piątek, 28 kwietnia 2023

Rozdział XXIV - Powrót Nene


Ludwik i Elodie jechali konno tuż obok siebie, co chwila spoglądając sobie w oczy z radością i sympatią. To, co zaszło pomiędzy nimi tuż przed wyjazdem, nie było dla nich jedynie przygodę, a czymś, co ich znacznie mocniej niż przedtem do siebie zbliżyło. Wiedzieli, że od tej chwili nie będą już w stanie żyć tak, jak kiedyś i wchodzą oboje na zupełnie inny etap życia. Etap, który to był dla nich niezwykle atrakcyjny i sprawiał, iż chwilami czuli się jak para zakochanych w sobie dzieci, z zaznaczeniem jednak różnicy w postaci o wiele dojrzalszego od dzieci podejścia do miłości i planów z nimi związanych. A plany te mieli ciekawe, choć nieco się w tej kwestii różnili. Ludwik bowiem był gotów od razu prosić cesarza i cesarzową Francji o rękę Elodie, jednak ona sama prosiła, aby tego nie robił.
- Uważam, najdroższy, że za słabo się jeszcze znamy, abyśmy mieli tak wielki i poważny krok w naszej relacji podejmować - powiedziała do niego Elodie, gdy w noc poprzedzającą wyjazd leżała znowu naga w jego ramionach.
- Ale wiesz chyba, że cię kocham szczerze i traktuję cię poważnie - rzekł do niej Ludwik, bawiąc się przy tym jej włosami.
- Wiem, Ludwisiu. Nikt tego nie neguje. Ale musisz zrozumieć, że o pewnych rzeczach wolę jeszcze nie rozmawiać. Teraz skupiam się na dniu dzisiejszym. A o przyszłości wolę rozmawiać w przyszłości.
- A kiedy ta przyszłość nastąpi?
Elodie zachichotała rozbawiona i delikatnie się podniosła, aby spojrzeć mu w oczy z miłością i czułością.
- Ludwiku, odpowiedź jest prosta. Przyszłość nadejdzie w przyszłości.
Książę bawarski parsknął śmiechem.
- Cała ty, Elodie. Cała ty.
- Oczywiście, że cała ja. A co? Wolałbyś połowę Elodie?
Tym razem oboje się zaśmiali, oczywiście cicho, aby nikt ich nie usłyszał. Bo chociaż we Francji panowała zdecydowanie większa swoboda w kwestii tego, co w tamtej chwili oboje robili, woleli, aby nikt ich na tym nie przyłapał. Zwłaszcza, że w takiej sytuacji musieliby się z miejsca pobrać celem uniknięcia plotek. A Ludwik nie chciał, aby jego ukochana czuła się zmuszona do ślubu. Zresztą, dobrze o tym wiedział, iż zmuszenie jej do czegokolwiek graniczy z cudem.
- Niech Bóg ma w opiece tego, kto zechce ciebie do czegoś zmusić - rzekł dowcipnie do Elodie.
Rankiem jego ukochana wymknęła się potajemnie do swojej komnaty, gdzie już miała wszystko przygotowane do podróży. A Ludwik ubrał się i poszedł zaraz do Francois, aby z nim trochę porozmawiać. Nie wiedział, kiedy znowu go spotka, a młody Francuz był mu jak brat i wiedział, iż nie będzie w stanie wyjechać bez pożegnania z nim. Francois przecież nie mógł z nimi jechać, miał swoje obowiązki na dworze. Jednak jego żona miała pojechać z Elodie, pełniąc dalej obowiązki jej damy do towarzystwa.
- Wytrzymasz bez ukochanej jakiś czas? - zapytał Ludwik.
- Będę musiał, ale spokojnie. Na pewno niedługo się zobaczymy i to w całym naszym wesołym gronie - odpowiedział mu wesoło Francois.
- A skąd ta pewność?
- Bo cesarz Francji na pewno przyjedzie do Austrii, osobiście podpisać z nim traktat pokojowy. Będę w delegacji mu towarzyszącej, a więc zobaczę się z tobą bardzo szybko i oczywiście z moją ukochaną Blanche. A żeby osłodzić jej nieco tę okropną tęsknotę, jaka niewątpliwie nas czeka, sprawiłem jej miłą niespodziankę.
- A wolno wiedzieć, jaką?
- Owszem. Wczoraj wieczorem odbył się rytuał. Blanche została przyjęta do naszej loży. Sam ją zarekomendowałem.
Ludwik spojrzał na przyjaciela zaintrygowany. Wiedział, że loża Wielki Świt jest bardzo nowoczesną organizacją i w przeciwieństwie do wielu innych lóż, które wolały się dzielić na męskie i żeńskie, ona przyjmowała przedstawicieli obojga płci i nie robiła w tym zakresie żadnych problemów. Oczywiście do loży jak dotąd nadal obowiązywało polecenie przez kogoś z już przyjętych członków, ale nadal to była najbardziej nowoczesna loża z możliwych. Ponadto ich działalność wiązała się często z pomocą wielu ludziom w różnych sytuacjach i niesieniem liberalnych poglądów na cały świat, co zmuszało ich nieraz do konspiracji i dlatego do loży nie mogli zostać przyjęci byle jacy ludzie. Ludwik doskonale o tym wiedział i wcale do przyjaciela pretensji nie miał, że ten poleca żonę do loży, ale dlaczego nic mu o tym wcześniej nie powiedział? Zapytał go o to, a Francois odparł:
- Przygotowywaliśmy to jeszcze zanim przyjechałeś. A wczoraj odbył się już odpowiedni rytuał. Wybacz, że nic nie mówiłem, ale uznałem, że zamiast tracić na takie zabawy czas, wolisz spędzić go z ukochaną.
Ludwik uśmiechnął się delikatnie. Trudno było nie przyznać racji sposobowi myślenia jego przyjaciela. Poza tym, ten wieczór z Elodie był dla niego naprawdę cudowny. Oboje miło wtedy rozmawiali, poszli do teatru, gdzie obejrzeli występy znakomitych artystów, w tym Marty, której przesłali oboje bukiet kwiatów wraz z bilecikiem zawierającym życzenia powodzenia w karierze artystycznej, a potem też długo spacerowali ulicami miasta, rozmawiając na wszystkie możliwe tematy. Z żalem się potem rozstawali, kiedy musieli iść spać, a tęsknota ich była na tyle olbrzymia, że umówili się na spotkanie w pokoju Ludwika, które to spotkanie nie tylko na rozmawianiu im minęło. Zdecydowanie więc książę bawarski nie mógł na argumentację przyjaciela narzekać.
- Rozumiem i masz rację, wieczór z Elodie był wspaniały - odpowiedział na to Ludwik - Ale mam nadzieję, że Mistrz nie narzekał na brak mojej obecności.
- Mistrz nie ma powodu do narzekania na ciebie - rzekł Francois - Przeciwnie, ma powody do dumy. Twoja działalność na terenie Bawarii i Austrii jest bardzo dla nas i dla reform pożyteczna. Dlatego Mistrz chce cię awansować. Prosił, abym ci przekazał, że mianuje cię on przywódcą wolnych mularzy z naszej loży na terenie Bawarii. Będziesz mistrzem rytu bawarskiego i austriackiego.
Ludwik uśmiechnął się zachwycony taką propozycją. Awans ten oznaczał, że jeżeli zechce, może sam decydować o osobach, które zostaną przyjęte do loży, a do tego też miałby więcej możliwości propagować reformy, o których realizację tak się stara od dawna. Poza tym, taka propozycja to wielki zaszczyt. Takiemu czemuś nie można odmówić. Zresztą, on nawet nie chciał odmawiać .
- Przekaż zatem Mistrzowi, że przyjmuję z radością i pokorą ten zaszczyt - powiedział zadowolony Ludwik - Oczywiście chyba jednak wiesz, że ja oprócz loży mam jeszcze inne sprawy i nie będę jakimś strasznie aktywnym Mistrzem.
- Spokojnie, nikt tego od ciebie nie oczekuje - rzekł rozbawiony Francois - Po prostu rób to wszystko, co robiłeś dotychczas, tylko się nie zaniedbuj w tej kwestii, bo masz większe możliwości niż ja czy Blanche. Zatem przyjmujesz ten zaszczyt?
- Oczywiście, że tak. Wierzę, iż nie zawiodę loży ani Mistrza.
- Przede wszystkim, nie zawiedź naszej sprawy. A skoro o tym mowa, to przy okazji zadbaj o to, aby Gyula nie zrobił czegoś głupiego. Nie chodzi mi oczywiście o lożę, bo ona jest bezpieczna. Ale o to, żeby nie chodził tam, gdzie może mu się coś złego stać.
- Co masz na myśli?
- Baron von Rauch, gdy przekazał mu wiadomości ode mnie, wspominał, że Gyula tęskni za swoją ukochaną.
- A dziwisz mu się?
- Nie, ale on chyba tęskni za nią aż za bardzo. Baron obawia się, że nasz drogi narwany Węgier jest gotów zrobić coś głupiego, aby tylko się z nią zobaczyć. A to przecież jest bardzo dla niego niebezpieczne. Chyba wiesz dobrze, czym może to grozić? Dlatego dla własnego dobra, niech siedzi w bezpiecznym miejscu. Prosimy go to wszyscy, którzy go znamy jeszcze z czasów studenckich. I nie robimy tego jako loża, ale jako przyjaciele. Przekaż mu to. Niech nie ryzykuje bez potrzeby.
- Myślisz, że on jest w stanie to zrobić? Wyjść z bezpiecznej kryjówki, aby się spotkać z Idą?
Francois spojrzał na niego z ironią i powiedział:
- Daj spokój. Przecież go znasz. Wiesz dobrze, że on jest w stanie to zrobić.
Tak, Ludwik doskonale to wiedział. Już raz Gyula przecież zawiódł jego oraz Idy zaufanie, potajemnie się spotykając z ukochaną wtedy, kiedy ta przebywała na terenie Possenhofen. Oczywiście to była Bawaria i tam nie był ścigany, ale wszak obecność baronowej von Tauler niezbyt sprzyjała potajemnym spotkaniom. A co do konsekwencji takiego czynu, gdyby doszło do wpadki, nawet Ludwik nie chciał myśleć. Wojna Austrii z Bawarią w najgorszym razie, wydanie Gyuli przez kogoś z miejscowych dla nagrody wyznaczonej za niego w najlepszym. Tak, Francois miał rację. On był do tego zdolny.
- Obiecuję, że mu to przekażę. Nie mogę wam jednak zagwarantować, że on mnie posłucha - powiedział po chwili Ludwik.
- Wiem, ale zrób co w twojej mocy, aby nie wpakował się w tarapaty - odparł na to Francois - Jeżeli będzie trzeba, wydaj mu polecenie jako mistrz rytu Bawarii i Austrii. Tak czy inaczej, strzeż go, zwłaszcza przed nim samym.
- Zrobię, co będę mógł.
- Wierzę, że tak będzie. A to proszę, weź dla naszych braci i sióstr w Bawarii i Austrii. Niech wiedzą, że na tych terenach to ty jesteś najważniejszy i podlegasz jedynie Wielkiemu Mistrzowi, no i Bogu, Wielkiemu Budowniczemu Świata.
Po tych słowach, Francois podał Ludwikowi do ręki niewielki pierścień. Był on na tyle duży, że zmieścił się na palcu księcia Bawarii, ale ten wiedział bardzo dobrze, iż takiej ozdoby nie będzie mógł nosić publicznie i każdego dnia. Była to ozdoba do noszenia jedynie podczas ceremonii inicjacji lub spotkań zaufanych, a więc członków loży. Pierścień miał bowiem na kamieniu wyryte znaki masonerii znane każdemu, kto należał do tego stowarzyszenia, czyli cyrkiel i kielnia. Ponadto kamień w pierścieniu był czerwony, co oznaczało, że osoba go nosząca nie jest byle kim w loży i słuchanie jej przez członków organizacji było obowiązkiem.
- W razie czego, kiedy odkryjesz, że masz do czynienia z członkami loży, to tylko pokaż im ten pierścień, a wszyscy bracia i siostry bez wahania ci pomogą - mówił dalej Francois - Ale najpierw się upewnij, że to z nimi masz do czynienia. Czy pamiętasz nasze zawołania i tajne hasła?
- Oczywiście. Wszystkie doskonale pamiętam - odpowiedział Ludwik.
- A zatem pamiętaj je dalej i powodzenia.
Po tych słowach, Francois mocno uściskał przyjaciela, dodając:
- Oby kiedyś nadeszły takie czasy, że reformy, o które my teraz walczymy, na całym świecie będą już znane. Że ciemnota Kościoła, tyrania papieska i cesarska, samowola wielmożów i panów tego świata zostaną zniesione, zaś wszyscy ludzie, bez wyjątku będą równi wobec prawa, które to prawo będzie istnieć dla ludzi, a nie ludzie dla niego. Że już nigdy jakakolwiek władza nie będzie sumieniem narodu ani tego, ani żadnego innego. Że ciemnota, zabobony i głupota ustąpią miejsca tym cnotom, jakim są światło, prawda i mądrość. Że nastanie świat, w którym ludzie są sobie równi i mają takie same prawa, bez względu na pochodzenie. W którym nie ma ciemiężenia kobiet i dzieci, odbierania im prawa wyboru i edukacji, w którym żadna religia nie będzie panująca, a wierzenia nie będą prawem, a jedynie tylko i wyłącznie wyborem.
