
Nad jeziorem, znajdującym się na terenach w pobliżu miasta Wiedeń, stolicy wielkiego cesarstwa austriackiego, siedzieli sobie spokojnie Franciszek z Sissi oraz Ludwik z Elodie. Towarzyszyła im biegająca wesoło wokół nich trójka uroczych dzieci, którymi byli Teodor, Maria i Ilary. Obie pary zakochanych wpatrywały się w nich z uwagą i uśmiechem na twarzach, rozkoszując się pięknem tego widoku.
- Ech, musimy częściej wyrywać się z pałacu na takie wycieczki - powiedział do swej ukochanej Franciszek.
- Zdecydowanie, najdroższy - zgodziła się z nim Sissi - Ja wiem, że jesteś nie byle kim, bo samym cesarzem, ale przecież nawet cesarzowi należy się odrobina zabawy i trochę przerwy od wszystkich obowiązków.
- Jak to dobrze, że ja nie będę miał nigdy aż tylu obowiązków - powiedział na to dowcipnym tonem Ludwik - Ostatecznie przecież rządzenie jednym państwem, a rządzenie wielkim cesarstwem złożonym z wielu państw, to zupełnie co innego.
- Cesarz ma klawe życie, ale także ma więcej obowiązków niż król - dodała dowcipnie Elodie - Dlatego bardzo się cieszę, że wujek i ciocia mają syna i nie ja będę ich następczynią na tronie Francji. Nie wyobrażam sobie bycia cesarzową.
- Na pewno nie jest to łatwe, ale uważam, że można sobie z tym poradzić - powiedziała Sissi - Zresztą, gdybym myślała inaczej, to nie mogłabym być teraz z Franciszkiem i nie mogłabym przyjąć jego oświadczyn.
- Ale na szczęście przyjęła i jestem dzięki temu najszczęśliwszym cesarzem na świecie - stwierdził Franciszek, delikatnie chwytając dłoń Sissi i ściskając ją z czułością i miłością.
Obie pary rozmawiały jeszcze przez chwilę, a potem Ludwik wziął skrzypce i zaczął na nich przygrywać wesołą melodię, pod rytm której wszyscy poczuli, że ich nogi same rwą się do tańca, co sprawiło, iż musieli tej pokusie ulec. Nie minęło wiele czasu, a zaczęli tańczyć, bawiąc się przy tym w najlepsze. Robili to tak długo i tak intensywnie, że kiedy w końcu opadli na ziemię, czuli w głowach ogromny szum i lekkie skołowanie, po którym musieli odpocząć.
Gdy minęło trochę czasu, Ludwik i Elodie wzięli się za ręce i oboje odeszli od reszty grupy, która chyba nawet nie zauważyła ich nieobecności. Chcieli trochę czasu spędzić sami, we dwoje, aby powiedzieć sobie coś niezwykle ważnego. Coś, co miało mieć olbrzymi wpływ na ich dalsze pięknie rozwijające się relacje.
- Elodie, moja droga - zaczął Ludwik, spoglądając w oczy ukochanej - Już od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałem, poczułem do ciebie ogromną sympatię. Ale nim się obejrzałem, to uczucie przerodziło się w coś znacznie bardziej poważnego i o wiele silniejszego. Długo się nad tym wszystkim zastanawiałem i rozmyślałem, co czuję do ciebie i czy to uczucie może liczyć na twoją wzajemność. Ale im więcej spędzam czasu z tobą, tym bardziej jestem pewien, że tak jest. Że mogę liczyć na twoją wzajemność i twoje uczucia do mnie są takie same, jak moje do ciebie.
- A jakie są twoje uczucia, Ludwiku? - zapytała Elodie, nie odrywając wzroku od księcia bawarskiego.
Ludwik delikatnie ścisnął dłonie ukochanej, popatrzył jej głęboko w oczy, po czym powiedział czule:
- Ja... Ja cię kocham, Elodie. Zakochałem się w tobie i jestem pewien tego, co czuję. Zależy mi na tobie i na twojej wzajemności.
Elodie wzruszona uśmiechnęła się do niego, a z jej oczu pociekły łzy.
- Dlaczego płaczesz, najmilsza? - spytał Ludwik z niepokojem w głosie.
Nie wiedział, czy jego słowa nie zraniły ukochanej, bo skoro płacze, to widać tak się stało. Ona jednak pokręciła przecząco głową i powiedziała:
- Nie, najdroższy. To nie ze smutku. Ale ze szczęścia. Ludwiku, ty naprawdę mnie kochasz? Naprawdę chcesz być ze mną?
- Elodie, kochanie. Oczywiście, że tak. Pokochałem cię i to zupełnie na serio, a moje serce bije już od jakiegoś czasu tylko dla ciebie. Jestem tego pewien.
- Och, Ludwiku! Nawet nie wiesz, jak bardzo czekałam na te słowa.
Książę uśmiechnął się do ukochanej i delikatnie dotknął palcem jej policzka, po czym zbliżył jej usta do swoich i pocałował ją. Ten pocałunek był cudowniejszy od poprzedniego. Taki słodki, rozkoszny i przyjemny. Zadowolony złączył jej usta ze swoimi, spijając z nich ten boski nektar, ambrozję miłości i szczęścia. Cudowny smak tych boskich łakoci go oszałamiał i upijał, a chociaż nigdy nie był pijany, to w tamtej chwili poczuł, że właśnie nim się stał. Poczuł przy okazji głód ust Elodie i rozkoszy, jaką z nich spijał. Gdyby mógł, piłbym ją jeszcze długo, bardzo długo.
Potrzeba powietrza jednak sprawiła, że musiał chociaż na chwilę przestać ją całować, a kiedy to zrobił, z uśmiechem dotknął jej twarzy i chciał już powiedzieć coś do ukochanej, ale wtedy zauważył coś przerażającego. Zobaczył, że przed nim nie stoi Elodie, ale... Zupełnie inna osoba. Była ona nieco niższa od Elodie, trochę bardziej puszysta, miała na nosie okulary, brązowe włosy spięte w kok i niebieskie oczy. Dobrze ją znał. I ona też go znała.
- Joanna? - zapytał przerażony.
- Ludwiku - zwróciła się do niego dziewczyna.
Jej spojrzenie było pełne smutku i rozpaczy, ale pozbawione wyrzutu. Mimo to było tak straszne w swoim istnieniu, że Ludwik nie był w stanie na nie patrzeć. Przerażony zasłonił sobie twarz dłońmi i...
***
Jego oczy otworzyły się, ukazując mu już zupełnie inny, o wiele bardziej miły i spokojny obraz. Góry łóżka, w którym spał w swoim pokoju, przeznaczonym dla niego w cesarskim pałacu. Niespokojny usiadł i rozejrzał się dookoła. Zobaczył w nim to wszystko, co widział w nim wówczas, kiedy kładł się spać. Westchnął z ulgą, rozumiejąc już, że to wszystko, co przed chwilą widział, to był jedynie sen. Koszmar wywołany jego wspomnieniami dotyczącymi Joanny. Wspomnieniami, które mimowolnie wywołała w nim Elodie podczas swojej gry na fortepianie. Tymi wspomnieniami, których nie chciał sobie przypominać, a już na pewno nie wtedy, gdy życie uczuciowe ponownie zaczęło mu się układać.
Powoli i z ulgą wstał z łóżka i poszedł do lustra, patrząc na swoje odbicie, nie wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć. Przecież chciał być z Elodie, pokochał ją i jego uczucie było jak najbardziej szczere. Ale mimowolnie przypomniał sobie o swojej dawnej ukochanej. O Joannie, jego pierwszej prawdziwej miłości, która mu była pierwszą tak bardzo bliską osobą, że chciał się z nią ożenić. O dziewczynie, tak bardzo przez niego kochanej i którą los odebrał mu na zawsze. Pamięć o niej, jak dotąd skutecznie trzymana przez niego w ryzach, teraz ponownie przemówiła i to z całej siły, nie pozwalając mu normalnie żyć. Dlaczego? Tego nie umiał sobie w żaden sposób wyjaśnić.
Tęsknota za kimś, kogo kochamy i kto nagle umiera, jest rzeczą naturalną, ale z czasem przestajemy myśleć jedynie o naszej stracie i nagle, zanim się obejrzymy, zaczynamy znowu normalnie funkcjonować, wracamy do życia i między żywych. To były piękne słowa. Kto mu je powiedział? Nie pamiętał już. Aha, to była ciocia Ludwika. Podnosiła go przecież na duchu, kiedy trzy lata temu Joanna zmarła, zaś on, nie potrafiąc się z tym pogodzić, przyjechał do Possenhofen, aby znaleźć wśród swoich bliskich ukojenie. Nie mógł przebywać w stolicy Bawarii z rodzicami, bo w końcu tam wszystko mu przypominało o ukochanej. I nic dziwnego, w końcu to tam ją poznał i to tam wszystko się zaczęło, jak i potem skończyło. Choć rodzice, a zwłaszcza tak jak i on wrażliwa matka, okazywali mu dużo wsparcia, nawet na nich nie mógł w tamtej chwili patrzeć. Wszystko mu o niej przypominało, jak i o fakcie, że jej już nie ma i nigdy jej nie zobaczy. Musiał wyjechać, aby odpocząć, a w każdym razie odpocząć psychicznie, a Possenhofen wydawało mu się najlepiej nadającym się do tego miejscem. Rodzina przyjęła go jak zawsze, bardzo ciepło i serdecznie. Wiedzieli już o jego tragedii i robili wszystko, aby jakoś mu poprawić humor. Zwłaszcza ciocia Ludwika, którą tragedia chłopaka, noszącego wszak imię na jej cześć, bolała tak mocno, jak tylko to było możliwe.
- Naprawdę nie wiem, co mam ci powiedzieć - rzekła do niego, gdy zaraz po jego przybyciu do Possenhofen zostali na chwilę sami - To naprawdę tragedia. Ja nie wiem, jak mogło do tego dojść. Gruźlica jednak nie wybiera. Jak już dopadnie, to nie ma ratunku. Chyba, że się w porę ją wykryje.
- U niej chyba wykryto ją za późno - powiedział smutno Ludwik - Nawet te wyjazdy do wód nic jej nie pomogły. Tylko przedłużyły agonię.
Po tych słowach, złapał się za głowę i jęknął załamany:
- A ja tymczasem zdobywałem wiedzę w Anglii. I po co mi to wszystko było? Po co tam jeździłem? Kiedy ją poznałem, powinienem zawsze być z nią, cały czas. Powinienem być przy niej od początku do końca.
- I co by ci to dało? - zapytała ponuro Ludwika - Co by ci dało, że rzuciłbyś studia i został przy niej? Myślisz, że w ten sposób by wyzdrowiała?
- Może ja bym coś wykrył i wezwał w odpowiednim czasie lekarza. Może jej rodzice nie zlekceważyliby pierwszych symptomów i wtedy...
- Tego nie możesz wiedzieć. I nie powinieneś się o to obwiniać.
- Ale czuję się winny. Ona była taka szczęśliwa za każdym razem, gdy tylko była okazja ku temu, abyśmy się spotkali. Mieliśmy się ożenić. Mielibyśmy oboje być razem na zawsze. Gdybym tylko zdążył ją poślubić...
- Byłbyś teraz wdowcem. Myślisz, że czułbyś się wtedy lepiej?
- Tak mi żal, ciociu. Tak mi żal straconych chwil.
Ludwika podeszła do niego i dotknęła jego ramienia, mówiąc przy tym:
- Wiem, co musisz czuć. Czujesz, że serce ci się rozrywa na kawałki, jakbyś miał zaraz umrzeć, ale śmierć nie nadchodzi. Czujesz, że nic, co robisz, nie ma już nagle żadnego sensu. Że dzień i noc zlewają się w jedno i nie umiesz już odróżnić, czy to pora wstać, czy też iść spać, a zasadniczo jest ci to obojętne. Czujesz, jakbyś umierał kawałek po kawałku, ale nie mógł umrzeć ostatecznie. Czujesz, jak ktoś tam na górze zadrwił sobie z ciebie i go to bawi. Pytasz więc, dlaczego, ale nie dostajesz na to pytanie odpowiedzi. W zasadzie, nie wiesz, czy chcesz ją znać, bo boisz się, że jak ona padnie, zwariujesz z rozpaczy. Znam dobrze to uczucie.
