
Po zakończeniu wyścigów, zgodnie z zapowiedzią, w pałacu cesarskim odbył się bal dla wszystkich jego uczestników. Rzecz jasna, gościem honorowym była na nim Sissi, która przecież odniosła w owych zawodach zwycięstwo. Jednakże inni uczestnicy też zostali ugoszczeni ze wszystkimi należytymi honorami. Dotyczyło to każdego, kto wziął udział w wyścigach, nawet hrabiego Arkasa, chociaż jego obecność, biorąc pod uwagę niedawne wydarzenia, zdecydowanie nie była wcale Franciszkowi miła. Musiał on ją jednak zaakceptować, ponieważ zapowiedziano wyraźnie i publicznie, że każdy uczestnik wyścigów zostanie zaproszony na bal w pałacu i przyjęty w nim życzliwie. Dlatego też ukochany Sissi postąpił tak, jak na władcę przystało i chociaż nie miał ochoty na to, aby widzieć w swoim pałacu tego człowieka, ugościł go tak, jak ugościł wraz z nim wszystkich ludzi, którzy w czasie zawodów się z nim ścigali.
Należy jednak zauważyć, że owa niechętna uprzejmość nie dotyczyła tylko Franciszka. Obecność Arkasa nie była miła także Sissi i jej rodzinie, którzy znali aż za dobrze pana hrabiego i wiedzieli, że nie mogą się po nim niczego dobrego spodziewać. Także i Ludwik niechętnie patrzył na Arkasa, choć nie wchodził z nim w interakcje podczas balu, a wręcz unikał z nim kontaktu. Nie chciał, aby hrabia miał mu okazję się lepiej przyjrzeć i zapamiętać go sobie. Z tego, co opowiadała mu Sissi, był to mściwy i zawistny człowiek, a jeżeli kogoś znienawidzi, to dobrze go sobie zapamięta i będzie darzył go zawiścią aż po kres swoich dni. Ludwik wolał uniknąć tego losu, ponieważ z natury nigdy nie chciał sobie szukać wrogów. Jako człowiek już dosyć doświadczony wiedział, że prowokowanie ludzi do tego, aby darzyli go nienawiścią jest głupotą, mogącą owocować bardzo niekorzystnie w przyszłości. Ponadto jeszcze za dobrze pamiętał, jak nie tak znowu dawno, Arkas zamierzał za pomocą podstawionych ludzi porwać Ilary. Bo to, że on to wszystko zorganizował, było dla Ludwika aż nadto oczywiste. Nie miał co prawda na to żadnych dowodów, ale już sam fakt zastrzelenia z zimną krwią na targu porywacza Ilary, kiedy ten o mały włos nie wpadł w ręce księcia, potwierdzał aż nadto jego winę. Ludwik nie był pewien, co dokładnie kierowało hrabią, bo sama nienawiść do wuja Maksa i jego rodziny była raczej za słabym motywem, aby ryzykować dla niego porwanie dziecka. Ludwik uważał, że sprawa jest o wiele bardziej złożona, jednakże nie chciał wysnuwać wniosków bez dowodów. W duchu zaś oddychał z ulgą, że łajdak nie wie o tym, iż to on był adwokatem, który wybronił przed nim podczas procesu pana Schulza. Gdyby ten fakt był mu wiadomy, książę nie byłby pewien, że jest bezpieczny.
Podejrzenia Ludwika w kierunku Arkasa, rzecz jasna, były słuszne. To on stał za próbą porwania Ilary i widząc, że tajemniczy młodzieniec, którego tożsamości nie znał, uratował dziewczynkę, wolał zastrzelić porywacza, aby ten go nie wydał, zwłaszcza, że wiele wskazywało na to, iż zostanie on złapany i postawiony przed sądem. Co prawda, to Morgasz, ukrywający się cały czas w domu Arkasa po tej tak niefortunnej przygodzie z bandą rozbójników i porwaniem Elodie, werbował ludzi na tę akcję, ale kto wie, co im powiedział i ile oni wiedzieli? Lepiej było zatem nad tym wszystkim czuwać i obserwować z bezpiecznego miejsca, jakich ludzi wynajął Morgasz i potem zastrzelić ich herszta, gdy temu groziła wpadka. Jako człowiek do każdego przestępstwa zdolny, wiedział doskonale, że nie może nikomu ufać, tak więc z zasady zawsze czuwał nad każdą sytuacją, w której zamierzał zrobić coś dla siebie ważnego. Jak się okazało, słusznie postępował. Gdyby nie to, nie wiadomo, w jaki sposób wszystko by się potoczyło. A tak był dalej bezpieczny i mógł cieszyć się nadal wolnością.
Powody, dla których Arkas kazał porwać Ilary i nad którymi głowili się tak książę Maksymilian, jak i Ludwik, były zupełnie inne niż obaj podejrzewali. Tutaj nie chodziło wcale o nich, ani nawet o Sissi. W tym wypadku chodziło o baronową von Tauler. Ona była obiektem nienawiści Arkasa i to wobec niej kierował swoje jak najbardziej negatywne emocje. Nie zapomniał jej bowiem tego, jak kobieta go potraktowała wtedy oberży, ani tego, z jaką pogardą do niego mówiła. Pogardziła nim jako hrabią i zarazem jako mężczyzną. Szczególnie tego drugiego nie mógł jej wybaczyć. Co jej w ogóle szkodziło, głupiej krowie, aby spędzić z nim jedną noc? Przecież doskonale wiedział o tym, że sypia ona z młodymi chłopakami, którzy mogliby być jej synami. Czemu zatem nie miałaby sobie, tak dla odmiany do łoża zaprosić mężczyznę dojrzałego? Co niby by jej przeszkadzało, aby to zrobić? Ale ona go odtrąciła. Spoglądała mu tylko w oczy wzrokiem pełnym pogardy. I za to musiała mu zapłacić. Niestety, ten głupi i narwany młodzieniec, który znalazł się tak niespodziewanie na targu, wszystko mu popsuł. Morgasz zaproponował co prawda podjęcie kolejnej próby porwania, ale Arkas się na to nie zgodził. Dobrze wiedział, że książę Maks oraz jego rodzina tym razem będą czujniejsi i porwanie małej już nie będzie takie proste, a ponadto może skończyć się wpadką, czego nie chciał za nic w świecie. Ponadto wolał poczekać na bardziej dogodny dla siebie moment, aby zrealizować swój plan zemsty.
Jedno go tylko dziwiło. Dlaczego ta głupia ladacznica, jak nazywał baronową w myślach, reaguje spokojem na jego widok i zachowuje się na widok córki tak, jakby nic się nie stało? Jeżeli rzeczywiście jest tak kochającą matką, jaką zgrywa, to powinna drżeć z niepokoju za każdym razem, gdy tylko straci córeczkę z oczu. Baronowa jednak nie tylko nie była niespokojna, ale wręcz zachowywała się tak, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Co mogło być tego przyczyną, że ani trochę nie drżała o los swojej jedynaczki? Czyżby wcale jej nie kochała? Tak, to w zasadzie jest możliwe. A może powód był zupełnie inny?
No jasne! Nagle naszła go błyskotliwa myśl, która rozjaśniła mu w głowie. Ta myśl wszystko mu wyjaśniała. Książę Maks nie wspomniał baronowej słowem o tej próbie porwania z obawy, aby baronowa nie odebrała dziewczynki i nie zabrała jej daleko stąd, zaś jemu samemu nie zrobiła na salonach okropnej opinii idioty, który nie jest w stanie opiekować się powierzonym mu dzieckiem, na którą opinię Maks w obecnej sytuacji nie może sobie pozwolić. Przecież jego ukochana córcia wychodzi za cesarza Austrii, dlatego on sam musi mieć nieposzlakowaną opinię, w przeciwnym razie wybuchnie skandal. Tak, to miało sens. A tak swoją drogą, Maks jest sprytniejszy niż Arkas przypuszczał. Taka bystrość? Jakoś nigdy wcześniej by go o nią nie posądził. Najwidoczniej go nie doceniał. Duży błąd.
Ale jeszcze większy błąd popełniła baronowa, lekceważąc go sobie. Jeszcze przyjdzie jej za niego pokutować i to gorzko. Zapłaci Arkasowi za tę zniewagę. I ta wieśniaczka Sissi też. Uwodziła go podczas wyścigów, przez co przegrał, a potem jeszcze wzięła nagrodę, która powinna być jego. Przeklęta Sissi. Ona też mu za to zapłaci. Obie mu za to zapłacą. Nie będzie pośmiewiskiem ani dla nich, ani dla nikogo innego.
Oczywiście, nie tylko Arkas miał powody do nienawiści wobec Sissi oraz do tego, aby ewentualną zemstę na niej odłożyć nieco w czasie. Drugą taką osobą był kanclerz Zottornik. Nie darował on Sissi tego, jak go potraktowała i to jeszcze w obecności samego cesarza. Jednak, podobnie jak hrabia Arkas wiedział doskonale, że nie może teraz pozwolić sobie na zrobienie księżniczce krzywdy. Stajenny przez niego opłacony zawalił sprawę i dziewczyna przeżyła. Franciszek zaś potraktował to, co się stało jako zagrożenie, które wciąż może istnieć i postanowił czuwać nad swoją ukochaną. Zottornik wiedział, że w takiej sytuacji nie może pozwolić sobie na jakiekolwiek ryzyko. Poza tym, usilnie próbował przekonać cesarza, że to, co się stało było jedynie niedopatrzeniem ze strony stajennego, czystą głupotą, która nie jest niczym poważnym i nie należy uważać tego za niebezpieczeństwo. Rzecz jasna, stajenny uciekł, ale Zottornik powiedział, że jest pewien, iż po prostu ten oto głupi człowiek nawalił i przerażony uciekł, obawiając się konsekwencji. Kanclerz oczywiście zapewnił swojego władcę, że dołoży wszelkich starań, aby odnaleźć i doprowadzić do wymiaru sprawiedliwości tego człowieka. Wiedział jednak, iż nie w jego interesie jest, aby tak się stało. Co prawda stajennego opłaciła baronowa i to o niej jedynie wiedział, ale lepiej, żeby nie złożył żadnych zeznań, nawet takich, w których obciążona zostanie tylko baronowa. Helga von Tauler ostatecznie nie należała do osób pewnych i w razie wpadki bez wahania wydałaby Zottornika. Lepiej więc, aby i ona nie wpadła. Pozbycie się zatem stajennego było niezbędne.
- Czy nasza sprawa została ostatecznie zakończona? - zapytał baronową, gdy ta podeszła do niego podczas przyjęcia z okazji wyścigu.
Zottornik nie lubił tego rodzaju zabaw, ale czasami, jako osoba urzędowa był zobowiązany się na nich zjawić. Tym razem postanowił to zrobić, aby swobodnie porozmawiać z baronową. Z doświadczenia wiedział, że w żadnym miejscu nie ma tak wielkich szans na zachowanie dyskrecji jak w miejscu publicznym. Tam wszak każdy zajmuje się swoimi sprawami i prowadzi liczne rozmowy i nie ma wtedy ani czasu, ani nawet możliwości, aby podsłuchiwać kogokolwiek. Oczywiście nawet w takich miejscach podczas rozmowy należy zachować dyskrecję, ale przecież jest to tak oczywisty fakt, że nie trzeba chyba nikomu go tłumaczyć.
- Tak, Ekscelencjo - odpowiedziała mu baronowa, nie patrząc nawet na niego, aby w ten sposób nie zwracać niczyjej uwagi na to, że rozmawia z kanclerzem.
- Zapłaciła pani naszemu przyjacielowi?
- Dostał nawet więcej, niż było ustalone.
Zottornik uśmiechnął się zadowolony. Tego się spodziewał po baronowej i jak widać, kobieta go nie zawiodła. Widać mógł na nią liczyć w takich sytuacjach. Ale oczywiście nie oznaczało to, że jej ufał. Wręcz przeciwnie, wiedział doskonale, że gdyby tylko sytuacja obróciła się przeciwko niemu, bez wahania by go zdradziła i dlatego zamierzał zadbać o to, aby takowa sytuacja nie nastąpiła. Zlecenie zabicia stajennego, aby ten nie wpadł w ręce cesarskiej straży było dowodem na to, że jest niezwykle przewidującym człowiekiem i daleko mu do upadku, dlatego lojalność wobec niego jest czymś, co baronowej się opłaci.
- Doskonale - rzekł kanclerz - A więc nie musimy się obawiać jego wizyty w najbliższym czasie?
- Zdecydowanie nie - odpowiedziała baronowa.
Kobieta był pod wrażeniem pomysłowości Zottornika. Chciał on się możliwie jak najwcześniej dowiedzieć, jak też potoczyły się ich sprawy, ale nie chciał, aby ktoś zwrócił na nich uwagę i jeszcze domyślił się, jakie powiązania ich łączą. Bo przecież, gdyby niespodziewanie wyszli z przyjęcia, aby porozmawiać, to mogliby zostać dostrzeżeni, a to nie byłoby im na rękę. Można by oczywiście poczekać do końca przyjęcia i wtedy dopiero porozmawiać, ale tutaj też było dobrze mówić ze sobą, zwłaszcza, iż kanclerz się niepokoił i chciał mieć pewność, że wszystko się potoczyło tak, jak to sobie zaplanowali. Co prawda, Zottornik nie wiedział, w jaki sposób baronowa zechce uciszyć stajennego, ale niewiele go to obchodziło. Ważne było jedynie to, aby wykonała swoje zadanie. Reszta, a zwłaszcza szczegóły nie stanowiły dla niego jakiegoś większego znaczenia. Chciał po prostu wiedzieć, czy im się wszystko udało. Słysząc, że tak, zadowolony skinął tylko głową, delikatnie się uśmiechnął i poszedł przed siebie. Baronowa popatrzyła na niego i czuła, że jak tylko by chciała, to i jego mogłaby otruć. Co prawda, kanclerz nie był głupi i z całą pewnością przygotował się na taką ewentualność, zachowując ostrożność nawet w przypadku własnych podwładnych. Ale nawet takie coś byłaby w stanie obejść, jak tylko by tego chciała. Odrobina wyobraźni by jej pomogła, może nawet takiej, jak ta, którą użyła wobec stajennego. Ale poczuła, że lepiej jest nie ryzykować. Wszak otrucie kanclerza mogłoby jej tylko zaszkodzić. Kto wie, jak zabezpieczył się na wypadek swojej śmierci ten stary wampir? Kiedyś nawet wspomniał jej, podczas rozmowy z nią:
- Lojalność wobec mnie jest zdecydowanie na korzyść zarówno pani, jak i też każdego, kto ze mną pracuje. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nawet moi podwładni nie są wobec mnie pozytywnie nastawieni, a wręcz przeciwnie, że mnie nawet nienawidzą. Panią to też dotyczy. Proszę nawet nie zaprzeczać, iż wcale tak nie jest, bo to obraża moją inteligencję i strasznie mnie denerwuje. Ja dobrze wiem i to od samego początku, jakie uczucia pani do mnie żywi. I zasadniczo, wcale to mnie nie dziwi. Dałem pani wiele powodów do tego rodzaju uczuć. Jednak będzie wobec mnie pani lojalna, bo leży w to pani interesie. Pani oraz każdego innego, kto dla mnie pracuje. I nie tylko dlatego, że wam wszystkim dobrze za to płacę, ale przede wszystkim dlatego, iż posiadam o każdym z mych agentów bardzo ciekawe dane. Wiem bardzo wiele o hrabim Arkasie, jak również o kilku osobach, które dla mnie pracują i dowiedziałem się tego już znacznie wcześniej, jeszcze zanim wam zaproponowałem współpracę. O pani też posiadam kilka ciekawych wiadomości. Mniejsza już o to, jakich, ale je mam. I w razie nielojalności, informacje takie ujrzą światło dzienne. I jeszcze jedno. Gdyby tak kiedyś komuś z moich podwładnych, nie mówię, że pani, ale komuś przyszło nagle do głowy, aby mnie usunąć z tego świata, to proszę się nie obawiać. Będę umiał zemścić się i to nawet zza grobu. Odpowiednia osoba opublikuje te wiadomości, a co za tym idzie, zniszczenie tego nielojalnego agenta jest tak pewne, jak amen w pacierzu.