- Nie wierzę, przyjacielu, że ich doczekamy - odpowiedział Ludwik, mocno ściskając przyjaciela - To wszystko, co zwalczamy, za mocno wsiąkło w serca oraz umysły. Ale wierzę, że im mocniej będziemy o to wszystko walczyć, tym prędzej nasi potomkowie ten lepszy świat zobaczą. I tej wiary będę się trzymać.
- Trzymaj się jej, przyjacielu. I trzymaj się Elodie. To wyjątkowa dziewczyna. Jestem pewien, że będziesz z nią szczęśliwy.
Obaj przyjaciele jeszcze raz się uściskali i rozstali, nie wiedząc, kiedy jeszcze się znowu zobaczą, ale wiedząc, że nie zmarnują tej okazji, jak tylko się ona im nadarzy.
Po tej rozmowie, Ludwik poszedł jeszcze pożegnać cesarza i cesarzową, tak jak to było już wcześniej ustalone. Oboje czekali na niego w sali tronowej, a gdy tylko się tam zjawił, z całą życzliwością życzyli mu miłego powrotu i prosili, aby odwiedził ich znowu przy najbliższej okazji. Cesarzowa też poprosiła Ludwika o dbanie o Elodie, gdy ta będzie przebywać na terenie Austrii i Bawarii. Książę na to odparł, że o księżniczkę zadba tak, jakby była ona rodzoną siostrą. Na to jednak Napoleon III i Eugenia zareagowali lekkim chichotem, a cesarzowa odparła:
- Nie obraź się, młodzieńcze, ale mam wrażenie, że darzycie się oboje innym uczuciem niż tylko takim, którym darzy się rodzeństwo.
- I nic w tym dziwnego - dodał Napoleon III - Elodie to wspaniała i bardzo piękna dziewczyna. A ty jesteś mądrym i szlachetnym młodzieńcem, w dodatku, na ile to mogę ocenić jako mężczyzna, bardzo przystojnym. Czemu więc mielibyście się sobie nawzajem nie podobać?
- Ale my nie będziemy naciskać na was. Sami musicie się ze sobą dogadać - wtrąciła Eugenia.
- To prawda. Młoda z młodym lepiej się ze sobą dogadają sami, bez pomocy opiekunów - zachichotał Napoleon III - Tak czy inaczej, powierzamy ci teraz pod opiekę nasz największy skarb. Strzeż go dobrze. A w sprawach polityki, bo i o nich przecież musimy chwilkę pomówić, proszę, przekaż Franciszkowi moje życzenia wszelkiej pomyślności w tej trudnej sztuce rządzenia. I powiedz mu, że wszystkie warunki jego, jak już na pewno wiesz, przyjąłem i wkrótce przybędę do Austrii, aby osobiście podpisać z nim traktat pokojowy. Bo skoro wszystko już ustaliliśmy, to nie widzę przeszkód, aby tylko przybyć i podpisać pokój. Ode mnie zaś, ale to już całkiem prywatnie przekaż, że we mnie ma zawsze oddanego przyjaciela i że spełnię jego życzenie względem tego malarza, o którego przysłanie prosił. Gdy ten skończy malować cesarzową, natychmiast przybędzie do Austrii, aby namalować portret narzeczonej Franciszka. Jestem pewien, że ten obraz przejdzie do historii. Ale proszę, nie mów nic swojej kuzynce Elżbiecie. To ma być niespodzianka dla niej. Pamiętaj o tym.
Ludwik uśmiechnął się serdecznie i obiecał cesarzowi Francji spełnić to, o co go prosił, a potem jeszcze raz pożegnał oboje i odszedł.
Kilka godzin później, tego samego jeszcze dnia, książę bawarski jechał konno tuż obok swojej ukochanej, rozmyślając o tym wszystkim, co się stało. Cieszył się z cudownie spędzonego czasu we Francji, ale nie zapomniał bynajmniej o tym, z jakiego powodu Franciszek poprosił go o powrót. Wypadek Sissi, o którym jeszcze nie wiedział za wiele, ale który wydawał mu się sytuacją poważną, mocno przejął Ludwika. Podobnie jak cesarz Austrii, nie wierzył on w to, żeby był on wyłącznie jakimś czystym przypadkiem, wynikającym z brawury Sissi. Podejrzewał, że ktoś musiał maczać w tym palce, choć kto to mógłby być, tego nie wiedział. Kto by to jednak nie był, lepiej niech się strzeże, bo będzie miał z nim do czynienia. Sissi mu była wszak jak młodsza siostra, nie pozwoli więc, aby ktoś bezkarnie ją krzywdził.
- O czym myślisz, Ludwiku?
Pytanie Elodie, wyrwało księcia z zamyślenia. Spojrzał na ukochaną i czule się do niej uśmiechnął.
- A skąd wiesz, że się zamyśliłem? - zapytał.
- Widzę po twojej twarzy. Coś się stało?
Ludwik zachichotał rozbawiony, po czym odpowiedział:
- Wiesz, ty chyba naprawdę jesteś za bystra, najdroższa. Wystarczy tylko, że na mnie spojrzysz, a już wszystko wiesz. Czytasz z mojej twarzy niczym z otwartej księgi, wiesz o tym?
- Za bystra? Nie wiedziałam, że można być za bystrym. Wydawało mi się, iż nie ma limitu na bystrość.
- Chyba jednak powinien czasem być.
Elodie zaśmiała się, rozbawiona do rozpuku żartem ukochanego i spytała:
- Oj, bidulek z ciebie. Spełniło się twoje życzenie i trafiła ci się bardzo bystra dziewczyna, która umie poznać po twojej twarzy, kiedy jesteś zamyślony. Ale sam przecież chciałeś mieć bystrą ukochaną.
- Owszem, ale czemu aż tak bystrą?
- Mogłeś zawsze sobie wybrać głupszą.
- Ale ja nie chcę głupszej ani mądrzejszej. Ja chcę po prostu ciebie.
Elodie uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła w jego kierunku rękę, którą on czule i z miłością ścisnął, mówiąc:
- Nie wyobrażam sobie, abym miał kiedyś spotkać cudowniejszą dziewczynę od ciebie.
- Dziękuję, najdroższy. To piękne słowa.
- To szczera prawda.
Chwilę później, Elodie i Ludwik pocałowali się w usta, podjeżdżając na tyle blisko siebie, aby móc to zrobić.
- Och, naprawdę! Musicie tak przy ludziach? - odezwał się nagle czyiś nieco poirytowany głos.
Należał on do Blanche, która wychyliła się z okna w drzwiach karety, którą to jechała tuż za nimi w towarzystwie kilkunastu ludzi z eskorty.
- A tak, musimy. A dlaczego nie? - zapytał ją dowcipnie Ludwik.
- Nie zapominajcie, że nie jesteście tu sami - odparła Blanche.
- No tak, ale to w tym właśnie miejscu po raz pierwszy pocałowaliśmy się ja i Elodie - wyjaśnił jej Ludwik - Pamiętasz? To było podczas waszego powrotu do Francji.
- I co? Chcieliście uczcić to wydarzenie w ten sposób? - spytała Blanche.
- Dokładnie tak - potwierdziła Elodie.
Jej dama do towarzystwa lekko wywróciła oczami, jakby chciała powiedzieć: „Zakochani” i powróciła do karety. A Ludwik i Elodie tymczasem spojrzeli znowu na siebie, chwilę później zaś gnali radośnie do przodu, nie zważając na wołania ludzi z eskorty, aby tego nie robili. Nie dojechali jednak daleko, ponieważ ledwo kilkanaście metrów dalej, gdy tylko zniknęli z oczu Blanche i eskorcie, niemalże wpadli na inną karetę, wyjeżdżającą z jednej ze ścieżek. Ludwik jednak w porę ją zauważył, zatrzymał się i zawołał do Elodie, aby ta stanęła. Księżniczka jednak nie zrozumiała, o co mu chodzi, przez co o mało nie wjechała na konie od karocy, choć w porę udało się jej tego uniknąć, pociągając mocno za lejce i zmuszając swojego wierzchowca do zatrzymania się. Konie z karocy zaś mocno zarżały z niepokoju i stanęły dęba, a woźnica mocno musiał się namęczyć, aby je uspokoić.
- Z drogi, ludzie! Zejdźcie z drogi! - zawołał ze złością woźnica do Ludwika i Elodie - Nie macie co robić, tylko rozbijać się po lesie i ludziom drogę zagradzać?!
- Bardzo przepraszamy - powiedziała ze szczerą skruchą w głosie Elodie.
Z karocy, którą niechcący ona oraz Ludwik zatrzymali, wychyliła głowę jakaś młoda dama i zawołała:
- Co się stało? Dlaczego nie jedziemy?
- Jacyś idioci zajechali nam drogę, księżniczko - odparł gniewnie woźnica.
Dama skierowała swój wzrok ku Ludwikowi i nagle rozpromieniła się, gdy tylko poznała, z kim ma do czynienia. Radośnie wyskoczyła z powozu i zawołała:
- Ludwik!
- Nene! - zawołał równie radośnie na jej widok Ludwik.
Chwilę później zeskoczył z konia, a kuzynka wpadła mu mocno w ramiona, uściskała go serdecznie i ucałowała w oba policzki. Kiedy zaś on lekko ją podniósł w górę i okręcił dookoła, zachichotała jak małe dziecko i zawołała:
- Oj, puść mnie, wariacie! Bo jeszcze upuścisz mnie i co powiesz tacie?
- Racja, wujek Maks nie byłby zadowolony, gdyby jego córeczce coś się przy powitaniu ze mną stało - odpowiedział Ludwik, stawiając Nene na ziemi.
Następnie spojrzał na Elodie, która zeszła z konia i ujął kuzynkę za rękę, po czym podeszli oboje do księżniczki francuskiej i powiedział:
- Elodie, zobacz tylko, co za spotkanie. To moja kuzynka, księżniczka Helena von Wittelsbach zwana Nene, starsza siostra Sissi. Nene, to jest księżniczka Elodie, siostrzenica cesarzowej Francji.
Nene wyciągnęła rękę do Elodie, którą ta z serdecznością lekko uścisnęła.
- A więc ty jesteś Nene? Sissi wiele mi o tobie opowiadała - powiedziała.
Była to prawda, ponieważ Sissi zdążyła jej wiele opowiedzieć o sobie i o swej rodzinie. Młodsze rodzeństwo Elodie miała okazję poznać, starszego jeszcze nie, ale bardzo dużo o nim już słyszała i tym milej było jej spotkać teraz jedno z nich, czyli Nene. Chociaż, gdyby Ludwik jej nie powiedział o tym, że księżniczka, z którą właśnie rozmawiała jest siostrą Sissi, to trudno powiedzieć, czy pomyślałaby o tym, że te dziewczyny są siostrami. Z wyglądu przecież obie były zupełnie od siebie różne. Sissi była rudowłosa, a Nene była szatynką. Sissi była wysportowana i sprawiała wrażenie sympatycznej dzikuski, z kolei Nene była delikatna i bardzo dobrze wychowana, jej zachowanie wskazywało na to, iż jest damą z prawdziwego zdarzenia. Oczy Sissi były niebieskie, z kolei oczy Nene brązowe. Do tego jeszcze sposób ubierania się też wskazywał na poważne różnice. Sissi ubierała się bardzo ślicznie, ale tak, aby przede wszystkim ona była zadowolona ze swego wyglądu. A Nene wyraźnie ubierała się zgodnie z najnowszą modą i tak, jak na salonach było to popularne. Obie znacznie się od siebie różniły. Jednak prawdą jest, że siostry nie muszą być wcale swoimi własnymi kopiami.
- Mam tylko nadzieję, że Sissi mówiła o mnie same dobre rzeczy - odparła na słowa Elodie Nene, lekko przy tym chichocząc.
- Oczywiście. Opowiadała mi wiele o swoim rodzeństwie, a młodsze miałam już okazję poznać - odpowiedziała serdecznym tonem Elodie - Cieszę się więc, że teraz mam możliwość poznać ciebie.
- Ja też się cieszę, że poznaję przyjaciółkę Sissi - powiedziała Nene - Coś mi mówi, że będziemy mieli w trójkę o czym rozmawiać, jak się kiedyś spotkamy.
- Kiedyś? A dlaczego teraz nie możemy się spotkać wszyscy razem? - zapytał Ludwik - Do Wiednia już przecież niedaleko.
- Wybaczcie, ale ja w przeciwnym kierunku. Muszę wracać do Possenhofen. Rodzice na mnie czekają i rodzeństwo - odpowiedziała Nene - Chyba, że wy ze mną pojedziecie do Bawarii, aby spotkać się z Sissi.
- Wydaje mi się, że żeby spotkać się z Sissi, lepiej zrobisz, jeśli ty pojedziesz z nami do Wiednia - powiedział Ludwik.
- Jak to? - zapytała zdumiona Nene, uważnie przyglądając się kuzynowi.
- No tak, przecież ty o niczym nie wiesz. Sissi jest teraz w Wiedniu.
- W Wiedniu? A dawno tam jest?
- Od kilku dni i coś mi mówi, że jej obecność się nieco przedłuży.
- A to dlaczego?
- Bo Sissi miała niedawno wypadek.
Nene spojrzała na kuzyna zdumiona i zarazem też przerażona. Zasłoniła sobie dłonią usta i westchnęła głęboko.
