
Ludwik Wilhelm von Wittelsbach był drugim synem księcia Maksymiliana i jego żony, księżnej Ludwiki i starszym bratem Sissi. Z wyglądu był niesamowicie podobny do swojego ojca, zatem był mężczyzną wysokim, choć nieco pyzatym, a zwłaszcza na twarzy. Czarnowłosy, z zielonymi oczami, zawsze gładko ogolony i krótko obcięty, choć kiedyś zapuszczał długie włosy i dopiero wtedy, kiedy dorósł, skrócił je sobie bardziej po męsku. Ubierał się zawsze skromnie, choć naprawdę elegancko. Podobnie jak ojciec, miał niesamowite poczucie humoru oraz jowialny charakter, otwarty i serdeczny wobec innych, ale też, mimo chęci do żartów, umiał być niezwykle poważny, kiedy trzeba. Najlepszym tego dowodem był fakt, że w wieku zaledwie dziewiętnastu lat, jak wielu jego kolegów, czując to dziwne i dość nietypowe poczucie obowiązku wobec Europy, rzucił szkołę, aby przyłączyć się jako ochotnik do powstania na Węgrzech w roku 1848. Pomysł ten przyszedł mu do głowy niedługo po tym, kiedy korzystając z wakacyjnej przerwy odwiedził w Monachium swojego kuzyna i serdecznego przyjaciela, Ludwika, następcę tronu Bawarii. Tam poznał jego wiernego druha ze studiów, Gyulę Andrassy’ego, który wywarł swoją postawą na młodzieńcu ogromne wrażenie. Starszy od niego o pięć lat Węgier sprawił, że w młodym Bawarczyku narodziła się chęć walki z Austrią i wszystkimi, którzy w jakikolwiek sposób dławią ludzką wolność. Wcześniej już co nieco słyszał pośród swoich kolegów w szkole, że na Węgrzech się gotuje, zatem wybuch powstania tam jest tylko kwestią czasu. Nie obchodziło go to wtedy, ale teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Dowiedział się od Gyuli, jak okrutni są wobec Węgrów Austriacy i jak w ludziach narodziła się chęć buntu. Dowiedział się również, że w Europie od dawna już panuje sytuacja, nazywana po latach Wiosną Ludów, która jest szeregiem buntów i rebelii wobec tyranii i okrucieństwa, zatem na Węgrzech także musi w końcu coś się zacząć dziać. Ludzie w Europie już o tym wiedzieli i wielu z nich, załatwiwszy swoje sprawy w ojczyźnie, wyjeżdżają, aby masowo dołączyć do powstania, kiedy ono wybuchnie. Liczyli, że w ten sposób zachęcą do poparcia Madziarów w ich walce z tyranią Austrii. Jak historia potem pokazała, bardzo się pomylili.
Ale wtedy nikt tego nie mógł wiedzieć. Wtedy wszyscy chodzili, jak to potem się mówiło, z zapalonymi głowami. Mieli wielkie nadzieje i górne marzenia, a w nich wyobrażali sobie jeden wielki narodowy zryw na Węgrzech, poparty nie tylko przez masowych i dobrowolnych ochotników z Europy, ale i przez kraje, które nie czują sympatii do Austrii i na pewno zechcą ją osłabić, wspierając walkę przeciw niej. Ludzie bardziej w tej sprawie rozsądni przeczuwali, że masowe poparcie dla powstańców nie nastąpi, jednak wierzyli mimo to, iż walka jest nieunikniona. Inni z kolei niemalże cynicznie w tej sprawie uznali, że lepiej jest umrzeć z godnością niż żyć bez godności. Nie brali, oczywiście pod uwagę tego, jak ludzie, popychani przez nich do powstania, na tę sytuację się zapatrują. Mówili im to, co oni chcieli usłyszeć, a ci zadowoleni wręcz masowo zgłaszali swoją chęć do walki. Jednym z tych ludzi był właśnie młody książę Ludwik Wilhelm von Wittelsbach. Mimo rad swojego starszego kuzyna, aby tego nie robił, bo powstanie nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo, bardzo prędko wstąpił do oddziałów ochotniczych złożonych z cudzoziemców emigrujących na Węgry, aby walczyć za wolność naszą i waszą, jak to wtedy mówiono. Wierzył wówczas we wszystko, co mu mówiono na temat powstania i jego wyników. Spodziewał się, że powstanie z prędkością błyskawicy ogarnie cały kraj, ludzie masowo poprą walczących, a w tej sytuacji kraje Europy, a zwłaszcza Anglia i Francja przyłączą się do walki i wtedy Austria musi przegrać. Los jednak bardzo szybko zweryfikował te idylliczne poglądy. Europa jedynie w sposób oficjalny poparła powstanie, jednak nie zamierzała wykonywać ani jednego politycznego ruchu, aby narazić się tak bardzo potężnemu przeciwnikowi, jakim była Austria. Inne kraje zaś, widząc, że pozostałe tego nie robią, również zostawiły powstańców samym sobie. Dodatkowo, jakby tego było mało, mimo początkowej euforii i wielu ochotników, na Węgrzech nie wszyscy popierali powstanie. Ponadto jeszcze, w wielu miastach zamykano powstańcom drzwi przed nosem, nakazując im się jak najszybciej wynosić z obawy, że jak tylko przyjdą Austriacy, to wszyscy zapłacą nawet za samą rozmowę z buntownikami. Pomimo to, powstańcy walczyli dalej. Odnieśli w tej walce nawet wiele sukcesów, jednak dobra passa szybko się skończyła. Cesarz, czy też może raczej działający w jego imieniu feldmarszałek Radetzky sprowadził na Węgry posiłki, które szybko nadrobiły straty poniesione w walkach z powstańcami i znowu ruszyli do ataku z jeszcze większą zaciekłością. Powstańcy, nie mający jak swoich strat nadrobić dodatkowymi posiłkami, musieli im ulec. Walczyli do samego końca i pokazali, na co ich stać, lecz za straszliwą cenę. Wojska austriackie nie miały ani grama litości wobec tych, których uznali za buntowników lub też za tych, którzy ich popierają. Takiego okrucieństwa Węgry jeszcze nie widziały. Egzekucjom nie było końca, podobnie jak paleniu wiosek i domów, posądzonych o pomoc w buncie. Żołnierze w imieniu karania wszelkiego oporu, pozwalali sobie na więcej niż kiedykolwiek przedtem: na grabież, gwałty i na co tylko mieli akurat ochotę. W wyniku tego wielu ludzi, dotąd popierających powstanie, zaczęło narzekać na przywódców powstania.
- Przez ich szaleństwo, my musimy teraz pokutować - mówili - To dlatego, że zachciało im się buntu, cały kraj teraz cierpi. Niech ich piekło pokłonie wraz z ich ideałami!
Oczywiście, najważniejsi przywódcy powstania uciekli i mimo wyznaczonej za nich nagrody, nigdy ich nie schwytano. Uniknęli oni szubienicy. Tyle szczęścia nie mieli jednak przywódcy powstańczych oddziałów. Tych wieszano i to wręcz bez sądu, a jeśli nawet z sądem, to wydającym tylko jeden wyrok: śmierć. Władze były w tej sprawie bezlitosne, zaś lud Węgier, mocno już rozgoryczony tym, co się stało, niekiedy z pewną satysfakcją patrzył na śmierć powstańców, mówiąc sobie w duchu, że jest to kara za wszystkie gwałty, spalone domy i skradzione mienia. Nie mieli wobec nich najmniejszego współczucia, a przynajmniej na początku. Inaczej sprawa się jednak miała z powstańcami, którzy byli jedynie prostymi żołnierzami. Od „miłosiernej” austriackiej władzy otrzymywali oni „lżejszą karę” w postaci... ciężkiego więzienia. Ich los już ludzi w dużej mierze poruszał, bo widzieli w nich niewinne ofiary szaleńców, teraz niepotrzebnie cierpiące z powodu ulegnięcia ich ideologiom. Mało jednak było wtedy na Węgrzech ludzi, którzy naprawdę żałowali wszystkich powstańców, bez wyjątku i dlatego też mało Madziarów okazywało im jakieś większe współczucie.
Władze austriackie potraktowały powstańców nie tak, jak zazwyczaj traktuje się żołnierzy wroga, bo dla nich nie byli oni wrogami, a jedynie buntownikami, w przypadku których nie należy mieć żadnej litości. I tej litości nie zamierzali oni ani trochę okazywać. Inaczej jednak sprawa miała się z tzw. ochotnikami. Ci zostali potraktowani dwojako. Jeśli pochodzi oni z terenów zagarniętych przez Austrię, to spotykała ich surowa kara. Jeżeli jednak byli z krajów, które nie należały nigdy do cesarstwa Austrii, zostali potraktowali nad wyraz łagodnie. Feldmarszałek, będąc wyrachowanym do szpiku kości, powsadzał ich do lekkiego więzienia z naprawdę dobrymi warunkami, po czym poinformował rodziny osadzonych, co się dzieje z ich bliskimi, żądając w zamian za ich wolność ogromnych sum pieniędzy. Rzecz jasna, rodziny w większości przypadków nie wahały się płacić wyznaczonej ceny za życie synów, braci czy kuzynów. Niektórzy odmawiali, ale wtedy Radetzky, aby im zrobić na złość, wypuszczał owych ludzi uważając, że na wolności zdołają oni owym chciwcom bardziej zaszkodzić niż w więzieniu, a poza tym, trzymając ich w niewoli, tylko odda im przysługę. Takie przypadki zdarzały się jednak rzadko, bo ludzie w większości płacili za wolność swoich bliskich. Radetzky oczywiście głupi nie był. Wiedział, że nie każdego stać na ogromny okup i od tych biedniejszych domagał się jedynie tyle, na ile było ich stać. Całość sumy ze wszystkich okupów stanowiła ogromny majątek, jednak tylko jedna trzecia tego wszystkiego trafiła do cesarskiego skarbca. Cała reszta zaś została równo podzielona pomiędzy osoby Radetzky’ego i Zottornika, biorącego w całym procederze czynny udział.
Jednym ze schwytanych tzw. dobrowolnych ochotników był Ludwik Wilhelm von Wittelsbach. Radetzky potraktował go wyjątkowo, ponieważ znał kiedyś jego ojca i bardzo go polubił i dlatego posadził go nie w więzieniu, ale w jednym z domów pod strażą i natychmiast powiadomił księcia Maksa o wszystkim. Rzecz jasna, mimo naprawdę dużej sympatii do niego, zażądał okupu, ale mimo wszystko był wyrozumiały, a przynajmniej we własnym mniemaniu, wskutek czego suma, którą musiał wypłacić mu Maks, była znacznie mniejsza niż ta, której zażądał na początku. Maks zawdzięczał to zejście z ceny swoim zdolnościom negocjacyjnym, jak i również temu, że Radetzky swego czasu polował na jego ziemiach i był z tego zadowolony i to sprawiło, że polubił księcia i potraktował go ulgowo. Rzecz jasna, Maks, jeżeli by to było konieczne, to oddałby nawet cały majątek w zamian za ocalenie syna, ale już wtedy był ojcem kilkorga dzieci, a jego najmłodsze dziecko, czyli Maria, miała wtedy zaledwie dwa latka. Musiał zatem myśleć o wszystkich swoich pociechach i swojej żonie, dlatego robił wszystko, co możliwe, żeby zbić cenę do minimum, oczywiście z założeniem, że jeżeli nic z tego nie wyjdzie, to zapłaci tyle, ile ta podła i chciwa pijawka zażąda. Radetzky oczywiście przeciągał sprawę, ile tylko się dało, aby zmusić Maksa do uległości, oferując mu jedynie lekkie zejście z ceny, kiedy nagle, zupełnie niespodziewanie z pomocą przyszedł król Bawarii, Maksymilian II. Gdy tylko dowiedział się to, jakie problemy dręczą jego szwagra, od razu wystosował odpowiedni list do cesarza Austrii, Franciszka Karola. Ten dostał szału, kiedy tylko go przeczytał. Wpadł jak burza do gabinetu feldmarszałka i nakazał mu natychmiast uwolnić chłopaka, syna księcia Maksa, który wszak był mężem Ludwiki, dalszej kuzynki i serdecznej przyjaciółki jego żony i jego osobistym przyjacielem. Radetzky pojął w tamtej chwili, że wyraźnie przeciągnął strunę i był gotów wypuścić chłopaka i to za darmo. Zottornik jednak polecił mu wyłudzić od księcia choć trochę pieniędzy, oczywiście okłamując go, że cesarz łaskawie zmniejsza sumę okupu i to znacznie, ale nadal ten okup zapłacić trzeba. Maksymilian uwierzył w to i urażony, że cesarz domaga się od niego mimo wszystko pieniędzy, zgodził się je zapłacić, jednak próbował negocjacji i osiągnął pozytywny skutek w postaci okupu stanowiącego zaledwie jedną piątą pierwotnie przez feldmarszałka zażądanej sumy. Mimo to, suma ta była duża, co zaszkodziło budżetowi rodziny, a gdy po jakimś czasie do tego wszystkiego doszedł nieurodzaj, biedny Maksymilian musiał sprzedać część swoich ziem Arkasowi. Tych samych ziem, które to dopiero niedawno Franciszek Józef odkupił i podarował przyszłemu teściowi jako prezent ślubny dla Sissi.
