- Siedemnaście... Osiemnaście... Dziewiętnaście... Dwadzieścia... Szukam!
Mała i śliczna dziewczynka, mająca tak z siedem lub osiem lat, oderwała się od drzewa, o które właśnie stała oparta, otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła siebie z ogromną uwagą. Jej towarzysza zabaw nigdzie nie było widać, ale wcale jej to nie zdziwiło. Ostatecznie przecież na tym i to już od dawien dawna, polegała zabawa w chowanego, aby jedna osoba szukała, a druga się schowała i to najlepiej tak, aby jej odszukanie nie było takie proste. Dziewczynka dobrze o tym wiedziała, ale była niezwykle pewna siebie, dlatego wierzyła w to, że odnajduje ona chłopca, który właśnie się z nią bawił.
- Franz! Zobaczysz, znajdę cię! - zawołała wesoło.
Poprawiła sobie dłonią, ukrytą w niebieskiej zimowej rękawiczce, niesforny kosmyk ciemno-kasztanowych włosów, wysuwający się spod czapki, którą miała mocno naciągniętą na głowę. Niebieska kurteczka, barwy takiej samej jak czapka oraz rękawiczki i obłożona białym futerkiem sprawiała, że nie czuła chłodu, czego w innej sytuacji nie dałoby się uniknąć, ponieważ zima w Possenhoffen była tego roku niezwykle chłodna. Śnieżne burze były tutaj rzadkością, ale mróz, ze względu na znajdujące się w pobliżu góry, zwykle trafiał się dość mocny, a niekiedy nawet i silny, śnieg z kolei padał naprawdę obficie, w wyniku czego bez ciepłego ubrania wyjście z domu było praktycznie niemożliwe. Dlatego dziewczynka, choć wprost kochała śnieg i zimę, zawsze musiała się porządnie opatulić przed wyruszaniem na wesołą zabawę. Tym razem też tak zrobiła, co sprawiało, że nie odczuwała ani przez chwilę ziąbu i nie psuło to jej w żaden sposób tego, co właśnie robiła.
- Znajdę cię! Zobaczysz! - zawołała ponownie dziewczynka, po czym zaczęła szukać swojego towarzysza zabaw.
Rozglądała się uważnie dookoła, próbując go wypatrzeć ukrytego za jednym z drzew, jak ostatnio to miało miejsce. Najwidoczniej jednak poszukiwany przez nią chłopiec, nauczony już doświadczeniem poprzednich zabaw tego rodzaju, tym razem wybrał sobie na kryjówkę zupełnie inne, nieco trudniejsze do odnalezienia miejsce. Dziewczynkę zatem czekały dłuższe poszukiwania. Nie zasmuciło jej to jednak w ogóle. Jako osóbka niezwykle rezolutna i pomysłowa, a do tego lubiąca wyzwania, ruszyła na poszukiwania Franza z jeszcze większą radością w sercu. Z wielką uwagą przyglądała się wszystkim możliwym kryjówkom, jakie tylko mógł sobie wybrać chłopiec. Zerkała do każdej z nich, ale niczego tam nie znalazła. Nie było go ani za drzewami, ani za sporymi kamieniami, ani w stajni, ani w kurniku, ani w żadnym innym miejscu, jakie tylko się tutaj znajdowało. Gdzie on zatem się mógł schować?
Dziewczynka rozejrzała się po podwórku, na którym toczyła się zabawa. Owo podwórko było częścią folwarku znajdującego się tuż obok dworu, w którym wraz z rodzicami i rodzeństwem mieszkała dziewczynka. Wiele razy tutaj bywała, ten folwark był po prostu idealnym miejscem na wesołe zabawy. W ten sposób nigdy nie przeszkadzało się rodzicom, a służba, uwielbiająca dzieci swego pana, chętnie je zawsze częstowała jakimiś przysmakami. Zwłaszcza chętnie robiła to pani Ida, mamka dziewczynki i jej rodzeństwa. Kobieta ta była znakomitą kucharką i nawet rodzice małej poszukiwaczki byli po prostu zachwyceni przyrządzonymi przez nią potrawami, ale oprócz tego wierzyli w to, że pod jej opieką nigdy nic złego ich małej córeczce stać się nie może.
Dziewczynka znała to miejsce jak własną kieszeń i dlatego wiedziała, gdzie tutaj można, a gdzie nie można się schować. Wydawało się jej, że już sprawdziła wszystkie miejsca, jednak w żadnym nie było Franza. A więc, gdzie on był?
Nagle dostrzegła idącego z paszą dla koni męża swojej mamki, pana Johanna. Mężczyzna, podobnie jak wszyscy tutaj, uwielbiał dziewczynkę i uśmiechnął się na jej widok.
- Dzień dobry, panienko - powiedział życzliwym tonem.
- Dzień dobry, Johannie - odpowiedziała mu serdecznie dziewczynka - Idziesz do koni?
- Tak, moja słodka. Są bardzo głodne - odrzekł mężczyzna - A kogo szukasz? Jeśli Idę, to jest u krów.
- Nie, nie Idę. Ja szukam Franza.
- Panicza Franciszka?
- Tak. Ale jaki on tam panicz? To Franz.
- Dla panienki Franz, dla nas panicz Franciszek.