- Boże drogi. Wypadek? Kiedy? Jak? Co się stało?
- Franciszek wysłał mi depeszę. Nie znam szczegółów, bo ich nie podał, ale to chyba wypadek na przejażdżce konnej. Tak przynajmniej zrozumiałem. Franciszek pisze, że już z nią lepiej, ale bardzo się niepokoi, gdyż podejrzewa, że ktoś pomógł jej pomoc w tym wypadku.
Nene westchnęła jeszcze mocniej i poczuła, jak serce z niepokoju zaczyna jej bić coraz mocniej i coraz szybciej. Spojrzała na kuzyna i powiedziała:
- Boże drogi... Ale jak? Kto by chciał skrzywdzić Sissi? Przecież ona nikomu nie zrobiła nic złego. Kto by ją chciał skrzywdzić i po co?
- Tego nie wiemy, ale Franciszek napisał do mnie o tym i poprosił, żebym już wrócił z Francji i pomógł mu w strzeżeniu Sissi - wyjaśnił Ludwik - Pisał też, że powiadomił też o wszystkim waszych rodziców. Pewnie są już w Schonbrunnie i wasze rodzeństwo też, o ile ich znam, a jestem pewien, że znam ich bardzo dobrze.
- Rozumiem. Ale zaraz? To ty byłeś we Francji? - zapytała Nene.
- Tak, byliśmy tam razem i właśnie stamtąd wracamy - odpowiedziała Elodie.
- Ach, rozumiem - powiedziała Nene i delikatnie się uśmiechnęła.
Wystarczyło jej jedno tylko spojrzenie na Ludwika i Elodie i zauważenie, jak oboje na siebie patrzą i uśmiechają, jak ich oczy czule kierują się ciągle na siebie nawzajem, aby wiedzieć, co tych dwoje łączy. Ucieszyło ją to bardzo, ponieważ nie umknęło jej uwadze także i to, że jakiś czas temu Ludwik był zauroczony Sissi. Zauważyła, jak patrzył on na jej siostrę wtedy, kiedy miał miejsce bal zaręczynowy i kiedy Franciszek tym wielkim bukietem kwiatów wyznał wszystkim, że to Sissi jest wybranką jego serca. Wtedy, z powodu szoku, jaki to w niej wywołało, Nene o  tym, co zauważyła zapomniała. Potem dopiero przypomniała sobie to, kiedy kuzyn zatrzymał się u nich na kilka dni z powodu starcia z bandytami, w którym został ranny. Miała wtedy okazję widzieć kilka razy, jakim wzrokiem obdarzał on Sissi, ale za bardzo wtedy cierpiała z powodu swojego złamanego serca, aby móc o tym porozmawiać z kuzynem. Wiedziała, że z tego uczucia nic nie będzie i dlatego też nie chciała, aby Ludwik niepotrzebnie cierpiał. Ucieszyła się zatem, widząc teraz swego kuzyna wyraźnie zakochanego w Elodie. Ostatecznie przecież nie od dziś jest to wiadome, że jedynym skutecznym lekarstwem na miłość jest... inna miłość, rzecz jasna tym razem w pełni odwzajemniona. Nene cieszyła się, że Ludwik taką miłość właśnie znalazł. Sama wiedziała, jak bardzo takie lekarstwo pomaga. Kiedy tylko wyjechała do Grecji, odkryła jego wielką moc.
Szybko jednak ocknęła się z pozytywnych myśli na temat swego kuzyna. Nie minęło wiele czasu, aby przypomniała sobie o tym, co właśnie usłyszała. Poczuła się zła na samą siebie. Jej siostra miała wypadek, a ona myślała o tym, że jej kuzyn jest zakochany i najwyraźniej szczęśliwy. To cudowne, oczywiście, ale przecież to Sissi powinna być dla niej najważniejsza. Spojrzała więc na Ludwika i Elodie, po czym powiedziała:
- A więc jedziecie do Wiednia, do Sissi i Franciszka?
- Zgadza się - potwierdził Ludwik.
- W porządku. W takim razie jadę z wami. Nie mogłabym teraz pojechać do domu i siedzieć tam, czekając na wiadomości o Sissi. A zresztą, coś mi mówi, że masz rację i nikogo w domu nie ma, a wszyscy są w Wiedniu.
Ludwik uśmiechnął się serdecznie do kuzynki. Rozumiał doskonale Nene. W tej sytuacji sam nie umiałby postąpić inaczej. Zresztą sam przecież przybył prosto z Francji do Austrii, aby odwiedzić Sissi i wesprzeć ją w tej sytuacji. Dlatego też nie tylko rozumiał, ale jeszcze pochwalał decyzję Nene.
- Zatem ruszajmy, nie mamy na co czekać - powiedział książę bawarski.

***

Tuż po zabawie w cygańskim taborze, Sissi powróciła wraz z Franciszkiem i Idą Ferenczy do pałacu Schonbrunn, a chociaż księżniczka powtarzała, że nic się jej nie stało i jest jedynie lekko poobijana, Franciszek wezwał cesarskiego lekarza, aby ten zbadał Sissi dla pewności, czy nic jej nie jest. Lekarz co prawda bardzo szybko potwierdził to, co mówiła Sissi, jednak powiedział, iż dla pewności o wiele lepiej będzie, jeżeli księżniczka będzie o siebie dbać. Uprzedził też, że jeszcze tak jakiś czas odczuwać może ból w ciele przy jakimś poważniejszym ruchu, dlatego też niech się oszczędza i unika niepotrzebnego większego wysiłku fizycznego. Dla Sissi, która zawsze lubiła prowadzić aktywny tryb życia, było to po prostu nie do pomyślenia, jednak musiała przyjąć polecenie lekarza.
Franciszek Józef ucieszył się, że Sissi nic poważnego się nie stało, ale rzecz jasna nie uznał tego wszystkiego za wypadek.
- Przecież Sissi jeździ konno od dawna. Nigdy jeszcze nie spadła z konia i to nawet wtedy, kiedy galopowała jak szalona - mówił w rozmowie z Karolem i Zofią nieco później, gdy Sissi po wizycie lekarza poszła spać.
Jego brat i matka siedzieli z nim w gabinecie, oboje mocno przejęci tym, co się stało. Żadne z nich nie wiedziało, co ma o tym myśleć. Oczywiście łatwo by im było przyjąć do wiadomości, że Sissi po prostu znowu galopowała po okolicy i tym razem przeliczyła swoje siły i skończyło się to tak, jak się skończyło, jednak nie byli w stanie tego zrobić, Franciszek mówił nazbyt poważnie.
Zofia to już szczególnie była w stanie w to uwierzyć. Znała Sissi na tyle, aby wiedzieć, że jest to dobra dziewczyna, tylko często lekkomyślna, a ostatnio to, jak przyjechała do nich bez mówienia komukolwiek o tym, co planuje najlepiej chyba tego dowodziło. Jednak kiedy Franciszek przedstawił jej swoje argumenty, nie była już tego taka pewna. A argumenty te były nad wyraz rzeczowe i bardzo sensowne.
- Sissi zawsze sama siodłała sobie konia i nigdy nie było tak, aby spadła wraz z siodłem na ziemię. Ona bywa lekkomyślna, ale nie aż tak. Sissi mi wyznała, że teraz jednak nie ona, ale stajenny osiodłał jej konia. Gdyby ona sama to zrobiła, to nigdy by nie spadła, nie ma szans. Sissi za długo jeździ konno, aby wiedzieć, jak należy zachować bezpieczeństwo podczas jazdy.
- Wobec tego stajenny musiał zawalić robotę - powiedział Karol.
- Jeśli tak, to jest skończonym głupcem i musi zostać ukarany - rzekła Zofia.
- Obawiam się, że może to nie być głupota, tylko coś poważniejszego - odparł na to Franciszek.
Zofia i Karol spojrzeli na niego zaniepokojeni. W innej sytuacji uznaliby, że przesadza, jednak Franciszek brzmiał tak poważnie i był tak zaniepokojony, iż nie nie umieli uznać jego zachowania za niepotrzebne panikowanie. Poza tym, nawet jeżeli wszystko okaże się tylko głupotą stajennego, nie powinno się tego w żaden sposób lekceważyć. Należało całą sprawę zbadać bardzo dokładnie, aby nie było w niej żadnych wątpliwości.
- Wobec tego należy zatrzymać tego stajennego i dowiedzieć się prawdy od niego - stwierdziła Zofia.
- Takie jest i moje zdanie - powiedział Ludwik.
Franciszek zadowolony uśmiechnął się do nich, ciesząc się, że mają oni o tej sprawie takie samo zdanie, co on. Rozmowa z bratem i matką pomogła mu się w jakiś sposób upewnić, że decyzja, jaką podjął jest słuszna. Dlatego postanowił nie czekać dłużej, wezwał straże i nakazał im aresztować stajennego i przyprowadzić go do siebie. Straże jednak poinformowały go, że stajenny zniknął. Nie było go w pałacu ani w jego pobliżu. Cesarz zaniepokojony nakazał go szukać, ale czuł, że to raczej bezcelowe. Jeżeli ten człowiek zniknął niepostrzeżenie, to na pewno zadbał o to, aby nikt go nigdy nie znalazł. Mimo to Franciszek wydał rozkaz pochwycenia go, gdy tylko straże na niego trafią.
Następnego dnia przesłuchano kilka osób, które go widziały ostatnio, jednak żadna z nich nie miała pojęcia, gdzie chłopak może być. Franciszek uznał, że skoro tak się sprawy mają, to najwidoczniej stajenny musi być winny i doskonale o tym wie. Co prawda, mógł uciec na wieść o tym, że Sissi przez jego nieostrożność wraz z siodłem spadła z konia, ale Franciszek uznał to za mało prawdopodobne.
- Ostatni raz widziano go właśnie wtedy, kiedy zapinał siodło Sissi. Potem już nikt w pałacu go nie widział - zauważył cesarz - To znaczy, że uciekł od razu, zaraz po tym, jak założył Sissi siodło. Sissi była ostatnią osobą, która go widziała, potem niespodziewanie zniknął. Jeżeli nie zrobił nic złego, poza pomyłką przy pracy, to chyba powinien zostać. Nie sądzicie?
Zofia i Karol mieli dokładnie to samo zdanie. Teraz żadne z nich nie miało już najmniejszej nawet wątpliwości, że stajenny próbował zabić Sissi. Tylko po co, to było dla nich zagadką. Franciszek jednak wiedział, iż kiedy tylko go schwyta, od razu zada mu to pytanie. A jeżeli nie zechce mówić, to znajdzie się sposób, aby go do tego zmusić. Co prawda, cesarz nie pochwalał takich metod, ale w przypadku kogoś, kto próbował skrzywdzić jego ukochaną nie miał zamiaru mieć ani grama litości. Wściekły rozkazał straży szukać stajennego i za wszelką cenę go znaleźć. Ale zabronił mówić Sissi o czymkolwiek.
- Nie chcę, żeby się niepotrzebnie niepokoiła. Wysłałem już telegram do jej rodziców, niech przyjeżdżają i pomogą mi ją chronić.
- A czy nie lepiej byłoby, aby Sissi wróciła do domu? - zaproponowała Zofia - Tam przecież będzie bezpieczna.
Franciszek spojrzał na nią groźnym wzrokiem i zapytał:
- Matko, znowu chcesz nas rozdzielić? Chyba jasno się już wyraziłem, że ja i Sissi kochamy się i pobierzemy i nic, co powiesz tego nie zmieni. A teraz szukasz tylko okazji ku temu, aby ją stąd oddalić.
Zofia spojrzała na syna błagalnym wzrokiem i zawołała:
- Synu, zapewniam cię, że nic takiego nie chodzi mi po głowie. Choć masz oczywiście prawo mnie o to posądzać. Przyznaję, nie byłam zbyt dobra do Sissi w tamtym czasie, gdy została twoją narzeczoną. Ale zaakceptowałam wasz związek i polubiłam Sissi, choć nadal uważam, że pewne rzeczy musi w sobie zmienić, jeżeli ma w przyszłości zostać cesarzową Austrii. Ale nie o to mi teraz chodzi. Ja się po prostu o nią boję. Jeżeli masz rację, a coraz bardziej wierzę w to, że tak jest, to ja wolę nie ryzykować jej życia.
- Matka ma rację. Sissi w domu będzie bezpieczna - wtrącił Karol.
Franciszek jednak był innego zdania.
- Ale jaką mamy pewność, że w jej domu nikt jej nie zechce zabić? Tam nie będzie przecież żadnego z nas. Martwię się o nią do tego stopnia, że nie jestem w stanie tak po prostu wypuścić ją samą daleko od siebie. Pod moim okiem nikt się nie odważy jej skrzywdzić.
- Przecież zamach zrobili na nią pod twoim bokiem, braciszku.
- Nie do końca. Oni ją skrzywdzili, kiedy nie było mnie w pobliżu, a ona była daleko od pałacu. Teraz będziemy ostrożniejsi. Przy mnie nie odważą się jej zabić. Dla pewności, każę dokładnie sprawdzać jedzenie, które będzie jej podawane. Nic się jej nie może stać pod moją opieką.
Zofia spojrzała na Franciszka z troską w oczach i powiedziała:
- Synu, zastanów się przez chwilę. Rozumiem twój niepokój, ale nie możesz przecież rzucić wszystkich obowiązków, aby pilnować swej ukochanej na każdym kroku. Tak się po prostu nie da. Jak najbardziej pochwalam twoją troskę, ale jesteś cesarzem i masz swoje obowiązki.