W ten oto sposób, Ludwik Wilhelm von Wittelsbach odzyskał wolność. Pobyt w areszcie domowym nie był dla niego dotkliwy. O wiele bardziej dotkliwe było dla niego odarcie ze wszystkich nadziei na temat powstania. W jednej chwili stracił w nie wiarę i poczuł bezsens wszystkiego. Bezsens całej walki, bezsens tego, w co wierzył i bezsens niepotrzebnego niebezpieczeństwa, na jakie narazili się on i jemu podobni. Po powrocie do domu długo nie mógł dojść do siebie. W zasadzie nawet nie pamiętał, jak tam dotarł. Pamiętał jedynie ojca ściskającego go mocno, kiedy już go tylko odzyskał, pamiętał jazdę powozem na Bawarię i pamiętał matkę oraz rodzeństwo, wpadające mu mocno w ramiona, ściskające go, całujące i krzyczące z radości. Zwłaszcza matkę dobrze pamiętał. Jej płacz, jej łzy, jej szczęście bardzo dokładnie wymalowane w jej oczach. Wiedział, że nigdy tego widoku nie zapomni. I nigdy więcej nie narazi bliskich na taki strach o niego. Wtedy całkowicie się już wyleczył z walk o jakiekolwiek ideały. Jego jedynym ideałem stało się normalne życie w szczęściu, spokoju i bezpieczeństwie, bez niepotrzebnego ryzykowania w sytuacjach, kiedy nie jest to potrzebne. Nie żałował udziału w walkach, ale żałował tego, jak bardzo zranił w ten sposób rodziców i rodzeństwo, jak i kuzyna Ludwika, który od początku próbował mu to wyperswadować. Przeprosił ich wszystkich, oni zaś, jak na kochającą rodzinę przystało, wybaczyli mu to i nie wracali już do tego tematu, a przynajmniej niecelowo.
Ludwik Wilhelm po tym wszystkim, nie kształcił się już. Uważał, że wiedza, jaką posiada w zupełności mu wystarczy, a jeżeli zechce nabyć więcej, zdobędzie ją z pomocą książek i bez pomocy jakichkolwiek nauczycieli. Zamiast tego, osiadł na stałe w Monachium, gdzie dostał pracę w biurze. Jego stanowisko dawało mu bardzo dużo satysfakcji, a przede wszystkim tę jakże cudowną świadomość, że nie musi wszystkiego zawdzięczać jedynie rodzicom. To przy okazji dawało mu także możliwość poznania różnych ciekawych ludzi oraz częste odwiedziny u kuzyna Ludwika, który na stałe właśnie tam mieszkał. Odwiedzał go z przyjemnością, a podczas swoich spotkań, prowadzili oni długie rozmowy na tyle interesujących ich tematów, że szybko i miło mijał im czas. A gdy jeszcze w Monachium pojawił się, przebywający na emigracji Gyula Andrassy, Ludwik Wilhelm zyskał w ten sposób kolejną motywację do odwiedzania kuzyna.
Czas mijał mu bardzo dobrze i spokojnie, zwłaszcza, że pozostawił już dawno za sobą swoją powstańczą przeszłość, choć należy zauważyć, iż w oczach ludzi nie tylko nie przynosiła mu ona ujmy, ale wręcz zaszczyt. Zwłaszcza w oczach pań, w których oczach Ludwik Wilhelm zyskał jeszcze więcej podziwu ze względu na to, że był bohaterem walczącym o szlachetne ideały. Książę zaś, chociaż nie bardzo do tych wspomnień lubił powracać, cieszył się, że jego przeszłość jest doceniana, zaś z sympatii kobiet skwapliwie korzystał, wdając się w kilka romansów, z których to ostatecznie nic nie wyszło, ale znacznie umiliły mu życie.
Ale i on musiał w końcu się ustatkować. Ponieważ jednak nie zamierzał brać ślubu bez miłości, a tej przez długi czas nie znalazł, spodziewał się, że zostanie już na zawsze kawalerem. Jednak i jego trafił grot Amora. Pokochał bowiem szczerym i prawdziwym uczuciem Henriettę Mendel, młodą aktorkę w swoim wieku, istotę tak uroczą i kochaną, że (przynajmniej zdaniem księcia) same anioły mogłyby jej zazdrościć urody. Miał wtedy dwadzieścia jeden lat i od roku przebywał w stolicy Bawarii. To w tamtej chwili właśnie spotkała go miłość, której nie spodziewał się zaznać. Henrietta była skromna, nie oczekiwała od niego zbyt wiele. Wiedziała, że jako aktorka nie ma szans na poślubienie księcia, a ponieważ pokochała szczerze Ludwika Wilhelma, została jego kochanką. On jednak traktował ją poważnie i nie chciał, aby tylko na tym zakończyła się ich relacja. Po roku związku zatem uznał, że już czas go zalegalizować. Dlatego poprosił ukochaną o rękę. Ona początkowo nie chciała się zgodzić z obawy, jak na to zareaguje jego rodzina, ale on nie chciał ustąpić i powiedział, że woli wyrzec się majątku rodzinnego niż jej. Poruszyło to serce Henrietty i zgodziła się wyjść za ukochanego. Zwłaszcza, że była wówczas z nim w ciąży, co jeszcze bardziej zmotywowało Ludwika Wilhelma do działania. Po załatwieniu wszelkich formalności, potajemnie ją poślubił, a jedynymi świadkami tego wydarzenia byli Ludwik i Nene, która akurat przebywała w Monachium w odwiedzinach u ciotki Marii, królowej Bawarii. Reszta rodziny długo o niczym nie wiedziała do czasu, aż w końcu plotki o tym, że najstarszy syn księcia Maksa żyje jak mąż z żoną z aktorką. Ludwika, nie znając wszystkich szczegółów sprawy, z góry założyła to, co prawdopodobnie uznałyby inne matki w takiej sytuacji. Że oto jakaś intrygantka próbuje usidlić jej syna.
- Proszę cię, Maks. Jedź do Wilhelma i proszę, przekonaj go, aby pod żadnym pozorem nie żenił się z tą dziewczyną - błagała swego męża.
Dla wyjaśnienia dodać należy, że najstarsze dziecko Maksa i Ludwiki, choć nosiło imiona Ludwik Wilhelm, nazywane było przez bliskich jedynie Wilhelmem, co miało kilka istotnych przyczyn. Pierwszą było to, że imię to bardziej podobało się młodemu księciu niż jego pierwsze miano. Drugie, że w ten sposób był bardziej swym rodzicom bliski, bo jego starszy brat, Wilhelm Karol, zmarł mając zaledwie rok, która to tragedia mocno dotknęła zarówno Maksa, jak i Ludwikę, gdyż był to ich pierworodny, a zresztą nawet gdyby nie był, bolałoby to ich tak samo, jednak ponieważ było to ich pierwsze dziecko, obudziło to w nich lęk, że nie jest im dane mieć dzieci. Jednak było inaczej, drugi syn, nazwany Ludwikiem Wilhelmem, aby nie kusić losu, gdyż mając takie same imiona co zmarły braciszek, mógł podobnie umrzeć za wcześnie, żył i miał się całkiem dobrze. Mimo to, nazywany był przez matkę Wilhelmem na cześć zmarłego braciszka, a przez ojca najpierw Ludwikiem, potem w końcu również Wilhelmem. Taka oto była druga przyczyna nazywania naszego księcia drugim imieniem, nie pierwszym. Ale była też i trzecia, niezwykle dowcipna. Otóż w tej rodzinie częstym gościem był Ludwik, syn króla Bawarii. Ze względu na ogromną więź emocjonalną z wujem, ciocią oraz kuzynostwem, był traktowany przez każdego z nich jak stały członek rodziny, która uznała, że należy odróżnić od siebie dwóch Ludwików i ostatecznie przyjęła nazywać najstarszego syna księcia Maksa Wilhelmem, którego wcześniej tak nazywała tylko matka, ale od czasu, kiedy podjęto wyżej wspomnianą decyzję, wszyscy zgodnie przyjęli to oto nazewnictwo najstarszego członka młodego pokolenia rodziny Wittelsbachów. W taki oto sposób Ludwik Wilhelm von Wittelsbach został Wilhelmem dla swoich bliskich, co wcale mu nie przeszkadzało.
Co zaś do jego związku z Henriettą, był on gotów walczyć nawet z rodziną, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Dowiedział się bowiem dzięki telegramowi, który mu przysłała Nene (jak wiemy, jedna z niewielu osób wtajemniczonych w jego ślub) i postanowił się przygotować. Nakazał żonie z ich córeczką czekać na to, aż ojciec do nich przyjedzie i odczekać na jego wezwanie i wtedy wejść do pokoju z małą na rękach. Wiedział, że to zrobi odpowiedni efekt na rodzicu, bo Maksymilian bardzo lubił dzieci i widok rozkosznej i słodkiej jak cukierek wnuczki na pewno przekona go do zmiany nastawienia względem związku Wilhelma.
Maksymilian rzeczywiście zjawił się u syna, jak to zapowiadał telegram od Nene i oczywiście z miejsca rozpoczął połajankę. Zaczął od tego, że nie jest on ani trochę przeciwny temu, aby jego syn miewał romanse, skoro jest wolny, jednak już ślub to sprawa, którą powinien skonsultować ze swoimi bliskimi. Był przy tym tak bardzo stanowczy, jak jeszcze nigdy dotąd. Na koniec całej tej tyrady, rzekł:
- Także, podsumowując to wszystko, mój synu, pragnę ci oznajmić, że ani ja, ani twoja matka nie pochwalamy twoich planów matrymonialnych wobec panny Henrietty, której nie znamy i której jakoś nie raczyłeś nam dotąd przedstawić. I nic w tym dziwnego, bo jak wiesz, pochwalamy małżeństwa z miłości, ale jednak nie można się żenić z powodu pierwszego poważnego zauroczenia. Dlatego wiedz, że nie wyjadę stąd, póki mi nie przyrzekniesz, że nie ożenisz się z Henriettą Mendel.
Wilhelm uśmiechnął się wówczas do ojca i powiedział wesoło:
- W tej sprawie chętnie ci to obiecam, bo już nie mogę się z nią ożenić.
Maks rozpromienił się, spojrzał uważnie na syna i poklepał go po ramieniu.
- Nie możesz? To doskonale. Cieszę się, że poszedłeś po rozum do głowy. Ale tak z czystej ciekawości, dlaczego nie możesz?
- Bo już dawno się pobraliśmy.
Maksymilian zazgrzytał zębami ze złości, myśląc w pierwszej chwili, że jego syn stroi sobie z niego żarty. Pogroził mu palcem i powiedział:
- Wilhelmie, nie żartuj sobie.
- Ja mówię poważnie - odparł Wilhelm - Dwa lata temu wzięliśmy potajemnie ślub. Widzisz?
To mówiąc, pokazał na prawą dłoń, na której widniała obrączka.
Maksymilian był w szoku.
- I nikomu nie powiedziałeś ani słowa? - zapytał.
- Nene wiedziała. I Ludwik. Oboje byli naszymi świadkami na ślubie.
Maks spojrzał ze złością na syna i z gniewu odwrócił zły wzrok na bok.
- No pięknie. Moje własne dzieci mnie okłamują. I jeszcze Ludwik, którego zawsze traktowałem jak syna.
- Dodatkowo jest jeszcze coś, tato - powiedział Wilhelm.
- Ciekawe, co takiego? Jakie niespodzianki jeszcze dla mnie przygotowałeś?
- Zaraz zobaczysz. Henrietto, wejdźcie!
Po chwili, do pokoju weszła młoda, zaledwie dwudziestoczteroletnia kobieta. Była śliczną blondynką o niebieskich oczach, delikatnym nosie, kształtnych ustach i słodkich dołeczkach w policzkach. Maks musiał przyznać, że jego syn ma gust. Ta dziewczyna była naprawdę urocza. Ale jeszcze bardziej urocze było stworzonko trzymane przez nią na rękach. Była to około półtoraroczna dziewczynka, słodka i prześliczna, o jasnych włoskach spiętych w loczki, ubrana w białą sukienkę i szare buciki, na głowie miała niebieską kokardę. Wilhelm podszedł do nich z radością, po czym poprowadził ich do Maksa i powiedział:
- Drogi ojcze, przestawiam ci moją żonę i córkę.
Henrietta dygnęła przed Maksymilian, który skłonił się jej z szacunkiem, ale jego wzrok przykuła szczególnie dziewczynka trzymana przez nią na rękach.