Dziewczynka nie bardzo rozumiała, dlaczego dla niej chłopiec, z którym była na ty, dla jej mamki i reszty służby był zawsze paniczem Franciszkiem. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie umiała tego pojąć. Niby rodzice jej tłumaczyli, dlatego w taki, a inny sposób sprawy się mają, ale mimo wszystko w główce małej istotki ta sprawa wciąż była niezrozumiała. Nie chciała jednak tego teraz ustalać.
- No, nieważne - machnęła w końcu na to ręką - Widziałeś go? Bawimy się w chowanego i nie mogę go znaleźć.
- A to nie będzie nieuczciwe, jak ci podpowiem? - spytał mężczyzna.
- Nie musisz mi mówić. Możesz podpowiedzieć.
Johann uśmiechnął się do dziewczynki, rozbawiony jej sposobem myślenia, po czym wskazał wymownie głową na budynek folwarku. Pod ścianą stała tam mała beczka, w której zwykle kiszono kapustę, ale która tym razem, ze względu na porę roku, stała pusta. Jej pokrywa leżała jednak obok. Dziewczynka przyjrzała się uważnie i nagle zrozumiała. Nie zaglądała do beczki. To jedyne chyba miejsce, którego jeszcze nie sprawdziła. Uśmiechnęła się życzliwie do Johanna, po czym podbiegła ostrożnie do beczki. Nie miała co prawda pewności, czy chłopiec tam jest, jednak czuła, że powinien tam być. I bardzo dobrze wiedziała, w jaki sposób go stamtąd wywabić. Kucnęła wesoło przy beczce, złożyła sobie dłonie w trąbkę i zawołała:
- Franciszku! Ida zrobiła obiad!
Niczym diabełek w pudełku, z beczki nagle wyskoczył chłopiec, o pięć lat od niej starszy, blondyn o niebieskich oczach, ubrany w biały strój i nałożony na to szary kożuch, w szarej czapce na głowie oraz w białych rękawicach zimowych na dłoniach.
- Obiad? Już jest obiad? - zapytał.
Wtem spostrzegł, że to był błąd, bo oto nagle, tuż przed nim pojawiła się, czy może raczej wyskoczyła przed nim słodka i bardzo roześmiana twarz dziewczynki o kasztanowych włosach i niebieskich oczach. Istotka ta była co prawda niższa od beczki, ale podskoczyła na tyle wysoko, że chłopiec mógł ją zobaczyć.
- A kuku, łakomczuchu! - zawołała uradowana.
Niezadowolony tym podstępem Franz spojrzał na dziewczynkę ze złością, po czym wygramolił się z beczki, mrucząc pod nosem słowa pełne gniewu.
- To nie fair, Sissi! Tak się nie robi!
- I co z tego? Znalazłam cię - powiedziała z satysfakcją dziewczynka, patrząc na swego przyjaciela z zadowoleniem.
- Zawsze mnie znajdujesz, bo oszukujesz.
- Zawsze cię znajduję, bo jestem bystra.
- Może, ale to nie w porządku, że wiecznie ci się udaje.
- Dla mnie to jest w porządku.
Franciszek popatrzył na dziewczynkę, którą nazywał Sissi i uśmiechnął się do niej po chwili. Jakoś nigdy nie umiał się na nią długo gniewać. Było w niej coś, co sprawiało, że złość mu przy niej szybko mijała. Nie wiedział, co jest tego zasługą. Czy to kwestia jej uroczego, zadartego noska? Czy tych oczy koloru szafirów? Czy też tych włosów barwy dojrzałego kasztana? Czy może uroczych piegów, którymi tak słodko upstrzona była jej buzia? A może słodkiego głosu? A może tego, że była jego małą Sissi? Tego nie wiedział, ale wiedział, że nieważne, ile się będzie na nią złościł, zawsze wszystko jej wybaczy.
- No dobrze, już dobrze. Tylko nie chwal się tym za bardzo - rzekł po chwili.
Dziewczynka obiecała mu, że tego nie zrobi, a chwilę później Ida naprawdę ich zawołała na obiad, dlatego poszli coś zjeść, a następnie wzięli sanki i poszli nad jezioro. Było zamarznięte i dlatego łatwo było się po nim ślizgać. Sissi wprost uwielbiała to robić, choć Franciszek miał, co do tej zabawy mieszane uczucia. Nie ufał tak bardzo temu lodowisku, jak jego towarzyszka, dlatego z wyraźną niechęcią zawsze szedł się tam ślizgać. Bał się, że lodowisko zrobi im kiedyś jakiś numer, ale nie wiedział, kiedy to nastąpi.
Akurat śmigał po lodzie wraz z Sissi, trzymając ją za rękę, gdy nagle usłyszał pod swoimi nogami dźwięk, który bardzo go zaniepokoił. To było coś bardzo, ale to bardzo groźnego, jakby trzask, jakby coś pękało. Spojrzał szybko w dół i nagle zobaczył, że w miejscu, w którym stoi pojawiły się pęknięcia. Poczuł, że serce mu zamiera z przerażenia i powiedział:
- Sissi... Słuchaj, lepiej stąd chodźmy.
- Franz, proszę. Psujesz mi zabawę - powiedziała z żalem w głosie Sissi.
- Sissi, lepiej stąd chodźmy.
- Franciszku, boisz się?
- Nie, ale coś mi tu się nie podoba.
- Czyli się boisz - stwierdziła dowcipnie dziewczynka.
- Dobra, boję się. Chodźmy stąd - zarządził chłopiec.
