Kilka dni później, po wizycie Franciszka Józefa w Possenhofen, do rodziny Wittelsbachów przybył cesarski kurier z niezwykle ważnym listem i nakazem, aby go dostarczyć osobiście do rąk księcia Maksymiliana lub księżnej Ludwiki. Cesarz chciał mieć całkowitą pewność, że list dotrze do adresatów, ponieważ był on nad wyraz ważny, znacznie ważniejszy niż inne, jakie dotychczas do nich przychodziły. List odebrała Ludwika. Od razu podziękowała kurierowi, kazała mu iść do kuchni, aby się najadł i nabrał sił, po czym wezwała męża, otworzyła list i oboje zapoznali się z jego treścią. Gdy to zrobili, zarządzili natychmiast, aby wszyscy domownicy i goście zebrali się razem w bibliotece, gdzie zamierzali im oznajmić bardzo ważne wiadomości.
- Słuchajcie, kochani - powiedziała Ludwika, kiedy już wszystkie dzieci wraz z baronową von Tauler, Ilary oraz Idą Ferenczy stali w bibliotece i uważnie się jej przyglądali - Przed około pół godziną przybył tutaj umyślny kurier cesarski z tym oto listem.
To mówiąc, pokazała pismo, które trzymała w ręku.
- Franciszek coś do nas napisał? A co takiego? - zapytała zaintrygowana Sissi.
- Wasza Wysokość, nie wypada przerywać matce - skarciła ją baronowa.
- Sissi lubi mieć zawsze ostatnie zdanie - powiedziała wesołym tonem Maks, jakby chcąc wytłumaczyć córkę.
- Cicho, nie przeszkadzajmy mamie. Niech dokończy - odezwała się Nene.
- Dziękuję ci, Nene - odpowiedziała jej Ludwika i kontynuowała: - Jak to już mówiłam, dostaliśmy z ojcem list od cesarza. Zaprasza on nas w nim do swojego pałacu w Schonbrunnie, abyśmy wszyscy uczestniczyli w urodzinach jego matki, arcyksiężnej Zofii, o co sama solenizantka również serdecznie nas prosi.
- Nas? Nas wszystkich? - zapytała Maria.
- Tak, zgadza się - odpowiedziała Ludwika - Cesarz zaprasza nas wszystkich, a arcyksiężna dodaje do tego swoje serdeczne prośby, abyśmy wszyscy przybyli.
- Ona i serdeczne prośby? Już ja to widzę - mruknęła cicho pod nosem Ida.
Nie wierzyła ona w szczerość próśb Zofii i czuła, że chce ona zaprosić do siebie Sissi i jej rodzinę, aby w ten czy inny sposób jej dokuczyć. Albo po prostu też uległa żądaniom syna, który namówił ją do zaproszenia na urodziny nie tylko Sissi, ale i też jej bliskich. Ale jakby nie było, to z pewnością arcyksiężna sama z siebie by nigdy nie zaprosiła Wittelsbachów na swoje urodziny, a już z pewnością nie wszystkich razem.
Ida oczywiście wypowiedziała swoje słowa po cichu, dzięki czemu nikt ich nie usłyszał, ale jak na ironię, wszyscy zebrani w pokoju w głębi duszy podzielali to zdanie, a już zwłaszcza Ludwika. Znała zbyt dobrze Zofię, aby uwierzyć w to, że jej serdeczna przyjaciółka z dawnych lat, będąca zarazem również jej dalszą kuzynką, mogła chcieć zaprosić na swoje urodziny Ludwikę z całą rodziną. Gdyby w liście była mowa jedynie o niej i o Sissi, wtedy łatwo byłoby w to uwierzyć, ale cała rodzina? Nie, to nie było możliwe. Przecież Zofia nie znosiła Maksymiliana i to z wzajemnością. Nie lubiła też za bardzo towarzystwa dzieci, zatem Teodor oraz Maria swoją obecnością mogliby ją jedynie drażnić. Dlaczego zatem cesarz pisze, że Zofia serdecznie prosi o ich obecność? Ludwika czuła w tym rękę Franciszka, który po ostatnio cudownie spędzonym tu czasie, tak bardzo chciał mieć podczas urodzin matki nie tylko Sissi, ale i wszystkich jej bliskich. Z pewnością to on kazał Zofii wyrazić to życzenie, aby ich zachęcić do przyjazdu. Ludwika nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
Ledwie to sobie uświadomiła, a od razu naszły ją poważne obawy względem tego zaproszenia. Wiedziała, że nie mogą mu odmówić, ale przecież przyjęcie go wiązało się na pewno z jakąś awanturą na dworze, która była wręcz nieunikniona. A była taka, bo Zofia na pewno o coś się na nich zezłości, zwłaszcza wtedy, kiedy zobaczy Maksymiliana. Na pewno ani on, ani ona nie odmówią sobie tego, aby nie dokuczyć sobie nawzajem w ten czy inny sposób. Tak, to było pewne. Co za tym idzie, awantura była nieunikniona. Jeszcze dodatkowo dzieci mogą ją rozdrażnić swoją energią i chęcią rozładowania ją na swój tak uroczy dla Ludwiki sposób, a tak drażliwy dla Zofii. A Sissi? Jej obecność na pewno w niczym tu nie pomoże, tak samo jak i obecność Nene. No właśnie, Nene. O niej też trzeba w tej sprawie pomyśleć. Czy powrót do pałacu cesarskiego będzie dla niej przyjemny, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach? To wymagało dokładnego przemyślenia.
- Posłuchajcie, moi kochani - powiedziała po chwili Ludwika - Otrzymaliśmy wszyscy zaproszenie od cesarza na urodziny jego matki. Odbędą się one za kilka dni. Jutro więc jedziemy do Schonbrunnu, dlatego chcę was prosić, abyście już dzisiaj spakowali się i byli gotowi do drogi. Jeżeli macie jakieś inne plany, to cóż... Proszę, abyście je odłożyli w czasie, ponieważ teraz inne sprawy stają się dla nas priorytetem. Bo zaproszenie cesarza i zarazem przyszłego męża Sissi bynajmniej nie jest zaproszeniem od zwykłego człowieka. Takim zaproszeniom się nigdy nie odmawia. Mam nadzieję, że zrobicie to dla naszego drogiego Franciszka i swoje ewentualne plany odłożycie na czas późniejszy, aby skorzystać z jego zaproszenia, gdyż jestem pewna, że bardzo on liczy na obecność nas wszystkich.
Nikt z zebranych nie miał żadnych planów, dlatego jednogłośnie uznali, że tak właśnie zrobią, jak Ludwika ich o to prosi. Co więcej, wszyscy sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych z takiego obrotu spraw, a zwłaszcza baronowa von Tauler, która już się stęskniła za cesarskim dworem i miała nadzieję chociaż przez kilka dni odetchnąć jego atmosferą. Podobnie cieszyła się też Sissi, dla której przybycie na dwór oznaczała ponowne spotkanie z ukochanym Franciszkiem, za którym to, choć nie widziała go zaledwie kilka dni, zdążyła się już bardzo stęsknić.
Jedyną osobą, która wyraźnie nie tryskała radością z powodu zaproszenia na cesarski dwór była Nene. Więcej nawet, w chwili, kiedy inni wyraźnie okazywali zainteresowanie i radość z powodu zaproszenia, ona jedna nie zareagowała na ten pomysł nawet najmniejszym uśmiechem. Ludwika dostrzegła to od razu, ponieważ doskonale znała swoje dzieci, wobec których zawsze starała się być nie tylko dobrą matką, ale też wierną przyjaciółką, zawsze chętną do pomocy. Nie stanowiło więc dla niej żadnej trudności dostrzeżenie tego, jak Nene zareagowała na informację o wyjeździe. Postanowiła też jak najszybciej o tym porozmawiać z córką i ustalić z nią, co powinny w tej sprawie zrobić.
***
Nene powoli i bez pośpiechu, który zresztą nigdy nie był jej domeną, kładła do walizek swoje ubrania, oczywiście dokładnie złożone i ułożone tak, aby się nie pogniotły podczas podróży. Nie była pedantką, ale lubiła mieć wszystko zrobione dokładnie, a każdą rzecz ułożoną na swoim miejscu. Ceniła sobie porządek, czego już nie można było powiedzieć o Sissi. Nie, żeby Sissi była bałaganiarką, jednak Nene doskonale pamiętała, jak mało jej młodsza siostra dbała o to, czy suknie w jej walizkach są idealnie ułożone, albo czy w jej pokoju panuje porządek. Oczywiście, zwykle panował, ponieważ matka ich dbała o to, aby tak się stało, ale Sissi nigdy nie pogardziła czymś, co nazywała dowcipnie wesołym nieładem, objawiającym się chociażby tym, że zrzucała z siebie strój do jazdy konnej, po czym kładła go byle gdzie, aby godzinę później nie móc go znaleźć. Nene bawiło to bardzo, ale też wiedziała, że sama nie umiałaby tak funkcjonować i dlatego wolała wszystko sobie w walizce ułożyć, a w swoim pokoju każdy przedmiot odkładać na jego miejsce. Z tego też powodu, pakując się teraz na wyjazd, osobiście powoli i bardzo dokładnie układała w walizkach swoje rzeczy.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Nene przerwała składanie kolejnej swojej sukni, po czym spojrzała uważnie w kierunku, z którego dobiegł ją ten dźwięk i spytała:
- Kto tam?
- To ja, Sissi. Mogę wejść?
- Proszę, wejdź.
Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Sissi. Kiedy tylko zobaczyła, co robi jej siostra, westchnęła głęboko i powiedziała smutnym tonem:
- Mama mówiła mi, że wyjeżdżasz, ale myślałam, że sobie żartuje. A jednak to prawda. Wyjeżdżasz dzisiaj czy jutro?
- Jutro rano. W tej samej chwili, co wy, tylko wy jedziecie do Austrii, a ja do Grecji - odpowiedziała Nene, składając swoją suknię do końca.
- Och, Nene. Co ja bez ciebie zrobię? - spytała zasmuconym tonem Sissi.
Starsza siostra uśmiechnęła się do niej przyjaźnie i powiedziała:
- Proszę cię, Sissi. Przecież nie wyjeżdżam na zawsze. Po prostu chwilowo lepiej, żebym nie pokazywała się w Schonbrunnie. Przynajmniej do czasu, aż nie ucichną plotki na mój temat. A jeżeli wybuchnie jakiś nowy skandal, to wrócę do was znacznie szybciej.
- Jakie plotki, Nene? Przecież nikt na twój temat nie plotkuje.
- To się tylko tak wydaje, Sissi. Ale jestem pewna, że na dworze już wszyscy wiedzą o tym, co mnie spotkało.
- Daj spokój. Mama mówiła, że o tym, iż miałaś wyjść za Franciszka i że tak to zostało zaplanowane przez ciocię Zofię wiedzą tylko nieliczni, w tym my. A cała reszta nic nie wie i nie będzie wiedzieć.
- Mnie mówiła to samo. Ale ja się boję, Sissi. Ostatnim razem, gdy byłam na cesarskim dworze i doszło do tego niefortunnego wieczoru, czułam na sobie tyle ludzkich oczu, tyle ludzkich złośliwych uśmieszków, że nie byłam w stanie tego znieść. Ja wiem, że pewnie mi się to tylko wydawało. Ale jakie to ma znaczenie, skoro na każdym kroku czułam wtedy spojrzenia wszystkich ludzi wokół siebie i widziałam w ich oczach kpinę? Ja czuję podświadomie, że oni mogą wiedzieć, że oni śmieją się ze mnie i zadręczą mnie swoim szyderstwem, kiedy tylko się zjawię.
Sissi spojrzała ze współczuciem na siostrę. Czuła, że Nene przesadza, zresztą to samo powiedziała jej mama, gdy chwilę wcześniej o tym rozmawiały. Ale mimo wszystko nie była w stanie powiedzieć jej, aby się wzięła w garść i przestała o tym myśleć i zachowywała się normalnie, jakby nigdy nic. Nie mogła tego zrobić. Za dobrze znała Nene, aby nie wiedzieć, że z jej wrażliwością nie jest to możliwe, a poza tym Sissi żal było siostry. Bardzo ją kochała i chciała, aby wszystko się jej ułożyło tak, jak zawsze o tym marzyła, a teraz wszystko wskazywało na to, iż to marzenie nie ma szans na to, aby się ziścić. Prócz tego, Sissi częściowo się czuła temu wszystkiemu winna. Gdyby nie uczucie jej i Franciszka, Nene by teraz nie cierpiała i nie musiała wyjeżdżać na drugi koniec świata, aby poczuć się lepiej. Co prawda, Nene nie obwiniała Sissi o to, co się stało, choć początkowo miała do niej wielki żal, ale ten szybko jej przeszedł i obecnie była szczęśliwa z ich miłości. Ale nie zmieniało to faktu, że póki co, nie była w stanie patrzeć na nich razem, gdy byli we dwoje i na miejsce, od którego to wszystko się zaczęło.
- Poza tym, Sissi... W Schonbrunnie jest wciąż zbyt wiele złych wspomnień - ciągnęła dalej Nene - Jest ich tam stanowczo za dużo. Wszystko kojarzy mi się tam z tym niefortunnym balem zaręczynowym. Lepiej więc chyba, żebym tam się nie pojawiała. Dla was i dla mnie.
- Niby dlaczego dla nas też byłoby lepiej? - spytała Sissi.
