśli jednak, aby zrealizować swoje ambitne plany, skrzywdzisz moje dziecko, staniesz się moim wrogiem. I zniszczysz to, co teraz mamy jeszcze szansę odbudować. Naszą przyjaźń i to aż po grób, którą kiedyś sobie obiecywałyśmy we dwie. Dlatego zastanów się, Zofio, co jest dla ciebie większym priorytetem. Czy twoje własne ambicje i twoja własna wizja świata, czy moja przyjaźń i jej zasady, którym kiedyś obie byłyśmy wierne?
Zofia nie wiedziała, co ma jej na to odpowiedzieć. Tak mocno przywykła do stawiania zawsze na swoim, że nie była w stanie zaakceptować tego, że tak dobrze przygotowany przez nią plan walił się w gruzy. Mimo to, słowa Ludwiki mocno ją zabolały. Choć czuła wobec niej pewne uczucie wyższości, nadal była to jej wierna przyjaciółka z dawnych lat, która nigdy jej nie skrzywdziła i na której lojalność i to mimo upływu lat, nadal mogła liczyć. Czy naprawdę warto było to poświęcać dla ambicji i planów, które tak naprawdę wcale nie musiały być dla cesarstwa dobre? I czy rzeczywiście Sissi nie podoła zadaniom, jakie by na nią spadły, gdyby została cesarzową Austrii?
Wątpliwości krążyły po głowie Zofii całym stadem i dlatego nie wiedziała, co miała zrobić i jakie postępowanie będzie w tym wypadku najlepsze. Wiedziała za to, że Ludwika czeka na odpowiedź z jej strony i dlatego odparła:
- Możesz być pewna, że nigdy nie będę twoim wrogiem, Ludwiko. Elżbieta też nie ma się z mojej strony czego obawiać, gdyż jej związek z Franciszkiem jest całkowicie bezpieczny.
Chyba, że sama zrezygnuje pod wpływem natłoku obowiązków, pomyślała w duchu. No bo przecież protokół, nawet nie podrasowany przez baronową jest nad wyraz trudny i niełatwo jest mu podołać, zwłaszcza będąc dziewczyną wychowaną z dala od cywilizacji, w dalekiej prowincjonalnej Bawarii i przywykłą do wolności. Zatem jest szansa, że Sissi z tego powodu zniechęci się i sama zrezygnuje. Może zatem nie trzeba niczego przeciwko niej przedsięwziąć, a dziewczyna wycofa się sama, gdy tylko zobaczy, co ją czeka? Może warto zostawić wszystko własnemu losowi? W ten oto sposób nikt nie będzie mógł niczego Zofii zarzucić. Jeśli Sissi zrezygnuje ze ślubu bez ingerencji z jej strony, nikt nic przeciwko arcyksiężnej nie powie, zaś Ludwika i Franz nie będzie mogli mieć do niej pretensji.
Takimi myślami, Zofia dodawała sobie otuchy, kiedy to Ludwika zwycięsko opuszczała jej gabinet, pozostawiając ją z sytuacją zmuszającą do zmiany planów.

***

Sissi oczywiście nie wiedziała o tej rozmowie, dlatego nie musiała martwić się tym, jakie będą jej efekty i czy aby na pewno ciocia Zofia zechce dostosować swoje plany do zasad jej matki. Zresztą napawała ją taka radość z powodu tego, jak cudownie ją rozpieszczał Franciszek, że nie była w stanie myśleć o czym innym. A przynajmniej nie wtedy, kiedy jej ukochany okazywał jej w każdy możliwy sposób to, jak bardzo mu jest bliska i jak bardzo ją kocha. A że był cesarzem, potrafił to zrobić z prawdziwą klasą. Sissi jednak cieszyły bardziej nie drogie prezenty oraz wielkie bukiety kwiatów, jakimi ją zasypywał, ale właśnie czas, jaki mógł dla niej przeznaczyć i spędzić z nią na osobności. W ten sposób dziewczynie przypomniały się stare i dobre czasy, kiedy ona i Franz byli jeszcze dziećmi i bawili się razem w czasie jego wizyt w Possenhofen. Nic zdawało się nie mącić radości zakochanych.
No, prawie nic. Było kilka takich rzeczy. Po pierwsze obawa Sissi o to, czy ona i jej siostra zdołają odbudować między sobą swoje przyjazne relacje, która to jednak obawa dość prędko minęła, bo Nene, jak już było wspomniane, przestała się złościć na Sissi z powodu Franciszka i choć nadal wolała nie oglądać ich wspólnie spędzających czas, to mimo to cieszyła się ich szczęściem. Po drugie, zachowanie Zofii, która mimo pozornego zaakceptowania decyzji syna, nadal miała w swoim spojrzeniu dezaprobatę, która sprawiała, iż Sissi potrafiła na kilka chwil tracić swój dobry humor, ledwie tylko owo spojrzenie napotkała.
Jednak o wiele smutniejszy dla księżniczki był fakt lekkiej dezaprobaty, jaką wykazał wobec jej zaręczyn książę Maksymilian von Wittelsbach, jej ojciec. Sissi bowiem wysłała mu telegram z informacją o tym, jaka jest szczęśliwa i kto został jej narzeczonym. Liczyła na to, iż otrzyma zapewnienie o tym, że jej kochany tatuś jest uradowany jej szczęściem. Jednakże ojciec wysłał w odpowiedzi córce taki oto telegram:

Nie zazdroszczę ci wyboru <STOP> To kompletny głupek <STOP> Ale jeżeli jesteś z nim szczęśliwa, mnie to wystarczy <STOP> Będziemy na was czekać w Possenhofen <STOP> Tata

Sissi nie uszczęśliwił ten telegram. Spodziewała się raczej ogromnej euforii i radości z jego strony, w końcu jego ukochana córeczka była szczęśliwa w miłości. On tymczasem okazał lekkie niezadowolenie i choć powiedział, że jeśli ona jest szczęśliwa, to jemu więcej nie potrzeba, to jednak mimo wszystko zabrzmiało to nieco tak, jakby było wymuszone. Zasmuciło to księżniczkę, która nie wiedziała, jak ma odbierać zachowanie taty. Co on w zasadzie miał do Franciszka? I dlaczego nie był szczęśliwy z powodu jej zaręczyn z cesarzem?
Dodatkowo humor pogorszył Sissi fakt, że zobaczyła u Idy Ferenczy gazetę „Nowe perspektywy” z artykułem na jej temat. Co prawda, sam fakt, iż pismo to o niej pisało, wcale jej nie przeszkadzało, w zasadzie uznała, że musi przywyknąć do takich sytuacji, bo stała się osobą publiczną, ale nie spodobało się jej to, co w tej gazecie przeczytała, gdy Ida podała jej pismo, aby mogła zobaczyć, co też piszą na jej temat miejscowi dziennikarze. To, co tam przeczytała, wywołało u niej lekkie niezadowolenie, która łatwo przerodziło się w złość.
- Jakim prawem oni tutaj piszą, że ja jestem za zmianami w polityce państwa? Ja przecież nie mam nie o polityce zielonego pojęcia. Nie wiem nawet, czy chcę mieć o niej pojęcie.
- Ale chyba Wasza Wysokość przeciwna reformom nie jest - stwierdziła Ida Ferenczy.
- Nie wiem nic o tym, jakie reformy tutaj są potrzebne, bo niby skąd ja mam to wiedzieć? Franciszek nic mi nie mówi o polityce. Ludwik co prawda opowiadał mi co nieco, ale za mało, żebym mogła z tego wyciągnąć własne wnioski. A poza tym, to nie o to tutaj chodzi. Mnie oburza to, że ktoś ośmiela się pisać w gazecie, że ja myślę tak i tak, nawet nie pytając mnie o zdanie. Nawet nie pytając, czy sobie tego życzę, aby o mnie pisano takie rzeczy. Będą o mnie pisać, to pewne, ale czy powinni pisać, że ja coś myślę, kiedy nawet tego nie wiedzą?
- Wasza Wysokość, dziennikarze już po prostu tak mają. Coś usłyszą, coś do tego sobie dodadzą i potem mają artykuł. Taka kolej rzeczy.
- Może i tak, ale takie praktyki bardzo mi się nie podobają. Mogą pisać o tym, co ja myślę i czuję, jednak powinni to ze mną zawsze ustalać. Kto jest autorem tych bredni?
Kiedy przeczytała nazwisko autorka artykułu, zrozumiała wszystko. Zła jak osa pognała do pokoju Ludwika, nie czekając nawet na próbującą ją dogonić Idę, po czym minęła sługę czekającego przed pokojem i anonsującego następcy tronu Bawarii każdego gościa, jak nakazywał protokół dworski i nie czekając na to, aby zostać oficjalnie przyjętą, wpadła do pokoju kuzyna, który właśnie stał niedaleko okna i grał na skrzypcach. Był na tyle pochłonięty tym, co robi, że przez chwilę nawet nie zauważył kuzynki, patrzącej na niego ze złością. Spojrzał na nią dopiero wtedy, kiedy pojawił się sługa, tłumaczący się z tego, że księżniczka nie chciała czekać na oficjalne zaanonsowanie, za co on serdecznie przeprasza.
- Nic nie szkodzi. Nic się nie stało - odpowiedział Ludwik życzliwie, po czym odłożył skrzypce na biurko - Zostaw nas, proszę, Alfredzie.
Sługa skłonił się grzecznie księciu i wyszedł. Sissi i Ludwik zostali sami.
- Może usiądziesz? - zapytał następca tronu Bawarii.
- Daruj sobie te swoje grzeczności. Lepiej mi powiedz, co to jest.
To mówiąc, Sissi podała mu gazetę do ręki. Ludwik otworzył ją i uśmiechnął się delikatnie, zadowolony widokiem swojego artykułu.
- Ciekawe pismo. Zdaje się, że to gazeta stronnictw centralnych.
- Nie obchodzi mnie, co to jest za gazeta. Dlaczego w niej piszą o tym, jakie są rzekomo moje poglądy?
Ludwik uśmiechnął się delikatnie do Sissi i zapytał:
- Dlaczego zwracasz się z tym do mnie?
- Wiem, że Johann Chronist to ty - odpowiedziała Sissi - Widziałam książkę, którą dałeś Franciszkowi. Nie zaprzeczyłeś, że jesteś jej autorem. Nie zaprzeczysz też, że jesteś autorem tego artykułu. Bo gdybyś to zrobił, okłamałbyś mnie. A tego nie zrobisz, bo nigdy nie okłamałbyś swojej małej kuzyneczki. Tak mówiłeś, kiedy byłam dzieckiem.