Baronowa nie pamiętała już, w jakich to okolicznościach zostały te słowa do niej wypowiedziane, ale wszystkie te zdania dobrze sobie zapisała w pamięci i nie miała zamiaru o nich zapominać. Dlatego, pomimo wielokrotnie pojawiającej się u niej chęci zabicia tego starego capa, jak go nazywała w myślach, musiała się jakoś pohamować, choć pokusa była strasznie wielka. Wiedziała jednak, że kiedyś, gdy już tylko nadejdzie odpowiedni czas, wyjedzie razem z Ilary daleko stąd i uwolni się od tego wampira i jego wpływów. Może też zwyczajnie poczekać, aż Zottornik po prostu umrze, co biorąc pod uwagę jego wiek, mogło nastąpić w każdej chwili. Co prawda, ten stary łajdak trzymał się bardzo dobrze i sprawiał wrażenie, jakby miał możliwość przeżyć każdego, łącznie z samym cesarzem, ale baronowa nigdy nie wierzyła w to, co opowiadano o Zottorniku, że jest wampirem i żyje już ponad setki lat i żyć będzie kolejne setki. Nie, w to nie wierzyła. Kanclerz nie był nigdy nikim więcej jak zwykłym człowiekiem. I jak zwykły człowiek kiedyś musi odejść z tego świata. Wtedy dopiero baronowa zacznie żyć pełnią życia. A na razie tylko zostało jej cierpliwie czekać. To umiała robić doskonale. Wiele razy już czekała na dogodny dla siebie moment i wiedziała, że będzie w stanie czekać jeszcze dłużej, kiedy zajdzie taka potrzeba. Teraz oczywiście również ona zachodziła, dlatego też doświadczona przez życie i służbę u Zottornika baronowa postanowiła nie robić nic pochopnie, a jedynie czekać na swoją szansę. Czuła, że ta już wkrótce nastąpi i dlatego nie zostaje jej nic innego, jak tylko cierpliwie na nią poczekać. A co jak co, ale czekać cierpliwie baronowa potrafiła doskonale.
***
Wszystkie te informacje, były oczywiście nieznane Sissi i jej przyjaciołom. W ani jednej chwili nawet nie przyszło im do głowy, o czym myśleli kanclerz i jego dwoje najbliższych współpracowników. Zresztą w tamtej chwili, kiedy toczył się bal, niewiele ich to wszystko obchodziło. Byli jedynie szczęśliwi, że osiągnęli w tej sprawie prawdziwy sukces. Sissi wygrała wyścigi konne i zdobyła dzięki temu naprawdę ogromne pieniądze, za które mogła teraz kupić posiadłość, jaka wpadła jej w oko i uznała ją za idealne miejsce na nowy sierociniec. Wiedziała, co zresztą też potwierdzili Franciszek i hrabia Jamisz, że obecny dom sierot, którzy przecież obaj dokładnie obejrzeli, zdecydowanie nie nadaje się do tego, aby dzieci i to w tak dużej liczbie w nim mieszkały. Remontowanie go też było pozbawione sensu. Ten dom nadawał się jedynie do rozbiórki, a nawet jeśli do mieszkania, to nie dla zbyt dużej ilości osób, a zwłaszcza dzieci. Sissi mocno poruszyło to, że dzieci te mają żyć w tak beznadziejnych warunkach i dlatego postanowiła kupić im nowy dom, w którym zapewnić im odpowiednie życie, licząc oczywiście przy tym na to, że z czasem każde z nich zostanie kiedyś adoptowane. Do tego czasu jednak musiały one żyć godziwie, zatem nowy sierociniec był dla niej priorytetem.
Z tych wszystkich powodów, zdobycie nagrody w wyścigach konnych było dla Sissi powodem dla prawdziwej radości. Nie musiała już wraz z Franciszkiem polegać na Zottorniku i jego łasce. Mieli obecnie już własne pieniądze zdobyte w całkowicie uczciwy sposób i z pewnością zadbają o to, aby zostały one właściwie przez nich spożytkowane, co nie omieszkali ogłosić publicznie podczas balu, gdy hrabia Jamisz, ustanowiony przez cesarza gospodarzem wyścigów, zapytał Sissi, na co zamierza przeznaczyć nagrodę. Sissi uśmiechnęła się wówczas do obecnych na sali gości, po czym oznajmiła:
- Wraz z moim narzeczonym, który jak zapewne wszyscy dobrze wiecie, jest cesarzem Austrii...
Te słowa wywołały wesoły chichot na sali. Sissi zaś, bardzo zadowolona, że zdołała rozbawić gości, o co zresztą jej chodziło, kontynuowała:
- Wraz z narzeczonym, zaplanowaliśmy za pomocą tych pieniędzy nabyć i to jak najszybciej posiadłość na przedmieściach Wiednia, która będzie prezentem od nas dla miejscowych sierot. Posiadłość ta będzie nowym sierocińcem, w którym to dzieci pozbawione przywileju posiadania rodziców, będą oczekiwać adopcji w tak dogodnych i porządnych warunkach, na jakie zasługują.
Informacja ta sprawiła, że wszyscy na sali zaczęli głośno klaskać, aby okazać swoją aprobatę dla pomysłu przyszłej cesarzowej Austrii. Najgłośniej oczywiście klaskali najbliżsi Sissi, a zwłaszcza Teodor, Maria i Ilary. Ponieważ ta oto urocza trójka sama była dziećmi, najmocniej ze wszystkich pochwalała pomysł wsparcia miejscowych sierot, który niesamowicie im się spodobał. Pozostali bliscy Sissi też okazywali jej swoje poparcie, choć może nie aż tak emocjonalnie i radośnie jak to robiły dzieci. Oni jedynie klaskali z uśmiechem na twarzy, nie piszcząc przy tym, jak piszczało młodsze rodzeństwo Sissi i ich mała przyjaciółka. Oczywiście wcale nie oznaczało to, że nie pochwalają tego pomysłu, a wręcz przeciwnie. Ich reakcja to jasno pokazywała, kiedy klaskali głośno i z zadowoleniem. Wszyscy oni w taki sposób okazywali swoje poparcie. Robił to nawet Karol, choć on z powodu tego, że podczas wyścigu spadł z konia i złamał rękę, nie był w stanie klaskać tak mocno jak pozostali. Pomimo to robił, co mógł, aby nikt nie miał wątpliwości, że popiera on pomysł Sissi i jest zadowolony z jej decyzji.
Wieść o postanowieniu przyszłej cesarzowej lotem błyskawicy rozeszła się po całym Wiedniu. Różnie ją komentowano. Jedni uważali, że była to jakiś nowy, ale dość dziwaczny kaprys ze strony Sissi, tak zresztą doskonale pasujący zarówno do niej, jak i do jej ekscentrycznego charakteru. Wiele osób, a zwłaszcza dam dworu, nadal uważających Sissi za prostaczkę, wychodziło z założenia, że księżniczka z dalekiej Bawarii chce się popisać przed wszystkimi i pokazać od najlepszej strony, a zatem jedynym powodem, dla którego zamierza ona kupić nowy sierociniec, jest wyłącznie chęć popisania się przed innymi. Ponadto, ich zdaniem, kaprys ten był tylko chwilowy i miał minąć równie szybko, jak się pojawił.
Plotki złośliwych dam dotarły także do przyjaciółek Sissi. Nene, Elodie i Ida dowiedziały się o tym, co opowiadają tzw. szlachetne i dobrotliwe damy na temat przyszłej cesarzowej Austrii. Trudno w zasadzie było tego się nie dowiedzieć, gdyż damy mówiły to między sobą dość jawnie, nie zważając na to, kto akurat przebywa w ich towarzystwie, jednocześnie uśmiechając się serdecznie do Sissi, kiedy tylko ta była w pobliżu. Oczywiście nie trzeba dodawać, że plotki te wywołały oburzenie u przyjaciółek przyszłej cesarzowej.
- To chyba oczywiste, dlaczego tak mówią - stwierdziła Ida z niechęcią w głosie - Zazdroszczą księżniczce Elżbiecie jej urody, popularności i tego, jak sobie umie w tym świecie poradzić. Spodziewały się zapewne, że księżniczka nie da sobie rady i będzie wiecznie takim Kopciuszkiem, a tymczasem proszę, jak ludzie zaczynają ją kochać i podziwiać jeden po drugim. Nawet sama arcyksiężna, kiedyś przecież wyraźnie jej niechętna, darzy ją obecnie sympatią. Oczywiście nadal ma pewne zastrzeżenia, jednak to chyba oczywiste, bo przecież nie jest nigdy tak, że można zmienić do kogoś podejście całkowicie w bardzo krótkim czasie. Ale, jak mówiłam, nawet arcyksiężna już nie darzy jej niechęcią, a wręcz okazuje jej swoją sympatię i to publicznie. To budzi zazdrość w takich kwokach i dlatego tak mówią.
Nene i Elodie z radością patrzyły wówczas na Idę, dziękując jej za tak miłe o Sissi słowa i bez żadnych wątpliwości przyznały jej rację. Elodie nawet posunęła się o krok dalej, dodając:
- Ja się zgadzam z tobą, Ido. Ale powiem ci więcej. Moim zdaniem to jest nie tylko dowód zazdrości tych głupich kwok, ale do tego dowód na to, że one patrzą na Sissi przez pryzmat swoich wad, gdyż one zdecydowanie nudzą się na salonach i potrzebują rozrywki w postaci akcji dobroczynnych. I te akcje jako forma walki z nudą pozostają dla nich jedynie tymczasową rozrywką. Tymczasową, gdyż bardzo szybko się nią nudzą i wymyślają sobie co innego. One wiedzą o tym doskonale i zarzucają teraz Sissi to samo, aby się usprawiedliwić przed sobą nawzajem.
Nene i Ida poparły Elodie w tym stwierdzeniu, a Nene dodatkowo jeszcze, jak tylko widziała te plotkujące damy, obdarzała je pogardliwym spojrzeniem, mając też wielką ochotę powiedzieć im „Jesteście podłe”, ale tylko przez niechęć do tego, aby nerwy sobie przez te nic nie warte kreatury strzępić, nie robiła tego.
Oczywiście nie tylko kobiety plotkowały o Sissi. W nieco mniejszym, gdyż to powszechnie wiadomym jest prawem, że mężczyźni znacznie rzadziej zajmują się plotkami niż kobiety, robili to również panowie z elity. Wielu z nich uważało, że w ten sposób przyszła cesarzowa pokazuje, jak głupiutką jest osobą, skoro zajmuje ją los pospólstwa, które przecież nie jest warte tego, aby elita się nimi zajmowała w sposób większy niż robi to dotychczas. Niektórzy też dodawali pobłażliwie, że jak widać przyszła cesarzowa ma miękkie serduszko i niech lepiej cesarz uważa, gdyż ani się obejrzy, a w ramach tego dobrego serduszka, jego ukochana wyda na cele dobroczynne wszystkie pieniądze z kasy państwa, a obywatele będą musieli to nadrabiać, płacąc zawyżone podatki. Te i inne plotki dotarły rzecz jasna do Karola, do Ludwika i oczywiście do Franciszka, który zdenerwował się nie na żarty, kiedy je usłyszał.
- To jest po prostu niesłychane! - krzyczał w rozmowie z bratem i kuzynem - Moja ukochana Sissi chce po prostu pomóc dzieciom w potrzebie, ma dobre serce i co? Zarzuca się jej popisywanie się? Chęć zabłyszczenia? A inni jeszcze twierdzą, że może i ma dobre serce, ale jest głupia i jeszcze będę żałować, że jej pozwalam na to wszystko? To jest po prostu skandal! Ci ludzie nic o nie wiedzą, a będą się na jej temat wypowiadać?! Przecież oni wcale jej tak naprawdę nie znają!
- I właśnie dlatego będą się wypowiadać na jej temat - stwierdził z gorzką ironią w głosie Ludwik - To nie wiesz, Franciszku, że ludziom najprościej zawsze przychodzi oceniać tych, których nie znają i wcale nie chcą poznać? Nie wiesz, że najłatwiej jest oceniać wydarzenia znane jedynie powierzchownie? To przecież jest najprostsze, bo nie wymaga zgłębienia wiedzy i dokładniejszego poznania tematu.
- Obawiam się, że Ludwik ma rację - powiedział Karol - Tak niestety jest i nic nie zapowiada, aby kiedykolwiek miało się to zmienić.
- Tak czy inaczej, te plotki muszą się skończyć i to natychmiast! - zawołał Franciszek, uderzając przy tym pięścią w biurko.
- I niby co zrobisz? Zawiążesz plotkarzom języki w supeł? - spytał z ironią w głosie Karol.
- No właśnie. Reagując złością lub zakazując plotek, nic nie uzyskasz. Tylko pogorszysz sytuację - zauważył Ludwik.
- Oni mają rację, synu - powiedziała Zofia, która właśnie weszła do gabinetu cesarza - Zrozum, siłą nic tu nie wskórasz.
- Więc co? Mam pozwolić, aby publicznie lżono moją narzeczoną, a przy tej okazji też i mnie? - zapytał ze złością w głosie Franciszek - Przecież sama zawsze mi mówiłaś, jak ważne jest dbanie o swój wizerunek.
- Właśnie dlatego radzę ci, abyś nic z tym nie robił, synu. Walka z plotkami i tracenie na nią energii, którą można by spożytkować na co innego nie pomoże ani na jotę poprawić opinii Sissi w oczach ludzi. Wszyscy powiedzą, że siłą ludziom się usta zamyka. A wrogów i krytyków wam przybędzie. Niech gadają, niech sobie kpią. Nic tak naprawdę nie wiedzą i ich niewiedza wyjdzie w końcu na jaw. I to oni zostaną ośmieszeni. A ponadto, zanadto skupiasz się na negatywnych aspektach tej sprawy. Zapominasz, że oprócz zagorzałych krytyków są również ludzie chwalący was oboje pod niebiosa i to nawet w prasie. To cię powinno zajmować, a nie kilku malkontentów, narzekających na wszystko i wszystkich.