- Nigdzie nie idę. Tu mi dobrze.
- Sissi, proszę. Chodźmy stąd. Ten lód zaraz...
Nie dokończył, ponieważ Sissi też nagle usłyszała dźwięk, który tak mocno zaniepokoił jej towarzysza. Spojrzała w dół i zobaczył, że lód zaczyna pękać tam, gdzie oni stoją. Dopiero teraz na poważnie się przeraziła.
- Franciszku... Franciszku, co teraz? - zapytała zaniepokojona.
- Spokojnie, Sissi. Tylko spokojnie - odpowiedział jej Franciszek - Zaraz stąd wyjdziemy.
- Franciszku, boję się - wyszeptała dziewczynka, łapiąc go mocno za ramię.
- Tylko spokojnie, Sissi - powtórzył chłopiec, choć sam czuł, że za chwilę ze strachu serce mu z piersi wyskoczy.
Zaczął ostrożnie poruszać się w kierunku brzegu. Dziewczynka wtulona dziko w jego ramię też powoli wykonywała ruchy nogami, wraz z nim zmierzając tam, gdzie znajdowało się bezpieczne schronienie. Czuła, jak lód trzeszczy mocno im pod nogami, przez co drżała ze strachu, jednak nie zamierzała zostawać tam, gdzie jest. Za duże ryzyko się z tym wiązało. Franciszek co chwila ją pocieszał, a ona żałowała, że tu w ogóle przyszli.
Powoli i bardzo ostrożnie dotarli do brzegu. Chłopiec zszedł wówczas z lodu na ziemię, z radością witając pod nogami śnieg, następnie ścisnął mocniej dłoń Sissi na znak, że powinna do niego dołączyć. Niestety, ledwie dziewczynka chciała to zrobić, a lód pod jej nogami załamał się, a ona sama wylądowała aż do pasa w lodowatej wodzie. Pisnęła przerażona, z trudem łapiąc się brzegu lodu, wołając przy tym Franciszka na pomoc.
- SISSI! - wrzasnął przerażony Franz.
Chłopiec, chociaż o mało nie umarł ze strachu na widok tonącej przyjaciółki, zachował zimną krew i złapał ją mocno za ręce.
- Trzymaj się, zaraz cię wyciągnę!
- Boję się - wyszeptała Sissi.
- Nie bój się, jestem tutaj i nie pozwolę ci utonąć - wyszeptał do niej Franz.
Wiedział, że musi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby nie pozwolić swojej małej przyjaciółce zginąć. Wytężył wszystkie swoje siły i zaczął ją ciągnąć. Nie było to łatwe, dziewczynka, choć młodsza od niego, swoje ważyła i stanowiła dla niego poważny ciężar. Ostatecznie, z trudem bo z trudem, zdołał wyciągnąć Sissi z lodowatej wody, po czym zaczął ją ciągnąć na śnieg. To ostatnie było już dla niego dużo łatwiejsze i poszło mu o wiele szybciej. Gdy już tego dokonał, opadł na śnieg i zaczął głęboko oddychać, czując się jak ten wojownik, co spod Maratonu dobiegł do Aten, oznajmiając wszystkim, że oto Grecy zwyciężyli Persów, po czym padł na ziemię i skonał.
Sissi przerażona tym, co się stało, przez dłuższą chwilę dochodziła do siebie, ale w końcu jej się to udało. Mokra i zziębnięta, przysunęła się do Franciszka, po czym złapała go czule za rękę i szepnęła:
- Franz... Franz... Wszystko dobrze? Żyjesz?
- Żyję, Sissi. Żyję - odpowiedział jej chłopiec - Ale tak niewiele brakowało, żebyś ty nie żyła.
Dziewczynka przytuliła się do niego mocno i zaczęła dziko płakać, z całego serca zarzekając się, że już nigdy więcej tutaj nie przyjdzie i nie będzie więcej tak bardzo ryzykować. Franciszek przytulił ją do siebie, po czym przypomniał, że nie mogą tak tu siedzieć. Sissi była mokra i musiała się wysuszyć, zanim się zaziębi. Dziewczynka płakała mu w ramię i powiedziała, że będzie odtąd go zawsze, ale to zawsze słuchać, tylko niech się na nią nie gniewa. On powiedział, że wcale się na nią nie gniewa i żeby nawet tak nie myślała.
- Czyli, nie jesteś na mnie zły? - zapytała z nadzieją w głosie dziewczynka.
- Oczywiście, że nie jestem - odparł na to Franciszek.
- I nadal mnie lubisz?
- Oczywiście, że cię nadal lubię.
- I ożenisz się kiedyś ze mną?
- Oczywiście, że tak. I zrobię to z przyjemnością.
***
Sissi powróciła ze świata wspomnień, siedząc przed lustrem i czesząc swoje długie, puszyste włosy barwy dojrzałych kasztanów. Uśmiechnęła się lekko na to wspomnienie, bo było ono jednym z najprzyjemniejszych jej wspomnień. Franz był wobec niej taki czuły i troskliwy. Zawsze doskonale się ze sobą bawili. Zawsze byli sobie bliscy, a potem co? Potem wyjechał na studia za granicą, gdzie uczył się wielu mądrych rzeczy jako student pod przybranym nazwiskiem. Wrócił dopiero półtora roku temu, gdy zmarł przedwcześnie jego ojciec, cesarz Austrii. Franciszek Józef objął po nim tron, ale jako władca musiał zadbać o to, aby mieć potomka i to oczywiście całkowicie legalnego, dlatego postanowił się ożenić.