Ludwik zachichotał rozbawiony jej słowami i powiedział:
- Nie zamierzam cię okłamywać i dlatego nie będę zaprzeczał prawdzie, kiedy już ją znasz. Powiedz mi, ciekawie mi wyszedł artykuł?
- Może i ciekawie, ale dlaczego napisałeś w nim o mnie? Dlaczego pisałeś o moich poglądach, jakie rzekomo mam? I nawet nie spytałeś mnie o zdanie?
- Licencia poetica, kuzyneczko. Takie jest prawo gazet. Poza tym, wszystkie pisma w całym mieście tak bardzo cię chwalą, że też musiałem to zrobić.
- Ale dopisując mi poglądy, których nawet nie mam?
- A skąd wiesz, że nie masz? Przecież denerwuje cię to, jak sztywne zasady tu panują, mam rację?
- Owszem, ale co to ma do rzeczy?
- W artykule napisałem, że chcesz zmian na lepsze. Bo chcesz ich. A zmiany na lepsze to również reformy w cesarstwie.
- Ale ja o reformach nic nie wiem, a ty piszesz, że ich pragnę.
- Ja napisałem, że podobnie jak wielu obywateli w tym kraju, ty także chcesz tu zmian. A o tym, iż chcesz reform, wynika jedynie z kontekstu. Zatem to, co w tej gazecie napisałem jest prawdą... Z pewnego punktu widzenia.
- Z pewnego punktu widzenia, tak?
- Owszem. Przekonasz się jeszcze, Sissi, że wiele prawd zależy wyłącznie od naszego punktu widzenia.
- Czy to lekcja obłudy?
- Raczej pragmatyzmu politycznego.
- Daruj, kuzynku, ale polityka mnie nie interesuje.
- Być może. Ale za to polityka interesuje się tobą. Jako osoba publiczna już nie będziesz nigdy w pełni wolna od polityki i chcesz czy nie, będziesz w centrum zainteresowania wielu polityków. Taka kolej rzeczy. Poza tym, tu nie chodzi tylko o ciebie, ale potrzebne dla cesarstwa reformy. One muszą zostać wprowadzone. Jak byłem tu ostatnio, ludzi cieszyło to, że Franciszek Józef zasiadł na tronie, widząc w nim zapowiedź zmian na lepsze. Teraz wielu ludzi, którzy wcześniej tak myśleli, przeszło do opozycji i dołączyło do radykałów uważających, że jedynie siłą można coś osiągnąć. Jeżeli zaczną realizować swoje cele, zginie wielu ludzi, a zwłaszcza wielu niewinnych. Zamachowcy zaczną zabijać urzędników, a represje za to nasz drogi kanclerz Zottornik skieruje wobec prostego ludu. Za błędy wielkich zatem odpowiedzą mali. Rozumiesz to, Sissi? Nie można do tego dopuścić. Jeżeli mogę coś zrobić, to zrobię to. Nawet jeśli będę musiał w tym celu lekko nagiąć fakty. Bo tu nie chodzi ani o ciebie, ani o mnie. Tu chodzi o ludzi. Jeżeli mój artykuł uspokoi wielu z nich i odbierze broń radykałom lewicowym, namawiających do zamachów na urzędników państwowych, jestem z niego dumny. I nie chodzi o to, że mam do tych urzędników jakąkolwiek sympatię. Wielu z nich zasłużyło na to, aby lud ich powiesić na latarni. Ale chodzi o konsekwencje, jakie z tego wyjdą. A te mogą być straszne. Dlatego wybacz mi, Sissi, ale musiałem to zrobić.
Sissi przyglądała mu się z uwagą, przez chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć na taki dobór argumentów. Z jednej strony wydawało się to jej cyniczne, ale też z drugiej słowa Ludwika brzmiały niezwykle sensownie. Poza tym, jeśli naprawdę tak się sprawy miały, to wobec tego zamachów nie uniknąłby nawet Franciszek. A tego ona by nie przeżyła, gdyby jakiś szaleniec rzucił w jej ukochanego bombą, bo uważałby, że tylko w ten sposób wywalczy niepodległość dla swojego kraju. Ta oto wizja najmocniej przemówiła do wyobraźni dziewczyny. Poczuła jednocześnie, jak bardzo mało wie o historii cesarstwa, skoro nie dostrzegała tego wcześniej, jedynie skupiona na zabawie z ukochanym i postanowiła, że kiedy tylko wróci do domu, to poprosi ojca, aby udostępnił jej ze swojej biblioteki (notabene ogromnej, jako że Maksymilian był molem książkowym) wszystkie książki o Austrii i krajach, jakie ona podbiła. Uznała, że jeśli sytuacja jest tak poważna, to jako przyszła cesarzowa powinna wiedzieć o niej jak najwięcej i wesprzeć swego ukochanego w rządzeniu krajem.
- Wybacz mi, Ludwiku. Nie wiedziałam, że to tak wygląda - powiedziała ze skruchą w głosie.
- Nie szkodzi. Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz, gdyż wiele rzeczy przed tobą, jako kobietą się ukrywa - odpowiedział na to Ludwik - Dlatego, jeżeli wiedza ta cię interesuje, sama musisz ją zdobyć.
- Zamierzam tak zrobić. Pragnę być pomocą dla Franza. Jednak powiedz mi, proszę, czy w razie czego mogę na ciebie liczyć?
Ludwik uśmiechnął się do niej delikatnie.
- Oczywiście, że tak. Zawsze, gdy tylko będę mógł, kochana kuzyneczko.
Następnie wziął ponownie do ręki skrzypce i zaczął na nich grać utwór, który to Sissi rozpoznała jako „Taniec węgierski numer 5” Brahmasa. Zachichotała, nad wyraz rozbawiona tą swego rodzaju bezczelnością Ludwika, który ośmielał się tu, pod nosem samego cesarza i jego konserwatywnej matki, grać utwory bez żadnych wątpliwości chwalące Węgry.
- A ty wiesz, że kusisz los? - zapytała dowcipnie, gdy Ludwik skończył grać.
- A niby w jaki sposób? Grając tak niewinny utwór? - zapytał ją książę tonem niewiniątka - Przecież tutaj i tak większość ludzi nie wie, co to za utwór i zna go jedynie jako piękną melodię, ale nie zna jej nazwy. Ryzyko zatem żadne. A zresztą, człowiek czasami potrzebuje wrażeń.
Po tych słowach, zaczął wygrywać na skrzypcach utwór znany jako „Marsz Rakoczego” Hectora Berlioza, nazywany przez niektórych „Marszem węgierskim”. Sissi słuchała z uwagą utworu, a gdy ten dobiegł końca, zapytała:
- Tak w zasadzie, to po co to robisz?
- Bo dokuczanie im sprawia mi przyjemność. Nie lubię tych sztywnych ludzi, którzy w głowie mają tylko etykietę i to, co wypada lub co nie wypada. Miło mi, gdy mogę im lekko dopiec. I jeszcze, czemu to robię? Bo mogę. Czy zauważyłaś, że tym przyjemniej nam coś robić, kiedy mamy na to pozwolenie?
- A ja myślałam, że najprzyjemniejszy jest zakazany owoc.
- Owszem, on bywa smakowity, ale nie oszukujmy się. Na dłuższą metę jest raczej ciężkostrawny. O wiele przyjemniej smakuje to, co jest dla nas dozwolone i czym możemy się cieszyć w pełni i jawnie.
Sissi milczała, rozważając w głowie wypowiedziane przez kuzyna słowa.

***

Wieczorem, kiedy dwór powoli udawał się na spoczynek, Zottornik udał się do swojego tajnego gabinetu, w którym odbywał potajemne rozmowy ze swoimi sługusami i które to rozmowy miały być sprawą całkowicie poufną. Tutaj też lubił spędzać wolny czas, z dala od wszystkich innych, jedynie w towarzystwie swojego wiernego przyjaciela, psa Demona, który jako jedyna istota na tym świecie był mu miły i zarazem bezgranicznie oddany. Tylko jemu kanclerz bezgranicznie ufał, bo wiedział, iż on jeden nigdy go nie zdradzi.
Zottornik usiadł wygodnie w fotelu zaraz po tym, jak rozpalił ogień w swoim kominku. Zadowolony pogłaskał psa po łbie i czekał na przybycie baronowej. Ta zjawiła się u niego w ciągu najbliższych kilkunastu minut.
- Jestem, ekscelencjo - powiedziała z szacunkiem, lekko przed nim dygając.
- Jutro księżniczka Sissi wyjeżdża do swojej rodzinnej posiadłości, aby tam przejść odpowiednie szkolenie na przyszłą cesarzową - rzekł Zottornik, delikatnie gładząc psa między uszami - Czy plan, abyś ty była jej nauczycielką w tej sprawie nie zmienił się?
- Nie, Ekscelencjo. Wszystko zostało po staremu.
- Doskonale. Pamiętasz instrukcje?
- Owszem, ale nie jestem pewna, czy aby na pewno są one słuszne.
- Dlaczego?
- Ponieważ księżniczka Elżbieta budzi mój niepokój. Spędza za dużo czasu ze swoim kuzynem, Ludwikiem z Bawarii, który jest przecież człowiekiem o bardzo liberalnych poglądach.
- I co z tego? Uważasz, że dyskutują razem o polityce?
- Niewykluczone.
Zottornik parsknął śmiechem, rozbawiony mocno tym stwierdzeniem.
- Moja droga baronowo, nie przypisuj tej dziewczynie posiadania poglądów swego kuzyna. To, że on jest taki, nie znaczy, że ona także.
- Nie byłabym tego taka pewna. Proszę, niech pan zobaczy, co o niej piszą.
To mówiąc, wyjęła zza pazuchy gazetę i podała ją kanclerzowi. Ten otworzył ją i odczytał artykuł na pierwszej stronie. Wbrew jednak oczekiwaniom baronowej, nie zrobił on na nim jakiegoś większego wrażenia.
- No proszę, pan Chronist znowu coś napisał. Nie wiem jednak, dlaczego tak cię to przejmuje, baronowo.
- Jak to? Przecież on pisze, że księżniczka posiada liberalne poglądy.
- Pisze, że chce zmian. Nie pisze nic o liberalnych poglądach. A to różnica.
- Ale zawsze chce zmian. Czy powinniśmy to lekceważyć?
