
Ludwik odwrócił się, słysząc za sobą niespodziewanie odgłos otwieranych drzwi oraz czyiś kroków. Zobaczył wówczas, że źródłem owych dźwięków była Sissi, ubrana w śliczną fioletową suknię, może i niezgodną z najnowszym fasonem panującym na dworze cesarskim, ale mimo to, a może właśnie dlatego niezwykle śliczną. Książę uśmiechnął się na jej widok i powiedział:
- Witaj, Sissi.
- Witaj, Ludwiku. Lepiej się już czujesz? - zapytała go kuzynka, podchodząc do niego tak blisko, że był w stanie dostrzec siłę błękitu jej oczu, który od jakiegoś czasu wydawał mu się być najpiękniejszym kolorem na świecie.
- Tak, dziękuję. Czuję, że odzyskałem wszystkie siły - odparł Ludwik tonem tak życzliwym, jakim tylko zdołał.
- Jak to dobrze. Co za ulga - powiedziała Sissi, nie kryjąc swojej troski - Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało. Kiedy tata cię tu przywiózł, byłeś tak mocno poturbowany, że myślałam, iż wyzioniesz ducha.
- Nie martw się o mnie. Jestem twardy. Zawsze byłem - rzekł książę, próbując jakoś uspokoić swoją kuzynkę, jednocześnie nie odrywając oczu od jej prześlicznej i delikatnej buzi.
- Tak, wiem o tym. Ale nawet twardy potrafi zginąć w bitwie.
- To nie była bitwa, tylko zwykła potyczka. Miałem po prostu pecha, bo ich było kilku, a ja jeden, ale i szczęście, bo twój tata w porę przybył mi z pomocą.
- To dobrze, że jesteś cały. Naprawdę bardzo się o ciebie martwiłam.
- To znaczy, że zależy ci na mnie?
- Oczywiście, nie wiedziałeś o tym?
Ludwik ucałował delikatnie jej dłonie na znak swojej wdzięczności. Sissi zaś, którą rozbawił ten akt sympatii z jego strony, zachichotała lekko i zapytała nieco zadziornym tonem:
- A tobie na mnie zależy?
- Bardziej niż ci się wydaje - odpowiedział Ludwik.
Sissi spojrzała na niego uważnie. Błękit jej oczu był tak intensywny, że książę poczuł, iż jego kuzynka przenika wzrokiem jego duszę na wylot. Chyba tak było, bo zapytała:
- Czy to znaczy, Ludwiku, że ty...?
Książę uznał, iż musi przestać ukrywać swoje uczucia do niej, poza tym pod wpływem tego silnego spojrzenia Sissi nie był w stanie dłużej tego robić, dlatego też powiedział całkowicie szczerym tonem:
- Tak, Sissi. Kocham cię. Zakochałem się w tobie i nie wiem, co mam zrobić z tym uczuciem.
Sissi zmieszała się lekko, ale nie odskoczyła od niego. Nie odsunęła w żaden sposób od niego, nie zareagowała oburzeniem na to wyznanie. Czyżby to był dla niego dobry znak?
- Ludwiku, dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałeś? Może teraz byłoby inaczej? - zapytała Sissi - A teraz? Co ja mam teraz zrobić? Nie tylko z twoim, ale i z moim uczuciem?
Ludwik delikatnie ścisnął jej dłonie w swoich i zapytał, nie odrywając wciąż wzroku od pięknych oczu swojej kuzynki:
- Chcesz powiedzieć, że ty też?
- Tak, Ludwiku. Kocham cię. Jak mogłabym cię nie kochać?
Zachwycony i wzruszony zarazem książę przysunął się delikatnie do Sissi, po czym złożył na jej ustach delikatny pocałunek, który dziewczyna oddała mu. Trwał on chwilę, ale Ludwikowi wydawało się, że znacznie dłużej. Kiedy pocałunek już dobiegł końca, uśmiechnął się do Sissi i rzekł:
- Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem.
Ale nim Sissi zdążyła odpowiedzieć, do oczu Ludwika dotarł ostry promień światła, który na chwilę poważnie go oślepił. Książę zasłonił sobie oczy dłonią i...
***
I zobaczył, że leży w łóżku, a do jego oczu wpadają promienie słońca z okna, które właśnie odsłoniła Sissi. Ludwik zrozumiał wówczas, że to, co widział przed chwilą, to był tylko sen. Jego mała kuzyneczka nigdy nie wyznała mu miłości, ani on nigdy tego nie zrobił wobec niej. Przez chwilę ogarnął go smutek, potem jednak przyszło mu do głowy, że może to i lepiej, że tak się stało. Ostatecznie przecież Sissi jest zakochana we Franciszku, a on w niej, zaś rozbijanie ich związku byłoby świństwem. Ludwik nie był co prawda święty i w swoim życiu zdarzyło mu się kilka romansów, z których od początku nic nie mogło wyjść, ale po pierwsze, były to rzadkie przypadki, bo Ludwik jako romantyk z natury wolał miłość niż romans, a po drugie, nawet jeżeli sobie ostatecznie na to pozwalał, to nigdy nie zapraszał do łóżka kobiet pozostających w związku z innymi mężczyznami. Podobnie rzecz się miała również z prawdziwym uczuciem. Ludwik nie rozbijał nigdy cudzych związków, ani jeśli chodziło o romans, ani o związek. Dlatego w przypadku swojej małej Sissi też nie chciał tego robić.