Nie z nią, rzecz jasna. Nie, Sissi nawet nie miała na to żadnej nadziei. Od tego czasu, kiedy obiecał, że ją poślubi, minęło dziesięć lat, z których jakieś pięć Franz spędził za granicą na studiach. Miał już dwadzieścia trzy lata, a ona osiemnaście i oboje byli na tyle dorośli, że dawno wybili sobie z głowy dziecięce obietnice. Sissi zresztą nigdy nie wierzyła w to, iż zostanie jego żoną. Ostatecznie dlaczego niby miałaby nią być? Pochodziła z rodziny książąt Wittelsbachów z Bawarii, która to rodzina była zamożna i szanowana, ale nie dorastała Habsburgom do pięt. Jedynie dobra wola arcyksiężnej Zofii, matki Franza, pozwalała Ludwice, czyli matce Sissi na to, aby ta nazywała Zofię swoją kuzynką i najserdeczniejszą przyjaciółką, co Zofia akceptowała, choć sama bardzo rzadko obdarzała takim tytułem swą dawną towarzyszkę zabaw. Ludwika bowiem była daleką kuzynką Zofii i przed laty wraz z nią bywała wiele razy na dworze cesarskim, obie też nieraz się ze sobą bawiły. Bywały chwilami niemal nierozłączne. Ale cóż z tego? Zofia wyszła za cesarza, Ludwika zaś za pośredniego księcia z Bawarii i zaszyła się z nim na prowincji, rodząc mu kilkoro dzieci. Zofia początkowo utrzymywała serdeczne kontakty z dawną towarzyszką zabaw, została nawet matką chrzestną jej wszystkich dzieci, o tę samą przysługę prosząc Ludwikę, która to ową prośbę z wielką chęcią spełniła. Ale niestety, wszystko skończyło się półtora roku temu, kiedy cesarz zmarł, zaś załamana tą stratą Zofia przywdziała wdowie szaty i zamknęła się przed światem na dwa miesiące, a kiedy już wyszła do niego, to nie była już tą samą osobą, co przedtem. Stała się zgorzkniała, nieprzyjemna i wyniosła. Ta ostatnia cecha istniała w niej od dawna, odkąd tylko została żoną cesarza, ale nigdy nie zaszkodziła jej relacjom z bliskimi. Teraz jednak było inaczej. Teraz Zofia uważała za obraźliwe dla niej, aby zadawać się z Ludwiką i pozwalać jej na taką poufałość, na jaką pozwalała jej dotąd. Sissi doskonale o tym wszystkim wiedziała i dlatego łatwo przyswoiła sobie myśl, że Franciszek, mocno słuchający się matki, na pewno nie zechce jej za żonę.
Prawdę jednak mówiąc, już dawno wybiła sobie dziecięce marzenia z głowy. Dawno bowiem przestała być słodką i rozkoszną ośmiolatką, zauroczoną wiernym przyjacielem z dzieciństwa, który uratował jej życie w trudnej sytuacji, a co za tym idzie, dawno przestała już wierzyć w swoje dziecięce fantazje. Mimo to, nieraz zastanawiało ją to, co robi Franciszek Józef za granicą, oprócz studiowania. Czy ma tam jakieś inne kobiety? Z pewnością tak, bo w końcu był mężczyzną. Który mężczyzna z dobrego domu i z wielką sakiewką u boku, nie romansuje w czasie studiów? Jej starszy brat Wilhelm, najstarszy potomek Maksymiliana i Ludwiki Wittelsbachów niemalże przechwalał się swoimi miłosnymi podbojami z czasów nauki w szkołach w Paryżu, choć Sissi czuła, że wiele z tych podbojów było albo zmyślonych, albo po prostu mocno ubarwionych. Jakby jednak nie było, Wilhelm miał kochanki w czasach studenckich i to nie ulegało żadnej wątpliwości. Czemu zatem Franciszek miałby być inny? Sissi wcale nie miała o to do niego żalu. To było przecież normalne. Tamte kobiety były blisko niego i były dorosłe, a ona była daleko i to jeszcze była dzieckiem. A przynajmniej była nim w jego oczach. Co zatem było w tym wszystkim dziwnego, że szukał on towarzystwa kobiet w swoim wieku? I dlaczego niby miałby się czuć zobowiązany taką od niechcenia pewnie rzuconą obietnicą jeszcze w czasach dzieciństwa? Sissi jako romantyczka bardzo chciała wierzyć, że ta obietnica ma dla niego znaczenie, ale za dużo lat już minęło od ich ostatniego spotkania, aby dało się w to wszystko jeszcze wierzyć. Dlatego, chociaż była wielką romantyczką, dziewczyna musiała przyjąć do wiadomości ten smutny fakt, że nie każda historia o miłości kończy się tak, jak w jej ulubionych książkach.