Kobieta opuściła głowę w dół i powiedziała smutno:
- Gdy mój mały Wilhelm zmarł, czułam dokładnie to samo. Mój mały synek. Nasz pierworodny, odszedł nie przeżywszy nawet roku. Nie ma nic gorszego, gdy dociera do ciebie, że nigdy już nie zobaczysz tej osoby, którą kochasz, bo jej już na tym świecie nie ma i nie będzie. Dlatego wiem, co czujesz. Sama to czułam, ale z czasem musiałam się podnieść. Musiałam wrócić do życia. Gdy przyszedł na świat nasz drugi syn, Ludwik Wilhelm i mimo moich obaw, żył spokojnie, radość znowu powróciła do mego serca. A potem przychodziły kolejne powody do radości. Nene, Sissi, Teo, Mimi... Kocham ich jak nikogo na świecie. Ale nigdy nie zapomnę tego, którego już tu nie ma, a którego oni nigdy nie poznali. On zawsze będzie w moim sercu. Tak jak Joanna będzie w twoim. Ale z czasem ty też się podniesiesz. Ty też zaczniesz normalnie żyć, choć nie będzie to łatwe.
- Nie wiem, czy jest w ogóle możliwe - powiedział ponuro Ludwik.
- Teraz tak ci się wydaje. Zobaczysz, to też minie. Znowu kiedyś zaczniesz się uśmiechać i widzieć wszystko inaczej niż obecnie. Tylko trzeba na to czasu. Dużo czasu. Daj go sobie, nie poganiaj siebie. Przeżyj żałobę po swojemu.
- Po swojemu? To znaczy jak?
- Jak tylko zechcesz. Biegaj po lesie, krzycz, wyrywaj włosy, pomstuj nawet na Boga w niebiesiech, jeżeli tylko czujesz taką potrzebę. Rób to śmiało. On się na ciebie za to nie obrazi, bo wbrew temu, co mówi nam Kościół, On nas kocha i nas rozumie. On nie potępia. To ludzie potępiają. I ludzie gotują nam piekło, gdy mają akurat taki kaprys.
- Bóg też je nam szykuje. Bo jak inaczej nazwiesz to, co nas spotkało? Jak tak miłosierna i dobra osoba, która podobno nas wszystkich kocha, może nam odebrać synka czy ukochaną? Dlaczego nam ich zabiera i każe żyć z jakąś pustką w sercu?
- Nie wiem, Ludwiku. Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na te pytania, chociaż sama je sobie kiedyś zadawałam. Zostaje nam tylko wierzyć, że nie dzieje się tak z jego planu, ale po prostu z nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, a On winien jest jedynie tego, że nie przeszkadza temu i pozwala na takie sytuacje.
- Ale to wcale jakoś nie umniejsza Jego winy.
- Zapewne nie. Mimo wszystko, musisz spróbować normalnie żyć. Inaczej od myślenia o tym wszystkim w końcu zwariujesz.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę, a potem Ludwik poszedł do siebie. Kiedy to robił, natknął się na Nene. Wyglądała na bardzo smutną.
- Już jesteś, Ludwiku? - zapytała - Nie wiedziałam, kiedy się zjawisz. Mama nam zapowiedziała twoją wizytę. Mówiła też, co się stało. Wiemy już wszystko.
Następnie spuściła lekko głowę w dół i dodała:
- Przykro nam z powodu Joanny. Naprawdę nie wyobrażam sobie, co musisz teraz czuć. Gdybym tylko mogła ci jakoś pomóc...
- Nikt mi nie może pomóc, Nene. W każdym razie jeszcze nie teraz - odparł na to Ludwik - Ale dziękuję ci za dobre chęci. Jesteś naprawdę kochana.
- Nie tylko ja. Wszyscy tutaj martwimy się o ciebie. Bardzo chcemy ci jakoś pomóc, więc gdyby coś, to wiesz, że możesz na nas liczyć.
- Wiem i bardzo wam dziękuję. Ale chwilowo po prostu muszę się położyć.
Nene spojrzała na niego smutno, po czym rzuciła mu się na szyję i z całej siły się do niego przytuliła, rozpłakując się jednocześnie.
- Boże, co to za okropna śmierć! I za co? Za co? Dlaczego to musiało spotkać właśnie ciebie? Dlaczego? To takie niesprawiedliwe!
Ludwik przytulił kuzynkę i pogłaskał jej włosy, szepcząc ze smutkiem:
- Świat nie jest sprawiedliwy. Tylko mnie się wydawało, że może być. Ale on taki nigdy nie będzie. Trzeba się z tym pogodzić. Podobnie jak z tym, iż na tym oto świecie już chyba nie ma dla mnie miejsca.
Nene spojrzała na niego zdumiona, wciąż trzymając go za szyję i rzekła:
- Boże, o czym ty mówisz? Ty chyba nie chcesz...?
- Nie, Nene. A po co, skoro ja już i tak częściowo umarłem? I zapewne też już niedługo umrę do końca. To tylko kwestia czasu.
- Ludwiku, ja wiem, że jest ci ciężko, ale proszę, nie zostawiaj nas. Gdybyś i ty umarł, to chyba... Nie wiem, co byśmy wtedy zrobili.
Ponownie go przytuliła i odprowadziła do jego pokoju, gdzie Ludwik został sam. Wyrozumiała Nene nie naciskała na niego, aby powiedział jej o tym, co czuje i spróbował zrzucić z siebie dręczący go ból. Nie oczekiwała również, że będzie na siłę z nią rozmawiał. Domyślała się, że nie jest to dla niego łatwe i o wiele lepiej dać mu trochę spokoju i nie naciskać go na rozmowy. Jak zechce, to sam z nimi porozmawia. Wystarczy dać mu do zrozumienia, że może na nich zawsze, ale to zawsze liczyć i to wszystko.
Z innego założenia wychodziła Sissi. Ponieważ zawsze miała niemal idealne relacje ze swoim kuzynem, to bardzo chciała wiedzieć, jak on się czuje i czy może mu ona jakoś pomóc z tego wyjść. Powiedziała mu to, kiedy trochę później, tego samego dnia odwiedziła go w jego pokoju, aby z nim porozmawiać. Choć Ludwik początkowo miał ochotę powiedzieć jej, aby sobie poszła, ostatecznie porozmawiał z nią i opowiedział o tym, jak się czuje i jak mu z tym wszystkim okropnie.
- Ludwiku, ja wiem, że to żadna dla ciebie pociecha, ale przecież masz to na pociechę, że zdążyłeś ją zobaczyć przed śmiercią - powiedziała na to Sissi - Ty i ona zdążyliście się ze sobą pożegnać. Nie wiem, dlaczego, ale tak czuję, że bardzo to pomaga. No, może nie tak bardzo, ale na pewno pomaga lepiej się poczuć.
Ludwik uśmiechnął się do Sissi delikatnie. Miała wtedy zaledwie piętnaście lat i jeszcze niewiele wiedziała o świecie, ale mimo wszystko robiła wszystko, aby go choćby w najdrobniejszy sposób podnieść na duchu, co częściowo udawało się jej. Dodatkowo to ona podsunęła kuzynowi pewien bardzo dobry, jego zdaniem, pomysł na walkę z bólem.
- Ja to bym opisała to wszystko w wierszu. Ale wiesz, że ja nie umiem pisać wierszy. A na pewno nie tak, jak ty. Ale może ty spróbujesz? Może dzięki temu ona będzie bliżej ciebie? I ty sam się lepiej poczujesz?
Ludwik rozważył w głowie słowa Sissi i uznał, że to bardzo dobry pomysł. Co prawda, bardzo rzadko pisał wiersze, ale jeżeli już to robił, to zawsze dobrze mu to wychodziło, a przynajmniej zdaniem kilku najbliższych osób, a zwłaszcza Sissi, która uwielbiała poezję i zawsze chętnie ją czytała. Jej ulubionym poetą był Heinrich Heine, uwielbiała także Homera, ale też była wierną czytelniczką tego, co napisał jej ukochany starszy kuzyn. A że nie pisał zbyt często, tym bardziej jego poezja była dla niej wyjątkowa.
- Zgoda, Sissi. Tak właśnie zrobię - powiedział po chwili namysłu Ludwik.
Kuzynka uśmiechnęła się radośnie, a następnie przytuliła się mocno do niego i dodała czułym tonem:
- Zobaczysz, wyjdziesz z tego. Jesteś bardzo silny. Zawsze sobie radzisz, gdy masz problemy. Teraz też sobie poradzisz.
- Cieszę się, że tak mówisz, ale wiesz, to nie jest taki problem jak niezdany na studiach egzamin albo zdarte kolano - powiedział do niej Ludwik - Tym razem to jest dużo poważniejszy problem.
- Tak, to prawda. Ale zobaczysz, że z tym też sobie poradzisz. Jak zawsze.
Następnie pocałowała go czule w policzek i rzekła:
- Pamiętaj, proszę, że nie jesteś sam.
Ludwik powoli powrócił ze świata wspomnień do tego obecnego, delikatnie się przy tym uśmiechając. Tak, nie był z tym wszystkim sam. Miał wsparcie Sissi i jej rodzeństwa, nie wspominając już o równie silnym wsparciu wujka Maksa oraz cioci Ludwiki. Dzięki nim stopniowo, przebywając w Possenhofen, doszedł jakoś do siebie i zdołał kontynuować studia w Anglii, zdobywając jeszcze więcej tak mu pożytecznej obecnie wiedzy. I dzięki nim nie załamał się ostatecznie, tylko zdołał podnieść się i iść dalej do przodu, choć oczywiście nie było to łatwe, ale jakoś tego dokonał. Stopniowo zaczął też normalnie żyć, a po ponad roku zaczął dostrzegać urodę innych kobiet. Szczególnie Sissi. Zachwyciła go ona, gdy znowu ją zobaczył po długim czasie nie widzenia i dopiero wtedy zauważył, jak piękna i urocza z niej dziewczyna. Jednak z tego zauroczenia nic nie wyszło, ponieważ była ona bardzo szczęśliwa w związku z Franciszkiem, czego Ludwik nie chciał jej w żaden sposób niszczyć. Poczuł, że znowu jest mu okropnie smutno, do czasu, aż poznał Elodie. I wtedy znowu się zakochał. Sissi i to dziwaczne zauroczenie nią minęło mu szybko, a jego serce zdobyła ta urocza Francuzka. Ale w tej relacji pojawił się zgrzyt, kiedy sobie przypomniał nie tak dawno Joannę i to, jak mu grała na fortepianie utwory Chopina, jak cudownie się do niego uśmiechała i figlarnie patrzyła spod okularów. Tak samo robiła Elodie. Dotąd nie zauważył, że w pewnych kwestiach jest ona do Joanny niezwykle podobna. Oczywiście fizycznie mocno się od siebie różniły, ale obie były równie wrażliwe, równie urocze, kochały muzykę i nosiły okulary, choć Elodie nie robiła to cały czas, nosząc je jedynie do czytania, ale zawsze. I tak samo figlarnie na niego spoglądała i tak samo uroczo się do niego uśmiechała. No i te piękne błękitne oczy. Te szczegóły, pozornie nieistotne, były tak do siebie podobne i sprawiały, że wspomnienia o Joannie pojawiały się mimowolnie. Co znacznie mu psuło jego uczucia do Elodie.
Dodatkowo jeszcze teraz doszedł ten sen. Co on mógł oznaczać? Dlaczego w tym śnie Joanna patrzyła na niego w taki sposób? Czyżby miała do niego żal? Jeśli tak, to o co? O to, że sobie układa życie od nowa? A co by było w tym złego? Jest przecież jeszcze młody, ma zaledwie trzydzieści lat, a nie dziewięćdziesiąt. Może zatem swobodnie sobie jeszcze życie ułożyć i być szczęśliwy? Czemu miano by mu mieć to za złe? Czy zmarli mają jakieś pretensje do żywych o to, że ci mimo wszystko próbują normalnie żyć, nawet jeżeli stracili swoich bliskich? Przecież w przysiędze małżeńskiej mowa o byciu ze sobą, póki śmierć nas nie rozłączy. A oni wszak nawet ślubu nie wzięli, bo nie zdążyli. A gdyby nawet, to czy miałby wobec niej jakiekolwiek obowiązki teraz, gdy jej już nie ma na tym świecie? A może to wcale nie o to chodzi? Może Joanna nie ma wobec niego żadnych pretensji, a jemu po prostu wyobraźnie płata figle, bo za dużo o tym wszystkim myśli? A jeżeli nie? To wszystko było dla niego zdecydowanie za trudne.
Załamany usiadł przed lustrem i spojrzał przygnębiony w swoje odbicie. Nie wiedział, jak długo się w nie wpatrywał, ale w końcu przestał to robić, załamany tym, co widzi w tafli lustra, po czym wydobył z szuflady dziennik z zapisywanymi od kilku lat wierszami. Nie było ich tak bardzo wiele, bo nie pisywał ich za często, ale było ich na tyle dużo, aby stanowiły ciekawy tomik poezji, gdyby tylko chciał to wydać. Z uśmiechem zaczął przeglądać swoje wiersze. Jeden z nich szczególnie przykuł jego uwagę. To był ten wiersz, który napisał za radą Sissi wtedy, kiedy to przybył do Possehofen, aby spokojnie przejść żałobę po ukochanej. Pamiętał, jak wiele czasu zajęło mu napisanie go, jak przez kilka godzin męczył się z doborem słów do wiersza, które byłyby w stanie wyrazić jego uczucia. Teraz, już po tym, jak je przepisał na czysto do dziennika, brzmiały one tak:
Z tobą odeszły anioły.
