
Sissi siedziała pod drzewem, rozkoszując się pięknem pierwszych jesiennych dni. Była już mocna zmęczona zajęciami u baronowej von Tauler, a najbardziej tą pustotą, jaką te lekcje przekazywały. Mimo swoich naprawdę usilnych starań, aby w choćby najmniejszym stopniu polubić baronową i prowadzone przez nią zajęcia, nie była w stanie tego dokonać. Helga von Tauler wydawała się jej osobą sztywną i nieprzyjemną, czepiającą się o byle co, natomiast zajęcia, którym ją poddawała za pozbawione jakiegokolwiek sensu. Nic z tego, czego uczyła ją baronowa, nie było w stanie wzbudzić w niej zainteresowania, zwłaszcza, że wiedza w tym wszystkim zawarta była co najmniej znikoma. Sissi dawno sobie to już uświadomiła i dlatego postanowiła uczyć się, jak być prawdziwą damą, aby nie ośmieszyć ukochanego Franciszka, gdy nadejdzie dzień próby, ale w zdobywaniu prawdziwie pożytecznej wiedzy polegać wyłącznie na sobie i dlatego po zajęciach często czytała książki z biblioteki swojego ojca na temat cesarstwa i jego historii, jak i też o historii tych krajów, które wszechmocne cesarstwo sobie podporządkowało. Szczególnie chyba poruszyła ją historia Węgrów, narodu niezwykle walecznego i honorowego, który w roku 1848 wywołał powstanie w celu wywalczenia sobie niepodległości, co się jednak bardzo źle skończyło dla tego narodu. Historia ta była jej naprawdę bliska, przede wszystkim dlatego, że Wilhelm brał udział w tych walkach i z niemałym trudem tata zdołał go potem wykupić z niewoli, w którą przez to popadł. Wilhelm nieraz opowiadał bliskim o powstaniu i o tym, jak ono przebiegało i jak bardzo on współczuł Węgrom, jak ich podziwiał za odwagę i ideały i jak bardzo żałuje, że nie był w stanie nic więcej dla nich zrobić. Sissi, gdy czytała historię Węgier z miejsca sobie o tym wszystkim przypomniała i poczuła nieodpartą chęć zrobienia czegoś dla tego narodu, choćby przez wzgląd na swego starszego brata, jak i też dlatego, że czuła, iż Węgrzy są z jakiegoś powodu jej bliscy.
- Przecież tak jak oni, ja też jestem w czymś na kształt niewoli - mówiła sama do siebie, gdy rozważała to wszystko - Oczywiście tej niewoli, w którą popadłam, nie da się w ogóle porównać z ich, bo ich niewola jest zdecydowanie większa i o wiele bardziej okrutna, ale mimo wszystko rozumiem, co oni muszą czuć, kiedyś im ktoś narzuca wiele rzeczy i zmusza do robienia czegoś, co ich upokarza. Bo i ja jestem w podobnej sytuacji. Te lekcje u baronowej może i są ciekawe, ale odnoszę nieraz wrażenie, że mają mnie zamienić w piękną porcelanową laleczkę, która ma za zadanie jedynie stać i ładnie wyglądać. A w pałacu cesarskim jest strasznie. Ta etykieta i te zasady. I to, że poza Franciszkiem, Idą i hrabią Jamiszem chyba nikt tam nie traktuje mnie poważnie. Franz jest po mojej stronie, ale boję się, że nie jest on na tyle przekonany do potrzeby zmian, abym wprowadzić na dworze atmosferę taką, abym się tam mogła czuć tak swobodnie, jak tutaj, w moim kochanym domu. Chcę wierzyć, że tak będzie, ale dopóki na dworze wpływy będą mieli tacy ludzie jak Zottornik czy Radetzky, obawiam się, iż długo jeszcze nie będę dobrze się tam czuć i nie będę w stanie pomóc ludowi tak, jakbym tego chciała.
Tak zasmucona Sissi mówiła do siebie, gdy naszły ją refleksje tuż po lekturze książki na temat Węgrów. Podczas tych refleksji przypomniała sobie Ludwika i to, że nigdy nie czuł się on dobrze na dworze cesarskim i wspominał jej, że życie takie ogólnie go zniesmacza. Gdy przypomniała sobie bezduszność Zottornika wobec tej biednej kobiety, która musiała oddać dziecko do sierocińca, bo popadła w nędzę z powodu uwięzienia swojego męża za ulotki antycesarskie, doskonale rozumiała, co jej kuzyn miał na myśli. Choć i tak użył przy tym niezwykle łagodnych słów, kiedy opisywał jej swoje emocje w tej sprawie. Jej to wszystko nie tylko zniesmaczało, ale wręcz budziło obrzydzenie. Kanclerz i feldmarszałek bezdusznie stwierdzili, że takie sytuacje jak ta z ta kobietą i jej dzieckiem to coś naturalnego i koniecznego, aby cesarstwo mogło istnieć silne i potężne. Gdyby nie to, że Karol i Zofia stanęli po jej stronie, to nie była pewna, czy Franciszek by ich nie posłuchał i odrzucił jej prośbę o ułaskawienie męża tej biednej kobiety. Oczywiście jej ukochany zaczynał dostrzegać potrzebę zmian na lepsze wielu spraw, ale nadal wobec tych zmian był ostrożny, a ponadto nadal w kwestiach politycznych wiele do powiedzenia mieli Zottornik oraz Radetzky. Ludwik w jednej z rozmów, zanim pojechał do Francji, powiedział jej, że dopóki ten stary cap (miał tutaj na myśli Zottornika) i ten stary tłusty wieprz (tu mówił o Radetzkym) będą rządzić cesarstwem, reformy pozostaną w sferze marzeń, a nawet jeśli jakieś zostaną wprowadzone, to w sposób niewielki i ich moc przełomowa będzie raczej znikoma. Sissi, im więcej o tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że jej kuzyn miał rację. Niedawna sytuacja, gdy apelowała o ułaskawienie męża tej biednej kobiety, którą widziała w sierocińcu, jasno jej to pokazała. Ponadto smutne i zarazem zmuszające do myślenia dla niej było to, że Radetzky i Zottornik mówili do niej w sposób protekcjonalny, jakby była małym dzieckiem, które ma swoje kaprysy i z którego zdaniem nie trzeba się liczyć. To chyba najbardziej ją zabolało, bo ta ich bezduszność zasadniczo jej nie zaskoczyła. Oburzyła, ale jakoś nie zdziwiła, bo była łatwa do przewidzenia. Ale ten ton, w jakim oni do niej mówili, kiedy to przedstawiali jej swoje racje, był po prostu straszny.
- Oni nadal mnie mają za małe dziecko, które nic nie wie o życiu - mówiła do Idy Ferenczy niedługo po całej sytuacji - Odniosłam może nad nimi zwycięstwo, ale ile razy jeszcze mi się to uda? Boję się ich wpływu na Franciszka. I boję się, że zechcą oni doprowadzić do tego, abym skończyła jako malowana cesarzowa bez prawa głosu w jakiekolwiek sprawie.
Ida co prawda pocieszała ją, że cesarz na pewno do tego nie dopuści, ale Sissi mimo wszystko miała poważne obawy w tej sprawie. Dodatkowo przypomniało jej się nagle to, o czym rozmawiała jakiś czas temu z Ludwikiem, gdy bronił on przed nią swojego artykułu, w którym opisał ją jako wielką zwolenniczkę reform. Mówił jej wtedy o potrzebach cesarstwa, o wyższych racjach, o potrzebie zmian i innych rzeczach, a ona właśnie wtedy zaczęła rozumieć, jak niewiele wie o kraju, którym kiedyś będzie rządzić. Teraz jednak rozumiała to wszystko o wiele lepiej. Teraz w pełni widziała to, co Ludwik próbował jej wtedy przekazać. Rozumiała, że od lat na tym przeklętym dworze kobiety, nawet cesarzowe, były zawsze sprowadzane jedynie do roli pięknych, malowanych laleczek z porcelany, mających rodzić dzieci i ładnie się prezentować podczas przyjęć. Lekcje baronowej zmierzały właśnie w tym kierunku. Franciszek, zajęty sprawami państwowymi i uważający, że nie jest on w sprawie edukacji kobiet ekspertem, nie miał pojęcia, iż to wszystko prowadzi prostą drogą do tego, że zostanie ona jeszcze jedną laleczką w tym domu lalek. Co prawda, Zofia stanęła po jej stronie w sprawie z ułaskawieniem autora ulotek, ale zdawała się popierać tego rodzaju edukację. Franciszek też nie miał nic przeciwko, choć kiedy wspomniała mu w poufnej rozmowie, że zdobywa wiedzę i na własną rękę, nie wyraził sprzeciwu, a nawet ją za to pochwalił. Jednak i on też był zdania, że to wszystko, czego uczy ją baronowa jest ważne i pomoże jej odnaleźć się na dworze i zostać prawdziwą damą, co powinno być pierwszym obowiązkiem jego przyszłej żony. Nie rozumiał, że tego rodzaju obowiązek tylko daje broń do ręki takim osobom jak Zottornik czy Radetzky, bo utwierdza ich w przekonaniu, że ona jako kobieta nie ma nic mądrego do powiedzenia w kwestiach politycznych, zatem to im powinna pozostawić rozstrzyganie ważnych spraw.
Zatem, podsumowując to wszystko, Ludwik miał od początku rację. Dopóki ona sama nie weźmie się za siebie i nie przygotuje się do bycia cesarzową, to nie może liczyć na szacunek na cesarskim dworze. Dlatego z tym większym uporem czytywała książki z biblioteki ojca, zdobywając wiele pożytecznej wiedzy, a także prowadziła długie rozmowy z Idą Ferenczy, prosząc ją przy okazji, aby po cichu ją uczyła węgierskiego. Choć język ten był dość trudny, Sissi w ciągu ostatnich paru tygodni opanowała dość dobrze wiele słów i zdań, głównie dlatego, że miała talent do języków obcych, co w jej rodzinie było dziedziczne.
- Jestem pewna, że Wasza Wysokość będzie w ciągu roku mówić jak rodowita Węgierka - powiedziała jej Ida po jednej z ich potajemnych lekcji - Pozwolę sobie jednak zapytać, po co to Waszej Wysokości?
- Czuję sympatię do Węgrów z powodu mojego brata, który walczył u nich w powstaniu i z powodu ciebie, moja droga - odpowiedziała jej wówczas Sissi - A poza tym, chciałabym móc czasami porozmawiać z tobą tak, aby nikt nas nigdy nie podsłuchał, a jeśli nawet, to nic z tego nie zrozumiał. Chcę mieć możliwość pełnej swobody słowa podczas naszych rozmów. I coś czuję, że język węgierski nam go zapewni, bo chyba mało kto zna go na dworze cesarza, jeśli w ogóle.
Ida była zachwycona jej pomysłowością i tym bardziej pomagała jej w tym przedsięwzięciu. Ponadto pochwała projekt potajemnego dokształcania się przez Sissi na własną rękę, choć w przeciwieństwie do niej czuła, że raczej nie pomoże jej to przekonać do siebie takich osób jak Radetzky czy Zottornik, nieprzywykłych do tego, aby kobiety miały jakikolwiek wpływ na politykę, a już na pewno nie taki wpływ, który podważa ich władzę i autorytet. Sissi jednak stwierdziła, że o tym jest święcie przekonana, iż ich opinia o jej osobie nie zmieni się, choćby stała się mądra jak królowa Saby, ale to nie ma znaczenia. Dla niej liczyło się zdanie Franza i dlatego chciała dla niego i dla siebie samej być mądra. Wierzyła, że jeżeli tak się stanie, to ukochany bardziej ją doceni i więcej się będzie liczyć z jej zdaniem niż ze zdaniem tych starych półgłówków. A to z kolei bardzo pomoże sprawie reform, których Sissi była od niedawna oddaną orędowniczką, czując przy tym chwilami do samej siebie żal o to, iż nie stała się nią wcześniej.