- Ponieważ w ten sposób nie zepsuję wam zabawy. A na pewno będziecie się tam dobrze bawić.
- Trudno mi się będzie dobrze bawić, nie mając przy moim boku ukochanej siostry. Może jednak jeszcze zmienisz zdanie?
- Nie, Sissi. Nie zmienię. Rozmawiałam zresztą z mamą i powiedziała mi, że zgadza się z moją decyzją. Osobiście radziłaby mi jechać do Schonbrunnu, ale jeżeli miałabym się tam źle czuć, to już lepiej, abym pojechała do Grecji.
- A dokąd dokładniej jedziesz?
- Na Korfu. Wiesz, tam gdzie byłyśmy kiedyś z tatą i Wilhelmem. To chyba tam zrobiłaś sobie ten swój dziwaczny tatuaż, jeśli dobrze pamiętam.
To mówiąc, spojrzała dowcipnym wzrokiem na Sissi, która uśmiechnęła się do niej figlarnie i lekko odsunęła materiał sukni od prawego ramienia, ukazując siostrze wytatuowaną na nim kotwicę. Nene westchnęła głęboko, kiedy to ujrzała i powiedziała do siostry:
- Błagam cię, Sissi. Lepiej to zakryj, zanim mama zobaczy. Wiesz, jak była na ciebie zła, kiedy to sobie zrobiłaś.
- Wiem, pamiętam to. Powiedziała, że damie nie wypada mieć tatuaży. Że to niby dobre dla marynarzy i ich dziewczyn, a nie dla księżniczki - odpowiedziała Sissi, naciągając na ramię rękaw sukni.
- Lepiej więc nie przypominaj jej o tym. Nasza mama jest wobec nas chyba aż nadto wyrozumiała. Nie ma sensu wystawiać jej cierpliwości na próbę.
- Może masz rację? A gdzie się zatrzymasz?
- U wujka Henryka i cioci Matyldy. Zostało jeszcze trochę lata, powinno tam być jeszcze dość ciepło. Zamierzam wybrać się nad morze i pochodzić plażą.
- I spotkać swojego księcia z bajki.
Nene parsknęła śmiechem, rozbawiona komentarzem siostry.
- Proszę cię, Sissi. W życiu nie poznaje się ukochanego na plaży. To tylko w twoich ulubionych powieściach tak się dzieje.
- Nie tylko w powieściach, Nene. Zobaczysz. Poza tym, powieści są często na prawdziwych wydarzeniach oparte.
- Być może. Ale póki co, nie wiem, czy chcę sobie szukać miłości.
Westchnęła delikatnie, spojrzała w kierunku okna i przechodząc na angielski, na ich język prywatny, dodała:
- Poza tym jest coś jeszcze. Nie chcę, żebyś wzięła mnie za egoistkę, ale ja to chyba nie nadaję się do miłości.
- Dlaczego, Nene? - zapytała Sissi, również po angielsku.
- Wiem, że to bardzo egoistyczne, ale nie umiem chwilowo patrzeć na ludzi tak bardzo w sobie zakochanych, jak ty i Franciszek.
- Jak to?
- To proste. Wszędzie widzę pełno miłości. Ty i Franz, mama i tata, Teodor i Ilary. Wszyscy są tacy szczęśliwi w miłości, a ja nadal sama. Nadal nikt mnie nie chce i nie wiem, czy teraz, po tym skandalu, ktokolwiek zechce. Ani, czy ja bym kogoś chciała.
- Uważasz, że po tym, co się stało, nie będziesz już w stanie kochać?
- Nie wiem, Sissi. Chyba tak. Czuję obecnie jedynie smutek na widok miłości. Czy ktoś taki jest w stanie się zakochać? Nie sądzę.
- Teraz może i nie, ale niedługo możesz zmienić zdanie.
- Jeśli nawet, to na pewno nie tu, gdzie jest tyle niemiłych wspomnień. Gdzie wszędzie, gdzie bym nie spojrzała, widzę zakochane pary. Wiem, że powinnam się cieszyć ich szczęściem, ale zamiast tego umiem być tylko smutna. Nie mów o tym nikomu, dobrze? Nie chcę wyjść w oczach moich bliskich na egoistkę.
- W moich oczach, na pewno nią nie jesteś.
- Dziękuję, Sissi. Cieszę się, że tak mówisz. Ale wolałabym, aby to pozostało między nami.
Sissi delikatnie skinęła głową na znak, że się z nią zgadza, po czym podeszła do biurka Nene, na której widniała mapa Europy z zaznaczoną na niej Grecją. Z uwagą się jej przyjrzała i powiedziała, wracając na niemiecki:
- Z chęcią bym pojechała z tobą. Grecja jest piękna. Ojczyzna Homera, mitów i tragedii antycznej.
- Oj tak, a zwłaszcza Homera - zaśmiała się Nene, również wracając na swój ojczysty język - Pamiętam, jak pierwszy raz przeczytałaś „Iliadę”, którą dał ci w prezencie Ludwik. Byłaś nią wprost oczarowana, a zwłaszcza przyjaźnią Achillesa z Patroklesem.
- No, bo ona jest naprawdę piękna - odpowiedziała Sissi, lekko opierając się o biurko - Pomyśl tylko, Nene. Dwaj wierni przyjaciele w każdej potrzebie, oddani sobie w każdej sytuacji, walczący ramię w ramię niczym dwaj bracia. A potem w trakcie walki jeden z nich ginie, a drugi nie spocznie, póki go nie pomści, karząc Hektora za to, iż ten nie tylko ukradł mu zbroję i ją publicznie nosił, ale jeszcze ciało Patroklesa pozwolił pozostawić na placu boju, aby tam gniło i nie zamierzał oddać go Grekom. Ale mimo chęci zemsty, Achilles po zabiciu Hektora oddał jego ciało zbolałemu z rozpaczy ojcu Priamowi, doceniając jego odwagę i szlachetność oraz ojcowskie uczucie, którym się kierował król Troi. Jak to może nie wzruszać?
- Ciebie wzrusza za nas dwie. Wtedy też zresztą wzruszało. A potem, kiedy przeczytałaś „Odyseję” i się dowiedziałaś z niej o śmierci swego ulubieńca, to tak byłaś zła, że chciałaś odszukać Parysa i udusić go gołymi rękami.
Obie dziewczyny parsknęły śmiechem, rozbawione tymi wspomnieniami.
- Pamiętam, ale Ludwik mnie uspokoił, przypominając, że niedługo potem ten laluś i łajdak Parys zginął w pojedynku z Filoktetem. Wtedy moja żądza mordu już minęła - powiedziała Sissi.
- Ale słabość do Achillesa ci nie minęła - zażartowała sobie Nene.
- Bo prawdziwe uczucie nigdy nie mija, siostrzyczko.
Po tych słowach, Sissi obróciła się ponownie przodem do biurka, spojrzała na widniejącą na nim mapę i zapytała:
- Pamiętasz, jak byłyśmy małe i chciałyśmy zwiedzić cały świat?
Nene uśmiechnęła się delikatnie do siostry, podeszła do niej i lekko ją objęła.
- Pamiętam. Ja chciałam płynąć statkiem, a ty lecieć na skrzydlatym koniu.
- Na Pegazie, siostrzyczko.
- Tak, faktycznie. Chyba tak się on nazywał.
Sissi westchnęła delikatnie ze smutkiem i nostalgią, po czym spojrzała w oczy Nene i powiedziała:
- Ale ty wyjeżdżasz, a ja nie. Chciałabym jechać z tobą.
- Nieprawda, siostrzyczko - odpowiedziała jej czule Nene - Gdybyś mogła, to pojechałabyś do Grecji z Franciszkiem. Dobrze wiem, że tak jest. Kochasz go i jak tylko on wraca do siebie, ty już za nim tęsknisz. Gdybyś więc mogła wybrać, to z nim byś pojechała na wycieczkę, a nie ze mną.
- Nene, nie mów tak. Przecież wiesz, jak bardzo cię kocham.
- Ja ciebie też kocham, siostrzyczko. Ale w twoim życiu pojawił się ktoś, kto jest ci jeszcze bardziej bliski niż ja. I to zrozumiałe. Tak po prostu musi być.
- Ale ty mi też zawsze będziesz bliska.
- Wiem o tym, Sissi. I nie martw się, będę często pisała, obiecuję. I wrócę do domu, zanim się obejrzysz.
Sissi westchnęła delikatnie i lekko obróciła głowę na bok, jakby z poczuciem winy za smutek siostry.
- To wszystko moja wina. Gdybym nie pojechała wtedy z tobą...
- To nie byłabyś teraz szczęśliwa - przerwała jej Nene.
- Ale jestem szczęśliwa twoim kosztem - mruknęła Sissi.
- Nie mów tak. Mnie w końcu przejdzie. Zresztą po to właśnie, żeby wreszcie mi to przeszło, wyjeżdżam. A ty przez ten czas spotkasz się z Franciszkiem. Jestem pewna, że to będzie pięknie spędzony czas. On jest w tobie bardzo zakochany.
- Mówił ci o tym?
- Nie musiał. Widziałam, jak na ciebie patrzył. Tak samo, jak w dzieciństwie. To się czuje, Sissi. Nie mam wątpliwości, że pokochał on moją małą, śliczną i tak bardzo kochaną siostrzyczkę. I wiesz co? Wcale mu się nie dziwię. Kto mógłby cię nie kochać? Cesarz Austrii, jak każdy człowiek na świecie, nie zawsze postępuje tylko i wyłącznie mądrze, ale jednego nie można mu odmówić. Ma wspaniały gust i świetne wyczucie czasu. Pokochał cię i nie przestanie cię nigdy kochać. Czuję to w sercu, Sissi. Będziesz z nim szczęśliwa.
- Dziękuję ci, Nene. Nawet nie wiesz, jak wiele dla mnie znaczą twoje słowa. Bylebyś tylko ty nie cierpiała.
- Jeżeli wy będziecie szczęśliwi, to ja też będę.
- Ale proszę cię, nie pozwólmy nigdy na to, aby jakikolwiek chłopak stanął między nami, dobrze?
Nene przytuliła mocno siostrę do siebie i powiedziała:
- Nic nigdy nie stanie pomiędzy nami. Jestem tego pewna. Tak jak i tego, że ty i Franz jesteście sobie pisani. Od początku zresztą byliście, tylko nie zawsze to widziałam. Teraz jednak to widzę i godzę się z tym. Tak musiało być. Ale jeżeli on da ci szczęście, to i ja będę szczęśliwa. Macie moje błogosławieństwo.
- Dziękuję ci, Nene. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej siostry.
- Ja też, Sissi. Ja też.
***
Sissi bardzo żałowała, że mimo wszystko Nene nie pojedzie z nimi do pałacu cesarskiego, jednak po rozmowie z nią zrozumiała jej decyzję. Postanowiła, że nie może jej do niczego zmuszać, a jeżeli wyjazd do Grecji pomoże jej szybciej się po tym wszystkim podnieść, tym lepiej. Wiedziała jednak, że będzie za nią tęsknić.
- Spokojnie, kochanie. Wszystko będzie dobrze - powiedziała do niej matka, kiedy wieczorem obie ponownie o tym rozmawiały.
- Wiem, ale bez Nene nie będzie tak przyjemnie - stwierdziła Sissi.
- Na pewno, ale pomyśl o tym w inny sposób. Nene spędzi czas w Grecji, od tego wszystkiego sobie odpocznie, a przy okazji, kto wie? Może tam kogoś pozna?
Sissi spojrzała uważnie na matkę i widząc jej tajemniczy uśmiech, poczuła, że jej rodzicielka coś przed nią ukrywa.
- Mamo, ty coś wiesz, prawda? - zapytała.
- A co konkretnie miałabym wiedzieć? - spytała Ludwika.
- Niech zgadnę. Przygotowałaś dla Nene jakiegoś narzeczonego, mam rację?
Ludwika parsknęła śmiechem, rozbawiona tym pytaniem i odparła:
- Nie, córeczko. Ja nie jestem Zofią. Ja nie szukam moim dzieciom nikogo bez ich wiedzy. Ale nie tak dawno dostałam wiadomość od cioci Matyldy, siostry waszego ojca. Pisze, że niedaleko nich mieszka pewien młody grecki książę, który wprowadził się tam niedawno. Jest młodszym synem jakiegoś ważnego arystokraty i podobno jest też bardzo sympatyczny.
- I ciocia pomyślała, że byłby w sam raz dla Nene, mam rację?
- Tak. Wie już o nieudanym planie zaręczenia Nene z Franciszkiem, pisałam jej o tym niedawno. Chciałaby poznać Nene z tym chłopcem. Wahałam się, czy się na to zgodzić, ale skoro Nene sama chce stąd wyjechać, sprawa załatwiona. Niech jedzie do cioci i poznaje tego młodzieńca. Kto wie? Może coś z tego wyjdzie? Ale ja z góry ci mogę obiecać, że do niczego nie będę twojej siostry przymuszać. Jeśli ten uroczy młodzieniec się jej spodoba, wtedy wszystko w porządku. Jeśli nie, to trudno, ale ja pchać Nene w jego ramiona nie zamierzam.
- Wiesz, że jesteś najcudowniejszą mamą na świecie?
- Nie, ale wiem, że mam najcudowniejsze dzieci na świecie.