Zottornik odrzucił gazetę na biurko i rozsiadł się jeszcze wygodniej w swoim fotelu, przybierając lekceważącą pozę.
- Każdy młody chce zmian. To zupełnie naturalnie. Gdybyśmy mieli zamykać wszystkich, którzy ich chcą, musielibyśmy zamknąć połowę cesarstwa, jeżeli nie więcej. Sama chęć zmian nie jest przestępstwem. Zależy, o jakie zmiany chodzi. Ten cały Chronist nie precyzuje, jakich zmian oczekuje księżniczka. Poza tym, jak dla mnie, to po prostu tzw. kaczka dziennikarska, czyli nie ma to nic wspólnego z faktami i jest jedynie wymysłem Chronista. Zapewne po to, aby realizować swoją politykę. Nie warto zatem się tym przejmować. Poza tym, on potępia w swojej gazecie nie nas, ale radykałów chcących zmian gwałtownych. To nie przestępstwo.
- Ale prócz tego potępia środowiska konserwatywne, w tym nas. Jest wrogiem zarówno dla lewa, jak i dla prawa.
- I z obu stron obrywa po równo. Dlatego nie stanowi realnego zagrożenia dla nikogo. A już na pewno nie dla nas. Poza tym, on przecież zachęca w tych swoich artykułach do wierności wobec cesarza.
- Do cesarza, nie do cesarstwa, Ekscelencjo.
- To rzeczywiście różnica, ale w tej sytuacji niewielka. A dla nas być może i korzystna. Co prawda, nie oszczędza nas w swoich artykułach, ale przy okazji też zachęca do wierności cesarzowi. Uspokaja wzburzonych. Oczywiście nie zdoła w ten sposób uspokoić wszystkich, a ci, którzy nie ulegną jego propagandzie, będą dla cesarstwa poważnym zagrożeniem. I w końcu zaatakują, ale nie będą tak liczni i sprawni, jakby byli, gdyby zaatakowali teraz. Jego demagogia rozbija te grupy i doprowadza do tego, że nie są one zagrożeniem dla naszej władzy.
- Czyli oddaje nam przysługę?
- Oddaje ją cesarzowi, a my jedynie na tym korzystamy. W każdym razie, jak dotąd nie zaszkodziło nam to. Ta centralna gazeta zatem stłumiła zamieszki i to w zarodku. Zrobiła to lepiej niż my, gdybyśmy wysłali wojsko na demonstrantów.
- Wychodzi na to, że Chronist jest użytecznym idiotą.
- Och nie, baronowo. On nie jest głupi. Chce reform, które są nam nie na rękę, ale nie chce ich kosztem rewolucji. Mimowolnie oddaje nam przysługę, ale przy okazji oddaje ją i ludowi cesarstwa. Bo dzięki temu nie mamy pretekstu, aby na nich nakładać represje, nikt nie ginie, a obie strony trzymają się w szachu. Dlatego oddaje przysługę obu stronom i jednocześnie obie ogranicza.
- Jaki będzie jego następny ruch?
- Tego nie wiem, ale chwilowo mnie on nie interesuje. O wiele większym dla nas zagrożeniem są socjaliści. Wśród nich jest wielu radykałów. Chcą wywrócić ten świat do góry nogami, a ich metodami działania są bomby, sztylet i pistolet. Niby to hołota, ale są lepiej zorganizowani niż się wydaje. Co prawda, najwięcej z nich działa w Rosji, ale i tutaj mają coraz więcej zwolenników. Zwłaszcza jedna partia, założona głównie przez polskie mniejszości narodowe. Nazywają oni siebie Polską Partią Socjalistyczną, w skrócie PPS. To ich właśnie powinniśmy się teraz obawiać. Podobnie jak i stronnictw narodowych, które choć nie lubią tych z PPS, to nas nienawidzą o wiele mocniej. Gdyby tylko zawiązali sojusz, byliby nie do pokonania. Ale tego nie zrobią, bo jedni z nich są z lewicy, a drudzy z prawicy. Nie ma szans nigdy na sojusz tych dwóch stron. Ale i obie stanowią dla nas zagrożenie, dlatego to nimi zamierzam się zająć, a nie Chronistem, który zachęca do wierności wobec cesarza.
- Ale też zachęca do reform. Czy to rzeczywiście bezpieczne?
- Nie, jednak mimo wszystko najpierw musimy zniszczyć jedno zło, a potem wziąć się za drugie. A co do tego, co ten dureń wypisuje o księżniczce, to ja bym nie radził traktować tego poważnie. Nawet jeżeli to prawda, to nie ma to żadnego znaczenia. Ostatecznie przecież to tylko kobieta. I w dodatku młoda. Zresztą nawet stare nie są nigdy poważnym zagrożeniem dla wielkiej polityki.
Baronowa spojrzała lekko urażona na kanclerza i powiedziała:
- Ekscelencjo, nie radzę lekceważyć siły i potęgi kobiet. Wiele z nich w tej wielkiej grze zwanej polityką odegrało olbrzymią rolę. Nie należy ich lekceważyć.
- Doprawdy? A jaka kobieta teraz mogłaby odegrać rolę w polityce? Zofia? Przecież bez nas byłabym nikim. A może ty, która to beze mnie nie umiałabyś ani jednego kroku poprawnie zrobić?
Baronowa poczuła się urażona tymi słowami. A ponieważ nigdy nie darowała raz zadawanej sobie zniewagi, teraz też nie zamierzała tego robić. Spojrzała zatem na kanclerza z żądzą mordu w oczach i rzekła:
- Tak jak pan beze mnie. Kto jest pana główną agentką? Od kogo zawsze ma pan aktualne informacje? Kto zatem bez kogo niczego by nie zrobił?
Kanclerz, wbrew jej oczekiwaniom, nie stracił wcale panowania nad sobą. On zachował stoicki spokój, pomimo tego, że kobieta jawnie go obraziła. Nie chciał jednak wściekać się przy niej. Zamiast tego, powoli podniósł się z fotela, złapał za swą laskę i opierając się na niej powoli podszedł do baronowej i rzekł, wciąż mając na twarzy wymalowany spokój:
- Radzę ci uważać na słowa. Kiedyś, kapitan straży cesarskiej, zakradł się w nocy do pokoju swojej siostrzenicy i pięknym nożem ze zdobioną rękojeścią zabił pewną dziewczynę we śnie. Rozumie pani? I to nie byle jaką dziewczynę. On zabił własną siostrzenicę, która była mu jak córka. A wie pani, czemu to zrobił? Bo ja mu kazałem. Bo kobieta ta popełniła ten poważny błąd, że zrobiła sobie ze mnie wroga. Nie radzę ci robić tego samego. Masz taką piękną szyję. Szkoda by było ją szpecić bliznami, prawda?
Baronowa przerażona złapała się instynktownie za gardło i poczuła, że serce już nie bije jej w piersi, ale prawie wychodzi ustami na zewnątrz. Załamana stała w miejscu i czekała, aż Zottornik każe jej odejść. Gdy to zrobił, wyszła z gabinetu, a następnie ruszyła w kierunku wyjścia.
- Przeklęty stary łajdak - powiedziała, gdy po kilku minutach odzyskała jakoś spokój ducha - Ale uważaj, jesteś już siwy, śmierć nad tobą krąży. Nie będziesz żył wiecznie. A ja będę pić swoje zdrowie jeszcze długo po tym, jak twoje stare kości rozsypią się w proch. Zobaczymy więc, kto kogo przetrzyma.

niedziela, 27 listopada 2022

Rozdział VI - Ważne rozmowy


Sissi nie miała ochoty na to, aby dalej się bawić na balu. Załamana jeszcze przez chwilę wpatrywała się w miejsce, w jakim kilka minut temu stała jej siostra zapłakana i załamana, a potem wróciła do swojego pokoju, gdzie usiadła na łóżku, nie wiedząc, co ma ze sobą począć. Po jej głowie krążyło mnóstwo myśli, a każda z nich bardziej przygnębiająca od poprzedniej. Z jednej bowiem strony Sissi była szczęśliwa, że Franciszek ją kocha i okazał jej to. Z drugiej jednak, czy aby na pewno powinien to zrobić w taki sposób, publicznie i przy wszystkich, dodatkowo raniąc Nene? Nie, zdecydowanie taka metoda okazywania miłości nie przemawiała do Sissi. To było ponad jej siły.
I co ona miała teraz zrobić? Przyznać, że też kocha Franciszka, zostać potem jego żoną i cieszyć się tym stanem rzeczy? Żyć ze świadomością, że swoje własne szczęście zbudowała na krzywdzie rodzonej siostry? A ponadto mieć świadomość, że nie pasuje do świata, do którego Franciszek próbuje ją wciągnąć, co na pewno by na każdym kroku jej okazywano? Czy życie pełnej tej sztywnej etykiety, którą już zdążyła częściowo poznać, będzie życiem, w którym się odnajdzie? Na te oraz na jeszcze wiele innych pytań, krążących jej teraz po głowie, nie umiała odnaleźć odpowiedzi. I czuła, że nieprędko je odnajdzie.
Ktoś nagle zapukał do drzwi. Sissi nie miała siły ani ochotę na czyjąkolwiek wizytę, jednak mimo to powiedziała: „Proszę” i zauważyła, że do pokoju wchodzi jej matka. Miała na twarzy wymalowaną bardzo zasmuconą minę.
- Nie przeszkadzam, kochanie? - zapytała.
- A niby w czym mogłabyś przeszkadzać, mamo? Chyba w myśleniu o tym, co tu się stało - odpowiedziała nie bez ironii Sissi - A to nie są pozytywne myśli, mogę cię o tym zapewnić.
- Domyślam się tego - powiedziała Ludwika, zamykając za sobą drzwi.
Podeszła powoli do córki, patrząc na nią ze smutkiem i współczuciem.
- Byłam u Nene. Próbowałam ją jakoś pocieszyć, ale chyba na chwilę obecną lepiej ją zostawić w spokoju - rzekła po chwili.
- Odniosłam takie samo wrażenie, gdy nakrzyczała na mnie, oskarżając mnie o wszystko, co najgorsze - odparła Sissi.
- Nie miej do niej o to żalu. W jednej chwili publicznie przekonała się, jak to wszystko, na co miała nadzieję, rozpada się niczym domek z kart. W takiej sytuacji trudno jest chyba zachować się rozsądnie, a oskarżanie innych o celowe dążenie do skrzywdzenia nas jest czymś normalnym.