O tym wszystkim rozmyślała, siedząc pod drzewem i odpoczywając sobie od kolejnych lekcji z baronową. Była nimi naprawdę zmęczona i chciała porządnie zregenerować siły, zanim poczyta znowu jakieś mądre dzieło na temat Węgier lub innego kraju podporządkowanego Austrii. Ostatnio czytała o Polsce. Dowiedziała się, że był to kraj bardzo niezwykły, bo od śmierci króla, na którym wymarła ich wybitna dynastia, wprowadzili dziwny zwyczaj obierania sobie królów z elektów promowanych przez inne kraje, a kilka razy wybrali kogoś z siebie na władcę. Ten oto zwyczaj doprowadził do tego, że Polska stopniowo, choć była silnym krajem, stała się karykaturą i błaznem Europy, a Rosja, Prusy i Austria podporządkowały ją sobie i rozdzieliły między siebie jej ziemie. Sissi była bardzo ciekawa tego kraju. Był on zupełnie inny niż Węgry. W przeciwieństwie do nich bowiem Polska nigdy nie była krajem tragicznym, raczej groteskowym, który za dużo władzy dał panom magnatom i szlachcie, a za mało władcom czy choćby prostemu ludowi i oto, jakie mieli tego efekty. Ale mimo wszystko, kraj ten posiadał w swojej historii wiele ciekawych aspektów, a zwłaszcza dotyczyło to terenów, które odebrała im Austria, bo o nich w książkach Sissi znalazła najwięcej informacji. Choć polski naród w jej oczach wydawał się co najmniej dziwaczny, to nie zgadzała się z Wolterem, który w swoich pracach pisał, iż Polska jest krajem chaotycznym i pełnym ciemnoty oraz bezprawia i powinien zostać podporządkowany oświeconemu mocarstwu dla jego własnego dobra. Nie była w stanie w to uwierzyć, bo nie wierzyła w to, aby takie było prawo istnienia na tym świecie, aby jednostka słabsza lub mająca wady winna dla swego dobra ulegać jednostce silniejszej i bez wad. Poza tym, nie ma tworów ani ludzi bez wad. Ponadto, Wolter uważał, że owym mocarstwem, któremu Polska winna ulec, musi być Rosja. A do Rosji Sissi nigdy nie miała sympatii. Zresztą, gdy zapytała o to tatę, wyjaśnił jej sprawę następująco:
- Wolter to był mądry i oświecony człowiek, ale nawet taki ulec potrafi jakieś propagandzie bystrego polityka, a takim niewątpliwie była ta wiedźma, ta podła i perfidna caryca Katarzyna II. Przedstawiła mu się od najlepszej strony, a o Polsce nic nie wiedział, bo ukazała mu ją w taki sposób, aby nie miał wątpliwości, kto w tej sprawie ma słuszność, a kto nie. Tak go omotała, że uwierzył jej we wszystko, co mu mówiła. Łatwo mu zresztą przyszło oceniać Polaków, których nigdy nawet na oczy nie widział. Zauważyłaś, córeczko, że najłatwiej nam zawsze ocenia się tych, których nigdy nie spotkaliśmy, a o których jedynie coś słyszeliśmy? Taka to już chyba ludzka natura. Ale nie każdy tak ma. Ja tak nie mam i proszę, ty też tak nigdy nie rób, córeczko. Zanim kogoś ocenisz, poznaj lepiej.
- A co zrobić z postaciami historycznymi, które już nie żyją? - zapytała Sissi.
Ojciec jej parsknął śmiechem, rozbawiony inteligencją tego pytania i odparł:
- Tutaj sprawa jest prosta. Myślę, że można oceniać takie postacie, ale należy to robić rozsądnie i bez przesady ani w kwestii pochwał, ani w kwestii krytyki.
Sissi rozważała słowa ojca w głowie, siedząc pod drzewem i odpoczywając po lekcjach z baronową. Pomyślała sobie, że ją samą chyba te słowa też dotyczą. Bo ona łatwo ocenia swoją nauczycielkę, widząc w niej wyłącznie osobę niemiłą i wredną, która żyje jedynie zasadami. Przyszło jej nagle do głowy, że może jest to bardzo zła ocena? Może baronowa jest zupełnie inną, bardziej złożoną osobą niż jej się wydaje? Może bardziej cierpi niż chce pokazać? Bo to, że cierpi, to więcej niż pewne. Przeżywa śmierć ukochanego męża i nie potrafi się po niej podnieść. To nie było trudne do odgadnięcia, nawet dla laika. Ale czy reszta jej oceny osoby baronowej była zgodna z rzeczywistością i czy nie wynikała jedynie z niechęci do niej? Na swoją obronę Sissi mogła jedynie powiedzieć, że baronowa nie była pod tym względem lepsza. Jakoś bardzo łatwo oceniała Sissi, choć nic tak naprawdę o niej nie wiedziała i chyba nie chciała wiedzieć. Podobnie mieli ludzie na dworze cesarskim. Dla nich była uroczą i śliczną dziewuszką, która jedynie urodą umiała błyszczeć i niczym innym błyszczeć ani nie umiała, ani nawet nie powinna umieć. To było smutne, bo nawet jej nie znali, a jeżeli nawet, to tylko powierzchownie, bo spotkali ją raz czy dwa, a już z góry wyciągnęli wnioski na jej temat. Więcej, oni te wnioski wyciągnęli nawet zanim ją spotkali, zanim przybyła na dwór. Sissi była tego całkowicie pewna. Spojrzenia tych ludzi mówiły same za siebie. Dlatego ona wiedziała, że nie powinna nikogo oceniać zbyt pochopnie. Nawet baronowej, choć mogła być pewna tego, iż tej kobiety nigdy nie polubi. Ta kobieta chwilami niemal jawnie okazywała jej wrogość, ale Sissi też miała powody, aby nie darzyć jej ani gramem sympatii, a wręcz miała powody, aby być jej wrogiem. To wszystko było prawdą, ale im więcej Sissi o tym myślała, tym bardziej czuła, że chwilami bardzo jej baronowej żal. Nie umiała czerpać radości z życia i nie chciała tego umieć. To było niczym upośledzenie, żyć wiecznie swoją żałobą oraz bólem. Sissi zdawała sobie z tego sprawę i dlatego, choć darzyła baronową niechęcią, a chwilami nawet i wrogością, zwłaszcza ostatnio, to mimo wszystko jej współczuła i wiedziała, że gdyby tylko kobieta chciała ją przeprosić i zmieniła się, Sissi wybaczyłaby jej i kto wie, może nawet by jej pomogła? Ale w to, księżniczka nie wierzyła.
- Sissi! Hej, Sissi! Dołączysz do nas? Woda jest ciepła!
Z głębokich rozmyślań naszą bohaterkę wyrwał krzyk młodszej siostry. Sissi lekko potrząsnęła głową, aby wyrzucić z siebie poważne myśli i skarciła się za to, że zapomniała kompletnie, w tym natłoku myśli o trójce uroczych dzieci, właśnie tak wesoło sobie pluskających w jeziorze. Spojrzała w ich kierunku przepraszająco i uśmiechnęła się delikatnie na widok Marii w samych majtkach i ociekającej wodą z włosów i reszty ciała, stojącej właśnie na brzegu jeziora, zaledwie jakieś kilka metrów od niej. Sissi pokręciła przecząco głową i powiedziała:
- Wybaczcie, ale nie. Ktoś musi czuwać, na wypadek gdyby baronowa się tu zjawiła. Muszę przecież czatować, pamiętacie? Poza tym, nie mam kostiumu.
- Wielka mi rzecz - mruknęła Maria, ocierając sobie wodę z oczu - My też nie mamy i jakoś nam to nie przeszkadza.
Sissi parsknęła śmiechem. Rzeczywiście, kiedy Maria z Teodorem i Ilary byli z nią, Franciszkiem, Ludwikiem i Elodie nad jeziorem w Austrii, dzieciaki sobie pływały w majtkach. Teraz robiły dokładnie to samo, a obecność Sissi, siedzącej pod drzewem, bynajmniej ich nie peszyła. I nic dziwnego. Skoro nie peszyło ich i to nie tak dawno znacznie większe towarzystwo nad austriackim jeziorem, czemu mieliby być zmieszani teraz, w swojej ukochanej Bawarii, w towarzystwie jedynie jednej osoby dorosłej i to w dodatku Sissi? Cała trójka pluskała się bardzo wesoło w wodzie niczym trzy małe wyderki, nurkowała, ochlapywała się wodą i śmiała radośnie, nie będąc w żaden sposób skrępowana. Sissi z uśmiechem patrzyła na ten widok, rozkoszując się nim i zazdroszcząc chwilami dzieciakom tej wolności oraz swobody, które jej już nie dotyczyły. Była wszak na to za stara, choć potajemnie teraz kąpała się nago w jeziorze, gdy tylko miała ku temu okazję. Nie wiedziała jednak, czy umiałaby to robić w czyimkolwiek towarzystwie, nawet rodzeństwa.
- No wiem, kochanie, ale ja chyba jestem za duża na takie zabawy - rzekła po chwili Sissi.
- Jasne jak słońce, że jesteś, ale możesz o tym zapomnieć - powiedziała Mimi.
- Nie wydaje mi się, żebym umiała. Poza tym, wiesz... Jest tu Teo.
- No i co z tego?
- Teo przecież to facet.
Maria parsknęła śmiechem, niemalże krztusząc się od niego.
- Teo? Jaki z niego facet? To tylko chłopak. I do tego brat.
- Nawet brat nie powinien patrzeć na damę, gdy jest nieubrana.
- Na damę tak, ale przecież to tylko ty - rzucił wesoło Teo, siadając na chwilę przy brzegu.
- Zapłacisz mi za to - syknęła w jego kierunku Sissi.
Maria machnęła ręką na to i powiedziała:
- Nie zwracaj na niego uwagi. On już świata nie widzi poza Ilary. Ale może to i dobrze? Nabierze przy niej kiedyś dobrych manier.
- Wierzę w to, bo ja i ty jakoś nie umiałyśmy go ich nauczyć - odparła Sissi.
Obie dziewczyny zachichotały, a Teodor lekko urażony prychnął pod nosem ze złością, coś jakby: „Siostry” i powrócił do pływania z Ilary.
- Dobrze, zostań na czatach, Sissi i w razie czego ostrzeż nas - powiedziała wesoło Maria i powróciła do wody.
- Nie ma sprawy, w razie czego to zrobię - odparła Sissi i oparła się wygodnie o drzewo, patrząc na zabawę dzieci.
Widząc, jak cała trójka wesoło się pluska, uśmiechnęła się pogodnie. Widok ten obudził radość w jej sercu, a przy okazji też przywołał naprawdę bardzo miłe wspomnienia. Bo przecież i ona też jako dziecko tak pływała z chłopcem, który się jej podobał. Oczywiście mowa tu była o Franciszku Józefie. Bo przecież on jedyny jej się zawsze podobał. Tylko on w jej oczach stanowił ideał mężczyzny, którego pokochała i z którym chciała być, pomimo tego, że nie zawsze się rozumieli, ale to jej nie zrażało, bo była pewna, iż rozumieją się w najważniejszych sprawach, a on sam udowodnił niedawno, że potrafi zrozumieć jej punkt widzenia i stanąć po jej stronie w ważnych dla niej sprawach. To wszystko dowodziło, że dobrze wybrała i on jest wart jej uczuć. Zawsze zresztą był. Bawił się z nią, ratował z tarapatów, w które notabene sama się pakowała, rozśmieszał ją, opiekował się nią, nigdy jej nie zostawił samej w kłopotach. Jak można było go nie kochać? Nigdy nie zapomniała tego, ile oboje dla siebie zawsze znaczyli, jak bardzo byli sobie bliscy. Nigdy też nie zapomniała, że to z nim się pierwszy raz całowała. Miała wtedy dziesięć lat, a on piętnaście. Dorastał, stawał się młodzieńcem, a ona była jeszcze dzieckiem, ale mimo wszystko utwierdzonym w miłości do niego. Jak często bywało, kąpali się oboje w samych majtkach w jeziorze. Chyba nawet w tym, w którym teraz bawili się Maria, Teo i Ilary. Franz był, z powodu swego wieku, lekko już skrępowany tą sytuacją, która kiedyś, gdy miał o wiele mniej lat, nie stanowiła dla niego żadnego problemu. Ale ona nie przejmowała się tym, zachęcała go do zabawy, a po niej usiadła z nim na brzegu jeziora i dotknęła jego dłoni z miłością, rozmawiali oboje, a potem usiadła mu na kolanach okrakiem i pocałowała go w usta. Tak po prostu, jak niewinnie całować może dziecko, mające zaledwie zarys piersi i fiu bździu w głowie, jak to sama się potem określiła po latach. Ten pocałunek też był taki sobie. Ot, po prostu złączyła swoje usta z jego, jak to nieraz robili jej rodzice. Objęła go też za szyję, ocierała się lekko zarysem swoich piersi o jego tors i marzyła, aby być dorosła i móc już w tamtej chwili wyjść za niego za mąż. Wariactwo kompletne. Ale jakie urocze.