Po tych słowach, Ludwika czule uściskała Sissi, pocałowała ją w czoło, zaraz potem życzyła jej dobrej nocy i powróciła do sypialni, gdzie niedługo potem zjawił się Maks, niezbyt jednak zadowolony.
- Nie podoba mi się ten pomysł z urodzinami Zofii - powiedział do żony - Nie rozumiem, po co niby mamy tam jechać wszyscy?
- Niedługo wszyscy będziemy jedną wielką rodziną. Trzeba się zacząć do tego przygotowywać - odpowiedziała mu Ludwika - Musimy nadrobić stracony czas i zadbać o to, aby Zofia miała z nami jak najlepsze relacje.
- Ale ona mnie nie znosi!
- Z wzajemnością, misiu. Z wzajemnością.
- Może i z wzajemnością, ale to ona pierwsza zaczęła! Ja tylko chciałem jej wtedy sprawić przyjemność. Nie wiedziałem, że się o to obrazi.
- Maks, kochanie... Zapominasz, że twój pomysł nie był zbyt taktowny. A tak przy okazji, mogłeś wybrać inny termin na to, żeby ją rozsierdzić. Musiałeś robić to akurat w jej urodziny? I dlaczego? Dlatego, że wypadały czterdzieste?
- Ja tylko chciałem przygotować dla niej przyjęcie urodzinowe. Przyjęcie z niespodzianką.
- Owszem, niespodzianka była. Wszyscy się dowiedzieli, ile ma lat. Że oto tego dnia ukończyła czterdziestkę.
- Czterdziestka to dzisiaj tak samo, jak kiedyś trzydziestka. Wszystko zależy od tego, jak się mentalnie do tego podejdzie. Zresztą, naprawdę jest co ukrywać. Czterdzieści lat. Co to niby znaczy, że ktoś ma czterdzieści lat? Ja jestem w tym samym wieku, co ona i co? Jakoś czuję się nadal młody duchem.
- Tak i duży brzuchem - zażartowała sobie Ludwika, przysuwając się do niego czule - Ja wiem, Maks, że nie chciałeś jej urazić, ale mimo wszystko uraziłeś.
Maksymilian jęknął załamany, złapał się delikatnie dłońmi za głowę, spojrzał na żonę i zawołał:
- Ale to było pięć lat temu! A ona nadal mi tego nie zapomniała. Najlepszy na to dowód, że nie zaprosiła mnie do siebie, kiedy organizowałyście zaręczyny Nene i Sissi. Zaprosiła tylko ciebie.
- Bo ty nie byłeś tam potrzebny - odpowiedziała na to Ludwika - Zresztą i tak wtedy nic nie poszło zgodnie z planami Zofii i lepiej, że cię wtedy nie było. Nie daj Boże, jeszcze by moja droga kuzynka wyładowała swoją złość na tobie.
- Może i masz rację. Ale mam nadzieję, że teraz tego nie zrobi.
- Jak nie będziesz jej drażnić, to tego nie zrobi.
- Obiecuję, Ludwiko. Obiecuję, kochanie, że nie będę jej drażnić, a już z całą pewnością nie celowo.
Ludwika uśmiechnęła się do niego delikatnie, pocałowała go w usta i mocno wtuliła się w jego osobę.
Sissi tymczasem położyła się do łóżka i zaczęła rozmyślać nad tym, czego się dowiedziała od matki. Nie była pewna, czy z tego wszystkiego nie wyjdą jakieś dla Nene problemy. Niedawno Franciszek złamał jej serce. Czy szukanie sobie kogoś nowego za granicą było dobrym pomysłem? Stare, wiejskie przysłowie mówiło, że klin się zawsze wybija klinem, ale czy to działa zawsze w taki sposób? A co, jeżeli ciocia Matylda z tymi swoimi upodobaniami do swatania wszystkich dookoła, nie tylko nie pomoże, ale jeszcze zrani Nene? Lepiej, żeby tak się nie stało, bo inaczej będzie miała z Sissi do czynienia.
***
Następnego dnia rano, po bardzo dobrym śniadaniu, rodzina Wittelsbachów i jej goście wsiedli do przeznaczonych im powozów, na których służba już umieściła ich bagaże, po czym ruszyli w drogę, każde tam, dokąd zostało im to wyznaczone. Nene pojechała w kierunku Grecji, a cała reszta w kierunku Austrii. Z tej podróży szczególnie zachwycona była baronowa von Tauler. Wiedziała co prawda, że po urodzinach będzie musiała powrócić na tę obrzydliwą prowincję, ale przynajmniej przez kilka dni znowu pooddycha powietrzem swojego ukochanego Wiednia. Tak bardzo jej tego powietrza brakowało. Nie umiała zatem ukryć przed córką swojego zadowolenia. Sama Ilary z kolei sprawiała wrażenie raczej obojętnej na ten fakt, bo chociaż lubiła Wiedeń i pałac Schonbrunn, ale o wiele przyjemniej jej było tutaj, w Bawarii, w przepięknym Possenhofen. Na szczęście jechali z nimi Teodor i Maria, więc będzie miała z kim spędzać czas. W pałacu bardzo jej brakowało towarzystwa innych dzieci i dlatego tak lubiła przebywać w towarzystwie rodzeństwa Sissi. A ponadto, z Teodorem połączyło ją coś więcej niż tylko przyjaźń. Czuła to i czuła, że on odwzajemnia to uczucie, którego rozwojowi sprzyjała cudowna atmosfera Possenhofen. Dlatego, w przeciwieństwie do matki, marzyła o tym, aby jak tylko prędko się da, powrócić tam, choćby na jakiś czas.
Powozy powoli toczyły się polnymi drogami w kierunku granicy, a kiedy już ją przekroczyły, natychmiast skierowały się w stronę Wiednia. Dotarcie tam było najłatwiejszym etapem podróży i prędko nasi bohaterowie zdołali tego dokonać. W godzinach południowych byli już zatem wszyscy na miejscu. Gdy to się stało, od razu wysiedli z powozów i podbiegli do nich lokaje, aby zabrać ich bagaże. Jednak wybiegł do nich ktoś jeszcze. Ktoś, kogo nikt, a już na pewno nie baronowa, tak bardzo ceniące sobie etykietę, nie spodziewała się. Tym kimś był Franciszek Józef rozpromieniony jak nigdy dotąd. Ledwie tylko ujrzał on Sissi, a schwycił ją mocno w ramiona, podniósł lekko w górę i okręcił dookoła własnej osi, ku jej radości i ku radości wszystkich, poza oczywiście baronową, która powtarzała tylko:
- Wasza Cesarska Mość... Tak nie uchodzi.
Nikt jednak nie zwracał na nią uwagi. Wszyscy, włącznie z jej córką, byli nad wyraz zachwyceni tym widokiem. A ich zachwyt powiększył się tym bardziej, gdy do tego radosnego powitania dołączyli jeszcze Ludwik i Karol, którzy serdecznie i czule uściskali każdego z członków rodziny Possenhofen, nawet dzieci i ucałowali ich z największą radością. Baronowa patrzyła na to wszystko zażenowana, sądząc w duchu, że nic bardziej upokarzającego nie może jej spotkać. Mogło, ponieważ w trakcie powitania jej córka podeszła do Ludwika i przywitała się z nim przyjaźnie, lecz nie jak z księciem Bawarii, ale jak z serdecznym przyjacielem.
- Witaj, Ludwiku - powiedziała dziewczynka, lekko przed nim dygając.
- Witaj, Ilary. Miło mi cię znowu widzieć - odpowiedział jej książę.
Chwilę później, Ludwik uściskał mocno Teodora i Marię, a zaraz potem to samo zrobił z Ilary, która bynajmniej nie protestowała przeciwko temu. Jej matka jednak myślała, że za chwilę serce jej stanie z nerwów, tak bardzo przejął ją ten tak straszny dla niej afront.
- Wasza Wysokość, tak nie uchodzi - powiedziała, podchodząc do Ludwika.
- A to niby dlaczego? - zdziwił się Ludwik - Przecież znamy się z pani córką. Jest ona przyjaciółką mojego kuzyna, Teodora.
- Ale nie wypada, aby się ściskała z Waszą Wysokością i żeby nazywała go po imieniu.
- Proszę, baronowo. Jest to przyjaciółka mojego kuzyna. Dlaczego ma mnie tytułować, kiedy jej przyjaciele tego nie robią? Poza tym, sam jej pozwoliłem, aby nazywała mnie po imieniu.
- To prawda - potwierdziła Ilary.
Baronowa mimo to, nadal uważała, że takie zachowanie nie uchodzi, ale to, ku jej rozpaczy, nikogo nie przejęło, a już na pewno nie cesarza, który ujął czule za rękę Sissi i powiedział głośno i radośnie:
- Moi kochani, witajcie w Schonbrunnie!
Następnie osobiście wprowadził ich do pałacu, aby odnaleźli swoje pokoje i się w nich ulokowali. Sam natomiast zabrał Sissi na spacer po ogrodzie, aby z nią trochę porozmawiać i spędzić z nią nieco czasu, jak przystało na zakochanego w swojej ukochanej młodzieńca.
Baronowa zaś poszła do swojego pokoju, ale długo w nim nie zabawiła, gdyż nie minęło pół godziny, a natychmiast przyszła do niej pokojówka z informacją, że Jej Wysokość, arcyksiężna Zofia chce się z nią widzieć. Baronowa spodziewała się, iż nie będzie to miła rozmowa, jednak musiała się na nią udać. Kiedy szła w kierunku gabinetu arcyksiężnej, czuła się tak, jakby serce jej miało z nerwów zaraz z piersi wyskoczyć. Miała jak najgorsze obawy.
W końcu zjawiła się przed arcyksiężną. Ta siedziała przy swoim biurku i nie odrywała wzroku od papierów, które właśnie przeglądała. Nawet nie spojrzała na baronową, kiedy ta przyszła, ale doskonale wiedziała, że ta już jest.
- O, jesteś już, moja droga. Tym lepiej - powiedziała Zofia ponurym głosem, wciąż nie racząc na nią spojrzeć - Mam do ciebie kilka pytań w sprawie twojej podopiecznej, która jak wiesz, jest narzeczoną mojego syna.
- Słucham więc, Wasza Wysokość - rzekła baronowa, lekko dygając.
- Chcę wiedzieć, jakie postępy poczyniła moja przyszła synowa. Czy może już wszystko opanowała, jak należy?
- Jeszcze nie, Wasza Wysokość. To oporna uczennica. Zdolna, ale leniwa.
- A może pani jest złą nauczycielką?
Baronowa lekko się obruszyła, kiedy to usłyszała. Czego jak czego, ale tego się nie spodziewała usłyszeć. Uważała, że nie zasługuje na taką krytykę, skoro od samego początku się starała, aby wszystkie swoje obowiązki wykonać jak należy. Uniosła się więc honorem i powiedziała:
- Proszę mi wybaczyć, Wasza Wysokość, ale nawet najlepszy nauczyciel nic nie wskóra, kiedy uczeń nie chce zdobywać wiedzy.
- Każda wymówka jest dobra, aby ukryć swoją niekompetencję, prawda? - spytała Zofia z kpiną w głosie - I to nie tylko niekompetencję w kwestii nauki, ale też w kwestii twoich innych obowiązków.
To mówiąc, Zofia po raz pierwszy spojrzała na baronową, ale jej wzrok był po prostu przerażający. Ciskał on błyskawice i gromy w stronę kobiety, która tak się tym zaniepokoiła, że w duchu poczuła, iż wolałaby jednak, aby arcyksiężna na nią nie patrzyła, ponieważ widok tych oczu był niczym wzrok bazyliszka. Już niewiele chyba brakowało, aby wpatrując się w ten straszny obraz tak piekielnych oczu, nie paść trupem na miejscu.
- Mój syn powiedział mi, że odwołałaś wszystko, co wcześniej napisałaś do mnie w liście - wysyczała po chwili Zofia - Powiedziałaś mu podobno, że kłamałaś i zrobiłaś to jedynie przez niechęć do swojej podopiecznej.
- Tak, to wszystko prawda, Wasza Wysokość. Nie powinnam była tego robić, dobrze to wiem, ale posunęłam się do tego, za co teraz bardzo przepraszam.
Po tych słowach, baronowa ponownie dygnęła przed Zofią, która wstała nagle z krzesła, podeszła do niej i zapytała:
- Jesteś zatem całkowicie pewna, że moja przyszła synowa nie zdradza mego syna z tym zdrajcą Andrassym?
- Jestem tego całkowicie pewna - odpowiedziała baronowa.
- I naprawdę niczego nie widziałaś?
- Niczego.
Arcyksiężna uderzyła ją w twarz. To był niespodziewany ruch, choć kilka już razy zdarzał się Zofii. Baronowa poczuła piekący ból w policzku, za który złapała się bardzo mocno, a jej władczyni krzyknęła:
- Kłamiesz! Rozumiesz to?! Kłamiesz jak z nut! Nie wiem tylko, po co. I nie wiem, czy kłamałaś wtedy, czy kłamiesz może teraz. Ale na pewno kłamstwa lecą z twoich ust!
To mówiąc, Zofia spojrzała baronowej groźnie w oczy i powiedziała zimno:
- Zastanów się teraz dobrze, zanim mi odpowiesz. Kiedy kłamałaś? Teraz czy wtedy? Uprzedzam cię, moja droga, lepiej dobrze się zastanów, zanim mi udzielisz złej odpowiedzi. Więc jak?