Jest noc w ogromnym domu.
Umierałem i wołałem do nich:
Nie ma nas! Nie ma nas!
Płynie miasto, ja w nim tonę.
Biały mury upadły i koniec.
Brud dookoła i sam na ulicy,
Kiedy krzyczę, kiedy krzyczę:
Nie ma nas! Nie ma nas!
I tak wszystko to, co mamy
Jest w naszych sercach.
Nie ma nas! Nie ma nas!
Eli lama sabachtani! Eli!
Eli lama sabachtani! Eli!
Z tobą odeszły anioły.
Z tobą odeszły anioły.
Nie ma nas. Nie ma nas.
Zostałem sam. Zostałem sam.
Ludwik dokładnie przypatrywał się słowom wiersza, jakby pierwszy raz je na oczy widział. Zaintrygowany szczególną uwagę zwrócił na słowa, które padają pod koniec wiersza. „Eli lama sabachtani”. Tak, w podobny sposób krzyczał Ludwik z rozpaczy, kiedy umarła Joanna. Te same słowa padły z jego ust. Nie zapomniał tej chwili. Nie dało się jej zapomnieć. Tego, jak zrozpaczony widokiem Joanny, która zmarła na jego oczach, wybiegł z domu, wskoczył na konia, po czym pognał przed siebie, płacząc i krzycząc, a potem, kiedy się zmęczył, padł na kolana na łące i tak bardzo rozpaczał, że dziwne, iż nie zwariował wtedy z tego bólu. Patrzył wtedy w niebo i wrzasnął wściekle:
- Boże, czemuś mnie opuścił?!
Pamiętał o tym doskonale. Dlatego umieścił te słowa w wierszu, ale zachował je w wersji oryginalnej, w jakiej padły one w Biblii. „Eli lama sabachtani”. Tak, to pytanie nie opuszczało go przez długi czas, a zwłaszcza wtedy, kiedy zapisywał te wszystkie słowa w formie wiersza. Czy rzeczywiście on mu pomógł, jak twierdziła Sissi? No cóż... Na pewno mu nie zaszkodził. Ale chyba trochę też pomógł, choć w tej sprawie zdecydowanie bardziej mu pomogła miłość wujostwa i kuzynek Nene i Sissi, tak bardzo go wspierających w tamtej chwili. Zresztą mali Teodor i Maria też mu pomogli. Teodor zachęcał go zabaw z sobą, a Maria zrywała mu polne kwiaty i robiła dla niego ładne bukiety. Nawet raz cała czwórka zrobiła dla niego piękne przedstawienie, rozbawiające go do łez. A wszystko po to, aby mu mu jakoś humor poprawić. Kochane kuzynostwo. Lepszego nie mógłby sobie wymarzyć.
Wtem do pokoju ktoś zapukał. Do pokoju wszedł lokaj zapowiadając, że do księcia przyszła w odwiedziny jego kuzynka, księżniczka Sissi. Ludwik parsknął śmiechem, rozbawiony tym protokołem i powiedział, aby weszła. Chwilę później lokaj zniknął, a do pokoju weszła Sissi.
- Nie rozumiem, czemu jak chcę wejść do pokoju taty i mamy, to po prostu sobie wchodzę, a tutaj zapowiada mnie lokaj. Dziwaczne pomysły.
- Bo jestem następcą tronu - odpowiadał na to Ludwik - To przywilej i moje prawo do posiadania odźwiernego. Zresztą Franciszek i ciocia Zofia też tak mają. To dotyczy jedynie tych ludzi, co są u władzy lub niedługo będą. Zwykła szlachta i arystokraci tego nie mają. Taki protokół.
- To dziwaczny protokół. Poproszę Franciszka, żeby go zmienił - powiedziała Sissi, lekko kręcąc z politowaniem głową - Co to jest, żebym zawsze miała być za każdym razem, gdy do ciebie przychodzę, zapowiadana? Po prostu wariactwo!
Nagle dostrzegła leżący na stoliku przed lustrem dziennik z wierszami.
- Co piszesz, kuzynku?
- Nic nie piszę. Czytam sobie wiersze kiedyś napisane.
- Mogę zobaczyć? Chyba nie masz tajemnic przede mną?
Ludwik uśmiechnął się do niej i pokazał jej dziennik w miejscu, w którym był on właśnie otwarty. Sissi wzięła go do ręki i zaczęła czytać wiersz.
- Ciekawe. To chyba ten wiersz, który napisałeś po śmierci Joanny, prawda? - zapytała zaintrygowana.
- Owszem, nie inaczej. To właśnie ten wiersz - odpowiedział Ludwik.
Sissi spojrzała na niego z lekkim wyrzutem w oczach.
- Naprawdę musisz się katować? Naprawdę nie rozumiem, po co to robisz. To przecież bez sensu.
- Wiem, ale dręczą mnie ostatnio sny.
- Jakie sny?
- Różne. Głównie o Joannie. Nie wiem, co o nich myśleć.
- Za dużo o niej myślisz i to dlatego. Spróbuj tego nie robić, a z czasem ci te sny miną. Elodie to wspaniała dziewczyna, taka urocza i kochana. Nie chciałabym, żeby przez ciebie cierpiała.
- Sissi, czy nie za dużo sobie dopowiadasz? Ja nawet nie wiem, czy ona coś do mnie czuje. Ja i owszem, poczułem do niej coś więcej niż przyjaźń, ale...
- Czuje na pewno, kuzynku. Widziałam jej spojrzenie, kiedy jej powiedziałam podczas naszej rozmowy, że jesteś nią zainteresowany.
Ludwik spojrzał na nią groźnym wzrokiem.
- Słucham? Powiedziałaś jej, że jestem w niej zakochany?
- Nie, ja powiedziałam tylko, że jesteś nią zainteresowany. To o zakochaniu ty sam mi przed chwilą powiedziałeś. Trochę szkoda, iż wtedy tego nie wiedziałam, bo z miejsca bym jej o tym powiedziała.
Sissi wyraźnie była rozbawiona swoimi słowami. Ludwik natomiast zerwał się szybko ze swojego miejsca i powiedział groźnym tonem:
- Sissi, ja ci zapowiadam! Ty nie umrzesz w sposób naturalny!
Dziewczyna zareagowała na to jedynie śmiechem i odparła wesoło:
- Dobrze, dobrze. Ale na razie skup się na staraniach o względy Elodie. Ona jest tego warta, mówię ci.
- To wiem sam, kuzyneczko. Ale niestety, chwilowo jej tu nie ma, a ja mam tu nieco inne sprawy na głowie.
Sissi natychmiast spoważniała, gdy o tym wspomniał:
- Wiem, ten proces. Tata mówił, że dostaliście depeszę na temat adwokata. On jest podobny chory i nie może przyjechać. To mnie bardzo smuci. Jeżeli ten biedak nie dostanie adwokata, Arkas zje go żywcem przed sądem.
- Spokojnie, Sissi. Niczym się nie przejmuj. Nie ten adwokat, to inny. A ja nie zamierzam tej sprawy tak zostawiać - odpowiedział na to Ludwik.
Kuzynka zaczęła mu się uważnie przyglądać. Próbowała odgadnąć, o co mu chodzi i co on planuje. Nie była jednak w stanie tego zrobić. Bawarski książę był dla niej chwilami naprawdę jedną wielką zagadką.
- Ty coś wiesz, prawda? - zapytała po chwili.
- Owszem, wiem coś, jednak nie mogę ci wszystkiego powiedzieć od razu - odparł na to tajemniczym tonem Ludwik - Ale mogę ci obiecać, że adwokat się na pewno zjawi na procesie. Zadbałem już o to. Nie zostawi on biedaka w potrzebie. I wykorzysta cały swój talent krasomówczy i znajomość prawa, aby go wybronić.
- Oby tak było, kuzynku. Nie chcę, żeby ten biedak cierpiał z powodu Arkasa.
- I nie będzie cierpiał, kuzyneczko. Obiecuję ci to.
***
Baronowa von Tauler opadła w pełni zaspokojona na łóżko, oddychając przy tym głęboko i stopniowo odzyskując równy oddech. Zadowolona spojrzała na tego młodzieńca, który leżał obok niej także bardzo zachwycony. Musiała przyznać, że jak na nowicjusza, w tych sprawach doskonale sobie radził. Tym lepiej, będzie dla przyszłej żony idealnym kochankiem i to na tyle idealnym, że nie będzie musiała ona sobie nikogo szukać na pocieszenie.
- I jak? Jesteś zadowolona? - zapytał młodzieniec, nie odrywając wzroku od baronowej von Tauler.
- Nie ukrywam, posiadasz bardzo wiele talentów - odpowiedziała mu na to - Tylko się nie zaniedbuj, bo inaczej stracisz cały wigor. A szkoda by było.
- A tobie byłoby szkoda? - spytał zaintrygowany młodzieniec, dotykając lekko palcem jej nagie i nadal niezwykle zgrabne ciało.
Baronowa parsknęła śmiechem, rozbawiona jego pytaniem.
- Proszę cię. Na co ci ja? Przecież mogłabym być twoją matką.
- Wszyscy koledzy zazdrościliby mi takiej mamusi - odparł młodzieniec i z uśmiechem na twarzy pocałował jej brzuch.
- Ciesz się, że takiej nie masz. Miałbyś wtedy wielu wujków - rzuciła z ironią w głosie baronowa.
Młodzieniec parsknął śmiechem i oparł się lekko na boku, patrząc na kobietę z ogromną uwagą.
- Słuchaj, a ile ty w zasadzie masz lat, co? Bo jak mnie tu zaciągałaś, to mnie ostrzegałaś, żebym się nie przestraszył, bo jesteś strasznie stara.
- Nie wiesz, co to jest kokieteria ze strony kobiet?
- Aha, kokieteria. To ciekawe. A tak na poważnie, ile masz lat?
- Na tyle dużo, aby wiedzieć, że takie pytania nie sprzyjają zawieraniu jakiś poważniejszych znajomości, bo chyba do tego dążysz, prawda?
- Owszem, nie ukrywam, że mi się bardzo podobasz.
- Pochlebiasz mi, ale jeżeli liczysz na coś poważniejszego, daruj sobie. Nigdy nie wyjdę za mąż drugi raz.
- Rozumiem. Jako wdowa masz liczne przywileje.
- I zamierzam z nich korzystać i to do woli. Poza tym, nie jestem wcale aż tak majętna, aby stanowić dobrą partię dla kogokolwiek, co chroni mnie przed każdym łowcą posagów w tej okolicy.
- Chyba nie posądzasz mnie o takie wyrachowanie?
- Nie. Posądzam cię jedynie o to, że nabywasz doświadczenie u kobiety, która je posiada i może się nim z tobą podzielić.
- No i je masz. Niezła z ciebie nauczycielka, baronowo.
- Dziękuję. Schlebiasz mojej próżności. I sprawiasz, że czuję się młodsza. Ale to nie pora na takie rozmowy. Powinieneś już lepiej wracać do siebie.
- Nie mogę zostać?
- Nie. Chcę się wyspać, a rano lubi mnie odwiedzać moja córka. Nie chcę, by cię tu zastała.
- A co? Nie wie, jak miło mamusia spędza czas?
- Nie i nie życzę sobie, aby wiedziała.
Młodzieniec skinął głową na znak zgody, powoli usiadł na łóżku i rzekł:
- W porządku. Ja nie jestem paplą. Ale czy zobaczymy się jeszcze?
- Bardzo prawdopodobne - odpowiedziała mu baronowa - Ale nie pytaj mnie, kiedy. Sama dam ci znać.
Jej młody kochanek skinął delikatnie głową na znak zgody, po czym powoli zaczął się ubierać. Baronowa patrzyła na niego zadowolona, a kiedy już skończył, z zadowoleniem skinęła na niego palcem i pocałowała go w usta na pożegnanie.
- A to na zachętę, aby ci się chciało czekać.
Młodzieniec podziękował jej i zadowolony wyszedł z pokoju. Był wczesny poranek, ale większość ludzi jeszcze spała, dlatego miał on możliwość przemknąć niezauważony do siebie. Baronowa natomiast z zadowoleniem założyła na nagie ciało szlafrok i usiadła przy lustrze. Spojrzała na swoje odbicie, noszące już lekkie oznaki starzenia się, ale na tyle słabe, aby mogła się podobać młodym kochankom. Uśmiechnęła się i wzięła do ręki szczotkę, którą zaczęła czesać swoje włosy.