Sissi parsknęła śmiechem, rozbawiona własnymi wspomnieniami. Jaka była wtedy młodziutka i jaka głupiutka jednocześnie. I jaka rozpieszczona. Bo chociaż mama chciała wychować ją na prawdziwą damę, to ojciec nie miał nic przeciwko temu, aby wyrosła na uroczą dzikuskę, jak ją nazywał. Dlatego pozwalano jej na więcej rzeczy niż wielu rodziców pozwalałoby swoim dzieciom. Zresztą nie tylko ona miała taką swobodę. Całe jej rodzeństwo było tak samo wychowywane. Tata i mama pozwalali im na więcej, chcąc bardzo tego, aby ich dzieci były swobodne i nie zepsute z powodu etykiety i beznadziejnych zasad panujących w domach wielu rodzin arystokratycznych. Oboje, choć mieli czasami inne zdanie w tej sprawie, to mimo wszystko zgodnie uważali, że dzieci lepiej się wychowują w swobodzie i w atmosferze miłości. Dlatego tej nigdy nie brakowało w domu, podobnie jak i też szczęścia i radości. Dzieci księcia i księżnej Wittelsbach mogły zatem biegać sobie swobodnie po łące, kąpać się w jeziorze, toczyć walki na poduszki, jeździć konno po całej okolicy itd. Ogólnie rzecz biorąc, miały dużo swobody i to nawet w tym wieku, kiedy już podrosły i musiały się uczyć. Nawet wtedy wolno im było o wiele więcej niż dzieciom z innych rodów arystokratycznych. Ponadto też zaznały one od rodziców mnóstwo miłości i tę miłość umiały przekazać innym. Sissi wiedziała, że ona i Teo są tego najlepszymi przykładami. Teo pokochał Ilary, ona Franza.
No właśnie, Franz. Tak bardzo go jej brakowało. Gdy patrzyła na to jezioro, w którym bawiły się dzieciaki, ogarnęły ją miłe wspomnienia. Tak chciała, żeby do niej przyjechał i żeby zobaczył je ponownie. W końcu tyle się tu wydarzyło. To tu oboje pływali jak małe wyderki. To tu się pierwszy raz pocałowali. I to tutaj, gdy jezioro zamarzło, on ją uratował i wyznali sobie miłość. Choć, jak o tym myślała, to czuła, że ta sytuacja nie była aż tak dramatyczna. W końcu lód pod nią pękł, gdy była prawie przy brzegu. Nie utonęłaby w lodowatej tafli, choć wówczas myślała inaczej. Poza tym, nie zmieniało to faktu, że ukochany ją wówczas uratował. Bo gdyby wylądowała choćby na chwilę pod taflą tej lodowatej wody, gdyby się tak przewróciła i upadła na dno, to nie wiadomo, co by się stało. Zatem Franciszek ją ocalił, tak czy inaczej. Dlatego tym bardziej go kochała. I tym bardziej był on jej taki bliski, choć był zawsze. Przecież przed byle kim by się nie rozebrała, nawet jako dziecko.
Myśląc o kwestii rozbierania się, Sissi uśmiechnęła się na wspomnienie tego, jak jakiś czas temu ukochany widział ją kilka razy nagusieńką. Najpierw podczas spaceru nad jeziorem, gdy nurkowała sobie beztrosko. Drugi raz w łaźni, chociaż była owinięta ręcznikiem, ale musiał co nieco zobaczyć. A trzeci raz w kąpieli, gdy mył jej plecy i ją całował. Sissi przypomniała sobie, że jakoś nie była wtedy przed nim skrępowana. Co najwyżej oburzona, iż przyszedł do niej bez zapowiedzi i ją tak zaskoczył. Nie tym, że ją zobaczył nagą, bo przecież w dzieciństwie widział ją wiele razy w całej okazałości. Czemu zatem miałaby się przed nim wstydzić? To, co ją wtedy zdenerwowało, to fakt, że był taki swobodny wobec niej. Że ją naszedł i że jej pragnął, czego nawet nie ukrywał. Chociaż, czy to ostatnie było naprawdę czymś złym? Ona też wówczas jego pragnęła. Gdyby nie to, że wolała mieć dobrą reputację i chciała wiedzieć, iż on nie chce tylko jednego, bez wahania by się z nim wtedy kochała. Niestety, nawet ona, choć bardziej swobodna w swych obyczajach, musiała liczyć się z opinią ludzi i nie mogła pozwolić sobie na to, aby mówiono, że sypiała z przyszłym mężem przed ślubem, co w tym głupim i konserwatywnym świecie zepsułoby jej opinię. Dlatego musiała wtedy odmówić. Poza tym, przede wszystkim musiała mieć pewność, że jego uczucia do niej są szczere i uczciwe. I zyskała tę pewność, zyskując przy tym także i pewność, że jest on wart jej uczuć. Tak samo, jak był ich wart, gdy jeszcze byli oboje dziećmi.
Wzruszona tymi przemyśleniami i wspomnieniami, Sissi wygodnie wyłożyła się pod drzewem i patrzyła na bawiące się dzieci, rozmyślając o tym, co też robi teraz jej ukochany. I co też robi teraz Ludwik, który to od około dwóch tygodni już był na dworze cesarza Francji. Miał pojechać z jakąś misją dyplomatyczną, a był tam już tak długo. Lato się zdążyło skończyć, zaczęła się jesień, a on nie wracał. Ciekawe, co też go tam zatrzymało? Albo raczej kto? Chociaż na to pytanie, Sissi bardzo szybko sobie odpowiedziała. Wiedziała doskonale, kto zawrócił w głowie jej kuzynowi i kto też podbił jego serce podczas swego pobytu w Wiedniu. Tak, to nie ulegało wątpliwości. To z powodu tej osoby Ludwik przedłużył swój pobyt w Paryżu i pewnie jeszcze go przedłuży.
- Kto wie? Może mój kochany kuzynek powróci tutaj już z narzeczoną? A ja zyskam jednocześnie przyjaciółkę i kuzynkę? - pytała sama siebie Sissi i delikatnie się przy tym uśmiechała.
***
Ludwik po balu w Hotelu Lambert, niemalże nie rozstawał się z Elodie. Ich wspólny pocałunek stał się dla nich początkiem czegoś nowego. Co prawda, oboje nie powiedzieli sobie jeszcze, że się kochają, ale zrobili to z powodu wrodzonej w ich naturze ostrożności. Żadne z nich nie wiedziało przecież, co drugie do niego czuje i dlatego nie chcieli przerażać siebie nawzajem i przyspieszać tego, co winno być zawsze powoli i stopniowo rozwijane. Dlatego oboje cieszyli się jedynie tym, że mogą być ze sobą, spędzać ze sobą czas i stopniowo się poznawać, a to, co jest dla nich najważniejsze, powiedzieć sobie dopiero w odpowiednim momencie. Ale kiedy miał nastąpić ten moment, tego jeszcze nie wiedzieli, jednak nie zamierzali go w żaden sposób przyspieszać.
Oczywiście, nie mogli spędzać zbytnio samemu czasu. Ponieważ Elodie była panną, a jak na standardy tamtych czasów nawet starą panną, nie mogła całkiem swobodnie spędzać czas z ukochanym bez obecności przyzwoitki. Dlatego, choć to nie było żadnej ze stron na rękę, musiała chodzić za nimi Blanche. Ona również z tego powodu nie była zachwycona, choć zdawała sobie sprawę z tego, iż gdyby tak zrezygnowała z tego zadania, mogłaby narazić reputację Elodie, którą traktowała jak siostrę i o którą zamierzała dbać jak o siostrę. Nie, żeby posądzała Ludwika o jakieś niecne zamiary względem jej przyjaciółki. Nic z tych rzeczy. Za dobrze go znała, aby podejrzewać go o cokolwiek złego. Wiedziała jednak doskonale, że jeśli chodzi o opinię publiczną, to trzeba się liczyć z jej zdaniem, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi reputacja osoby publicznej, na stanowisku lub należącej do rodziny cesarskiej bądź królewskiej. Ludzie nie wiedzieli niczego o Ludwiku, a jeśli nawet coś o nim wiedzieli, to nie tyle, ile jego przyjaciele i nie mogli zatem wiedzieć o tym, że nie zrobiłby on Elodie krzywdy ani jej nie zhańbił. Dlatego widząc księcia bawarskiego w towarzystwie siostrzenicy cesarzowej Francji bez obecności kogoś, kto robiłby za przyzwoitkę, od razu zaczęliby plotkować. Co prawda, to był Paryż, a w nim zawsze panowała większa swoboda obyczajów i plotki krążyły tu o wiele rzadziej niż w tzw. pruderyjnych miastach, a ponadto Elodie nic nie obchodziło to, co ludzie o niej mówią, ale Blanche mimo wszystko czuła się w obowiązku dbać o to, aby jej przyjaciółka nie ośmieszyła się publicznie. Nawet jeżeli przyjaciółka nie zamierzała przejmować się tym wszystkim i ewentualnymi plotkami na temat jej osoby. Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy Blanche czuła się w obowiązku, aby zadbać o Elodie i jej dobre imię, nawet jeśli ono nigdy nie było wystawione na szwank ani przez nią, ani przez Ludwika.
Aby Blanche nie czuła się głupio lub jako niepotrzebny bagaż w obecności zakochanych, wraz z nią za Elodie i Ludwikiem chodził także jej mąż, Francois. W ten sposób mogli razem, całą czwórką wędrować po Paryżu, spędzać ze sobą czas i rozmawiać o różnych przyjemnych tematach. A mieli o czym rozmawiać. Wspólne ich pasje, obejmujące literaturę, malarstwo, teatr, politykę, historię, geografię oraz mity świata bardzo ich zajmowały. Mieli zatem o czym rozmawiać i nigdy się nie nudzili przy sobie. Nie odczuwali zatem dyskomfortu z powodu tego, że dwoje z nich było zakochaną w sobie parą, a dwoje kochającym się małżeństwem robiącym za przyzwoitki tej pierwszej dwójki. Oczywiście w głębi serca Ludwik oraz Elodie marzyli o tym, aby zostać sami we dwoje, ale wiedzieli, że chwilowo nie jest to możliwe. Poza tym, miło im było w towarzystwie przyjaciół. Dlatego radośnie bez krępacji spacerowali z nimi po całym Paryżu, podziwiając jego atrakcje i biorąc udział w kilku zabawach, jakie w nim zorganizowała paryska bohema artystyczna, w której cała czwórka miała przyjaciół.
Po jednym przyjemnie spędzonym dniu w mieście, Ludwik pożegnał Elodie, a potem poszedł do siebie, gdzie odwiedził go Francois. Obaj wygodnie usadowili się przy stoliku, nalali sobie wina do kieliszków, napili się i zaczęli rozmawiać.