- Wtedy, Wasza Wysokość.
Arcyksiężna ponownie ją uderzyła, tym razem w drugi policzek. Cios ten był na tyle silny, że baronowa upadła na podłogę. Zofia tymczasem wyglądała, jakby była w jakimś amoku. Stała nad kobietą groźnie i zawołała:
- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś?! Jednym listem wywołałaś tyle zamieszania! Przez ciebie mój syn o mały włos nie odtrącił mnie! Wiesz może, ile wysiłku musiałam włożyć w to, aby go przekonać, że nie miałam z tym nic, ale to nic wspólnego?! Zapowiedziałam ci chyba, że jeżeli mój syn mnie znienawidzi, to ty mi za to odpowiesz!
- Bardzo przepraszam Waszą Wysokość - wyjęczała baronowa, podnosząc się przy tym powoli z ziemi.
- Co mi po twoich przeprosinach? Franciszek kłócił się ze mną i powiedział, że jeżeli mam z tym coś wspólnego, to przestanę być jego matką. Wiesz, ile on dla mnie znaczy? Jak wiele znaczy dla mnie miłości moich dzieci? Ponadto nie wiem, czy teraz mi mówisz prawdę, czy mówiłaś ją wtedy, ale następnym razem, jeżeli coś takiego jak to tajne spotkanie z Andrassym będzie miało miejsce, zdobądź na to dowody, a nie pisz mi jedynie o tym w liście.
Baronowa westchnęła głęboko. Miała przecież dowód w postaci chusteczki, którą Sissi zgubiła w czasie swojej schadzki, jednak potajemnie poprzedniego dnia pod wieczór oddała ją do pokoju Sissi, aby całą sprawę raz na zawsze wyciszyć. W głębi ducha bardzo tego żałowała, ponieważ z wielką chęcią by ją teraz pokazała arcyksiężnej. Może wreszcie by jej w ten sposób dokuczyła. Ale przecież Zottornik chciała, aby Sissi została żoną cesarza. Nie mogła więc przeciwko niej intrygować. Musiała zatem przyznać, że kłamała, wypowiadając swoje oskarżenia przeciwko Sissi. Narażało ją to oczywiście na gniew ze strony Zofii oraz Franciszka, ale już lepsze to niż narazić się Zottornikowi. Jego gniew był zawsze straszniejszy i ona doskonale o tym wiedziała.
Wtem do pokoju, jak na zawołanie, wszedł sługa anonsując kanclerza. Kiedy zaś Zofia pozwoliła mu wejść, wkroczył do pokoju z plikiem papierów i trzymając w dłoni swoją laskę z gałką w kształcie orła.
- Wasza Wysokość, przyniosłem te papiery, o które Wasza Wysokość prosiła.
- Połóż je na biurku, przejrzę je zaraz - odpowiedziała Zofia - A teraz wybacz, że nie mogę tego zrobić od razu, ale muszę wziąć coś na uspokojenie. Głowa mi po prostu pęka z nerwów.
Po tych słowach, wyszła z pokoju, zostawiając Zottornika i baronową samych w swoim gabinecie. Gdyby tylko zawróciła choć na chwilę, usłyszałaby rozmowę, jaka wywiązała się zaraz po jej wyjściu.
- Widzę, że arcyksiężna nie ucieszyła się na twój widok - powiedział kanclerz - Zapewne inaczej wyobrażałaś sobie powrót do Schonbrunnu, prawda?
- Uderzyła mnie, bo powiedziałam, że kłamałam z tymi zarzutami wobec tej wieśniaczki - odpowiedziała ze złością baronowa - Z jakąż przyjemnością bym jej wyjaśniła, jak się naprawdę sprawy mają.
- Owszem, ale nie możesz tego zrobić. Wiesz dobrze, na co się umawialiśmy.
- Zgadza się, ale mam już powoli tego wszystkiego dosyć.
- Płacę ci chyba wystarczająco dużo, abyś znosiła spokojnie humory tej jędzy, prawda? Stać cię dzięki temu na dostatnie życie z córeczką u boku, prawda? Więc na co narzekasz?
- Wszystkiego można mieć z czasem dość. Nawet dostatniego życia za taką oto cenę.
- Weź się w garść. Interesy cesarstwa tego wymagają.
- Dziwnie często interesy cesarstwa są tożsame z twoimi, ekscelencjo.
Zottornik spojrzał na baronową groźnie i wycedził przez zęby:
- Na kolana, nędznico, gdy rozmawiasz ze swoim panem.
Baronowa zrozumiała, że przesadziła i uklękła przed nim, opuszczając głowę w dół, aby na niego nie patrzeć. Jego wzrok był dla niej jeszcze bardziej straszny, aniżeli wzrok Zofii. Zottornik bowiem, chociaż był niesamowicie spokojny w tym, co do niej mówił, jednocześnie brzmiał o wiele groźniej, a ponadto ton słów, jakie wypowiadał jasno pokazał, że jest gotów ją zabić, jeżeli przekroczy granice jego cierpliwości.
- Posłuchaj mnie lepiej, moja droga - rzekł po chwili kaclerz - Ja mam wielkie plany związane z cesarzem i cesarstwem. Są to plany olbrzymiej wagi i dlatego nie pozwolę, aby zmarnowała mi je jakaś głupia kobieta, która nie umie panować nad swoimi emocjami. W polityce trzeba być zimnym i opanowanym. Złym, ale na tyle opanowanym, aby ukryć swoje prawdziwe emocje. Lepiej dla ciebie, abyś to sobie dobrze zapamiętała. Inaczej stracisz moją przyjaźń, a wtedy... Wiesz dobrze, co się stanie, prawda?
- Wiem o tym, Ekscelencjo - odpowiedziała baronowa.
- Doskonale. A teraz zabieraj się stąd i rób swoje. I pamiętaj, ta mała nie może się zniechęcić do cesarza. Będzie idealnym narzędziem do wpływania na niego. To wszystko, baronowo.
Kobieta podniosła się z klęczek i szybko wyszła z pokoju. Pod nosem jednak mówiła ze złością:
- Poczekajcie, łajdaki. Poczekajcie. Jeszcze oboje mi za to zapłacicie.
***
Sissi zdążyła się już ulokować w swoim pokoju, kiedy nagle poczuła, że jest głodna. No cóż... Długo nie jadła niczego, pomijając oczywiście to, co jej rodzina uszykowała sobie na drogę i teraz poczuła, że najwyższa pora to zmienić. Na obiad chyba jeszcze nie była pora, ale Sissi wiedziała, iż do obiadu na pewno nie wytrwa. Dlatego wyszła z pokoju i poszukała Idy Ferenczy. Gdy ją spotkała, poprosiła o to, aby ta zaprowadziła ją do kuchni. Dziewczyna oczywiście zrobiła to, a gdy tylko obie się tam znalazły, zastały w niej pustki, ponieważ kucharz chwilowo wyszedł i nie było nikogo, kto mógłby je obsłużyć.
- Wygląda na to, że nikogo tu nie ma, księżniczko. Musimy przyjść później - powiedziała Ida.
- A po co nam ktokolwiek? Same się obsłużymy - odparła Sissi.
Następnie przeszukała szafki i znalazła w nich chleb, masło, żółty ser, trochę szynki i jeszcze kilka innych specjałów.
- To nam w zupełności wystarczy - powiedziała Sissi - Do kanapek nie trzeba niczego więcej.
- Do kanapek? Chodzi Waszej Wysokości o ten wynalazek lorda Sandwicha?
- Właśnie, ale my mówimy na niego kanapki. Danie szybkie i zaspokaja głód. W sam raz na taką sytuację.
Sissi zaczęła kroić chleb, po czym smarować odcięte jego kawałki masłem, a potem obkładać je pokrojonym wcześniej przez siebie serem i szynką. Ida z uwagą jej się przyglądała, a kiedy już kanapki były gotowe, Sissi poczęstowała ją kilkoma i sama również zabrała się do jedzenia.
- I jak? Smakuje ci? - zapytała po chwili Sissi.
- Tak i to bardzo, Wasza Wysokość - odpowiedziała szczerze Ida.
- Wiem, że to nie są żadne zamorskie frykasy, ale na chwilowy głód to chyba jest najlepsze rozwiązanie.
- Owszem, ale nie wiem, czy na dworze cesarskim to się przyjmie.
- Zobaczysz, że tak. I nie tylko tutaj. Kiedyś wszyscy będą jedli kanapki i to nie tylko jako przekąskę, ale nawet na śniadanie i na kolacje.
- A na obiad?
- Na obiad zawsze musi być coś bardziej treściwego.
Wtem do kuchni weszli Maks w towarzystwie Marii, Teodora i Ilary. Cała ta urocza czwórka pogrążona była właśnie w wesołej rozmowie.
- Zaraz zobaczysz, maleńka, o co tu chodzi - mówił właśnie Maks do Ilary - To jeszcze nie jest popularne danie na cesarskim dworze, ale jestem pewien, że już niedługo będzie to ulubiona przekąska większości ludzi na tym świecie.
Nagle jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Sissi i Idy, lekko zmieszanych jego obecnością tutaj i to jeszcze w towarzystwie dzieci.
- Och, Sissi! I panna Ida! Co wy tu obie robicie? Też zgłodniałyście? - spytał wesoło Maks.
- Tak, ta podróż była strasznie długa, a do obiadu przecież jest jeszcze trochę czasu - odparła na to równie wesoło Sissi - A wy co, łakomczuchy? Pewnie sobie chcieliście podkraść coś słodkiego, mam rację?
- Nie, chciałem im zrobić kanapki, bo dzieci zgłodniały i przyznam ci się, że ja przy okazji też - odpowiedział jej Maks.
- Twój tata mówił mi o kanapkach. Podobno są bardzo pyszne - powiedziała Ilary do Sissi - Ale jeszcze nigdy ich nie jadłam.
- Pora więc to nadrobić, moje dziecko - odpowiedział na to książę.
Następnie podszedł do stołu, na którym przed chwilą jego córka szykowała dla siebie oraz Idy kanapki i sam zaczął przygotowywać ten skromny, acz bardzo smaczny posiłek. Nie minęło wiele minut, a już był on gotowy, a Maks rozdał po dwie kanapki każdemu z dzieci i dla siebie zachował też dwie. Już po chwili każde z nich zajadało się nimi z wielkim smakiem.
- Och, to jest pyszne! - zawołała zadowolona Ilary, rozkoszując się smakiem tego niezwykłego dla niej kulinarnego wynalazku.
- Mówiłem ci - wtrącił wesoło Teodor.
- Jak się jest głodnym, a do obiadu jeszcze daleko, to jest idealne rozwiązanie problemu z głodem - zauważył wesoło Maksymilian.
Wszyscy już powoli dojadali swoje przysmaki, kiedy nagle do kuchni weszła Zofia w towarzystwie baronowej. Obie panie były w szoku, widząc Maksa, Sissi i dzieci siedzących sobie przy stole, jakby nigdy nic i jedzące kawałki chleba wraz z dziwnymi dodatkami i zachowujących się przy tym tak, jakby to było coś zupełnie normalnego.
- Co się tu dzieje?! - zawołała ze złością Zofia - Co wy tu wyprawiacie?!
Wszyscy pod wpływem jej głosu zamarli z przerażenia i przez chwilę żadne z nich nie odważyło się nawet poruszyć. Dopiero Maksymilian przerwał tę ciszę i powiedział przyjaznym tonem:
- Ależ Zofio, nic takiego. To tylko kilka kanapek. Zgłodnieliśmy.
- Kanapek? Jakich kanapek? - zdziwiła się Zofia - Co to niby kanapki?
- Nie wiesz? To takie ładne meble obite pluszem - zażartował sobie Maks.
Myślał, że swoją dowcipną ironią sprawi, że arcyksiężna się uśmiechnie i w ten sposób choć trochę się uspokoi. Jednak nie osiągnął zamierzonego celu.
- Aha, to ciekawe. I to się niby je?
- No, mole na ten przykład to jedzą.
Sissi, Teodor i Maria parsknęli śmiechem, rozbawieni do łez żartem ojca. Ale Zofii nie było bynajmniej do śmiechu. Spojrzała na wszystkich groźnie i rzekła:
- Mole, tak? Właśnie widzę tutaj kilka wielkich moli, jedzących jedzenie dla pospólstwa. Jeżeli byliście głodni, trzeba było inaczej się do tego zabrać.
- Niby jak? Poza tym, nie zrobiliśmy nic złego - odezwał się nagle Teodor.
- No właśnie, uszykowaliśmy sobie tylko trochę jedzenia - dodała Maria.
- Przypominam, że od tego mamy służbę - powiedziała Zofia.
- Tak? Jakoś jej tutaj nie widzę, wiesz? - mruknął ze złością Maks, mając już dość wymówek tej kobiety, która drażniła go już samą swoją obecnością.
- To akurat chwilowe niedopatrzenie, zaraz się je naprawi - stwierdził Zofia i spojrzała na baronową - Wezwij tu kucharza. Niech tu przyjdzie i się wytłumaczy z tego, że nasi goście są głodni, a jego tu nie ma.
Baronowa chciała zabrać ze sobą Ilary, której obecność w tym miejscu wcale się nie podobała, nie miała jednak na to czasu, dlatego dygnęła jedynie przez Zofią i wyszła z kuchni.