- Po prostu... Po prostu... Brak mi słów - powiedział po chwili, starając się na siłę być groźnym, ale nie wychodziło mu to - Jakim cudem zdołaliście przez dwa lata zachować to wszystko w tajemnicy?
- Byliśmy dyskretni. Poza tym, tu nie ma za bardzo wścibskich ludzi - odparła na to Henrietta - Chociaż chyba jednak są, skoro dowiedzieliście się o nas.
- Wybacz, ojcze, ale nie mogłem postąpić inaczej - powiedział Wilhelm - Ja ją kocham, a poza tym, kiedy dowiedziałem, że jest w ciąży, nie mogłem postąpić inaczej. Nie zamierzałem wypierać się ani jej, ani naszego dziecka. A nie mogłem jej skazać na hańbę. Zamierzałem was prosić o błogosławieństwo i zrzec się nawet na rzecz Teodora tytułu twojego dziedzica, jeśli będzie trzeba, a potem stopniowo przygotować was i Henriettę do ślubu. Ale los przyspieszył moje działania. Kiedy moja ukochana wyznała mi, że od miesiąca jest za mną w ciąży, musiałem działać szybciej. Stąd ten potajemny ślub.
Następnie wziął na ręce córkę i pokazał ją ojcu z uśmiechem na twarzy.
- Nie sądzisz, że jest urocza?
- Nie, nie sądzę - mruknął Maksymilian, udając, że patrzy w inną stronę.
Jego wrażliwa natura i słabość do dzieci wzięła jednak w nim górę. Spojrzał na to urocze stworzonko i z miejsca je pokochał. Poczuł, że serce mu mięknie, ale musiał jeszcze lekko pomarudzić, tak dla zasady.
- Ma już żonę i dziecko. A żeby to piorun strzelił.
Henrietta wzdrygnęła się, ale kiedy zobaczyła, że Maks się zaczyna śmiać, ten dobry humor i jej się udzielił.
- Jak ona ma na imię? - zapytał Maks, wskazując na dziewczynkę.
- Małgosia.
- Prześliczne imię. A to na czyją cześć? Bo ja nie kojarzę Małgorzat w naszej rodzinie.
- Na cześć Henrietty, która, gdy ją poznałem, grała Małgorzatą w „Fauście”.
Maksymilian uśmiechnął się ponownie. Złość na syna całkowicie mu minęła, za to narodziła się w nim miłość do wnuczki. Pomimo chęci bycia złym, nie umiał się na nich gniewać. Zamiast tego wziął dziewczynkę na ręce i czule pocałował ją w policzek. Małgosia zaś, choć zwykle bała się obcych, uśmiechnęła się lekko, po czym czule zaszczebiotała.
- Wasza córeczka jest po prostu urocza. Tylko Wilhelmie, jak my przekażemy tę wiadomość twojej mamie?
- Ty to zrobisz, ojcze - powiedział wesoło Wilhelm.
- Ja? No tak, oczywiście. A któżby inny? - mruknął Maks - Syn rozrabia, ale to jego tata musi wszystko naprawiać. Jak zwykle zresztą.
Mimo jednak pewnego lekkiego zrzędzenia, Maks zobowiązał się do tego, że powiadomi o wszystkim mamę i przekona do tego, aby zaakceptowała tę decyzję. Po powrocie do domu, oczywiście porozmawiał sobie z Nene, która tłumaczyła się tym, że nie mogła postąpić inaczej, bo bardzo kocha brata i lubi Henriettę, a ta ich córeczka jest po prostu przesłodka. Maks pogniewał się na nią lekko i jedynie dla zasady, a następnie porozmawiał z Ludwiką, informując ją o tym, że ich syn wręcz uroczyście mu obiecał, że nie poślubi Henrietty, co jak wiemy, było prawdą, jednak tylko w części. Uspokojona Ludwika spała spokojnie, zaś Maks zachodził w głowę w ten i w kolejne dni, jak tu wszystko odpowiednio poprowadzić. Pomyślał sobie wówczas o tym, że najlepiej będzie, jeśli jego synowa otrzyma tytuł szlachecki lub nawet arystokratyczny, choćby najmniejszy, ale zawsze. Wtedy związek Wilhelma z nią nie będzie tak niemile widziany na salonach. A gdy to już będzie gotowe, to wtedy powie się o wszystkim Ludwice. Ta oczywiście pomarudzi, ale kiedy tylko pozna Henriettę i dowie się, jaka to uczciwa dziewczyna, a do tego jeszcze ujrzy wnuczkę, to już całkowicie zmięknie i będzie dobrze. Tak, to był idealny plan.
Sprawy jednak nieco się przedłużyły z powodu, że nowy cesarz, Franciszek Józef, który zaledwie jakoś trzy miesiące wcześniej objął tron po swoim ojcu, nie był w stanie zajmować się sprawami rodzinnymi. Spadło mu naraz tyle spraw i tyle problemów do naprawienia, że dopiero na nowy rok był w stanie nieco odpocząć i uznać, iż wszystko w jego cesarstwie jest w należytym porządku. To wówczas, za radą hrabiego Jamisza, odwiedził go Maksymilian, opowiadając całą historię oraz prosząc, aby nadał on jego synowej jakiś tytuł. Franciszek oczywiście był bardzo rozbawiony całą tą sytuacją, wpadł w doskonały humor i obiecał, że bez wahania spełni to życzenie. Nadał więc Henrietcie tytuł baronowej Wallersee i w ten sposób nobilitował ją do stanu arystokratycznego. Maks zadowolony poczekał tylko, aż w tej sprawie wszystkie formalności zostaną ukończone, po czym zorganizował dla swojej żony niezwykłą niespodziankę: poznanie z synową i wnuczką. Jak się tego domyślał, Ludwika początkowo była zła, jednak informacja, że dziewczyna jest jak najbardziej uczciwa wobec ich syna, ma tytuł baronowej oraz urodziła Wilhelmowi tak urocze dziecko, zmiękczyły jej serce i przyjęła Henriettę do rodziny.
Wszystko zatem, w chwili obecnej, kiedy Wilhelm miał już dwadzieścia pięć lat, kochającą żonę i dwuletnią córeczkę, układało się młodemu księciu tak, jak o tym zawsze marzył.
***
Pewnego dnia, jakoś tak tydzień po swojej wizycie na cmentarzu, Ludwik był całkowicie spokojny o swoją przyszłość. Wiedział, że udało mu się wreszcie i to w sposób ostateczny domknąć za sobą drzwi dawnego związku i teraz może zająć się tym, co powinien już dawno zrobić: pójściem do przodu. Żeby jednak móc iść do przodu, trzeba wiedzieć, dokąd iść i mieć wyznaczoną drogę. Ludwik oczywiście doskonale wiedział, w którą stronę chce zmierzać i z kim, dlatego owa droga była dla niego czymś bardzo łatwym do wyznaczenia. Jedyny problem polegał na tym, że nie posiadał całkowitej pewności, czy Elodie odwzajemniała jego uczucie. To wydawało mu się czymś oczywistym, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak oboje w tak cudowny dla siebie sposób spędzali czas. Ale czy aby na pewno miał rację? A co, jeżeli pomylił miłość z przyjaźnią? Może tylko tym uczuciem go ona darzy i niczym więcej? Chociaż, gdyby tak było, to czy pozwoliłaby mu się całować, gdy ją ostatnio widział? Ten fakt raczej dowodził jej wzajemności. Jednak, czy można było być tego całkowicie pewnym? A jeżeli przez ten czas, kiedy się nie widzieli, ona pokochała innego? To przecież jest możliwe. Musiał to wiedzieć. Musiał się w tej sprawie upewnić. Musiał ją znowu zobaczyć.
Gdy tak o tym wszystkim rozmyślał, przyszedł do niego Henryk, aby dać mu telegram, który właśnie przyszedł. Ludwik odebrał go i odczytał, po czym zdumiał się bardzo mocno.
- No proszę. Sam cesarz Austrii wzywa mnie do siebie z ważną sprawą. O co mu też może chodzić?
- Najlepiej Wasza Wysokość zrobi, jeżeli pojedzie i sam się dowie - rzekł na to Henryk.
- Tak właśnie zamierzam zrobić - powiedział Ludwik - Pakuj moje rzeczy, bo jutro ruszam do Austrii.
Henryk skłonił się i ruszył wykonać polecenie. Ludwik zaś zaczął rozważać, w jakiej to sprawia Franciszek Józef go wzywa. Czyżby chodziło o jakieś sprawy wagi państwowej? A może o rzecz zupełnie prywatną? W końcu cesarz również ma takie sprawy. Uznał jednak, że nie ma co zgadywać, a jedynie pojechać i się tego od samego Franciszka dowiedzieć. Ale to jutro. Tego dnia miał przecież odwiedzić Wilhelma i Henriettę. Spotkali go wczoraj i zaprosili na dzisiejszy obiad. Podobno mają gosposię, która doskonale gotuje. Ludwik zawsze lubił smaczne dania i nawet w tej sprawie Sissi nazywała go łasuchem, na co on odpowiadał:
- Moja droga kuzyneczko, każdy mężczyzna jest łasuchem i każdy uwielbia łakocie, jednak tylko ten prawdziwy ma odwagę się do tego przyznać.
- Rozumiem, że ty jesteś właśnie tym prawdziwym - zażartowała sobie Sissi.
- Owszem, potwierdzam - odparł na to Ludwik.
Tak, zdecydowanie można było go nazwać łasuchem. Nie żarłokiem, jednak łasuchem jak najbardziej. Dlatego nie potrafił sobie odmówić spróbowania, jak też smakują dania przygotowane przez nową gospodynię Wilhelma i Henrietty, choć w tej sprawie był pewien tego, że będą one na pewno smaczne. Tym milsza zatem dla niego będzie ta wizyta.
Ludwik przebrał się więc w najbardziej elegancki strój, po czym zadowolony oznajmił Henrykowi, że idzie do kuzyna na obiad i wróci później, następnie mając wręcz wyśmienity humor, wyszedł z domu, przeszedł się kilkanaście minut ulicami miasta i odnalazł dom Wilhelma i Henrietty. Gdy tylko go odnalazł, zaraz zapukał do jego drzwi. Otworzyła mu owa gospodyni, nieco tęga, ale niezwykle serdecznie wyglądająca kobieta.
- Dzień dobry, pani - przywitał się Ludwik - Państwo w domu?
- Tak, jak najbardziej - odpowiedziała mu przyjaźnie kobieta - Pan Ludwik, zgadza się?
- Tak, to ja.
- Proszę wejść, śmiało. Państwo już czekają.
Kobieta wpuściła Ludwika do środka, a potem zaprowadziła go do salonu, a tam posadziła go w fotelu i poprosiła, aby zaczekał, bo państwo zaraz przyjdą. Od razu też po nich wyszła, aby ich poinformować o miłym gościu. Ludwik poczuł, że w tym domu panuje podobna atmosfera, co w domu wujka Maksa. Jest tutaj miło i bardzo gościnnie, każdy gość czuje się w tym miejscu wspaniale i na pewno nieraz jeszcze tutaj wróci. To oznaczało, że Wilhelm prowadził swój dom na wzór domu, z którego wyszedł w świat. Zapewne nauczy córkę tego samego, a ta potem nauczy tego swoje dzieci i tak ta piękna tradycja potoczy się dalej.
Swoją drogą, kto by pomyślał, że mała Henrietta tak wysoko zajdzie i będzie tak szczęśliwa? Przecież nic nie zapowiadało tego. Kiedy Ludwik ją poznał, miała zaledwie dwanaście lat i była uroczym podlotkiem. Wraz z rodzicami należała do wędrownej trupy artystów, wystawiających przedstawienia dla gawiedzi. Ludwik miał wówczas szesnaście lat, zaprosił ich do siebie i do pałacu, a potem tak bardzo zachwyciły go ich przedstawienia, że wpadł na szalony pomysł dołączenia do nich. Ponieważ wiedział, iż jego rodzice nigdy się na to nie zgodzą, uciekł z domu, aby przystać do owej wędrownej trupy. Przez prawie dwa miesiące chodził z nimi po całej Bawarii, nauczył się kunsztu aktorskiego, a potem zabrali go ludzie jego ojca, od dawna go poszukujący. Musiał wrócić i zapomnieć o marzeniach. Nigdy jednak nie zapomniał o poznanych w trupie przyjaciołach. Zwłaszcza o Henrietcie. Mała i tak bardzo urocza blondyneczka podbiła jego serce i była mu niczym siostra, której nigdy nie miał, a którą zawsze chciał mieć. Rozstali się z żalem, ale obiecali, że za jakiś czas na pewno kiedyś się spotkają i odnowią przyjaźń.