- Moim najważniejszym obowiązkiem jest dbanie o Sissi!
- Masz wiele obowiązków, mój synu. I wszystkie są równie ważne. Zatem nie wolno ci zaniedbywać jednego dla drugiego. Poza tym, jestem pewna, że Sissi by tego nie chciała.
Franciszek westchnął głęboko. Wiedział doskonale, że matka ma rację, a on sam nie jest w stanie pilnować Sissi, dlatego powiedział zasmucony:
- W porządku. Wyślę telegram do Ludwika. Niech wraca z Francji. On będzie nad nią czuwał wtedy, kiedy ja nie będę mógł. A jeżeli uznam, że jej życie jest tutaj nadal zagrożone, odeślę ją do domu. Oczywiście pod jego opieką. Tylko jemu w tej sprawie mogę zaufać. Tylko on będzie w stanie jej pomóc w razie problemów.
Zofia i Karol zgodzili się z nim. Rzecz jasna, oboje byli zdania, że Sissi chyba jednak bardziej byłaby bezpieczna w domu, ale z drugiej strony nie jest wcale to wykluczone, iż ktoś w Possenhofen też by jej nie próbował zabić. Ostatecznie tam nie byłoby ani jego, ani straży, która chroniłaby ją. A oficjalnych ochroniarzy jej nie chciał przydzielić. Wolał jej nie straszyć niepotrzebnie, zwłaszcza, że przecież nie miał dowodów na to, że stajenny chciał ją zabić na czyjeś polecenie. Istniało w tej sprawie przecież ryzyko, iż ten człowiek po prostu miał osobistą złość do Sissi i całkowicie samowolnie postanowił jej zrobić krzywdę. Może nawet nie zabić, ale po prostu poturbować. Jeżeli tak, to nie muszą się niczego obawiać. Ale jeżeli nie? To musieli odkryć i dlatego postanowił po cichu odnaleźć stajennego i zmusić go do gadania, a potem ukarać, żeby nigdy więcej tego nie zrobił.
Nie wiedział jednak, gdzie ten człowiek jest, ani jak go znaleźć. Nie miał też pojęcia o tym, co się dzieje obecnie w pobliskim lesie.

***

Stajenny wyszedł powoli z szałasu, kiedy usłyszał tętent konia. Dobrze mu się przysłuchał, zanim to zrobił. Koń był tylko jeden, zatem i jeździec był tylko jeden. Nie mogła to zatem być straż cesarska, a raczej osoba, która zapłaciła mu za to, co niedawno zrobił. Nie mylił się, to była ona. Wysoka kobieta na karym koniu, miała na sobie elegancką, jadowicie zieloną suknię i fioletowy płaszcz z kapturem, który naciągnęła sobie mocno na głowę tak, aby zakrywał jej twarz.
- Jesteś tutaj - powiedziała kobieta, powoli zsiadając z konia na widok rudego i wysokiego stajennego - To dobrze. Lepiej, żebyś nie pokazywał się w mieście. Na polecenie cesarza szuka cię już jego straż.
- Domyślałem się tego. Ale teraz będą wiedzieć, że skoro uciekłem, to muszę mieć coś na sumieniu - odpowiedział stajenny.
- Dlatego najlepiej zrobisz, uciekając za granicę - odpowiedziała mu kobieta i wydobyła zza pazuchy sporą sakiewkę, rzucając ją stajennemu - Masz, to pomoże ci przekroczyć granicę. I nie pokazuj się tutaj, póki nie damy ci znać, że możesz już wrócić. Możesz nam być jeszcze potrzebny.
- Dziękuję, pani. Chętnie wam w razie czego jeszcze pomogę.
- Najlepiej nam pomożesz, jeżeli zaraz wyjedziesz z kraju, przynajmniej na jakiś czas.
- Spokojnie, pani. Wyjadę od razu. Im szybciej, tym lepiej.
Kobieta uśmiechnęła się delikatnie spod kaptura, po czym bardzo zadowolona podeszła do konia, odpięła od znajdującego się na jego grzbiecie siodła buteleczkę wina zapakowaną w koszyk, po czym zapytała:
- Strzemiennego na drogę?
- Dobrym winkiem nie pogardzę - odparł stajenny, zadowolony z propozycji.
Kobieta zdjęła korek z butelki, po czym napiła się z niej i podała ją rudemu młodzieńcowi. Ten zadowolony wziął ją do ręki i powiedział:
- A zatem toast za naszą dalszą współpracę. I za nasz sukces. No, bo chyba osiągnęliśmy sukces, mam rację?
- Nie masz racji. Ta mała wieśniaczka żyje.
Stajenny spojrzał na nią zdumiony i zapytał:
- Żyje? Aż tyle ma szczęścia?
- Jak widać. Ale nieważne. To już nie jest twój problem. Ty lepiej wyjedź stąd jak najdalej, aby cię nie złapali.
- Nie przejmuj się. Nawet jeśli mnie złapią, to i tak nic im nie powiem. Nasze sekrety pójdą wraz ze mną do grobu.
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo, kiedy stajenny to powiedział i pociągnął z buteleczki kolejnego łyka, wypróżniając ją do dna.
- W rzeczy samej. Sama bym tego lepiej nie ujęła.
Po tych słowach, wydobyła zza dekoltu przyczepioną do zawieszonego na jej szyi łańcuszka niewielką szklaną chemiczną probówkę zakorkowaną i wypełnioną jakimś przeźroczystym płynem.
- A to co takiego? - zapytał stajenny.
- To? - spytała kobieta, uśmiechając się podle - Antidotum.
- Na co? Na kaca?
- Nie, na truciznę, którą właśnie wypiłeś razem z winem.
Stajenny spojrzał na nią przerażony, a w gardle go aż zmroziło. Poczuł, jak w jego piersi zaczyna buchać ogień, a ciało zaczyna przechodzić ostry ból. Upuścił na ziemię butelkę i upadł na kolana, patrząc groźnie na kobietę.
- Coś ty mi podała? - zapytał - I jak ty mi to podałaś? Przecież sama się z tego napisałaś.
Nagle coś mu zaświtało w głowie.
- No tak. Napiłaś się, żebym nie miał żadnych wątpliwości i żebym się zatruł.
- Otóż to - potwierdziła kobieta - Oboje wypiliśmy truciznę, ja znacznie mniej niż ty. Ale spokojnie, to antidotum mnie uratuje. A ty, jak to pięknie powiedziałeś, zabierzesz nasze tajemnice do grobu.
- Ty... Ty parszywa... Żmijo!
Stajenny zerwał się nagle z kolan i skoczył na kobietę, przewracając ją w ten sposób na ziemię i przygniatając ją. Ta upuściła probówkę na ziemię i poczuła, jak ręce stajennego zaciskają się na jej gardle. Próbowała go z siebie zepchnąć, ale to było niemożliwe. Mężczyzna był od niej znacznie silniejszy. Do tego dostał chyba jakiegoś amoku. Zamiast sięgnąć po probówkę i ratować życie, jak każdy inny by na jego miejscu zrobił, on próbował udusić wspólniczkę. Jednak uścisk jego rąk nie trwał długo. Kobieta poczuła po kilkunastu sekundach, że jego palce tracą swą siłę, ich ucisk maleje, a on sam, dysząc wściekle, upada na nią i charcząc powoli kona. Nie miała czasu czekać, aż ostatecznie wyzionie ducha. Z trudem zrzuciła go z siebie i szybko dopadła probówki, czując przy tym, jak i w jej piersiach także już się zaczęły pojawiać ostre bóle i pieczenie podobne do żaru ognia. Bardzo szybko odkorkowała probówkę, po czym wlała sobie jej zawartość do ust. Nie upłynęło nawet kilka minut, a stopniowo, chociaż powoli ogień w piersi zanikł, a jej członki, przez chwilę obolałe i osłabione, zaczęły odzyskiwać siły. Zadowolona odetchnęła z ulgą i wstała. Otrzepała suknię, a kaptur powoli opadł jej z głowy, odsłaniając piękną i zarazem niebezpieczną twarz Helgi von Tauler, która spojrzała w kierunku stajennego, a widząc, że ten już przestał się ruszać, zadowolona powiedziała:
- Żałosny głupiec.
Po tych słowach, delikatnie pomasowała sobie szyję i dodała:
- Choć siłę w rękach miał. Trzeba było mu kazać jechać z tą wieśniaczką i ją udusić gdzieś w lesie. Przynajmniej teraz z obojgiem byłby spokój.
Następnie odebrała nieżywemu stajennemu sakiewkę, schowała ją sobie do siodła, po czym wskoczyła na konia i odjechała, pozostawiając w lesie tego, który niedawno na jej polecenie próbował zabić Sissi.

***

Sissi, tak jak to zresztą postanowił Franciszek, nie miała pojęcia o tym, że na jej życie ktoś dokonał zamachu. Była przekonana, iż cała ta sprawa to był jedynie nieszczęśliwy wypadek spowodowany przez nieostrożność stajennego. Co prawda, rozmawiała o tym z Franciszkiem w cygańskim taborze i ten sugerował jej, że być może mają tu do czynienia z zamachem na jej życie, ale nie potraktowała tego zbyt poważnie. Franz zaś uznał, że to nawet lepiej i utrzymywał ją w tym przekonaniu, z obawy, iż Sissi może spanikować lub sama chcieć dotrzeć do prawdy i potem się przez to wpakuje w kłopoty. Rodzice dziewczyny, którzy odwiedzili ją dzień po tym, jak otrzymali depeszę od cesarza, byli dokładnie tego samego zdania, choć i oni nie wiedzieli wszystkiego. Franciszek wolał nie mówić im za wiele o swoich podejrzeniach, ponieważ wciąż jeszcze się trzymał on złudnej nadziei, iż stajenny próbował skrzywdzić Sissi jedynie przez złośliwość i z powodu jakieś urazy, jaką to, w swoim mniemaniu, od niej musiał otrzymać, nie natomiast z powodu jakiegoś wyżej zakrojonego spisku . Bo ostatecznie, kto niby na dworze chciałby zabić Sissi i to w zasadzie za co? Trudno w to było uwierzyć Franciszkowi, choć w głębi serca się tego obawiał i dlatego wezwał też Ludwika z nadzieją, że ten będzie czuwał nad jego ukochaną, kiedy on sam nie będzie w stanie tego robić. Sam zaś rozkazał szukać stajennego i dowiedzieć się od niego, dlaczego to doprowadził do wypadku Sissi i czy był to wypadek, czy też nie? Liczył przy tym na to, iż rodzice jego lubej nie odkryją tego przed nim i nie zlinczują stajennego, zanim on się czegoś od niego dowie. Dlatego też nic nie im nie mówił o swoich podejrzeniach wobec stajennego, poprzestając jedynie na obawach, że ktoś mógł chcieć zabić Sissi, jednak równie dobrze mógł to być nieszczęśliwy wypadek.
Książę Maks i księżna Ludwika przybyli na dwór cesarski oczywiście razem z Teodorem, Maria i Ilary, ponieważ dzieci bardzo chciały zobaczyć Sissi, jak i też upewnić się, że wszystko z nią dobrze. Ponadto nie mieli ich z kim zostawić na ten czas, kiedy wyjechali, a nie wiedzieli, kiedy dokładniej wrócą do domu. Poza tym też dobrze wiedzieli, że dzieci nie byłyby w stanie wytrzymać w Possenhofen bez żadnej wiadomości o Sissi i pewności, że nic jej nie jest. Zabranie ich więc ze sobą było jedyną możliwością, jaka się dla nich w takiej sytuacji rysowała.
Sissi oczywiście była szczęśliwa, kiedy ujrzała swoich bliskich. Wszystkich po kolei mocno uściskała i ucałowała, nie pomijając przy tym nikogo, także i Ilary, która przecież była jej przyjaciółką, a dodatkowo też sympatią jej brata, a do tego niezwykle uroczą i sympatyczną dziewczynką, traktowaną już przez bliskich Sissi jak członek rodziny, co nie było przecież przesadą. Sissi widziała doskonale, jak wszyscy życzliwie się zachowują wobec Ilary oraz jak jej matka, księżna Ludwika mówi nieraz do dziewczynki tak czule, jakby była ona jej własną córką. Niejeden raz mówiła do niej „Kochanie” lub „Skarbie”, co jak dotąd było zarezerwowane tylko do jej prawdziwych córek. Sissi więc łatwo domyśliła się, że mama w pewien już sposób adoptowała Ilary i przyjęła ją w poczet ich rodziny. Księżniczce bardzo to odpowiadało, podobnie jak rosnąca coraz mocniej sympatia pomiędzy nią, a Teo, która to sympatia w oczach Sissi musiała w przyszłości zaowocować piękną i jak najbardziej szczerą miłością, czyli uczuciem, któremu Sissi zawsze kibicowała.
- Tak się cieszę, że was wszystkich widzę - powiedziała księżniczka, gdy już mocno i czule wyściskała oraz wycałowała każdego ze swoich bliskich.
- A my cieszymy się, że jesteś cała i zdrowa - odparła na to jej matka z troską, tak dla siebie typową, w głosie.
- Nasza kochana Sissi to twarda zawodniczka. Nic jej nie pokona - rzekł z dumą w głosie jej ojciec.