- Owszem, ale sądziłam, że Nene lepiej mnie zna. I wie, że nigdy celowo bym jej nie skrzywdziła.
- Ona to wie, kochanie. Po prostu mówiła pod wpływem emocji. Wiem, że to dla ciebie bardzo przykre, ale postaw się w jej sytuacji.
- Ja mam się postawić w jej sytuacji? - zapytała ze złością Sissi, zrywając się z miejsca i zaczynając chodzić nerwowo po pokoju - A ona nie może się postawić w mojej? Myśli, że sprawia mi przyjemność taka sytuacja? Franciszek nawet nie poprosił mnie o rękę. Postawił mnie przed faktem dokonanym! Nawet nie zapytał mnie, czy go kocham.
- A kochasz go? - spytała Ludwika, uważnie przyglądając się córce.
Sissi już chciała zawołać, że nie, że nie wyobraża sobie, aby mogła go kochać i żyć z nim, jednak była osobą z natury prawdomówną i uczciwą, mówiącą zawsze tylko to, co naprawdę czuje, choć czasami może zbyt egzaltowanie. Taką jednak miała naturę. Brzydziła się kłamstwem i nie była w stanie mówić je bliskim sobie osobom, zwłaszcza matce. Dlatego westchnęła głęboko i spojrzała na nią, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa.- Powiedz mi, córeczko. Kochasz go? - powtórzyła Ludwika.
- Tak, mamo. Kocham go - odpowiedziała ze smutkiem w głosie Sissi - Jak ja mogłabym go nie kochać? Kochałam go całe życie, odkąd jeszcze byliśmy oboje dziećmi. Zawsze byliśmy sobie bliscy, zawsze mogliśmy na siebie liczyć, nigdy on mnie nie skrzywdził. Kocham go i marzę o tym, aby być z nim. Ale nie za cenę nieszczęścia mojej siostry. Przecież ona też go kocha.
- Nie, Sissi. Nene go nie kocha. Ona jedynie zauroczyła się nim i dlatego jej serce teraz pęka ze smutku. Ale to wszystko minie, zobaczysz. Teraz cierpi, jednak z czasem jej minie. Choć widok jej łez bardzo mnie boli, nie mogę cię namawiać, abyś rezygnowała ze swojego szczęścia dla życia w fałszu, na jakie by się skazała, wychodząc za kogoś, kto jej nie kocha. Bo przecież Franciszek kocha ciebie, nie ją i obie dobrze o tym wiemy. Czy myślisz, że oboje byliby szczęśliwi, gdyby wzięli ślub? Mylisz się. Oboje by cierpieli i nikomu by to nie przyniosło pożytku.
- Mamo, ale teraz wszyscy myślą, że celowo odbiłam siostrze narzeczonego.
- Nikt tak nie myśli. Poza wtajemniczonymi osobami, a tych jest niewielu, to nikt na tym balu nie wiedział o tym, że to Nene została wybrana na żonę dla ich cesarza. A wtajemniczeni, z obawy przed skandalem, będą siedzieć cicho. Nikt cię więc o nic nie oskarża.
- Nikt oprócz Nene. I pewnie jeszcze cioci Zofii. Widziałam, jak podczas balu na mnie spojrzała, kiedy Franciszek dał mi kwiaty. Była wściekła. Mroziła mnie swoim wzrokiem. Na pewno uważa, że to ja jestem wszystkiemu winna.
Ludwika westchnęła, głęboko poruszona tym, co powiedziała Sissi. Tego już nie mogła potraktować z pobłażaniem, tak jak chwilowego cierpienia Nene.
- To prawda, Zofia to trudna osoba i niełatwo będzie ją przekonać do tego, że nie ponosisz za to żadnej winy. Poza tym, to rujnuje jej wielkie polityczne plany i tego przede wszystkim nie jest ci w stanie wybaczyć. Ale spokojnie, spróbuję z nią na ten temat porozmawiać. Przekonam ją, że nie jesteś niczemu winna, a ponadto jej najważniejsze plany, czyli ślub jej ukochanego syna się wydarzy, tylko panna młoda będzie inna. Wierzę, że jak się uspokoi, to przyjmie to do wiadomości i nie będzie wam stawać na drodze do szczęścia, choć nie przyjdzie jej to łatwo. Zofia jest bardzo uparta, ale w końcu nawet i do niej musi w końcu dotrzeć, że nie będzie i nie może decydować o wszystkim.
- Ale zanim to się stanie, będzie mnie nienawidzić. A ja się bardzo boję tego uczucia. Ja się boję ludzkiej nienawiści. Nie chcę, żeby ktokolwiek żywił do mnie tego rodzaju uczucia.
- Zofia cię nie będzie nienawidzić, córeczko. Po prostu jej miłość własna i jej duma zostały urażone i dlatego będzie zła, może nawet ci to okazywać, ale zaraz nienawiść? Trochę przesadzasz.
- Nawet jeśli to nie jest nienawiść, to jest to złość.
- Ludzkiej złości nie unikniesz, kochanie.
- Uniknę, mamo.
- Niby w jaki sposób?
- Po prostu, nie przyjmę oświadczyn Franciszka.
- Nic ci to nie da, Sissi. Wszyscy będą uważać, że spotkał cię wielki zaszczyt i nie umiesz tego docenić i będą cię nie lubić za to, iż złamałaś serce Franciszkowi i to po tym, jak obdarzył cię tak wielkim honorem, jakim są zaręczyny.
Sissi spojrzała ze śmiertelną powagą na matkę i powiedziała:
- Przysięgam ci, mamo... Nie prosiłam go o to, aby to zrobił. Nie prosiłam go, żeby wyznał mi miłość kosztem Nene.
- Ale chciałaś tego, Sissi - odparła na to Ludwika - Chciałaś, aby odwzajemnił twoje uczucie. Chciałaś być z nim szczęśliwa.
- Myślisz, że tutaj można być szczęśliwym? Mamo, ten pałac jest piękny, ale to jest złota klatka. Nie ma w nim tyle radości, ile u nas, w Possenhofen. Wszystko tu jest takie sztywne, oficjalne, ponure... Te zasady, ta etykieta. Nie widziałam, co prawda jeszcze wszystkiego, na co ich stać, ale słyszałam i widziałam dość, aby nie chcieć tutaj żyć. Nie umiałabym być niewolnicą etykiety.
- Niestety, takie panują tutaj zasady. Od czasów cesarza Karola V się one nie zmieniają i nie wiem, czy kiedykolwiek się zmienią. Gdybyś została żoną Karola, nie musiałabyś tak sztywno ich wszystkich przestrzegać. Jako małżonka jedynie arcyksięcia, brata cesarza, miałabyś więcej przywilejów i wolności. Ale jako żona cesarza będziesz musiała pewne sprawy sobie przyswoić.
Sissi wiedziała, że matka mówi prawdę. Świadomość tego jednak bardzo ją raniła, dlatego zasłoniła sobie oczy dłonią i powiedziała:
- Gdyby on tylko nie był cesarzem... Naprawdę, mamo. Sto razy lepiej bym wolała, gdyby był drwalem. Wtedy moglibyśmy żyć w zgodzie sami ze sobą, a tak będziemy musieli żyć w zgodzie z tą beznadziejną etykietą. Dotąd mnie tylko ona śmieszyła, teraz mnie ona przeraża.
- Wszystko będzie dobrze, córeczko - powiedziała Ludwika, podchodząc do Sissi i dotykając jej ramienia.
Dziewczyna przytuliła się do niej mocno, roniąc przy tym łzy, które kapały na materiał sukni księżnej bawarskiej.
- Co ja mam zrobić, mamo? Co ja mam zrobić? - pytała Sissi.
Ludwika tuliła ją czule do siebie i gładząc jej włosy, odpowiedziała:
- Nie wiem, córeczko. Nie wiem. Kiedy byłaś mała, było nam o wiele łatwiej rozwiązywać twoje problemy. Teraz już nie jest to takie proste. Nic już w naszym życiu nie jest proste.

***

Noc minęła Sissi w miarę spokojnie, choć oczywiście nie pozbawiła jej wcale wątpliwości na temat tego, co powinna zrobić. Z jednej strony bardzo chciała być z Franciszkiem i zostać jego żoną, z drugiej jednak wielki świat etykiety, zasad oraz innych panujących na cesarskim pałacu przepisów budził w niej paniczny strach. Sissi nie była osobą strachliwą i nie było łatwo wzbudzić w jej sercu lęk. Jedną z rzeczy, jakie ją przerażały była klatka ograniczeń. Jako osoba ceniąca sobie ponad wszystko wolność, nie umiałaby się w tym wszystkim odnaleźć. I nie umiałaby w tym świecie być szczęśliwa. Chyba, żeby Franciszek go zmienił. Ale to było raczej mało prawdopodobne, podobnie jak i to, że ciocia Zofia nie będzie okazywać jej jawnej niechęci z powodu tego, iż doprowadziła go zawalenia jej wielkich planów politycznych. A przecież nie zrobiła tego specjalnie. Nie chciała nikogo krzywdzić ani wywoływać takiego zamieszania. A mimo to stała się, mimowolnie rzecz jasna, przyczyną tak wielkiej awantury.
Rano postanowiła o tym wszystkim porozmawiać z Franciszkiem. Chciała z nim wyjaśnić pewne kwestie i zrozumieć, co powinna zrobić. Liczyła, że jej dawny przyjaciel z dzieciństwa, który to zawsze umiał jej pomóc w trudnych sytuacjach, teraz też zdoła tego dokonać. Dlatego, zaraz po śniadaniu, poszła go poszukać. Bez większych trudności odnalazła jego gabinet, w czym pomogła jej Ida Ferenczy, znająca pałac jak własną kieszeń. Przed owym pokojem zatrzymali ją strażnicy i odźwierny.
- Wasza Wysokość, teraz nie wolno tam wejść. Cesarz jest na naradzie - rzekł ten ostatni.
- Ja właśnie w tej sprawie. Chodzi o naradę - odpowiedziała ironicznie Sissi.
- Ale ja nie mogę Waszej Wysokości wpuścić.
- Ale mimo to, zrobisz to.
Ida Ferenczy podsunęła się lekko do odźwiernego i powiedziała do niego po cichu, głuchym szeptem:
- Lepiej się pan jej nie narażaj. To przyszła cesarzowa. Kiedy tylko zostanie żoną cesarza, wyrzuci pana z pracy. Chce pan tego?