Los pozwolił im na to dopiero trzy lata temu, gdy Ludwik, załamany śmiercią Joanny, aby ukoić nerwy poszedł na przedstawienie w miejscowym teatrze. To tam właśnie, ku swemu wielkiemu zdumieniu, spotkał ponownie Henriettę. Rozpoznał jej nazwisko na afiszu, więc tym bardziej poszedł zobaczyć jej przedstawienie. A kiedy dobiegło ono końca, od razu zaszedł do jej garderoby, aby wręczyć jej bukiet kwiatów i powinszować talentu. Dziewczyna była mu wdzięczna, bo choć nie była próżna, lubiła być doceniania przez widzów. Kiedy jednak dowiedziała się, z kim ma do czynienia, jej radość nie miała granic. Rzuciła mu się na szyję, mocno oraz bardzo czule go uściskała, po czym zawołała:
- Ludwiku! Braciszku kochany! Tak się cieszę, że cie znowu widzę!
Miała zwyczaj nazywać go swoim braciszkiem, bo tak jak on marzył o tym, aby mieć młodszą siostrę, tak ona zawsze marzyła o posiadaniu starszego brata. A że byli wtedy bardzo młodzi, oboje z chęcią i bez żadnych krępacji spełnili swoje marzenia i zostali przybranym rodzeństwem.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię znowu widzę - powiedziała Henrietta z zachwytem w głosie.
- Ja też się cieszę. Tak długo cię nie widziałem - odpowiedział jej Ludwik, po czym zmierzył ją wzrokiem - No proszę, urosłaś i wypiękniałaś.
- A ty jesteś jeszcze przystojniejszy niż pamiętam - odparła Henrietta i lekko zachichotała - Gdybym cię nie kochała jak brata, zakochałabym się w tobie.
- Chwilowo nie w głowie mi miłość - rzekł Ludwik zasmuconym tonem.
- Dlaczego? - spytała Henrietta, patrząc na niego zaintrygowana.
- Niedawno spotkał mnie pewien cios. Ale wolę o tym nie mówić.
- Właśnie powinieneś mówić. Nie wiesz, że duszenie w sobie bólu nigdy nie jest dobrym pomysłem? W ten sposób tylko sobie szkodzisz.
- Pewnie masz rację, ale nie wiem, czy jestem w stanie o tym opowiedzieć.
Henrietta posadziła go na krześle, sama usiadła naprzeciw niego, złapała go za ręce i patrząc mu w oczy, poprosiła o to, aby opowiedział jej o wszystkim. I co ciekawe, chociaż Ludwik nie miał na to większej ochoty, spełnił jej życzenie. Ani się obejrzał, kiedy bez żadnych skrótów opowiedział jej o Joannie, o tym, co czuli oni do siebie i jak to się skończyło. Henrietta słuchała go uważnie, a im więcej się o tej sprawie dowiadywała, tym bardziej miała ochotę płakać. Kiedy opowieść już dobiegła końca, załamała przytuliła mocno Ludwika i powiedziała:
- Mój Boże... Braciszku kochany. Jak ty musisz teraz cierpieć. Tak bardzo mi przykro. Naprawdę, nie wiem, co powiedzieć.
- Nie musisz nic mówić. Ważne, że jesteś - odpowiedział Ludwik.
Henrietta ucałowała go w policzek, a potem poprosiła, aby przychodził na jej przedstawienia i często się z nią spotykał. Uważała, że w ten sposób podniesie się chociaż trochę na duchu i nie będzie tyle myślał o tym, co go spotkało. Prosiła też, aby rozmawiał z nią, ile tylko zechce o Joannie i o wszystkim, co czuje. Uważała, że najlepsze, co jej przybrany brat może w tej sytuacji zrobić, to wygadać się i to porządnie bliskiej sobie osobie. Była gotowa pomóc mu w tej sprawie, nawet jeśli to oznaczało, że zanudziłby ją na śmierć, mówiąc w kółko o tym samym. W imię siostrzanej miłości do Ludwika umiałaby nawet taką ofiarę znieść.
Na szczęście, książę bawarski stopniowo odzyskiwał równowagę psychiczną, dzięki pomocy swoich bliskich, w tym również i Henrietty, której to rzeczywiście dużo opowiedział o Joannie i o tym, co go z nią łączyło, jednak nie zanudził jej w żaden sposób. Stopniowo coraz lepiej się czuł, a w ich rozmowach pojawiało się już coraz więcej innych tematów, znacznie bardziej miłych i przyjemnych.
Ludwik odwiedzał wtedy Henriettę dosyć często, choć nie codziennie. Jednak za każdym razem, kiedy się pojawił, zawsze miło spędzali czas we dwoje. Mógł na nią zawsze liczyć i ona była mu jednym z kilku zaledwie osób, które pomagały mu wtedy odzyskać spokój i równowagę. Ludwik zastanawiał się, jak może się jej za to odwdzięczyć. Nawet raz ją o to zapytał, a Henrietta odpowiedziała mu na to w bardzo żartobliwy sposób.
- Znajdź mi w zamian księcia z bajki, który mnie pokocha, poślubi i uczyni na zawsze szczęśliwą.
Życzenie to, Ludwik nieświadomie spełnił, kiedy rok później przypadkiem na mieście spotkał Wilhelma i powiedział mu, że idzie na „Fausta” do miejscowego teatru i jeśli chce, to go może zabrać ze sobą. Wilhelm się zgodził, poszedł wraz z kuzynem na przedstawienie i był nim zachwycony, a już zwłaszcza aktorką grającą Małgorzatę. Była nią Henrietta. Ludwik powiedział Wilhelmowi, że ją zna, a ten poprosił go, aby mu ją przedstawił. Oczywiście książę bawarski bynajmniej nie miał nic przeciwko temu i spełnił jego prośbę. To było niesamowite spotkanie. Gdy tylko Wilhelm i Henrietta zobaczyli siebie nawzajem, od razu ulegli wzajemnemu zachwytowi. Zaczęli się spotykać i miłość była już tylko kwestią czasu, dlatego też wcale nie zdziwiło to Ludwika, kiedy oboje zostali parą, a potem poprosili jego i przebywającą wtedy w Monachium Nene, aby byli ich świadkami na ślubie, na co oni oczywiście się zgodzili.
Efekty tej miłości były naprawdę przepiękne. Wilhelm doczekał się uroczej córki, Henrietta zaś znalazła w jego osobie swojego wymarzonego księcia z bajki i nie narzekała na swój los, co oznaczało, że musiał być on naprawdę dobry. Zatem Ludwik miał prawo czuć się dumny z tego, co zrobił, choć zdawał sobie przy tym sprawę, iż jego udział w tej sprawie był znaczący, lecz tylko na początku, bo cała reszta należała już do zakochanych. To oni swoim staraniem zadbali o to, aby ich relacje przerodziły się z zauroczenia w coś więcej.
Ze wspomnień i rozmyślań na ten temat, Ludwika wyrwało pojawienie się w salonie Wilhelma i Henrietty. Oboje serdecznie go uściskali i ucałowali, dziękując mu za przybycie i dodając, jak bardzo miłym jest im gościem.
- Cieszę się, że przyszedłeś i zjesz z nami obiad - powiedział Wilhelm.
- Nasza gospodyni jest doskonałą kucharką. Sam się zresztą przekonasz i to już niedługo - dodała wesoło Henrietta.
- Tego jestem całkowicie pewien - odpowiedział Ludwik.
Kiedy przyjrzał się obojgu, dostrzegł na ich twarz radość i szczęście. Czuł, że tych dwoje naprawdę bardzo mocno się kocha i pomyślał, jak to cudownie jest być zakochanym i to z wzajemnością. Naszła go wówczas refleksja, że oddałby nawet całe królestwo, gdyby tylko miał pewność, iż jego uczucie również jest przez jego ukochaną odwzajemnione. Wtedy byłby równie szczęśliwy, jak Wilhelm teraz, zaś Elodie byłaby równie szczęśliwa, co Henrietta. Zadbałby o to, aby tak się stało, to nie ulega kwestii. W chwili, gdy o tym pomyślał, naszła go tęsknota za ukochaną i wywołany w ten sposób smutek. Na szczęście, Wilhelm i Henrietta nie widzieli go w jego oczach. Tym lepiej, po co mieliby się smucić wraz z nim?
Przeszli do jadalni, gdzie gospodyni podała im obiad. Ludwik nie posiadał w jego sprawie żadnych obaw i jak się okazało, bardzo słusznie. Posiłek był bowiem niesamowicie smakowity i zrobiony z prawdziwym kunsztem. Pod każdym zatem względem dorównywał posiłkom z kuchni księżnej Ludwiki, matki Wilhelma oraz ciotki Ludwika. W niczym nie był od nich gorszy, całkowicie im dorównując.
- I jak? Smakuje ci, braciszku? - zapytała Henrietta z lekkim niepokojem.
- Tylko proszę cię, nie mów, że ci nie smakuje, bo nasza gosposia chyba tutaj umrze z rozpaczy, jeśli to zrobisz - dodał żartobliwie Wilhelm.
Żona lekko zdzieliła go w bok łokciem i dalej czekała na ocenę Ludwika. Ten zaś, dla zabawy, przetrzymał ich przez chwilę w niepewności, po czym powiedział:
- To jedno z najlepszych dań, jakie kiedykolwiek jadłem w życiu.
- Proszę cię, nie strasz mnie tak - powiedziała Henrietta, oddychając z ulgą.
- Tak coś czułem, że ci będzie smakować - stwierdził Wilhelm.
- Jak zwykle, przeczucie cię nie myliło - rzekł żartobliwie Ludwik.
Posiłek upłynął im w bardzo przyjemnej atmosferze, a po jego zakończeniu, od razu Ludwik podziękował gospodyni i pochwalił jej kuchnię, co sprawiło jej tak wielką przyjemność, jak żadna inna pochwała usłyszana wcześniej. Bo fakt, że taki oto uroczy młody człowiek jest wręcz zachwycony jej kuchnią stanowiło dla niej coś naprawdę niezwykłego. Bo ten uroczy młody człowiek nie tylko miał gust, ale dodatkowo był niesamowicie przystojny. Jaka szkoda, że był księciem. W innym przypadku stanowiłby idealną partię dla jej córki.
Kiedy obiad się skończył, cała trójka poszła do salonu, aby miło porozmawiać i przyjemnie spędzić czas. Przy okazji, obudziła się mała Małgosia i mogła wtedy już dołączyć do rozmówców. Jej widok ucieszył Ludwika, który wręcz uwielbiał córeczkę kuzyna, której to notabene był ojcem chrzestnym. Z radością wziął małą na kolana i mocno ją do siebie przytulił.
- Naprawdę urocza jest wasza córeczka - powiedział Ludwik zachwycony - To takie słodkie i kochane maleństwo.
- Miałbyś je na co dzień, to inaczej byś mówił - zażartował sobie Wilhelm.
- Nie słuchaj go. To naprawdę kochane dziecko - powiedziała na to Henrietta - I jak widzę, bardzo cię lubi.
Rzeczywiście, malutka Małgosia siedziała wygodnie na kolanach swego ojca chrzestnego i szczebiotała słodko, dotykając czasami jego twarzy lub ramienia. To był naprawdę rozczulający widok, zwłaszcza dla jej rodziców. Sam Ludwik czuł się zaś bardzo zadowolony i szczęśliwy, bo bardzo lubił dzieci, a tę istotkę to jakoś szczególnie mocno polubił. Urzekła go ona swoim urokiem osobistym, jakiemu nie można było się oprzeć.
- Wiesz, że wyglądasz z nią uroczo? - zapytała Henrietta.
- No właśnie. Nie chciałbyś mieć takiej w domu? - dodał dowcipnie Wilhelm.
- Wiesz, do tego trzeba dwojga, a ja póki co jestem sam jeden - odpowiedział mu Ludwik dowcipnym tonem.
- Póki co, braciszku. Póki co - zaakcentowała Henrietta - Ja tam jednak jestem pewna, że taki uroczy kawaler jak ty nie może być wiecznie samotny. Jak tylko się rozejrzysz, to szybko znajdziesz odpowiednią dziewczynę. Chyba, że...
Henrietta przyjrzała się uważnie Ludwikowi, który próbował przybrać minę jak najbardziej tajemniczą i poważną, ale jego przybrana siostra, jak ją niekiedy w myślach nazywał, za dobrze go znała, aby dała się na to nabrać. Szybko połączyła ją z tym, co wiedziała o Ludwiku i wyciągnęła z tego należyte wnioski.
- Chyba, że już kogoś takiego poznałeś - powiedziała.
Ludwik spojrzał na nią wesoło i zarazem tajemniczo, uśmiechając się przy z radością, po czym odpowiedział:
- Widzę, siostrzyczko, że nic ci nigdy nie umknie. Próbuję grać twarzą, ale to na ciebie nie działa. Nie ukryję przed tobą swoich prawdziwych myśli.
- Nie ukryjesz i nawet nie próbuj tego robić - rzuciła na to Henrietta - Chyba zapominasz, że sama jestem aktorką. Nie takie sztuczki z twarzą widziałam. Poza tym, jest jeszcze coś. Za dobrze cię znam. Nie zdołasz przede mną ukryć swojego zakochania się.