- O mały włos, a byłoby inaczej - stwierdziła Ludwika z niepokojem, po czym spojrzała na córkę i zapytała: - Naprawdę wszystko z tobą dobrze, kochanie? Czy badał cię już lekarz?
- Owszem i to kilka razy - odpowiedziała jej Sissi - Nic mi nie jest, mamo. Ja jestem tylko trochę osłabiona i lekko się poobijałam. Ale nic ponadto. Od tego się nie umiera.
- Niewiele brakowało, żebyś umarła, Sissi - powiedziała Ludwika z powagą w głosie - Wolałbym, abyś na przyszłość nie galopowała tak mocno po lasach. Sama widzisz, do czego to prowadzi.
Sissi uśmiechnęła się do matki czule i odparła, że oczywiście solennie jej to obiecuje, ale musi zauważyć, że przecież każdemu wypadki mogą się zdarzyć, tak więc zrobi wszystko, aby ich unikać, ale nie może jej obiecać, iż nigdy więcej jej się coś takiego nie przytrafi. Matka oczywiście wiedziała, że nie może od swojej córki oczekiwać, iż nigdy już więcej nie będzie miała wypadku, ale wcale się tego nie domagała. Chciała jedynie, aby Sissi więcej nie ryzykowała niepotrzebnie, gdy nie jest to konieczne. Córka jej to więc solennie obiecała.
- Nawet nie wiesz, jak się zaniepokoiliśmy, kiedy Franciszek nam napisał, że miałaś wypadek - powiedział Maksymilian.
- Na szczęście wszystko z tobą dobrze - dodała Ilary.
- Sissi jest za twarda, aby upadek z konia miał ją wykończyć - rzekł Teodor.
- No oczywiście, że tak. To przecież jasne jak słońce - dodała Maria.
Wtem do komnaty przyszedł Karol z informacją, że Sissi ma jeszcze troje gości, tylko ci czekają na nią w salonie, gdzie rozmawiają właśnie z jego bratem i z jego matką. Sissi obiecała, że zaraz do nich przyjdzie.
- Jeszcze nigdy nie miałam tylu gości naraz - stwierdziła dowcipnie Sissi, po czym spojrzała na swoich bliskich - Mam nadzieję, że nie pogniewacie się na mnie teraz, jeżeli pójdą odwiedzić tych innych gości.
- Oczywiście, że nie, córeczko - odpowiedział jej czule Maksymilian - Ale nie będę ukrywać, jestem zachwycony, jak wszyscy tutaj się tobą przejmują i jak mile tu jesteś traktowana.
- Ja również jestem tym zachwycona - powiedziała Ludwika - Zwłaszcza mile zaskoczyła mnie Zofia. Nie sądziłam, że jest ona w stanie tak zmienić nastawienie do ciebie, Sissi i sprawić, że będziesz się dobrze tutaj czuła. Chyba trochę jej nie doceniałam.
Sissi jeszcze raz uściskała serdecznie rodziców, rodzeństwo i Ilary, po czym podziękowała im za przybycie i poprosiła, aby wybaczyli jej, bo musi jeszcze iść do innych swoich gości, obiecując, że jeszcze porozmawia z nimi i spędzi z nimi tyle czasu, ile tylko zechcą.
- To skoro Sissi idzie teraz do innych gości, to może my pójdziemy sobie tak trochę pozwiedzać pałac? - zaproponował Teodor.
- Świetny pomysł! - zawołała wesoło Ilary, której ten pomysł bardzo przypadł do gustu.
- Ja bardzo chętnie - poparła go Maria - Panna Łucja dawno już tu nie była i chętnie znowu zobaczy te wszystkie piękne miejsca. Muszę ją tylko wydobyć z tej walizki podróżnej, w której teraz siedzi, a potem pokażę jej każdy zakamarek tego pałacu.
Ludwika zachichotała, rozbawiona tymi słowami i pogłaskała całą trójkę po główkach, mówiąc:
- No dobrze, dzieci. Tylko proszę was, nie hałasujcie za mocno i dajcie cioci Zofii spokojnie pracować, jeżeli ją spotkacie. I bądźcie grzeczni. A zwłaszcza ty, Teo. Do ciebie szczególnie to mówię.
- Dlaczego, mamo? - zdziwił się Teodor.
- Ponieważ jesteś jedynym mężczyzną w tym towarzystwie, więc powinieneś dawać dziewczynkom dobry przykład - odpowiedziała mama.
- Spokojnie, ciociu. Na pewno będzie grzeczny i kochany - powiedział wesoło Karol - Przecież to mój imiennik. A wszystkie Karole to kochane chłopaki.
Ilary spojrzała zdumiona na Teodora i spytała:
- To ty jesteś Karol? Myślałam, że Teodor.
- Bo ja jestem i Karol i Teodor - odpowiedział jej chłopiec - Ja po prostu mam dwa imiona. Karol Teodor. Ale wolę być Teodorem niż Karolem. Po pierwsze, to jest ładniejsze imię. Bez obrazy, Karolu.
Arcyksiążę zrobił dowcipną minę na znak, że nie ma do niego żalu o te słowa, więc chłopiec ciągnął dalej:
- Poza tym, przynajmniej jak jesteśmy ja i Karol razem w jednym domu, to w ten sposób można nas od siebie jakoś odróżnić.
- A to też prawda - zaśmiał się Karol - Przynajmniej wtedy wiem, kiedy moja matka lub ciocia Ludwika czegoś ode mnie chcą i mówią „Karolu”, to wiem, że w takiej sytuacji mają na myśli mnie, a nie kogoś innego.
Dzieci zachichotały, rozbawione tymi słowami, po czym Teodor ujął czule za rękę Ilary i wybiegł z nią z pokoju, a Maria pobiegła za nimi. Sissi patrzyła na ten widok rozmarzonym wzrokiem, jakby wzdychając za tymi, na zawsze dla siebie straconymi latami beztroskiego dzieciństwa. Szybko jednak powróciła do świata rzeczywistości i teraźniejszości, kiedy spojrzała na Karola i ten powiedział:
- Chodźmy więc, Sissi. Goście na ciebie czekają.
Księżniczka delikatnie skinęła głową na znak, że się zgadza, pożegnała czule rodziców, obiecując, że zobaczą się później, po czym poszła z Karolem w kierunku salonu gościnnego, w którym Franciszek i jego bliscy zwykle jadali śniadania. Po drodze, idąc przez korytarz pełen portretów przodków, zatrzymała się na chwilę, gdyż jej uwagę przykuł wówczas obraz przedstawiający młodą blondynkę w stroju arcyksiężniczki. Widziała go już kilka razy, ale nigdy nie miała okazji mu się zbyt dobrze przyjrzeć. Nie wiedziała za bardzo, dlaczego teraz się zatrzymała, aby go dokładniej obejrzeć, ale poczuła nagle ogromną chęć, aby to zrobić. Karol, widząc to, zatrzymał się także i podszedł do Sissi, pytając:
- Czyżby ta dama przykuła twoją uwagę?
- Owszem i to bardzo - odpowiedziała mu Sissi - Nie jestem pewna, ale chyba znam tę postać. To jest Maria Antonina, prawda?
- Zgadza się - potwierdził Karol - Królowa Francji, żona Ludwika XVI i jedna z córek cesarzowej Marii Teresy. Mówię jedna, bo dzieci to ona miała mnóstwo.
Sissi z uwagą dalej wpatrywała się w obraz, zastanawiając się nad tym, co jej właśnie przyszło do głowy:
- Czy to prawda, że będąc w Wersalu, musiała zmagać się ze sztywną etykietą pamiętającą jeszcze czasy sprzed kilkuset lat?
- Tak, to prawda. Biedna dziewczyna. Nie mam pojęcia, jakim cudem jej się udawało w tym wszystkim odnaleźć. Ja bym chyba nie umiał tego zrobić.
Sissi delikatnie skinęła głową, jakby potwierdzając jego słowa i czując, że ona sama zdecydowanie nie byłaby w stanie tego zrobić. W jednej chwili poczuła do tej postaci niezwykle silną sympatię i poczucie, że obie są do siebie podobne i to pod wieloma względami. Z tą różnicą, iż Maria Antonina musiała borykać się z tą przebrzydłą etykietą do czasu, aż rewolucja stała się dla niej o wiele większym kłopotem. Sissi jednak wcale nie zamierzała podzielać jej losu i wiedziała, że zrobi wszystko, co w jej mocy, aby tak się nie stało. Wiedziała, że ona nie będzie uległa wobec sztywnej etykiety. Ta oto nędzna przeszkoda w życiu nie sprawi, że ona, Sissi, narzeczona Franciszka Józefa, jak i też przyszła cesarzowa Austrii, stanie się niewolnicą reguł.
Sissi wpatrywała się w portret jeszcze przez jakiś czas, pogrążona w myślach na jego temat, aż do chwili, w której Karol dotknął delikatnie jej ręki i powiedział do niej:
- Sissi, nie zapominaj o gościach.
Księżniczka ocknęła się wówczas z zadumy i uśmiechnęła się do Karola.
- Masz rację. Chodźmy, nie każmy im dłużej na siebie czekać.

***

Radość Sissi nie miała granic, kiedy odkryła, że tajemniczymi gośćmi, którzy to czekali na nią w saloniku, to byli Ludwik z Elodie i Nene. Księżniczka pisnęła z radości na ich widok, po czym podbiegła do nich i każdego z nich mocno i czule uściskała i ucałowała. Szczególnie widok Nene, której już dawno nie widziała, tak wielką jej sprawił przyjemność.
- Och, Nene! Nawet nie wiesz, jak miło cię znowu zobaczyć - powiedziała.
- Mnie też cudownie cię znowu widzieć, zwłaszcza całą i zdrową - rzekła na to Nene - Ludwik mi mówił, że miałaś wypadek. Ale jak widzę, nie był on jakiś specjalnie groźny dla twojego życia.
- Oj, to tylko pozornie wygląda tak niegroźnie - stwierdził Franciszek - Tak naprawdę nie wiem, co by się stało z naszą biedną Sissi, gdyby nie znaleźli jej w tym lesie Cyganie i nie zabrali do siebie, a potem powiadomili mnie o wszystkim.
Nene z Ludwikiem i Elodie znali już od cesarza szczegóły wypadku, dlatego niesamowitą ulgę sprawiał im widok Sissi zdrowej, choć z całą pewnością jeszcze odczuwającej efekty upadku z konia. Czuli, że dziewczyna jest mocniejsza niż się niektórym może wydawać i temu zawdzięcza to, iż teraz nadal swobodnie chodzi i rusza wszystkimi kończynami. Choć Ludwik nie był tak dokładnie pewien tego, że wszystko dobrze się skończyło, tak jak to uważały Nene i Elodie. Widział on aż za dobrze troskę w oczach Franciszka, którą ten nie krył jedynie przed nim i dlatego w porę zrozumiał, że cała ta sprawa jest znacznie poważniejsza niż mogłoby się to początkowo wydawać. Franciszek zaś postanowił z nim o tym porozmawiać, rzecz jasna na osobności, bo wolał poza nim, Karolem i matką nikogo innego w to nie wtajemniczać.
- Przepraszam was bardzo, ale pozwolicie, że na chwilę zabiorę Ludwika ze sobą? Chciałbym omówić z nim kilka spraw związanych z wyścigiem.
Sissi spojrzała zaintrygowana na ukochanego i zapytała:
- Wyścigiem? Jakim wyścigiem?
- Chodzi o doroczny wyścig konny organizowany przez cesarza z udziałem jego najlepszych koni - wyjaśniła Zofia - Co roku cesarz wystawia konie, które są hodowane w jego stajniach, do ścigania się z końmi wystawianymi przez szlachtę i arystokrację. Każdy człowiek, o ile tylko posiada konia, może wziąć udział w tych zawodach i pokusić się o wygraną.
- A jaka to wygrana? - zapytała Elodie, również zainteresowana tym tematem.
- A to już różnie bywa - odpowiedział Karol - To zależy od tego, ilu będzie w nim brało uczestników, bo widzicie, każdy uczestnik daje swoje wpisowe, a to nie jest zwykle mała sumka. Od kilkuset guldenów do nawet tysiąca. Im więcej zatem jest uczestników, tym większa nagroda. Suma wszystkich wpisowych stanowi zaś nagrodę dla tego, kto zwycięży wyścig. Najlepiej oczywiście, kiedy wygrywają te konie, które są z naszej stajni. Ale tak nie zawsze bywa.
Sissi uśmiechnęła się delikatnie. Wyścigi konne. To by było coś w sam raz dla niej. Jaka szkoda, że miała ostatnio wypadek i Franciszek na pewno nie pozwoli jej wziąć w tej zabawie udział, z obawy o to, aby znowu nie spadła z konia i znowu nie zrobiła sobie czegoś. I trudno by mu się było dziwić. Przecież niedawno o mały włos nie spotkałaby się ze śmiercią z powodu tego wypadku z siodłem. Nadal nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale teraz nie chciała tego dociekać. Na razie za bardzo cieszyło ją spotkanie z siostrą i wiadomość o wyścigu, o którym to miała nadzieję jeszcze się czegoś dowiedzieć. Dlatego ujęła Nene pod ramię i rzekła:
- To skoro macie z Ludwikiem co omawiać na osobności, to nie będziemy w tej sprawie wam przeszkadzać. Pozwolicie więc, że zabiorę Nene na przechadzkę? Wiecie, dawno się już nie widziałyśmy i chyba rozumiecie, zdążyłyśmy się już za sobą naprawdę mocno stęsknić.