- Pomóc pani? - odezwał się nagle znajomy głos.
Przerażona spojrzała w lustro i dopiero wtedy dostrzegła w nim postać Hansa Zottornika. Szybko zerwała się z krzesła i spojrzała na kanclerza, który stał oparty o swoją laskę i patrzył na nią z ironicznym uśmiechem.
- Co pan tu robi? - zapytała baronowa.
- Przychodzę porozmawiać, bo sprawa pilna, a lepiej, żeby nikt nie wiedział, o czym będziemy mówić - odpowiedział Zottornik - Musiałem tylko poczekać na to, aż pani nowa zdobycz sobie stąd wyjdzie. Swoją drogą, bardzo zdolny z niego młodzieniec. Tylko, czy nie za młody dla pani?
Baronowa jęknęła przerażona. Zatem Zottornik wiedział, że ona miała przed chwilą u siebie gościa. Czyżby podglądał ją, kiedy ona...? Świadomość tego zaraz sprawiła, że szczelniej zawiązała poły szlafrokiem i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju. Słyszała pogłoski o tym, jakoby ten stary cap korzystał z tajnych przejść w tym pałacu i kazał wyryć w nich kilka dziurek, które pomagały mu patrzeć na to, co się dzieje w różnych pokojach. Podobno robił to, bo sam był już za stary, aby czerpać przyjemność z rozkoszy łóżkowych i znajdował satysfakcję z patrzenia na oddające się uciechom pary. Wiele wskazywało na to, że to prawda.
- Chyba nie przyszedł pan po to, ekscelencjo, aby rozmawiać o moich gustach w kwestii uciech cielesnych, prawda? - zapytała z lekką złością - A poza tym, o ile mnie pamięć nie myli, to nic z tego, co robię, nie jest jeszcze nielegalne.
- Naturalnie, że nie jest i wcale nie twierdzę, iż prawo się zmieniło - odrzekł na to Zottornik, wyraźnie tym rozbawiony - To była po prostu moja własna myśl, którą musiałem wypowiedzieć. Ale do rzeczy. W Wiedniu pojawił się nasz agent. Ten sam, który odpowiada za napad na księżniczkę Elodie i narażenie na szwank naszych relacji z Francją.
- Skąd pan wie, ekscelencjo, że on za to odpowiada?
- Ci zbóje, którzy zostali złapani podczas akcji zorganizowanej przez naszego cesarza wyśpiewali mi to wszystko podczas przesłuchania. To znaczy, nie mieli oni pojęcia o tym, że pracują dla naszego agenta, ale wiedzieli, że ich przywódcą był Morgasz.
- Morgasz? Ten madziarski rebeliant?
- Tak. Jakimś cudem uniknął stryczka za udział w powstaniu, a potem został bandytą. Ironia losu, prawda? Dowódcy oddziałów walczących o wolność Węgier zamienili się w nieboszczyków, a ich żołnierze w rabusiów. Moim zdaniem, to jest dosyć uwłaczające do tych żołnierzy, nie sądzi pani?
- Istotnie i to bardzo - odpowiedziała baronowa, po czym usiadła przy stoliku i zaczęła z uwagą patrzeć na kanclerza - Ale niestety, nie wszyscy umieli umrzeć z honorem. Morgasz jakoś nie potrafił. Andrassy też nie.
- Jeden Andrassy potrafił. Drugi z kolei potrafi z honorem żyć.
- Z honorem? Doprawdy? A ja myślałam, że razem z Morgaszem zajmuje się on bandyterką na drogach. Mówiłam panu, iż widziałam go niedawno w Bawarii.
- Wiem, kręci się on tam, ale jak wynika z moich dochodzeń, nie ma on z tym, co robi Morgasz nic wspólnego. Ich drogi się rozeszły. Andrassy mimo wszystko wciąż jest idealistą wierzącym w walkę o swoją sprawę w sposób szlachetny. Tego o Morgaszu nie da się powiedzieć. On jest pospolitym bandytą, który nie ma już ani sumienia, ani zasad. To go zbliżyło do naszego człowieka.
- Skąd pewność, że Morgasz dla niego pracuje?
- Bo już raz to robił. Obaj byli w powstaniu, tylko nasz agent był oczywiście na tyle bystry, że schwytany wydał swoich w zamian za wolność. A Morgasz nam uciekł. Ciekawy, czy wie, kto wtedy wydał jego oddział naszym ludziom?
- Skoro mu służy, to chyba nie.
- Możliwe, chociaż słyszałem, że Morgasz to łotr spod ciemnej gwiazdy i to bez żadnych zasad. Nie jestem więc pewien, czy o tym nie wie. Zresztą to nie jest ważne. Dla nas ważne jest to, że działalność naszego agenta jest nam użyteczna, ale tylko wtedy, kiedy on pracuje dla nas, a nie działa samowolnie. Pragnę zatem panią prosić, aby skontaktowała się pani z nim oraz przekazała mu wiadomość ode mnie. To bardzo ważne, ponieważ dalsza samowolna działalność naszego agenta tylko nam zaszkodzi.
- Nie ukaże go pan, ekscelencjo?
- Nie, bo choć to idiota, ale pożyteczny idiota. Może nam się jeszcze przydać. Dlatego, póki co, ostrzeże go pani w moim imieniu. Ale i przypomni, że kolejnego ostrzeżenia już nie będzie. Niech dalej współpracuje z Morgaszem i innymi, którzy mogą nam być użyteczni, ale niech poskromi ich działalność, bo inaczej nie będę dla niego tak łaskawy jak teraz. I proszę dodać, że nie ucieknie przed moją zemstą. Mam długie ręce i niech on o tym pamięta, jeżeli zechce jeszcze raz mi się narazić i potem uciekać. Nie uda mu się to. Znajdę go choćby na końcu świata. Niech to sobie zapamięta i nie próbuje więcej działać przeciwko mnie.
Kanclerz dodał jeszcze kilka rzeczy, a potem uśmiechnął się lekko do Helgi von Tauler i powiedział:
- To wszystko, baronowo. Niech pani dobrze zapamięta, co ma pani przekazać naszemu przyjacielowi. I życzę pani dobrej nocy, a przynajmniej tyle, ile jej pani zostało. Oczywiście, gdyby tak potrzebowała pani podczas niej towarzystwa, znam kilku młodzieńców, którzy...
- Dziękuję panu, ekscelencjo, ale towarzystwo na noc wybieram sobie zawsze sama - rzekła na to baronowa z lekką złością.
Kanclerz parsknął śmiechem, rozbawiony jej reakcją, po czym podszedł do ściany, nacisnął niewielki przycisk pod półką regału z książkami, co natychmiast otworzyło tajne przejście w ścianie. Zottornik wszedł przez nie, a przejście zaraz się za nim zamknęło.
- Przeklęty stary cap - mruknęła pod nosem baronowa, z trudem panując nad sobą - Podglądania mu się zachciało. Będę musiała na przyszłość zasłaniać rolety od łóżka, bo nigdy nie wiadomo, kiedy znowu go najdzie ochota na patrzenie. Ech, im szybciej się od niego uwolnię, tym lepiej.
***
Następnego dnia w południe miał się odbyć proces człowieka oskarżone przez hrabiego Fryderyka Arkasa o kradzież portfela oraz ucieczkę ze swojej ziemi, jak i też wymigiwanie się od obowiązków pracy na rzecz swego pana, czyli wyżej tutaj wspomnianego hrabiego Arkasa. Oczywiście przede wszystkim chodziło o sprawę kradzieży, jako że pozostała część zarzutów dotyczyła już Bawarii i sądów z tego kraju, jednak postanowiono rozstrzygnąć przy okazji także i te sprawy, na co sąd w Wiedniu otrzymał pozwolenie od bawarskiego sądu z okręgu, w którym oskarżony mieszkał, zanim raczył opuścić to miejsce i uciec na tereny Austrii.
Proces tego człowieka był oczywiście niezłą sensacją i jako taka przyciągnął uwagę wielu mieszkańców Wiednia, którzy to przyszli tłumnie do budynku sądu, aby zobaczyć, jak sąd będzie oceniał jego postępowanie i jaki ostatecznie wyda w tej sprawie wyrok. Wśród obecnych na sali znaleźli się także Maks i Ludwika, jak i również Sissi i Franciszek, ci ostatni oczywiście incognito. Powód ich obecności na sali był bardzo prosty. Byli oni na swój sposób, osobiście w całą sprawę bardzo zaangażowani. Chłop, który miał być teraz sądzony, kiedyś pracował na ich ziemi, należącej do Maksymiliana, jednak z czasem, gdy kiepskie plony doprowadziły do problemów finansowych całej okolicy, w tym rodziny Wittelsbachów, ojciec Sissi musiał sprzedać część swoich ziem Arkasowi. Na tych ziemiach mieszkał właśnie chłop, którego proces miał się odbyć. Nowy pan jego domu i pobliskich terenów był wyjątkowo okrutny i despotyczny. Nie obchodziło go nic, poza tym, aby jego nowi poddani wykonywali wszystkie jego polecenie i swoje obowiązki, w ten oto sposób wypełniając pieniędzmi jego kiesę. Z kolei warunki, w jakich oni mieli to robić, niewiele go obchodziły. Oskarżony zatem uciekł z tej ziemi wraz z żoną oraz dwójką swoich dzieci na tereny Austrii, gdzie Arkas nie mógł ich ścigać, ale gdzie niestety wcale nie wiodło im się za dobrze. Zmuszony do kradzieży, aby mieć za co wykarmić swoją rodzinę, chłop ukradł pieniądze kilku osobom. Poszło mu na tyle dobrze, że postanowił spróbować jeszcze raz, ale tym razem miał pecha. Jego kolejną ofiarą okazał się być sam Arkas, na tyle czujny, że przyłapał on złodzieja na gorącym uczynku i oddał w ręce żandarmów, a ponieważ rozpoznał go jeszcze jako uciekiniera ze swoich ziem, postanowił go ukarać za wszystkie przewiny za jednym razem.
O tym wszystkim Maksymilian dowiedział się, kiedy spacerował rano ulicami Wiednia wraz z Ludwikiem. Obaj rozmawiali na temat zmian w gospodarce, jakie mają ostatnio w Europie Zachodniej coraz częściej miejsce i jakie można by także wprowadzać na ziemiach bawarskich. Wtedy właśnie zaczepiła ich jakaś kobieta, prosząca o pomoc. Maksymilian rozpoznał ją jako Brigitte Schulz, żonę Johanna Schulza, jego dawnego poddanego. Kobieta opowiedziała mu o tym, co się stało z jej mężem i że ma być niedługo sądzony za ucieczkę z ziemi Arkasa i za kradzież jego portfela. Maksymilian oczywiście nie mógł pozostawić całej sprawy swojemu losowi i obiecał kobiecie pomoc, po czym niemal natychmiast kazał jej wracać do córek, a sam z Ludwikiem udał się do miejscowego adwokata, znanego z tego, że wygrywał już nie takie sprawy. Niestety, człowiek ten odmówił im swojej pomocy, uważając całą sprawę za niegodną jego pracy. Załamany Maks postanowił zamiast tego zadepeszować do swojego znajomego adwokata z Bawarii, licząc na to, że ten się zjawi i ocali Schulza.
Wszystko to działo się tego samego dnia, kiedy Elodie wyjeżdżała ponownie do Francji. Dlatego Ludwik nie zdążył przybyć na pożegnanie z nią i musiał z tego powodu dogonić ją na drodze i osobiście podziękował. Już wtedy kiełkował mu w głowie pewien pomysł, ale postanowił go nie realizować, dopóki nie otrzymają z Bawarii odpowiedzi w sprawie adwokata. Niestety, odpowiedź ta była ciosem dla nich i ich planów. Adwokat bowiem był chory i nie był w stanie przyjechać teraz do Wiednia na proces Schulza. Wszystko zatem wydawało się być stracone. Ale o dziwo, Ludwik ani przez chwilę nie stracił nadziei.
- Bądź spokojny, wujku. Znajdę na to sposób. Sprowadzę tu adwokata i to tak dobrego, że nie ma szans, abyśmy przegrali.
Maksymilian nie był do końca przekonany o tym, czy Ludwik na pewno wie, co robi i nawet zastanawiał się, czy nie prosić Franciszka o to, aby nakazał jednym rozkazem ułaskawić Schulza i nie dopuścić do procesu, aż w końcu to zrobił. Ale jego przyszły zięć oznajmił, że byłoby to niezgodne z prawem.