Franciszek spojrzał na matkę z pewną dozą niepewności, czy ma ona rację. A Karol uśmiechnął się do niej z szacunkiem i powiedział:
- Mamo, muszę ci rzec, że imponujesz mi. Naprawdę bardzo mi imponujesz. Taka rozwaga przez ciebie teraz przemawia i tak wielka sympatia do Sissi, jakiej nigdy bym się po tobie nie spodziewał.
W tych ostatnich słowach brzmiał lekki przytyk, ale Zofia przyjęła go wręcz ze stoickim spokojem, wiedząc doskonale, że sobie na niego zasłużyła. Ostatecznie jej zachowanie wobec Sissi nie było na początku w porządku. Z góry przekreśliła ją dlatego, że nie była ona tą, którą sama wybrała dla Franciszka i do tego szukała w niej jedynie samych wad, nie próbowała ją poznać ani docenić. Ostatnio jednak o tej sprawie wiele myślała, a ten proces zapoczątkował Karol swoją ostrą krytyką jej zachowywania się względem ukochanej Franciszka. Jej młodszy syn powiedział wówczas matce kilka naprawdę mocnych i gorzkich słów, które były co prawda aż bolesne, ale niestety nad wyraz prawdziwe. Zofia miała dużo czasu, aby ułożyć to sobie wszystko w głowie i zrozumieć, że zarzuty Karola względem niej nie tylko, że są prawdziwe, ale jeszcze dodatkowo przyczyniają się do tego, iż jej dzieci, na których miłości przecież jej tak zależało, zaczynają mieć jej serdecznie dość i jak tak dalej pójdzie, stanie się na dworze osobą jedynie tolerowaną ze względu na to, kim jest. Nie chciała tego. Nie chciała też ranić swoich dzieci. Nie chciała, aby tak mocno kochający Sissi Franciszek odsunął się od swojej rodzicielki, a Karol, choć nie będący nigdy jej ulubieńcem, ale nadal mocno kochany przez nią, zaczął jej już jawnie okazywać wrogość. Nie chciała tego, dlatego postanowiła zaakceptować na dworze Sissi i jej zachowanie, choćby ją ono drażniło. Ku swojemu własnemu i to wcale niemałemu zdumieniu, Sissi zaskoczyła ją pozytywnie kilka razy, zaś Zofia nie tylko musiała przyznać, że dziewczyna jest naprawdę wyjątkowa, ale do tego też zaczyna ją coraz bardziej lubić. Co prawda, nadal nie pochwalała wszystkiego, co ona robi, ale w przypadku sierocińca była jak najbardziej za nią. Dlatego też w tej sytuacji nie umiała nie uśmiechnąć się do syna i rzec:
- Karolu, wiem doskonale, że zasłużyłam sobie na ten przytyk. Masz rację. Ja i Sissi byłyśmy sobie niechętne i to tylko moja wina, że tak było. Nie będę nawet próbować zaprzeczać. Ale naprawdę wiele mi rozmowy z tobą i Franciszkiem dały do myślenia. Dlatego teraz jestem po stronie Sissi i wraz z wami będę stała za nią murem. Jestem też pewna, że gdy sprawa dostanie się do prasy, to nie ma szans, aby pisała ona o Sissi w inny sposób, jak tylko pozytywny.
- Ja również jestem tego całkowicie pewien - powiedział Ludwik, potajemnie się przy tym uśmiechając.
Wkrótce okazało się, że oczekiwania pozytywnej opinii ze strony prasy było jak najbardziej słuszne. Co prawda, prawicowe pisma rozpisywały się o tym, że po swojej wygranej w wyścigach narzeczona cesarza realizuje swój kaprys o tym, aby wspierać cele bynajmniej nieproduktywne, nie mogące w żaden sposób podnieść gospodarski cesarstwa, to pisma lewicowe zdecydowanie chwaliły Sissi za to, jak podchodzi ona do spraw tak istotnych jak dzieci, będące wszakże solą tej ziemi, o czym to przedstawiciele prawicy zdają się łatwo zapominać. Najwięcej jednak o tej inwestycji pozytywnych opinii zawarły „Nowe perspektywy” i umieszczony na jej łamach kolejny artykuł autorstwa Johanna Chronista. Piszący bowiem od czasu do czasu ów tajemniczy światły umysł, za którym (o czym wiedzieli tylko nieliczni) ukrywał się Ludwik, pisał w taki oto sposób:
Przyszła cesarzowa Austrii, Elżbieta von Wittelsbach z Bawarii zdaje się nie tylko nie przejmować tzw. opinią publiczną na temat większego lub też mniejszego wpływu swojego projektu na gospodarkę cesarstwa oraz głosy wszelkiej parszywej i opartej jedynie na kalumniach krytyki. Wydaje się być ona również na tyle silna, aby w żaden sposób nie zwracać uwagi na tych, którzy to jedynie czepiać się jej umieją, obrażając w ten sposób nie tylko ją, ale i każdego człowieka marzącego o potrzebnych w tym państwie zmianach. Należy jej tylko pozazdrościć takiego hartu ducha i okazać jej też swoje poparcie, aby wiedziała, iż misja, której to się podjęła jest w naszych oczach tak godna szacunku, jak i ona sama. Przyszła cesarzowa Austrii pokazuje nam, przyszłym swoim poddanym, jak bardzo się z nami liczy i jak losy prostych ludzi, tworzących wszakże ten świat, bliskie jej były, są i będą. W tym czasie, gdy wielu osób z elit przeznacza fundusze na wydawanie wielkich bali lub stawianie sobie pałaców, co dowodzi jedynie snobizmu pomieszanego z ogromnym egoizmem, księżniczka Elżbieta udowadnia, że można być człowiekiem bogatym lub choćby tylko zamożnym, ale mimo to posiadać serce i wykorzystywać je, podobnie jak i swe bogactwa dla dobra innych, nie tylko swojego. Zatem krytykować takie osoby jak ona jest w niedobrym smaku, jak i także poniżej godności tych, którzy ośmielają się to robić. Ponadto, brak pochwał dla zachowania księżniczki Elżbiety może być przyklaskiwaniem tym, którzy to teraz ją krytykują wraz z całą bandą fałszywych dobroczyńców, tak niestety nadal obecnych w naszym świecie. Dlatego powinniśmy dołożyć wszyscy wszelkich starań, aby księżniczka wiedziała, że my, mieszkańcy Austrii tak teraz, jak i później jesteśmy za nią, a przy najbliższej okazji również w podobny sposób wesprzeć równie szlachetne cele jak te, które popiera księżniczka. Bierzmy z niej zatem przykład i pokażmy, że czyny jej zachęcają nas do tego, aby podobnie jak i ona w przyszłości postępować.
Artykuł ten wzbudził ogromną sensację. Prawicowe pisma wypisywały, że to sama Sissi zapłaciła za artykuł wychwalający jej osobę pod niebiosa. Zaznaczały nadal, jak nieodpowiedzialna osoba stawać ma na ślubnym kobiercu z cesarzem. Osoba, którą stać na szlachetne czyny, ale zamiast wspierać przyszłego małżonka w jego poczynaniach, pieniądze zdobyte przez siebie wydaje na nieproduktywne cele. Oczywiście bliscy Sissi doskonale wiedzieli, co jest przyczyną pisania przez tych nic nie wartych pismaków takich kalumnii. Dobrze wiedzieli, że gdyby tak na miejscu Sissi była inna, zdaniem prawicy godna tytułów i zaszczytu osoba, nigdy by sobie nie pozwolili na tego rodzaju oszczerstwa, a wręcz wychwalaliby ją za to, co robi pod niebiosa. Powodem ich niechęci było niższe ich zdaniem pochodzenie Sissi, ponieważ Bawaria, niewielkie wszak królestwo nie dorównywało Austrii, a wręcz było dla wielu przedstawicieli elit prowincją, nie mogącą zapewnić niczego wartego zachodu. Ponadto też przyczyną ataku były jeszcze wcześniejsze artykuły Chronista, a zwłaszcza ten chwalący Sissi jako propagatorkę reform. Już za samo to mieli powody, aby ją potępiać, a co dopiero za całą wspomnianą już resztę.
Oczywiście Sissi nie zamierzała przejmować się tym wszystkim. Zasmuciły ją co prawda posądzenia o chęć zabłyszczenia i zwrócenia na siebie uwagi, które tak jawnie i okrutnie powtarzały damy dworu oraz część elity, ale jej matka wraz z Idą Ferenczy wytłumaczyły jej, że nie warto jest przejmować się tym wszystkim. Tak samo zresztą powiedziała dziewczynie Zofia, gdy nieco później obie rozmawiały o tym wszystkim. Sam Ludwik natomiast, z którego zdaniem księżniczka zawsze się bardzo liczyła, powiedział beztroskim tonem:
- Nie masz się czym przejmować. Niech sobie ponarzekają na ciebie. Niech gadają. Niech się śmieją. Ty bądź ponad to wszystko. Widząc, że nie przejmuje cię ich gadanie, spalą się ze wściekłości. A ty będziesz triumfować.
Po tych słowach, dodał już poważniejszym tonem:
- Nie zapominaj też o jeszcze jednej rzeczy. Oni liczą na to, że przejmiesz się tym wszystkim. Że zadadzą ci w ten sposób ból. Nie pozwól im na to, Sissi. Tylko wtedy będziesz miała nad nimi przewagę, kiedy nie okażesz im, a przynajmniej nie publicznie, iż to, co oni wygadują, rani cię.
Sissi, jako osoba raczej emocjonalna, nie wiedziała, czy jest w stanie postąpić tak, jak jej kuzyn poradził, ale mimo wszystko uznała, że to bardzo mądra rada i rzeczywiście nie warto przejmować się tym, co idioci na dworze wygadują. Poza tym, za bardzo cieszyło ją, że jej ojciec wraz z Ludwikiem dokonali w jej imieniu dokonali już transakcji i zakupili posiadłość, którą ona zamierzała ona przerobić na nowy sierociniec. Dom ten był niezwykle duży i nadawał się w sam raz dla takiej dużej liczby dzieci, jaka zajmowała obecny sierociniec. Jedyne, co ją smuciło, to fakt, że posiadłość owa była mocno zaniedbana i to do tego stopnia, że trzeba było ją porządnie wyremontować. Co prawda, ten niezbyt dobry stan domu sprawił, że kupiono go za tańszą cenę, jednak nadal poszło na ów zakup większość pieniędzy, jakie zdobyła w czasie wyścigu Sissi. To, co pozostało, zamierzała przeznaczyć na generalny remont posiadłości, aby nadawała się ona do zamieszkania przez dzieci, które póki co chwilowo musiały pozostać w swoim obecnym miejscu pobytu. To więc stanowiło dla niej o wiele ważniejszą sprawę aniżeli plotki na jej temat, jakie rozsiewali ludzie zazdrośni, choć niewątpliwie by się tym wszystkim przejęła i to bardzo, gdyby nie wsparcie bliskich i przyjaciół.
Ponadto, na duchu podnosił ją artykuł w gazecie „Nowe perspektywy”, tak ją chwalący za jej postępowanie. Wiedziała, kto skrywa się za pseudonimem Johanna Chronista i co za tym idzie, komu zawdzięcza takie pochwały i była tej osobie za to niezwykle wdzięczna. Podobnie jak i za to, że liberalne pisma, chociaż zwykle niezbyt dobrze usposobione do centralnego pisma, tym razem ramię w ramię z nim krytykowali prawicowe i konserwatywne pisma, najeżdżające na Sissi i robiące z niej osobę szukającą rozgłosu. Lewica w tym wypadku stanęła po stronie centrum, jasno podkreślając, że Sissi może i pochodzi z prowincji, ale jest to, jak się teraz okazuje, wielkim atutem, dowodzącym też, iż jedynie osoba nie pochodząca z tzw. wielkiego świata może na poważnie przejąć się losem ludzi biednych. Obrona ta przeszła wręcz do ataku na prawicę, wykorzystując w ten sposób swoją szansę, aby ją oczernić w oczach społeczeństwa. Jedna z gazet lewicowych pisała wręcz:
Cieszyć się zatem należy, że cesarz wybrał sobie księżniczkę z prowincji za swoją narzeczoną, ponieważ okazuje się być ona nie tylko osobą dobrą i szlachetną w każdym znaczeniu tego słowa, co wręcz nakierowuje ona działalność dworu na odpowiednie tory, które stopniowo zmierzają do liberalnych, tak potrzebnych temu krajowi zmian. Jeżeli zatem z prawa atakuje się księżniczkę, zarzucając jej jedynie chęć przypodobania się ludziom, należy zastanowić się, dlaczego tak jest i co też kieruje osobami z prawej strony, iż tak postępują. Odpowiedź na to pytanie jest jak najbardziej prosta. Osoby z prawa, uważające reformy za wszelkie zło godzące w tradycyjne wartości, atakują księżniczkę Elżbietę jedynie z powodu jej niskiego dla nich pochodzenia. Gdyby tak pochodziła ona z ich sfery, chwaliliby ją na łamach swojej prasy bez miary, podobnie jak robią z każdym, kto należy do ich sfery i kto w ciągu roku choćby grajcara przeznaczy na cele dobroczynne. Wszystko to tylko dowodzi, że osoby z prawa zmieniają swoje podejście do tych spraw wtedy, kiedy jest im to wygodne. Dowodzić to może jedynie hipokryzji, której przeciwstawiać się należy z całą surowością.
Ludwik bardzo mocno się uśmiał, kiedy przeczytał w gazetach ataki prawicy na lewicę i odwrotnie. Uznał, że to zasadniczo było do przewidzenia.
- Oni tylko szukają pretekstu do tego, aby atakować siebie nawzajem, a Sissi jest tylko chwilowym idealnym pretekstem do tego, aby to zrobić - stwierdził nie bez ironii w głosie - Jak tylko im się to znudzi, znajdą sobie inny powód do tego, aby się atakować. Nawiasem mówiąc, nie sądzę, aby tak naprawdę prawica miała coś do Sissi. No, może trochę i ma, jednak głównie atakuje ją przez ten artykuł ze strony centrum, w którym to moja kochana kuzynka została ukazana jako osoba stojąca za reformami. Prawica obawia się, że Sissi zechce wpływać na Franciszka i naciskać na niego w kwestii tego, aby zmienił kierunek bardziej na lewo lub w centrum. A tego, ta banda nędznych hipokrytów boi się najbardziej. Dlatego na nią najeżdżają. A lewica? Nie wierzę, żeby naprawdę pochwalali postępowanie Sissi. No, może i kilku z nich pochwala, ale wykorzystuje jej wizerunek do ataku na prawicę. Tylko centrum wydaje się być w tej kwestii uczciwe.
Rozmawiający z nim na ten temat Maksymilian skinął delikatnie głową, jakby chciał w milczeniu pokazać, że się zgadza z bratankiem żony i powiedział:
- Dobrze zrobiliśmy, nie pozwalając Sissi czytać tych szmatławców. Już i tak ją dobiło to, że niektórzy na dworze plotkują na jej temat. Lepiej więc, żeby o tym, co oni tu wypisują, nie wiedziała. Wie jedynie o tym, co pisali o niej w „Nowych perspektywach”. I trochę o tym, że prawica ją krytykuje, a lewica chwali. I to jej w zupełności wystarczy. Lepiej, aby nie wiedziała o tym, iż jest jedynie narzędziem w ich rękach. Narzędziem do rozgrywek politycznych. I lepiej, aby nikt z nas jej o tym nie powiedział.