- Oczywiście, jak najbardziej - zgodził się Franciszek - Zobaczymy się zatem później, najdroższa.
To mówiąc, ucałował czule Sissi w policzek i odszedł z Ludwikiem. Sissi zaś natychmiast zabrała ze sobą Nene, zostawiając w salonie Elodie, którą Zofia zaraz zaprosiła do rozmowy na temat mody panującej obecnie w Paryżu.
Obie siostry powoli przechadzały się korytarzami pałacu cesarskiego, wesoło ze sobą rozmawiając, a już po chwili wyszły na zewnątrz i zaczęły kroczyć bardzo radośnie po cesarskich ogrodach. Nie zwróciły uwagi na to, że strażnicy uważnie je obserwują, gotowi od razu wkroczyć do akcji, gdyby tylko było to potrzebne. Ani bowiem Nene, ani Sissi nie wiedziały o tajnych poleceniach Franciszka, aby jego straże uważały na jego ukochaną za każdym razem, kiedy będzie wychodzić poza pałac z obawy, aby nikt im nie zrobił krzywdy. Obie siostry oczywiście nie miały o tym pojęcia, ponadto były zbyt zajęte sobą, a także rozmową, jaką ze sobą toczyły, aby się czymkolwiek przejmować.
- I jak było w Grecji, Nene? Podobało ci się tam? - zapytała po chwili Sissi, kiedy to ona i jej siostra zmierzały w kierunku cesarskiej ptaszarni.
- Och, Sissi. Ty nawet nie wiesz, jak bardzo - odpowiedziała jej Nene głosem pełnym zachwytu - To jest po prostu piękne miejsce. Wydawało mi się ono jeszcze cudowniejsze niż wtedy, gdy widziałyśmy je obie jako dziewczynki. To morze, te plaże, te wszystkie greckie świątynie, które się zachowały. Sissi, tam jest po prostu bajecznie. Gdzie nie pójdziesz, jakieś piękne wspomnienia dawnej świetności tego świata na ciebie czekają. Jest więc co zwiedzać. Jest co podziwiać. Och, gdyby tak te miejsce umiały mówić, z pewnością opowiedziałyby nam niejedną przepiękną opowieść.
- Domyślam się tego. A powiedz mi, jak wujek i ciocia?
- Wciąż tacy sami. Żałowali, że nie przyjechałaś, bo zawsze bardzo cię lubili. Choć ciocia trochę narzekała, jaka to jesteś pełna energii do działania i nie zawsze da się za tobą nadążyć. Wujek za to powiedział, że to dobrze i że jesteś po prostu pełna życia i tego mu bardzo tutaj brakuje. Zdania więc na twój temat mieli, jak to widzisz, podzielone. Ale oboje miło cię wspominają.
Sissi westchnęła głęboko, gdy to usłyszała. Poczuła, że przyjemnie byłoby tak znowu pojechać na Korfu i zobaczyć te wszystkie miejsce, które pamięta jeszcze z czasów swojej wycieczki w dzieciństwie i znowu popływać w tym cudownym i tak miłym dla ciała morzu, obejrzeć miejsca, które jej się kojarzyły z tak bardzo przez nią uwielbianymi mitami greckimi, a przede wszystkim znowu zobaczyć wujka i ciocię. Niestety, chwilowo było to niemożliwe z powodu nauki, jaką musiała nadal odbywać pod okiem baronowej von Tauler, jak i też faktu, że bardzo kocha Franza i nie wyobraża sobie, aby miała wyjechać daleko od niego, na drugi koniec świata i nie widzieć go choćby tylko przez tydzień. Chyba, że Franciszek pojedzie z nią na Korfu. Tak, musi go do tego namówić. Najlepiej chyba, aby tam pojechali oboje w podróż poślubną. Tak, to było dopiero coś. To jest dopiero plan.
- Z przyjemnością kiedyś tam znowu pojadę - powiedziała po chwili Sissi.
Nene uśmiechnęła się do niej serdecznie i zapytała:
- A powiedz mi, co sądzisz o Wiedniu? Czy jest piękny?
- Owszem, to piękne miasto, ale nie wszystko, co w nim jest, podoba mi się i daje mi radość. Kilka rzeczy trzeba by w nim zmienić. Liczę, że Franciszek zrobi to jak najszybciej.
- O jakich zmianach mówisz?
Sissi opowiedziała więc Nene o tym, co odkryli, kiedy wraz z Franciszkiem we dwoje poszli zwiedzać miejscowy rynek, a także o swojej wizycie w sierocińcu i jak bardzo zaangażowała się w to, aby pomóc dzieciom, które tam przebywały w odnalezieniu lepszych i godniejszych warunków życia.
- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Zottornik trzyma rękę na pieniądzach z kasy cesarskiej i mówi Franciszkowi, iż nie ma ich na tyle, aby sfinansować te moje „idylliczne koncepcje”, jak je raczył nazwać - mówiła z lekką irytacją - Ale ja dobrze wiem, że to tylko wymówka. On po prostu gardzi prostymi ludźmi, zaś los dzieci, zwłaszcza sierot, nic go nie obchodzi i uważa wsparcie sierocińca przez nas za zbyteczny wydatek. Dlatego właśnie ostatnio mówił, że w kasie nie ma tyle, aby starczyło na realizację moich pomysłów. Dodatkowo jeszcze, zaledwie wczoraj, to przyniósł mnie i Franciszkowi raport na temat wydatków i uznał, że chociaż robił wszystko, co tylko możliwe, aby odnaleźć w stanie finansów dość pieniędzy na to, aby sfinansować budowę nowego sierocińca, to jednak niestety, ale niczego się nie doszukał i sierociniec musi poczekać.
- A może naprawdę tak jest, jak mówi? - zasugerowała Nene.
Sissi prychnęła z kpiną i odparła:
- Nigdy w to nie uwierzę, Nene. Ja dobrze wiem, że w skarbcu jest dość, aby nie tylko jeden, ale i kilkadziesiąt sierocińców na terenie całej Austrii postawić. A jednak one nie powstaną, bo zamiast tego Zottornik woli wydać bal na część jakieś tłustej klechy awansowanej niedawno na kardynała, bo ma on poparcie w Rzymie i to może się nam przydać w przyszłości. A reszta nie ma znaczenia.
Nene posmutniała. Słowa Sissi zasmuciły ją bardzo. Oznaczało to, że w kraju nie działo się zbyt dobrze, a Franciszek nie był w stanie sam tego zmienić. Z tego, co mówiła jej siostra wynikało, że cesarz ma dobre chęci, ale jest krępowany przez panujące w stolicy zasady, które zawsze dawały pierwszeństwo uprzywilejowanym i nic nie wskazywało na to, aby miało się to kiedykolwiek zmienić.
Tymczasem obie siostry weszły do ptaszarni, w której wisiało wiele klatek, a w nich siedziały tropikalne ptaki różnych gatunków, skrzeczące wesoło na widok każdej nowej osoby. Pracownicy ptaszarni codziennie przynosili ptakom jedzenie, zachwyceni obecnością tak wielu egzotycznych gatunków, jakich nie mieli okazji zobaczyć w Austrii. W tamtej chwili, w której obie siostry przyszły, aby na te cuda popatrzeć, pracownicy właśnie kończyli karmić swych podopiecznych i jak tylko ujrzeli obie księżniczki, skłonili im się nisko i z szacunkiem. Te skinęły delikatnie głowami przed nimi na znak sympatii, po czym powoli podeszły do jednej klatki, gdzie na żerdzi siedziała piękna ara z czerwono-niebieskimi piórami.
- A tu jest moja ulubienica. Nazywa się Pleciuga. Franciszek kupił mi ją, gdy oboje byliśmy na targu incognito. Pleciuga, chodź do mnie!
Papuga wesoło zaskrzeczała, po czym podleciała do Sissi, kiedy ta uchyliła drzwi klatki i delikatnie usiadła jej na ramieniu. Księżniczka zaś czule pogłaskała pióra papugi, po czym posadziła ją na swojej ręce i powiedziała:
- Przywitaj się. To jest moja siostra, Nene. Powiedz: „Cześć, Nene”.
- SISSI! SISSI! SISSI! - zaskrzeczała papuga.
Sissi westchnęła z politowaniem i spojrzała na siostrę.
- I tyle z uczenia jej mówienia. Wiecznie tylko powtarza moje imię. Próbuję ją nauczyć imienia Franz, ale obawiam się, że nic z tego. Jest strasznie uparta.
Nene zachichotała rozbawiona tą sytuacją, po czym pogłaskała pióra ptaka i rzekła do siostry:
- Ona jest naprawdę urocza. To piękny prezent. Franciszek wie, jak sprawić ci radość. Naprawdę to potrafi.
Sissi westchnęła smutno i odstawiła papugę do klatki, którą zamknęła i zaraz potem powiedziała:
- Owszem, ale co z tego? Nie jest w stanie zmienić wszystkich złych praw tu panujących. Obawiam się, że to naprawdę bardzo trudne zadanie, a on sam nie da z tym sobie rady.
- Ale przecież on nie jest sam. Ma ciebie, Sissi.
Księżniczka uśmiechnęła się delikatnie do siostry i powiedziała:
- To prawda. Ja mu pomagam jak tylko mogę najlepiej, ale obawiam się, że nie wszyscy dobrze tu na mnie patrzą. Wielu na pewno uważa, iż lepiej bym chyba zrobiła, jakbym się stąd wyniosła i to na dobre. Zwłaszcza ten cały Zottornik. Jak ja go nie cierpię. Jest po prostu okropny. Wygląda jak stary wampir, który tylko na to czeka, aby mi wbić kły w szyję. Naprawdę, chwilami z obawy sobie sprawdzam szyję, czy nie mam tam ukąszeń. Wiem, przesadzam, ale naprawdę ten człowiek za każdym razem, gdy go widzę, wzbudza we mnie wstręt i niechęć, a także strach.
Sissi westchnęła delikatnie i spojrzała smutno na Nene:
- Przez takich jak on Wiedeń jest jedynie wielką klatką, w której siedzą ptaki takie jak ja. Zasadniczo chwilami, to mam takie wrażenie, jakbym była wyłącznie kolejną papugą w cesarskiej ptaszarni. Bo dla mnie Wiedeń jest oczywiście piękny, ale chwilami przypomina mi złotą klatkę.
- A Franciszek? Czy przy nim czujesz się jak w klatce?
Sissi pokręciła przecząco głową.
- Och nie, w żadnym razie! Przy nim czuję się szczęśliwa. Ale nie wiem, czy chcesz tego słuchać.
- A dlaczego miałabym nie chcieć?
- No wiesz... W końcu złamał ci serce.
Nene uśmiechnęła się serdecznie do Sissi i odparła:
- Przyznam ci się, że nigdy tak naprawdę nie złamał mi serca. Po prostu ja się nim zauroczyłam, a on pokochał ciebie, tak jak ty jego. Wiele myślałam o tym i tak sobie teraz myślę, że do niego tak naprawdę nigdy nie czułam miłości. Pomyliłam jedynie zauroczenie z prawdziwie silnym uczuciem. Taka jest prawda.
Po tych słowach, Nene zrobiła parę kroków do przodu i wyszła z ptaszarni, a Sissi za nią. Obserwowała, jak siostra zrywa kwiatek z pobliskiej łąki i zaczyna go delikatnie wąchać, po czym mówi:
- Poza tym, rozmowa o waszym szczęściu już mnie nie rani, bo widzisz. Ja też poznałam niedawno pewnego uroczego i sympatycznego chłopca.
Sissi od razu przypomniała sobie rozmowę z matką na temat wyjazdu Nene do Grecji. Mama wspominała jej wówczas, że w sąsiedztwie wuja i cioci ma swój dom młody książę, młodszy syn pewnego starego greckiego księcia. Jak to on się nazywał? Gregorios. Mama wspominała też, że ciocia uważała go za idealnego dla Nene kandydata na męża. Czyżby zatem plany te udały się?
- Poznałaś chłopca, tak? A jak on się nazywa? Czy przypadkiem może nie jest to książę Gregorios?
Nene spojrzała zdumiona na Sissi i westchnęła głęboko.
- Skąd ty to wiesz?
- Bo jestem bystra - odpowiedziała jej dowcipnie Sissi.
- Ciekawe, skąd u ciebie taka bystrość, co? Niech zgadnę. Mama ci o nim już opowiedziała, tak? A jej ciocia Matylda? No jasne, teraz już wszystko rozumiem. To niby spotkanie na plaży było zaaranżowane przez mamę i ciocię?
- Spotkanie na plaży? A to ciekawe. Sądziłam, że tam nie da się poznać swego księcia z bajki. Tak podobno twierdziłaś, Nene. To jak to jest?
Nene spojrzała na siostrę nieco groźnym wzrokiem i powiedziała:
- Wiedziałaś o wszystkim, prawda?
- Nie, dowiedziałam się później, kiedy już wyjechałaś. Poza tym, nie wiem, o co się tak złościsz. Czy swatano cię wbrew woli?
- No nie, ale...
- Czy Gregorios nie jest uroczy i sympatyczny?
- Wręcz przeciwnie.