Szybko jednak przestał o tym myśleć i próbował przypomnieć sobie, w jaki sposób tutaj się znalazł. Gdy poczuł ostry ból z tyłu głowy i dotykając miejsca, w którym go wyczuwał odkrył, że ma ciemię owinięte bandażem, wszystko od razu mu się rozjaśniło w głowie. Przypomniał sobie, że dzień po wyjeździe Sissi z jej siostrą i matką do Possenhofen, on powrócił do swojego ojca z listem od Franza, a także z listem od Idy Ferenczy do kogoś, kto był niezwykle bliski tej dziewczynie, ale przebywał obecnie na wygnaniu i ukrywał się na dworze Maksymiliana II, ojca Ludwika. Książę spotkał się z rodzicami, przekazał oba listy komu trzeba, a zaraz potem przygotował się do wyjazdu do Possenhofen. Bardzo chciał zobaczyć Sissi i przy okazji ponownie spotkać Idę Ferenczy, do której jej ukochany, zaraz po tym, jak otrzymał list od niej, napisał pełną czułości odpowiedź i poprosił Ludwika, aby skoro ten wyrusza do miejsca, gdzie ona przebywa, przekazał go jej.
Tak wszystko się zaczęło. Następnego dnia zaś Ludwik, przebrany w cywilny strój, pojechał incognito do Possenhofen. Po drodze jednak natknął się na młodą łanię z nogami we wnykach. Książę, który był wrażliwy na krzywdę tak ludzi, jak i zwierząt, natychmiast zatrzymał swego konia i zeskoczył z niego, po czym, choć nie bez trudu, uwolnił biedne zwierzę, które bardzo zdumione tą niezwykłą dla niej dobrocią, delikatnie polizało jego dłoń, a następnie lekko kulejąc, uciekło. Książę miał już odjechać, kiedy nagle zjawiło się czterech drabów, którzy byli, jak się od razu okazało, kłusownikami polującymi na zwierzęta dla skór i futer. Wściekli, że Ludwik uwolnił ich zwierzynę, rzucili się w jego kierunku z zamiarem zabicia go. Książę oczywiście nie należał do ułomków, wydobył dwa pistolety i wystrzelił z nich do bandytów. Jeden z łotrów padł martwy na ziemię, drugi zaś upadł na nią, postrzelony w ramię. Następnie Ludwik odrzucił bezużyteczne już teraz pistolety i dobył szpady. Udało mu się z jej pomocą odeprzeć atak kolejnych dwóch swoich napastników, aż ostatecznie jednego z nich pchnął szpadą w serce, drugiego zaś przyparł do drzewa. Niestety, właśnie wtedy zaszedł go od tyłu ten postrzelony w ramię bandyta i zdzielił go pałką przez ciemię. Ludwik stracił wówczas kontakt ze światem zewnętrznym i odzyskał go dopiero teraz. Nie wiedział, jak tutaj trafił ani jakim cudem uniknął śmierci.
- Jak to dobrze, że żyjesz - powiedziała Sissi, która właśnie odsłoniła rolety, co jak wiemy, wyrwało księcia z objęć Morfeusza - Lekarz mówił, że miałeś dużo szczęścia. Gdyby uderzyli cię mocniej, nie wiem, czy byś się obudził.
- Gdzie ja jestem? W Possenhofen? - spytał Ludwik, spoglądając z uwagą na swoją kuzynkę - Śniło mi się, że napadli mnie jacyś bandyci i potem zabrano mnie tutaj.
- To nie był sen, Ludwiku. Naprawdę cię napadli - odpowiedziała mu bardzo niespokojnym głosem Sissi - Okrutni, podli bandyci. W czterech na jednego. Choć tatuś mówił, że dobrze sobie radziłeś. Podobno dwóch zabiłeś, zanim jeden z nich zdzielił cię pałką przez głowę.
- Twój ojciec? On tam był? - zapytał zaintrygowany jej słowami Ludwik.
- Tak, zgadza się - potwierdziła księżniczka - Był akurat w lesie, kiedy nagle usłyszał strzały z pistoletu. Pomyślał, że ktoś kłusuje na jego ziemi i pojechał, aby to sprawdzić. Zobaczył wtedy ciebie, dwa wystrzelone pistolety na ziemi, twojego konia, dwóch bandytów martwych oraz dwóch żywych, w tym jednego rannego. Pochylali się nad tobą, okładali cię czymś i chcieli cię chyba dobić, ale wtedy tatuś szybko interweniował. Łatwo zabił tych dwóch drani, potem położył cię na twego konia i pojechał z tobą do Possenhofen. Nawet nie wiesz, jak strasznie się o ciebie wszyscy tutaj martwiliśmy.