Mimo wszystko poczuła wielką radość, gdy kilka dni temu przybył posłaniec z pałacu cesarskiego w Wiedniu, aby przekazać im list od arcyksiężnej Zofii. Jej syn nie miał głowy do tego, żeby szukać sobie żony, a przynajmniej ona takiego była zdania i dlatego postanowiła mu ją znaleźć. Przypomniała sobie wówczas o Ludwice i wysłała w liście zaproszenie dla księżnej Wittelsbach na dwór cesarski. Zaproszenie dla niej oraz jej dwóch najstarszych córek, Heleny i Elżbiety, z czego starsza była proponowana na żonę dla Franciszka Józefa, z kolei młodsza na żonę dla jego młodszego brata, Karola Ludwika. Nie trzeba było jednak być bardzo uważnym czytelnikiem, aby wyczytać z tego listu, że Zofia nie tyle prosi Ludwikę o to, aby przyjechała z córkami na dwór, co po prostu wydaje dawnej przyjaciółce rozkaz. Ludwika była na tyle bystra, aby się w tym zorientować, jednak wiedziała, że nie może odmówić. Nie odmawia się bowiem matce cesarza Austrii. Poza tym, kiedyś trzeba było wydać za mąż swoje córki. Dlaczego więc nie teraz, gdy Zofia składa im tak hojną ofertę? Helena miała już dwadzieścia jeden lat, pora jej była i to od dawna, aby wyjść za mąż. A kto niby lepszy jej się trafi niż sam cesarz? A Elżbieta? Młodszy brat cesarza był nią zainteresowany. Na lepszą partię chyba już liczyć nie mogła. Ludwika wiedziała o tym i chociaż nie była wyrachowana, to była rozsądna i zdawała sobie sprawę z tego, iż nie wolno im zmarnować takiej okazji, którą sama Zofia, z powodu ich dawnej przyjaźni, im ofiarowała.
Sissi też dobrze to wszystko rozumiała, ale jednego pojąć nie była w stanie. Dlaczego arcyksiężna Zofia proponowała na żonę dla Franciszka Józefa Helenę? Dlaczego nie ją, Sissi? Przecież to ona była najbliższą towarzyszką zabaw Franza. Jej siostra mało się z nim bawiła. Nie, żeby Sissi życzyła jej źle, ale dlaczego ona miała jej zabrać przyjaciela z dawnych dobrych czasów? I czy zdoła znaleźć z nim taką więź, jaką Sissi z nim stworzyła? Ale w zasadzie, po co ona o tym wszystkim myślała? Przecież w tej sprawie nie ona podejmowała decyzje. Nikt ją nawet o zdanie nie spytał. Ponadto, Franciszek z pewnością przez ten czas, kiedy jej nie widział, zmienił swoje gusta i pewnie wolał inne dziewczyny niż ona. Bo tak to już jest, że wraz z dorastaniem gusta nam się nieraz zmieniają. Czasem na lepsze, czasem na gorsze, ale praktycznie zawsze tak jest. Ona sama przecież nie lubiła już kilku rzeczy, które lubiła kiedyś. Zatem, skoro ona zmieniła nastawienie do wielu spraw, czemu Franciszek miałby być inny?
Jej rozmyślania przerwało nagłe pukanie do drzwi. Sissi powiedziała „Proszę” w sumie tak trochę wbrew sobie, bo wolałaby pozostać sama, ale skoro ktoś teraz chciał z nią rozmawiać, nie powinna mu tego zabraniać. Może to było coś ważnego dla niej lub dla tej osoby, która przyszła?
Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda dziewczyna, nieco starsza od Sissi. Była to osoba wysoka i smukła, o jasnobrązowych włosach i oczach tegoż samego koloru, delikatnej cerze oraz kształtnym, niewielkim nosku. Miała na sobie zieloną sukienkę, w stylu nieco wiejskim, ale niezwykle ładną.
- Sissi, jeszcze tu jesteś? - zapytała dziewczyna - Przecież wiesz, że już za godzinę jedziemy do Wiednia.
- Nie jestem pewna, czy chcę tam jechać - odpowiedziała jej Sissi.
- A to dlaczego?
- Nie wiem, czy chcę zobaczyć Franciszka takiego, jaki jest teraz. Boję się tego, co zobaczę. Boję się, że nie jest już naszym kochanym Franzem, a ja już nie jestem dla niego Sissi, tylko Elżbietą von Wittelsbach.
- Ale przecież ty jesteś Elżbietą von Wittelsbach.
- Wiem, ale ja chciałabym być dla niego Sissi, a nie Elżbietą. A ty nie chcesz dla niego być Nene, tylko Heleną?
Helena von Wittelsbach, pieszczotliwie przez swoją rodzinę nazywana Nene, parsknęła śmiechem rozbawiona słowami młodszej siostry.
- Och, Sissi. Mówisz jak dziecko. Wiesz dobrze, że wszystko musi z czasem przeminąć, zwłaszcza dzieciństwo. Kiedyś musieliśmy wszyscy dorosnąć.
- Tak, wiem. A z dorastaniem wiąże się to, że wszystko się zmienia. Ale ja nie wiem, czy chcę widzieć te zmiany. No, bo skąd mam wiedzieć, że te zmiany będą zmianami na lepsze?
- A skąd wiesz, że nie będą?