- A więc o co ci chodzi? Ważne, że ma zalety, które sprawiają, że jest on w twoim typie. Tylko to ma znaczenie. Lepiej mi powiedz, czy się zaręczyliście.
Nene od razu odzyskała dobry humor, lekko bawiąc się zerwanym kwiatkiem, po czym odpowiedziała:
- Jeszcze nie. Grecja jest za daleko, a my za mało się znamy. Ale wiesz, czuję, że to jest prawdziwe i szczere uczucie. Zwłaszcza po tym, jak pewnego wieczoru, gdy był bal w jego domu, zabrał mnie na taras, a tam pocałował mnie przy blasku księżyca. Och, mówię ci, Sissi! To było cudowne!
Mówiąc to, Nene zamknęła oczy z zachwytu, próbując przywołać przed swoje oczy tak cudowny obraz tych przemiłych wspomnień. A było co wspominać, bo w całym swoim życiu jeszcze nigdy nie przeżyła czegoś tak cudownego, jak właśnie ten pocałunek z nim.
- Zresztą, nie muszę ci chyba tego mówić. Sama na pewno dobrze wiesz, jakie to jest uczucie całować kogoś, kogo kochasz. Masz to z Franciszkiem.
- To prawda i domyślam się, co musiałaś czuć, kiedy cię pocałował. Tego po prostu nie da się opisać. To trzeba poczuć.
Po tych słowach, Sissi zabrała Nene na dalszy spacer po terenach cesarskich ogrodów, gdzie strażnicy cały czas je obserwowali, a one rozmawiały o Franciszku i Gregoriosie, a także o Ludwik i Elodie, o tym, co dostrzegła między nimi Nene, a co podejrzewała już od dawna Sissi i co teraz znalazło swoje potwierdzenie w tym, czego dowiedziała się od siostry. Potem zmieniły temat i wróciły do tematu, który wcześniej poruszały.
- Nawet nie wiesz, Nene, ile bym chciała zrobić dla tych dzieci. Sierociniec im jest potrzebny, ale nie ten, w którym przebywają. To już jakaś kompletna ruina. Wiem natomiast, że na terenie miasta znajduje się bardzo duży i bardzo ładny dom, który pomieściłby wszystkie dzieci. Jest on oczywiście od dawna już opuszczony, bo właściciel zmarł, a jego potomek nie zamierza tam mieszkać, ale jest gotowy go nam sprzedać. Tylko na to trzeba pieniędzy, a tych nie mamy.
- Tata i mama mogliby dać, ale nie wiem, czy nas na to stać - zauważyła Nene - Jakby nie patrzeć, mamy na naszych ziemiach w Bawarii własne wydatki, a więc nie wiem, czy tata byłby w stanie to sfinansować. Ale może Ludwik?
- Nie, Nene. Ludwik to dobry człowiek i czuły na ludzką krzywdę, ale ja nie mam prawa go to prosić. Nie możemy nadużywać jego dobroci.
- To nie byłoby nadużycie, tylko zwykła pomoc.
- Mimo wszystko, nie będziemy go o to prosić.
- Dlaczego?
- On musi dbać o Bawarię, nie o Austrię. W końcu to na jej tronie zasiądzie, a nie na austriackim. Nie, Nene. Nie mogę prosić Ludwika, aby finansował on moje plany, a zwłaszcza te dotyczące innego kraju niż jego. Bawaria nie jest co prawda uboga, ale czy stać ją na to, aby podnosić z upadku wielkie mocarstwo i to jeszcze takie, które samo nie umie się podnieść?
- Chyba masz rację. Och, Sissi! Rozumiem już, co masz na myśli i dlaczego tak się smucisz. Ale spokojnie, ten człowiek na pewno nie sprzeda tego domu tak od razu. Zdążysz jeszcze z Franciszkiem zebrać pieniądze. Nie musicie pędzić z realizacją tego projektu na złamanie karku. To nie są przecież wyścigi.
Sissi nagle stanęła w miejscu. Słowa, które wypowiedziała Nene sprawiły, że w jej głowie nagle zaświtała pewna myśl. Prosta i zarazem genialna. Tak, to było to. Ten pomysł mógł się udać.
- Sissi, o co chodzi? - zapytała zdumiona Nene, widząc zachowanie siostry.
- Nene, chyba już wiem, jak zdobyć pieniądze na nasz cel - odpowiedziała jej Sissi, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.

***

Mający miejsce tydzień później wielki wyścig koni był wydarzeniem bardzo długo oczekiwanym i niezwykle emocjonującym jednocześnie. Wszyscy fani tego rodzaju zabaw oczekiwali na niego z niecierpliwością i zapartym tchem. Każdy z nich był przy tym ciekaw, czy w tym roku któryś z faworytów cesarza wygra i co za tym idzie, zdobędzie nagrodę. Ponieważ nagroda zawsze składała się z sumy, jaka została zebrana przez połączenie ze sobą wszystkich wpisowych, jakie oddali uczestnicy wyścigów, tym razem suma była naprawdę niebagatelna, gdyż wpisowe wynosiło tysiąc guldenów, a uczestników zgłosiło się dwudziestu pięciu, w tym też pięciu reprezentujących cesarski dwór i jadący na koniach samego Franciszka. A zatem dla nawet prostego umysłu, matematykę znającego jedynie w sposób dość umiarkowany, łatwo było policzyć, że całej sumy będzie dwadzieścia pięć tysięcy guldenów. Oczywiście, co należy zaznaczyć, w wyścigu nie chodziło jedynie o tę sumę i jej zdobycie. Można nawet powiedzieć, iż była ona jedynie dodatkiem do tego, co w tych zawodach liczyło się najbardziej, czyli prestiż, szacunek, a ponadto wielki honor i sława zwycięzcy tak uwielbianych przez wszystkich mieszkańców Wiednia wyścigów konnych. A to było już coś, czym nikt by nie pogardził, a już na pewno nie ktoś, kto lubi bywać w wielkim świecie i w nim błyszczeć.
Jedną z takich osób był hrabia Fryderyk Arkas. Od kilku lat brał udział w tych zawodach i zawsze bardzo dobrze sobie w nich radził. Oczywiście nie wygrywał za każdym razem, ale już dwukrotnie mu się to udało, jak choćby w zeszłym roku. Nie chodziło mu jednak tyle o pieniądze, co fakt, że on, bawarski hrabia, mający po kądzieli także i pochodzenie węgierskie, a co za tym idzie, znacznie gorsze od elit arystokratycznych w Austrii, może wygrać z najlepszym jaśnie państwem na terenie cesarstwa. Możliwość upokorzenia ich wszystkich poprzez zwycięstwo nad nimi była dla niego o wiele przyjemniejsza niż same pieniądze, choć te, gdy tylko udało mu się osiągnąć zwycięstwo, rzecz jasna, z prawdziwą przyjemnością sobie przytulił. Ale nie one były jego głównym motorem działania, co raczej fakt, w jaki sposób je zdobędzie. Umiejętność upokorzenia elit wiedeńskich, którymi gardził i to ponad wszystko, to była dla niego największa nagroda. W duchu żałował też, że nikt z rodziny Wittelsbachów nie brał nigdy udziału w tych zawodach. Tak bardzo chciałby móc ich pokonać i upokorzyć, ponieważ jeszcze większą pogardzą aniżeli elity wiedeńskie darzył on właśnie księcia Maksymiliana i jego rodzinę, z którymi to od dawna miał na pieńku. Choć ich nieobecność miała też swoje dobre strony, bo gdyby tak przegrał z kimś z ich rodziny lub też ich reprezentujących, to wtedy nie byłoby mu już tak miło, zaś tego rodzaju upokorzenia tak szybko by już nie zdołał zmyć. Może zatem lepiej, że ich tam nie było?
Tego roku uczestników wyścigów było dwudziestu pięciu, w tym także sam hrabia Fryderyk Arkas, zwycięzca zeszłorocznych zawodów na swoim niezwykle szybkim koniu Gromie. Stajnie arystokracji i szlachty Wiednia reprezentowało tym razem dziewiętnastu ochotników, a stajnie cesarskie pięciu, w tym sam arcyksiążę Karol, brat cesarza, który też należał do naprawdę dobrych jeźdźców. Ten ostatni miał swoje powody, aby wziąć udział w zawodach. Dowiedział się on bowiem o tym, jakie plany mają Franciszek i Sissi na temat wygranej i na jaki szlachetny cel chcą ją przeznaczyć i postanowił im w tym pomóc.
- Jeżeli wygram, od razu przekażę nagrodę wam - powiedział do nich, kiedy tylko postanowił dołączyć do zawodów - Tej nagrody będzie akurat tyle, ile wam potrzeba, a nawet zostanie jeszcze trochę.
Zofia nie była przekonana, co do tego, aby jej młodszy syn brał udział w tych zawodach. Uważała, że to zbyt ryzykowne, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co się ostatnio przydarzyło Sissi. Poza tym, podczas wyścigów niejeden raz dochodziło już do wypadków i połamań i wolała, aby Karola to nie spotkało. Uznała, że jeżeli tak się sprawy mają z tymi pieniędzmi na sierociniec, to ona jest gotowa wyłożyć je ze swojej własnej kasy, a także odsprzedać kilka swoich drogocennych rzeczy, aby Sissi i Franciszek mieli na swoje szlachetne cele, byleby tylko nikt z bliskich jej osób nie brał udziału w tych pięknych, ale nadal niebezpiecznych zawodach. Ale Karola nic nie było w stanie przekonać do zmiany zdania.
- Zrozum, mamo. To jest sprawa honorowa - powiedział - Reprezentowanie na tych zawodach dworu i mojego brata jest prawdziwym zaszczytem. Poza tym, ani ja, ani Franciszek nie czulibyśmy się dobrze, biorąc pieniądze od ciebie. Kiedy byliśmy dziećmi, mogliśmy je od ciebie otrzymywać, ale teraz jesteśmy dorośli i nie wypada, abyśmy dalej tak postępowali. A ponadto, z prawdziwą przyjemnością utrę nosa temu zarozumiałemu hrabiemu Arkasowi.
Zofia widząc, że nie zdoła w żaden sposób przekonać swego młodszego syna do zmiany zdania, zaakceptowała jego decyzję, choć przy okazji drżała cały czas z niepokoju. Uważała dumę jego i Franciszka za niepotrzebną przeszkodę, ale skoro oboje byli tego samego zdania i postanowili wygrać sobie pieniądze, które chcieli potem przeznaczyć na szlachetny cel, nie mogła im tego zabronić.
W dniu wyścigów na miejscu, w którym się one zawsze odbywały, zebrały się prawdziwe tłumy. Jedni siedzieli w wyznaczonych do tego celu trybunach, inni zaś z bezpiecznej odległości podziwiali je ze swych powozów. Wszyscy natomiast byli zaopatrzeni w lornetki, które miały im ułatwić obserwowanie zawodników. Rzecz jasna, na tych zawodach nie mogło zabraknąć także cesarza i jego matki, a także jego gości honorowych, czyli księcia Maksa z księżną Ludwiką i ich dziećmi, jak i też baronowej von Tauler i jej córki Ilary, Idy Ferenczy, Ludwika oraz Elodie. Ci wszyscy zasiadali w pobliżu samego cesarza, aby wraz z nim obserwować zawody i przy okazji podziwiać tych, którzy będą brali w nich udział. Ze wszystkich osób bliskich cesarzowi jedynie Sissi nie zjawiła się na zawodach. Powiedziała, że ona nie powinna jeszcze jeździć konno, a tak przynajmniej zalecał jej lekarz, dlatego też patrzenie na innych, którzy mogą to robić, jest dla niej przykrym widokiem i woli sobie tego oszczędzić.
Kiedy wszyscy się już zebrali, na środek murawy, na której to miał się odbyć wyścig, wyszedł hrabia Jamisz, będący przewodniczącym tych zawodów, po czym wziął do ręki ogromną tubę i przemówił przez nią:
- Ogłaszam coroczne Wielkie Wyścigi Konne za otwarte. Dzisiaj nagroda jest niebagatelna, bo wynosi aż dwadzieścia pięć tysięcy guldenów. Uczestnicy, którzy biorą udział w tych zawodach, będą mogli o nie zawalczyć, jak i również o wielki zaszczyt wzięcia potem udziału w przyjęciu zorganizowanym na cześć zwycięzcy w pałacu Schonbrunn. Przypominamy, że w przyjęciu będą mogli wziąć udział ci wszyscy, którzy się zgłosili, lecz tylko jeden z nich otrzyma zaszczyt w postaci tej, że sam cesarz wręczy mu nagrodę do ręki. A zatem, niech zwycięży najlepszy!
Z trybun i powozów posypały się gromkie brawa, zaś chwilę później kolejno na murawę wyjeżdżali wszyscy uczestnicy zawodów. Przejechali oni spokojnie, w sposób spacerowy przez cały teren wyścigów, aby się wszystkim zaprezentować. Wśród nich byli oczywiście hrabia Arkas i arcyksiążę Karol. Hrabia Jamisz, gdy tylko każdy z nich przejeżdżał koło niego, dokonywał jego prezentacji, aby nikt z obecnych nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia. Jako ostatnia na murawę wyjechała tajemnicza piękna amazonka w fioletowej sukni oraz wielkiej czerwonej masce na twarzy. Nie podała ona swego nazwiska, ale hrabia Jamisz i tak ją mimo to zapowiedział, oczywiście zgodnie z tym, jak się ona przedstawiła podczas wpisu do księgi uczestników.