- Poważnie? Nasz Ludwiczek się wreszcie ponownie zakochał? - zapytał, nie bez przejęcia Wilhelm.
Bardzo dobrze pamiętał, jak jego kuzyn przeżył śmierć ukochanej Joanny i z tego powodu wieść o jego kolejnej miłości, która przecież mogła mu dać szczęście była mu bardzo miła. Uważał, że jest już najwyższa pora na to, aby Ludwik ułożył z kimś życie, najlepiej z dziewczyną umiejącą go w pełni docenić, która uczyni go szczęśliwym i pozwoli wieść normalne życie.
- Tak, przyznaję się, kochani. Zakochałem się - powiedział Ludwik, delikatnie gładząc główkę swojej chrześniaczki - Po raz pierwszy od trzech lat znowu czuję w sercu prawdziwą i szczerą miłość. Wiem, że to nie jest zwykłe zauroczenie, ale coś, czemu warto się poświęcić.
- To doskonale, przyjacielu. Wiedziałem, że w końcu uda ci się odnaleźć taką istotę, która sprawi, iż porzucisz żałobę i wrócisz między żywych - rzekł Wilhelm.
- A powiedz nam, kim ona jest? - zapytała Henrietta.
- Ma na imię Elodie i jest Francuzką, siostrzenicą cesarzowej Francji, Eugenii - odpowiedział Ludwik.
- Gdzie ją poznałeś? - pytała dalej Henrietta.
- U Franciszka Józefa, podczas pobytu u niego - odparł na to Ludwik - Oboje bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowach oraz na wspólnych spacerach. A podczas balu z okazji urodzin cioci Zofii, przetańczyliśmy we dwoje prawie całą noc.
- Och, jakie to romantyczne - westchnęła zachwycona Henrietta.
- Szkoda, że was tam nie było, poznalibyście ją - stwierdził Ludwik - Ale tak przy okazji, to dlaczego się nie zjawiliście na balu? Franciszek Józef nie przysłał wam zaproszenia? Czy może ciocia Zofia miała obiekcje?
- Przysłał, ale ja tam nie zamierzam u nich bywać - odpowiedział mu ponuro Wilhelm - Bardzo źle traktują w pałacu cesarskim moją żonę. Ja wiem, nie jest ona z ich sfery, ale co z tego? Jest dobra, czuła, wrażliwa i bardzo mnie kocha, zresztą z wzajemnością. Czego chcieć więcej?
- Nie wiem, może lepszej pozycji społecznej? - mruknęła Henrietta.
- Naprawdę dają ci się we znaki na dworze? - spytał Ludwik.
- Gorzej, Ludwiku. Nie pozwalają jej wchodzić wraz ze mną w jakieś miejsca i zwykle musi iść na szarym końcu, nawet za dziećmi. A podczas balu, to poza mną nie wolno jej z nikim tańczyć. Inaczej naruszono by chyba w ten sposób święty i jak najbardziej niepodważalny kodeks, tę ich etykietę zakichaną.
To mówiąc, Wilhelm zazgrzytał zębami ze złości i mocno ścisnął ręką poręcz fotela, próbując stłumić w sobie gniew.
- Ale przecież Henrietta dostała tytuł baronowej - zauważył Ludwik - Czy to się już nie liczy?
- Liczy się, do tego stopnia, że mogę z mężem bywać na balach, ale nie mogę za to liczyć na jakąkolwiek próbę wyciągnięcia do mnie przyjaznej ręki - odparła Henrietta - Byle smarkula z arystokratycznym tytułem bardziej się tam ode mnie liczy i ma więcej przywilejów niż ja.
Wilhelm delikatnie ścisnął dłoń ukochanej, po czym zwrócił się do kuzyna:
- Zrozum mnie, Ludwiku. Nie mogę przebywać w miejscu, gdzie lekceważy się lub w inny sposób krzywdzi moją żonę. Dostała tytuł od cesarza, ale nadal jest dla wielu nikim, bo nie ma należytego pochodzenia, a jej tytuł jest jedynie nadany. Dlatego nie dziw się, że nie było nas na urodzinach arcyksiężnej Zofii. Nie byłbym w stanie świętować razem z ludźmi, okazującymi mojej żonie pogardę.
Ludwik westchnął smutno. Wiedział, że to wszystko, co mówi jego kuzyn jest niestety prawdą. Na dworze jego ojca, króla Maksymiliana II, przyjmowano oboje małżonków z szacunkiem i nikt nie okazywał im tam niechęci, a jeśli nawet, to ta niechęć nigdy nie wyszła ze strony króla i królowej, którzy to zawsze byli do nich nad wyraz mili i serdeczni. Niektórzy dworzanie czasem pozwalali sobie na drobne nieprzyjemności w stosunku do nich, ale szybko ustawiono ich do pionu i więcej tego nie robili. Ale nigdy rodzice Ludwika nie okazali młodym niechęci. Niestety, na dworze cesarskim było inaczej. Jako tzw. stolica europejskiej kultury, kierująca się wielopokoleniową tradycją i etykietą, uważana była za miejsce najlepsze w tym kontynencie i co za tym idzie, nie wolno było nikomu wychodzić poza normy tam panujące. Ktokolwiek próbował to robić, zawsze był traktowany w taki sposób, jak biedna Henrietta, czyli pokazywano temu komuś, gdzie jest jego miejsce i że tutaj nie pasuje. Nic dziwnego, że Wilhelm nie zamierzał bywać w Schonbrunnie. Sam Franciszek Józef nigdy nie był wobec niego i jego żony niechętny, ale nie zadbał też o to, aby na dworze starszy brat Sissi czuł się dobrze wraz ze swoją żoną. A co do jego matki, to ta tym bardziej tego nie robiła. Tak bardzo kochała etykietę i tak mocno raziły ją jej wszelkie łamania, że pozwalała na takie zachowanie względem swoich gości. Dlatego Ludwika nie zdziwiła wcale decyzja Wilhelma i Henrietty.
- Rozumiem was bardzo dobrze. Ja tam byłem, ale nie bawiłbym się tam tak doskonale, jak się bawiłem, gdyby nie Elodie.
- Aha, to ciekawe. A więc to dla niej się tam pojawiłeś? - zapytała Henrietta tonem małej dziewczynki, która powoli odkrywa sekrety swojego starszego brata.
- Być może - odpowiedział na to Ludwik dowcipnym tonem.
Wilhelm i Henrietta zachichotali lekko, od razu odzyskując dobry humor, tak mocno naruszony z powodu nieprzyjemnego tematu etykiety na dworze cesarza.
- A teraz, to gdzie ona przebywa? - zapytał Wilhelm.
- Jest w Paryżu i chciałbym ją odwiedzić. Ale chwilowo mam inne sprawy na głowie - odpowiedział mu Ludwik.
- A co może być ważniejsze od ukochanej kobiety, kuzynku?
- No cóż... Franciszek Józef prosi mnie o przybycie do Schonbrunnu.
- Nasz kochany Franz? A czego on od ciebie chce?
- Nie mam pojęcia. W telegramie tego nie wyjaśnił.
- W telegramie? - zachichotał Wilhelm - No proszę. Skoro sam cesarz wzywa cię telegramem, to wyraźnie bardzo mu na tobie i twojej obecności zależy. Tylko w jakiej sprawie? Może chce pogadać o reformie w kraju?
- Mam taką nadzieję - odpowiedział poważnym tonem Ludwik - Cesarstwo w stanie takim, w jakim jest zdecydowanie nie ma szans na to, aby prosperować, a już na pewno nie za długo. Rozpadnie się na kawałki, jeżeli dalej będą rządzić nim te stare wampiry pokroju Zottornika i Radetkzy’ego. Tu potrzeba reform, ludzie w cesarstwie muszą być ludźmi, a nie bydłem.
- Dobrze, dobrze. Ale nie mówmy już o polityce - powiedziała Henrietta - Ty nam lepiej opowiedz, Ludwiku, coś o swojej ukochanej.
Książę bawarski zaśmiał się, po czym zaczął opowiadać o Elodie wszystko, co o niej wiedział. Wilhelm i Henrietta słuchali go uważnie. Jego opowieść o niej była bowiem pełna wyraźnego zainteresowania tą dziewczyną. Nie dało się ukryć tego, jak doskonale się z nią czuł, jak bardzo była mu ona bliska i jak bardzo jest w niej zakochany. Trudno było tego zresztą nie dostrzec, skoro tak chwalił piękno jej oczu, słodycz jej głosu, urok jej postaci, zmysłowość jej kobiecych kształtów itd. To wszystko mówić mógł jedynie szczerze zakochany mężczyzna. Dlatego oboje małżonkowie zachichotali, a Henrietta powiedziała:
- Braciszku, skoro tak wspaniała jest Elodie, to mam nadzieję, że po wizycie u cesarza, natychmiast pojedziesz do niej i wyznasz jej, co czujesz.
- Och, siostrzyczko - odpowiedział jej wesoło Ludwik - Gdyby to było takie proste, to czy nie sądzisz, że już teraz bym do niej jechał?
- A niby co stoi na przeszkodzie?
- Przecież ja nawet nie wiem, czy ona odwzajemnia to uczucie. A jeżeli ja się mylę? A jeżeli tylko ja ją kocham, a ona mnie nie?
- Jak nie zaryzykujesz, to się nie dowiesz.
- Ech... A bo to łatwo jest tak zaryzykować w kwestii uczuć?
- Moim zdaniem, nie łatwo, ale trzeba - powiedział Wilhelm - Gdybym ja nie zaryzykował powiedzenia mojej ukochanej Henrietcie, co do niej czuję, nie byłoby z tego szczęśliwego związku i tego uroczego berbecia, którego trzymasz właśnie na kolanach.
Ludwik zaśmiał się i spojrzał z uśmiechem na Małgosię, pocałował ją lekko w czoło i oddał Wilhelmowi, do którego mała wyciągnęła rączki. Wilhelm bardzo czule przytulił córeczkę do policzka, a tymczasem Henrietta usiadła wesoło przy fortepianie i zaczęła grać pewien utwór. Ludwik z miejsca go rozpoznał, bo kiedyś wykonywał go podczas swoich wędrówek z trupą aktorską, do której należała mała jeszcze wtedy Henrietta.
- Znam to. Śpiewałem to kiedyś podczas naszej włóczęgi po Bawarii - rzekł.
- A pamiętasz jeszcze słowa? - zapytała wesoło Henrietta.
Zaraz potem zaczęła śpiewać:
Nie martw się. Nie pierwszy, nie ostatni to raz,
Gdy komuś nagle, tak jak tobie, jest na duszy.
Nie martw się, bo każdy człowiek raz, chociaż raz
Koniecznie musi zakochany być po uszy.
W głowie mu się kręci, nie chce jeść i nie chce pić,
Tylko z nią i tylko przy niej ciągle być.
Gdy są wreszcie razem, krew uderza im do głów
I rozmowa ich zaczyna się od słów...
Wtedy właśnie Ludwik powstał z fotela, lekko zakołysał się niczym w tańcu i wzrok swój kierując ku widzianej tylko w jego wyobraźni Elodie, zaśpiewał:
Nic o tobie nie wiem, skąd przywiał ciebie wiatr.
Nie znam twoich zalet, ani nie znam twoich wad.
Jedną rzecz jedyną o tobie tylko wiem,
Że coś zrobiłaś z sercem mem.
Wiem, że jest mi dobrze, gdy jesteś obok mnie.
Ledwo jednak pójdziesz, a od razu jest mi źle.
I gorzej wciąż i gorzej jest ze mną z każdym dniem,
Bo coś zrobiłaś z sercem mem.
Henrietta z uśmiechem, spojrzała na niego, nie przerywając swojej gry, aby zaraz potem zaśpiewać do niego:
Byłeś wolny, swobodny.
Tak, jak mało kto.
Ludwik odwzajemnił uśmiech i zaśpiewał:
A dziś związany, spętany.
Czy nie dziwne to? Bo...
Nic o tobie nie wiem, a zrobię to, co chcesz.
Pójdę aż do piekła i na koniec świata też.
I w ogień i gdzie każesz, bo muszę tak, bo wiem,
Że coś zrobiłaś z sercem mem.
Zaraz potem zaczął wesoło podrygiwać i tańczyć w rytm melodii wygrywanej mu przez Henriettę. Rozbawił w ten sposób kuzyna, jego żonę i córeczkę, który się z tego wszystkiego śmiali do rozpuku. Ludwik zaś dokończył wesoło swój taniec i ustawił się w pozycji zawodowego tancerza oczekującego oklasków, które rzecz jasna, otrzymał. Ukłonił się wówczas delikatnie i powiedział:
- Bardzo dziękuję mojej wiernej publiczności.
- Och, braciszku. Ty byłbyś doskonałym aktorem - powiedziała Henrietta, nie kryjąc swojego zachwytu.
- Ale zamiast tego będzie doskonałym królem, bawiącym się w aktorstwo - odparł na to Wilhelm z uśmiechem na twarzy - O ile oczywiście, zawsze będzie szedł za głosem serca. I zdobędzie serce swojej ukochanej.