- Powiedz mi, między tobą a Elodie jest coś poważnego, mam rację? - zapytał po skosztowaniu wina Francois.
- Oczywiście, traktuję ją jak najbardziej poważnie - odpowiedział Ludwik.
- Jesteś pewien tego uczucia? Czy to aby nie jest jakieś tam jedynie drobne zauroczenie?
Ludwik spojrzał zdumiony na przyjaciela i zapytał:
- Nie rozumiem, dlaczego o to pytasz.
- Bo Elodie jest naszą przyjaciółką. Znaczy moją i mojej ukochanej Blanche. I moja droga małżonka prosiła, abym cię wypytał o to. Oczywiście podejrzewa, że ją na poważnie traktujesz, ale wolałaby być pewna tak całkowicie. Bo ostatecznie, co prawda znała cię jako porządnego mężczyznę, jednak ludzie się zmieniają, jak na pewno doskonale wiesz i nie zawsze na lepsze.
Ludwik odetchnął z ulgą. A więc tylko o to chodziło. Uspokojony popatrzył w oczy przyjacielowi i odpowiedział:
- Zapewniam cię, że nie chcę się zabawić. Miałem kilka romansów, ale prawie zawsze traktowałem kobiety, z którymi się w nie wdawałem poważnie. Może raz czy dwa pozwoliłem sobie na romans bez zobowiązań, ale w tych sprawach, to od początku była sprawa stawiana uczciwie z obu stron. Nigdy zatem nie oszukałem ani jednej kobiety i teraz też tego nie robię.
- To dobrze. Blanche się ucieszy. Wiesz, Elodie jest jej jak siostra.
Przez chwilę nic nie mówili. Nalali sobie ponownie wina do kieliszków, po czym wypili je z zadowoleniem.
- Słuchaj, Francois... Jak myślisz, co to za uczucie, kiedy człowiek zaczyna już powoli mieć dosyć tej całej wolności i pragnie się ustabilizować? Co to może oznaczać dla człowieka?
- Że się starzeje - odpowiedział żartobliwie Francois, szczerząc przy tym zęby - A tak na poważnie, to wszystko jest dowodem dojrzałości. Czujesz, że wolność w postaci wiecznych romansów oraz życia bez poważniejszych zobowiązań cię już nie pociąga, że nudzi cię to albo tak naprawdę nigdy nie pociągało i pragniesz mieć coś więcej, coś poważniejszego, coś na stałe. I to zupełnie normalne. Mnie również to spotkało, choć wcześniej niż ciebie. Chociaż nie, przepraszam. Ciebie spotkało to także w podobnym czasie. Tyle, że los okazał się wobec ciebie okrutny.
Francois był jedną z niewielu osób żyjących poza Bawarią, którzy wiedzieli o miłości Ludwika do Joanny i o tym, jak to uczucie się skończyło. Drugą taką osobą był Andrassy. Obaj wiedzieli o nieszczęśliwej miłości księcia bawarskiego, bo obaj należeli do niewielkiego grona jego prawdziwych przyjaciół, na których mógł on zawsze polegać, a do tego jeszcze należeli do loży masońskiej Wielki Świt i wraz z Ludwikiem działali w jej imieniu i wprowadzali w życie jej idee. To sprawiało, że w oczach następcy tronu Bawarii zasługiwali oni na to, aby znać prawdę. Ale poza nimi niewiele osób o tym wiedziało. Wiedzieli oczywiście jego rodzice, bo jak by mogli nie wiedzieć? Wiedzieli wujek Maks i ciocia Ludwika oraz ich dzieci, a już w każdym razie te starsze, czyli Wilhelm, Nene i Sissi, ponieważ co do młodszych, to Ludwik nic im nie mówił, ale rodzice mogli już im o tym wspominać. Wiedziały zatem o tym sekrecie jedynie najbliższe osoby, w tym najbliższa rodzina i dwóch najwierniejszych przyjaciół. Ludwik wiedział, że jego ukochana Elodie powinna się o tym dowiedzieć, ale jeszcze nie czuł się na siłach, aby jej o tym mówić.
- Tak, to prawda - potwierdził słowa przyjaciela Ludwik - Mówiłeś już o tym Blanche?
- Jeszcze nie, ale w końcu będę musiał. Jest przecież moją żoną. Nie powinno się mieć tajemnic przed żonami. Zwłaszcza tymi, które się kocha.
- Tak, wiem o tym. Poza tym, ona też należy do moich przyjaciół. Powinna o tym wiedzieć, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nic jej nie mów. Muszę najpierw o tym opowiedzieć Elodie.
Ponownie milczeli przez chwilę. Potem Ludwik spojrzał na Francois i spytał:
- A skoro już mowa o Elodie, to powiedz mi... Czy można kochać kobietę tak całkowicie czystym uczuciem? Nie pożądając jej fizycznie? Ani nie pragnąc mieć jej nagiej w swoich ramionach przez całą noc?
- Naturalnie, że można - odpowiedział dowcipnie Francois - Jeżeli oczywiście umiesz okłamywać samego siebie.
- Nie rozumiem.
- Bo widzisz, przyjacielu... To, co mówisz, to jest jedna z wielu masek, które lubi nakładać instynkt utrwalania gatunku, zwłaszcza wtedy, gdy jest cyniczny.
Ludwik parsknął śmiechem, słysząc te słowa.
- Instynkt, gatunek, instynkt utrwalania czegoś i utrwalanie gatunku - rzekł, nie kryjąc swego rozbawienia - Trzy słowa, a cztery głupstwa.
- Zrób szóste i ożeń się - powiedział Francois.
- Szóste? - zdziwił się Ludwik - A gdzie jest piąte?
- Piąte już zrobiłeś. Zakochałeś się - odparł Francois.
A widząc rozbawioną twarz Ludwika, szybko dodał:
- A co? Uważasz, że nie jesteś w stanie w swoim wieku tego zrobić? Mylisz się. Masz zaledwie trzydzieści lat. To epoka najlepszej miłości. Najlepszej, a przy okazji też i najgorszej.
- Dlaczego?
- Najlepszej, bo to już czas na dojrzałe zakochanie. I najgorszej, bo jeżeli w tym wielu spotka cię zawód miłosny lub inna tragedia, to z takiej miłości możesz już nie wyjść cało.
- Znawcy mówią, że to pierwsza miłość jest najgorsza.
- A nieprawda, bo pierwsza jest niedojrzała i dziecinna, zaboli cię i owszem, jak wszystkie inne miłości, ale jeżeli nie okażesz się takim głupcem jak Werter, to wtedy przebolejesz ją i będziesz żyć dalej, właśnie dlatego, że pierwsza miłość jest zwykle bardzo niedojrzała, szybko przychodzi, ale potrafi i szybko przeminąć. Po niej czeka cię sto innych, ale po sto pierwszej już raczej nic.
- A która jest ta sto pierwsza?
- Trudno powiedzieć. U każdego człowieka wygląda to inaczej. Ale wiadomo, że w przypadku takiej miłości nigdy już nikogo tak nie pokochasz i nigdy już nie będziesz tak szczęśliwy w miłości. W życiu każdego człowieka to następuje, że się raz wreszcie porządnie zakocha i to tak silnie, że już nie będzie w stanie pokochać kogokolwiek tak samo silnym uczuciem. Wtedy pokocha najmocniej na świecie i albo zwycięży, zyskując wzajemność i wielkie szczęście, albo do końca będzie już nieszczęśliwy.
- Albo ukochana osoba mu umrze i wtedy nie będzie już w stanie znowu się zakochać i z kimkolwiek związać.
- Tak, może i tak być. Ale spokojnie, ciebie i Joanny to nie dotyczy.
- Skąd to wiesz?
- Przecież pokochałeś Elodie, prawda? Jesteś zatem zdolny do miłości i to do miłości całkowitej. Kochasz ją, pragniesz jej i marzysz o tym, aby mieć ją znowu w swoich ramionach, całować ją, a także pragniesz czegoś więcej. To stąd twoje w tym względzie pytania, prawda? Czy istnieje miłość mężczyzny do kobiety czysta i bezinteresowna, pozbawiona erotyzmu? Odpowiem ci... Istnieje, jeżeli dotyczy ona ojca i córki albo dziadka i wnuczki. W przypadku zdrowych mężczyzny i kobiety, spoza tej listy, nie ma szans na brak pożądania.
Ludwik uśmiechnął się, zadowolony przenikliwością przyjaciela i odparł:
- Z Elodie czuję się niesamowicie. Nie umiem tego wyjaśnić, ale czuję do niej coś tak silnego, że nie umiem przestać o niej myśleć. Ona jest po prostu cudowna. A kiedy przypomnę ją sobie w tym stroju Hayde... To po prostu ogarnia mnie tak wielkie szaleństwo uczuć, że po prostu z trudem się opanowuję. Po prostu przy niej się czuję wyjątkowo pod każdym względem, ale nocami marzę o niej, że leży obok mnie i mogę ją tulić do siebie. Nie chcę jednak, aby ona o tym wiedziała. Nie chcę, aby myślała, że tylko jej pragnę. Zastanawia mnie czasami, czy to normalne, czuć do niej coś takiego.
Francois zachichotał i delikatnie trącił go w ramię.
- Oczywiście, że normalne. A co myślałeś? Nie przejmuj się tym jednak. Ty ją kochasz, nie chcesz jej skrzywdzić, zatem wszystko w porządku.
Ludwik uśmiechnął się uszczęśliwionymi tymi słowami i zmienił temat. Nie był co prawda pewien tego, czy przyjaciel go zrozumiał. A może on sam nie zdołał w odpowiedni sposób wyrazić, o co mu chodzi? A może nie umiał tego zrobić? Bo jak powiedzieć o tym, że najbardziej go niepokoi to, czy on umie jeszcze kochać i czy to, co czuje do Elodie jest miłością czy jedynie pożądaniem? Wątpliwości te naszły go dopiero niedawno, kiedy zobaczył ukochaną w tym ponętnym stroju. To wtedy pojawiły się w jego głowie obawy, że jedyne, co do niej czuje, to pociąg i nic ponadto. Nie wiedział jednak, jak to wyrazić słowami i dlatego używał podczas rozmowy z przyjacielem jedynie takich delikatnych pytań oraz odpowiedzi, które nie ukazałyby go w negatywnym świetle. Jednak mimo tego, kiedy myślał nad tym wszystkim wówczas, gdy szedł spać, zrozumiał, że Francois jednak rozwiał jego obawy. Odpowiedział mu szczerze i uczciwie, a ponadto powiedział to, co Ludwik przyjął za bardzo dobrą monetę. Słowa przyjaciela mówiły mu wyraźnie, że jeżeli do Elodie czuje nie tylko uczucie platoniczne, ale i fizyczne, jest to zupełnie, ale to zupełnie normalne. A to, że od niedawna więcej myśli on o tej drugiej sferze uczuć niż o tej pierwszej, to nie oznacza niczego złego. Jak przecież można nie pragnąć takiej cudownej dziewczyny jak Elodie? Może rzeczywiście nie ma w tym nic, ale to nic złego, pod warunkiem, że nad tym uczuciem panuje i nie jest ono jedynym uczuciem do niej? Bo przecież nie jest. Niekiedy nachodziły go takie obawy w tej sprawie, ale rozmowa z Francois, choć nie wyznał mu całej prawdy i nie mówił z nim wprost, pomogła mu to zrozumieć.
Gdyby jednak pojawiły się jeszcze jakieś wątpliwości, a te mogą się jeszcze pojawić, to lepiej będzie, jeżeli będzie się trzymał tej pewności, jaką teraz zyskał i podtrzymywał ją dalszymi spotkaniami z Elodie. Wierzył, że dzięki nim na pewno jego uczucia do ukochanej rozwiną się w taki sposób, iż z czasem już nigdy więcej nie będzie żadnych wątpliwości w tym kierunku.