Odźwiernemu bynajmniej nie zależało na tym, aby tracić swoje bardzo dobre stanowisko, dające mu niezły dochód i dlatego dał znak strażnikom, aby obaj się przesunęli i wpuścili Sissi. Ci nie byli pewni, czy powinni tak postąpić, ale mimo to ostatecznie ustąpili, a księżniczka bez żadnych oporów weszła do gabinetu. Tam zastała Franciszka siedzącego przy biurku i słuchającego usadowionych naprzeciw niego dwóch mężczyzn, zdających mu z czegoś raport.
- Franz, chciałabym z tobą porozmawiać - powiedziała Sissi, przybierając jak najbardziej poważny ton.
Urzędnicy obejrzeli się na nią bardzo zdumieni jej obecnością i śmiałością, na jaką żadna inna osoba nigdy by sobie nie pozwoliła. Franciszek z kolei sprawiał wrażenie zachwyconego obecnością ukochanej. 
- Witaj, Sissi. Co cię tu sprowadza? - zapytał takim tonem, jakby księżniczka złożyła mu przyjacielską wizytę w prywatnym miejscu.
- Muszę z tobą porozmawiać. Na osobności.
Po tych słowach, Sissi wymownie spojrzała na urzędników, dając im swoim wzrokiem do zrozumienia, że nie życzy sobie ich obecności. Ci byli zmieszani, a jednocześnie zdegustowani zachowaniem księżniczki. Żadna z kobiet, którą znali nie pozwalała sobie nigdy na taką śmiałość nie tylko wobec cesarza, ale i wobec nich samych. Przywykli do posłusznych żon i córek, dlatego też widok bawarskiej dziewczyny, która tak jawnie lekceważyła sobie panujące tutaj zasady, był dla nich co najmniej szokujący. Sam cesarz jednak wychodził z innego założenia, gdyż dla niego zachowanie Sissi było niezwykle zachwycające, naturalne oraz szczere, czyli takie, jakie zawsze było, odkąd tylko pamiętał.
- Jak panowie widzicie, moja ukochana ma temperament, który dodaje jej tak wiele uroku osobistego, iż trudno mu się oprzeć - powiedział dowcipnym tonem - Poza tym, byłoby niegrzecznością odmówić swojej narzeczonej. Jeszcze, nie daj Boże, zmieni zdanie i nie zechce mnie poślubić. Dlatego wybaczcie, ale...
- Oczywiście, Wasza Cesarska Mość - odpowiedzieli chórem mężczyźni, od razu wstając z krzeseł i składając ukłon swojemu władcy, po czym wyszli z sali.
Mijając Sissi, również lekko się jej skłonili, choć bez poszanowania, z jakim to zrobili, kiedy oddawali ukłon cesarzowi. Chwilę później wyszli, zamykając za sobą drzwi, a Franz i Sissi zostali sami.
- Może zechcesz usiąść? - zaproponował Franciszek, wskazując Sissi krzesło.
- Daruj sobie te uprzejmości. Wczoraj jakoś nie miałeś na nie względu, to co cię one teraz obchodzą? - rzuciła ze złością Sissi.
- Mówił ci już ktoś, że jesteś piękna, kiedy się złościsz?
- Nie drażnij mnie lepiej, bo za chwilę bardziej wypięknieję.
- Nie miałbym nic przeciwko temu.
- Inaczej będziesz mówić, jak się naprawdę zdenerwuję. Wtedy nie będzie ci już tak do śmiechu, jak teraz.
- Mimo wszystko zaryzykuję.
Sissi spojrzała jeszcze bardziej rozdrażniona na Franciszka i zapytała:
- Myślisz, że jak jesteś cesarzem, to wolno ci deptać uczucia innych?
- Nigdy nie zamierzałem tego robić - odpowiedział Franz.
- A wczorajsza sytuacja? A to, co zrobiłeś mnie i Nene?
- O co ci chodzi, Sissi?
- O to, w jakiej sytuacji nas stawiasz. Co to za mowa o twojej narzeczonej?
- A nie jesteś nią? Cały dwór może to potwierdzić.
- Ale ja jakoś nic o tym nie wiedziałam.
Franciszek spojrzał na nią zdumiony. Początkowo pomyślał, że jego ukochana żartuje, ale widząc, iż jest śmiertelnie poważna, odparł:
- Jak to? Chcesz powiedzieć, że nie wiedziałaś o tym, jakie zwyczaje panują na naszym dworze?
- Jakoś nie wiedziałam. Wszyscy wokół mnie wiedzieli, o co ci chodzi, kiedy mi wręczyłeś bukiet kwiatów, tylko ja jedna tego nie wiedziałam.
- Myślałam, że matka lub siostra ci to wszystko wyjaśniły.
- Nie wyjaśniały mi niczego. Zapewne dlatego, że uznały, że skoro mam być żoną twojego młodszego brata, to niepotrzebna mi taka wiedza. Bo przecież Karol miał inaczej mnie poprosić o rękę.
- To prawda. Ale naprawdę myślałem, że ci powiedziano, jakie tu panują w tej sprawie obyczaje. Wtedy niespodzianka, jaką dla ciebie przygotowałem, byłaby z całą pewnością przyjemna.
- Niespodzianka? Jaka niespodzianka? Publiczne upokorzenie mojej siostry? Postawienie mnie przed faktem dokonanym? Też mi niespodzianka!
- Chciałem być romantyczny, Sissi.
- Chciałeś podtrzymać rodzinne tradycje, które są dla ciebie o wiele bardziej ważne niż wszystko inne. Nawet niż ja!
- Sissi, nie mów tak! Wiesz, że nic i nikt nie jest dla mnie równie ważny, co ty - powiedział Franciszek, podchodząc do Sissi i patrząc jej w oczy.
- Więc czemu postawiłeś mnie w takiej sytuacji? Nene nie chce mnie znać, a twoja matka zapewne uzna mnie teraz za wroga - odpowiedziała Sissi.
- Moja matka się złości, bo pierwszy raz nic nie idzie po jej myśli, ale to tylko chwilowe. W końcu przestanie to robić i będzie cieszyć się naszym szczęściem. A co do Nene, sam jej wszystko wyjaśnię, a wtedy zrozumie, że nie mogłem postąpić inaczej.
- Ale dlaczego, Franz? Dlaczego nie mogłeś postąpić inaczej?
- Jeszcze tego nie rozumiesz, Sissi?
Księżniczka spojrzała na niego z uwagą, jakby próbowała wyczytać prawdę z jego oczu. Nie była jednak pewna tego, co w nich zobaczyła i dlatego rzekła:
- Naprawdę to wszystko jest jakieś dziwne. Powiedz mi, czemu nie wybrałeś Nene? Co masz jej do zarzucenia?
- Nic, Sissi - odpowiedział czułym tonem Franciszek - Jest piękna, mądra, ma dobre serce i odpowiednie wykształcenie. Ale widzisz, nie chodzi o to, jaka twoja siostra jest, ale jaka nie jest. A nie jest tobą.
- Co jest takiego we mnie wyjątkowego, że wolisz mnie, a nie ją?
- Nie wiesz, Sissi? Ty naprawdę nie wiesz? Bo jesteś wyjątkowa pod każdym względem. Dobra, piękna, mądra i wrażliwa, naturalna i szczera. Masz w sobie tak wiele wdzięku, tak wiele radości i chęci życia, tak wiele miłości. Gdy kochasz, to robisz to całym sercem. Nigdy nikogo nie udajesz. Nigdy nie jesteś fałszywa. Jak coś mówisz lub robisz, to jesteś uczciwa. Potrafisz odnaleźć radość tam, gdzie nikt inny tego nie umie zrobić. Można zawsze na tobie polegać. Poza tym, jesteś moją małą Sissi. Moją małą i serdeczną przyjaciółką z dzieciństwa, z którą zawsze było mi tak dobrze. I którą obiecałem poślubić. Pamiętasz?
Sissi lekko parsknęła śmiechem, rozbawiona tego rodzaju argumentem.
- Proszę cię, Franciszku. Przecież to miało miejsce tak dawno. Traktujesz tego rodzaju obietnice na poważnie?
- Ja wszystkie swoje obietnice traktuję poważnie - odpowiedział Franciszek - Zwłaszcza te obietnice, które składam tobie.
- W takim razie obiecaj mi, że odwołasz to wszystko. Nie mogę zostać twoją żoną. Nie umiałabym żyć w twoim świecie.
- Nauczysz się tego, Sissi. Poza tym, zawsze ten świat można zmienić tak, abyśmy oboje byli w nim szczęśliwi.
- Nie, Franz. Nie zdołamy tego zrobić. Proszę, ożeń się z Nene. Ona cię kocha i da ci wiele szczęścia.
Mówiła to wbrew sobie, ale wychodziła z założenia, że tak będzie lepiej. Dla niej, dla Nene i dla Franciszka. On jednak uważał inaczej.
- Nawet jeżeli odrzucisz moje uczucie, nie poślubię Nene. Nie kocham jej, a i ona wcale mnie nie kocha. Jeśli cierpi, to dlatego, że pomyliła rodzaj uczucia, jakie żywi do mnie. Pomyliła sympatię z miłością.
- Tego nie możesz wiedzieć.
- Jak powiedziałem, nie poślubię twojej siostry. Ale mogę odwołać to, o czym wczoraj powiadomiłem cały świat. Ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Popatrz mi prosto w oczy i powiedz, że mnie nie kochasz. Że nic do mnie nie czujesz i nigdy nie poczujesz. Wtedy to wszystko odwołam.
Sissi spojrzała mu odważnie w oczy i chciała już powiedzieć to, o co prosił, ale nie zdołała wypuścić tego z ust. Jej serce zawsze należało tylko do niego i on to dobrze wiedział. Okłamywanie go zatem nie miało najmniejszego sensu. Za dobrze ją znał, aby uwierzyć w szczerość takich słów. Poza tym, Sissi naprawdę nigdy nie kłamała i nie była w stanie tego zrobić. A nawet gdyby mogła to zrobić, to tylko wobec obcych sobie osób, a nie wobec bliskich. Nie, bliskich kochała, a dla niej miłość wymagała szczerości i uczciwości. Dlatego nie była w stanie teraz skłamać i jedynie opuściła smutno wzrok, a w tej samej chwili Franciszek dotknął czule jej policzka i powiedział:
- Sama widzisz. Nie jesteś w stanie mnie okłamać. Nie umiesz tego zrobić, bo to zraniłoby nas oboje. Dlatego jestem pewien, że jesteś warta moich uczuć.