- Nie bój się, wujku. Ja jej na pewno nie powiem.
- Ja też nie. Niech się ona skupi na pomaganiu sierotom. Żal mi tych małych uroczych bąków i dlatego pochwalam moją córeczkę, że chce im jakoś poprawić los. Tylko obawiam się, że przeżyje gorzkie rozczarowanie.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie wiem, czy pieniądze, które zostały po kupieniu posiadłości, to nie jest za wielka suma, a na generalny remont to może być za mało. Przydałoby się jeszcze wesprzeć Sissi w tym celu finansowo. Ja bym wsparł, Ludwiku, ale sam wiesz, jaką mamy sytuację. Nie jesteśmy oczywiście biedni, jednakże nie możemy szastać pieniędzmi na prawo i lewo. Franciszek też nie może nam pomagać, bo ma swoje sprawy na głowie.
Ludwik przytaknął wujowi, jednocześnie uśmiechając się ironicznie.
- To zrozumiałe. Nie może przeznaczać wszystkich pieniędzy z kasy państwa na jeden sierociniec. Choć zdaje się, tak między nami mówiąc, że Zottornik nieźle oszukuje Franciszka w kwestii finansów.
Maksymilian zaśmiał się w taki sposób, jakby powiedziano mu coś tak bardzo oczywistego jak fakt, że Ziemia kręci się wokół słońca.
- Och, Ludwiku! Tobie tylko się tak zdaje? A ja tego jestem pewien. Ten stary wampir nigdy nie budził mojej sympatii, zwłaszcza od czasów powstania, kiedy to wymusił na wielu rodzinach, aby wykupili swoich wziętych do niewoli krewnych za grubą sumę pieniędzy. Oczywiście nie zmienia to faktu, że Franciszek Karol mu na to pozwolił i sam miał z tego niezły dochód, ale mimo wszystko Zottornik miał w tym wszystkim największy udział i temu zaprzeczyć się nie da. Miał zły wpływ na męża Zofii, a potem miał bardzo zły wpływ na Franciszka. Dlatego cieszy mnie, że Sissi ma na swojego ukochanego dobry i coraz większy wpływ. Szkoda, że jego ojciec nie miał takiej wspaniałej dziewczyny u swego boku. Może wtedy drań nie wziąłby ode mnie okupu za mojego syna.
Maksymilian wciąż miał wielki żal do zmarłego Franciszka Karola za to, że ten nie oddał mu Wilhelma, wziętego do niewoli podczas powstania na Węgrzech całkiem za darmo, a zażądał okupu jak od wszystkich innych. W ogóle to żądanie okupu za tzw. ochotników, walczących dobrowolnie w powstaniu, choć nie byli oni Węgrami, Maksymilian uważał za świństwo i z tego powodu jeszcze bardziej miał niechęć do poprzedniego cesarza. Nie miał oczywiście pojęcia o tym, że o ile sam Franciszek Karol zaakceptował wzięcie okupu za schwytanych ochotników z armii powstańczej, to jednak nie przyłożył ręki do zażądania okupu za Wilhelma. Więcej nawet, kiedy tylko dowiedział się, że syn dwojga bardzo bliskich mu osób, czyli jego przyjaciela i przyjaciółki jego żony jest w niewoli, natychmiast rozkazał, aby Zottornik go uwolnił i wypuścił do domu bez okupu. Kanclerz jednak zataił ten fakt przed Maksymilianem, oznajmiając zamiast tego, że cesarz w swej łaskawości żąda o wiele mniejszego okupu niż od pozostałych ochotników, ale ten okup mimo to wypłacony być musi i od tego nie ma odwołania. Maksymilian uwierzył w to i zapłacił za syna, ale nigdy potem nie miał już kontaktu z Franciszkiem Karolem, bo przestał przyjeżdżać na dwór cesarski i nie znalazł nigdy okazji, aby sprawę tę wyjaśnić i poznać prawdę. Wiedział jedynie tyle, że cesarz go zawiódł i zmienił się na gorsze, a winą za ten stan rzeczy obciążał Zottornika, którego uważał za złego ducha cesarstwa.
Ludwik oczywiście też o tym wszystkim nie wiedział, jednak narzekanie na kanclerza bynajmniej go nie interesowało. Oczywiście nie cierpiał Zottornika i jak najbardziej podzielał zdanie swojego wuja w jego sprawie, ale mimo wszystko to nie było teraz dla niego obecnie priorytetem. Bardziej poruszył go fakt, że nie ma już za wiele pieniędzy z wygranej i chociaż remont już ruszył, Sissi bowiem nigdy nie odkłada niczego na kolejny dzień i natychmiast brała się za realizację tego, w co zdążyła się już zaangażować. Dlatego zadbała o to, aby remont rozpoczął się od razu po dokonaniu zakupu. Jednak powolne topnienie pieniędzy przeznaczonych na ten cel musiał ją zaniepokoić, podobnie jak i jej ojca oraz Ludwika, którzy teraz właśnie zastanawiali się, jak zdobyć kolejne fundusze na dokończenie remontu.
- Nie zaszkodzi, aby jeszcze przy okazji coś zostało. Byłoby wówczas na tzw. czarną godzinę - zauważył Maksymilian.
- Żeby coś zostało, to musi najpierw wpłynąć - stwierdził ironicznie Ludwik - Ale spokojnie, wymyślimy coś. Czego jak czego, ale pomysłów nam na pewno nie zabraknie. Żeby tylko udało się je zrealizować.
Maksymilian zachichotał rozbawiony i pokręcił lekko głową.
- Ech, wy młodzi. Zawsze macie tyle pomysłów naraz i tyle energii w sobie. Aż mnie zazdrość ogarnia, kiedy tak sobie myślę o tym, ile mnie omija przez to, że się starzeję.
Ludwik parsknął śmiechem, gdy to usłyszał.
- Proszę cię, wujku. Ty i starzenie się? Do starości to ty masz jeszcze daleko. Poza tym, chyba zapominasz, że najmłodsze twoje dziecko ma osiem lat.
- I co to ma do rzeczy?
- Wydawało mi się, że małe dzieci odmładzają.
Maksymilian spojrzał serdecznie na siostrzeńca i powiedział:
- Dziękuję ci, że tak mówisz, mój chłopcze. Ale czasu nie oszukam. Dzieci, a już zwłaszcza małe rzeczywiście odmładzają, jednak nie sprawią, że człowiek już się przestanie starzeć. Zacznie odczuwać w końcu swoje lata i to nieuniknione. A im później zostanie ojcem, tym mocniej będzie odczuwać swoje lata, bo nie będzie już w stanie bawić się ze swoimi dziećmi tak, jakby to mógł robić, mając o wiele mniej lat.
Po tych słowach, spojrzał zaintrygowany na Ludwika i zapytał:
- A tak przy okazji, to kiedy ty zamierzasz założyć rodzinę? O ile wiem, twoi rodzice nie mają innych dzieci poza tobą. I kiedy zasiądziesz na tronie, powinieneś mieć swojego następcę, który cię zastąpi w odpowiedniej porze. Jak ty miałeś tyle lat, co Teodor, to twój dziadek jeszcze rządził Bawarią i był szczęśliwy z sukcesji, że jest ona zapewniona w osobie jego syna i wnuka. A ty? Dalej zamierzasz bawić się w naprawianie świata? Nie powiem, to piękna rzecz przyczynić się do tego, aby ten świat był o wiele lepszym miejscem, a twoje poglądy bardzo do nas wszystkich przemawiają. No, prawie do wszystkich, bo Zofia dalej jest do nich nieprzychylna, ale Franciszek już inaczej do nich pochodzi. Ale to wszystko może być piękne i to jeszcze jak, jednak czy to oznacza, aby dla pięknych idei i pracy dla dobra świata poświęcać prywatne życie?
Ludwik uśmiechnął się serdecznie do wuja. Przyznać musiał w duchu, że ma on wiele racji i już najwyższy czas na to, aby założył rodzinę. Wiedział jednak, iż na to wszystko trzeba czasu. Elodie co prawda kocha go, a on kocha ją, ale czy nie znają się aby za krótko, aby takie rzeczy jak małżeństwo i rodzina planować? W tej kwestii poglądy Elodie, choć wydawały mu się chwilami dosyć przykre, bardzo do niego przemawiały. Nie uważał, aby szybki ślub po krótkim okresie narzeczeństwa był najlepszym pomysłem. Poza tym, on chciał iść śladem swoich rodziców i ślub zawrzeć jedynie z miłości. Teraz wiedział, że spotkał właściwą osobę, ale rozumiał jej podejście do całej tej sprawy. Co prawda, zarówno on ze swoimi trzydziestoma latami, jak i Elodie ze swoimi dwudziestoma pięcioma byli w oczach wielu, a już zwłaszcza elit salonowych starym kawalerem i starą panną, którym powoli mija odpowiedni czas na założenie rodziny i z każdym dniem ryzykują coraz bardziej, że ten czas minie bezpowrotnie, ale Ludwik patrzył na to wszystko inaczej. Nigdy specjalnie się, co prawda, nad tym wszystkim nie zastanawiał, skupiony na swojej działalności politycznej, pracy dla loży oraz przeboleniu śmierci Joanny, ale mimo to umiał pomyśleć o tym, zwłaszcza po kilku ostatnich rozmowach z Elodie. Gdy jego ukochana rozmawiała z nim niedawno na temat rodziny, leżąc naga w łóżku obok niego, czule wtulona w jego ramię, powiedziała:
- Osobiście uważam, że to szczyt głupoty żenić ze sobą szesnastoletnie dzieci, a czasami nawet jeszcze młodsze i oczekiwać od nich, że będą od razu zakładać rodziny i sprawdzać się w tej roli. Przecież tacy ludzie sami są jeszcze dziećmi. I co? Nagle zostają rzucone na głęboką wodę, zmusza się je do podejmowania tak poważnych decyzji, na jakie wielu dorosłych nie zawsze jest gotowych i oczekuje jeszcze, że sobie ze wszystkim poradzą. Sam powiedz, czy to nie jest jakiś absurd? Dzieci mają rodzić dzieci i dobrze je wychować? To się sprawdza w bajkach, ale nie w prawdziwym życiu.
Ludwik rozważył sobie dokładnie w głowie słowa ukochanej i trudno było mu nie przyznać jej racji. Choć on czuł, że byłby już idealny dla niego czas, aby założyć rodzinę, ale nie wiedział, czy dla Elodie też on nastąpił. A ponieważ zdołał ją bardzo mocno i szczerze pokochać, nie chciał niczego między nimi psuć i na nią w jakikolwiek sposób naciskać. Wiedział, że nie na tym miłość polega. Poza tym, jak na razie zdołał zaangażować się w różne sprawy i miał co robić, dlatego też nie musiał zastanawiać się nad tym, jakby to było cudownie zostać mężem i ojcem. To nie miało teraz aż takiego znaczenie. Ludwik wolał najpierw dokończyć sprawy, w której się obecnie zaangażował, a dopiero potem podejmować się kolejnych zadań.
Skoro zaś o zadaniach była mowa, to najważniejszym teraz zadaniem było dla Ludwika zdobycie funduszy na remont sierocińca. Co prawda, wiedział doskonale, że gdyby tylko poprosił rodziców, bez wahania by mu je ofiarowali, ale czy miał do tego prawo? Bawaria potrzebowała funduszy na realizację swoich reform i on nie mógł ich pozbawiać, aby zbawiać Austrię. A to, że Franciszek naiwnie wierzył Zottornikowi, iż w skarbie brak odpowiedniej ilości pieniędzy na te cele, to już nie był jego problem. On mógł jedynie pomagać swemu dostojnemu kuzynowi, nie zaś realizować reformy za niego i to jeszcze kosztem Bawarii. Dlatego, jeżeli Ludwik miał pomóc Austrii wprowadzić pozytywne zmiany, co zresztą bardzo chciał, to musiał zrobić to w taki sposób, aby być jedynie pomagać, nie robić wszystko za te osoby, które robić to wszystko powinny.
- Ludwiku, słuchasz mnie w ogóle? - zapytał po chwili Maksymilian.
Książę bawarski ocknął się z zamyślenia i uśmiechnął się do wuja.
- Wuju, mam już ukochaną, co pewnie nie umknęło waszej uwadze, ale na to, aby się z nią ożenić i założyć rodzinę będzie jeszcze czas. Na razie jestem bardzo mocno zaangażowany w pewne sprawy i Elodie także, dlatego chwilowo ani ja, ani ona nie mamy do tego wszystkiego głowy.
Maksymilian uśmiechnął się z lekkim politowaniem i odparł:
- Ech, wy młodzi. Wiecznie odkładacie w czasie to, co powinniście zrobić już dawno temu. Jesteście zaangażowani w inne sprawy, bardzo słusznie. Ale chłopcze mój, czy to oznacza, abyście mieli rezygnować ze swojego szczęścia? Za niedługo będziecie już za starzy na bycie rodzicami, tak jak i ja.
- Wujku, ty masz ośmioletnią córkę. Jak możesz uważać, że jesteś stary?
- Bo jestem stary. Jary, ale zawsze stary. Zapominasz chyba o tym, Ludwiku, że ja mam już wnuczkę. Mam może i małe dzieci, ale mój najstarszy syn, niewiele młodszy od ciebie, bo tylko o kilka lat, jest już sam ojcem. Skoro więc on poczuł, że już na niego czas, to chyba najwyższa też pora na ciebie.
- Wuju, każdy musi sam poczuć, kiedy nadejdzie jego czas. Nic nie można w tym życiu robić na siłę, a już na pewno nie coś tak ważnego.
- A kto mówi, aby robić to na siłę? Naprawdę przymusem byłoby dla ciebie wziąć sobie za żonę taką ślicznotkę jak Elodie?
Ludwik zachichotał, rozbawiony tymi słowami.
- Masz rację, to nie byłby żaden przymus czy obowiązek. Ale chodzi o to, że to nie tylko ode mnie zależy. Elodie sama musi być pewna, że chce za mnie wyjść. A mówi, iż jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić.
Maksymilian machnął na to ręką lekceważąco i rzucił:
- Oj, każda tak mówi. Na początku zawsze mają wątpliwości. A potem, jak ją jej ukochany weźmie w ramiona, zacznie całować i przekonywać, to przestaje mieć te wątpliwości. Może ty po prostu musisz wiedzieć, jak to zrobić?
Ludwik uśmiechnął się serdecznie do wuja.
- Co umiem, to umiem, wujku. Ale widzisz, Elodie to nie ciocia Ludwika. Nie można do niej więc podchodzić tak, jak wujek podchodził do cioci. To jest inna, ale to zupełnie inna osoba. I inaczej trzeba z nią rozmawiać.