Sissi spojrzała uważnie na Nene, rozważając sobie w głowie jej słowa. Nie dało się im zaprzeczyć, podobnie jak wielu spostrzeżeniom starszej siostry, ale czy aby na pewno nic nie zmieniło się na gorsze? Franciszek przecież zawsze był Sissi bardzo bliski. Nie przeżyłaby myśli, że jest on teraz butny i arogancki, że studia za granicą zmieniły go na gorszego człowieka. To by było po prostu straszne. Tego by Sissi i jej wrażliwa natura znieść nie zdołały. Poza tym, mało jej się podobało to, iż rodzice chcą ją wydać za mąż tak po prostu, bo już na to najwyższa pora. Rzecz jasna, ojciec najchętniej zostawiłby je przy sobie na stałe, ale matka uważała takie zachowanie za egoizm, a ponadto była zdania, że co jak co, ale córki muszą kiedyś pójść w świat, każda z mężczyzną u swego boku i założyć własną rodzinę. Taka to, rzecz jasna jej zdaniem, była kolej rzeczy na tym świecie. Rodzice płodzą dzieci, aby te kiedyś założyły własną rodzinę i doczekały się własnych dzieci. Co w tym złego, pytała się matka?
- Poza tym, jeżeli Karol ci się nie spodoba, wyjedziemy i już. Wyjedziemy też wtedy, gdy i ty mu nie przypadniesz do gustu, choć to ostatnie wydaje mi się po prostu niemożliwe - przekonywała Sissi matka.
Dzięki tej obietnicy, dziewczyna ostatecznie ustąpiła, ale nie zmieniło to jej obaw względem spotkania po latach z Franciszkiem i Karolem, których przecież nie widziała już od dawna. Zwłaszcza tych obaw, jak już wiemy, dotyczących osoby Franciszka.
- Sissi, proszę cię. Nie możemy z góry zakładać, że wszystko będzie źle. A co, jeśli jest inaczej? Może to, co nas tam czeka, będzie dla nas najlepszym, co może nas w życiu spotkać? - zapytała Helena.
- Najlepsze, co nas może spotkać? Czy naprawdę ślub z mężczyzną, którego dawno już obie nie widziałyśmy i zobaczymy go jako zupełnie innego człowieka może być dla nas najlepszym, co nas w życiu spotka?
- Przesadzasz, Sissi. Przecież to nie są obcy dla nas mężczyźni. To osoby, z którymi znamy się od dziecinnych lat.
- Ale teraz już są inni niż przedtem.
- Ale może lepsi niż przedtem?
- A jeśli nie?
Nene uśmiechnęła się do Sissi i kucnęła przy niej.
- Siostrzyczko, wiesz dobrze, że rodzice do niczego nas nie zmuszą. Jeśli nie zechcemy wyjść za nich, nie wyjdziemy. To tylko zaproszenie. Ciocia Zofia teraz odnawia stare znajomości i przyjaźnie.
- Tak, a przy okazji chce wyswatać swoich synów i już im z góry wszystko w życiu zaplanowała, nawet małżeństwa - burknęła Sissi, zaczynając nerwowo sobie czesać włosy szczotką.
- Niektóre matki chyba kochają swoich synów zbyt mocno. Tak to bywa na tym świecie.
- Nasza mama nie mówiła Wilhelmowi, kogo ma poślubić. I zobacz, jaki jest teraz szczęśliwy.
Rzeczywiście, pierworodny syn Maksymiliana von Wittelsbacha i jego żony Ludwiki, Wilhelm von Wittelsbach, po zakończeniu studiów poślubił dziewczynę, którą sam sobie wybrał i z którą to obecnie wiódł naprawdę szczęśliwe życie. Co prawda, rzadko już teraz bywał w tych okolicach, jednak Sissi nie miała mu tego za złe. Ostatecznie małżeństwo to jest poważna sprawa, której trzeba się poświęcić naprawdę mocno. To z kolei sprawia, że czasami nie ma się już za wiele czasu dla rodzeństwa, choć kiedyś było nam ono niezwykle bliskie. Sissi i Nene dobrze to rozumiały, dlatego zamiast wypominać bratu, że je rzadko odwiedza, cieszyły się za każdym razem, kiedy to robił.
- No tak, to wszystko prawda - zgodziła się z siostrą Nene - Ale nasza mama to nie ciocia Zofia. Nigdy nie była cesarzową i nigdy na jej barkach nie spoczywał los całego kraju. Podejrzewam, że to sprawia, że mama jest inna, a ciocia Zofia jest inna. Ale jak powiedziałam, nikt nas do niczego nie zmusza. Mamy tam po prostu pojechać i już. Poza tym...
Nene uśmiechnęła się nagle figlarnie do Sissi.
- Wydaje mi się, że nawet jak ci się nie uda zdobyć serca Karola, to przecież nic takiego. Wielbicieli ci nie zabraknie. Szybko znajdziesz innego amanta.
- Nene, o czym ty mówisz? - spytała Sissi.
- Jak to? W naszej rodzinie ty jesteś najpiękniejsza. Ty masz zawsze cały tłum wielbicieli wokół siebie.
- Och, Nene. Jaki znowu tłum?
- Jak to? A Franciszek? A Karol? A Ludwik?
- Karol mnie nigdy nie lubił. Zawsze mnie ciągnął za włosy i przezywał.
- Niektórzy tak okazują swoją sympatię.
- Dziękuję, za taką sympatię.
- No, a Ludwik? Nasz kochany kuzynek? Nie był w tobie zakochany?
Sissi wybuchła gromkim śmiechem, gdy to usłyszała.
- On? Przecież on był dorosły, gdy ja mu sięgałam zaledwie do pasa. Zawsze mu byłam jak młodsza siostrzyczka. I do tego byłam wtedy strasznie nieznośna i ty dobrze o tym wiesz.