***
Następnego dnia Ludwik i Elodie wędrowali ulicami Paryża w towarzystwie Francois i Blanche, rozmawiając ze sobą wesoło na przyjemne dla nich tematy. W tej rozmowie przodował Ludwik, żartując i rozbawiając całą kompanię. Jego żarty były tak genialne, że wszyscy niemalże płakali ze śmiechu, kiedy je opowiadał.
- Och, Ludwiku! Jesteś naprawdę strasznie dowcipny - powiedziała Elodie, ocierając sobie palcem łzy wywołane śmiechem.
- Jeszcze chwila i zaraz tutaj pęknę - dodała Blanche, również ocierając sobie z oczu łzy śmiechu.
- Naprawdę, spotkania z naszym kochanym Ludwisiem są zawsze wspaniałe - rzekł Francois.
Ludwik uśmiechnął się serdecznie do przyjaciół i powiedział:
- Naprawdę bardzo wam dziękuję za tak miłe słowa. Jesteście niezwykle mili.
- I szczerzy, bo nasze komplementy są zawsze szczere - zauważyła Elodie.
- Nigdy w to nie wątpiłem - odpowiedział Ludwik, uśmiechając się do niej.
Nagle zauważyli idącą w ich kierunku Martę. Była ona ubrana skromnie, ale dość elegancko, a przynajmniej na tyle, na ile ją było stać. Pod nosem powtarzała sobie jakieś słowa, możliwe, że tekst piosenki i początkowo nie zwróciła uwagi na wesołą kompanię. Jednak kiedy zbliżyła się do nich, nagle ich dostrzegła, po czym uśmiechnęła się serdecznie na widok Ludwika i zawołała:
- Ludwik, to ty?! Miło mi cię znowu widzieć!
- Witaj, Marto. Ciebie też miło widzieć.
Książę bawarski serdecznie powitał dawną koleżankę z aktorskiej trupy, po czym przedstawił ją swoim przyjaciołom.
- Marto, to moi przyjaciele: Elodie, Francois i jego żona Blanche. A to Marta, artystka rewiowa. Kiedyś należała do trupy aktorskiej, w której ja, nie chwaląc się, występowałem i doskonale się bawiłem. Obecnie jednak trupa się rozpadła. To jest, nie tak do końca, bo jeszcze jej resztki podróżują po Europie i dają przedstawienia, ale niewielu już ich tam pozostało. Z prawie trzydziestoosobowej trupy zostało już tylko dziesięcioro.
- To z nimi występowałeś wtedy na placu w Wiedniu? - zapytała Elodie.
- Tak, zgadza się - odpowiedział Ludwik - I to oni dali przedstawienie na balu u cesarza Austrii, które tak ci się podobało.
- Przedstawienie, w którym notabene, sam wziąłeś udział jako Mefistofeles - zauważyła wesoło Blanche.
Marta spojrzała uważnie na Ludwika i zapytała:
- No proszę. Chcesz powiedzieć, że dalej występujesz na scenie?
- Teraz to tylko okazjonalnie, ale lubię to robić - odpowiedział Ludwik - To dla mnie prawdziwa przyjemność.
- To wspaniale, może kiedyś czasem coś zaprezentujesz na scenie? Nie będę ukrywać, chętnie bym cię znowu zobaczyła podczas jakiegoś występu.
Następnie spojrzała na Elodie, Francois i Blanche, po czym powiedziała:
- Nie wiem, czy mi uwierzycie, ale naprawdę był wspaniałym artystą. Tak nas umiał rozśmieszyć, a publiczność porwać swoją grą, że czasami żałowaliśmy, iż jest on księciem, a nie prostym człowiekiem jak my, bo w grze chwilami nie miał sobie równych.
- Wiem, widziałyśmy z Blanche jego występ - odpowiedziała wesoło Elodie, patrząc przy tym na Ludwika z uśmiechem na twarzy - Przyznaję, że nie miał on sobie równych na scenie.
- Potwierdzam, grał ze wszystkich aktorów najlepiej - dodała Blanche.
- Już jako student, grywał czasami w naszym amatorskim teatrze studenckim - zauważył Francois - No i nie będę przed wami taił, był po prostu świetny.
- Wcale mnie to nie dziwi - odpowiedziała Marta z uśmiechem.
Ludwik zadowolony i ucieszony tak licznymi pochwałami, lekko skinął przed swoimi rozmówcami głową, po czym zapytał:
- A przy okazji, to mam takie małe pytanko. Dokąd się wybierasz, Marto?
- Ano właśnie, bo całkowicie bym zapomniała! - zawołała artystka, lekko się uderzając dłonią w czoło - Ja mam przecież ważną sprawę do załatwienia. Jestem na dzisiaj umówiona w miejscowym teatrze na rozmowę. Dyrektor szuka artystów do przedstawień i zamierza postawić na nowe twarze. Dlatego ja zamierzam się u niego zatrudnić. Jak dobrze wypadnę, to zacznę pracę w lepszym miejscu niż ten głupi kabaret. On nie jest zły, ale to dobre na jakiś czas. Poza tym, jaka klientela tam przychodzi i jakie przedstawienia możemy ludziom dawać my, artyści? O nie, w kabarecie nie ma stałego miejsca dla szanujących się aktorów. Teatr... O, teatr to co innego! To jest miejsce dla mnie. Dlatego chcę spróbować swoich sił na scenie teatru. I wierzę, że mi się uda.
- Wiara to połowa sukcesu - powiedział Francois.
Marta spojrzała na Ludwika i jego przyjaciół, zastanowiła się przez chwilę, po czym zaproponowała:
- Słuchajcie, a może pójdziecie tam ze mną? Na moją próbę?
- My? Na twoją próbę? - zapytał Ludwik.
- A to wolno tak sobie przychodzić na czyjąś próbę talentu? - spytała Elodie.
- Owszem, można. Teraz nie ma przedstawienia, można zatem przyjść i sobie popatrzeć - odpowiedziała Marta - Zwłaszcza, jeśli jest się znajomym aktora bądź aktorki. A przecież wy jesteście moimi znajomymi.
Ludwik chętnie przystał na tę propozycję, ale nie był pewien, co na to Elodie, Francois i Blanche, ponieważ nie chciał podejmować decyzje za nich, ani też nie chciał tam iść sam. Jednak widząc, że każde z nich uśmiecha się i kiwa delikatnie głową na znak, iż wyraża zgodę, zadowolony spojrzał na Martę i powiedział:
- A więc chodźmy.
Decyzja została podjęta i wszyscy udali się do teatru. Gdy tylko tam dotarli, to weszli do środka, a tam Marta powiedziała w recepcji, że jest artystką i ma tutaj umówione spotkanie z dyrektorem, a towarzyszą jej przyjaciele, którzy przyszli jej kibicować. Oczywiście wpuszczono ich bez żadnych ceregieli. Kiedy to nastąpiło, weszli na widownię, gdzie czekał już na nich dyrektor. Właściwie, nie czekał na nich, ponieważ siedział on właśnie w jednym z foteli w pierwszym rzędzie i z dużą uwagą przyglądał się występowali jakiegoś artysty wykonującego jakąś piosenkę. Nie chcąc przeszkadzać, Ludwik i jego przyjaciele odczekali cierpliwie, aż występ dobiegnie końca, a kiedy to już się stało, dyrektor zadowolony wstał z miejsca, po czym zawołał:
- Doskonale, proszę pana! Jest pan przyjęty!
Aktor zeskoczył ze sceny i zaczął dziękować, a dyrektor zadowolony uścisnął mu dłoń i dopiero wtedy dostrzegł Martę i jej kompanię. Powiedział więc artyście, aby następnego dnia przyszedł do teatru i wtedy podpiszą kontrakt. Następnie, gdy młody mężczyzna już wyszedł, zbliżył się do Marty i powiedział:
- Witam serdecznie, panno Marto. Miło mi, że pani przyszła. Rozumiem, że nadal chce pani pracować w naszym teatrze.
- Oczywiście, proszę pana - odpowiedziała mu Marta.
- Doskonale. Wiem, że pani dotychczas występowała w kabarecie, ale mówiła pani też, że prócz tego brała pani udział w teatrze objazdowym.
- To wszystko prawda.
- I dlatego uważam, że może się pani jak najbardziej nadawać do poważnych przedstawień, jak i do prostych występów dla mniej wymagającej widowni. Bo jak pani zapewne wie, w tym teatrze wystawiamy to i to. Nie grymasimy, bo publikę mamy różną i musimy być przygotowani na taką i na taką publiczność.
- Wiem o tym i jestem gotowa na różne przedstawienia.
- Doskonale. To bardzo dobrze, bo jak powiedziałem, różna tu bywa publika i do każdej z nich trzeba jakoś dotrzeć.
- Potrafię być dobrą aktorką i prostą komediantką.
- Nie wątpię w to. No cóż... Niech pani wejdzie na scenę i pokaże mi, co pani potrafi. A pani przyjaciół zapraszam na miejsca dla widzów. Mogą pani kibicować.
Ludwik, Elodie, Francois i Blanche usadowili się w najwygodniejszych dla siebie miejscach, a Marta weszła na scenę i zaczęła na polecenie dyrektora śpiewać jakąś francuską piosenkę. Gdy dyrektor przyklasnął jej występowi i zaproponował, aby zadeklamowała fragment jakieś sztuki. Na szczęście Marta, przebywając już od dawna we Francji, nauczyła się wielu ciekawych ustępów z Moliera i Szekspira na pamięć, oczywiście po francusku i dała sobie radę.
- Doskonale, bardzo mi się podoba - powiedział po chwili dyrektor, szczerze zachwycony - A w duecie coś pani potrafi wykonywać?
- Owszem, wiele razy pracowałam w duecie - odparła Marta - Mogę pokazać panu, tylko skąd wziąć kogoś do duetu?
- A może Ludwik? - zaproponowała Blanche wesołym tonem.
Ludwik delikatnie się zmieszał tą propozycją, nie wiedząc, czy powinien on to robić, ale zadowolona pomysłem Elodie, która bardzo chciała znowu zobaczyć ukochanego na scenie, powiedziała:
- To doskonały pomysł! Ludwiku, zaśpiewaj razem z Martą!
Książę spojrzał na dziewczynę nieco zdumiony, ale widząc jej radość, a także równie wielką wesołość u swoich przyjaciół, łatwo zrozumiał, że protestowanie w tej sprawie nie ma najmniejszego sensu i nawet tego nie próbował. Uśmiechnął się delikatnie i powiedział:
- No dobrze, skoro publiczność prosi, to się nie odmawia.
- Zasada każdego porządnego teatru - powiedział rozbawiony tym pomysłem dyrektor - Zapraszam pana na scenę, panie Ludwiku. Tylko niech się pan niczym nie przejmuje. W końcu to nie pan jest dzisiaj egzaminowany.
Ludwik odpowiedział na to uśmiechem, po czym spojrzał ponownie na swych przyjaciół, a widząc ich miny, które zachęcały ją do działania, wstał z miejsca, po czym wszedł na scenę i dołączył do Marty.
- To zaśpiewajcie państwo coś wspólnie - zaproponował dyrektor.
- Ale co konkretnie? - zapytała Marta.
- Wszystko jedno, byle ciekawego - odpowiedział mężczyzna.
- Ale ja znam tylko kilka piosenek po francusku - powiedział Ludwik - Bo ja jestem z Bawarii, proszę pana i francuski pamiętam jeszcze z czasów studenckich, z których to pamiętam jeszcze kilka piosenek.
- To proszę zaśpiewać jedną z nich - rzekł na to dyrektor.
- To może „Okładka łatwo cię może zwieść”? - zaproponował Ludwik.
- Znam to, świetna piosenka - stwierdziła Marta.
- Doskonale, a więc do dzieła! - zawołał dyrektor, zgadzając się.