- A to już jak ty uważasz - stwierdził Maksymilian - Ważne, abyście oboje byli ze sobą szczęśliwi. I żebyś któregoś dnia obdarzył swoich rodziców wnukami. W pewnym wieku człowiek tęskni za towarzystwem małych dzieci biegających w jego obecności. Ja je jeszcze mam, ale twoi rodzice mają tylko ciebie. Także z całą pewności brakuje im dzieci do niańczenia, a ty na to jesteś już za stary.
Ludwik spojrzał na wuja rozbawiony.
- Trudno, żeby było inaczej. Mam już trzydzieści lat.
- No właśnie, trzydzieści. Mój chłopcze, ja w twoim wieku już byłem ojcem. A mój syn też nim został. A ty co? Będziesz wiecznie zwlekać, to stracisz najlepsze lata życia, jakie na ten czas powinny przypadać. Ale jak już mówiłem, sam musisz podjąć decyzję. Ja cię za kark nie ciągnę. Lepiej mi powiedz, proszę, czy masz w sprawie tych pieniędzy na sierociniec jakiś pomysł?
- Mam nawet kilka, ale muszę nad nimi pomyśleć.
- To pomyśl, proszę, bo naprawdę to ważna dla Sissi sprawa. Zresztą chyba nie tylko dla niej, ale dla nas wszystkich. W końcu zaangażowaliśmy się w to. Przy okazji, mam pytanie, co z opiekunami dla dzieci?
- A co z nimi nie tak?
- Nic, Schulzowie są bardzo zachwyceni podopiecznymi. Ale wiesz, nie mogą oni tu siedzieć wiecznie. Muszą wracać na swoje ziemie. One nie mogą leżeć sobie tak po prostu odłogiem. Trzeba pracować na nich i w ogóle. Poza tym, oni chcą już wracać. Tęsknią za domem.
- Rozumiem. Pomówię o tym z Sissi. Poszukamy wspólnie opiekunów.
***
Znalezienie nowych opiekunów do dzieci z sierocińca nie było takie proste. Ludzie, choć wielu publicznie popisywało się swoją sympatią do dzieci, nie mieli jakoś specjalnej ochoty, aby się nimi zajmować i to w dodatku sierotami. Inni zaś, jak choćby Ludwik i Elodie, którzy bardzo lubili dzieci, nie mogli objąć tego jakże miłego dla nich stanowiska, ponieważ byli za wysoko postawieni i mieli też swoje względem swoich krajów obowiązki, więc nawet gdyby się zajęli sierocińcem, to tylko i wyłącznie tymczasowo, a tu chodziło o opiekę na stałe. Rodzice Sissi, choć też bardzo zawsze lubili dzieci i nie mieliby nic przeciwko temu, również nie mieli takiej możliwości, aby objąć w opiekę sieroty na stałe. Chyba, żeby je przenieść do Bawarii, na ich tereny i tam założyć sierociniec, ale wtedy kupno posiadłości pod Wiedniem i remontowanie jej straciłoby jakikolwiek sens i dlatego plany te także odpadały. Trzeba było zatem wymyślić coś innego.
Sissi proponowała, aby Ida wzięła pod opiekę sierociniec, na co dziewczyna bez wahania się zgodziła, jednak Zofia, również biorąca udział w tych naradach, kategorycznie się temu sprzeciwiła.
- Moja droga, panna Ida jest damą dworu i twoją damą do towarzystwa. Ma tu swoje obowiązki i nie może nagle ich porzucić, aby zająć się sierotami - rzekła z delikatnym politowaniem w głosie - Takie obowiązki może przejąć jedynie ktoś, kto na dworze nie ma żadnych zadań i żadnego stanowiska. A ponadto ktoś, kto dla dzieci będzie miał serce i odpowiednie podejście. Panna Ida na pewno ma serce, ale nie jestem pewna, czy umiałaby sobie poradzić z dziećmi.
- A ja nie jestem pewna, czy podchodzi ona na poważnie do jakichkolwiek swoich obowiązków - powiedziała z kpiną w głosie baronowa von Tauler.
Ida spojrzała oburzona na kobietę i zapytała ze złością:
- Co ma pani na myśli, baronowo?
- O ile wiem, od czasu tego nieszczęśliwego wypadku księżniczki Elżbiety, niemal codziennie wymyka się pani do obozu cygańskiego, który stoi za miastem. Pomijając już fakt, że nie jest to odpowiednie towarzystwo dla szlachcianki, to czy tak wykonuje pani swoje obowiązki damy do towarzystwa narzeczonej cesarza?
Ida zbladła. Rzeczywiście, wymykała się ona do obozu cygańskiego, aby móc się widywać z Gyulą. Oczywiście wiedziała, że musi to wyjść na jaw, jednak nie spodziewała się, że tak szybko. Zaniepokojona poczuła, jak serce jej mocniej bije w piersi. Jeżeli ta kobieta wie o tym, to o czym jeszcze wie? Może też odkryła, do kogo ona tam jeździ? To by było straszne. Jednak jest szansa, że o tym nie ma ona pojęcia. Nie warto więc się demaskować przed nią.
- Czy to prawda, Ido? - zapytała Zofia, przyglądając się uważnie Węgierce.
- Tak, Wasza Wysokość. To wszystko prawda - odpowiedziała jej dumnie Ida - Ale pragnę zauważyć, że jeżdżę tam jedynie wtedy, kiedy księżniczka łaskawie w konkretnym czasie zwalnia mnie z obowiązków, bo te już się kończą. Ponadto też, Jej Wysokość, księżniczka Elżbieta prosiła mnie kilka razy, abym tam jeździła, bo tak się składa, ma tam kilkoro znajomych i chciała im przekazać kilka wiadomości.
- To prawda - powiedziała w jej obronie Sissi.
- To interesujące. Przyszła cesarzowa Austrii ma znajomych pośród Cyganów i innych podejrzanych typków - stwierdziła z kpiną w głosie baronowa - Czy to na pewno przystoi przyszłej władczyni naszego imperium?
- Baronowo, nie pytałam o pani zdanie w tej sprawie, dlatego pani uwagi nie tylko są nie na miejscu, ale i niepotrzebne - stwierdziła ze złością w głosie Zofia.
Helga von Tauler zrozumiała, że przesadziła, dlatego dygnęła i zaraz rzuciła ze smutkiem w głosie przeprosiny, jednocześnie posyłając również Idzie Ferenczy mordercze spojrzenie na znak, że jeszcze pożałuje ona tego, co się stało.
- To, co panna Ferenczy robi z czasem wolnym jest jej prywatną sprawą i nic nam do tego - rzekła po chwili Zofia - Ale zgadzam się z tym, że Cyganie nie są idealnym dla mojej przyszłej synowej towarzystwem.
Po tych słowach, spojrzała na Sissi i dodała:
- Dlatego wolałabym, abyś nie jeździła tam za często, moja droga.
- Pragnę przypomnieć, że ci Cyganie ocalili Sissi, kiedy ta miała niedawno na drodze wypadek - zauważył Ludwik.
- No właśnie - poparła go Elodie Nie sądzi Wasza Wysokość, że to byłoby z naszej strony nietaktowne, nie traktować ich z szacunkiem za to, co uczynili?
- Słusznie, bo przecież równie dobrze mogli jej nie pomóc i zostawić tam, na drodze, aby umarła - rzucił nie bez ironii w głosie Karol.
- Poza tym, znamy od dawna tych ludzi - dodała Nene - Mogę ręczyć za nich i za ich uczciwość. Nigdy nie zrobili nam nic złego i na pewno nie zrobią. To dobrzy ludzie i można im zaufać.
Zofia popatrzyła na nich uważnie, pomyślała przez chwilę, po czym głęboko westchnęła i odparła:
- W porządku, Sissi. Możesz w takim razie odwiedzać tych Cyganów, ale za każdym razem w towarzystwie. I za każdym razem, gdy będziesz jechać na jakąś przejażdżkę, jakąkolwiek, niech zawsze ci ktoś towarzyszy. Dla pewności, że nic ci się po drodze nie stanie, a jeśli nawet, to w porę ktoś przyjdzie ci z pomocą.
- Oczywiście, ciociu. Franciszek już mnie o to prosił i obiecałam mu to. A ja zawsze dotrzymuję danego słowa - odpowiedziała Sissi.
- I bardzo mnie to cieszy - odezwał się nagle dobrze wszystkim znany głos.
Należał on do Franciszka, który właśnie wszedł do komnaty, w której miała miejsce cała rozmowa. Sissi uśmiechnęła się na jego widok, po czym niemalże z piskiem radości wskoczyła mu w ramiona, mocno go ściskając. Zofia westchnęła na ten widok z lekkim zażenowaniem, uważając, że takie zachowanie nie przystoi wcale przyszłej cesarzowej, ale widząc szczęście malujące się na twarzy syna, nic nie powiedziała. Baronowa także była tym mocno zdegustowana, ale nie wyraziła na głos swojej opinii, bojąc się kolejnego skarcenia ze strony arcyksiężnej.
- O czym tak wszyscy radzicie? - zapytał zaintrygowany Franciszek, kiedy już zdążył ucałować ukochaną.
- O sprawie sierocińca - odpowiedziała Sissi.
- Wygrane pieniądze poszły na zakup posiadłości i na jej remont, ale ten jest potrzebny w większej formie niż przewidywaliśmy - zauważył Karol.
- Do tego też potrzeba nam nowych opiekunów do sierot, bo państwo Schulz wracają na swoje ziemie i nie będą mogli tutaj wiecznie siedzieć - dodała Nene.
- Rozumiem, a więc jest kilka problemów, które wymagają rozwikłania - rzekł na to Franciszek - Wierzę jednak, że wspólnie im wszystkim jakoś zaradzimy. Ale to później. Na razie pragnę was prosić, abyście odpoczęli sobie od narad. Tak się bowiem ciekawie złożyło, że przybył do mnie w odwiedziny mój dobry znajomy, aby ode mnie kupić kilka koni. Chciałbym, abyście go poznali, choć coś mi mówi, że niektórzy z was bardzo dobrze go znają.
Po tych słowach, otworzył drzwi, którymi właśnie wszedł i dał ręką znak, aby osoba za nimi stojąca weszła. Chwilę później do pokoju wkroczył spokojnym, acz bardzo pewnym krokiem młody mężczyzna, dwudziestoparoletni, wysoki brunet o brązowych oczach, kształtnym nosie i małych wąsikach pod nimi ulokowanych. Był ubrany na czarno, ale z niezwykle dobrym smakiem. Na jego widok wszyscy wstali ze swoich miejsc, aby go powitać, a Nene westchnęła głęboko, zdumiona i zarazem niezwykle wzruszona.
- Przedstawiam wam oto księcia Gregoriosa Kratidesa z Aten.
Sissi, słysząc imię młodego arystokraty, spojrzała dowcipnie na Nene i lekko się do niej uśmiechnęła. Nene zaś zarumieniła się bardzo i obdarzyła spojrzeniem pełnym radości i szczęścia Greka, który podszedł do towarzystwa, witając bardzo serdecznie każdego z obecnych, a gdy tylko stanął przed Nene, ujął czule jej prawą dłoń i ucałował ją z najwyższym szacunkiem, mówiąc:
- Witaj, moja droga Nene. Nie myślałem, że będę miał tę przyjemność znowu cię tak prędko zobaczyć. To dla mnie prawdziwe szczęście, że tak się stało.
- O, no proszę! To wy się znacie? - zapytała dowcipnym tonem Elodie.
- Tak, znamy się i to dość dobrze - odpowiedziała Nene, nie odrywając przy tym nawet na chwilę wzroku od Gregoriosa.
- Potwierdzam to z prawdziwą przyjemnością - rzekł Gregorios, również nie umiejąc oderwać oczu od Nene.
Sissi zachichotała rozbawiona na ten widok, co sprawiło, że Nene się jeszcze bardziej zarumieniła. Gregorios natomiast spojrzał na wszystkich uśmiechnięty, po czym powiedział:
- Zaszczytem jest dla mnie poznać was wszystkich. Nene bardzo wiele mi o was opowiadała. Cieszę się, że wreszcie mogę poznać najbliższe jej osoby.
- Nie wszystkie, jeszcze nie poznałeś naszych rodziców - zauważyła Sissi.
- Wobec tego, ten brak chciałbym jak najszybciej nadrobić, ponieważ również i z księciem Maksem pragnąłbym porozmawiać - odparł na to Gregorios.
- Chyba się domyślam, na jaki temat szepnęła - po cichu Sissi na ucho Elodie, a ta parsknęła śmiechem.
- W takim razie, nie zwlekajmy - zaproponował wesołym tonem Franciszek - Niech nasz drogi gość zrealizuje wszystkie swoje wielkie plany.
- Jednak może najpierw nasz drogi gość chciałby z nami coś zjeść? - zapytała Zofia - Coś mi mówi, że musi być głodny po podróży. Co prawda, jeszcze nie jest to czas na oficjalny posiłek, ale nie co dzień przybywa do nas taki miły gość.
- Nie wiem, czy mogę być miły wam wszystkim, ale postaram się, abym mógł takim być - powiedział Gregorios niezwykle przyjemnym tonem.
- A więc od realizacji którego ze swoich projektów chce pan zacząć? - spytał Ludwik.
- A może od rozmowy z księciem Maksem? To dla mnie bardzo ważne - rzekł nieco nieśmiało Gregorios.
- Tata jest, zdaje się, teraz w swoim pokoju. Zaprowadzę pana - zaoferowała się Sissi z ogromną życzliwością w głosie.
Nene próbowała protestować i mówić, że nie wie, czy aby tata nie jest teraz nazbyt zajęty i czy powinni mi przeszkadzać, ale Sissi w żaden sposób nie chciała jej teraz słuchać. Zadowolona z siebie, poprosiła Gregoriosa, wychodząc z pokoju wraz z nim, aby poszedł za nią, a rozbawione tym wszystkim towarzystwo zaczęło dowcipkować sobie na temat całej tej sytuacji.
- Ciekawe, do czego mu się tak pali? - zapytał dowcipnie Franciszek.
- Pytasz, jakbyś nie wiedział - dodał żartobliwie Ludwik.
Nene zarumieniła się jeszcze bardziej, a potem Zofia zaproponowała, aby już nie dociekali tego i że Gregorios na pewno sam im o wszystkim opowie, kiedy sam tego zechce, dlatego lepiej dać mu spokój w tej sprawie. Zaproponowała też, aby wszyscy wyszli z pokoju i poszli na spacer, na co się zgodzili.
- Idźcie, ja potem do was dołączę. Muszę jeszcze coś zrobić - rzekł Ludwik, gdy już wszyscy wychodzili z pokoju.
Następnie ucałował delikatnie dłoń Elodie i szepnął do niej czule:
- Widzimy się później.
Elodie uśmiechnęła się do niego czule i wyszła powoli z pokoju, zostawiając Ludwika samego w pokoju. Ida Ferenczy, której książę dał potajemne spojrzenie, a która była na tyle bystra, aby się zorientować w jego znaczeniu, wyszła co prawda wraz z innymi z pokoju, ale tylko po to, aby udawać, że zapomniała wachlarza i musi po niego wrócić. Kiedy to zrobiła, od razu weszła do pokoju, w którym przed chwilą wraz ze wszystkimi była i zaczęła rozmawiać z Ludwikiem.