- Aby kogoś ułaskawić, musi on najpierw zostać skazany - powiedział Franz - Poza tym, ja muszę być sprawiedliwy, inaczej moi wrogowie zaczną mi zarzucać stronniczość. Nie znam tej sprawy i nie wiem, jak ona dokładniej wygląda. Muszę mieć pewność, że on rzeczywiście jest niewinny. Udam się z wami na proces i tam zobaczymy, jak się sprawy mają. Jeżeli uznam, że Schulz rzeczywiście nie jest w tej sprawie winny lub jego wina jest niewielka, nakażę go ułaskawić. Ale przykro mi, wcześniej nie mogę tego zrobić.
Maks był zawiedziony postawą przyszłego zięcia, ale Ludwika i Sissi uznały to za jedyną słuszną decyzję. Doskonale obie rozumiały pozycję Franciszka jako cesarza Austrii, muszącego dbać o praworządność, o przestrzeganie własnych praw i o sprawiedliwość, jak również o swoje dobre imię i wiedziały, że może to nieraz prowadzić do decyzji nie zawsze przyjemnych, jednak koniecznych do zachowania tego, o czym była wcześniej mowa. Ostatecznie Franciszek nie był przecież osobą prywatną, a publiczną, dlatego musiał zachowywać się tak, aby być godnym swego stanowiska i nie stawiać się ponad prawem, lecz tworzyć je takim, aby było ono dla wszystkich sprawiedliwe. Co za tym idzie, jeżeli człowiek popełnił przewinę, to musiał być postawiony przed sądem. A Schulz ostatecznie złamał prawo, musiał więc ponieść tego konsekwencje. Wszystko zależało jednak od tego, jak sąd całą tę sprawę rozpatrzy i czy da się wydać jak najłagodniejszy wyrok.
Sala była już wypełniona, ludzie się zebrali, proces miał się zaraz zacząć. Już tylko sędzia miał przybyć na miejsce. Niepokój i oczekiwanie ogarnęło wszystkich obecnych, a zwłaszcza Maksa, Ludwikę i Sissi.
- Gdzie jest Ludwik? - zapytała ta ostatnia swego ukochanego - Powinien tu być? Obiecał znaleźć adwokata. Gdzie on się podziewa?
- Nie wiem, Sissi. Musimy po prostu czekać - odpowiedział jej Franz - Mam naprawdę wielką nadzieję, że kogoś znajdzie. Oczywiście zawsze w razie czego jestem w stanie ułaskawić Schulza, ale mogę się narazić na posądzenie o to, że dla waszych bliskich wydaję przychylne wyroki, a taka opinia nie jest czymś, czego mi teraz potrzeba. Lepiej więc, aby sąd sam ułaskawił biednego Schulza.
Do sali wszedł sędzia. Był to mężczyzna gruby, z czerwonym nosem i małymi oczkami koloru zielonego. Nie miał prawie w ogóle włosów, co jednak w chwili, gdy nosił perukę sędziowską, nie było zasadniczo widoczne. Mężczyzna miał tak około pięćdziesiąt lat i znany był z wydawania wyroków sprawiedliwych, ale czy i tym razem takowy miał wydać? Sissi i jej przyjaciele mieli się o tym przekonać.
- Proszę przyprowadzić oskarżonego - powiedział sędzia, otwierając proces.
Dwaj strażnicy przyprowadzili na ławę oskarżonych Johanna Schulza, który to był człowiekiem wysokim, mającym czterdzieści kilka lat, czarnowłosym oraz niezwykle skromnie ubranym, posiadaczem brązowych oczu, lekkiego zarostu, jak również i smutnego, choć dobrodusznego wyrazu twarzy. Obie ręce miał zakute w mocne kajdanki z długim łańcuchem. Na widok mężczyzny, obecna na sali jego żona, kobieta tęga, choć bardzo sympatyczna, westchnęła głęboko i zawołała:
- Johann! Najdroższy mój!
- Brigitte, kochanie! - odkrzyknął mężczyzna, wyciągając ręce w jej kierunku.
- Cisza na sali! - zawołał sędzia, uderzając młotkiem o stół sędziowski.
Następnie skierował swój wzrok na salę i powiedział:
- Rozpoczynamy posiedzenie sądu. Będzie rozpatrywana sprawa obecnego tu Johanna Schulza, który kilka dni temu ukradł portfel obecnemu tu, szanowanemu obywatelowi ziemskiego, szlachetnemu hrabiemu Fryderykowi Arkasowi.
- Szlachetnemu?! Dobre sobie! - zawołała głośno Sissi.
Przez salę przeszedł ogromny pomruk niechęci, a sędzia ponownie kilkoma uderzeniami młotka zaprowadził spokój na sali.
Arkas, obecny na ławie dla świadków, obejrzał się w kierunku Sissi i kiedy to ujrzał Sissi i jej rodziców, ze złości zazgrzytał zębami. Wiedział, że na pewno ani ta zarozumiała pannica, ani jej bliscy nie przepuszczą okazji, aby mu dokuczyć i to publicznie, na sali sądowej.
- Nadto zarzuca się oskarżonemu Johanowi Schulzowi ucieczkę z ziemi jego pana, na których obowiązek miał pracować, jak i także odmówienie wykonywania swoich obowiązków, która to sprawa będzie rozpatrywana wraz z poprzednio tutaj wspominaną sprawą ze względu na fakt, że sprawę tę przekazał do rozporządzenia sądowi wiedeńskiemu sąd w Bawarii. Oskarżony, proszę wstać.
Schulz powstał i patrzył ponuro na sędziego.
- Imię i nazwisko oskarżonego?
- Johann Schulz.
- Wiek?
- Czterdzieści pięć lat.
- Stan cywilny?
- Żonaty.
- Rodzina?
- Żona Brigitte i dwie córki: Marta i Matylda.
- Czy oskarżony zrozumiał akt oskarżenia?
- Tak, zrozumiałem.
- Czy oskarżony przyznaje się do winy?
- Przyznaję się, ale pragnę zaznaczyć, że zrobiłem to z biedy i ucisku.
- No dobrze, a zatem możemy rozpocząć posiedzenie...
- Chwileczkę, wysoki sądzie! - odezwał się nagle głos woźnego, który wbiegł w tej samej chwili do sali - Właśnie dostałem informację, że przybył adwokat dla oskarżonego i czeka na pozwolenie na wejście.
Sędzia wyglądał na co najmniej zdumionego tym nieoczekiwanym zwrotem akcji, podobnie jak i Arkas, który czego jak czego, ale tego się nie spodziewał. Ale skoro przybył adwokat, nie można było go nie wpuścić.
- Wprowadzić obrońcę - zarządził sędzia.
Woźny wpuścił adwokata do środka i już po chwili do sali wkroczył człowiek mający bronić Schulza. Był to osobnik wysoki, szczupły, postawnego wzrostu, ale wieku już nieco podeszłego. Włosy miał siwe, twarz okraszoną zmarszczkami, po bokach twarzy miał siwe bokobrody, pod nosem wąsy, a na nos nałożone binokle. Opierał się o laskę i kroczył z jej pomocą, ale kroki miał dumne i spokojne. Nagle niechcący potknął się o własne nogi i laska upadła z jego rąk. Sissi, siedząca tuż obok miejsca, gdzie opadł ów przedmiot, szybko chwyciła ją i podała adwokatowi, który uchylił lekko przed nią cylinder i powiedział:
- Dziękuję, panienko.
Następnie ruszył dalej w kierunku sędziego i jego biurka. Sissi z uwagą mu się zaczęła przyglądać, czując przy tym, że osoba tego oto człowieka wydaje się jej niezwykle znajoma.
- Kim pan jest, drogi panie? - zapytał sędzia.
- Nazywam się Hubert Werner, Wysoki Sądzie - odpowiedział mu adwokat - A jestem obrońcą oskarżonego Johanna Schulza. Przybyłem tutaj z Monachium na prośbę samego księcia Ludwika von Wittelsbacha, następcy tronu Bawarii, aby oto tego nieszczęsnego człowieka bronić przed oskarżeniami hrabiego Arkasa.
Sędzia nigdy nie słyszał o tym adwokacie, ale uznał, że ponieważ pracuje ten człowiek w Monachium, to jego sława mogła nie dotrzeć do Wiednia i brak wiedzy o tym panu bynajmniej nie wyklucza go z uczestnictwa w procesie.
- A zatem rozpoczynamy proces - powiedział po chwili - Proszę oskarżyciela, hrabiego Fryderyka Arkasa o przedstawienie całej zaistniałej sytuacji.
Hrabia powstał z ławki dla świadków i powiedział:
- Wysoki Sądzie, jak wiadomo, jakiś czas temu, już nie pamiętam dokładnie, kiedy kupiłem od mojego sąsiada, Maksymiliana von Wittelsbacha część jego ziem uprawnych i przylegających do nich wsi. W jednej z nich mieszkał oskarżony. Był moim chłopem pańszczyźnianym.
- Czy wykonywał on swoje obowiązki skrupulatnie? - zapytał sędzia.
- Nie, Wysoki Sądzie. Oskarżony był człowiekiem krnąbrnym i nikczemnym, a ponadto leserem sprzeciwiającym się moim poleceniom. Ponadto, jak doniesiono mi, miał buntować chłopów przeciwko mnie.
- To kłamstwo, Wysoki Sądzie! - zawołał oburzony Schulz.
- Oskarżony nie ma teraz głosu - uciszył go sędzia i nakazał Arkasowi, żeby kontynuował swoją opowieść.
- Kiedy dowiedziałem się o tym, poprzez swoich wiernych ludzi, natychmiast kazałem oskarżonego aresztować i wychłostać. Niestety, uciekł on zanim do tego doszło i uciekł z rodziną na tereny Austrii. Nie znalazłem go aż do niedawna, kiedy to tydzień temu ukradł mi portfel i to w biały dzień, na środku ulicy. Bezczelność tego czynu jest tak ohydna i tak perfidna, że zasługuje na najgorszą karę. Dlatego też domagam się dla niego za wszystkie jego przewiny kary odpowiedniej za tego typu nikczemności.
Sędzia wysłuchał uważnie Arkasa, po czym spojrzał na adwokata, który to w trakcie opowieści hrabiego usiadł sobie wygodnie na ławce w oczekiwaniu na swą kolej, która właśnie teraz nastąpiła.
- Panie Werner, ma pan teraz głos - powiedział sędzia.
Mecenas zadowolony wstał ze swego miejsca i opierając się o lasce, podszedł do hrabiego Arkasa i rzekł:
- Powiada pan, panie hrabio, że oskarżony wymigiwał się od obowiązków, a na dodatek jeszcze podburzał innych chłopów przeciwko panu.
- Tak, zgadza się. Potwierdzam - odparł Arkas.
- Czy ma pan na to jakieś dowody, poza zwykłymi podejrzeniami?
Arkas zdumiał się mocno, gdy to usłyszał.
- Dowody? A bo to trzeba dowodów? Plony nie były tak wysokie, jak wysokie być powinny. To wyraźny dowód na to, że ten człowiek wymiguje się od swoich obowiązków i nie pracuje jak należy.
- A może to kwestia nieco gorszych warunków pracy lub po prostu pewnego nieurodzaju, jaki nawiedził wtedy Bawarię?
- W Bawarii był wtedy idealny urodzaj.
- Wobec tego, może to kwestia warunków pracy?
- Nie wiem nic o tym, żeby warunki pracy nie były odpowiednie.
- A czy wie pan, jak wyglądają król Bawarii i jego syn?
Arkas patrzył na mecenasa, jak na idiotę, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Ale mimo to odpowiedział na pytanie:
- Nie, ponieważ nigdy ich na oczy nie widziałem.
- Ale oni istnieją, prawda?
- Oczywiście, że istnieją, ale nie rozumiem, o co panu chodzi?
- Czyli potwierdza pan, że coś, czego pan nie widział, może jak najbardziej na tym świecie istnieć. Bo chociaż nie widział pan króla i księcia Bawarii, to jednak oni są istotami realnymi i jak najbardziej istnieją. Zatem nie musiał pan widzieć na swoich ziemiach braku odpowiednich warunków do pracy dla chłopów, a mimo to owe braki jak najbardziej mogą istnieć.
- Ale nie istnieją, ponieważ ja dbam o swoje ziemię i nigdy nie znalazłem na nich niczego, co by przeszkadzało chłopom w pracy.
- Czy to, że pan hrabia czegoś nie widzi dowodzi, że tego nie ma? Czy jeżeli tak mu zawiązać oczy, aby nie widział sądu, oznaczać będzie, że tego sądu także tu nie ma?
Na sali rozległ się głośny śmiech. Arkas patrzył ze wściekłością na adwokata i powiedział do niego:
- Nie rozumiem, do czego zmierzają te pytania. Jakie ma znaczenie to, jakie są na moich ziemiach warunki pracy?