- Franz, proszę. Przecież ja się nie nadaję do życia na dworze. Nigdy mnie nie uczono tego, jak mam tu żyć. A co, jeżeli sobie nie poradzę?
- Poradzisz sobie, najdroższa. Poradzisz sobie. I nie będziesz z tym sama. Ja ci pomogę, jak tylko mogę najlepiej.
Sissi spojrzała mu w oczy z miłością i czułością, wierząc, że jest wobec niej uczciwy i szczery. Zawsze mogła na nim polegać, zawsze dotrzymywał słowa. To sprawiało, że była w stanie uwierzyć w jego zapewnienia.
- Och, Franz. Tak się boję. Tak bardzo się boję, że nie dam sobie rady być nie tylko twoją żoną, ale i cesarzową.
- Dasz sobie radę, Sissi. Ty zawsze ze wszystkim sobie dawałaś radę.
- Bo ty mnie zawsze wspierałeś.
- I dalej będę to robił. Masz na to moje słowo.
Sissi spojrzała mu głęboko w oczy i uśmiechnęła się delikatnie. Wiedziała, że może mu zaufać, jak zawsze to robiła i pod tym względem nic się nie zmieniło. W jej sercu od razu pojawiła się radość oraz ogromne ciepło. Jej obawy wobec Franza nie potwierdziły się. Mimo pewnych wad, wciąż był tym samym chłopcem, który był jej tak bliski w dzieciństwie i z którym zawsze umieli się nawzajem zrozumieć. Jak mogła mieć kiedykolwiek wątpliwości, że jest inaczej?
Czułą scenę przerwało wejście odźwiernego, który zapowiedział przyjście do cesarza na rozmowę Jego Ekscelencji, kanclerza Zottornika. Franciszek kazał go wpuścić, a po kilku sekundach do gabinetu wkroczył wysoki mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, przesadnie chudy i łysy, z lekkimi zakolami po bokach głowy, ubrany w jadowicie zielony strój oraz podpierający się laską z głową orła zamiast gałki. Pod pachą miał teczkę z dokumentami. Był najwyraźniej zdumiony, gdy zobaczył w pokoju Sissi, ale starał się tego nie okazywać.
- Proszę wybaczyć, Wasza Cesarska Mość, ale chodzi o sprawy...
- Wagi państwowej, wiem - odpowiedział wesoło Franciszek - Spokojnie, za chwilę się nimi zajmiemy. Najpierw jednak dokonam prezentacji. Kanclerzu, oto moja narzeczona, księżniczka Elżbieta. Sissi, a oto moja prawa ręka i podpora we wszystkich sprawach państwowych, kanclerz Hans Zottornik.
- Bardzo mi miło pana poznać - powiedziała życzliwie Sissi, lekko dygając.
- Mnie również, Wasza Wysokość - odpowiedział kanclerz, składając głęboki ukłon przed Sissi.
- Musisz nam teraz wybaczyć, moja droga, ale sama rozumiesz. Jako cesarz mam poważne obowiązki, którym muszę podołać - rzekł życzliwym tonem Franz - Ale chętnie jeszcze dzisiaj z tobą porozmawiam.
Sissi uśmiechnęła się do niego czule i wyszła z pokoju. Jej wzrok wówczas spotkał się ze wzrokiem kanclerza, który to wyszczerzył delikatnie usta do niej w dosyć osobliwej wersji uśmiechu. Wersja ta nie spodobała się Sissi, która lekko zadrżała z niepokoju. Dopiero teraz spostrzegła, że mężczyzna ma bladą cerę jak u trupa lub wampira z miejscowych podań. Księżniczka je doskonale znała, jednak nigdy w nie specjalnie nie wierzyła, traktując to jako bajki podobne do tych, które pisali bracia Grimm. Teraz jednak przez chwilę zwątpiła w nieprawdziwość tych opowieści i przyszło jej do głowy, że być może w historyjkach starej niani jednak istniało ziarnko prawdy. Dodatkowo w uśmiechu Zottornika było coś takiego, co wzbudziło jej niepokój. Nigdy jeszcze nie miała takiego lęku na widok kogoś, kto się do niej uśmiechał.
Gdy jakąś godzinę później rozmawiała o tym wszystkim z Ludwikiem, wciąż lekko drżała na samo wspomnienie tego człowieka.
- Powiedz mi, czy znasz kanclerza Franciszka? - zapytała kuzyna.
- Masz na myśli starego Zotusia? - spytał ironicznie Ludwik - Owszem i to aż za dobrze. Jako dziecko często tu przyjeżdżałem z matką, która jak pewnie wiesz, była siostrą zmarłego cesarza. I odkąd tylko sięgam pamięcią, stary Zotuś, jak go wtedy nazywaliśmy z Franciszkiem i Karolem, zawsze tutaj był. Oczywiście wtedy był sporo młodszy, ale nawet w wieku czterdziestu lat był chudy jak szczapa oraz blady jak trup. Podobno ma astmę i to dlatego, ale nie wiem, czy to prawda.
- On zawsze był taki stary? - zapytała Sissi.
- Jak go pierwszy raz zobaczyłem, to miałem dziesięć lat, a on czterdzieści i już wtedy był odpychający z wyglądu. Nigdy nie budził naszego zachwytu, ale to akurat nic dziwnego. Bardziej nas zachwycały damy dworu arcyksiężnej Zofii. A te miała ona zawsze bardzo ładne.
Sissi uśmiechnęła się rozbawiona, jakoś łatwo wyobrażając sobie to, o czym jej mówił Ludwik. Ona rzadko bywała w Wiedniu, gdyż nie czuła się w nim za dobrze, a ponadto częściej Franciszek odwiedzał ich niż ona jego. Ludwik z kolei, który przez swoją matkę był kuzynem Franza, a przez ojca jej kuzynem, bywał tu wtedy, gdy był dzieckiem i to wiele razy. Z czasem, kiedy dorastał, nie odwiedzał Wiednia już tak często jak kiedyś, ponieważ coraz bardziej dostrzegał na dworze cesarskim to, co mu się zdecydowanie nie podobało, a ponadto Franciszek i Karol, zajęci swoimi sprawami nie mieli już dla niego tyle czasu, co kiedyś. Poza tym, ostatecznie wyjechał na studia i pokochał zdobywanie wiedzy do tego stopnia, że kontynuował je nawet wtedy, gdy już ukończył uniwersytet w Paryżu. Mimo to, od czasu do czasu sam Franciszek zapraszał go tutaj, aby spędzić z nim nieco czasu i przypomnieć sobie stare czasy. Dlatego na pewno lepiej znał cesarski dwór aniżeli Sissi, której wizyty w nim były niezwykle rzadkie. Mógł zatem powiedzieć swojej kuzynce coś na temat człowieka, który wzbudził w niej taki niepokój.
- Czyli mówisz, że on tak zawsze wyglądał? - spytała po chwili Sissi.
- Bez dwóch zdań. Zawsze był wysoki, chudy oraz trupioblady, a jego wygląd zawsze wyprzedzał jego wiek. Ponadto nigdy nie budził w nas specjalnej sympatii.
- Jakoś wcale mnie to nie dziwi. On wygląda jak wampir.
Ludwik parsknął śmiechem, gdy to usłyszał.
- A wiesz, że jak byłem dzieckiem, to myślałem tak samo jak ty teraz?
- Serio? - zdziwiła się Sissi.
- Oj tak. Naprawdę, ten człowiek zawsze nas przerażał. Franz i Karol się go zawsze bali. Ja trochę mniej, bo byłem starszy, ale mimo wszystko, te opowieści o wampirach, jakich się nasłuchaliśmy zrobiły swoje. Z czasem przestaliśmy się go jednak bać i zaczęliśmy go nazywać starym Zotusiem, bo jak z czegoś się śmiejesz i to do rozpuku, to się tego nie boisz. I tak jakoś nam ten strach minął. Choć Karol do dzisiaj czasami drży na sam widok tego starego grata. Tak swoją drogą, to mnie dziwi, że Franz jeszcze go nie posłał na emeryturę. Chce wprowadzać zmiany w kraju, a otacza się konserwatystami i tzw. starą gwardią.
Oboje z Sissi parsknęli śmiechem, nie mogąc powstrzymać swoich myśli od tego, jak bardzo owo określenie pasuje do Zottornika.
- Stara gwardia. Bo rozumiesz, on jest strasznie stary - mówił, dusząc się przy tym ze śmiechu Ludwik.
- Oj tak. On i reszta mu podobnych urzędników to rzeczywiście stara gwardia. Nawet bardzo stara - chichotała rozbawiona do łez Sissi.
Żarciki te sprawiły, że przestała myśleć o tym, jaki niepokój wzbudził w niej ten człowiek. O ile rzeczywiście był człowiekiem. Bo naprawdę ta trupioblada cera i ten jego ponury uśmiech robiły swoje. Ale mimo tego dobrego nastroju nie była w stanie całkowicie zapomnieć o nieprzyjemnym wrażeniu, jakie on na niej zrobił.
- Naprawdę to jakiś dziwny człowiek - mówiła potem do Ludwika - No i tak fałszywie się do mnie uśmiechał. Jakby chciał mnie ugryźć.
- Spokojnie, Sissi. Na pewno nie zrobi tego w obecności Franciszka. Ani też bez jego wiedzy. Bo prędzej czy później albo ja, albo cesarz by się dowiedzieli o tym i wtedy drań miałby z nami do czynienia.
- Czyli nie powinnam się go obawiać?
- Obawiać nie, ale strzec, to i owszem. To nie jest człowiek, którego mógłbym obdarzyć zaufaniem.
- Czyli nie zaufałbyś mu?
- W niczym. I tobie też radzę tego nie robić. Poza tym, to konserwatysta starej daty. A tacy są najgorsi. Przeciwni wszelkim postępom. Dla nich zasady, jakie ich wychowały są tożsame z wolą Boga, której łamać nie wolno. Takim to nigdy nic nie wytłumaczysz. Tacy jak on nie zrozumieją i nie zechcą zrozumieć niczego, co wykracza poza ich wąski światopogląd.
- Dlaczego więc Franciszek, skoro chce zmian, nadal go tu trzyma?
- Bo mimo wszystko jest niepewny, co do tych zmian. A poza tym, to kanclerz jak dotąd wiernie służył cesarstwu. Dlatego Zofia uważa, że jest tu potrzebny, zaś nasz drogi Franz wciąż się liczy z jej zdaniem. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
- Dlaczego tak mówisz?