- Moja droga Elżbieto - rzekła po chwili Zofia, kierując swój wzrok na Sissi - Im szybciej zrozumiesz swoją przyszłą rolę cesarzowej Austrii, tym lepiej. Ty nie robisz posiłków. Każesz je komuś zrobić. A ponadto, nie każesz robić jakiegoś tam jedzenia dla pospólstwa.
- Ale Sissi robi je takie pyszne - wtrąciła się Maria.
- Cioci też by zasmakowały, gdyby tylko chciała spróbować - dodał Teodor.
- Dziękuję, nie skorzystam - mruknęła Zofia.
Nagle do kuchni weszła Ludwika, zwabiona głośną rozmową.
- Co tu się stało? - zapytała.
Zofia spojrzała na nią niemalże błagalnym wzrokiem i powiedziała:
- Proszę cię, zabierz ich stąd.
Ludwika nie wiedziała, o co chodzi, ale domyśliła się, że chodzi tutaj o jakieś złamanie zasad etykiety, których tak bardzo przestrzegała Zofia i wiedziała bardzo dobrze, iż próby rozmowy z nią na ten temat i przekonywanie jej do czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu. Dlatego poprosiła Maksa i dzieci, aby wyszli z kuchni i nie drażnili już Zofii. Jej mąż wraz z Teodorem, Ilary i Marią oczywiście od razu spełnili to życzenie, nie mając ochoty przebywać tutaj ani chwili dłużej. Podobnie też postąpiła Ida, której Sissi dała znak, aby już poszła.
Maks jednak nie byłby sobą, gdyby wychodząc, nie powiedział Zofii tego, co mu wtedy na sercu leżało:
- Trochę cierpliwości, Zosieńko. Ostatecznie to są tylko dzieci. Sama będąc w ich wieku nigdy nie wykradałaś niczego z kuchni?
- Jakoś nie - burknęła Zofia.
Maks zmierzył ją ironicznym spojrzeniem i rzucił z kpiną:
- To widać.
Następnie wyszedł, skarcony wzrokiem przez Ludwikę, która ledwie wyszedł, od razu spojrzała na Zofię i powiedziała:
- Nie uważasz, kochana, że trochę przesadzasz? Przecież nie zdemolowali ci kuchni. Poza tym, Maks ma rację. To tylko dzieci.
- Wiem doskonale, że to dzieci - warknęła ze złością Zofia - Ale to jeszcze nie znaczy, że wolno im robić, co tylko chcą. Może u ciebie, w Possenhofen pozwalasz im wchodzić sobie na głowę, ale tutaj tak nie będzie, Ludwiko. Tu jest mój dom i moje zasady i macie ich przestrzegać! Wszyscy, bez wyjątku!
Ludwika przyznała Zofii rację, choć nadal w duchu uważała, że robi problem z niczego, nie chciała jednak jej drażnić jeszcze bardziej. Ostatecznie przecież ta kobieta była przywiązana do swoich zasad i nie mogła ich zmienić tak po prostu, bo inni tego chcą. Musi oczywiście je zmienić, ale wszystko w swoim czasie. Póki co lepiej nie prowokować jej w taki sposób, jak ten przed chwilą. Poza tym, jest u siebie i jest w swoim prawie. Racja, iż w swoim domu sama ustanawia zasady. Jak na porządnych gości przystało, Ludwika i jej rodzina powinni ich przestrzegać i to nawet wtedy, gdy uważają je za głupie.
- Oto są efekty pobłażliwego wychowania - powiedziała po chwili Zofia - Ale zapewniam cię, że dzieci Franciszka i Sissi zostaną wychowane tak, jak na dzieci cesarza Austrii przystało. Surowo i z dyscypliną. Tak jak należy. Radzę ci to sobie dobrze zapamiętać, Sissi. Tu nie jest twoja bawarska wieś. Tu jest stolica wielkiego świata i panują tu inne zasady. Im szybciej je opanujesz, tym lepiej dla ciebie.
Po tych słowach, wyszła z kuchni i niemal wpadła na kucharza, biegnącego na jej wezwanie. Nie omieszkała go oczywiście porządnie skarcić za to, że odszedł sobie na tak długo, a przez ten czas jej goście są głodni i panoszą się samopas po jego kuchni, musząc sobie robić samodzielnie posiłek, podczas gdy on gdzieś się bawi w najlepsze. Kucharz przeprosił ją za to i obiecał, że to już się nie powtórzy.
Sissi i Ludwika słyszały tę wymianę zdań, czując przy tym wielki smutek w swoich sercach.
- Mamo, dlaczego nie zareagowałaś? - zapytała Sissi z wyrzutem, kiedy obie wracały do siebie - Dlaczego nie skarciłaś cioci Zofii za to, co mówiła?
- Ponieważ ciocia Zofia w tym wypadku, niestety ma trochę racji. Zgadzam się, że robiła problem z niczego, ale jest u siebie, a więc ma prawo sama dyktować zasady, jakie panują w jej domu. To zupełnie normalne.
- Ale te zasady są głupie.
- To prawda, ale będąc u niej, musimy ich przestrzegać.
- Ale wszyscy? Nawet Teodor i Maria?
- Nawet oni. Poza tym, Zofia mogła się zezłościć na nich. W końcu to dzikusy i sama wiesz, jak potrafią hałasować. Mała Ilary też, jak do nich dołączy. Mnie to nie przeszkadza, twojemu ojcu też nie, bo kochamy naszą rodzinę i przyjaciół za to, że są tacy, jacy są i nie chcemy ich zmieniać. Ale Zofia inaczej już podchodzi do życia. Poza tym, ona do ciebie nic tak naprawdę nie ma. Po prostu jest wciąż jeszcze zła, że nie udało się jej ożenić Franciszka z Nene. Jest zła, bo jej plany nie wypaliły, a to uderza w jej poczucie własnej wartości. Bo dla samej siebie, ona jest jedynie wtedy coś warta, gdy nad wszystkim ma kontrolę. Ale musi zrozumieć, że tak się nie da żyć. Wierzę, że kiedyś to się stanie.
- Ale kiedy, mamo? Kiedy zamęczy mnie i was na śmierć?
Ludwika zaśmiała się, słysząc to pytanie.
- Och, córeczko. Nie przesadzaj. Nie jest znowu tak źle. Poza tym, nie jesteś z tym wszystkim sama. Masz swoich bliskich, którzy cię kochają.
- Owszem, ale chciałabym, aby ciocia Zofia też mnie kochała. A ona z góry już chyba mnie osądziła jako nic nie wartą.
- Nie mów tak. Na pewno tak nie myśli. Po prostu wiele różnych osób może jej to wmawiać i ona chwilowo też jest o tym przekonana. Ale tak naprawdę, wcale tak nie myśli. A co do tych, którzy tak myślą, to nie przejmuj się nimi. Zawsze na tym świecie znajdzie się ktoś, kto cię osądzi, ledwie tylko cię pozna. Ale nie warto sobie takimi ludźmi głowę zawracać, bo ich opinia jest nic nie warta. Skoro łatwo im przychodzi osądzanie, nie są warci żadnych cieplejszych uczuć. Najważniejsze w takiej sytuacji jest to, aby być pewnym swoich wyborów i nie pozwolić sobie wmówić, że są one głupie. I jeszcze nie dać się nikomu zranić.
To mówiąc, Ludwika przytuliła do siebie córkę i dodała:
- Pamiętaj, nie pokazuj im, że cię boli to, co o tobie mówią. Gdy to zobaczą, będą jeszcze bardziej cię krzywdzić. Twoje łzy będą ich motywacją do tego, aby dalej cię ranić. Nie daj im się, córeczko. Cokolwiek o tobie nie powiedzą, ufaj nie im, ale swoim własnym osądom i opinii tych, którzy cię znają i umieją ocenić tak, jak na to zasługujesz.
Następnie pocałowała córkę w czoło i poszła do siebie. Sissi zaś przez chwilę jeszcze stała w miejscu, rozmyślając nad tym, co usłyszała. W końcu zaś poszła do swojego pokoju, gdzie jednak nie zagrzała długo miejsca, ponieważ ledwie zdążyła usiąść, a niemal zaraz rozległo się pukanie do drzwi.
- Kto tam? - zapytała.
- Hrabia Jamisz - padła odpowiedź.
Do pokoju wszedł marszałek dworu cesarza, który ukłonił się jej z najbardziej wyszukaną grzecznością, na jaką tylko było go stać.
- Wasza Wysokość może mnie nie pamiętać. Jestem tutaj marszałkiem dworu. Przysyła mnie cesarz z prośbą, abym osobiście poprowadził pani lekcje tańca.
- Lekcje tańca? Jakiego tańca? - zdziwiła się Sissi.
- Jak to? Cesarz nie wspomniał Waszej Wysokości, że podczas balu z okazji urodzin jego matki ma być odtańczony nowy taniec prosto z Paryża?
Sissi próbowała sobie przypomnieć, czy rzeczywiście tak było. Dopiero tak po dłużej chwili zorientowała się, że istotnie Franciszek oznajmił jej to, ale wtedy nie zwróciła na to większej uwagi, zajęta jego cudownym towarzystwem.
- Rzeczywiście, wspominał mi o tym - powiedziała zawstydzona Sissi - Tak mi głupio, zupełnie o tym zapomniałam.
- Nic nie szkodzi, Wasza Wysokość. Nic się przecież nie stało. Ale proszę już ze mną iść. Lekcje tańca czas wreszcie zacząć.
Sissi nie miała wielkiej ochoty na uczenie się nowych form tańca, lecz skoro tego wymagała sytuacja, była gotowa to zrobić. Zresztą liczyła na to, że jeżeli tak dobrze przed wszystkimi zatańczy, może Zofia wreszcie spojrzy na nią już bardziej przychylnie. Gdyby tak było, to wtedy cały jej trud byłby coś wart.
Księżniczka udała się do sali balowej, gdzie hrabia Jamisz miał ją uczyć. Tam już czekała na nich orkiestra, a także Ludwik w towarzystwie jakieś uroczej, dość wysokiej blondynki w fioletowej sukni z żółtymi dodatkami. Miała ona niebieskie oczy i piękne włosy upięte w kok. Sissi musiała przyznać, że wyglądała uroczo.
- Wy też się uczycie tego nowego tańca? - zapytała zaintrygowana.
- Blisko. Będziemy ci pomagać opanować go w należyty sposób - odparł na to przyjaźnie Ludwik.
- Ty jesteś Sissi, prawda? Bardzo mi miło cię poznać - powiedziała blondynka z szerokim uśmiechem na twarzy, podchodząc do Sissi i delikatnie ją przytulając na powitanie - Naprawdę bardzo się cieszę, że wreszcie mam okazję poznać słynną Sissi, o której tyle dobrego słyszałam. Ale wybacz, ty mnie przecież jeszcze wcale nie znasz. Jestem Elodie de Farge.
- Ach, słynna księżniczka Elodie! - zawołała wesoło Sissi - Dużo o tobie już słyszałam od Franciszka. Opowiadał o tym, jak wraz z Karolem i Ludwikiem odbił cię z rąk bandytów.
- Tak, to była naprawdę niesamowita przygoda. Nigdy jej nie zapomnę. Była groźna, ale na szczęście miała szczęśliwe zakończenie.
- Oby moja nauka nowego tańca była taką samą przygodą.
- Spokojnie, na pewno będzie. Nauczymy cię tego nowego tańca szybciej niż myślisz, Sissi.
- A ty już umiesz tańczyć ten taniec?
- Oczywiście. A jak myślisz, kto go przywiózł do Wiednia?
Sissi rozbawiona tymi słowa poczuła, że nauka być może nie będzie znowu aż tak trudna, jak się tego obawiała. Okazało się, iż ten nowy taniec był jedynie dosyć uroczą odmianą walca. W jej trakcie partner nie tylko trzyma partnerkę w talii, jak to zwykle bywa i sunie z nią po parkiecie, ale od czasu do czasu obraca ją dookoła jej własnej osi oraz delikatnie podnosi w górę podczas tańca. Sissi uznała, że jest to bajecznie prosty taniec, zwłaszcza wtedy, kiedy zaprezentowali go jej Ludwik z Elodie. Niestety, szybko zrozumiała, że obserwowanie to jedno, a nauka to drugie. Boleśnie przekonał się o tym też hrabia Jamisz, któremu niechcący nadepnęła kilka razy na palce.
- Obawiam się, że to będzie trudniejsze niż myślałam - powiedziała po cichu sama do siebie.
***
Następnego dnia odbyła się kolejna lekcja, ale podobnie jak w czasie trwania poprzedniej, Sissi nie zdołała w pełni opanować wszystkich kroków oraz chwycić rytm. Zasmucona dziewczyna nie wiedziała, co ma zrobić, aby w końcu jej się to udało, pomimo tego, że Ludwik i Elodie, jak również i sam hrabia Jamisz mówili jej, aby się nie zniechęcała, bo przecież wszystko zależy od naszej woli, a jeżeli jej coś nie wychodzi, to niewykluczone, że owa blokada jest w jej głowie i sama musi ją w sobie przezwyciężyć. Sissi nie wiedziała, czy mają rację, ale wiedziała, że na tę chwilę już niczego nie opanuje, dlatego potrzebuje nieco odpocząć. Elodie więc wzięła ją pod ramię i zabrała do swojego pokoju z propozycją, że wspólnie sobie odpoczną i porozmawiają. Sissi dziewczyna wydawała się niezwykle miła, dlatego też przystała na jej propozycję.