- Takie, panie hrabio, że pragnę wyjaśnić punkt po punkcie, dlaczego poddany panu chłop opuścił pana ziemię. Bo opowieść pana o braku jego pracowitości nie wydaje się być prawdziwa. Ale przejdźmy teraz do aspektu buntowania przeciwko panu innych chłopów. Skąd pan ma te informacje?
- Powiedziałem już, od zaufanych ludzi.
- W jaki sposób ci zaufani ludzie zdobywali dla pana te informacje?
- A skąd ja mam wiedzieć i co mnie to obchodzi? Ważne, że je zdobyli i to ma tylko w tej sprawie znaczenie.
- Doprawdy? No dobrze, a zatem inaczej zapytam: skąd pan wie, że ci ludzie powiedzieli panu prawdę? Czy sprawdził pan źródła tych informacji?
- Nie, bo nie było to konieczne. Ci ludzie są zaufani. I bardzo inteligentni.
- Naprawdę? A czy badał pan poziom ich inteligencji?
- Już same piastowane przez nich stanowiska dowodzą tego, że mają dosyć rozumu w głowie.
- A jakież to stanowiska piastują owi inteligenci?
- Jeden jest pisarzem gminnym, drugi sołtysem.
Na sali sądowej ponownie wybuchła salwa śmiechu. Adwokat uśmiechnął się ironicznie i powiedział:
- No cóż... To wiele wyjaśnia. Pan hrabia korzysta zatem z informatorów tego pokroju. Nie wątpię, że wiadomości przez nich dostarczane są zawsze prawdziwe. O ile oczywiście zakładamy, że pisarze i sołtysi w ramach swoich obowiązków nie tylko robią to, za co im się płaci, ale i podsłuchują prywatne rozmowy chłopów.
- To nie były prywatne rozmowy chłopów, tylko ogromne wiece.
- A zatem pana zaufani ludzie biorą udział w wiecach chłopskich?
- Jeżeli trzeba, to tak.
- Czy jednak nie powiedział pan przed chwilą, że nie wie pan, w jaki sposób pana ludzie zdobyli informacje o oskarżonym? Skąd zatem pan teraz wie, jak oni odkryli te fakty?
Arkas zmieszał się. Zrozumiał, że powiedział za dużo i oto został przyłapany przez adwokata na kłamstwie. Ten zaś, zadowolony z tego odkrycia, poprosił sąd o zgodę na zadanie pytań oskarżonemu. Przechadzając się zatem przed Schulzem, cały czas opierając się o laskę, zadawał jedno pytanie za drugim.
- Czy to prawda, że przed trafieniem pod władzę hrabiego Arkasa, pan i pana rodzina byliście poddanymi księcia Maksymiliana von Wittelsbacha?
- Tak, to prawda.
- Jakie były warunki panujące na waszej ziemi pod jego rządami?
- Jak najlepsze. Książę Maks zawsze o nas dbał. Kiedy raz doszło we wsi do pożaru, to osobiście uratował z ognia moją młodszą córeczkę, a potem zadbał o to, aby odbudowano nasz dom.
- Dlaczego zatem sprzedał ziemię z waszą wsią hrabiemu Arkasowi?
- Ponieważ zmusiły go do tego problemy finansowe.
- Czy próbował potem je odkupić od hrabiego Arkasa, kiedy zaczęło im się już lepiej powodzić?
- Tak, ale niestety, hrabia Arkas odmówił sprzedaży.
- Czy podał ku temu powody?
- Nie. Po prostu odmówił.
- Rozumiem. Jakie warunki zapewniał wam hrabia Arkas?
- Uwłaczające ludzkiej godności. Nałożył więcej godzin pańszczyzny, ale za znacznie mniejszą zapłatę niż to było wcześniej ustalone. Dodatkowo zamknął też szpital na terenie wsi, bo utrzymywanie lekarza było zdecydowanie za drogie.
Przez salę przeszedł pomruk niezadowolenia. Mecenas spojrzał na Arkasa, nie kryjąc przy tym swojej niechęci do oskarżyciela i zapytał:
- Czy to prawda, panie hrabio?
- Lekarz zbyt wiele kosztował, a na wsi nie było znowu tyle chorób i ran do leczenia, żeby opłacało się utrzymywać szpital.
- Nieprawda! Na ziemi pana hrabiego wybuchła epidemia i nie było komu jej leczyć! - zawołała oburzonym tonem Brigitte Schulz.
Sędzia uciszył kobietę i szemrającą salę, po czym nakazał mecenasowi, aby ten dalej zadawał pytania oskarżonemu. Był jednak coraz bardziej zainteresowany tym, czego się dowiadywał i ciekawiło go, co jeszcze odkryje.
- Czy to z powodu epidemii ostatecznie opuściliście ziemie hrabiego? - spytał po chwili adwokat.
- Wysoki Sądzie, pan adwokat zadaje pytania sugerujące! - zawołał Arkas.
- Racja. Panie mecenasie, proszę inaczej formułować pytania - rzekł sędzia.
- W porządku. Dlaczego zatem opuściliście swoje ziemie? - zapytał mecenas, z uwagą patrząc na oskarżonego.
- Ponieważ baliśmy się, że epidemia zabije nasze dzieci, a pan hrabia nie był w stanie nam zapewnić bezpieczeństwa od niebezpiecznej choroby. Poza tym, pan hrabia zagarnął większość plonów, nam pozostawiając niewiele i głód zaczął nam w oczy zaglądać.
- Czy zgłaszaliście tę sprawę panu hrabiemu?
- Tak, ale w żaden sposób nie zamierzał nam pomagać. Uważał, że kłamiemy i tak naprawdę mamy wiele plonów i jedynie udajemy, aby wyłudzić coś od niego.
- A jak wyglądała sprawa z brakiem wykonywania przez pana obowiązków?
- Wykonywałem je najlepiej jak umiałem.
- A sprawa buntowania chłopów przeciwko hrabiemu Arkasowi?
- Nigdy nie brałem w tym udziału. Jedynie brałem udział w wiecach i na nich wyraziłem uczciwie swoje zdanie na temat warunków życia, które były okropne. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ludzie organizujący te wiece to prowokatorzy od hrabiego, mający na celu zbadać nastroje we wsi. Powiedziałem kilka słów za dużo i przez to aresztowano mnie. Do tego jeszcze wybuchła we wsi epidemia i dlatego nie mogliśmy tam dłużej zostać. Gdybyśmy zostali, umarlibyśmy.
- To bzdury! Epidemia nie była wcale poważna! Prawie nikt nie umarł!
Okrzyk Arkasa został zagłuszony przez buczenie niezadowolenia ze strony ludzi zebranych na sali. Adwokat zaś zapytał z kpiną:
- Prawie nikt? Czyli jednak ktoś umarł?
- Owszem, kilka osób umarło - odpowiedział Arkas.
- A ile konkretnie?
- Nie prowadziłem w tej sprawie ewidencji.
- Domyślam się - rzucił z kpiną adwokat.
Następnie zaczął lekko chodzić po sali, podpierając się laską i zapytał:
- Czy zatem potwierdza pan, że warunki życia na pana ziemi dla chłopów nie były wcale tak idealne, jak pan wcześniej twierdził?
- Przyznaję, że były pewne problemy, ale to nie oznacza, żeby chłopi mieli się przeciwko mnie buntować i uciekać z moich ziem. Prawo bawarskie przecież bez litości każe tych, którzy to robią.
- To prawda, ale skoro o prawie mowa, czy wiadomo panu o tym, że prawo z roku 1849, wprowadzone przez króla Maksymiliana II, zabrania kategorycznie i to pod groźbą surowej kary, zaniedbywać wszystkim właścicielom ziemskim dbanie o to, aby na ich ziemiach zawsze były godziwe warunki pracy?
Arkas zmieszał się. Doskonale wiedział o tym prawie, ale dobrze też wiedział o tym, iż na prowincji prawo nie były tak egzekwowane jak w wielkich miastach i łatwo było mu nie realizować rozporządzeń króla, bez obawy, że ktokolwiek go na tym przyłapie.
- Obawiam się, że do prowincji bawarskiej nie docierają najnowsze nowiny, a już zwłaszcza te ze stolicy - rzekł po chwili.
- Doprawdy? Czy zatem zdaniem Wysokiego Sądu, brak wiedzy o panującym prawie usprawiedliwia łamanie tego prawa i zwalnia z obowiązku przestrzegania tych zasad, jakie w kraju panują? - zapytał mecenas, patrząc na sędziego.
- Prawo zarówno Bawarii, jak i Austrii mówi wyraźnie, że to, iż się czegoś nie wie, nie stanowi żadnego usprawiedliwienia - odpowiedział na to sędzia.
- Czy zatem pan hrabia, jako obywatel ziemski, nie ma obowiązku wiedzieć o tym, jakie prawa panują w kraju, w którym żyje? - pytał dalej adwokat.
- Przeciwnie, ma taki obowiązek - wyjaśnił sędzia.
- Czy zatem niewiedza w tym temacie nie jest już złamaniem prawa samym w sobie?
- Obawiam się, że tak, panie hrabio.
Ton, w jakim wypowiedział te słowa, zdecydowanie nie potwierdzał, aby pan sędzia choćby w najmniejszym nawet stopniu współczuł Arkasowi. Hrabia wyczuł to i próbował ratować sytuację, mówiąc:
- To nie zmienia faktu, że mimo wszystko ten człowiek mnie okradł!
- Faktycznie, sprawa kradzieży nadal istnieje - odpowiedział na to adwokat i skierował swój wzrok w kierunku oskarżonego - Czy oskarżony przyznaje się do tego, że ukradł portfel obecnemu tutaj hrabiemu Arkasowi?
- Tak, przyznaję się, ale nie wiedziałem, że to hrabia Arkas - odpowiedział na to Schulz - Gdybym wiedział, że to on, uciekałbym od niego jak najdalej.
- Dlaczego pan dokonał tej kradzieży?
- Mamy z żoną problemy finansowe. Nie mamy za co opłacać czynszu, a już nasza gospodyni zaczyna się domagać opłat i grozi eksmisją. Sytuacja nie była dla nas korzystna. Szukałem pracy, ale chwilowo nikt nie chce mnie zatrudnić. Ale to nie obchodzi gospodyni. Potrzebowałem pieniędzy i skusiło mnie, aby kraść. Już raz, będąc w podobnej sytuacji, musiałem to zrobić. Powiodło mi się wtedy, więc zrobiłem to również i teraz, ale tym razem zostałem nakryty.
- Zatem jakie były powody kradzieży?
- Bieda, panie mecenasie.
- To żadna wymówka! - zawołał ze złością Arkas - To, że ktoś jest głodny, to jeszcze nie jest powód, aby okradać uczciwych obywateli!
- Uczciwych obywateli, którzy łamią prawo króla Bawarii i okradają swoich poddanych! - krzyknął ze złością Maksymilian.
Z sali posypały się buczenia pełne złości i niechęci. Sędzia ponownie uderzył młotkiem w stół, aby zaprowadzić porządek, po czym adwokat mówił dalej:
- Panie hrabio, czy suma, jaką próbował panu ukraść oskarżony była duża?
- Dla mnie duża.
- Czy za nią można by zjeść porządny obiad w kilkoro osób?
- Nawet kilka obiadów.
- Zatem na pewno nakarmiłaby taka suma kilku głodnych, prawda?
- Tak, to prawda.
- A czy pan jest głodny, panie hrabio?
Po sali przeszedł szmer głośnego śmiechu. Arkas poczuł, że go krew zaraz ze złości zaleje. Musiał jednak nad sobą zapanować.
- Nie wygląda pan na człowieka, który głoduje. Czy zatem, naprawdę ta suma panu skradziona jest aby na pewno niezbędna panu do życia? Bo oskarżony bardzo jej potrzebował, aby wykarmić swoich bliskich.
- Potrzeba nie tłumaczy kradzieży.
- Ani tym bardziej łamania prawa ustanowionego przez króla Bawarii.