- Domyślam się, co chcesz mi powiedzieć - rzekła ponuro - I pragnę ci rzec, że to nie był mój pomysł.
- Jestem w stanie w to uwierzyć - odpowiedział na to Ludwik - Przyznam ci się, że nie byłem pewien, czy mam rację na temat naszego wspólnego znajomego, ale twoje zachowanie jasno mi to potwierdza. Gyula tu jest, zgadza się?
Ida zasmucona opuściła głowę w dół i kiwnęła delikatnie głową na znak, że jej rozmówca ma rację.
- A więc jednak - powiedział zasmuconym tonem Ludwik.
Nie podobało mu się to, co właśnie usłyszał. Nie tak dawno, Francois podczas rozmowy z nim zasugerował mu, że pod jego nieobecność w Bawarii, Gyula zaraz skorzysta z okazji, aby uciec z bezpiecznego miejsca i przybyć do ukochanej, aby się z nią zobaczyć. Ludwik w głębi serca domyślał się takiego obrotu sytuacji, ale mimo wszystko łudził się nadzieją, że tak nie będzie. Widząc jednak, jak naiwne w tej sprawie były jego oczekiwania, westchnął głęboko i załamany.
- Skończony głupiec - powiedział ze złością w głosie - Chce naprawić świat i wyzwalać Węgry, a jednocześnie tak ryzykuje bez powodu.
Po tych słowach, spojrzał na Idę i zapytał:
- Jakim cudem zdołał się on ukryć w obozie?
- Cyganie go u siebie przyjęli. Udaje jednego z nich.
- Jak ich przekonał, żeby to zrobili?
- Jeden z nich należy do waszej organizacji. On to przekonał pozostałych, aby zabrali ze sobą Gyulę w przebraniu.
Ludwik spojrzał zdumiony na Idę. Nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
- Naszej organizacji? - spytał.
- Tak. Ja o niej wiem. Gyula już dawno mi o niej wspomniał. Nie należę do niej i nie wiem, czy chciałabym należeć. Mam dość tych wszystkich spisków i tych intryg, podobnie jak ukrywania się ze swoim uczuciem. Chcę wyjść za Gyulę, aby potem zamieszkać z nim na Węgrzech i wieść spokojne życie. Niestety, nie jest to możliwe z powodu tego, co się dzieje. Obawiam się też, że długo jeszcze ta opcja będzie dla nas zamknięta. Dlatego nie chcę, aby mojemu ukochanemu coś się stało. Dlatego bardzo cię proszę, Ludwiku, przekonaj go, żeby wyjechał, bo ja jakoś nie jestem w stanie tego zrobić. Ciebie posłucha, bo cię szanuje, jestem tego pewna.
Ludwik westchnął smutno i spojrzał ponuro na Idę. Przez myśl przeszło mu nagle, aby powiedzieć, aby Gyula już radził sobie sam, skoro tak się zachowuje, a jego ukochana lepiej niech obdarzy uczuciem kogoś innego. Wiedział, że nikt i to nawet z loży nie miałby o to do niego pretensji. Gyula swą lekkomyślnością wszak wyprowadziłby z równowagi nawet świętego. Ale przecież przyjaźń wymaga tego, aby być wyrozumiałym i pomagać, nawet wtedy, gdy wspomagana przez nas osoba jest pozbawiona instynktu samozachowawczego. Poza tym, Ludwik nie zapomniał o tym, jak podczas pobytu w Paryżu i studiów na tamtejszym uniwersytecie Gyula pomógł mu w kilku trudnych chwilach, a potem nauczył kilku ciosów, które to za jednym uderzeniem powalają przeciwnika bez czucia, jak i też rzucania nożami, a potem wciągnął do loży. Ludwik żadnej z tych rzeczy nigdy nie żałował i uważał, że ze wszystkich przyjaciół Gyula był mu najbliższy, dlatego on sam nie może i nie ma prawa go samego zostawiać, nawet jeśli doprowadza go on do szewskiej pasji. Trudno, nikt przecież nie mówił, że przyjaźń jest łatwa.
- W porządku. Jedźmy więc do obozu i porozmawiajmy z nim. Im szybciej, tym lepiej - zadecydował po chwili - Jednak weźmy ze sobą Sissi i dzieciaki. Będą one dla nas idealnym alibi. Oczywiście nic im nie powiemy, a podczas wizyty w obozie oddalimy się kawałek i porozmawiamy z Gyulą. Oby tylko to coś dało.
***
W tym samym czasie, w którym Ida planowała z Ludwikiem decyzja na temat bezpieczeństwa swojego ukochanego, po cesarskim parku przechadzali się właśnie Nene i Gregorios. Oboje mieli doskonałe nastroje, ponieważ jak dotąd wszystko im szło tak, jak to sobie zaplanowali, będąc jeszcze w Grecji. Księżniczka Helena w tamtym czasie dała ukochanemu jasno do zrozumienia, że serce jej bije tylko dla niego, ale nie mogłaby przyjąć jego oświadczyn bez otrzymania uprzednio zgody na od swojego ojca. Mogła bowiem być nowoczesna w kwestii tego, że ona i jej ukochany całowali się w nocy podczas pełni księżyca, wcześniej zaś spacerowali oboje bez przyzwoitki, ale mimo wszystko w kwestii oświadczyn była i pozostała tradycjonalistką. W tej kwestii każda rzecz musiała się odbyć tak, jak należy.
- Rozmawiałeś więc z moim ojcem? - zapytała po chwili, gdy upewniła się, że oboje są sami i nikt ich nie podsłuchuje.
Wolała o tym wszystkim rozmawiać spokojnie i bez świadków, a o tym, czy ona i Gregorios się zaręczyli lub nie, powiedzieć bliskim dopiero wtedy, gdy to już będzie ustalone. Wcześniej zaś wolała, aby nikt niczego nie wiedział. Dlatego tak jej zależało na dyskrecji, pomimo tego, że Sissi cały czas robiła dowcipne miny w ich kierunku i jawnie dawała im do zrozumienia, iż wszystkiego się domyśla. Na pewno zresztą, nie tylko ona się domyślała, pozostała część towarzystwa też już musiała podejrzewać, o co chodzi. Ale mimo to, Nene wolała, aby nikt nic o tym nie wiedział, dopóki nie będzie już wszystko ustalone między nią a Gregoriosem. Z tego też powodu cieszyła się, że towarzystwo rozdzieliło się, a oni zostali sami we dwoje, aby mogli swobodnie i bez świadków wszystko omówić.
- Tak, najdroższa. Rozmawiałem z twoim ojcem i mogę z radością powiedzieć ci, że popiera on nasze plany - odpowiedział ukochanej Gregorios.
Nene spojrzała radośnie na ukochanego, a serce zabiło jej w piersi tak mocno, jak jeszcze nigdy przedtem nie zabiło, nawet podczas ich pocałunku w Grecji. Tak bardzo była wtedy szczęśliwa, że nie była w stanie tego wyrazić słowami.
- A więc ojciec się zgadza? - zapytała.
- Tak, najdroższa. Twój ojciec się zgadza - odpowiedział Gregorios, z radością zatrzymując się i ujmując jej dłonie w swoje, patrząc przy tym z ogromną miłością w oczy Nene.
- To cudownie. Gregoriosie, nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa.
Istotnie, Nene była szczęśliwa. Uczucie do Franciszka, będące z jej strony, co do czego nie miała obecnie wątpliwości, jedynie zauroczeniem, wyparowało z jej serca i zostało zastąpione szczerym i prawdziwym uczuciem do Gregoriosa. Oboje, podczas jej pobytu w Grecji spędzili bardzo wiele czasu razem i okazywali sobie nawzajem naprawdę silne uczucie, które z każdym dniem tylko rosło. Co prawda, nie znali się oni zbyt długo, ale wierzyła swojej ciotce, chwalącej mocno młodego Greka, że jest to naprawdę sympatyczny i dobry człowiek, któremu można nawet życie powierzyć, a co dopiero serce. Ponadto okres narzeczeństwa zawsze trwać musi jakiś czas i będą mieli wtedy dość możliwości, aby jeszcze lepiej się poznać i utrwalić w przekonaniu, że są sobie pisani. Poza tym, jej rodzice też nie znali się za długo wtedy, gdy się zaręczali, a mimo to stworzyli piękny i szczęśliwy związek oparty nie tylko na miłości, ale i na wzajemnym szacunku, czego wielu mogłoby im tylko pozazdrościć. Nene marzyła o takim właśnie związku i dlatego czuła się cudownie przy Gregoriosie czując, iż trafiło się jej właśnie takie uczucie.
- Nene, najmilsza. A jaki ja jestem szczęśliwy - rzekł po chwili Gregorios, z czułością ściskając jej dłonie i nie odrywając od niej oczu - Zatem mogę cię od tej chwili nazywać swoją narzeczoną?
- Możesz, ale jeszcze nie oficjalnie - przypomniała mu Nene - To nastąpi już po oficjalnym przyjęciu zaręczynowym. Ale nie przejmuj się. Tata i mama z całą pewnością nie każą ci na nie długo czekać.
- To dobrze, bo bardzo mi zależy na tym, aby móc powiedzieć o tobie, żeś jest moją narzeczoną. A jeszcze bardziej, aby nazwać cię moją żoną.
Nene zachichotała, rozbawiona jego słowami i odparła:
- Spokojnie, najdroższy. Bez pośpiechu. Wszystko w swoim czasie. Najpierw jedno, potem drugie. Wszystko musimy załatwiać po kolei. Inaczej się nie da.
Gregorios zachichotał, lekko zakłopotany i odparł:
- Tak, masz rację. Wybacz mój zapał, ale po prostu nie mogę się już doczekać tej pięknej chwili, gdy się pobierzemy. Całe życie szukałem takiej dziewczyny jak ty i jestem pewien, że lepszej nie znajdę. Nawet nie wiesz, ile radości wnosisz już samym swoim istnieniem w moje życie. I wniesiesz go jeszcze więcej, gdy tylko się pobierzemy i zamieszkamy razem w Grecji.
Ostatnia informacja poważnie zdumiała Nene. Jak to? Oboje mieli po ślubie zamieszkać w jego ojczyźnie? Co prawda, była to zwykle stosowana norma, że już po ślubie żona zamieszkiwała z mężem w jego domu lub domu, który oboje sobie nawzajem zafundowali. Ale dlaczego niby właśnie w Grecji? Przecież Grecja jest tak daleko od jej ukochanej Bawarii. Nie, żeby ten kraj się jej nie podobał, wręcz przeciwnie, wydawał się jej niesamowicie piękny i zachwycający, a zwiedzanie go było dla niej czymś bardzo przyjemnym, ale co innego jest poznawać ten kraj jako osoba od czasu do czasu w nim bywająca, a co innego żyć tam na stałe. Przecież ona tam nikogo nie znała, poza ciocią i wujkiem oraz kilkoma osobami z otoczenia swojego ukochanego. I nagle miałaby niby pomiędzy nimi zamieszkać? Uważała taką możliwość za lekką przesadę.
- Kochana moja, co ci się stało? - zapytał Gregorios, widząc jej twarz, która to wyrażała niezbyt pewną minę.
- Nic takiego, tylko nie bardzo wiem, co mam powiedzieć - odparła Nene, nie do końca wiedząc, jak powinna wyrazić swoje obawy i uczucia względem całej tej sytuacji.
- Czy powiedziałem coś nie tak?
- Nie, tylko widzisz... Niepokoi mnie ten wyjazd do Grecji po naszym ślubie. Widzisz, Grecja to piękny kraj i z chęcią będą tam przebywać, jednak zamieszkać tam na stałe? Tak po prostu? Trochę mnie to przeraża.
Gregorios parsknął śmiechem, rozbawiony jej wątpliwościami.
- Och, najdroższa moja. Każda panna młoda się niepokoi w takiej sytuacji. To jest w końcu podobne do wypłynięcia na głęboką i niepewną wodę. Rozumiem cię doskonale. Ale nie przejmuj się niczym. Pomogę ci poznać lepiej ten kraj i dobrze się w nim poczuć. Zobaczysz, ani się obejrzysz, a będziesz się czuła Greczynką.
Nene spojrzała bardzo niepewnie na swojego ukochanego. Wiedziała, że ma on szlachetne zamiary i w żadnym razie nie planuje jej skrzywdzić, ale mimo to w jej sercu odezwał się nagle pewien bunt. Ma zostać Greczynką, dobre sobie! A co, jeżeli ona wcale tego nie chce? Może dobrze jej z tym, kim jest? Może wolałaby zamieszkać tutaj, w swojej ojczyźnie albo w Austrii, na granicy z Bawarią? Może wolałaby, aby zapytał ją o zdanie w tej sprawie, a nie podejmował decyzje za nich oboje tylko dlatego, że jest to od lat uświęconą tradycją? Co prawda, ona sama od zawsze wysoko sobie ceniła tradycje, ale przecież wszystko ma swoje granice, a już na pewno takie działania.
Na głos tego wszystkiego, oczywiście nie wypowiedziała, aby nie ranić uczuć swojego ukochanego i nie sprawiać mu przykrości, bo przecież on, nawet jeżeli ją lekko uraził, to przecież nie zrobił tego celowo i ona nie chciała go celowo zranić, dlatego jedynie spojrzała na Gregoriosa i powiedziała:
- Ale wiesz, Bawaria jest moją ojczyzną i mam tam wszystkich bliskich. Nie wiem więc, czy byłabym w stanie zamieszkać tak daleko od ukochanego domu. To nie jest taka prosta decyzja, aby podjąć ją w kilka minut. Chyba sam rozumiesz.
- Rozumiem i niczym się nie przejmuj - odpowiedział jej Gregorios - Przecież sama powiedziałaś, że wszystko mu się odbyć po kolei. Najpierw zaręczyny, zaraz potem bal zaręczynowy i oficjalne ogłoszenie wszystkim naszego szczęścia, potem zaś ślub i wspólne życie. Wszystko to wymaga czasu. Masz zatem go dość, aby to sobie dobrze przemyśleć.
- Dziękuję ci, że mnie nie ponaglasz, najdroższy.
- Nigdy bym tego nie zrobił. Nie jestem w stanie tego zrobić, kochanie.
Po tych słowach, ucałował delikatnie usta Nene i powiedział:
- A teraz wybacz mi, proszę, ale muszę już iść. Franciszek Józef prosił mnie, abym poszedł zobaczyć z nim jego stadninę. W końcu przybyłem tu, aby kupić od niego kilka koni, a prawie o tym zapomniałem, kiedy przypadkiem cię spotkałem. Nie, żebym miał o to żal, najmilsza, ale sama rozumiesz. Nie mogę zaniedbywać jednej sprawy dla drugiej, choćby najcudowniejszej na świecie.
- Rozumiem to. Mam nadzieję, że pokażesz mi potem konie, które kupiłeś. W naszej rodzinie kochamy konie. Miłość do nich mamy we krwi.
Gregorios obiecał ukochanej spełnić jej prośbę, po czym ucałował ją czule w usta i odszedł, pozostawiając Nene w rozterce, o której istnieniu nie miał pojęcia, a do której mimowolnie doprowadził.