- To prawda - zgodziła się Nene - Raz, jak cię nazwał małą, pyskatą muchą, to nazwałaś go dużym głupkiem. A godzinę później siedziałaś mu na kolanach i się do niego łasiłaś, bo chciałaś, żeby cię wziął na spacer w twoje ulubione miejsce.
- Och, Nene. Musisz mi to przypominać? To było dawno. Już na pewno o tym zapomniał.
- O tym tak, ale o tym, że zawsze cię uwielbiał, to nie.
- Uwielbiał mnie jak siostrzyczkę, nic więcej.
- Być może. Ale nie zapominaj, że kiedy był tu rok temu, twoja uroda na nim zrobiła ogromne wrażenie.
Sissi zarumieniła się lekko pod wpływem tego komplementu i powiedziała:
- Być może, ale to nie do niego jadę, tylko do Franciszka i Karola. A na nich moja uroda może nie zrobić żadnego wrażenia.
- Jeśli tak będzie, to obaj okażę się strasznie ślepi - stwierdziła Nene.
Po tych słowach, ucałowała siostrę w policzek i wyszła z jej pokoju. Sissi zaś wróciła do czesania włosów i patrzenia w swoje odbicie.
- Och, cała Nene. Zawsze tak twardo stąpa po ziemi i jest spokojna, że co by nie było, będzie dobrze. Ale może ma rację? Może nie ma się co denerwować? To ostatecznie tylko przyjacielskie spotkanie. Co z tego wyniknie, dowiemy się potem i niekoniecznie musi to być coś złego.
Przypomniała sobie, że kiedy Ludwik spędził u nich ostatnie wakacje, mówił jej dokładnie to samo. Żałowała, iż nie ma go teraz przy niej. Bardzo był jej teraz potrzebny. Podniósłby ją na duchu swoimi mądrymi radami i wsparciem. No, może nie powiedziałby nic więcej od tego, co powiedziała Nene, ale ostatecznie przecież Nene to kobieta, a Ludwik to mężczyzna, a takie już prawo natury, że bezpieczniej kobieta się zwykle czuje przy boku mężczyzny niż drugiej kobiety.
Tak rozmyślając, Sissi wydobyła z szuflady swój pamiętnik i otworzyła go na jednej ze stron. Znajdował się tam wiersz, który zostawił jej Ludwik, kiedy spędzał u nich wakacje w zeszłym roku. Słowa tego utworu, wymyślonego zresztą przez samego Ludwika, były nieraz dla niej pociechą, a zwłaszcza wtedy, gdy bała się o swoją przyszłość. A brzmiały one następująco:
Kiedy tak patrzysz na mnie i czuję twój lęk,
Taki sam jak mój, przed nieznanym.
Nie wiem, co będzie z nami.
Niewiele wiem sam o sobie samym.
Patrz, tylu ludzi pobłądziło gdzieś.
Ich drogi rozeszły się i straciły sens.
Nie wiem, co będzie z nami.
Niewiele wiem sam o sobie samym.
Lecz proszę cię, teraz uwierz mi.
Nieważne w życiu są przyszłe dni.
Ja wierzę, że miłość zawsze trwa,
Choćby zło miało najlepszy czas.
Patrz, tylu ludzi błądzi gdzieś.
Ich domy rozpadły się i straciły sens.
Więc, jeśli piękno żyje w nas,
Dajmy mu siłę i pozwólmy mu trwać.
Ja wiem, więc proszę, uwierz mi.
Nieważne w życiu są przyszłe dni.
I jeśli piękno żyje w nas,
Dajmy mu siłę i pozwólmy mu trwać.
Sissi przeczytała wiersz kilka razy, zamyśliła się, po czym postanowiła, że tak właśnie postąpi, jak radzi jej ten utwór. Po prostu przestanie się zamartwiać, tylko zmierzy się z przyszłością. Może wcale nie będzie ona taka zła? Z tą myślą szybko zamknęła pamiętnik, schowała go do szuflady, którą zamknęła na klucz, po czym przebrała się w najładniejszą sukienkę, jaką tylko miała. Zadowolona stanęła przed lustrem i przyjrzała się samej sobie. Po krótkich oględzinach uznała, że wszystko w jej wyglądzie jest takie, jakie być powinno.
Nagle ktoś znowu zapukał do jej drzwi i nie czekając na „proszę”, wszedł do pokoju. Była to dwójka dzieci. Pierwsze z nich było dziesięcioletnim chłopcem, ciemnym szatynem o niebieskich oczach i w czerwonym stroju. Drugie z kolei było ośmioletnią dziewczynką o beżowych włosach i oczach podobnej barwy, w żółtej sukience i z lalką u boku.
- Teodor? Maria? A co wy tutaj robicie? - zapytała zdumiona Sissi na widok swego młodszego rodzeństwa - Przecież nie powiedziałam „proszę”.
- Ty nie, ale mama powiedziała - odpowiedział Teodor.
- Tak, prosiła nas, żebyśmy poszli po ciebie i przypomnieli ci, że za chwilę jedziecie do Wiednia - dodała Maria.
Sissi przerażona spojrzała na zegar w kącie pokoju. Rzeczywiście, godzina, o której jej wspominała Nene już prawie minęła. Niedobrze. Musi szybko iść na dół. Mimo to, nie mogła odmówić sobie skarcenia lekko brata i siostry.
- Macie rację, trzeba jechać. Ale to nie znaczy, że wy możecie tu wchodzić bez pozwolenia. A gdyby była naga?