Po tych słowach, zwrócił się do sędziego i powiedział:
- Wysoki Sądzie, oskarżony Schulz faktycznie dopuścił się obu zarzucanych mu czynów i wcale się tego nie wypiera. Należy zatem wymierzyć mu za to karę i to zgodną z obecnym prawem. Nim jednak to zrobimy, proszę sąd o uwzględnienie wszystkich okoliczności łagodzących, a jest ich dużo. Przede wszystkim oskarżony znalazł się w niezwykle ciężkiej sytuacji życiowej. Sytuacji, do której doprowadził swoim zachowaniem hrabia Arkas, czyli poszkodowany. Pan hrabia bowiem nie tylko jawnie i z premedytacją złamał prawo bawarskie, za co także należy mu się kara, ale jeszcze kłamał przed sądem i próbował nas wszystkich oszukać. Jednak w czasie procesu wyszło na jaw to, że pan hrabia nie zapewnił Schulzowi należytych warunków pracy, czym złamał prawo. A zgodnie z owym prawem, jeżeli chłop nie ma zapewnionych godziwych warunków pracy, ma prawo tej pracy nie wykonać i sprzeciwić się swojemu panu. Co za tym idzie, opuszczenie ziemi przez Schulza nie było wcale złamaniem prawa, a jedynie jego egzekwowaniem. Co do kradzieży portfela, oskarżony nie zaprzecza, że go zabrał. Ale doprowadziła do tego sytuacja materialna zarówno jego, jak i jego bliskich, która nie jest do pozazdroszczenia. W tej sytuacji, sąd oczywiście może go skazać, jednak apeluję, aby owa kara była dla tego biednego, nieszczęsnego człowieka jak najbardziej łagodna, bo nie zasługuje on na to, aby potraktować go z największą surowością.
Sędzia wyszedł na chwilę, aby przemyśleć w spokoju wyrok, jaki miał w tej sprawie wydać, nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ powrócił do sali po dość krótkiej chwili i oznajmił:
- Sąd po dokładnym rozpatrzeniu sprawy, uniewinnia oskarżonego Schulza od dokonania pierwszego zarzucanego mu czynu. Co do drugiego czynu, to sąd nie uznaje zachowania oskarżonego za dostatecznie szkodliwy społecznie, ponadto zaś wywołany jedynie trudną sytuacją materialną, do której poszkodowany, swoim to zachowaniem wcześniej sam doprowadził. I dlatego sąd wyjątkowo w tej sprawie umarza warunkowo postępowanie przeciwko oskarżonemu.
Po sali rozległ się dziki okrzyk radości i szczęścia, który nie zdołał zmącić ani na chwilę wyraźny objaw niezadowolenia ze strony Arkasa. Mężczyzna ryknął ze złości, kopnął ławkę dla świadków, po czym wyszedł z sali, wyszydzany gwizdem niechęci przez część obecnych w sądzie ludzi. Tymczasem strażnicy podeszli do Schulza i zdjęli mu kajdany z dłoni, a ten podziękował im, po czym złapał mocno w ramiona swoją małżonki, ściskając ją zachłannie i całując. Sędzia obserwował to wszystko z uśmiechem na twarzy, a po jakimś czasie wyszedł z sali, posyłając przy tym przyjazne spojrzenie adwokatowi, który właśnie przyjmował podziękowania od Schulza, jego żony, a chwilę później też od Sissi, Franciszka, Maksa i Ludwiki.
- Naprawdę bardzo panu dziękujemy, panie mecenasie - rzekł Maks - Bardzo się niepokoiliśmy o Johanna. Baliśmy się, że go skażą i zostanie gdzieś zesłany.
- W razie czego, ułaskawiłbym go, choć obawiam się, że mogłoby to spotkać się z oskarżeniem o nepotyzm - powiedział Franciszek - Na szczęście błyskotliwy pan mecenas pomógł mi tego uniknąć.
- Oj tak, wspaniale pan sobie poradził. Zrobił pan z Arkasa głupca - dodała z uśmiechem na twarzy Ludwika.
- Szanowna księżna przecenia moje możliwości. To nie było znowu aż takie trudne - odpowiedział na to adwokat, kłaniając się uniżenie.
Wszyscy zaśmiali się, słysząc te słowa. Nie lubili oni Arkasa i dlatego wielką im sprawiło przyjemność wyśmianie go.
- Bardzo dziękujemy za pomoc. Nie wiem, jak możemy się odwdzięczyć za to, co dla nas zrobiliście - powiedziała Brigitte Schulz.
- Żałuję jedynie, że teraz muszę z żoną powrócić do swojej starej biedy - rzekł na to Johann Schulz - Bo przecież na ziemie Arkasa nie możemy już wrócić.
- Porozmawiam z hrabią. Nakażę mu, aby oddał ziemię księciu Maksowi oraz jego żonie - powiedział Franciszek - A jeżeli będzie się opierał, to zagrożę mu, że poinformuję o wszystkim króla Bawarii. Na pewno nie spodoba mu się to, co on robi na swoich ziemiach, zwłaszcza, kiedy się dowie, że to jawne łamanie prawa.
- Słyszycie? Będziecie mogli wrócić na swoje ziemię, które powrócą do nas - powiedział uradowany książę Maksymilian.
Sissi czule przytuliła się do ukochanego, wdzięczna za to, co zaproponował. Była teraz bardzo szczęśliwa, bo jej drogi Franz z każdym dniem pokazywał jej, ile ona dla niego znaczy.
- Wracajcie do dzieci, kochani i czekajcie na informacje od nas - powiedziała do państwa Schulz Ludwika.
Franciszek wyjął z kieszeni portfel, wydobył z niego kilka banknotów i podał je Johannowi.
- A tu proszę, macie na chleb i na czynsz. Uregulujcie wszystkie swe sprawy, żeby nie mieć tutaj żadnych zobowiązań.
Schulzowie lekko zaprotestowali, mówiąc, że nie mogą tego przyjąć, ale tak bardzo potrzebowali pieniędzy, iż ostatecznie ustąpili, obiecując jednak, iż szybko to zwrócą i nie zapomną dobroci im okazanej. Następnie powoli wyszli z sali sądu, znowu od bardzo dawna szczęśliwi i spokojni o swoją przyszłość.
Niedługo potem to samo zrobili Maksymilian, Ludwika, Sissi i Franciszek. Za nimi powoli kroczył o lasce adwokat, Hubert Werner, bardzo z siebie zadowolony. Sissi co chwila zerkała na niego, uśmiechając się delikatnie, a kiedy już wyszli z budynku sądu, powiedziała:
- To był naprawdę niesamowity proces. Jaka szkoda, że Ludwik nie mógł tego widzieć. Byłby bardzo z pana dumny, panie mecenasie.
- Zgadzam się. To wielka szkoda, że Ludwik nie mógł tego widzieć - dodał z lekkim żalem Franciszek.
- Ja jednak myślę, że chyba jednak wszystko widział, choć nie jako widz. Czy mam rację, panie Hubercie? - zapytała z ironią w głosie Sissi.
- Istotnie, księżniczko. Książę Ludwik był tu z nami obecny przez cały czas - odpowiedział na to mecenas, uśmiechając się przy tym wesoło.
- Doprawdy? To niby gdzie on jest? Bo jakoś go nie widzę - powiedział Maks.
- Możesz się ujawnić, panie mecenasie - rzekła na to Sissi, zerkając na swego nowego znajomego - Przedstawienie się już skończyło, kurtyna opadła. Nie trzeba się już wygłupiać.
- Trochę szkoda, miło było na tej scenie - powiedział na to adwokat, zupełnie innym głosem niż przed chwilą.
Następnie oddał laskę Sissi i ku zdziwieniu Franciszka, Ludwiki i Maksa, bez żadnej trudności stanął wyprostowany, zdjął perukę, odkleił od twarzy bokobrody i wąsy, zdjął z nosa binokle, a potem wyjął chusteczkę i wytarł sobie nią twarz, a jak skończył to robić, wszystkie zmarszczki z niej zniknęły, zaś oczom całej czwórki ukazał się doskonale im znany trzydziestoletni szatyn o niebieskich oczach.
- LUDWIK! - zawołali zdumieni Maks, Ludwika i Franciszek.
Jedynie Sissi nie sprawiała wrażenie zdziwionej tym faktem.
- Mój kochany kuzynek znowu musiał być w centrum uwagi.
- Tym razem sytuacja tego wymagała - odpowiedział na to Ludwik - Wujek i ja nie byliśmy w stanie przekonać miejscowego adwokata, aby bronił Schulza na procesie i to nawet wtedy, kiedy proponowaliśmy mu za to wielkie pieniądze. Nie mogliśmy tego tak zostawić i wujek zadepeszował po adwokata z Monachium. Ale on był chory i nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić. Dlatego postanowiłem wziąć te sprawę w swoje ręce i proszę, udało mi się.
- To byłeś cały czas ty? - jęknął zdumiony Maks - I ja cię nie poznałem? Och, ty francie ty! Albo cię powieszą, albo wyniosą na piedestał. Innej opcji nie widzę.
- Och, mój chłopcze. Naprawdę zagrałeś rewelacyjnie. Wszystkich nabrałeś. Nikt się na tobie nie poznał - powiedziała z podziwem Ludwika.
- Ktoś chyba jednak się poznał - stwierdził Franciszek.
- Owszem, moja kochana kuzyneczka - odparł Ludwik, odbierając od Sissi swoją laskę i lekko się o nią opierając - Powiesz mi, jak to zrobiłaś?
- Daj spokój, Ludwiku. Widziałam tyle razy, jak się przebierałeś, że nie jesteś już w stanie mnie nabrać - odpowiedziała Sissi.
- Doprawdy? - zapytał ironicznie Ludwik - A tak naprawdę?
Sissi zachichotała jak mała dziewczynka i powiedziała:
- A tak naprawdę, kiedy podałam ci laskę, to zauważyłam twoją prawą dłoń z bliska. Masz na niej charakterystyczną niewielką bliznę. To po tym, jak ściągałeś mnie kiedyś z drzewa, gdy na nie weszłam i nie umiałam z niego zejść. Pamiętasz to? Miałam wtedy osiem lat, chciałam się popisać i nie bardzo mi wyszło. A ty mi pomogłeś, ale niechcący zraniłeś się w dłoń ostrym końcem jednej z gałęzi.
Ludwik spojrzał na swoją prawą dłoń i uśmiechnął się delikatnie. Wiedział, że Sissi ma rację. Owa blizna faktycznie nie była zbyt wielka, ale z bliska raczej dość dobrze widoczna, gdy ktoś dobrze się przyjrzał. Z daleka był zatem w stanie łatwo oszukać Sissi, ale nie będąc blisko niej.
- Ech, taki mały detal może człowieka wkopać. Na przyszłość muszę chyba na takie akcje nosić rękawiczki. Inaczej zawsze mnie zdemaskujesz.
- Aż tak ci zależy, żeby mnie oszukać? - spytała Sissi.
- Aż tak mi zależy na tym, aby być dobrym aktorem - odparł Ludwik.
Ruszyli razem przed siebie, wesoło się zaśmiewając z przygody, w której to przed kilkunastoma jeszcze minutami brali udział. Szczególnie rozbawiła ich złość Arkasa. Nie byli co prawda ludźmi cieszącymi się z czyjegoś pecha, ale tym razem trudno im było tego nie robić.
- Widzieliście jego minę? - zapytała wesoło Sissi - No, mówię wam, po prostu bezcenna. On był taki wściekły, kiedy ogłoszono wyrok. Myślałam, że tam zaraz ze złości pęknie.
- Oj tak, to było rewelacyjne - zgodził się z nią Maksymilian - A do tego też, zanim doszło do wydawania wyroku, pan mecenas Hubert po prostu zrównał go z ziemią. No, naprawdę. Zjadł go żywcem i to na naszych oczach!
- Ludwiku, jesteś lepszym aktorem niż mi się wydawało - powiedział Franz - Byłeś jeszcze lepszy niż wtedy, kiedy grałeś Mefistofelesa.
- Choć byłeś diabelsko uroczy jako diabełek - zażartowała sobie Sissi.
- Dziękuję za ten komplement, księżniczko - odpowiedział Ludwik wesołym tonem - Ale dzisiejsze przedstawienie dało mi jeszcze więcej satysfakcji, bo nawet nie wiecie, jak bardzo gardzę tego typu ludźmi, jak Arkas. Takich ludzi jak on, to z satysfakcją bym skazywał na banicję i to bez wyroku.
- Albo, jak rzekł Mefistofeles: „Posłałbym ich wszystkich do diabła, gdybym sam nim nie był” - zażartowała sobie Sissi.
- Ludwiku, ty naprawdę marnujesz się jako książę. Powinieneś zostać artystą - stwierdził dowcipnie Maksymilian.
- Niestety, odpowiedzialność za Bawarię sprawia, że te słowa, choć bardzo mi schlebiają, nie mogą zostać zrealizowane - powiedział wesoło Ludwik - Ale za to mogę być kiedyś mecenasem sztuki. Bo i czemu nie? Na tym świecie jest wielu tak bardzo zdolnych ludzi, którzy nie mają za co rozwijać swoich talentów, chociaż by nie wiem, jak się starali. Takich ludzi trzeba wspierać i ja zamierzam to robić. Ale od czasu do czasu sam zamierzam wystąpić na scenie, bo aktorstwo to część mnie samego, a nie można zabierać sobie żadnej cząstki siebie. A już zwłaszcza takiej, która jest tak ważna i która daje nam tyle satysfakcji.