- I ostatnia nasza zawodniczka, Amazonka w Masce! Tajemnicza piękność o wielkim talencie do jazdy konnej, która dosiada ostatniego już dzisiaj konia prosto ze stajni samego cesarza! - zawołał hrabia Jamisz.
Jak wszyscy pozostali uczestnicy, kobieta otrzymała gromkie brawa od całej widowni, ale chyba najgłośniej ze wszystkich klaskali Teodor, Maria i Ilary, którzy byli bardzo ciekawi, kto też ukrywa się pod tą tajemniczą czerwoną maską. Ta oto sprawa również intrygowała samą arcyksiężną Zofię.
- Franciszku, powiedz mi, kim jest ta tajemnicza nieznajoma w masce na twarzy? - spytała bardzo zaintrygowana.
Cesarz uśmiechnął się do niej delikatnie i odpowiedział wesoło:
- Dowiesz się wszystkiego, matko, kiedy nadejdzie czas.
- Ale czy chociaż jest dobrym jeźdźcem?
- Oj, bardzo dobrym, matko. Sama zresztą zobaczysz.
Uczestnicy wrócili na swoje miejsca, a hrabia Jamisz ogłosił, że zgodnie z od dawna panującymi tutaj zasadami, wszyscy zawodnicy podzieleni zostali na kilka drużyn. Ponieważ tym razem jest ich dwudziestu pięciu, zostali oni podzieleni na pięć drużyn, po pięciu zawodników każda. Zgodnie z zasadami najpierw mieli wyjechać członkowie pierwszej drużyny i ścigać się, a potem kolejni i kolejni. Gdy zaś już wszystkie drużyny wezmą w tym udział, zostaną z nich od razu wyłonieni zwycięscy tych eliminacyjnych wyścigów i rozpocznie się punkt kulminacyjny, wielki finał, w nim zaś wezmą udział ci wyłonieni poprzednio zwycięzcy. To oni walczyć będą o to, co było główną nagrodą w zawodach, czyli pieniężna nagroda i wielki zaszczyt.
- Niech więc rozpoczną się zawody! - zawołał na zakończenie hrabia Jamisz.
Następnie usunął się on z miejsca wyścigu i dał znak do rozpoczęcia wyścigu. I tak właśnie wszystko zostało rozpoczęte.
Zgodnie z zapowiedzią, w każdej turze wyścigów brało udział jedynie pięciu zawodników. Każda tura wyłaniała zwycięzcę, który przechodził dalej do finału i w nim miał się on ścigać z kolejnymi finalistami. Zwycięzcą czwartej tury był sam hrabia Arkas, który walczył wtedy o laury wraz z Karolem. Ten wyścig był bardzo zażarty, bo Karol z Arkasem przez całą turę szli niemalże łeb w łeb. Niestety, kiedy byli już blisko mety, to koń Karola nagle się potknął o kamień. Co prawda, zdołał utrzymać równowagę, ale niestety zrzucił z siebie w tym zamieszaniu arcyksięcia, który upadł na ziemię, ku wielkiemu przerażeniu Zofii i innych osób w cesarskiej trybunie. Arcyksiężna złapała się ręką za serce na widok niemiłej przygody, która spotkała jej syna i z prawdziwą ulgą przywitała fakt, że on wstał. Od razu szybko podbiegli do niej lekarz i jego pomocnicy, którzy zabrali go z murawy i opatrzyli. Gdy tylko to zrobili, Karol przyszedł do loży z lewą ręką na temblaku. Zofia wtedy podbiegła do niego i czule go uściskała, mówiąc:
- Och, Karolu! Tak bardzo się martwiłam. Ja tak czułam, ja tak czułam, że to się tak skończy. Boże drogi, mogłeś tam zginąć!
Karol uśmiechnął się delikatnie do matki i powiedział do niej serdecznie:
- Spokojnie, matko. Tylko spokojnie. Przecież żyję, nic mi nie jest.
Zofia spojrzała na niego groźnie i rzuciła ze złością:
- Nic ci nie jest? To też uważasz za nic?!
To mówiąc, wskazała na jego lewą rękę, od której to nie potrafiła oderwać wzroku. Franciszek, który stanął obok niej, powiedział:
- Braciszku, nie powinieneś tego tak lekceważyć. Nasza matka ma rację. To się mogło skończyć dla ciebie naprawdę tragicznie.
- Ale jak widzicie, żyję - odpowiedział Karol.
- Na szczęście - mruknęła ze złością w głosie Zofia.
Następnie lekko ujęła młodszego syna za zdrową rękę i posadziła go w loży obok siebie, gdzie wszyscy bliscy i przyjaciele wyrazili radość, że tylko na tym się skończyło. Zofia oczywiście nie omieszkała narzekać, iż przewidywała to i to był naprawdę szalony pomysł. Karol natomiast narzekał na to, że nie tylko przegrał tę turę wyścigów, ale co za tym idzie, nie będzie mógł startować w finale i nie ma już szansy na to, aby wygrać pieniądze na szlachetny cel.
- Spokojnie, braciszku - powiedział do niego Franciszek, który spokojny już o los brata, wydawał się niczym nie przejmować - Nie należy wszystko spisywać już na straty. Jeszcze została nam Amazonka w Masce.
Wszyscy bliscy spojrzeli na niego uważnie, zaintrygowani tym, co cesarz im powiedział. Czyżby ona też walczyła o to, aby zdobyć nagrodę po to, aby potem ją przekazać na cele charytatywne? Franciszek jednak nic nie powiedział. Siedział on tylko na trybunie i tajemniczo się uśmiechał. Dlatego wszyscy odpuścili sobie to, aby zadawać mu jakiekolwiek pytanie i skupiając się na piątej turze wyścigu, kiedy występowali ostatni zawodnicy, a wśród nich Amazonka w Masce. Co ciekawe, ze wszystkich reprezentantów cesarskiego dworu tylko ona przetrwała. I co jeszcze lepsze, wygrała ona piątą turę wyścigów. Kiedy zaś już do tego doszło, to wszyscy w cesarskiej loży odetchnęli z ulgą. Oznaczało to bowiem, że jeszcze jest szansa na obronę honoru cesarskiej rodziny i pokazania, że jednak konie cesarza nie mają sobie również. Ponadto chodziło o zdobycie tak wysokiej sumy na szczytny cel, a to Amazonka w Masce, zdaniem cesarza, mogła im zagwarantować.
Kiedy wszystkie tury wyścigu już minęły i nadszedł czas na finał, ponownie na murawę wyszedł hrabia Jamisz, aby przez tubę zapowiedzieć nadejście ostatniej tury zawodów, nie byle jakich, bo samego wielkiego finału.
- Teraz wszyscy zwycięzcy poprzednich tur wyścigu wezmą udział w finale naszych zawodów. Aby jednak nie był on za łatwy, zostaną ustawione przeszkody. Zawodnicy będą mieli za zadanie nie tylko dojechać do linii mety, ale jeszcze też przeskoczyć przez ustawione na torze wyścigów płotki. Niech zwycięży najlepszy!
Następnie zszedł z murawy i ustąpił miejsca ludziom, którzy zgodnie z tym, co zostało zapowiedziane, ustawili i wbili w ziemię kilka płotków, mających w tej ostatniej turze wyścigów stanowić przeszkodę dla ścigających się. Zajęło im to tak około pół godziny, które zawodnicy wykorzystali na odpoczynek i nabranie sił do dalszego biegu. Każdy z nich dał jeszcze swojemu koniowi nieco smakołyków, aby im okazać swoją sympatię i podziękować za skuteczny bieg, a także po to, żeby też zachęcić ich do dalszych działań.
Hrabia Arkas, który zwykle wobec swoich koni nie był za bardzo czuły, także dał nieco cukru swojemu wierzchowcowi. Jednak nie tyle jego koń go teraz bardzo interesował, co jeden z jego rywali, a konkretnie Amazonka w Masce. Budziła ona jego ogromne zainteresowanie. Jeździła wspanialej niż wiele innych kobiet, jakie dotychczas miał okazję zobaczyć. Zachwycony był gracją, z jaką się ona poruszała na koniu i jak sprawnie wygrała piątą turę wyścigu. Hrabia poczuł, że ma w niej naprawdę godną przeciwniczkę, z którą zarówno wygranie, jak i przegranie było prawdziwym zaszczytem. Ponadto jej włosy spięte w kok i ukryte pod kapeluszem i te tajemnicze niebieskie oczy widoczne spod otworów maski niesamowicie go zachwycały i sprawiały, że musiał po prostu co chwila na nie spoglądać. Czuł, że serce mu bije mocniej przy tej kobiecie. A że zawsze wychodził z założenia, iż to do odważnych świat należy, podszedł do niej, skłonił się i rzekł:
- Piękna pani, rywalizować z panią to dla mnie wielki zaszczyt.
- Bardzo miło mi to słyszeć, hrabio Arkas - odpowiedziała mu Amazonka.
Arkas uśmiechnął się do niej delikatnie i rzekł:
- Pragnę powiedzieć, że jestem zachwycony tym, jak pani jeździ. Jest pani w tej dziedzinie sztuki prawdziwą mistrzynią. Wygranie z panią będzie dla mnie tak wielką przyjemnością, że wyrazić tego nie potrafię.
Amazonka zachichotała, rozbawiona tym, co właśnie jej powiedział.
- A jeżeli to ja jednak wygram? Czy obrazi się pan o to?
- Ależ skąd. Zarówno wygrana, jak i przegrana z taką uroczą damą jak pani, to będzie coś wspaniałego. Nie chodzi tu zresztą o zwycięstwo czy porażkę, ale o to, że przyjemnością jest mieć za przeciwniczkę kogoś takiego jak pani.
Amazonka delikatnie dygnęła przed nim na znak, że jest jej bardzo miło te oto słowa usłyszeć z jego ust, a potem oboje podeszli do swoich koni i wskoczyli na ich grzbiety, oczekując na rozpoczęcie wyścigu.
Chwilę później hrabia Jamisz dał znak i wszyscy zawodnicy ruszyli. Wyścig ten był najbardziej emocjonujący z nich wszystkich. Od niego wszystko zależało i zarazem też był on o wiele trudniejszy od poprzednich tur wyścigów. Płotki były dość poważną przeszkodą dla zawodników, ale okazało się, że oni wszyscy dobrze sobie radzą, a zwłaszcza Amazonka w Masce, która sprawnie i zwinnie na swoim wiernym wierzchowcu przeskakiwała każdą przeszkodę i robiła to dodatkowo też z wielką gracją, co docenił sam hrabia Arkas, zwykle gardzący kobietami i raczej nie mający o nich zbyt wielkiego mniemania. Jednak ta tajemnicza dama w masce tak go mocno zachwyciła, że nie był jakoś w stanie skupić się na wyścigu na tyle, aby wygrać, przez co Amazonka w Masce wyprzedziła go znacznie i po długich oraz tak pełnych napięciu chwilach jako pierwsza przejechała linię mety.
Gdy to nastąpiło, na trybunach po prostu wybuchło prawdziwe szaleństwo. I sam cesarz i wszyscy siedzący obok niego przyjaciele i krewni zaczęli głośno oraz bardzo radośnie skandować imię Amazonki w Masce. Zwłaszcza dzieci tak bardzo rozochocone zwycięstwem, krzyczały i wiwatowały na część zwyciężczyni. Zofia i baronowa chyba jako jedyne w tym towarzystwie nie krzyczały z radości, chociaż one także były zadowolone ze zwycięstwa reprezentantki cesarskiego dworu. Ale obie wolały okazywać swój zachwyt w sposób kulturalny, jak i godny prawdziwej damy.
Amazonka w Masce podjechała do loży cesarskiej i skłoniła się lekko osobom tam siedzącym, po czym zsiadła z konia i przyjęła winiec zwycięzcy od hrabiego Jamisza i bukiet kwiatów jako dodatkowo uszanowanie jej talentu do jazdy konno. Następnie hrabia wziął ponownie do ręki tubę i powiedział:
- Wygrała Amazonka w Masce! Nagroda w postaci dwudziestu pięciu tysięcy guldenów niniejszym przechodzi na nią! Gratulujemy jej wszyscy z całego serca!
Amazonka dygnęła kilkakrotnie przed wszystkimi ludźmi w loży, po czym też bardzo zadowolona spojrzała na cesarza, który lekko skinął głową na znak, że to już czas. Dziewczyna zachichotała i zdjęła z twarzy maskę, odsłaniając oto przed wszystkimi zebranymi ludźmi... twarz Sissi.
Zdumieniu i radości nie było końca. Ludzie patrzyli w szoku i z wyraźnym też niedowierzaniem, kto wygrał wyścig. Jedni byli zdumieni, inni lekko urażeni, ale jednak zdecydowanie przeważały głosy zachwytu i podziwu. Głosów tych nie podzielał wszak hrabia Arkas, który dopiero teraz zobaczył, w kim się zauroczył i komu przed kilkunastoma minutami prawił komplementy.
- O nie! Czyżbym zauroczył się w Elżbiecie?! I jeszcze mówiłem jej, jak to cudownie byłoby z nią wygrać lub przegrać?! O nie!

Rozdział XXVI - Niezapomniane przedstawienie

Shari stała przed babcią, uważnie się jej przyglądając, gdy ta powoli kończyła swoją robotę. Starsza pani siedziała wygodnie ulokowana na kr...