Elodie, Blanche i Francois zaczęli z uwagą wpatrywać się w scenę, nie mogąc się już doczekać występu przyjaciela, po którym spodziewali się wręcz cudownej zabawy. Widok ich zadowolonych i radosnych twarzy sprawiał, że Ludwik poczuł się od razu jak w swoim żywiole i dał znak Marcie, iż mogą zaczynać. Dyrektor z radością wskazał palcem na pianistę, siedzącego przy swoim instrumencie z boku pod sceną, ten zaczął grać i muzyka powoli dotarła do uszy artystów. Ci zaś w ten sposób otrzymali znak, że już pora i rozpoczęli występ. Pierwsza zaczęła śpiewać Marta:
Stryjek Gutenberg wielbił księgi,
Mieszkał sobie w Paryżu
I milion tomów w gabinecie miał.
Nałogowo mi je czytał,
Bo w nałogu ciągle żył,
Lecz był światłym bibliofilem
Dobrze pewną on mądrość znał.
Zaraz potem Ludwik i Marta zaczęli razem śpiewać, wykonując przy tym w ciekawy i zarazem fantazyjny sposób wesoły taniec:
Okładka łatwo cię może zwieść,
Więc książkę otwieraj, wejdź w jej treść,
A z liter linijek wnet odkryjesz,
Że ten król to zwykły kmieć.
Tytuł to zaledwie znak,
Zachęta mała, coś na smak,
Lecz przekaz czasem złudny może nieść.
Bo okładka ma sznyt, który łatwo cię może zwieść.
Artyści wykonali na scenie kilka tanecznych fikołków, a zaraz potem Ludwik, bo na niego teraz przyszła kolej, zaśpiewał:
Baronowa Hiacytrasz kokosy skryła w żarze plaż.
Tam tylko uśmiech zdobił ją.
I dwa pióra oraz list.
Więc nikt jej nie chciał okraść,
Bo jaki miałby z tego zysk?
Bo kto Adama nosi strój,
Ten biedny zdaje się jak mysz.
Następnie ponownie Ludwik i Marta, wykonując jednocześnie wesoły taniec, zaśpiewali jednocześnie:
Okładka łatwo cię może zwieść,
Więc książkę otwieraj, wejdź w jej treść,
A z liter linijek wnet odkryjesz,
Że ten król to zwykły kmieć.
Tytuł to zaledwie znak,
Zachęta mała, coś na smak,
Lecz przekaz czasem złudny może nieść.
Bo okładka ma sznyt, który łatwo cię może zwieść.
Piosenka dobiegła końca, a wówczas z widowni posypały się brawa. Bił je nie tylko dyrektor, ale także Elodie, Francois i Blanche. Brawa bił również muzyk przy pianinie, będąc nie mniej zachwycony niż pozostali.
- Brawo, doskonale! - zawołał radośnie dyrektor teatru, wstając z miejsca, po czym podchodząc do Marty i Ludwika, którzy właśnie zeszli ze sceny.
Uściskał im obojgu dłonie, a dłoń Marty nawet ucałował z szacunkiem, zaś z jego ust poleciał potok pochwał.
- Była pani wspaniała, panno Marto. Jestem pod wrażeniem. Nie potrzeba mi więcej dowodów pani talentu. Jest pani przyjęta.
Marta pisnęła z radości i mocno uściskała Ludwika, a spojrzała na dyrektora, składając mu wielkie podziękowania za danie jej szansy i zaczęła obiecywać, że na pewno pan dyrektor nie będzie miał powodów do narzekania na nią, że doskonale sobie da radę, że udowodni wszystkim widzom swój talent i ludzie ją pokochają.
- Nie wątpię w to - odpowiedział na to dyrektor z zadowoleniem w głosie - A pan, panie Ludwiku? Pan też występował wspaniale. Czy nie myślał pan o pracy w naszym teatrze?
Elodie i Blanche parsknęły śmiechem, słysząc tę propozycję, a Francois lekko zachichotał, czekając z ciekawości na odpowiedź Ludwika. Ten zaś powiedział:
- Pana propozycja sprawia mi naprawdę olbrzymią przyjemność, ale niestety muszę panu odmówić. Nie jestem zawodowym aktorem, gram jedynie od czasu do czasu i dla przyjemności. Mam inną pracę i jej się muszę poświęcić.
Dyrektor posmutniał, kiedy to usłyszał, ponieważ oczami wyobraźni widział już ten genialny duet, zachwycający swoimi występami milionową publiczność w jego teatrze. Mimo wszystko, uścisnął znów dłoń Ludwika i powiedział:
- Rozumiem pana. Jest mi przykro, ale rozumiem. Widocznie ma pan zupełnie inne przedstawienie przed sobą.
- Sam bym tego lepiej nie ujął - powiedział Francois rozbawiony jak nigdy.
- Rozumiem i nie naciskam - odparł dyrektor - Jeśli jednak kiedyś zechce pan zagrać w moim teatrze, to może pan być pewien, że na pewno panu to umożliwię.
- Och, dziękuję panu - powiedział Ludwik wzruszony propozycją - Z wielką przyjemnością u pana wystąpię przy najbliższej okazji. Jeżeli tylko będzie taka.
- Wierzę, że będzie. Proszę pamiętać o tym, gdy znowu będzie pan w pobliżu. Ta scena jest po prostu dla pana stworzona. Albo pan dla tej sceny.
Po tych słowach, dyrektor ponownie uściskał dłoń Ludwika, który uśmiechnął się do niego życzliwie, życzył powodzenia Marcie i skierował się ku wyjściu wraz ze swoimi przyjaciółmi.
- Ludwiku, naprawdę byłeś doskonały - powiedziała Blanche.
- Doskonały, tak jak wtedy w Austrii - dodała z zachwytem w głosie Elodie.
Z całej grupy, to właśnie ona była najbardziej pełna podziwu dla Ludwika i jego talentu aktorskiego. Nie ukrywała i nie zamierzała ukrywać, że książę jest w jej oczach naprawdę wspaniałym artystą, a podziwianie go na scenie jest dla niej prawdziwą przyjemnością. Żałowała, że sama takiego talentu nie ma, ale uznała, że nie można mieć wszystkiego. Poza tym i tak oboje mieli o czym rozmawiać i jak spędzać ze sobą czas, żeby nie musieć żałować tego, iż nie musi z nim występować na scenie.
- Jak dla mnie, nasz drogi Ludwiczek zdecydowanie minął się z powołaniem - powiedział dowcipnym tonem Francois.
- A z tym się zgadzam, choć może nie tak radykalnie jak ty - dodała Blanche - Jak dla mnie, to dobrze, że jest on księciem. Jako książę może więcej zdziałać na tym świecie i więcej dobrego w ten świat przynieść. Ale uważam, zapewne tak jak i wy wszyscy, że gdyby nie był następcą tronu Bawarii, to mógłby być znanym na całym świecie znakomitym aktorem.
- Podpisuję się pod tym obiema rękami - powiedziała Elodie.
Ludwik zachichotał, rozbawiony i wzruszonymi tymi komplementami.
- Miło mi, że tak mówicie i doceniacie mój talent. Nie chcę się chwalić, ale moim zdaniem dobrze sobie radzę jako aktor.
- Nie chcesz się chwalić, ale właśnie to robisz - rzuciła zadziornie Elodie.
- Och, Elodie. Jak możesz? Przecież ja tylko stwierdzam oczywiste fakty. A te są takie, że kocham sztukę i scenę.
- Nikt tego nie neguje, Ludwisiu. Tylko odrobina więcej skromności w twoim stwierdzaniu faktów by nie zaszkodziła.
Ludwik uśmiechnął się do Elodie, patrzącej na niego z figlarnymi iskierkami w oczach i powiedział:
- No, ale tak czy inaczej, nie mogę zostać zawodowym aktorem. Marta mi raz powiedziała, że jej zdaniem aktorstwo to dla mnie przede wszystkim dobra zabawa i tym się od siebie różnimy, że dla niej to sposób na zarabianie na życie, a dla mnie jedynie przyjemna odskocznia od obowiązków. I wiecie co? Ma rację. Naprawdę w tej sprawie ma rację. Ja kocham sztukę i scenę, ale czy umiałbym żyć jako aktor i to jeszcze wędrowny? Czy umiałbym tak żyć na dłuższą metę? Czy ja, wychowany w luksusie i zbytku, umiałbym z tego tak całkowicie zrezygnować? No, może ze zbytku i luksusu tak, ale nie z wygody, jakie one dają. Poza tym, nie gnuśnieję. Ja naprawdę mogę wiele zrobić jako przyszły władca Bawarii i zamierzam to robić. W zasadzie już robię, ale nie będę tu zdradzać szczegółów, bo znowu ktoś powie, że się chwalę.
Elodie zrobiła do niego zadziorną minę, gdyż doskonale wiedziała, że do niej jest ta aluzja, a Ludwik ciągnął dalej:
- Tak czy inaczej, muszę być tym, do czego zostałem stworzony. Ale z bycia aktorem nie zamierzam całkowicie zrezygnować. Gdy tylko będę miał możliwość, zagram na scenie niejeden jeszcze raz. I będę promował artystów. Bawaria stanie się za naszych czasów kolebką kultury i sztuki.
- A król Bawarii będzie mecenasem tej kolebki oraz aktorem - powiedział na to żartobliwym tonem Francois - Nie boisz się, że to ostatnie sprawi, że ludzie cię wezmą na języki?
- Nie, a niby czemu? - odpowiedział na to Ludwik beztrosko - Ja mam do tego takie podejście, jak w tej piosence z czasów studenckich. Pamiętasz ją, Francois?
Następnie zaczął wesoło śpiewać:
Są tacy ludzie, co martwią się zawsze.
Wszędzie znajdują tragedie najłzawsze.
Muszą się smucić, jawnie czy też skrycie,
Choć każdy przyzna, że piękne jest życie.
Gdyby szli wszyscy za moim przykładem,
Mieliby humor, tak jak i ja mam!
Na splin recepta jest, nie kryję wcale.
Całkiem bez „ale”, wszystkim darmo dam!
Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce.
Woda jest zimna, usta gorące.
Niebo błękitne, oczy czarne,
Dni posrebrzane, noce parne.
Gwiżdżę na wszystko, śpiewam z humorem.
Maluję serca złotym kolorem,
A sekret tego jest wciąż ten sam,
Że ciebie, miła, tak blisko mam.
Francois zachichotał, ponieważ doskonale znał tę piosenkę i dla zabawy teraz on zaczął śpiewać kolejną zwrotkę:
Słonecznie było, gdy byliśmy razem.
Ja byłem dziadem, ty byłaś obrazem.
Słowa jak grochy, a ty jak ściana
I notabene też pomalowana.
Lecz dni mijają i to się skończyło.
Ty sobie poszłaś, ja zostałem sam
Ale to dziwnie jakoś się złożyło,
Że nie rozpaczam, no i humor mam!
Ludwik rozbawiony i zadowolony, że przyjaciel pamięta ten utwór, spojrzał z radością na Francois, po czym obaj zaśpiewali refren:
Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce.
Woda jest zimna, usta gorące.
Niebo błękitne, oczy czarne,
Dni posrebrzane, noce parne.
Gwiżdżę na wszystko, śpiewam z humorem.
Maluję serca złotym kolorem,
A sekret tego jest wciąż ten sam,
Że ciebie, miła, tak blisko mam.
Elodie i Blanche zaczęły wesoło bić brawo swoim ukochanym, rozbawione i to na całego ich występem.
- Widzę, że nie tylko Ludwik minął się z powołaniem - powiedziała Elodie.
- Zgadzam się. Mój mąż nie jest wcale gorszy jako artysta - dodała Blanche.
- Uznaję to za komplement - odparł na to Francois.