- Mam pewien pomysł na to, żebyś poczuła się lepiej - powiedziała do niej Elodie, kiedy już siedziały u niej w pokoju - Zaprosiłam do siebie kilka dam dworu i pomyślałam, że ty też powinnaś z tego, co mam do zaproponowania skorzystać.
- A co dokładnie masz do zaproponowania? - zapytała Sissi.
- Coś specjalnego. Zaraz zobaczysz.
Chwilę później, do pokoju weszły dwie służki z wózkiem, na którym stało kilka sporych misek z jakąś białą substancją. Po zapachu Sissi poznała, że to mleko i chyba zsiadłe, a w każdym razie na pewno gęste.
- Będziemy jeść? - zapytała.
- Nie, skąd - zachichotała Elodie - To na twarz. Ośle mleko.
Następnie namówiła Sissi, aby się położyła na szezlongu, sama wykładając się na drugim. Obie służki następnie zaczęły im smarować twarz oślim mlekiem, jedynie wokół oczu zostawiając spore okręgi, aby mleko nie wpadło żadnej z pań do oka. Sissi zdziwił bardzo ten zabieg i zapytała:
- A tak właściwie, to po co nam to?
- To maseczka upiększająca. Sekret Kleopatry. Wygładza skórę - wyjaśniła jej Elodie - Dzięki temu będziesz jeszcze bardziej zachwycająca, a wszystkie panie na balu po prostu pozielenieją z zazdrości. Poza tym, to bardzo relaksuje.
- Skoro tak mówisz - odpowiedziała Sissi, choć w tamtej chwili nie czuła się zbyt zrelaksowana.
- Wiesz, Sissi, muszę ci powiedzieć, że jesteś naprawdę urocza. Odważna, a do tego sympatyczna i zdeterminowana. A to ostatnie szczególnie w tobie widzę. Chcesz opanować ten taniec i uda ci się. Nie ma szans, żeby ci się nie udało.
- Dziękuję, że we mnie wierzysz, Elodie.
- Nie ma za co. Chciałabym, żebyśmy zostały przyjaciółkami.
- Nie mam nic przeciwko temu.
- Cieszę się, że tak mówisz. Wiesz, jesteś dokładnie taka, jak cię opisał.
- Kto? Franciszek?
- Nie, Ludwik.
- Aha, czyli Ludwik ci o mnie mówił? Mam nadzieję, że nic złego.
- Skądże. Same pozytywy.
- Jak dobrze znasz Ludwika?
- Już dosyć dobrze. Widujemy się codziennie. Pokazał mi Wiedeń i to, co jest w nim najpiękniejsze.
Wtem do pokoju weszły trzy damy dworu, zaproszone wcześniej przez Elodie i od razu wyłożyły się na przeznaczonych dla nich szezlongach. Służące od razu do nich podeszły i zaczęły im kolejno nakładać maseczki na twarze.
- Nie mogę się już doczekać tańca Sissi - powiedziała jedna z nich.
- Tak, zwłaszcza tego, jak się skompromituje na oczach wszystkich - dodała druga, chichocząc głupkowato.
- No cóż, na wsi na pewno nie tańczą za często walca. Może jeszcze swojemu ukochanemu nadepnąć na stopę - zaśmiała się trzecia.
- Nie żałuj go. W końcu sam sobie wybrał prostaczkę - rzuciła pierwsza.
Sissi, słysząc to wszystko, zerwała się z szezlonga, złapała za ręcznik i starła ze złością maseczkę z twarzy. Następnie wybiegła z pokoju, ale dogoniła ją Elodie. Zapominając, że ktoś może ją zobaczyć w chwili jej zabiegów upiększających, co jak wiadomo jest kompromitujące dla każdej kobiety, złapała szybko Sissi za rękę i powiedziała:
- Sissi, nie uciekaj. Przepraszam cię za nie. Nie wiedziałam, że one są takie głupie i takie wredne.
- Może i wredne, ale mają rację - powiedziała ponuro Sissi - Ja nie jestem z tego świata i nigdy nie będę do niego pasować. Dla nich zawsze będę wieśniaczką i nic tego nie zmieni. Możesz mnie ubrać w piękne suknie, wysmarować tym oślim mlekiem czy nauczyć tańczyć, ale dla takich jak one zawsze będę nikim.
- Naprawdę obchodzi cię ich opinia? One tak gadają, bo ci zazdroszczą.
- Zazdroszczą? Niby czego?
- Związku z Franciszkiem. Uwierz mi, Sissi, niejedna z nich by chciała być na twoim miejscu. Ale nie mogą i to je tak drażni. Zobaczysz, Franciszek ożeni się z tobą i będziecie szczęśliwi, a im tylko oczy z zazdrości zbieleją. Poza tym, gdy już wszyscy zauważą, jak on bardzo cię kocha, też cię pokochają. Zobaczysz.
- Nie, Elodie. Nie zobaczę, bo tak nie będzie. To wszystko, co mówisz, to jest piękna bajka, ale jednak bajka. Nie pasuję do tego świata. Nie urodziłam się w nim i nie wychowałam, tak jak ty i nie umiem się po nim tak dobrze poruszać. I nie wiem, czy chcę umieć. A to wszystko, co mi mówisz, to pobożne życzenia, ale nic poza tym. To trochę tak, jakbyś łamała suche gałązki, rzucała je do wody i mówiła, że będą z tego kwiatki. A będzie zgnilizna i nic więcej.
Po tych słowach, Sissi uciekła. Załamana Elodie powróciła do pokoju, gdzie już trzy damy dworu przestały plotkować, gdyż słyszały całą rozmowę, czując się teraz z jej powodu bardzo niezręcznie.
- Księżniczko Elodie, proszę wybaczyć - rzekła jedna z nich - Gdyby tylko nas księżniczka uprzedziła, że będzie tutaj księżniczka Sissi, nigdy byśmy...
- Tak, wiem o tym. Ale nie mówiłam, a wy ją obraziłyście i to jeszcze w jej obecności - przerwała im ze złością Elodie - Naprawdę nie wiem, co mnie jeszcze powstrzymuje, aby nie kazać was wychłostać. Głupie kwoki. Wynocha mi stąd!
- Ale Wasza Wysokość...
- WYNOCHA!
Trzy damy dworu natychmiast zerwały się ze swoich miejsc, wytarły twarze ręcznikiem, po czym dygnęły przed księżniczką i wyszły. Elodie zaś zasmucona, a jeszcze bardziej zawstydzona, że niechcący doprowadziła do tego wszystkiego, ze złością powiedziała sama do siebie:
- Och, Elodie. Ty i te twoje genialne pomysły.
Następnie wytarła sobie twarz i zaczęła płakać.
***
Sissi po wyjściu z pokoju Elodie, udała się do Franciszka, aby porozmawiać z nim o tym, co się stało. Na szczęście ukochany miał dla niej czas i mogli we dwoje pójść na spacer po ogrodach pałacowych.
- Powiedz mi, Franciszku, czy ja jestem prostaczką? - zapytała Sissi.
Cesarz parsknął śmiechem, początkowo sądząc, że jego ukochana sobie teraz stroi z niego żarty. Kiedy jednak zobaczył, iż jest ona śmiertelnie poważna, od razu przeszedł do udzielenia odpowiedzi.
- Nie, nie jesteś. Chociaż lubię prostych ludzi. A dlaczego pytasz?
- Bo usłyszałam o sobie dzisiaj kilka przykrych słów i nie wiem, co mam o nich myśleć.
- Och, Sissi. Daj spokój! Jeżeli ktoś cię krytykuje, to tylko dlatego, że bardzo by chciał być teraz na twoim miejscu.
- Elodie powiedziała mi to samo. Może macie rację. Ale naprawdę nie wiem, czy ja pasuję do tego świata. A jeżeli nie? Jeżeli wszystko zepsuję?
- Niby co miałabyś zepsuć?
- Choćby nasze dzieci. Jeżeli dam im za dużo miłości, a za mało dyscypliny?
- Sądzisz, że to jest możliwe?
- Nie wiem. A ty, jak myślisz? Myślisz, że będę w stanie wychować godnego następcę tronu cesarskiego?
Franciszek uśmiechnął się do niej czule, ujął jej dłoń, spojrzał jej w oczy, po czym powiedział szczerze i prosto z serca:
- Myślę, że będziesz cudowną matką.
Sissi poprawiły te słowa nieco humor, jednak kolejne ponownie ją zasmuciły.
- Ale nie musisz się przejmować wychowaniem. Nasze dzieci dostaną, jak to już jest w zwyczaju, dworskie wychowanie.
- Czyli co? Wychowają je obcy ludzie, którzy będą je przyprowadzać nam na godzinę dziennie? I nauczą je dyscypliny i chodzenia jak w zegarku?
- Przede wszystkim, dzieci cesarskie wychowuje matka cesarza i ona jedynie podejmuje decyzje w sprawach wykształcenia i wpajanej im do głów wiedzy.
- Ach tak. A więc zgadzasz się ze swoją matką? Wczoraj mi oznajmiła, że jak tylko urodzę ci dzieci, dostaną ona dworskie wychowanie, surowe i z dyscypliną. Sądziłam, że tylko tak straszy, ale widzę, że to naprawdę się stanie.
- Sissi, nie rozumiesz. Takie są zasady panujące w tym świecie od pokoleń. Ja też otrzymałem takie wychowanie i myślę, że wyrosłem na dobrego człowieka.
- Dobrego tak, ale czy masz w sobie coś więcej niż dobroć?
- Sissi, nie rozumiem cię. Takie są zasady panujące od stuleci. Jak dotąd, one się sprawdzały. Nikt ich nigdy nie kwestionował.
- Ja więc będę pierwsza. Ja je zakwestionuję! - zawołała oburzona Sissi, lekko wymachując przy tym pięścią - Dziecko powinni wychowywać rodzice, a nie jacyś sztywni guwernerzy, którzy będą je bić rózgą za braki w edukacji. Dzieci muszą w domu przede wszystkim dostać miłość i wsparcie. Moi rodzice mi to dali i chyba mi nie powiesz, że wyrosłam na złego człowieka.
Franciszek łatwo zauważył, że Sissi ironizuje teraz jego własne słowa. Lekko się zmieszał i nie wiedział, co ma powiedzieć. Te wątpliwości uraziły Sissi, przez co poczuła, że ma dość rozmowy z nim na ten temat. Rozzłoszczona odeszła, nie słuchając jego próśb, aby została.
- Nie spodziewałam się tego po tobie, Franz - powiedziała sama do siebie.
Przeszła się kawałek po parku i usiadła na jednej z ławek. Chciała sobie tutaj wszystko na spokojnie przemyśleć. Ale niestety, im więcej próbowała to robić, tym do bardziej dramatycznych wniosków zaczęła dochodzić.
- On mnie jednak nie kocha. Gdyby kochał, próbowałby mnie zrozumieć i nie byłby tak lekceważący do tego rodzaju spraw. Przecież to nie jest błaha sprawa. To nie jest wybór kolor obrusu na wesele, tylko wychowanie naszych dzieci. Franz musi więc zrozumieć, jakie to ważne, inaczej nigdy się zrozumiemy. Chociaż, czy ja i on jeszcze się rozumiemy?
Zasmucona Sissi powoli wstała z ławki i poszła się ponownie przejść. Nagle usłyszała za sobą czyjeś wyraźnie czułe głosy. Zaintrygowana szybko wskoczyła za najbliższe drzewo i wyjrzała przez nie lekko. Zobaczyła wówczas, jak niedaleko niej przechadzają się Ludwik w towarzystwie Elodie. Oboje rozmawiali ze sobą czule i bardzo wesoło zarazem. Elodie odzyskała już bowiem humor, który to dość poważnie zepsuły je te głupie damulki, a zawdzięczała to obecności bawarskiego księcia i temu, jak doskonale potrafił on ją rozbawić.
- Wiesz, mam coś dla ciebie. Kupiłem wczoraj na mieście, ale nie było okazji, aby ci to dać. Byliśmy przecież zajęci - powiedział Ludwik.
- Racja, nauką tańca Sissi. Mam nadzieję, że przyjdzie na dzisiejszą, jeszcze wszystkiego nie opanowała, choć dobrze jej idzie - dodała Elodie - A co masz dla mnie, Ludwiku?
Książę bawarski wyciągnął spod pachy książkę i wręczył ją księżniczce.
- Proszę. Zobacz sama.
Elodie zaintrygowana wzięła książkę, otworzyła ją i zaczęła przeglądać.
- Ojej, to francuskie wiersze! To droga rzecz tutaj. I chyba rzadka.
- Dla ciebie nie jest za droga.
- Och, Ludwiku!
Elodie była tak bardzo wzruszona, że zachwycona przysunęła się do Ludwika, stanęła na jednej nodze, przechyliła się lekko i złożyła na jego policzku długi oraz bardzo czuły pocałunek. Ludwik zareagował na to rumieńcem, a Sissi westchnęła głęboko. A więc w taki sposób oni się widują. Że też nie przyszło jej do głowy od razu, ledwie tylko Elodie zaczęła mówić o Ludwiku. Przecież to było oczywiste, że oboje coś do siebie poczuli. Można było to wyczuć po sobie, w jaki Elodie patrzyła na Ludwika podczas tańca i jak on patrzył na nią. I jak ona go wspominała. To było przecież oczywiste.