- Bo Zofia też jest przeciwna reformom. A ten kraj ich potrzebuje, czy oni ich chcą, czy też nie. Franz jest otwarty na zmiany, ale jest wobec nich nadal niepewny i nieufny. A wpływ kanclerza starego grzyba i konserwatywnej mamusi wcale mu nie pomaga się do nich przekonać.
- Ale chyba się z czasem do nich przekona tak całkowicie, prawda?
- Wierzę, że tak. Spokojnie, na wszystko przyjdzie czas. Na razie skupmy się na tym, iż jesteś cesarską narzeczoną. Czas zacząć przygotowywać się do twoich nowych obowiązków.

***

W tym samym czasie, kiedy Sissi dzieliła się najpierw z Franciszkiem, a zaraz potem z Ludwikiem swoimi spostrzeżeniami, Zofia wezwała do siebie jej matkę. Bardzo chciała omówić z nią pewne sprawy, które wzbudzały w niej niepokój, a raczej ogromną złość, którą próbowała w sobie stłumić. Powtarzała sobie w duchu, że matce cesarza nie wypada się w taki sposób zachowywać, lecz mimo tego miała ochotę gryźć, szarpać i drapać każdego, kto tylko nawinie się jej pod ręce, a już zwłaszcza osobę odpowiedzialną za to wszystko. Wcześniej oczywiście, próbowała porozmawiać o tym wszystkim z Franciszkiem, ale nic to jej nie dało, ponieważ jej pierworodny, dotąd chętnie słuchający jej rad, tym razem nie przyjmował do siebie żadnego tłumaczenia.
- Matko, powiedziałem już chyba wystarczająco jasno. Pozwalam ci, abyś mi doradzała w sprawach politycznych, ponieważ polegam na twoim doświadczeniu, ale w kwestii uczuć pozwól, abym ufał moim, a nie twoim osądom. A poza tym, ja kocham Sissi i cokolwiek mi o niej powiesz, nic tego nie zmieni.
Tymi słowami, Franz całkowicie uciął temat odwołania swojego małżeństwa z młodszą córką księżnej Ludwiki i dał jasno matce do zrozumienia, iż nie chce od niej przyjmować jakichkolwiek protestów. Zofia pojęła więc, że próby przekonania go do zmiany zdania nic tu nie dadzą, postanowiła zatem porozmawiać o tym, co się stało z Ludwiką.
Gdy tak o tym wszystkim rozmyślała, do pokoju weszła służka z ważną dla jej pani informacją.
- Przybyła Jej Wysokość, księżna Ludwika von Wittelsbach.
- Doskonale. Niech wejdzie - odpowiedziała Zofia.
Sługa wyszła i poinformowała księżnę, że matka cesarza prosi na rozmowę. Ludwika nie kazała na siebie czekać i od razu weszła do gabinetu swojej dawnej przyjaciółki.
- Wezwałaś mnie, Zofio - powiedziała - Chcesz ze mną porozmawiać?
- Tak, zgadza się. Siadaj, proszę. Mam z tobą do pomówienia.
Zofia wskazała dłonią Ludwice krzesło stojące naprzeciwko swojego biurka, na którym to księżna wygodnie się usadowiła. Domyślała się, dlaczego została tu wezwana, ale postanowiła pozwolić przyjaciółce się wypowiedzieć i nie uprzedzać w rozmowie tego, o czym arcyksiężna chce z nią mówić.
- Słucham cię zatem - powiedziała jedynie.
- Chyba nie muszę ci mówić, dlaczego cię tu wezwałam - rzekła na to Zofia - Chyba cały pałac wczoraj widział to, co zrobił mój syn. Jak zniweczył wszystkie moje plany na temat związku jego i Karola.
- Rozumiem, do czego zmierzasz, moja droga - powiedziała Ludwika - I nie chcę być niemiła, ale obawiam się, że pretensje za to powinnaś mieć do swojego syna, a nie do mojej córki. Bo na pewno ją o to wszystko winisz, mam rację?
- A twoim zdaniem, nie mam do tego prawa? - zapytała ze złością Zofia - Tak się namęczyłam, aby wszystko idealnie dopiąć na ostatni guzik i zapewnić dobry ożenek moim synom, a twoja nieodpowiedzialna córeczka wszystko mi psuje! I to dlaczego? Bo miała taki kaprys! Jak ty w ogóle wychowałaś Elżbietę? Ona weszła wam wszystkim na głowę. Gdyby tak była moją córką, stawałaby przede mną na baczność, a pod twoim wychowaniem zachowuje się jak rozbrykana sarna! Oto i efekt wiejskiego wychowania. Dzieci wyrastają na niesubordynowane istoty!
- Moja droga, posuwasz się za daleko! - powiedziała stanowczo Ludwika, z trudem zachowując przy tym spokój - Moja córka nie jest niczemu winna. Ona nie miała o niczym pojęcia. To twój syn postawił ją w sytuacji bez wyjścia. Za tę całą sytuację możesz winić jedynie jego. No, a poza tym, chyba już na samym początku postawiłam sprawę jasno. Moje córki wyjdą za twoich synów jedynie wówczas, gdy same tego zechcą i gdy twoi synowie równie tego będą chcieć. Dość już się na twoje warunki zgodziłam i pozwalałam na to, aby Sissi ubierała się skromnie i nie błyszczała ponad Nene, co było samo w sobie bardzo niesprawiedliwe. Jakoś ten warunek zdołałam zaakceptować, podobnie jak i ten, aby po tak krótkim okresie odnowionej znajomości organizować bal zaręczynowy, ale teraz obrażać siebie i moich dzieci ci nie pozwolę!
Po tych słowach, Ludwika zerwała się ze swego miejsca i powiedziała:
- Jeżeli tylko po to mnie wezwałaś, aby mnie zbesztać za to wszystko, co się wczoraj stało, to możemy zakończyć tę rozmowę, która do niczego nie prowadzi. I więcej ci powiem. Natychmiast zabieram obie swoje córki do Bawarii i nie będzie żadnego ślubu!
Zofia zrozumiała, że przesadziła i obraziła dawną przyjaciółkę, a ponadto też i to, iż jeśli Franciszek dowie się o tym wszystkim (a Ludwika już zadba o to, aby na pewno się dowiedział), wścieknie się i więcej się do matki nie odezwie. A mimo swoich wad, arcyksiężna posiadała tę zaletę, że kochała swoje dzieci i to ponad wszystko. I nie chciała w żaden sposób utracić ich miłości. Nawet zatem, jeśli była zła na Sissi i uważała, że nie jest to odpowiednia osoba na cesarzową Austrii, to nie powinna tego jawnie okazywać. Jej syn kochał tę dziewczynę, więc mówienie na nią samych nieprzyjemnych rzeczy zrazi go do matki i zepsuje ich relacje. A tego Zofia nie chciała. Szybko się więc opanowała i zanim Ludwika zdążyła wyjść z jej pokoju, zatrzymała ją, wołając:
- Ludwiko, zaczekaj! Przepraszam cię, poniosło mnie. Usiądź, proszę.
Księżna nie wierzyła w tę nagłą zmianę tonu, ale mimo wszystko postanowiła wysłuchać swojej przyjaciółki, gdyż bardzo kiedyś obie były sobie bliskie i z tego też powodu wolała nie przekreślać definitywnie ich relacji. Wróciła więc na swoje miejsce i usiadła wygodnie na krześle, ale patrzyła przy tym na Zofię ponuro, nie kryjąc swojego niezadowolenia.
- Słucham więc. Co masz mi teraz do powiedzenia? - spytała.
- Przepraszam za to, co przed chwilą ode mnie usłyszałaś - odpowiedziała jej Zofia - To było głupie i podyktowane złością. Nigdy nie powinnam była tego do ciebie mówić.
- Ani do mnie, ani do nikogo, Zofio. Powiedz mi, czy na podobną rozmowę wezwałaś już do siebie moją córkę? Czy zostawiłaś to sobie na później?
- Nie planowałam z nią o tym rozmawiać.
- To dobrze, bo nie życzę sobie, żebyś wylewała na nią swoje żale i te swoje niespełnione polityczne ambicje. Pogódź się z tym, że miłość nie jest sprawą, którą możesz sobie zaplanować. To nie jest bal, aby wszystko sobie przygotować i potem realizować punkt po punkcie wszystkie atrakcje. To jest o wiele bardziej złożona sprawa i nie da się przewidzieć każdego wariantu. Ani go wymusić.
- Rozumiem to doskonale, ale bardzo mi przykro, że nie dało się nam ożenić obu moich synów. Jedynie Franciszek sobie znalazł żonę, a biedny Karol ma teraz złamane serce, że już nie wspomnę o Nene.
Ludwika parsknęła śmiechem pod wpływem tych ostatnich słów.
- Nie rozśmieszaj mnie, Zofio. Karol i złamane serce? Nie wydaje mi się, aby to było możliwe. A zresztą, nawet jeżeli je ma, to na pewno jedna z tych twoich dam dworu go pocieszy. Tylko może przedtem je sprawdź, czy są zdrowe. Teraz to tyle chorób płciowych jest, że strach się bać.
- Wszystkie damy, zanim je przyjęłam na dwór, kazałam porządnie przebadać, skoro już o to pytasz - odpowiedziała Zofia nieco obrażonym tonem - Nie chciałam doprowadzić do tego, aby moi obaj synowie się czymś zarazili.
- Bardzo to chwalebne. A sama stręczysz te damy swoim synkom, czy może też pozostawiasz robotę rajfurki swojej przyjaciółce, baronowej von Tauler?
- Twoje pytania są bardzo niesmaczne, Ludwiko.
- Podobnie jak twoje sugestie wobec mojej córki, wiesz? Poza tym, jakoś nie bardzo mi się uśmiecha wydawanie Sissi i Nene za mąż za mężczyzn, którzy mieli chyba wszystkie kobiety na tym dworze.
- O, przepraszam cię bardzo. O Karolu możesz powiedzieć takie rzeczy, choć ja mu do łóżka nie zaglądam i nie wiem, ile tam było dam dworu. Ale Franciszek jest w porządku. Zapewne jakieś tam romanse miał, to zrozumiałe, jednak...