Ludwik nic nie powiedział. Przysłuchiwał się jedynie śmiechowi Elodie, tak uroczemu i słodkiemu, jak dźwięk tysiąca uroczych malutkich dzwoneczków, które przyjemnie pieszczą ucho słuchającego i sprawiają, że nawet jeżeli jest w niezbyt dobrym nastroju, to musi pod ich wpływem się uśmiechnąć, do czego ma jeszcze większą ochotę, kiedy jest w dobrym humorze, czyli w takim, w jakim Ludwik był w tamtej chwili.
***
Kolejny dzień przyniósł zupełnie inne atrakcje dla Ludwika i Elodie. Oboje z ciekawości obejrzeli bibliotekę cesarzowej Eugenii, ponieważ podczas rozmów na temat najnowszych książek ulubionych pisarzy nie byli pewni, czy aby wszystkie je posiada władczyni Francji. Ponieważ przebywali cały czas na terenie pałacu, to przyzwoitka nie była im potrzebna i mogli pozostać całkowicie sami. Wykorzystali tę możliwość, aby dokładnie i bez pośpiechu przejrzeć zbiory cesarzowej. Ludwik był nimi naprawdę zachwycony. Zobaczył w niej wiele znakomitych dzieł, jakie i on posiadał w swojej bibliotece, oczywiście przetłumaczone na język niemiecki, co wszakże w jego przypadku nie było konieczne, bo doskonale znał francuski i to nie tylko w mowie, ale i w piśmie, jednak Ludwikowi to nie przeszkadzało, ponieważ był zdania, że najprzyjemniej się wszakże czyta książki w swojej ojczystej mowie.
W bibliotece jednak znalazło się również kilka tytułów jeszcze księciu wcale nie znanych. Jedno z nich szczególnie przykuło uwagę Ludwika, a była to krótka powiastka Prospera Merimee „Carmen”. Opowieść o losach pewnej Cyganki o tak podłym charakterze, że doprowadza zakochanych w niej mężczyznach do zguby. Najpierw wiąże się z pewnym bandytą, potem podczas kłótni w fabryce cygar, w której pracuje, rani nożem koleżankę, za co zostaje aresztowana, ale uwodzi ona młodego sierżanta Don Josego, który puszcza ją wolno, za który to czyn sam trafia do aresztu. Carmen jednak, bo tak nazywa się nasza okrutna Cyganka, pomaga mu uciec i zabiera go do bandyckiej kryjówki, a tam Jose odkrywając, że Carmen ma męża, zabija go w pojedynku i sam zostaje mężem ukochanej. Ta jednak szybko się nim nudzi i zaczyna wzdychać za bożyszczem tłumów, młodym i przystojnym torreadorem Escamilio. Gdy Jose to odkrywa, zrozpaczony próbuje zachować przy sobie ukochaną, a kiedy mu się to nie udaje, przebija ją nożem, na zawsze w ten sposób pieczętując swój los.
Tak oto w skrócie przedstawiała się fabuła owej powiastki, którą Ludwik oraz Elodie we dwoje postanowili bliżej poznać. Słyszeli o niej już wcześniej, ale nigdy wcześniej nie mieli okazji, aby to zrobić, a teraz trafiła im się szansa i nie chcieli jej zmarnować. Dlatego zasiedli przy stoliku i zaczęli z uwagą czytać powieść. Nie obejrzeli się nawet, kiedy już przeczytali oboje całą książkę w około trzy godziny. Siedząc obok siebie i trzymając wspólnie powieść i razem czytając całą jej treść, tak doskonale się bawili, że nawet nie zauważyli, jak doskonale im minął czas i jak wspaniale się przy tym czuli.
Na dworze cesarskim dość szybko informacja o tym rozeszła się między nie tylko dworzanami, ale i dyplomatami, a nawet dotarła do samego Napoleona III, który nie omieszkał o wszystkim opowiedzieć swojej żonie, która z kolei nie kryła swego zadowolenia z powodu tego, co wielu innych uważało za co najmniej dość dziwaczny pomysł. Dworzanie żartowali, że książę Ludwik i księżniczka Elodie w kilka godzin, które mieli jedynie dla siebie, czytali książkę. Chociaż panował tutaj wielki szacunek do literatury, to jednak mole książkowe budziły w tym miejscu, co najmniej politowanie. Ludwik i Elodie jednak, idąc przykładem piosenki, którą to wczoraj śpiewał sobie książę bawarski i jego przyjaciel, gwizdali na to wszystko, choć głośno tego nie powiedzieli, poprzestając jedynie na ignorowaniu wszelkich w tej sprawie złośliwości, jakie na ten temat padały. Oni byli zadowoleni z tak dla siebie mile spędzonego czasu i nie zamierzali tego się wstydzić.
Innego dnia zostali zaś zaproszeni do domu Aleksandra Dumasa ojca, który to miał do nich naprawdę bardzo ciekawą wiadomość. Zaintrygowani bardzo z tego powodu Ludwik, Elodie, Francois i Blanche udali się do pisarza, w głowach sobie już układając różne ciekawe teorie na temat tego, z czym zostali wezwani. Jednak nawet najbardziej śmiałe pomysły w tej sprawie okazywały się całkowicie blade w porównaniu z tym, jaki był prawdziwy powód.
- Witajcie, moi kochani! - zawołał radośnie Aleksander Dumas ojciec, mocno ściskając Ludwika i Francoisa, a potem serdecznie całując w rękę Elodie i Blanche - Bardzo miło mi was widzieć. Cieszy mnie, że przyjęliście moje zaproszenie.
- Jak moglibyśmy nie przyjąć tak miłego zaproszenia? - zapytała Elodie.
- Jednak ciekawi mnie, co jest tego przyczyną - dodał Ludwik.
Dumas ojciec uśmiechnął się do nich ponownie, po czym poprowadził ich do salonu, gdzie czekał już, siedzący przy stoliku jego potomek, poznany już też przez naszych bohaterów Aleksander Dumas syn, znany tu od kilku lat pisarz romansów salonowych.
- Pamiętacie mojego syna, Aleksandra? - zapytał Dumas ojciec i zachichotał - Racja, jak moglibyście go nie pamiętać. Utalentowany chłopak i moja prawdziwa duma. Mój potomek, mój imiennik i zarazem mój dziedzic pod względem talentu. Z takiego syna każdy ojciec byłby dumny.
- Ojcze, nie przesadzaj - zaśmiał się lekko zmieszany tymi komplementami Aleksander Dumas syn.
- Widzicie, jaki skromny? To naprawdę wspaniały młody człowiek. I to lepszy nawet niż ja, bo skromny, czego o mnie powiedzieć się nie da - zażartował sobie Aleksander Dumas ojciec - A najlepszym dowodem jego wielkości jest to, że jego powieść została niedawno przerobiona na operę.
- O, to rzeczywiście wielki sukces - zgodził się Ludwik.
- I to nie byle jaką operę, ale włoską - dodał Dumas ojciec.
- Włoskie opery zawsze były najlepsze - powiedział Francois - Nie chcę tutaj bynajmniej odbierać splendoru operom naszym, jednak uważam, że włoskiej opery nic nie przebije.
- Zgadzam się, widziałam kilka włoskich oper. Są cudowne - dodała Blanche.
- Potwierdzam. One są po prostu cudowne i tworzone z taką pasją - rzekł na to Ludwik, nie kryjąc swojego zachwytu tą dziedziną sztuki - Zresztą wydaje mi się, że kto jak kto, ale Włosi wszystko robią z pasją.
- Nie inaczej i w tym wypadku też tak jest - powiedział Dumas ojciec - Ale ja chyba zaczynam mówić od końca, a nie od początku, jak należy. Chociaż mój syn czasami zaczyna tak swoje romanse salonowe. Najpierw znamy koniec, a dopiero potem stopniowo poznajemy wszystko, jak doszło do tego końca. Nie myślcie, że to jest zarzut. To bardzo dobry styl, choć ja wolę pisać inaczej.
- Każdy ma swój własny styl pisarski - zauważył Dumas syn.
Ojciec przyklasnął mu zadowolony i zawołał:
- Święte słowa, mój synu. Święte słowa! Ja tam wolę romanse przygodowe w swoich powieściach opisywać, ale zobacz, moje powieści jak dotąd nikt na operę nie przerobił. A tu proszę, twoja powieść ma zaledwie kilka lat i zobacz, już się na jej podstawie doczekałeś opery.
Następnie pisarz spojrzał uważnie na swoich gości i powiedział:
- Powiedzcie mi, proszę. Czy znacie powieść „Dama kameliowa”?
Cała czwórka doskonale ją znała. Od kilku lat ta opowieść o wielkiej miłości młodego arystokraty i uroczej kurtyzany o wielkich sercu i umierającej na gruźlicę, częściowo oparta na romansie samego Aleksandra Dumasa syna i kobiety bardzo podobnej do tej ukazanej na kartach powieści, która właśnie na gruźlicę zmarła, była opowieścią znaną powszechnie w całej Francji i kilku zagranicznych krajach. Dotarła ona także do Bawarii i Ludwik miał możliwość ją przeczytać. Widział też, kiedy Elodie przybyła do Wiednia, jak i ona czytała właśnie tę książkę. Powieść ta była naprawdę piękna pod wieloma względami, a do tego Ludwik częściowo się z bohaterem tej historii utożsamiał. Przecież jego ukochana Joanna zmarła właśnie na gruźlicę w kwiecie wieku i on sam mocno to przeżył. Oczywiście Joasia nigdy nie była kurtyzaną, ale damą z wyższych sfer i wykształconą, ale dla zakochanego człowieka nawet najmniejsze podobieństwo do prawdziwych wydarzeń, wyczytane przez niego w książce, ma ogromne znaczenie i stanowi powód do smutku albo też radości, w zależności od tego, do czego on znajduje to podobieństwo.
- A więc, skoro ją znacie, to wiecie, że to naprawdę doskonałe dzieło - mówił dalej Aleksander Dumas ojciec - Nic więc w tym chyba dziwnego, że zostało ono docenione przez włoskiego kompozytora i wyprodukował on na jej podstawie tak wspaniałą operę, że nie płakać na niej jest chyba dowodem braku wrażliwości. Ta opera nazywa się „Traviata”, a jej kompozytorem jest, wiecie kto? Nie kto inny, tylko sam Giuseppe Verdi.
- Sam wielki Verdi? - zapytał zaintrygowany Ludwik, któremu to nazwisko nie było obce.
- Nie inaczej, on sam - odpowiedział Dumas ojciec - Sam wielki Verdi. I jak się tego zapewne domyślacie, stworzył po prostu wybitne dzieło. No, może nie tak wybitne, jak dzieło mojego syna, ale zawsze. No i wyobraźcie sobie, że pan Verdi przybył niedawno do Paryża i ma wystawiać jutro tę operę i zaprosił mnie i mego syna na premierę jako gości honorowych.
- A my z ojcem pomyśleliśmy, że szkoda by było iść tam samemu - dołączył do rozmowy Dumas syn - I dlatego pomyśleliśmy o was, abyście poszli z nami.
- No właśnie, moi kochani - przytaknął temu Dumas ojciec - W końcu, chyba możemy się nazwać nawzajem przyjaciółmi. A nie wyobrażam sobie, abym miał w jutrzejszym dniu świętować wielki sukces mojego syna bez moich przyjaciół.
- Których i ja mam nadzieję zaliczać do grona swoich przyjaciół - dodał na to Dumas syn.
Zaproszenie to było na tyle urocze, że trudno było mu odmówić. Z tego zatem powodu ani Ludwik, ani reszta kompanii nie byli w stanie dać inną odpowiedź niż tylko pozytywną.
***
Następnego dnia, zgodnie z zapowiedzią pana Dumasa, odbyła się premiera opery „Traviata”. Ludwik, Elodie, Francois i Blanche nie byliby w stanie odmówić sobie takiej wspaniałej atrakcji, tym bardziej, że zostali oni zaproszeni na nią przez swojego przyjaciela i idola literackiego zarazem, czyli Dumasa ojca. Tego rodzaju zaproszenie stanowiło prawdziwy zaszczyt dla całej czwórki, jak i też przyjemność najwyższego poziomu, dlatego z przyjemnością przybyli oni do opery, gdzie zaraz odnaleźli oni obu Dumasów: ojca i syna. Ci powitali ich serdecznie, uradowani z powodu ich obecności.