Sissi ze smutkiem obserwowała, jak Elodie ujmuje pod ramię Ludwika i idzie z nim w kierunku miasta na spacer. Poczuła w sercu ukłucie smutku i zarazem też rozpaczy. Nie dlatego, że jej kuzyn ma ukochaną, ale że jest z nią taki szczęśliwy i już nie ma dla niej tyle czasu, co kiedyś. A ona tak bardzo chciała mu opowiedzieć, co ją zasmuca. Wiedziała jednak, że to nie jest najlepsza pora. Nie mogła przecież przerywać im spaceru i wspólnych chwil we dwoje. Poczuła się nagle strasznie, ale to strasznie samotna. Sama ze wszystkim, co ją boli. Sama z uczuciem smutku oraz braku szczęścia w miłości. Już wiedziała, co czuła Nene, gdy widziała ją i Franza. Jaka szkoda, że jej tu teraz nie ma. Tak bardzo chciałaby z nią teraz porozmawiać.
- Och, Nene! Gdybyś tu teraz była... Czuję się taka samotna.
To mówiąc, rozpłakała się.
Nie wiedziała, jak długo to robiła ani jak długo przebywała w parku. Jednak, gdy w końcu odzyskała świadomość tego, gdzie jest i otarła już łzy, uspokajając się wreszcie, postanowiła się przejść do miejsca położonego w miarę możliwości dość daleko od tego. Uznała, że miasto będzie chyba najlepsze. Nie przejmując się więc tym, że nie ma ze sobą swojej damy do towarzystwa ani nie zamierzając jej szukać po pałacu, poszła przed siebie.
Do miasta dotarła bez trudu. Kiedy tylko się w nim znalazła, wmieszała się w tłum ludzi zajętych swoimi sprawach. Zadowolona z tego, że nie zwracają na nią uwagi i nie wiedzą, kim ona jest, co dawało jej dużą swobodę działania, szła sobie spokojnym, powolnym krokiem, uważnie rozglądając się po straganach. Nie miała co prawda zamiaru niczego kupować, ale zawsze ciekawiło ją, co kto sprzedaje. A poza tym czuła, że musi się czymś zająć, aby nie zwracać.
Jej uwagę w końcu przykuł jakiś wóz, należący do wędrownych aktorów. Tuż przed nim zebrał się spory tłum ludzi, wyraźnie zainteresowanych tym, co właśnie im pokazywali aktorzy. Sissi lubiła tego rodzaju występy, dlatego podeszła bliżej, aby im się lepiej przyjrzeć. Właśnie na jakieś prowizorycznej scenie, zbudowanej chyba na szybko, kilku aktorów parodiowało Zofię i Franciszka.
- Och, mój synu! Nie mogę patrzeć, jak otaczasz się tą podłą zgrają liberałów! - mówiła aktorka, ucharakteryzowana na Zofię.
- Ależ matko, oni są przyszłością Austrii - mówił aktor udający Franciszka.
- Przyszłością Austrii jest dom Habsburgów. Nie możesz go kalać, łamiąc od lat panujące w nim zasady.
- Ależ matko, jestem przecież już dorosły. Sam muszę podejmować decyzję, co jest dobre dla Austrii, a co nie.
- Och, mój synu. Rób oczywiście, co zechcesz. Przecież ja nie będę ciężarem dla ciebie ani dla twojej przyszłej żony. Och, umieram! Moje serce! Mój syn mnie nie kocha! Nie chce słuchać jedynej osoby, mającej rację w tym pałacu! Bo wszak ja zawsze mam rację, zawsze tak mówiłeś, a teraz już tak nie mówisz! Och, ja tu zaraz umrę z rozpaczy!
Aktor Franciszek szybko przypadł do nóg mdlejącej na pokaz aktorki Zofii, wołając przy tym patetycznie:
- Och, matko! Ludzie, kajajmy się wszyscy! To rozkaz! To się więcej już nie powtórzy, słowo!
Publiczność niemalże umierała ze śmiechu, rozbawiona do łez tym, co ujrzała na scenie. A Zofia jakby nigdy nic wstała, stanęła przed ludźmi i rzekła:
- Widzicie, moi państwo. Nikt nie sprzeciwia się woli jedynego mężczyzny w tym pałacu.
Następnie aktorka złapała za nos aktora grającego Franciszka i powiedziała:
- Oto, moje panie, jak się wodzi władców za noc. Żaden jeszcze nie oparł się łzom swojej mamusi. I słusznie, bo skoro sam nie umie nosić spodni, to ktoś inny musi to robić. Bo ktoś przecież musi nosić spodnie, mam rację?
Po czym, podniosła nieco suknię w górę i odsłoniła przed wszystkimi, że ma pod nią spodnie. Publiczność ryczała ze śmiechu, a Sissi mimowolnie również się uśmiechnęła. W innej sytuacji by jej to nie bawiło, ale obecnie nawet bardzo ją to wszystko śmieszyło, choć ten śmiech był nieco zmieszany ze smutkiem.
Kątem oka dostrzegła Elodie, zaśmiewającą się do rozpuku z przedstawienia. Zaintrygowana rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie było widać Ludwika. Jednak nie było czasu na to, aby go szukać, ponieważ na scenę wyszedł kolejny aktor, tym razem ucharakteryzowany na Zottornika. Poruszał się i wyglądał niemal tak samo jak on. Na jego widok publiczność ryknęła śmiechem, a on uderzył mocno laską o podłogę i zawołał:
- Cicho tam! Bo każę was wszystkich wrzucić do lochu! Czy nie wiecie, kim jestem? Czy nie wiecie, co ja mogę? Jednym moim rozkazem zabronić mogę wam wszystkiego, nawet istnienia! Zobaczycie! Jeśli mnie nie uszanujecie, to zabronię wam występów! Zabronię wam pisania! A jeśli mi się sprzeciwicie, zabronię was wszystkich!
Ludzie ryczeli ze śmiechu, a aktor Zottornik mówił dalej:
- Oto moje kanclerskie dekrety! Biskupi i kardynałowie zarabiać będą krocie na was, ciemnych ludziach! Arystokraci będą sobie kabzy nabijać waszym kosztem i nic nie będą płacić państwu, tylko mnie i to po cichu. I wybory przeprowadzi się zawsze w sposób uczciwy i zgodny z prawem.
Następnie wyjął z kieszeni sakiewkę i potrząsnął nią lekko, a zaraz podbiegł do niego jakiś gruby aktor w stroju urzędnika.
- Witaj, wielka ekscelencjo miłościwie nam panująca! - zawołał.
- Witaj, beczko sadła. Na czym się dzisiaj tak spasłeś? - spytał Zottornik.
- Na ludzkiej głupocie, panie. Nawet nie wiesz, jak ona jest tucząca.
- To doskonale. Słyszałem, że wybory mają mieć miejsce.
- Tak, do rady miejskiej.
- Mój drogi burmistrzu... Chciałbym cię prosić, abyś zadbał o to, aby wszyscy wyborcy głosowali tak, jak im sumienie nakazuje.
To mówiąc, wręczył mu sakiewkę. Burmistrz jednak chytrze wysyczał:
- Obawiam się, że głos sumienia jest jeszcze bardzo cichy, mój panie.
Aktor Zottornik wręczył mu więc kolejną sakiewkę.
- A teraz je słyszysz?
- Oj tak, panie i to bardzo wyraźnie. Piąty raz z rzędu zatem wygrają ci pana podli konserwatyści. I dalej doić będą lud niczym dojną krowę, którą zresztą jest.
- I słusznie, bo wszak Pan Bóg nakazał, aby człowiek inteligentny rządził tym człowiekiem, który jest ciemny.
- Święte słowa, mój panie.
- Co możesz obiecać swoim wyborcom?
- Obiecuję prawicy, że wszystko będzie zgodnie z prawem. A lewicy, że jak już zostanie opozycją, jedyne, co będzie mogła robić, to robić wszystko na lewo. A tym, co na mnie głosują, obiecuję... Obłupić was do gołej skóry, wy tępe durnie, to jest, chciałem powiedzieć, wierni poddani miłościwie nam panującego cesarza. I przede wszystkim, obiecuję wam wielbić ponad wszystkiego wielkiego, potężnego i wspaniałego kanclerza Zottornika.
Doskoczyli wówczas do aktora Zottornika ludzie i zaczęli go wielbić, on zaś bardzo z siebie zadowolony, powiedział:
- Ludu Wiednia, głosuj na jedynego słusznego burmistrza! Oto on, jedyny tak niepowtarzalny i wyjątkowy urzędnik! Burmistrz Włapędaj!
Publiczność znowu ryknęła śmiechem, po czym aktor Zottornik podszedł do publiczności nieco bliżej i powiedział nagle zupełnie innym, młodym głosem, tak różniącym się od tego ochrypłego, którym mówił wcześniej:
- A teraz z tej oto zabawnej scenki wyciągnijcie ludzie naukę. Niedługo są już w tym mieście wybory. Nie dajcie się podczas nich zwieść banialukom. Głosujcie rozsądnie i z głową. Nie zważajcie na obietnice, ale na czyny.
- Znam ten głos - rzekła do siebie Sissi i przyjrzała się uważnie aktorowi.
Teraz wydawał jej się on dziwnie znajomy.
- Ludwik?
Nie było jej jednak dane poznać odpowiedzi na to pytanie, ponieważ nagle aktor Zottornik dał znak aktorom, ci zaś chwycili za instrumenty muzyczne i zaraz zaczęli przygrywać na nich skoczny kawałek, a aktor udający kanclerza zaśpiewał:
Co się u nas wyrabiało? Jeden Bóg to wie.
Gdy co drugi, chciał na rajcę szybko dostać się.
Wygłaszali receptury przez calutkie dnie.
Jak uzdrowić gospodarkę nagle każdy wie.
Obiecanki-cacanki, a w Austrii jak kto chce,
Byleby na stołek szybko dostać się.
Obiecanki-cacanki, każdy z nas to zna,
A więc grajcar do grajcara zbieramy, co dnia.
Obiecanki-cacanki, a w Austrii jak kto chce.
Od tych banialuków w głowie kręci się.
Obiecanki-cacanki, każdy z nas to zna,
Jednak biedak wciąż w kieszeni dziury tylko ma.
Kiedyś w nocy, mili moi, śniło mi się, że...
Że ja, Hans, biedny chłopak, premierem zostać chcę.
Lecz ja na skrzypeczkach całe życie tylko gram,
Więc jak z grajka ma wyrosnąć nagle wielki pan?
Obiecanki-cacanki, a w Austrii jak kto chce,
Byleby na stołek szybko dostać się.
Obiecanki-cacanki, każdy z nas to zna,
A więc grajcar do grajcara zbieramy, co dnia.
Obiecanki-cacanki, a w Austrii jak kto chce.
Od tych banialuków w głowie kręci się.
Obiecanki-cacanki, każdy z nas to zna,
Jednak biedak wciąż w kieszeni dziury tylko ma.
Dzisiaj każdy kandydować może, jeśli chce,
Choć na niczym tak naprawdę dobrze nie zna się.
Jednak człowiek, to nie owca. Każdy o tym wie,
A więc w pole wyprowadzić już nie damy się.
Obiecanki-cacanki, a w Austrii jak kto chce,
Byleby na stołek szybko dostać się.
Obiecanki-cacanki, każdy z nas to zna,
A więc grajcar do grajcara zbieramy, co dnia.
Obiecanki-cacanki, a w Austrii jak kto chce.
Od tych banialuków w głowie kręci się.
Obiecanki-cacanki, każdy z nas to zna,
Jednak biedak wciąż w kieszeni dziury tylko ma.
Po zakończeniu piosenki, publiczności zaczęła głośno klaskać i rzucać zaraz monety w kierunku aktorów. Sissi i Elodie nie były gorsze i także rzuciły im kilka złotych dukatów. Obie były bowiem zachwycone występem, choć każda z innego powodu. Elodie była nim niesamowicie rozbawiona, a Sissi nad wyraz ciekawa. Żałowała, że Franciszek nie widział tego przedstawienia. Może gdyby je ujrzał, to by zrozumiał, jak bardzo kiepsko sobie radzi jako cesarz, skoro już teraz błazenada uliczna ukazuje go jako wodzonego za nos przez matkę oraz oddającego władzę w ręce takich ludzi jak Zottornik. Może dzięki temu coś by zrozumiał.
***
- Jesteś, Sissi! Tak się martwiłem o ciebie. Gdzie ty byłaś?
Franciszek uściskał mocno Sissi, gdy tylko ponownie ją zobaczył. Ale ona, o dziwo, nie odwzajemniła jego uścisku, lecz lekko odsunęła się od niego i rzekła:
- Byłam na mieście. Musiałam sobie wiele spraw przemyśleć.
- Na mieście? Przemyśleć? - zdziwił się Franciszek - Co musiałaś sobie tak bardzo przemyśleć, moja ukochana, że musiałaś iść aż na miasto?
- Wiele spraw, mój drogi. Wiele spraw - odparła Sissi - A zwłaszcza to, w jaki sposób zachowujesz się wobec mnie.
- Sissi, moja najmilsza. Nie rozumiem cię. Co ja takiego zrobiłem?
- Nie rozumiesz? I w tym problem. Zraniłeś moje uczucia i nawet nie wiesz, że to zrobiłeś. Biedaku, twoja wiedza na temat miłości jest chyba bardzo mała.