- Nie zrozum mnie źle, Zofio. Ja nie mam nic do tego, aby mężczyzna zdrowy i silny miał kochanki przed poznaniem swojej żony i zażył nieco życia. Jak pewnie dobrze wiesz, nasi mężowie nie byli lepsi pod tym względem, zwłaszcza mój. Ale oczekuję, że po ślubie następuje całkowity koniec z romansami. Franciszek jest na pewno porządnym człowiekiem i Karol też. Tyle tylko, że widziałam dzisiaj rano, kiedy poszłam pocieszać Nene, jak twój młodszy syn wychodził z pokoju pewnej damy dworu, bardzo zresztą ładnej. Jak na człowieka, który ma złamane serce, to jakoś nie bardzo wyglądał na nieszczęśliwego. Chyba, że ta twoja dama dworu jest genialną pocieszycielką.
- Do czego zmierzasz?
- Do tego, że jeżeli chcesz mi wmówić, iż Karol jest niepocieszony, to chyba musisz się bardziej postarać. I żeby była jasność, bardzo lubię Karola, to jest miły i uroczy chłopiec i trudno mi go nie lubić. Ale nie jest to mąż dla Sissi.
- A może dla Nene? Bo widzisz, skoro Sissi go nie chce, to może Nene?
- Dla niej tym bardziej on nie pasuje. Dla niej pasowałby Franciszek, jednak skoro on woli Sissi, to chwilowo Nene jest bez narzeczonego, ale jestem pewna, że tylko chwilowo. Na pewno niedługo pozna kogoś, kogo pokocha i kto pokocha ją taką, jaka jest. Ale wszystko w swoim czasie. Na razie więc musimy skupić się na tym, aby Sissi i Franz byli szczęśliwi. I to powinno być naszym celem, nie zaś obwinianie siebie nawzajem i zastanawianie się, dlaczego to nasz genialny plan nie wyszedł. Czasami plany zbaczają z kursu i po prostu musi tak być. A nam zostaje jedynie spróbować żyć dalej w warunkach, jakie przygotował dla nas los. W końcu nie są one chyba takie złe, prawda?
- Owszem, złe na pewno nie są. Choć wolałabym inne. Ale już mniejsza o to. Lepiej mi powiedz, co zamierzasz zrobić ze swoją młodszą córką? Przecież ona nie jest w ogóle przygotowana do bycia cesarzową. Nie będzie w stanie się odnaleźć w tym świecie.
- Też mnie to niepokoi, ale odpowiednie szkolenie i wszystko będzie dobrze.
- Uważasz, że to wystarczy?
- A co jeszcze, twoim zdaniem, powinnyśmy zrobić?
- W zasadzie chyba nic.
- No więc, sama widzisz. Trzeba po prostu Sissi przygotować do tego, kim w niedalekiej przyszłości zostanie i tyle. Wierzę w moją córkę i wierzę w to, że sobie z tym wszystkim poradzi.
- Obyś miała rację. Dla jej własnego dobra, lepiej by było, gdyby sobie z tym wszystkim poradziła. Inaczej nigdy nie zdoła się tu odnaleźć i nie da szczęścia ani mojemu synowi, ani sobie samej.
- Jeśli połączymy siły, na pewno damy sobie z tym drobnym problemem radę.
- Też w to wierzę. Dziękuję ci, Ludwikowi. I jeszcze raz przepraszam za to, że się tak uniosłam. Nie powinnam była tego robić.
Ludwika była lekko nieufna w stosunku do Zofii. Za dobrze ją znała, aby nie wiedzieć, że tak niespodziewana zmiana zdania z jej strony raczej nie jest czymś naturalnym i może oznaczać próbę uśpienia czyjeś czujności. Z drugiej wszakże strony, po co miałaby ją oszukiwać i chcieć podejść? I czy potrafiłaby to zrobić jej, swojej serdecznej przyjaciółce i kuzynce, co prawda dalszej, ale zawsze? Ludwika szybko odrzuciła tę myśl i zadowolona porozmawiała jeszcze przez chwilę z Zofią, po czym wyszła z gabinetu, aby pójść do swoich córek i rozmówić się z nimi. Gdy to zrobiła, arcyksiężna natychmiast kazała wezwać do siebie baronową von Tauler. Ta zjawiła się bardzo szybko.
- Wasza Wysokość wzywała mnie? - zapytała.
- Tak, mam dla ciebie zadanie - odpowiedziała jej Zofia - Tylko pamiętaj, że ono musi pozostać między nami.
- Jak każde ważne zadanie powierzone mi przez Waszą Wysokość.
- Doskonale. A zatem posłuchaj... Jak wiesz, cesarz miał poślubić najstarszą córkę mojej przyjaciółki, Ludwiki von Wittelsbach, Helenę, ale niestety, nic z tego planu nie wyszło, gdyż jego serce skradła jej młodsza siostra, Elżbieta.
- Tak, Wasza Wysokość.
- Wiem doskonale, że ta dziewczyna nie jest przystosowana do życia tutaj, na dworze cesarskim i to jest naszym atutem. Za kilka dni pojedzie ona do Bawarii, do swojego domu, aby pod bokiem matki przejść odpowiednie szkolenie, które to będzie wstępem do opanowania przyszłych obowiązków cesarzowej Austrii. Moja droga przyjaciółka, a jej matka sama nie podoła zadaniu przygotowania jej do tego. Będzie potrzebowała nauczycielki. Powierzam ci to zadanie. Masz przygotować ją do bycia cesarzową.
- Rozkaz, Wasza Wysokość. Przygotuję ją najlepiej, jak się tylko da.
- Zapamiętaj jednak jedno, Helgo. Elżbieta nie może przejść tego szkolenia. Ma zrozumieć, że życie na dworze nie jest dla niej. Ma poważnie się zastanowić nad tym, czy chce poślubić mojego syna i dojść do wniosku, że rezygnuje z tego. Jak zapewne dobrze wiesz, bardzo nie lubię, kiedy moje plany nie wychodzą i nie zamierzam odpuścić osobie, która te plany zniweczyła. Elżbieta musi więc mi za to zapłacić. A poza tym, ona nie nadaje się do bycia cesarzową. Jest zbyt niezależna i postępowa, czyli taka, jaka cesarzowa nigdy być nie powinna. Im szybciej zatem zrozumie, że życie tutaj nie jest dla niej, tym lepiej. Ona się wycofa, a Franciszek nie będzie mi w stanie niczego zarzucić, bo przecież narzeczona sama go porzuci.
- Rozumiem, Wasza Wysokość. Zrobię tak, jak Wasza Wysokość sobie życzy.
- Doskonale, Helgo. Ale pamiętaj... Ja nie mam mieć z tym nic wspólnego. To tylko i wyłącznie realizacja cesarskiego protokołu i tak Elżbieta ma to odbierać. Tak ona, jak i jej bliscy. Pamiętaj o tym. Nikt nie może się dowiedzieć, że chcemy ją do dworu zniechęcić. A zwłaszcza Franciszek, bo gdyby się o tym dowiedział, to nigdy by mi tego nie wybaczył. Nie mogę stracić syna z powodu tej dziewczyny. Dlatego dla własnego dobra, nie mów nikomu o tej rozmowie. Bo jeśli mój syn się o tym wszystkim dowie i mnie znienawidzi, to ty drogo mi za to zapłacisz.
Baronowa wzdrygnęła się, gdy to usłyszała. Doskonale wiedziała, że Zofia nie rzuca nigdy słów na wiatr, dlatego tylko dygnęła przed arcyksiężną i wyszła z jej pokoju, aby przygotować siebie i córkę do podróży do Bawarii, jaka miała mieć miejsce już wkrótce. Zanim jednak to zrobiła, udała się na jeszcze jedno spotkanie, do gabinetu kanclerza Zottornika, który właśnie siedział nad papierami.
- Czego chcesz, moja droga? Zajęty jestem - powiedział kanclerz, w ogóle nie odrywając wzroku od papierów.
- Mam nowinę, Ekscelencjo - odparła baronowa, ignorując warczącego na nią psa imieniem Demon, który właśnie obudził się z głębokiego snu.
- Pilne wiadomości miałaś mi zwykle przekazywać wieczorem, w tym moim drugim, tajnym gabinecie, który to służy do tego rodzaju rozmów. Nie życzę sobie, aby ktoś nas razem widział i nabrał jeszcze podejrzeń.
- Proszę mi wybaczyć, ale to nie może czekać.
Zottornik spojrzał wreszcie na kobietę i mimo wyraźnego niezadowolenia, dał znak ręką, aby jego rozmówczyni mówiła, o co jej chodzi.
- Arcyksiężna chce pozbyć się księżniczki Elżbiety z życia swego syna. Chce, abym jechała z nią do Bawarii i przeprowadziła jej szkolenie na nową cesarzową.
- To zaszczytna funkcja ci się trafiła. Rozumiem już, czemu mi to mówisz. To oznacza, że przez pewien czas nie będziesz moim aktywnym agentem.
- Tak, ale nie w tym rzecz. Ekscelencjo, arcyksiężna chce, abym wykończyła dziewczynę ciężkim szkoleniem. Abym jej nie dała ani chwili wytchnienia. Aby sama zrezygnowała z planów matrymonialnych względem cesarza. Jednakże pan, Ekscelencjo, powiedział mi, że ta dziewczyna może być dla nas bardzo użyteczna i dlatego nie wiem, co mam teraz robić.
Kanclerz pomyślał przez chwilę nad tym zagadnieniem, ale dość szybko mu przyszło do głowo rozwiązanie:
- Wykonaj polecenie arcyksiężnej. Szkol księżniczkę Elżbietę, tylko pamiętaj, aby nie przesadzić. Jej miłość do cesarza może być nam bardzo na rękę i dlatego nie możemy pozwolić, aby arcyksiężna się jej pozbyła i zastąpiła ją jakąś damą, która będzie bystra i zorientuje się w naszych działaniach. Gdyby chodziło o pannę Helenę, byłbym niespokojny, ale słodka panna Elżbieta nie ma ani krzty zmysłu politycznego i to czyni ją idealną cesarzową. Głupiutką i uroczą, która oderwie od obowiązków Jego Cesarską Mość. Od obowiązków, które my chętnie przejmiemy i zaprowadzimy tu własne porządki. Dlatego postaraj się wykonać swoje zadanie na tyle dobrze, aby nie zniechęcić dziewczyny.
- Ale arcyksiężna kazała mi zrobić coś wręcz przeciwnego.
- Arcyksiężnej nie będzie w Bawarii, prawda? A czego oczy nie widzą, tego ręce nie mogą ukarać, mam rację?
Baronowa wszystko już zrozumiała i uśmiechnęła się zadowolona do swojego prawdziwego pryncypała, który pogłaskał po łbie kładącego się ponownie do snu psa.

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...