Henrietta zgodziła się z nim, po czym wstała z miejsca, podeszła do Ludwika i powiedziała do niego:
- Proszę, braciszku. Obiecaj mi, że zawalczysz o Elodie, dobrze?
- Obiecuję ci to, siostrzyczko - odparł z uśmiechem na twarzy Ludwik - Sam nie marzę o niczym innym, jak o jej miłości. Tylko, czy ona mnie zechce?
- Jeżeli nie zapytasz, to się nie dowiesz - stwierdził Wilhelm.
- Nie inaczej - zgodziła się Henrietta - Nigdy nie poznasz żadnej odpowiedzi, jeżeli najpierw nie zadasz pytania.
Ludwik uśmiechnął się delikatnie, rozważając w głowie słowa Henrietty. To były słowa pełne prawdy i mądrości. Wiedział, że ma ona rację. Wiedział, że już na to wszystko czas. Już czas, aby zawalczyć o swoje szczęście.
***
Następnego dnia, Ludwik pojechał do Austrii, zgodnie ze swoim planem. Nie wiedział, w jakim celu Franciszek Józef go do siebie wzywa, jednak wiedział, że rozważanie tego wszystkiego nie ma najmniejszego sensu. Ostatecznie przecież w tej sprawie zostanie na pewno oświecony przez samego cesarza. Zastanawiał się, czy jego drogi kuzyn przeczytał książkę, jaką mu pozostawił. I czy Sissi wyjawiła mu, że to on, Ludwik ją napisał. Wolałby osobiście, aby tego nie robiła. Magia tej książki polegała również na tym, że tożsamość autora nie była znana ludziom. No, a poza tym, nie chciał, aby Franciszek Józef nie posądził go to, że chce na niego wpływać w sposób polityczny. Nie chciał tego, ponieważ obawiał się, iż z tego powodu odsunie się od niego i możliwe, że nawet oskarży go o należenie do spisku liberałów albo coś w ten deseń. Co prawda, Ludwik należał do loży masońskiej o nazwie Wielki Świt, ale nigdy owa loża nie zamierzała wywierać na kogokolwiek wpływu politycznego. Jej celem była naprawa świata poprzez dobro i wiedzę oraz rozsiewanie liberalnych poglądów, a nie wpływanie na władców lub kontrolowanie ich. Takich celów nigdy nie mieli i nigdy mieć nie będą, ale wiadomo, w jakiż to sposób mogli to wszystko ukazać Zottornik i jego poplecznicy. Lepiej było zatem nie tworzyć im wody na młyn ich chorej propagandy. Doświadczenie nauczyło go, że nie wolno było swoim działaniem politycznym dawać wrogom broń do ręki. Z tego powodu wolał, aby pewne sprawy pozostały tylko dla wtajemniczonych, a nie wiedział, że Franciszek Józef był gotów, aby należeć do tego grona.
Minęło pół dnia, zanim dotarł ostatecznie do granic Austrii i jeszcze trochę, zanim dojechał do Schonbrunnu. Kiedy już tam się znalazł, od razu został bardzo serdecznie powitany przez służbę oczekującą jego przybycia. Zaprowadzili go z miejsca do pokoju, który zajmował poprzednim razem i oznajmiono mu, że cesarz porozmawia z nim po kolacji, na osobności, a na razie zaprasza go na ową kolację. Ludwik oczywiście kazał przekazać, że z przyjemnością zjawi się na kolacji. Nie zapomniał też zapytać, czy Sissi jeszcze jest w pałacu, czy już powróciła do domu. Dowiedział się, że to drugie. Trochę go to zasmuciło, bo obecność kuzynki byłaby mu bardzo miła. Na pewno znacznie milsza niż obecność tych wszystkich dworzan i arcyksiężnej Zofii, choć podczas swoich urodzin okazała dużo sympatii Sissi, co mogło oznaczać, że kobieta zaczęła się zmieniać. Czy jednak na pewno? Ludwik z natury uważał, iż ludzie, a już zwłaszcza tacy jak ona, do zmiany poglądów oraz nastawienia zdecydowanie potrzebują czasu, dużo czasu. Dlatego w nagłe zmiany z jej strony nie wierzył i wolał zachować ostrożność w wyrażaniu swoich sądów w obecności cioci Zofii.
Kolacja odbyła się w bardzo przyjemnej atmosferze. Ludwik rozmawiał sobie wesoło z Franciszkiem i Karolem, opowiadając im różne wesołe anegdoty, a oni w zamian opowiadali o tym, czego ostatnio dokonał cesarz wraz z Sissi. Ludwik tego wszystkiego słuchał z ogromnym zainteresowaniem, a zwłaszcza tego, jak bardzo dzielnie postąpiła Sissi w stosunku do tego chłopca imieniem Rudolf. A gdy Franz dodatkowo wspomniał o tym, że jego ukochana zagroziła tej starej zakonnicy, iż ją pobije jej własną dyscypliną, jeśli natychmiast nie opuści sierocińca, Ludwik miał wielką ochotę uściskać swoją kuzynkę i bardzo żałował, że jej tu nie ma, aby móc to zrobić.
Po posiłku, Franciszek i Ludwik udali się na prywatną rozmowę do gabinetu cesarza. Tam mogli dyskutować spokojnie, bez żadnych niepotrzebnych świadków, a na tych im nie zależało.
- Ucieszył mnie twój telegram, przyjacielu - powiedział Franciszek, kiedy już zostali sami - Miałem nadzieję, że przyjedziesz.
- Ty wzywasz, ja przybywam - odpowiedział mu żartobliwie Ludwik.
Cesarz parsknął śmiechem, rozbawiony tonem, w jaki kuzyn to powiedział.
- Ależ ja ciebie nie wzywam, Ludwiku. Ja tylko poprosiłem o twoje przybycie do Schonbrunnu.
- Prośba cesarza znaczy tyle, co rozkaz - zażartował Ludwik.
Franciszek Józef zachichotał i poklepał go lekko po ramieniu.
- Komediant z ciebie. Ale wiem doskonale, że umiesz być też poważny wtedy, kiedy tego trzeba. A w wielkiej światowej polityce bardzo tego potrzeba. Wiem, że nie ma bardziej poważnego człowieka, gdy chodzi o politykę. Rozmowy z tobą na temat reform w cesarstwie dały mi wiele do myślenia. Ostatnie wydarzenia i to, co miałem okazję zobaczyć, gdy poszedłem incognito na miasto jeszcze bardziej. Nie rozumiałem wielu spraw, ale teraz zaczynam je rozumieć. Nie wszystko jeszcze, bo wiele kwestii jeszcze budzi moje wątpliwości. Ale widzę potrzebę zmian, o której pisze w tej książce od ciebie. I widzę, że wiele z tego, co mówiłeś ma więcej sensu niż myślałem. Dlatego właśnie to tobie chcę powierzyć pewne ważne zadanie.
- Co to za zadanie? - zapytał coraz bardziej zaintrygowany Ludwik.
Franciszek podszedł do biurka i wziął do ręki leżące na niej papiery.
- Tutaj są warunki traktatu pokojowego z Francją, jaki zawarłem. To znaczy, zawarłem go de facto, choć jeszcze nie formalnie. Na razie Napoleon III przysłał mi swoje warunki, a ja się pod nimi podpisałem. To oznacza moją zgodę na traktat. Teraz zaś, zgodnie z zasadami polityki, ja muszę wysłać cesarzowi Francji swoje warunki, pod którymi on się podpisze, wyrażając swoją zgodę na traktat. Kiedy już te formalności zostaną wykonane, spotkamy się osobiście i podpiszemy oficjalny traktat pokojowy. Jednak, żeby tak było, to wszystkim formalnościom musi stać się zadość. I to jest właśnie twoje zadanie.
- Czy dobrze rozumiem? Mam dostarczyć te warunki Napoleonowi III?
- Dokładnie tak. Chcę jutro wysłać delegację dyplomatyczną do Francji. Ty masz być jej częścią, najważniejszą ze wszystkich.
- Dlaczego najważniejszą?
- Bo jako jedyny z osób mi znanych znasz Francję. Byłeś tam i wiesz, jak się tam żyje i masz tam znajomości. Łatwiej dogadasz się z Napoleonem niż inni. No, a poza tym, jest jeszcze powód.
- Jaki?
- Dostałem wiadomość od Napoleona III. Jego żona prosi o to, abyś był wśród delegacji dyplomatycznej.
- Cesarzowa Eugenia prosi o moją obecność? - zapytał Ludwik - Dziwne, bo ja jej nawet nie znam.
- Ale widocznie ona zna ciebie - odpowiedział mu żartobliwie Franciszek - To by mnie wcale nie zdziwiło. Podobno podczas studiów cieszyłeś się dużą sympatią pań. Dlaczego zatem nie obecnej cesarzowej?
- Franz, co ty opowiadasz? Ja jej na oczy nigdy nie widziałem.
- Ale przecież ona mogła widzieć ciebie. A potem się zakochać i zwariować z miłości do ciebie. I dlatego teraz prosi o twą obecność, bo nie umie żyć bez ciebie.
Ludwik popatrzył zdumiony na Franciszka, który nagle zaczął się śmiać.
- Spokojnie, kuzynku. Tylko żartowałem. Ja dobrze wiem, że cesarzowa nie jest tobą zainteresowana jak mężczyzną. Ale za to jej siostrzenica, to inna sprawa.
Ludwik nadstawił uszu. Ta wiadomość bardzo go zaintrygowała.
- Jej siostrzenica? Mówisz o Elodie? A co ona ma do tego?
- Kuzynku, ja nie jestem głupi. Wiem, jak dużo czasu spędziliście razem, gdy ona tutaj była. Wiem, że raz poszliście na miasto i prawie cały dzień was nie było. To nic złego. Wręcz przeciwnie. Oboje poczuliście coś do siebie, tęsknicie za sobą i Elodie na pewno z tej tęsknoty poprosiła ciocię, aby ta zażądała twojej obecności w delegacji dyplomatycznej z Austrii.
- Naprawdę sądzisz, że o to chodzi?
- A niby o co innego? Prędzej już uwierzę w to niż w to, żeby cesarzowa za tobą wzdychała. Z całym szacunkiem, kuzynku, ale raczej nie jesteś Casanovą.
- I bardzo się z tego powodu cieszę - odpowiedział na to Ludwik, nie bardzo jednak wiedząc, czy powinien się śmiać, czy obrazić.
Franciszek chyba zrozumiał, o co chodzi kuzynowi, gdyż zaraz dodał:
- Chodziło mi o to, że jesteś na pewno przystojny i podobasz się kobietom, ale nie do tego stopnia, aby nawet cesarzowa Francji za tobą szalała. Poza tym, wiem o tym doskonale, że Eugenia jest wierna swojemu mężowi. To kobieta z zasadami. Takie nie oddają się romansom z innymi. To nie ten typ. Dlatego podejrzenia o to, że mogłaby być w tobie zakochana są śmieszne. Ale jej siostrzenica jest wolna. To oznacza, iż może się w tobie kochać, ile tylko chce. A ty w niej.
Ludwik popatrzył na cesarza z uśmiechem i pomyślał o tym, co mu właśnie powiedział. Czyżby to była prawda? Czyżby Elodie go kochała? Jeżeli tak, to więc oznaczało, że miał u niej szansę. A skoro tak, to tym bardziej powinien do niej jak najszybciej pojechać. Poza tym, jego serce od jakiegoś czasu należało do niej. A to sprawiało, że bardzo chciał zobaczyć ukochaną, choćby tylko na chwilę. Dlatego z radością spojrzał na Franciszka i powiedział:
- Jeżeli tak mówisz, to chyba znasz moją odpowiedź na twoją propozycję.
Cesarz Austrii uśmiechnął się do niego życzliwie. Ucieszył się, kiedy usłyszał te słowa.
- Wiedziałem, kuzynku, że mogę na tobie polegać.