***
Ludwik i Ida bez żadnego trudu namówili Sissi na odwiedziny w cygańskim taborze pod pretekstem spotkania z osobami, które niedawno jej pomogły i do tego jeszcze były jej znane z dawnych czasów. Jeszcze łatwiej przyszło im namówić do tej podróży Teodora, Marię i Ilary, którzy byli bardzo ciekawi, jak to wygląda obóz cygański i jak się ludziom w nim żyje. Nigdy wcześniej żadne z nich, a zwłaszcza Ilary, nie miało żadnej możliwości, aby takie miejsce zobaczyć, dlatego to była dla nich niesamowita atrakcja. Co prawda, w przypadku Ilary trzeba było poprosić o zgodę baronową von Tauler, ale ta zgodziła się bez trudu, bo wolała robić dobrą minę do złej gry i nie zrażać do siebie niepotrzebnie Sissi, ryzykując w ten sposób, że ta zacznie coś podejrzewać i jeszcze domyśli się jej udziału w tym wypadku, do jakiego niedawno doszło i z którego Sissi ledwie uszła z życiem. Dlatego też, choć uważała, że Cyganie nie są odpowiednim towarzystwem dla jej córki, wyraziła na tę przejażdżkę zgodę.
Sissi i dzieci oczywiście nie wiedzieli o tym, że są mimowolnie narzędziem w rękach Ludwika i Idy, którzy chcieli za ich pomocą nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń ze strony kogokolwiek, a zwłaszcza cesarza. Sami konspiratorzy, co tu trzeba zaznaczyć, nie byli zadowoleni z takiego obrotu spraw i źle się z tym czuli, ale wiedzieli, że póki co nie mogą żadnemu z nich nic powiedzieć. Sissi jeszcze by ich niechcący w jakiś sposób zdradziła, a dzieci mogłyby się wygadać komuś, a do tego Ilary jako córka baronowej mogłaby powiedzieć za dużo przy swojej mamusi, a ta na pewno skorzystałaby z tych informacji i wtedy życie Gyuli i Idy byłoby w poważnym niebezpieczeństwie. Lepiej zatem było nie mówić nic dzieciom ani też Sissi. Przynajmniej chwilowo.
Z tym postanowieniem, Ludwik i Ida zabrali swoich towarzyszy konno prosto do obozu cygańskiego. Dotarli tam bez żadnych przygód, a gdy już byli na miejscu i zeskoczyli z koni, z miejsca otoczyli ich zaciekawieni ich obecnością Cyganie, a pośród nich Miklos, Shari i ich babcia. Cała trójka od razu podeszła do Sissi, aby ją serdecznie powitać i zapytać, czy już czuje się lepiej po niedawnym wypadku. A gdy tylko ujrzeli Ludwika, ich radość wzrosła jeszcze mocniej.
- Książę! Nasz kochany książę we własnej osobie! - zawołała Shari i dygnęła przed Ludwikiem, po czym próbowała go pocałować w rękę, jednak Ludwik wyjął delikatnie dłoń z jej dłoni, lekko tym skonsternowany.
- Shari, proszę cię. Nawet tak nie rób. Jak byłaś mała, mówiłaś mi po imieniu i bawiłaś się ze mną i z Sissi.
- Teraz są inne czasy, książę i inne zwyczaje muszą panować między nami.
- Może i są inne czasy, ale wolałbym, aby między nami wszystko było takie, jak dawniej.
- Obawiam się, że to niemożliwe - wtrącił się do rozmowy Miklos - Przecież to, co było już nie powróci.
- Tak, to prawda, książę - odezwała się babcia obojga młodych Cyganów - A wszyscy na tym świecie muszą znać swoje miejsce. Gdzie nam, prostym ludziom do takich ludzi jak książę? Zaszczyca nas pan swoją przyjaźnią, my w zamian zaś możemy mu dać swoją, ale spoufalanie się nie powinno mieć nigdy miejsca.
- A mnie jest niezręcznie słuchać, jak mówicie do mnie per „książę” - odparł na to Ludwik - Wolałbym jednak, abyśmy mówili sobie wszyscy po imieniu.
Miklos zachichotał, rozbawiony tą propozycją, a Shari dodała:
- Nie wiem, może innym razem. Teraz za bardzo jestem w szoku, bo nigdy się nie spodziewałam zobaczyć księcia w tych naszych skromnych progach.
- Poznałem jeszcze skromniejsze, kiedy wędrowałem z artystami po Bawarii, a więc co mi tam taki tabor? Nie jest on wcale strasznie biedny i niegodny moich nóg, jeżeli do tego zmierzasz.
Stara Cyganka zachichotała delikatnie, podeszła bliżej Ludwika i rzekła:
- Książę, jak widzę, ma dobrą pamięć do miłych rzeczy. Ale czy pamięta też książę niedawne przepowiednie? Albo przynajmniej tę, która mu ją powiedziała?
Ludwik przyjrzał się uważnie staruszce, stając się rozpoznać jej rysy twarzy, po czym jego twarz rozjaśnił radosny uśmiech, a on sam rzekł:
- No tak. Przecież to pani niedawno mi wróżyła z dłoni w oberży. Proszę mi wybaczyć, że od razu nie rozpoznałem w pani babci Shari i Miklosa. Niestety, tak dawno się już nie widzieliśmy, że zapomniałem.
- Nic w tym dziwnego. Wszyscy się zmieniliśmy. Moje wnuki też nie są już dziećmi, jak wtedy, kiedy widział je książę po raz ostatni. Wszystko się zmieniło. Ale nie wiem, czy na lepsze. Jedne rzeczy na pewno tak, ale drugie niekoniecznie. Tylko cóż... Zmiany są nieuniknione i nikt nie może ich zatrzymać.
Znam takich, którzy by chcieli to zrobić i robią to z miernym skutkiem, rzekł sam do siebie w myślach Ludwik, czując przy tym w duchu, że prawdopodobnie on też po trochu należy do tego rodzaju ludzi. Szybko jednak ocknął się z marazmu i przypomniał sobie, co go tu sprowadza. Musiał odnaleźć Andrassy’ego. Tylko jak miał to zrobić, tego nie wiedział. Wiedział od Idy, że jeden z Cyganów należy do loży i dlatego ukrywał Gyulę pomiędzy swoimi. Tylko który z nich to był? Ludwik uznał, że musi to odkryć, stawiając wszystko na jedną kartę. Dlatego wyjął powoli pierścień z kieszeni i nałożył go na palec. Ledwie to zrobił, a zobaczył, że czyn ten z miejsca przyciągnął do niego uwagę Miklosa. A więc to on. Tym lepiej. To był w końcu stary znajomy. Z takim łatwiej rozmawiać.
Sissi tymczasem poszła z Shari się przejść, a dzieciaki dołączyły do kilku w ciągu kilku chwil do dzieci cygańskich i zaczęły wraz z nimi zwiedzać obóz. Nie minęło wiele czasu, kiedy Ida i Ludwik zostali sami z Miklosem, który wiedział, jak na masona przystało, co oznacza pierścień z tego rodzaju symbolami i zapytał:
- Czego szukacie w świecie?
- Światła i jego zbawiennego blasku - odpowiedział Ludwik.
Znał doskonale wszystkie hasła pomagające poznać się ludziom z loży i w ten sposób wiedział, jaki odzew dać Miklosowi. Ten zaś westchnął głęboko, całkiem już spokojny, że ma do czynienia z kimś zaufanym. Podsunął się więc nieco bliżej do swoich rozmówców i powiedział:
- Dobrze, że jesteście. Panicz Gyula ciągle wypatruje pani, ale w pobliżu nie jest zbyt bezpiecznie. Strażnicy cesarscy co jakiś czas się tu kręcą. Szukają kogoś. Nie mam pojęcia kogo, ale wolałbym, aby nie złapali panicza Gyulę. Ale on nie chce za nic w świecie wyjechać, mimo ryzyka, jakie się z tym wiąże.
- Spokojnie, to nie jego szukają, ale człowieka, który odpowiada za wypadek księżniczki Sissi - wyjaśniła Ida - Jednak ryzyko nadal jest duże.
- Dlatego właśnie tu jesteśmy. Musimy przekonać go, aby wyjechał i wrócił do Bawarii, gdzie będzie bezpieczny - dodał Ludwik - Gdzie on jest teraz?
- W moim wozie - odparł Miklos.
Po tych słowach, młody Cygan zabrał Ludwika i Idę do swojego wozu, który to zajmował wraz z babcią i Shari, a następnie zapukał do niego trzy razy i potem dwa razy na znak, że to on. Od razu mu otworzono drzwi, a osobą, która to zrobiła, był Gyula. Ludwik od razu go rozpoznał, pomimo cygańskiego przebrania i dosyć dobrej charakteryzacji. Andrassy też go od razu rozpoznał i zmieszał się na jego widok. Ludwik bez słowa wszedł do wozy wraz z Idą, a Miklos zamknął za nimi drzwi, pozostając na zewnątrz. Następnie odszedł, pozwalając całej trójce, aby ta na spokojnie się ze sobą rozmówiła, choć podejrzewał, że tak do końca, to jednak owa rozmowa nie będzie wyglądać.
Miał rację. Ludwik wygarnął w złości przyjacielowi, co myśli o jego głupim i lekkomyślnym zachowaniu oraz jakie może ono mieć konsekwencje. Ponadto też pokazał mu pierścień otrzymany od Wielkiego Mistrza i przypomniał, co oznacza on dla ich wspólnoty i że przyjaciele z loży oczekują od niego dostosowania się do zarządzenia, aby nie ryzykować niepotrzebnie, wycofać się do bezpiecznego, jak na razie miejsca i czekać na dogodną chwilę. Ida zaś ze swojej strony dołączyła do tych słów jeszcze swoją prośbę, aby jej ukochany nie kusił niepotrzebnie losu, a co za tym idzie, posłuchał mądrych rad i wyjechał, dodając, że jeszcze się spotkają i na pewno kiedyś będą razem, ale aby tak się stało, on musi żyć. Gyula długo się w tej sprawie wahał i nie bardzo wiedział, co ma zrobić. Ostatecznie jednak uległ tym namowom i pokiwał głową na znak, że się zgadza, po czym obiecał, że wyjedzie następnego dnia, a Ludwik ze swej strony zapewnił go, iż Idzie nic się nie stanie pod jego nieobecność, a on sam tego osobiście dopilnuje.
Po zakończeniu tej rozmowy, Ludwik i Ida wyszli z wozu i poszli całkiem już spokojni w kierunku Sissi, która rozmawiała wesoło z Shari na temat sztuki tańca i tego, jak cudownie zdaniem Sissi jej cygańska znajoma to robi. W pobliżu zaś cała urocza dziecięca trójka, czyli Teodor z Ilary i Marią biegali z cygańskimi dziećmi, a gdy tylko ujrzeli Ludwika, zaraz do niego podbiegli i zawołali:
- Ludwiku, oni tutaj mają tyle pięknych instrumentów! Jak oni cudownie na nich grają! Jak wspaniale by było tańczyć do tej muzyki! To po prostu wspaniałe!
- Tak, cygańska muzyka jest wspaniała - zgodził się z dziećmi Ludwik, czule się do nich uśmiechając.
- A myślisz, że gdybym ja się przebrał za Cygana, a Ilary za Cygankę i byśmy tak razem wystąpili, to by nam ludzie rzucali monety, tak jak Cyganom, kiedy tak robią? - zapytał po chwili Teodor.
- A po co ci niby pieniądze? Mało dostajemy od taty? - spytała ironicznie jego młodsza siostra.
- Nie zarabiałbym ich dla siebie, ale przeznaczył na jakiś szczytny cel.
- Ach, szczytny cel. To co innego.
Ludwika nagle olśniło. Poczuł, jak w głowie mu nagle pojawia się wspaniały pomysł, będący rozwiązaniem problemu ze zdobyciem kolejnych funduszy na ten jakże szczytny cel, jakim było wyremontowanie sierocińca. Zadowolony spojrzał na Idę Ferenczy, potem na dzieci i uśmiechnął się serdecznie.
- Szczytny cel, mówicie?
Następnie uściskał mocno Teodora, Marię i Ilary, po czym powiedział do nich wesołym i pełnym humoru tonem:
- Jesteście genialni, moi kochani! Właśnie pomogliście mi rozwiązać pewien bardzo ważny dla mnie problem.
Dzieci oczywiście nie rozumiały, o co mu chodzi, ale postanowiły nie pytać o szczegóły tej sprawy, zadowalając się tym, że Ludwik je pochwalił. Poza tym, cała trójka uznała, iż jeśli książę bawarski sam zechce, to powie im, co wymyślił, przy czym nie pomylili się w żaden sposób, gdyż Ludwik to właśnie uczynił.
***
Następnego dnia, aby uczcić udaną transakcję między Franciszkiem Józefem a Gregoriosem, całe towarzystwo za radą Sissi postanowiło wybrać się nad jezioro, gdzie zamierzali spędzić jeden z ostatnich bardzo ciepłych dni w jesieni, gdyż już coraz bardziej wielkimi krokami nadchodziły dni chłodne, które takowe wycieczki by uniemożliwiały. Warto było skorzystać z tej okazji, jaka się nadarzała, aby nie żałować potem straconej szansy. Prócz tego Sissi miała ochotę popływać i do tego też zaprezentować wszystkim pewną niespodziankę, którą przygotowała specjalnie na tę okazję. Spodziewała się lekko zaszokować wszystkich, jednak w pozytywny sposób. Szczegóły tej niespodzianki znała jedynie Ida Ferenczy, choć nie była ona zbyt pewna tego, czy to jest dobry pomysł.
Kiedy tylko Franciszek z Sissi, Nene, Gregoriosem, Ludwikiem, Elodie, Idą, Ilary, Teodorem i Marią przybyli na miejsce, od razu rozdzielili się, aby móc się w dogodnym miejscu przebrać w stroje kąpielowe i przygotować w pełni do zabawy. Sissi była niesamowicie uradowana z powodu niespodzianki, jaką uszykowała dla wszystkich, zwłaszcza mając nadzieję, że spodoba się ona Franciszkowi. Dlatego, gdy odchodziła z resztą pań na stronę, chichotała lekko jak mała dziewczynka, zaś Ida wzdychała delikatnie, niepewna tego, jak reszta towarzystwa na to zareaguje. Jedynie dzieci się nie przebierały. Te bowiem postanowiły zrobić tak, jak to robiły ostatnio, czyli rozebrać się do majtek i w nich pływać, uważając to za najbardziej wygodny sposób kąpieli w jeziorze. Nikt nie miał do nich o to pretensji, bo jakby nie patrzeć, dzieci są zawsze dziećmi i trudno się spodziewać po nich, aby były one tak poważne jak dorośli. Poza tym, Franciszek i reszta towarzystwa uważała zachowanie Teodora, Marii i Ilary za niezwykle urocze i nikomu nie przyszło jakoś do głowy, aby ich za to karcić, a wręcz przeciwnie. Z prawdziwym zrozumieniem i z takim lekkim rozczuleniem patrzyli oni wszyscy na całą trójkę, rozebraną jedynie do majtek i wesoło się pluskającą w wodzie. Dorośli patrzyli na to wszystko nie tylko wyrozumiale, ale też i z lekką zazdrością, bo sami za bardzo na takie coś już sobie nie mogli pozwolić.