- I daje możliwość błyszczenia na środku sceny - dodała Sissi.
- Tak, to też - odrzekł wesoło Ludwik - Bo chyba nie zaprzeczysz, że aktorem dobrze być, jak mówi słynna piosenka. Pamiętacie ją jeszcze?
Następnie wesoło zaczął wymachiwać swoją laseczką i lekko przy tym sobie podrygując, zaśpiewał:
Tam-tam-tam-tam!
Któż nie zazdrości nam?
Zegarek złoty i czarny frak.
Któż inny na co dzień chodzi tak?
Hej! Kto tak jak my,
Wesoło spędza dni?
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być!
Tam-tam-tam-tam!
Doprawdy mówię wam...
Kto sławny w życiu był chociaż raz,
Kto kocha prawdziwej sławy blask...
Hej! Ten dobrze wie,
Gdzie szczęście kryje się.
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być!
Tam-tam-tam-tam!
Któż nie zazdrości nam?
Wąsiki sterczą jak igły dwie.
Karetą jak hrabia jeździ się.
Wio, koniku! Wio!
Ja bardzo lubię to.
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być.
Tam-tam-tam-tam!
Któż nie zazdrości nam?
Buciki, proszę, z najlepszych skór.
Fryzura madame de Pompadour.
Hej! Kto tak jak my,
Szczęśliwie spędza dni?
Śpiewajmy, bracia, bo co tu kryć?
Aktorem dobrze być!
I z tą piosenką na ustach, Ludwik prowadził swoich bliskich przed siebie, nie zastanawiając się specjalnie, dokąd teraz powinni pójść ani jaka jest teraz pora. Bo nie miało to obecnie żadnego znaczenia. Liczyło się jedynie to, że nie tylko ocalił przed strasznym losem niewinnego człowieka, ale jeszcze zrobił to za pomocą tak uwielbianych przez siebie metod i swojego talentu, który wreszcie przydał mu się nie tylko jako rozrywka, ale także jako narzędzie do realizacji szlachetnych celów. W tamtej chwili czuł, że było to jego największe i najlepsze przedstawienie, jakie tylko wykonał przez całe swoje życie. Żałował jedynie tego, że Elodie nie mogła tego widzieć. A na czym, jak na czym, ale na jej pochwale zależało mu bardziej niż na pochwale od kogokolwiek innego.
***
W tym samym czasie, kiedy Ludwik wraz z bliskimi świętował swój sukces, ktoś inny daleki był od okazywania radości. Tą osobą był hrabia Fryderyk Arkas. Po przegranym procesie, połączonej z pełną kompromitacją, poczuł, że nie jest w stanie na trzeźwo tego przetrzymać, dlatego poszedł za miasto, do dobrze nam już znanej oberży „Pod Weteranem”, gdzie zamówił kufel porządnego piwa i coś do tego na przekąskę. Liczył, że posiłek i trochę alkoholu pomoże mu jakoś przetrwać to upokorzenie na spokojnie, zapanować nad sobą i obmyślić, jak odpowiednio się zemścić. Tak, o zemście przede wszystkim teraz myślał, gdyż jego mściwa, jak też nieprzejednana natura nie pozwalała mu znieść takiej zniewagi.
W oberży jednak przysiadła się do niego jakaś kobieta, która zażądała z nim rozmowy. Była ubrana na zielono, a głowę miała zakrytą płaszczem z kapturem. Nietrudno dało się odgadnąć, że chce ona zachować anonimowość. Była jednak niezwykle stanowcza, a gdy dodatkowo jeszcze powołała się na znanego im Hansa Zottornika, Arkas zrozumiał, że sprawa jest poważna i choć nie miał ochoty na to, aby rozmawiać, to musi wysłuchać, co kobieta ma mu do powiedzenia. Dodatkowo też, gdy lepiej się przyjrzał, to dostrzegł twarz swojej rozmówczyni spod kaptura i wtedy rozpoznał w niej baronową von Tauler, która zawsze wydawała mu się nad wyraz atrakcyjna. Rozmowa z nią zatem mogła na swój sposób poprawić jakoś mu ten zdruzgotany humor.
- Przyznam się, pani baronowo, że sprawia mi pani obecność wielką, ale to wielką przyjemność - powiedział do niej Arkas, lekko się uśmiechając.
- Nie wiem, czy dalej to będzie dla pana przyjemność, kiedy powiem panu, co mnie do pana sprowadza - odpowiedziała na to Helga von Tauler.
- Jest pani urocza, kiedy się pani złości, baronowo - odrzekł Arkas, próbując przy tym dotknąć jej ręki.
Ona jednak odsunęła od niego dłoń i powiedziała:
- Kanclerz Zottornik nakazuje panu przekazać, że pana poczynania nie są mu mile widziane, a tym bardziej ta sprawa z Morgaszem i jego bandytami.
- Morgaszem? Nie bardzo rozumiem, o co pani chodzi - powiedział Arkas.
- Proszę nie brać mnie za głupią, ani tym bardziej myśleć tak o kanclerzu. On o pana poczynaniach bardzo dobrze wie. Udawanie, że jest inaczej, nie pomaga ani panu, ani nam w zachowaniu dobrych relacji między nami. Dlatego radzę panu po dobroci, niech się pan nie zgrywa.
Arkas początkowo próbował udawać, że nie wie, o co kobiecie chodzi, jednak widok mrocznie patrzącej na niego baronowej sprawił, iż ostatecznie zrozumiał tę oczywistą dla niego sprawę. Taką, że udawanie przed nią niewiniątka niczego mu dobrego nie przyniesie, dlatego skinął lekko głową i powiedział:
- No dobrze, nie będę zatem udawał. Skoro pani i kanclerz już wiecie o tym, to nie ma sensu tego dłużej ukrywać.
- Słuszna postawa - powiedziała obojętnym tonem baronowa.
Przebywanie w towarzystwie Arkasa bynajmniej wcale nie sprawiało jej ani trochę przyjemności, dlatego postanowiła zakończyć tę rozmowę jak najszybciej to będzie możliwe.
- Zmierzając do rzeczy. Kanclerz przypomina panu hrabiemu, że pan pracuje dla niego i że ostatni raz daruje on panu tego rodzaju samowolkę. Kanclerz jednak zapowiada, iż w przypadku kolejnej takiej sytuacji w przyszłości nie będzie już tak wyrozumiały wobec pana. Przypomina panu hrabiemu, że wojna Austrii z Francją czy też innym krajem bynajmniej nie jest nam na rękę i lepiej, aby pan hrabia do niej nie dążył. Oznajmia też panu, że bynajmniej nie przeszkadzają mu kontakty pana hrabiego z Morgaszem i innymi bandytami, ale proszę nie prowadzić więcej tego typu akcji, ponieważ spotka pana ze strony kanclerza surowa kara. Ponadto każe dodać, iż niech pan hrabia nie liczy na to, że zdoła pan nabroić i uciec potem za granicę, bo nawet na końcu świata dosięgnie pana sprawiedliwość. Nie umknie pan nigdy przed zemstą kanclerza, bo ma on naprawdę długie ręce. Prosi pana o to, aby pan to sobie dobrze zapamiętał.
Arkas zazgrzytał zębami ze złości. Wiedział doskonale, że kanclerz nie rzuca słów na wiatr. Był głupcem sądząc, iż ten o niczym się nie dowie i da się go jakoś oszukać, prowadząc po cichu swoją własną grę. Nie należy więcej tego robić, bo zemsta tego człowieka, z cienia rządzącego całym imperium austriackim, nigdy nie była lekka. Wręcz przeciwnie, była zawsze straszna i Arkas wolał nie ryzykować sprawdzania tego, w jaki sposób jego ukaże za złamanie zasad ich współpracy.
- Czy dobrze pan zrozumiał to, co panu powiedziałam? - zapytała baronowa.
- Nadzwyczaj jasno i przejrzyście - odpowiedział Arkas.
Następnie spojrzał ponownie na baronową i zapytał:
- Nie rozumiem, jak taka piękna kobieta jak pani może pracować dla takiego starego i okrutnego potwora jak kanclerz.
- Praca jak praca. Kanclerz dobrze płaci - odpowiedziała obojętnie baronowa.
- A nie chciałaby pani zmienić pracodawcy? Na kogoś, kto również dobrze za usługi pani zapłaci, ale przy okazji będzie o wiele ciekawiej prezentującym się i o wiele młodszym, a do tego przystojniejszym człowiekiem?
- Nie wydaje mi się, aby tego człowieka było stać na moje usługi.
- Doprawdy? Może pani spróbuje?
- Nie stać pana, panie hrabio. Moje usługi nie są tanie.
- Wysoko się pani ceni. I drogo, jak widzę.
- Porządna praca wymaga porządnej zapłaty.
- Jestem gotów porządnie pani zapłacić.
Po tych słowach, Arkas delikatnie dotknął jej dłoni, ale baronowa, nie kryjąc swojego wstrętu, odsunęła rękę i powiedziała:
- Zdecydowanie nie byłoby pana stać na moje usługi, panie hrabio.
- Może jednak wysłucha pani mojej propozycji?
- Pana propozycje mnie nie interesują, panie hrabio.
- Bo widzi pani, zawsze mogę zapłacić pani część w pieniądzach, a część w nieco bardziej uroczy i słodki sposób.
Baronowa uśmiechnęła się ironicznie do Arkasa i odparła:
- Ten sposób tym bardziej mnie nie interesuje.
- Dlaczego? O ile wiem, w czystości pani nie żyje. Dlaczego zatem nie może się pani zainteresować mężczyzną bez zobowiązań, który jest panią zachwycony? Czego mi w zasadzie brakuje, aby odwzajemniła pani ten zachwyt?
Arkas liczył, że gdy wspomni o tym swoim zachwycie wobec baronowej, ta od razu zmieni do niego nastawienie, bo przecież każda kobieta ceni sobie miłe dla jej próżności komplementy i łatwiej dzięki nim ulega mężczyźnie. Ale przeliczył się w tej sprawie, ponieważ kobieta jedynie mu odpowiedziała:
- Jeżeli pan nie wie, proszę spojrzeć w lustro, a wtedy pan zrozumie.
Uraziła w ten sposób jego miłość własną. Arkas nigdy nie darował tego typu zniewag, dlatego zerwał się z krzesła i powiedział ze złością:
- Sprawić, abym przestał kogoś uwielbiać można poprzez wywołanie we mnie nienawiści. A muszę powiedzieć, że mam się za człowieka zrównoważonego i nie tak łatwo mi zaleźć za skórę, ale moje gratulacje, bo właśnie się to pani udało, pani baronowo. Któregoś dnia zrozumie pani, że to był bardzo duży błąd, ale już będzie za późno, aby mnie przebłagać i abym okazał litość. Zobaczy pani.
Po tych słowach, przewracając krzesło, na którym przed chwilą siedział, a w jego głowie krążyła już tylko jedna myśl. Chęć zemsty na tej oto ladacznicy, która sypiała z kim popadnie, a wzgardziła jego adoracją. Żadna kobieta nigdy bezkarnie go nie odtrąciła. Postanowił, że baronowa wkrótce się przekona, że ona bynajmniej nie jest wyjątkiem od tej reguły.
Ludwik jest rozdarty między wspomnieniem Joasi, a rodzącym się powoli nowym uczuciem. Nie może jednak wiecznie stać w przedpokoju, żeby zacząć nowe życie. Trzeba zamknąć drzwi przeszłości za sobą.
OdpowiedzUsuńNie wiedziałam, że jego ciocia Ludwika przeszła taką tragedię, że straciła swoje pierwsze dziecko. Jest to ból nie do opisania. Dlatego jest ona w stanie zrozumieć uczucia Ludwika i mądrze jest mu doradzić.
Zaskoczyła mnie baronowa. Nie podejrzewałam, że ona zawsze taka sztywna jakby kij połknęła może być taka frywolna i zabawiać się z takim młodym ciachem w sypialni.
Ten stary świntuch ją podglądał i niestety ma na nią haka. Chwilami mi jej żal, w gruncie rzeczy jest bardzo samotna i poza córką nikt jej nie kocha.
Niestety, hrabia Arkas się przeliczył, że kobieta z wielkiego świata spojrzy na niego z zainteresowaniem. Za wysokie progi na jego prowincjonalnego arystokratę nogi.
Bardzo podobał mi się proces, przypominał trochę scenę z serialu "Dom": ten człowiek jest winny, ale nie powinien zostać skazany.
Ludwik Hubert lubi brylować xD
Franciszek dobrze postąpił, władza wykonawcza nie powinna się mieszać do władzy sądowniczej na tym polega trójpodział władzy. Niestety, nie wszyscy to rozumieją.