***
Ponieważ Ludwik zgodził się spełnić życzenie Franciszka Józefa, nie zostało cesarzowi Austrii nic innego, jak tylko wyprawić następnego dnia, zgodnie z tym, co wcześniej już postanowił, delegację dyplomatyczną do Francji. Aby jednak nie było w tej kwestii żadnych wątpliwości, nadał jeszcze telegram o treści:
Do cesarza Napoleona III
Wszystko przygotowane <STOP> Delegacja jeszcze dziś wysłana <STOP> Życzenie cesarzowej spełnione <STOP> Czekajcie zatem cierpliwie <STOP>
Franciszek Józef I
Zadowolony spodziewał się osiągnięcia swoich celów politycznych. Wiedział doskonale, że Austria nie jest w najlepszej sytuacji i potężny sojusznik bardzo by jej się przydał. W ten sposób utworzyliby skuteczną koalicję przeciwko wrogom, a zwłaszcza przeciw Rosji, od dawna mającej wielką ochotę na bycie największym mocarstwem w Europie. Dodatkowo jeszcze od jakiegoś czasu zagrożeniem dla Austrii były także Prusy. Cesarstwo miało oczywiście sojusz i przyjaźń Bawarii, co miało zresztą być przypieczętowane przez ślub Franciszka i Sissi, spokrewnionej z rodziną królewską (ostatecznie jej matka, Ludwika Wilhelmina była siostrą króla Maksymiliana II, a jej ojciec, książę Maks także był jego krewnym, choć z dalszej linii Wittelsbachów). Nie zaszkodziłoby jednak mieć dodatkowe wsparcie i to w postaci naprawdę potężnego sojusznika, jakim jest Francja. Bawaria, jakby na to nie patrzeć, to był zawsze kraj przyjazny oraz lojalny wobec przyjaciół, ale niezbyt wielki. Byliby dobrym sojusznikiem, jednak niewiele by umieli pomóc w walce z mocarstwami. Dlatego tak bardzo potrzebna tutaj była przyjaźń Francji. I dlatego tak bardzo potrzebny był w tej misji Ludwik.
- Mój drogi kuzyn zawarł tam znajomości i przyjaźnie, jak również posiada prawdziwy talent krasomówczy i dyplomatyczny - wyjaśniał potem swoją decyzję matce i bratu, którzy z ciekawości zapytali go, czemu posyła Ludwika z delegacją - Poza tym, jest jeszcze coś. Jak na pewno wiecie, księżniczka Elodie, siostrzenica cesarzowej Francji, wpadła naszemu Ludwikowi w oko. Zresztą, mam powody, by przypuszczać, że nie jest to z jego strony zwykłe zauroczenie.
Karol i Zofia uśmiechnęli się wesoło, rozumiejąc już jego sposób myślenia.
- Aha, braciszku. Chcesz ich zatem wyswatać? - zapytał wesoło Karol - No, nie podejrzewałem cię o taki romantyzm, braciszku.
- Wydaje mi się, Karolu, że to nie tylko kwestia romantyzmu - powiedziała na to Zofia - To moim zdaniem prócz tego doskonałe zagranie polityczne.
- Zagranie polityczne? - zdziwił się Karol - Co masz na myśli, matko?
- To bardzo proste, synu - odpowiedziała Zofia - Ludwik jest przecież naszym krewnym oraz przyjacielem. Elodie z kolei to siostrzenica cesarzowej Eugenii. A więc, jeżeli oboje pobraliby się, w ten sposób powstałby bardzo piękny sojusz.
- Chyba raczej między Francją, a Bawarią, matko.
- Nie inaczej, ale Austria też na tym zyska, bo Bawaria ma sojusz z nami. To nie jest coś, czym można pogardzić.
Karol zaczął rozumieć i uśmiechnął się delikatnie, po czym spojrzał na brata i powiedział do niego z podziwem:
- No, braciszku... Nie sądziłem, że jesteś aż tak zmyślnym politykiem, aby w tak genialny sposób połączyć ze sobą politykę i sprawy prywatne.
- To cecha każdego prawdziwego władcy - stwierdziła z dumą Zofia.
Franciszek nie wiedział, czy zasługuje na te wszystkie komplementy. Prawda, że myślał o interesach Austrii w tej sprawie, ale jeśli chodzi o pomysł wysłania z delegacją dyplomatyczną także i Ludwika, to ten przyszedł mu do głowy jedynie dlatego, że cesarzowa o to prosiła, a Franciszek domyślił się, dla kogo o to prosiła. Chciał zatem, po prostu, zwyczajnie pomóc Ludwikowi i Elodie w zbliżeniu się do siebie, a pomysł, aby ich związek zacieśnił związek Francji z Bawarią i częściowo też Francji z Austrią, przyszedł mu do głowy dopiero potem, kiedy delegacja już wyjechała z Schonbrunnu. Nie wiedział zatem tego, czy aby na pewno należą mu się te wszystkie gratulacje od brata i matki. Ale uznał, że nie warto wyjaśniać im tego i po prostu skinął lekko głową, mówiąc:
- No cóż... W końcu jestem cesarzem. To zobowiązuje do myślenia.
***
W tym samym czasie, kiedy miała miejsce wyżej wspomniana rozmowa, cała delegacja dyplomatyczna, złożona z kilku wysoko postawionych urzędników Jego Wysokości Cesarza, a także Ludwika, będącego tu zasadniczo gościnnie, spokojnie przekraczała granicę Austrii i powoli docierała na tereny francuskie. Tam powitała ich wysłana przez Napoleona III delegacja, która przyjęła ich we Francji jak długo oczekiwanego gościa. Szczególnie bardzo miło powitali Ludwika. Dostali bowiem od cesarza rozkazy, aby jego traktować szczególnie przyjaźnie. Książę domyślił się łatwo, co jest tego przyczyną. Słyszał już, że Elodie jest ulubienicą cesarza Francji i jego żony, a zatem rozpieszczanie jej było przez nich było w tej sprawie zupełnie normalne. On oczywiście nie oczekiwał od nich jakiś specjalnych względów, ale skłamałby mówiąc, że nie jest z nich zadowolony. Miło mu się zrobiło, że jest tutaj tak mile witany. A ponadto jeszcze milej mu było na sercu, kiedy pomyślał, iż ma to miejsce z powodu Elodie. Świadomość, że jego ukochana oczekiwała go tutaj i namówiła swoich opiekunów, aby wezwali go do Francji pod pretekstem rzekomej dyplomatycznej sprawy, wywołała u niego radość i szybsze bicie serca. Wszystko to przecież idealnie świadczyło o to, że dziewczyna go kocha. Oczywiście nadal w tej sprawie istniało ryzyko, iż się pomylił i powody jego sprowadzenia do Paryża były rzeczywiście jedynie dyplomatyczne. Nie chciał jednak w to uwierzyć. Czuł w głębi serca, że jego przypuszczenia są słuszne. A w każdym razie bardzo chciał, aby tak było.
Delegacja wysłana przez Napoleona III odebrała Ludwika i dyplomatów tuż przy granicy i powitała ich z najwyższymi honorami. Oznajmiła też, że prawdziwą dla nich przyjemnością jest móc powitać ich osobiście we Francji i odwieźć ich do Paryża, gdzie sam cesarz oczekuje ich przybycie. Po tym powitaniu, ruszono dalej w kierunku stolicy i kiedy nadchodził już wieczór, udało się wreszcie dotrzeć do celu podróży. Okazało się jednak, że nie jest to koniec niespodzianek, ponieważ w Paryżu ludzie zebrani na ulicach zaczęli głośno wiwatować na cześć dyplomatów. Ludwik uśmiechnął się rozbawiony, kiedy jeden z dygnitarzy, którym towarzyszył, zapytał go, ile zapłacono Paryżanom za to, aby okazywali im takie względy.
Kiedy dojechano do cesarskiego pałacu, żołnierze stojący w bramie na straży tak bardzo efektownie, jak tylko to było możliwe, powitali i oddali im honoru, po czym wpuścili karety, którymi tutaj przyjechali. Karety te wjechały zaraz potem na dziedziniec i podbiegli do nich lokaje, aby otworzyć ich drzwiczki i pomóc wyjść dyplomatom austriackim. Gdy zaś ci wysiedli, marszałek cesarskiego dworu, już czekający na ich przybycie przed wejściem do pałacu, podszedł do nich, skłonił im się serdecznie i powiedział:
- Witamy serdecznie wasze dostojności na naszym dworze. Wierzymy w to, że będziecie doskonale się tu czuć. Pozwólcie, że odprowadzimy was do waszych pokoi, a następnie, gdy już panowie trochę odpoczniecie, zaprowadzimy was przed oblicze Jego Cesarskiej Mości.
Dyplomaci skinięciem głów zgodzili się na to i służba wskazała im ich pokoje i zabrała tam ich bagaże. Niewiele jednak mieli czasu na to, aby odpocząć sobie po podróży. Nie minęło bowiem więcej niż może pół godziny, a przybył do nich znów marszałek dworu, aby zaprowadzić ich wszystkich do sali tronowej. Ponieważ nie było ich celem odpoczywanie, ale pracowanie, dyplomaci bez wahania i żadnego choćby słowa sprzeciwu (choć na pewno woleliby dłużej odpocząć) ruszyli razem za swoimi przewodnikami. Wszyscy byli niezwykle podekscytowani, a zwłaszcza Ludwik, jednak jego ekscytacja wiązała się nie z możliwością poznania osobiście Napoleona III, ale z możliwości spotkania ponownie ukochanej Elodie, która, jak miał nadzieję, jest obecna w pałacu.
Marszałek dworu poprowadził ich do sali tronowej, po czym wszedł do niej jako pierwszy i oznajmił Jego Cesarskim Mościom przybycie delegacji od cesarza Austrii, Franciszka Józefa I. Od razu otrzymał rozkaz, aby ich wpuścić, po czym wyszedł do dyplomatów i oznajmił im:
- Jego Cesarskie Moście proszą.
Następnie otworzył szeroko drzwi, wszedł pierwszy, ustąpił na bok, po czym wyjął listę osób obecnych w delegacji dyplomatycznej Austrii i zaczął po kolei, jak to nakazywał protokół, odczytywać nazwiska osób obecnych w delegacji, które to kolejno wchodzili do środka sali tronowej. Gdy wszystkich sześciu dyplomatów z dworu cesarza Austrii wkroczyło do środka, został jedynie Ludwik. Jak protokół to nakazywał, czekał na swoją kolej. Już bał się, że zgodnie z panującymi normami nie zdoła wejść do środka, bo skoro nikt nie odczytał jego nazwiska, to nie wypada mu pojawiać się wraz z resztą delegacji, kiedy nagle marszałek dworu powiedział bardzo głośno i wyraźnie:
- A także, gość honorowy, Jego Wysokość, książę Ludwik von Wittelsbach, następca tronu Bawarii i kuzyn cesarza Austrii.
Ludwik odetchnął z ulgą. A zatem jednak został zaproszony, tylko jemu, rzecz jasna, musieli przygotować specjalne wejście na salę. Książę uśmiechnął się, kiedy pomyślał sobie, jak niepotrzebnie się martwił, że być może wcale nie został tutaj zaproszony, po czym dumnie i majestatycznie wszedł do środka.
W sali tronowej znajdował się wówczas tłum dworzan wraz z bliskimi. Byli oni ubrani w eleganckie stroje, wyraźnie najlepsze z najlepszych, jakie tylko mieli w swoich zbiorach, aby okazać w ten sposób szacunek dyplomacji. Na widok nie tylko delegatów, ale i księcia bawarskiego, złożyli wszyscy głębokie ukłony. Ale oni nie interesowali Ludwika. Jego interesowała tylko jedna osoba, której jednak nie dostrzegł w tym tłumie. Szybko się wszakże zreflektował.
- Głupi, przecież to nie byle dwórka. To księżniczka, krewna cesarza. Ona nie będzie stała w tłumie, tylko u jego boku.
Chwilę później, skierował swój wzrok na koniec sali tronowej, na którym to końcu stały dwa trony. Na nich to zasiadali władcy Francji. Cesarz Napoleon III i jego żona, cesarzowa Eugenia. Obok tej drugiej osoby stała zaś ona sama. Ta, która tak bardzo absorbowała myśli Ludwika. Ta, dla której przede wszystkim tu przybył i która była najważniejszym celem jego dyplomatycznej misji. Elodie de Farge. Jak zawsze, przepiękna. Miała na sobie błękitną suknię z dużym dekoltem, na szyi zaś piękny naszyjnik. Włosy jej były upięte w kok, w którym tak jej było do twarzy. A uszy jej zdobiły kolczyki w kształcie serca. Wyglądała po prostu cudownie.
- Jesteś... Moja miłości - wyszeptał najciszej, jak to było możliwe, Ludwik.
Dyplomaci stanęli tuż przed tronami obu cesarskich mości i skłonili im się tak uniżenie, jak to tylko było możliwe. Czekali, aż Napoleon III zechce sam do nich przemówić. Nie wypadało im samym się odezwać.
- Witam serdecznie w Paryżu, drodzy panowie - powiedział po chwili cesarz Francji z życzliwością i serdecznością w głosie - Wierzę, że wasza wizyta jest już początkiem zawarcia pomiędzy naszymi narodami wieczystej przyjaźni, której to owoce będziemy z korzyścią dla nas wszystkich zbierać po wieczne czasy.
Po tych słowach, mogli się wyprostować i lepiej przyjrzeć się władcy Francji. Był on mężczyzną pięćdziesięcioletnim, wysokim, barczystym, nieco już łysawym, ze sporymi wąsami i niewielką bródką w stylu hiszpańskim. Mówił głosem dość grubym, choć raczej przyjemnym. Ludwik wiedział o tym, że wielu dyplomatów w Europie nieco nim gardzi, bo był bratankiem Napoleona I i nie miał w zasadzie ani grama krwi królewskiej, a dodatkowo wybrany po rewolucji lutowej roku 1848 został pierwszym prezydentem II Republiki, którą to przemianował po ukończeniu swojej kadencji, za pomocą zamachu stanu w II Cesarstwo z sobą na czele. Zatem nie był władcą mianowanym z woli Boga i ludu, ale nie miało to znaczenia teraz, kiedy to wiele krajów potrzebowało jego przyjaźni.