Panowie dość szybko przebrali się w stroje kąpielowe i wrócili na miejsce, gdzie dzieciaki już się wesoło pluskały i czekały na przybycie pań. Ich przebranie się w stroje do kąpieli trwało nieco dłużej, ale wkrótce i one przyszły. Wszystkie miały na sobie stroje zgodne z najnowszą modą. Jedynie Sissi była opatulona i to bardzo mocno w swój płaszcz, pod którym skrywała swoją niespodziankę. Lekko się przy tym uśmiechała, a kiedy już przyszła z pozostałymi paniami na miejsce, to spojrzała na ukochanego i powiedziała:
- Franciszku, bardzo się cieszę, że poszedłeś razem z nami na tę wycieczkę, bo od jakiegoś czasu przygotowywałam przy pomocy panny Idy pewną bardzo, ale to bardzo uroczą niespodziankę dla ciebie.
- Jestem jej strasznie ciekaw, Sissi - powiedział do niej czule Franciszek.
- Nie wiem, co reszta z was powie na ten mój pomysł, ale liczę na to, że mimo wszystko znajdzie on uznanie w waszych oczach.
Po tych słowach, zdjęła ona płaszcz i wtedy ukazała wszystkim nad wyraz niezwykły strój kąpielowy. Sissi miała bowiem na sobie tylko fragmenty ciemnego materiału na biodrach i na miejscu piersi. Cała reszta jej ciała natomiast była teraz odsłonięta, przez co wszyscy mogli podziwiać jej zgrabną figurę, bardzo zadbaną przez Sissi za pomocą jazdy konnej i aktywnego trybu życia. Widok ten wzbudził w jej przyjaciołach uczucia nieco mieszane. Z jednej strony zainteresowanie, jak i podziw wobec odwagi księżniczki, a z drugiej lekkie zdegustowanie, zwłaszcza ze strony Idy Ferenczy, modlącej się w duchu o to, aby arcyksiężna Zofia i baronowa von Tauler nigdy się nie dowiedziały o pomyśle księżniczki.
Panowie przyglądali się z uwagą Sissi i jej strojowi, musząc przyznać, że jest on niezwykły pod wieloma względami i podkreśla jej atuty. Ludwik w duchu zaś przyznawał, że taki strój u kobiet na plaży wcale by mu nie przeszkadzał, ale on sam woli jednak figurę Elodie i cieszy go to, że ona nie ma takich pomysłów, aby nosić publicznie coś takiego. Nie, żeby jej chciał tego zabronić, ale uważał, że o wiele lepiej jest, kiedy pewne widoki pozostaną tylko dla niego. Elodie chyba też z takiego założenia wychodziła, ponieważ na stwierdzenie Sissi, że kiedyś wszystkie panie będą taki właśnie strój nosić nad jezioro lub na plażę, odparła:
- Oj, obawiam się, że nie wszystkie.
Ludwik spojrzał na nią uśmiechnięty, okazując jej swoją aprobatę. Elodie zaś z radością podeszła do niego, delikatnie przysunęła się lekko do jego ucha i czule mu na nie szepnęła:
- Mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie, że ja tak na plażę nie chcę i nie będę chodzić.
- W żadnym razie - odpowiedział jej czule Ludwik - Wiesz, mimo wszystko, to ja bym nie chciał, aby wszyscy mężczyźni podziwiali to, co tylko ja powinienem był podziwiać.
Elodie zachichotała rozbawiona, spodziewając się takiej odpowiedzi i odparła cicho w jego stronę:
- Słodziak z ciebie.
Franciszek zaś, do którego głównie była skierowana ta niespodzianka, wręcz nie mógł oderwać wzroku od Sissi. Od razu mu się przypomniało, jak się oboje po latach spotkali pierwszy raz, kiedy naga pływała w jeziorze, a potem, gdy całkiem niechcący widział ją w kąpieli. To były po prostu cudowne sytuacje i teraz znowu mu się one przypomniały. Kiedy więc Sissi zapytała go, co sądzi on o jej stroju, ten z nieskrywanym zachwytem podszedł do niej i czule rzekł:
- Wyglądasz po prostu oszałamiająco. Bardzo mi się podoba twój nowy strój.
Sissi zachichotała jak małe dziecko i mocno go uściskała. Potem podeszły do nich dzieci, które na chwilę przestały pływać i przyjrzały się one strojowi Sissi. Ten zaś wzbudził w nich ogromne zainteresowanie i zarazem podziw, zwłaszcza u Marii, która powiedziała:
- Moja siostra wprowadza nową modę. Jestem pewna, że wiele pań niedługo pójdzie w jej ślady. To jasne jak słońce.
- Ja tam bym nie miał nic przeciwko temu, aby panie tak chodziły na plażę i nad jezioro - stwierdził wesoło Teodor.
- Domyślam się, że chciałbyś przede wszystkim, aby twoja ukochana tak się nosiła - rzuciła dowcipnie Maria, patrząc na Ilary.
Teodor popatrzył na swoją sympatię, stojącą przy nim w samych majtkach i mocno ociekającą wodą ze wszystkich partii, swojego ciała, a kiedy ta obdarzyła go promiennym uśmiechem, powiedział:
- Jak dla mnie, Ilary jest wyjątkowa i urocza taka, jaka jest teraz.
Dziewczynka uśmiechnęła się do niego czule, po czym przysunęła się lekko i z radością pocałowała go w policzek w podzięce za miły komplement. Sytuacja ta mocno rozbawiła wszystkich i rozluźniła całe towarzystwo, które zaczęło od razu rozmawiać ze sobą na luźne tematy, zapominając o lekkim szoku, jaki wywołał w niektórych z nich, jeśli nie we wszystkich strój Sissi.
Niedługo później, wszyscy pluskali się wesoło w wodzie lub też spacerowali wzdłuż niej i rozmawiali na przyjemne dla nich tematy. Atmosfera zrobiła się więc dla nich wszystkich bardzo miła i wszyscy cieszyli się ciepłą pogodą, nie myśląc o tym, że już niedługo ona ustąpi miejsca bardzo ponurej, jesiennej atmosferze, jaka nieuchronnie tu musiała w końcu przybyć.
Nene rozłożyła parasolkę, aby uchronić się przed słońcem, po czym zaczęła z nią spacerować wzdłuż jeziora. Gregorios szybko do niej dołączył i powiedział:
- Cieszę się, że wybraliśmy się tutaj. Brakowało mi bardzo naszych spacerów nad morze i jeziora, kiedy byliśmy w Grecji.
- Mnie też ich brakowało. Uwielbiam tak z tobą spacerować i chociaż przez chwilę się niczym nie przejmować - odpowiedziała mu Nene czułym tonem.
- Wiesz, kiedy już się pobierzemy i wyjedziemy do Grecji, to będziesz mogła tak codziennie ze mną spacerować.
Nene zasmuciła się. Znowu powracał ten niewygodny dla niej temat. Wiele o nim myślała, ale jeszcze nie była pewna, czy chce porzucić wszystko, co dotąd jej było znane i bliskie, aby pójść na zupełnie nieznane jej miejsce, co prawda bardzo piękne i urocze, ale zawsze obce.
- Co się stało, Nene? - zapytał Gregorios zaniepokojony jej zachowaniem.
Szybko jednak domyślił się, co może być tego przyczyną i zapytał:
- Nadal jeszcze nie przemyślałaś sobie naszej przyszłości, prawda?
- Wręcz przeciwnie, przemyślałam ją sobie, jednak nadal nie rozumiem, co też powinnam myśleć i czuć. Z jednej strony bardzo chcę za ciebie wyjść i potem iść z tobą choćby na koniec świata, ale z drugiej nie jestem w stanie tak po prostu rzucić wszystkiego, co dotychczas znałam dla tego, co prawie nie znam. Przecież to nie jest taka prosta sprawa.
Gregorios westchnął delikatnie i ścisnął jej dłoń w swojej, mówiąc:
- Najdroższa, ja wszystko rozumiem. Początkowo zawsze każdy ma pewne, mniejsze lub większe wątpliwości. Ale jesteśmy na tyle dojrzali, aby wiedzieć, jak sobie z nimi poradzić. Wiem, że boisz się iść na nowe i nieznane miejsce. Boisz się tego, jak moja rodzina będzie cię traktować. Ale spokojnie, oni cię pokochają. To nie ulega kwestii. Tego jestem całkowicie pewien.
- Wierzę, że tak będzie, ale przecież będę wtedy daleko od rodziny, od domu, od bliskich, od wszystkiego, co znałam zawsze - zauważyła Nene.
- Przecież będziemy ich często odwiedzać.
- Wiem, ale to przecież nie to samo. Nie wiem, czy jestem w stanie się na to zdobyć. Czy umiem zdobyć się na tak wielkie poświęcenie.
Gregorios chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, jak przekonać Nene, aby nie miała żadnych wątpliwości. Chciał sobie w głowie ułożyć odpowiednio mocne argumenty, które by ją przekonały do jego projektu. Nene zaś, widząc, że rozmowa przestaje być miła, postanowiła zmienić temat.
- Co sądzisz o stroju mojej siostry? - zapytała.
Gregorios uśmiechnął się lekko na to pytanie, po czym odpowiedział:
- Nietypowy i dość niezwykły, choć nie będę ukrywał, jest on bardzo miły dla męskiego oka. Wybacz, nie chcę, żebyś myślała, że się nią zachwycam.
- Spokojnie, nie jestem zazdrosna - odpowiedziała rozbawiona tymi słowami Nene - Ja przecież doskonale wiem, że moja siostra jest bardzo piękną dziewczyną i do tego bardzo ponętną. Trudno, aby mężczyźni nie byli zachwyceni jej urodą. To zupełnie zrozumiałe.
- Jeżeli tak mówisz, to mogę swobodnie powiedzieć, że uroda twojej siostry jest naprawdę ogromna. Nie dziwi mnie, że Franciszek ją wybrał. Pomimo tego, że co do jej zachowania, to bywa ono chwilami dosyć dziwaczne.
Książę, który próbował w ten sposób przekonać Nene, iż nie ma powodów do zazdrości, bo obawiał się, że może to uczucie jej teraz towarzyszyć, niestety użył przy tym bardzo niefortunnych słów, które zamiast ocalić sytuację, tylko wszystko pogorszyły. Nene bowiem, słysząc słowa ukochanego, spojrzała na niego groźnie, po czym zatrzymała się i rzekła:
- Dziwaczne? Sugerujesz, że moja siostra jest dziwaczna?
- Ależ nie, skąd. Ja nie to miałem na myśli, Nene.
Ukochana spojrzała na niego groźnie, nie dając się przekonać jego słowami, po czym powiedziała:
- Sugerujesz, że moja siostra jest dziwaczna? Że zachowuje się dziwacznie? To co? Może i ja jestem dziwaczna? Może moi rodzice są dziwaczni?
- Ależ nie, skąd. Tego nie powiedziałem.
- Więc co? To kto jeszcze jest dziwaczny? Może moje młodsze rodzeństwo, które w samej bieliźnie pływa w jeziorze? A może mój starszy brat, który poślubił aktorkę też jest dziwaczny? Może wszyscy jesteśmy w twoich oczach dziwaczni?
Zasadniczo żadna z tych myśli nie przyszła jej do głowy, a jedynie krzyczała je teraz w kierunku Gregoriosa, ponieważ była na niego zła z powodu jego planów dotyczących ich życia po ślubie i tego, że nawet nie zapytał ją o zdanie, tylko po prostu stawia ją przed faktem dokonanym. Wiedziała, iż jej siostra jest taka, jaka jest i sama nieraz w myślach nazywała jej zachowanie dziwacznym, ale nie miała zamiaru pozwalać na to, aby ktoś mówił to wszystko głośno i jawnie, nie licząc się przy tym z jej uczuciami. Oczywiście, obrażanie jej siostry przez Gregoriosa nie było jedynym powodem jej złości, a nawet nie było najważniejszym powodem, ale stanowiło dolanie oliwy do ognia, co musiało zaowocować wybuchem.
- Nene, opanuj się. Ja przecież nic takiego nie mówię - powiedział Gregorios z lekką złością, próbując uspokoić ukochaną.
Niestety, pogorszył tylko sytuację, gdyż ukochana spojrzała na niego groźnie i powiedziała do niego:
- Ale to wszystko sugerujesz. Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Chcesz mnie poślubić, a jednocześnie obrażasz moją rodzinę? Jeżeli my wszyscy jesteśmy teraz i zawsze w twoich oczach dziwaczni, to po co się z nami zadajesz?
Gregorios poczuł, że gniew go zalewa. Przecież wcale nie chciał powiedzieć tego wszystkiego, próbował przeprosić, a ona na niego naskakuje. Tego było już za wiele dla niego. Spojrzał więc ze złością na Nene i powiedział:
- Moja droga, ja nie mówiłem nic z tego, co zasugerowałaś. Dlatego też nie rozumiem twojego zachowania. I więcej ci powiem, że kto z niczego robi wielkie rzeczy, niech sam siebie wini. I niech nie dziwi go to, iż ludzie w efekcie zaczynają mieć dość jego obecności.
- Ach tak! - syknęła ze złością Nene - Skoro masz dość mojej obecności, to co ty tu jeszcze robisz, co?!
Gregorios westchnął z gniewem i powiedział:
- Ponieważ obecność moja cię drażni, pozwolę sobie cię pożegnać.
To mówiąc, skłonił się księżniczce i odszedł. Nene zaś została sama, patrząc na niego, jak odchodzi, po czym upewniwszy się, że zniknął on już za horyzontem, wybuchła płaczem.
Robi się coraz ciekawiej. Wrogowie knują przeciwko Sissi i przy okazji jednocześnie kopią nawzajem dołki pod sobą. Jakie to życiowe, tak swoją drogą.
OdpowiedzUsuńGazety rzucają niesprawiedliwe oskarżenia wobec Sissi, jednak należy do tego zachować dystans, nie zamknie się plotkarzom ust. Na szczęście ma wsparcie wiernych przyjaciół z Ludwikiem na czele, którzy pomagają jej się podnieść po tej fali hejtu, jaka ją spotkała. I to mi się podoba.
Pojawił się ukochany Nene, przystojny grecki książę. Mam wobec niego mieszane uczucia. Za bardzo ją naciska na szybki ślub i przeprowadzkę do innego kraju. Takich poważnych decyzji nie podejmuję się w pięć minut. Prócz tego, skoro chce on wejść do rodziny, nie powinien krytykować przyszłej szwagierki.
Z drugiej strony Nene też przegięła, zarzucając mu, że gardzi jej rodziną, choć nic takiego nie powiedział. Chyba trochę szuka problemów na siłę.
Młodzi muszą dojrzeć i sporo popracować nad swoim związkiem. Na razie oboje się zachowuję jak uparte, głupie dzieci. Ale na szczęście przyjaciele nie zostawią ich samych, aby się męczyli przez swój upór.
Rozbawiła mnie Sissi w prototypie bikini i jej przewidywania, że kiedyś kobiety tak będą chodzić na plażę, a Elodie stwierdza na to, iż nie wszystkie :)