- I co z tego? I tak byśmy nie zobaczyli niczego ciekawego - rzucił złośliwie Teodor, za co dostał sójkę w bok od Marii.
- Och, Teodorze. Jak kiedyś się zakochasz, to może zrozumiesz pewne rzeczy i może nabierzesz manier - powiedziała pobłażliwie Sissi.
- Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek to nastąpiło, Sissi. Bo ja się nigdy nie zakocham - odparł Teodor, który w tamtej chwili był o tym święcie przekonany.
- Sissi, denerwujesz się? - spytała Maria, chcąc zmienić temat.
- No, trochę tak. W końcu nigdy nie byłam w Wiedniu. To dla mnie zupełnie nowe miejsce - odpowiedziała Sissi.
- To może weźmiesz ze sobą pannę Łucję? Ona będzie cię podnosić na duchu - powiedziała Maria, podsuwając siostrze pod nos swoją lalkę.
Sissi uśmiechnęła się wzruszona i odparła:
- Myślę, że pannie Łucji nie spodoba się w stolicy. Poza tym, tęskniłaby tam za tobą.
- A ty będziesz tęsknić za nami?
- Będę i to bardzo. I obiecuję, że wrócę tu najszybciej, jak się tylko da.
To mówiąc, uściskała mocno oboje rodzeństwa i ucałowała je czule.
- Opiekujcie się tatą pod moją nieobecność.
- Tak jest, Sissi! - zawołał wesoło Teodor.
- Możesz na nas liczyć - dodała równie radośnie Maria.
Sissi spojrzała z miłością na brata i siostrę. Poczuła, że od razu humor się jej poprawia. Z tą świadomością, wyszła z pokoju i zbiegła na dół po schodach, mając w głowie mocne postanowienie, aby wykonać to, czego się od niej oczekuje i zaraz potem szybko powrócić do ukochanego dworku Possenhofen.
- Tak, właśnie tak zrobię - mówiła sama do siebie - Pojadę tam, spotkam się z Franciszkiem i Karolem, a potem tu wrócę. I nie ma co się denerwować. W końcu, co niby może się tam stać?

Masz wyjątkową wyobraźnię. Twoje opisy są bardzo plastyczne i barwne. Mam wrażenie, jakbyś oczami wyobraźni widział film i tylko to zapisywał scena po scenie, klatka po klatce.
OdpowiedzUsuńAż mnie zmroziło z zimna, jak sobie wyobraziłam jak nasza mała Elżbietka wpada do tej lodowatej wody.
Między Elżbietą a Franciszkiem już w dzieciństwie była wyjątkowa relacja, magiczne porozumienie duszy. Jednak nie wiemy, czy dworskie życie go nie zmieniło, nie zepsuło, czy nie zgubił w sobie wewnętrznego dziecka?
Interesujący kontrast między siostrami: Nene to realistka twardo stąpająca po ziemi, a Sissi artystka o wysokiej wrażliwości, lubiąca marzyć i bujać w obłokach.
Podejrzewam, że ten wyjazd do Wiednia wszystko zmieni w życiu Sissi i jestem ciekawa, co będzie dalej. Piosenka "O sobie samym" wydaje mi się motywem, motorem przewodnim całej tej romantycznej i luźno opartej na faktach historii.
Widzę też sporo nawiązań do bajki "Księżniczka Sissi". Lalka Marii, pana Łucja.
Rozbawił mnie mały Teodor, wchodzący do pokoju siostry bez pytania i mówiący, że widok nagiej Sissi to nie byłoby nic ciekawego.
Super, idealnie przedstawione relacje między ludźmi. Bardzo inteligentne.
Całość jest super, mądrość życiowa. Takie to było życiowe.
Rozdział jest bardzo ciekawy. Zaczyna się on od zabawy małej Sissi oraz Franza, jej najlepszego przyjaciela, Bawią się oni w chowanego, jednak dziewczynka wykorzystuje nieco nieuczciwy fortel, by wywabić przyjaciela z jego kryjówki. Po obiedzie oboje idą bawić się na lodzie, gdzie dochodzi do nieszczęśliwego wypadku - pod małą Sissi załamuje się lód i dziewczynka wpada do lodowatej wody. Na szczęście z opresji ratuje ją Franz i obiecuje jej, że ta kiedyś zostanie jego żoną.
OdpowiedzUsuńDziesięć lat później Sissi oraz jej siostra Helena, zostają wezwane na dwór Franciszka Józefa oraz jego matki Zofii, która jest daleką kuzynką Ludwiki, matki Sissi. Franciszek Józef to dawny przyjaciel Sissi z dzieciństwa, ten sam Franz, który uratował ją spod lodu. Teraz Helena ma wyjść za niego za mąż, a Sissi ma zostać żoną Karola Ludwika, młodszego brata Franciszka, za którym to (Karolem oczywiście) Sissi niekoniecznie przepada i ma wątpliwości, co do tego małżeństwa. Jednak po rozmowie ze starszą siostrą pozbywa się swoich wątpliwości, a przynajmniej tak jej się wydaje. Uważa, że w końcu nie ma co się denerwować, bo nic złego nie może się stać na dworze jej przyjaciela w Wiedniu.
Rozdział bardzo mi się spodobał, bardzo ciekawy początek historii. Znając Ciebie, to na pewno sporo będzie się działo :) Tak czy siak, jestem bardzo ciekawa dalszego ciągu tej historii :)