- Witamy was wszystkich z prawdziwą radością - mówił dalej Napoleon III - Pozwólcie, że wam przedstawię. Moja żona, cesarzowa Eugenia.
To mówiąc, wskazał na kobietę u swego boku. Była to istota piękna, chociaż już nieco dojrzała. Miała tak na oko czterdzieści lat, była nieco niższa od męża, jej oczy były niebieskie, a włosy posiadały barwę dojrzałego miodu. Ubrana w białą suknię z niewielkim dekoltem, skinęła delikatnie głową na znak powitania.
- A oto nasz syn, Ludwik Napoleon, nazywany przez nas Lulu.
Na te oto słowa, u boku ojca stanął wyżej wspomniany młodzieniec, zaledwie szesnastoletni, wysoki i postawny, czarnowłosy o brązowych oczach, szczupły i do tego elegancki, choć zarazem w ruchach niezwykle swobodny. Kiedy się poruszał, było widać, iż nie traktuje on jeszcze na tyle poważnie, na ile powinien politykę tego świata i jeszcze pozostało mu trochę czasu, aby zaczął to wreszcie robić. Tuż pod nosem miał świeży meszek, co mogło wskazywać na to, że stopniowo staje się mężczyzną, choć jeszcze do zapuszczenia wąsów podobnych do ojca pozostało mu bardzo dużo czasu.
- A oto nasza siostrzenica, księżniczka Elodie de Farge - dodał Napoleon, ręką wskazując na ukochaną Ludwika.
Książę bawarski uśmiechnął się szczęśliwy w kierunku dziewczyny, a ta czule odwzajemniła ten uśmiech. Nie mieli jednak czasu na długą wymianę spojrzeń, bo Napoleon III podszedł do delegacji i powitał serdecznie każdego z nich. Kiedy zaś podszedł do Ludwika, uśmiechnął się przyjaźnie i powiedział:
- Witaj, mój chłopcze. Cieszy mnie, że Franciszek spełnił moją prośbę i mogę ci tu osobiście u siebie gościć. Wiedz, że ma to dla mnie szczególne znaczenie, bo o twoją obecność prosiła mnie moja droga małżonka, a z nią jeszcze jedna osoba, tak bardzo bliska memu sercu, że nie jestem jej w stanie niczego odmówić.
Nie wskazał palcem, o kogo mu chodziło, jednak Ludwik bez trudu domyślił się, kim jest ta osoba bliska sercu cesarza. Dlatego od razu skierował swój wzrok na Elodie, która obdarzyła go promiennym uśmiechem, tak ciepłym i zarazem tak słodkim, że poczuł od razu, jak serce zaczyna mu mocniej bić w piersi. Widok tej cudownej istoty, tak cudownie się do niego uśmiechającej, stanowił dla niego tak nieziemski widok, że był gotów oddać wszystkie skarby świata za to, żeby ona w jego życiu już pozostała na zawsze i zawsze już obdarzała go takimi uśmiechami jak ten, który teraz zdobił jej delikatną twarz.
Nie miał jednak za wiele czasu na to, aby podziwiać tyle, ile chciał ten piękny widok, ponieważ chwilę potem podeszła do niego i reszty dyplomatów cesarzowa Eugenia i powitała ich wszystkich ciepło i serdecznie, nie kryjąc przy tym radości z obecności tak znakomitych gości, zwiastujących Francji nową epokę sojuszu, a może nawet i przyjaźni z Austrią, czego ona zresztą bardzo by sobie życzyła.
- A teraz, moi panowie, zapraszam was serdecznie do ogrodów pałacowych. Mam tam coś na wasze powitanie. Pewną, mam nadzieję, miłą niespodziankę.
Po tych słowach, Napoleon III wyprowadził wszystkich obecnych w sali do ogrodów pałacowych, gdzie owa niespodzianka miała się znajdować. Nic jednak na jej temat nie zdradził swoim gościom, a jego twarz zdobił tajemniczy uśmiech, z którego nie dane było odczytać, co naprawdę planuje. Ludwika jednak nie bardzo to wszystko zajmowało, ponieważ rozglądał się wszędzie za Elodie. Nie dostrzegł jej jednak w tak wielkim tłumie ludzi. Zamiast tego dostrzegł Blanche ubraną w piękną, złotą suknię. Obok niej stał jej mąż, Francois. Ludwik dobrze go znał, gdyż był on jednym z przyjaciół starszego brata Blanche i zarazem jednym z kolegów ze szkoły Ludwika. Podszedł więc do nich i postanowił się przywitać.
Gdy zbliżył się do małżonków, Blanche obróciła głowę w jego stronę i bardzo wesoło się uśmiechnęła.
- Ludwik! Świat jest naprawdę mały - powiedziała wesoło i lekko ucałowała go w policzek na powitanie, po czym wskazała na Francois - Pamiętasz jeszcze mojego męża?
- Jak mógłbym zapomnieć? Stary, dobry Francois - odpowiedziała Ludwik, wesoło ściskając dłoń dawnemu koledze - Cała szkoła nie znała chyba większego figlarza od ciebie. Czy spoważniałeś w końcu?
- A i owszem, Ludwiku. Musiałem spoważnieć - odparł na to Francois, udając ponury ton - Nie wiesz, że miłość, a szczególnie małżeństwo, to poważne sprawy i nie pozwalają one na żarty?
Ludwik spojrzał na twarz dawnego kolegi. Nic się nie zmienił, pomyślał. Taki sam łobuz jak zawsze, tylko już nieco starszy. Wysoki i postawny szatyn, mający zielone oczy, nos jak u Juliusza Cezara, lekki zawadiacki wąsik w hiszpańskim stylu. Jednym słowem, Francois de Cortney we własnej osobie. Dodatkowo jeszcze nie wyszły mu z głowy te sztuczki z poważną miną, gdy opowiada żarty. Chwilami to po prostu aż chciało się go udusić gołymi rękami za te numery, jakie robił on innym. A już najbardziej za to, że opowiada coś ze śmiertelnie poważną miną na twarzy, a za chwilę zaczyna się śmiać i mówić, że to tylko żarty. Jak widać, nic mu nie przeszło to zamiłowanie do tego rodzaju figli.
- Daj spokój, przyjacielu. Teraz to sobie żarty ze mnie stroisz - rzucił Ludwik.
Widząc, jak poważna mina przyjaciela zamienia się powoli w wesołość, dość szybko zrozumiał, że miał rację i doskonale go przejrzał. Pokręcił tylko głową na znak lekkiego załamania i dodał:
- No oczywiście. Wiedziałem, żartowniś jeden. Mówi wszystko poważnie, a za chwilę płacze ze śmiechu, bo uwierzyliśmy, że to, co mówił, to mówił na serio.
- No co? Chyba mi nie powiesz, że cię nie rozbawiłem? - rzucił Francois, cały rozbawiony do rozpuku.
- Nie mówię, bo to wszystko prawda. Ale mógłbyś wreszcie spoważnieć.
- Nie zachęcaj go do tego, Ludwiku, bo inaczej straci on cały urok osobisty, a tego bym nie zniosła - powiedziała wesoło Blanche.
- Kwestia jego uroku osobistego jest raczej czymś względnym, ale nie będę tu kwestionować twojego gustu - odparł na to Ludwik.
- I słusznie, bo każdy ma własny i tylko jego powinien się trzymać - odezwał się niespodziewanie uroczy kobiecy głos.
Należał on do Elodie, która właśnie podeszła do nich. Na jej widok, Ludwik od razu poczuł w piersi mocniejsze bicie serca. Poczuł, jak głos mu lekko zamiera w gardle i z trudem wydobywa z siebie powitanie.
- Witaj, Elodie - powiedział.
- Witaj, Ludwiku - odpowiedziała mu czule Elodie.
Uśmiechnęli się oboje do siebie, przez dłuższą chwilę w ogóle nie odrywając od siebie wzroku. Potem jednak księżniczka spojrzała na swoją przyjaciółkę i jej męża, pytając:
- Nie wiesz może, Francois, co przygotował mój wuj?
- Nie, myślałem raczej, że ty coś o tym wiesz - odpowiedział jej Francois.
- Wybacz, ja też o niczym nie wiem. Oby tylko to było coś ładnego.
- Więcej wiary w swojego wuja. Na pewno przygotował coś wyjątkowego.
Chwilę później rozległ się głośny huk, a w niebo wystrzeliły jakieś blaski. To były fajerwerki, sprowadzone tutaj z daleka, żeby uczcić w ten sposób przybycie delegacji dyplomatycznej. Wszyscy zachwyceni spojrzeli w górę i zaczęli się im przyglądać, zwłaszcza kiedy fajerwerki zostały w odpowiedni sposób wystrzelone, aby ułożyć się w kształt austriackiej flagi. Był to największy wyraz hołdu, jakie to mogli okazać cesarz i cesarzowa dyplomatom. Ci zaś z radością i zadowoleniem zaczęli głośno klaskać na znak zachwytu nad pomysłem Napoleona III.
- Ech, cały twój wuj. Wiecznie uwielbia być w centrum uwagi - rzuciła jakby z lekką ironią Blanche.
- Ale przynajmniej robi to z klasą - powiedział Ludwik.
- Oj tak, Ludwik doskonale wie, co mówi - wtrącił się Francois - Spytaj o to Blanche, jeśli nie wierzysz. Ludwik zawsze wszystko traktował poważnie i robił to, co robił z klasą. Nawet jak kończył szkołę, zostawiając za sobą naprawdę wiele złamanych serc, zachował klasę.
Mówiąc to, Francois znowu miał niesamowicie poważną minę. Ludwik więc wiedział, że on kłamie. Elodie jednak rzekła, z trudem panując nad śmiechem:
- Nie, to niemożliwe. Ludwiku, ty przecież nie jesteś kobieciarzem. Chyba, że jesteś. Ale co na to powiesz?
Ludwik uśmiechnął się do niej i odpowiedział wesoło:
- Znając lepiej Francois... Czy może raczej, mając to nieszczęście poznać go bliżej, zrozumiesz, że nie można traktować tego, co on mówi na poważne. Jedyna rzecz na poważnie, jaką on zrobił, to poślubienie Blanche. Ale w przypadku innych rzeczy, to on zawsze coś kręci.
- Doprawdy? - Elodie przybrała zadziorną minę - Podczas jazdy do pałacu, bo przed przyjęciem odwiedziłam Blanche, Francois powiedział mi, że jestem jedną z najmilszych osób na świecie. I do tego najpiękniejszych. Sądzisz, że kłamał?
- No i co? Spróbuj się z tego wyplątać - zażartował sobie Francois.
Ludwik widząc, że wpadł we własne sidła, rozbawiony parsknął śmiechem i odpowiedziała wesoło:
- Dobra, poddaję się. On czasami potrafi być poważny i mówić na serio.
- Czasami? Dzięki i za to - rzucił żartobliwie Francois.
Cała czwórka parsknęła śmiechem, po czym zaczęła przyglądać się kolejnym fajerwerkom, wystrzeliwanym w niebo na polecenie cesarza Francji. Robili to tak przez kilka minut, zachwyceni tym widokiem, po czym Ludwik i Elodie spojrzeli ponownie na siebie i uśmiechnęli się do siebie czule. Jeden ten uśmiech mówił im więcej niż tysiąc słów. Mówił, jak bardzo są szczęśliwi, że znowu są razem i mogą ponownie we dwoje spędzać czas.
Poznajemy nowe postacie. Na szczęście Ludwik Wilhelm ma własną osobowość i ciekawą historię i nie robi jedynie tu za sztuczne tło.
OdpowiedzUsuńOjciec dość szybko mu wybaczył, że ukrył przed nim ślub i dziecko. Bajkowa wizja i to wyraźnie inspirowana bajkowymi filmami z Romy Schneider.
Nic dziwnego, że Henrietta tak lubi Ludwika. W końcu jakby nie było, znalazł jej męża, prawdziwego księcia z bajki. I to jeszcze takiego, z którym jest naprawdę szczęśliwa.
Mąż Blanche przypomina trochę Ricardo z tymi żartami. Mógłby spoważnieć. Chociaż, może jest on poważny i te żarciki to jedynie maska, jaką zakłada dla świata niczym Diego de La Vega? Kto go tam wie? :)
Franciszek Józef szybko domyślił się wszystkiego, czemu cesarzowej zależy na przybyciu Ludwika. Jest inteligentny, pewnie dlatego jest cesarzem.
Czekam na kolejny odcinek i rozwiniecie relacji Ludwika i Elodie. I brakowało mi trochę Sissi w tym odcinku.