Franciszek rozzłoszczony podbiegł do Sissi, która właśnie chciała odejść, po czym złapał ją za ramiona i zapytał?
- Chodzi ci o te zasady, jakie panują w pałacu? Naprawdę boli cię to, że chcę je przestrzegać?
- Boli mnie to, że dostrzegasz jedynie te zasady i swoją matkę, która ci mówi, co masz robić, choć już dawno jesteś dorosły. A może jesteś dorosły tylko z daty? A w głębi serca wciąż jesteś małym dzieckiem?
- Sissi, nawet tak nie mów! Wiesz dobrze, że sam chcę zmian, ale nie mogę ich wprowadzać rewolucyjnie. Poza tym, pewne rzeczy jak dotąd się sprawdzały i nie chcę ich zmieniać, tylko dlatego, że ty tego żądasz.
- Ale zostawisz je, bo twoja matka tak żąda. Franciszku, nie widzisz, że ludzie się z ciebie śmieją, że trzymasz się jedynie maminej spódnicy i bez swojej matki to nawet jednego kroku nie zrobisz?
Franciszek puścił ją zdumiony tym, co mu właśnie powiedziała. Wiedział, że jego zażyłość z matką bywa krytykowana, ale żeby aż do tego stopnia?
- O czym ty mówisz?
- O tym, że nawet na ulicy jesteś pośmiewiskiem swoich poddanych. Uliczni i wędrowni komedianci pokazują cię w swoich krotochwilach jako wodzonego za nos przez mamusię. A ją jako jedyną, która jest prawdziwym mężczyzną na dworze cesarskim. Szkoda, że tego nie widziałeś. Może dałoby ci to do myślenia.
Franciszek ze złości zacisnął prawą dłoń w pięść i potrząsnął nią w niemym proteście przeciwko temu, co właśnie powiedziała Sissi.
- A to łotry. A to błaźni. Myślą, że wiedzą wszystko, tak? Myślą, że wiedzą o tym, co siedzi w mojej głowie i w moim sercu? Kpiny sobie ze mnie urządzają! O, to im nie ujdzie na sucho!
- Tak? I co zrobisz? Każesz ich zachłostać na śmierć? - zakpiła sobie Sissi, nie odrywając od niego wzroku - Śmiało, proszę bardzo. Ale nie uciszy to tłumu. Ani narodu, który powtarza te same kpiny. A może każesz cały naród zachłostać? Zrób to, a będziesz godzien krotochwil na ciebie pisanych.
Franciszek zrozumiał, że niepotrzebnie uniósł się gniewem. Zasmucony lekko opuścił głowę, spojrzał na Sissi przygnębionym wzrokiem i spytał:
- Co ja mam robić, najdroższa? Nie chcę, by moi poddani tak o mnie myśleli. Chcę mieć ich szacunek i poważanie. Ale nie wiem, jak je zyskać.
Sissi zrobiło się żal ukochanego. Widziała w jego oczach ból i niepewność. Z głowy i serca od razu wyleciał jej gniew na niego, a pozostał jedynie smutek.
- Franz, kochanie... Nie podejmę decyzji za ciebie. Sam musisz wiedzieć, co musisz zrobić. To w końcu ty jesteś cesarzem, ja będę tylko cesarzową.
- Nie, Sissi. Nie „tylko”. Będziesz „aż” cesarzową. Zawsze będę liczyć się z twoim zdaniem, najmilsza.
- A także ze zdaniem matki, prawda?
- Sissi, zrozum. Nie mogę jej tak po prostu odtrącić.
- Nie oczekuję tego od ciebie. Tylko tego, żebyś wiedział, kiedy mnie bronić przed jej atakami i kiedy powiedzieć matce „basta”. Bo inaczej nasz związek nigdy nie będzie szczęśliwy, jeśli będziemy w nim my i ona. Pamiętaj, małżeństwo to nie jest trójkąt. Moja matka nigdy nie wtrącała się w związek mojego brata Wilhelma. Pomagała, gdy trzeba było, ale nigdy nie próbowała się wtrącać. Może czas, aby i twoja matka się tego nauczyła? Ja nie chcę być jej wrogiem. Ale zapamiętaj, jeżeli spróbuje mi odebrać dzieci i wychować je surowo na snobów bez uczuć, stanie się moim wrogiem. Podobnie jak wszyscy, którzy będą jej bronić. Łącznie z tobą.
Po tych słowach, Sissi odsunęła się od Franciszka i dodała:
- Mama zawsze mówiła, że pisklaki nie mogą wiecznie trzymać się matki. W końcu muszą wyfrunąć z gniazda i żyć po swojemu. Może ty też powinieneś tego spróbować, Franz?
Następnie Sissi odeszła, pozostawiając ukochanego z własnymi myślami. W duchu miała nadzieję, że te słowa do niego dotrą i pomogą mu wiele rzeczy pojąć tak, jak pojmować je należy.
Tymczasem Franciszek wciąż był w szoku po tym, co mu powiedziała Sissi. Już wcześniej słyszał podobne zarzuty od Karola i od Ludwika, jednak nie bolały go one tak mocno, jak te same słowa wypowiedziane przez Sissi. Zrozumiał, że nie jest wcale tak, iż Karol mówi to wszystko, bo zazdrości mu relacji z matką, a jego kuzyn Ludwik dlatego, że jest liberałem i chce koniecznie swoje idee powielać w Austrii. Powód ich słów musi mieć głębsze podłoże, skoro nawet jego ukochana o tym samym mu mówi. Czy to oznaczało, że jest mamisynkiem? Że nie umie puścić maminej spódnicy? Że jest wodzony za nos przez matkę? Nie, z tym ostatnim się nie mógł zgodzić. Jego matka go kochała, nie oszukiwałaby go celowo i nigdy by go nie chciała świadomie skrzywdzić. Ale mogła to robić nieświadomie np. raniąc Sissi i jej uczucia. Tak, to już prędzej. Matka jego była osobą uwielbiającą mieć w każdej sprawie ostatnie słowo. Widział to, ale mimo wszystko zawsze liczył się z jej opinią. Nie we wszystkim jednak ją podzielał. Wiele spraw widział inaczej niż ona, ale nie mówił tego na głos, aby jej nie ranić, poza tym nie był pewien, czy aby na pewno ma rację. Teraz widział, że to był błąd. Jego matka odebrała milczenie z jego strony za aprobatę i podzielanie jej poglądów. Duży błąd. Trzeba było mówić jej to, co myśli naprawdę, że widzi potrzebę zmian, że trochę się ich boi, bo nie wie, do czego one doprowadzą, ale nie zamierza z nich rezygnować z tego powodu i że wiele tradycji uważa za głupie i szkodliwe, a fakt, iż stosowali je wcześniej jego przodkowie nie jest dla niego argumentem za nimi. Powinna była już dawno o tym wiedzieć. Może wtedy nie raniłaby Sissi i zaakceptowała ją taką, jaka jest? A przy okazji, może wreszcie zrzuciłaby żałobę po ojcu i zaczęła normalnie żyć, nie raniąc ani siebie, ani nikogo ze swojego otoczenia swoją oschłością? Może zatem pobłażliwość syna wobec jej wad była błędem i krzywdą, jaką jej wyrządził?
Wtem jego rozmyślania przerwał bardzo dziki hałas, po którym nastąpił ostry krzyk Zofii. Franciszek zaintrygowany postanowił sprawdzić, co też jest powodem tego zamieszania. Wyszedł więc z gabinetu i udał się tam, skąd dobiegł go ten tak niespodziewany hałas. Gdy dotarł na miejsce, zauważył, że na podłodze leży jakaś rycerska zbroja, cała potrzaskana, a obok niej stoją Teodor, Maria i Ilary, mając na twarzach przerażone i zatroskane miny. Nad nimi stała Zofia wściekła jak stado os i krzyczała na całą trójkę, na czym świat stoi. Przy dzieciach zaś stała Sissi, która próbowała je tłumaczyć.
- Przecież to tylko dzieci, ciociu - mówiła - One nie chciały tego zrobić. A już na pewno nie chciały ci celowo dokuczyć. To był wypadek.
Zofia nie przyjmowała jednak takiego argumentu.
- Może i dzieci, jednak złamały zasady panujące w tym domu i muszą ponieść tego konsekwencje. Pójdą dzisiaj spać bez kolacji, a jutro dostaną tylko chleb oraz mleko i to w kuchni. Nie będą jeść z nami przy jednym stole.
Franciszek przypomniał sobie z miejsca, jak matka kiedyś jego chciała w taki sposób ukarać za podobne przewinienie, ale ojciec wstawił się za nim, każąc jej się uspokoić. Matka była wówczas wściekła, lecz zaakceptowała decyzję ojca. Ten zaś poprosił Franciszka, aby następnym razem bardziej uważał na to, co robi, co mały Franz nie tylko mu obiecał, ale i dotrzymał słowa. Był bardzo wdzięczny ojcu, że ten go zrozumiał, że nie chciał mamie zrobić na złość i nie zostawił go samego z nią i nie pozwolił, aby z powodu błędu odepchnęła go choćby na jeden dzień. Tego też dnia zrozumiał, jak ważne jest na tym świecie miłość i zrozumienie, czyli coś, czego chyba nie umiał dać Sissi i jej bliskim. Ale dość już tego. Nigdy więcej tak podłych kar w jego pałacu.
- Chwileczkę, matko! - zawołał Franciszek, podchodząc do nich.
Sissi i dzieci spojrzały na niego z nadzieją w oczach, a matka z niechęcią.
- Synu, te mały diabły wcielone, pomimo tego, że mnie bardzo boli głowa, z premedytacją wpadły na tę zbroję i ją przewróciły. Wiedzą dobrze, że w tym domu obowiązują pewne zasady i mimo to złamały je. Muszą być ukarane. Takie są tutaj zasady, wiesz o tym dobrze.
- Wobec tego, matko, trzeba zmienić te zasady. Dzieci mają prawo biegać i się bawić, bo są dziećmi. A my nie mamy prawa ich za to karać. Chyba, że zrobią coś złego, ale teraz nie zrobiły nic złego.
- A moja biedna głowa?
- Weź na to odpowiednie proszki, to ci minie. Zabraniam ci karać te dzieci.
- Ty mi zabraniasz, synu? Mnie? Swojej matce?
- Owszem, matko. I chcę jeszcze ci coś oznajmić. Nie zgadzam się na to, aby twoje pomysły na wychowanie dzieci były jedynymi słusznymi i obowiązującymi. Dzieci moje i Sissi zostaną wychowane przeze mnie i przez Sissi. W sposób, który ja i moja ukochana uznamy za słuszny.
Sissi poczuła, jak serce trzepocze jej w piersi jak ptaszek. Radośnie pisnęła i nie mogąc się powstrzymać, rzuciła się Franciszkowi na szyję, ściskając go i czule całując w oba policzki. Dzieci zaklaskały na ten widok radośnie w dłonie, a Zofia popatrzyła lekko zgorszona na to zachowanie.
- Synu, jak ty możesz? Zamierzasz podeptać święte prawa tego domu?
- Jestem cesarzem, matko - odpowiedział Franciszek, nie wypuszczając przy tym Sissi z ramion - Zamierzam zmienić prawa, które krzywdzą moich bliskich i moich poddanych.
Następnie spojrzał na dzieci i dodał:
- A wy, kochani, bawcie się gdzie indziej, dobrze? Nie drażnijcie mojej matki, bo jak widzicie, bardzo boli ją głowa.
Teodor, Ilary i Maria zgodzili się i szybko uciekli daleko od Zofii, która tylko głęboko westchnęła, spojrzała z niechęcią na Sissi i powiedziała:
- Zdaje się, że mój syn zwariował.
Następnie wróciła do gabinetu i zamknęła się w nim na klucz.
Sissi zaś uściskała serdecznie ukochanego i szepnęła czule do niego:
- Wybacz mi, Franciszku, moje słowa. Nie chciałam cię urazić. Żałuję, że je powiedziałam. I żałuję, że kiedykolwiek w ciebie zwątpiłam.
- Nie, Sissi. Miałaś rację - odpowiedział jej Franciszek - Dobrze zrobiłaś. To mi było potrzebne, żebym zrozumiał kilka rzeczy. Wiele trzeba tu zmienić i mogę ci obiecać, że nie zaniecham tych zmian. I jeszcze jedno.
- Tak, mój miły?
- Chcę poznać lepiej swoich poddanych. Zasmuciło mnie to, co powiedziałaś mi na ich temat. Nie chcę, żeby tak źle o mnie myśleli. Chcę wiedzieć, co myślą i co czują. Dlatego po urodzinach mojej matki, które jak wiesz, będą jutro, oboje się wybierzemy na miasto. Oczywiście incognito.
Sissi nie wierzyła własnym uszom. Franciszek nie tylko postawił się matce, ale też zamierzał złamać zasady panujące wśród pałacowych murów i poznać z nią lepiej swój lud? I to jeszcze w sposób romantyczny i piękny w swojej prostocie? To był właśnie Franciszek, którego tak bardzo kochała i dla którego straciła głowę. Tak bardzo się cieszyła, że on znowu wrócił. Tak bardzo, że musiała go ucałować jeszcze raz i jeszcze kilka kolejnych razów. A on bynajmniej jej tego nie bronił, tak bardzo szczęśliwy, że sprawia jej przyjemność swoimi słowami, tak szczerymi, jak tylko szczere mogło być jego uczucie do tej wyjątkowej dziewczyny.