- Strasznie się cieszę, że tutaj przybyliście, moi kochani - powiedział do nich głosem pełnym serdeczności Dumas ojciec.
- Bardzo nam miło, że przyjęliście nasze zaproszenie - dodał Dumas syn, w którego głosie także można było wyczuć wiele serdeczności.
- No cóż... Tak uroczemu zaproszeniu nie wyobrażam sobie, abyśmy umieli odmówić - odpowiedział na to Ludwik.
- Urocze zaproszenia to przecież mają do siebie, że odmówić im nie sposób - dodał wesoło Francois.
- Zwłaszcza, jeśli prosi o to przyjaciel - rzekła serdecznie Elodie.
Obaj panowie Dumas z radością im jeszcze raz podziękowali za przybycie, po czym poprowadzili ich do swojej loży, w której wygodnie się usadowili.
- Przy okazji, po jakiemu będzie ta opera? - zapytała Blanche.
- Po włosku, oczywiście - odpowiedział jej Dumas syn.
- Czyli w języku wielkiej sztuki - dodał Dumas ojciec.
Blanche i Francois całkiem dobrze znali ten język, choć nie perfekcyjnie. Za to Ludwik i Elodie potrafili się nim doskonale posługiwać i ich wiedza o nim była na tyle duża, że umieli bez problemu zrozumieć, o czym śpiewają tenorzy. Gdyby jednak nie znali tego języka, to i tak bez trudu zrozumieliby treść opery z powodu znajomości pierwowzoru, jak i z powodu swojej wrażliwości, która sprawiała, że uważali oni muzykę, a już zwłaszcza muzykę klasyczną za język uniwersalny i tak bardzo łatwo zrozumiały dla każdego, kto potrafi ją pokochać, a oni potrafili. Oni ją kochali od swoich najmłodszych lat i dlatego zrozumienie jej języka nie byłoby dla nich niczym trudnym, nawet gdyby włoski był im obcy. Ale nie był, dlatego też bez żadnego trudu zrozumieli, o czym jest opera i zachwycili się tym, podobnie jak i niezwykle piękną muzyką i przepięknie wyśpiewanymi ariami. Te chwytały ich za serce i sprawiały, że mogli ich słuchać i słuchać i rozkoszować się tym, jak one są cudowne i jak bardzo trafiały do ich wrażliwych serc.
Po zakończeniu przedstawienia, zewsząd posypała się prawdziwa burza braw. Nikt z widzów nie żałował oklasków i zachwytów, bo i powodów ku temu było tak wiele, że gdyby chciano wszystkie wymienić, zajęłoby to dużo czasu, a i tak wszak nie dawało gwarancji, że się wymieniło wszystkie. Widzowie to wiedzieli i dlatego z przyjemnością bili brawo na dowód swego zachwytu operą. Najgłośniej chyba w tamtej chwili jednak oklaski dawali Ludwik i Elodie, wzruszeni i zachwyceni aż do granic możliwości. Elodie miała łzy w oczach, a Ludwik z trudem powstrzymywał się od płaczu. Do obojga z nich tak mocno przemówił spektakl i chcieli dać tego wyraz jak najbardziej wyraźnie, aby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości w tej kwestii, że opera ich zachwyciła, że chwyciła ich za serce i że na pewno jeszcze, przy najbliższej okazji, zobaczą kolejny jej spektakl. Nikt z osób siedzących wraz z nimi w loży nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Po jednym spojrzeniu na ich twarze, Francois i Blanche oraz obaj panowie Dumas byli w stanie stwierdzić, że opera ich zachwyciła i bardzo wzruszyła. Dlatego nawet nie pomyśleli o tym, aby zapytać o ten fakt. Był on dla nich wręcz oczywisty.
- I cóż powie autor pierwowzoru na temat opery? - zapytała Blanche, patrząc na Aleksandra Dumasa syna.
Pisarz uśmiechnął się zadowolony i odpowiedział:
- Lepszej opery na podstawie mojej powieści nie można było stworzyć.
Po tych słowach zaproponował, aby złożyć podziękowania oraz uszanowanie kompozytorowi, żeby mógł on wiedzieć, jak doskonałe dzieło stworzył. Kiedy zaś do niego szli, zauważyli, że z panem Verdim rozmawia właśnie jakiś młodzieniec. Miał on zaledwie szesnaście lat, ciemne włosy, średni wzrost i sympatyczną twarz.
- Bardzo pana przepraszam, mistrzu, że przeszkadzam, ale naprawdę jakoś nie byłem w stanie się powstrzymać od zrobienia tego - mówił młodzieniec głosem tak bardzo podnieconym, że z trudem panował nad wzruszeniem.
- Ależ nic się nie stało, młody człowieku - odpowiedział mu Verdi, na którego twarzy malował się serdeczny i przyjazny uśmiech.
- Pan zapewne się dziwi, czemu do pana przychodzę, ale widzi pan, ja jestem studentem muzyki i w przyszłości chcę być kompozytorem, jak pan.
- Rozumiem. I chciał pan poznać starszego kolegę po fachu.
- Raczej swojego mentora i wzór do naśladowania.
Verdi zachichotał, rozbawiony tymi słowami.
- Wolałbym raczej określenie „kolegę po fachu”. Uważam, że ono tu bardziej pasuje. Nie wiem, czy nadaję się na mentora, a tym bardziej jeszcze na wzór do naśladowania. Ale mimo wszystko, miło mi słyszeć tak przyjemne słowa.
Rozmawiali przez chwilę na temat komponowania oper, dlatego obaj panowie Dumas i ich przyjaciele odczekali cierpliwie, aby nie przeszkadzać. Poza tym, ten młodzieniec wydawał się im naprawdę sympatyczny i pełen pasji. Byli w stanie go zrozumieć, bo sami posiadali pasję do tego, co robią. Umieli też pojąć, że na widok swego idola ów młody człowiek nie był w stanie zapanować nad chęcią rozmowy z nim. Ludwik szczególnie to rozumiał, sam przecież niedawno miał podobnie, gdy miał możliwość poznać osobiście Aleksandra Dumasa ojca.
W końcu jednak rozmowa dobiegła końca. Verdi udzielił kilku rad swojemu młodemu wielbicielowi i potem go pożegnał, przepraszając bardzo, ale widzi, że z nim chcą rozmawiać jeszcze inni ludzie i musi znaleźć dla nich czas. Młodzieniec oczywiście to zrozumiał, ukłonił się uniżenie i opuścił lożę mistrza Verdiego. Po drodze minął obu panów Dumas, witając ich serdecznie i mówiąc:
- Naprawdę, wspaniała opera na podstawie wspaniałej powieści. To jest to, co ja nazywam operą stworzoną z pasji.
- Dziękuję w imieniu swoim i pana Verdiego - powiedział Dumas syn.
- Nie ma za co, to sama prawda - odparł na to młodzieniec - A przy okazji, to sam kiedyś zamierzam taką skomponować. Nawet już mam pierwowzór, z którego stworzę swoje wiekopomne dzieło. To będzie piękna francuska opowieść o miłości pewnego hiszpańskiego żołnierza do zmiennej Cyganki. Zapewne państwo znacie to dzieło, prawda?
- Oczywiście, że znamy - odpowiedział na to Ludwik - To przecież „Carmen”. Zgadzam się z panem. To naprawdę piękna opowieść. Będzie z tego piękna opera.
- Też jestem tego pewna - powiedziała całkowicie szczerze Elodie.
Młodzieniec uśmiechnął się do nich przyjaźnie i podziękował za ich słowa, po czym ruszył wesoło w kierunku wyjścia.
- Chwileczkę, proszę pana! - zawołał Ludwik.
Młody mężczyzna zatrzymał się na schodach i obejrzał się na księcia.
- Tak, proszę pana?
- Może pan powiedzieć mi, jak się pan nazywa? Może pana nazwisko będzie kiedyś znane i zobaczę je na afiszach. Miło mi będzie wtedy powiedzieć sobie, że pana poznałem wcześniej, jeszcze przed zdobyciem przez niego sławy. To jak się pan nazywa?
- Bizet. Georges Bizet.
Po tych słowach, młodzieniec uśmiechnął się przyjaźnie do Ludwika i powoli ruszył w stronę wyjścia.
Podziwiam Sissi, że nauczyła się węgierskiego. To przecież bardzo trudny język. Ale zdecydowanie bardzo pomoże jej w zachowaniu dyskrecji podczas rozmów na cesarskim dworze. Sissi to poliglotka.
OdpowiedzUsuńCiekawe są jej przemyślenia. Bo czy zmieniając się, to nie tracimy części siebie? Bardzo dobre pytanie.
Osoba o tak twardym i niezależnym charakterze chce być przede wszystkim wolna. A nie ładną laleczką na wystawie, trofeum, którym Franciszek Józef może się pochwalić. Sissi bardzo mi się podoba w tej historii.
Ciekawe jest ten fragment o Polsce. Bo gdyby nie anarchia szlachecka i brak reform, nasz kraj nie padłby ofiarą zaborców. Sami sobie zgotowaliśmy ten los.
Sissi obserwuje bawiące się beztrosko dzieci z pewną zazdrością, że ona już nie ma i nie będzie miała nigdy dawnej swobody. Rozumiem ją, ale oczywiście nie da się cofnąć tego, co było i znowu przeżyć dzieciństwo. Sissi zdaje się to rozumieć, bystra dziewczyna. Wie też, że wychodząc za Franciszka zostanie zamknięta w złotej klatce. Nie chce do tego dopuścić i dlatego już teraz walczy o swoją niezależność. Bardzo mi się to podoba, granice trzeba stawiać od początku.
Mąż Blanche mnie zaskoczył pozytywnie. Wcześniej miałam go za takiego dowcipnisia w stylu Ricardo, teraz odkrywam jego drugą twarz. Że on i Blanche traktują panienkę Elodie jak członka rodziny i dlatego nie chcą, aby ktoś ją skrzywdził. Dlatego jest ciekaw tego, co Ludwik do niej czuje. Na szczęście, książę ją traktuje poważnie.
Ciekawa była rozmowa Francois i Ludwika. I ciekawe wnioski obaj z niej wyciągnęli. Przyjaźnie między kobietą a mężczyzną bez erotycznej fascynacji, moim zdaniem zdarzają się bardzo rzadko. A w przypadku Ludwika i Elodie czuję coś więcej niż tylko przyjaźń.
Sympatyczne spotkanie z tą aktorką Martą, koleżanką Ludwika. Aktor przed publicznością w teatrze codziennie przechodzi weryfikację swoich umiejętności.
Jednak, żeby naprawdę zmienić świat na lepsze trzeba zaistnieć na scenie politycznej. Ludwik ma właśnie możliwości, aby tego dokonać, a aktorstwo jest dla niego tylko miłym i przyjemnym hobby, wspomnieniem studenckich beztroskich czasów. I nie powinien się tak przechwalać, bo to bywa irytujące dla słuchaczy, na co słusznie zwróciła mu uwagę jego ukochana dziewczyna.
Jestem pod wrażeniem, jaki wysoki poziom prezentują Ludwik i Elodie, jak są zafascynowani światem sztuki.
Obaj panowie o nazwisku Dumas przeszli do historii literatury. Ojciec jako autor "Trzech muszkieterów" i "Hrabiego Monte Christo", a syn wzruszającej i bardzo romantycznej "Damy kameliowej".
Żaden styl nie jest lepszy ani gorszy, każdy jest inny. Choć syn w pewien sposób przebił ojca, bo na podstawie "Damy kameliowej" powstała znana opera.
A tu kolejny smaczek historyczny, że poznajemy przyszłego twórcę kolejnej słynnej opery "Carmen".