- Kiedy dokładniej miało to miejsce?
- Wczoraj, Ludwiku.
- Wczoraj? Naprawdę? To znaczy, że cały dzień i noc byłem nieprzytomny?
- Budziłeś się kilka razy, ale szybko ponownie zapadałeś w sen. Lekarz rzekł, że nie wolno ci przeszkadzać we śnie, bo musisz odzyskać siły.
- Rozumiem. Bardzo wam dziękuję za pomoc.
- Dziękuj przede wszystkim tatusiowi. No i oczywiście Fortunie, że raczyła na ciebie spojrzeć łaskawym wzrokiem. Nawet nie chcę myśleć, co by się mogło ci stać, gdyby tatuś nie nadjechał na czas. Dlaczego jechałeś sam i bez eskorty?
- Chciałem dotrzeć tutaj szybko. A jechanie z pompą zdecydowanie przedłuża wszystko.
- To nie było rozsądne, kuzynku.
- Odezwała się ta, która galopuje samotnie po łąkach, lasach i polach i wcale nie bierze pod uwagę tego, że może kiedyś spaść.
Sissi uśmiechnęła się delikatnie, przyznając Ludwikowi rację, po czym czule ścisnęła jego dłoń w swojej i powiedziała:
- Naprawdę masz wiele szczęścia. Ale proszę cię, Ludwiku, nie kuś już więcej losu. Bo następnym razem mogą cię przywieźć w trumnie.
- Dobrze, będę następnym razem uważać, obiecuję ci to.
Wypowiadając te słowa, nie odrywał wzroku od postaci swojej kuzynki, którą tak dobrze pamiętał jako małe dziecko, a którą teraz widział jako niezwykle piękną i zarazem zmysłową kobietę, a ponadto też taką kochaną, wrażliwą i delikatną. Tak czułą, tak dobrą i tak sympatyczną. Wydoroślała, nie była już od dawna zadziorną i strasznie przemądrzałą dziewuszką, mającą mimo to wiele uroku osobistego, tylko dorosłą, piękną i wspaniałą pod każdym względem młodą kobietę. Pomyślał sobie, że dałby się drugi raz pobić, byle tylko ona chciała go opatrywać.
Chwilę później do pokoju weszła służąca Ingrid, która przyniosła Ludwikowi śniadanie. Książę podziękował jej bardzo i ostrożnie, bo nadal jeszcze czuł z tyłu głowy ostry ból, który odbierał mu sporo sił oraz utrudniał ruchy, usiadł na łóżku, aby się najeść. Sissi z troską pomagała mu w tym, nie tracąc przy tym ani przez chwilę swojego uroczego uśmiechu na twarzy.
- Widzę, że wrócił ci apetyt - powiedziała serdecznie i z ulgą, kiedy widziała, jak z apetytem zjada wszystko, co przyniosła mu służka - To dobrze. To znak, że już ci lepiej.
- Sam też czuję się zdecydowanie dużo lepiej - stwierdził Ludwik.
Chciał dodać, że to dlatego, iż jego kochana kuzyneczka się nim opiekuje, ale szybko sobie odpuścił. Nie wiedział, jak Sissi by na to zareagowała, choć raczej się spodziewał złości z jej strony, a ponadto przecież sobie coś obiecywał. Wiedział, że nie zmieni swoich zasad, iż nie rozbija związków, bo gdyby to zrobił, chyba do końca życia nie straciłby z tego powodu wyrzutów sumienia, nawet gdyby za ich cenę zdołał zbudować swoje szczęście. Bo przecież, czymże jest szczęście, które się buduje na cudzym nieszczęściu? Gdyby Franciszek nie kochał Sissi, to sprawa by wyglądała zupełnie inaczej. Ale on ją kochał, to nie ulegało kwestii. No, a Sissi kochała jego. Jakże zatem on mógł wchodzić między nich i niszczyć to, co oboje z takim wysiłkiem sobie zbudowali? O nie, to nie byłoby w jego stylu. Wolał zatem milczeć i nie mówić nic Sissi o tym, co do niej poczuł, choć teraz, kiedy go z taką troskliwością pielęgnowała, owe uczucia jeszcze bardziej wzrosły.
Sissi pomogła Ludwikowi zjeść do końca posiłek i uśmiechnęła się, kiedy już ostatni okruszek został skonsumowany przez jej kuzyna. Widać było, że odzyskał apetyt, co było zdecydowanie znakiem tego, iż jest on na najprostszej drodze do tego, aby wyzdrowieć.
- Bardzo ci dziękuję, Sissi - powiedział Ludwik głosem pełnym wdzięczności.
- Nie ma za co, Ludwiku. Ty też raz mnie pielęgnowałeś, kiedy byłam chora. Pamiętasz? - zapytała życzliwie Sissi.
Ludwik doskonale to pamiętał. Sissi miała wówczas osiem lat i była jeszcze uroczym berbeciem, a on miał już dwadzieścia lat i chwilową przerwę od nauk za granicą, którą to przerwę spędzał w Bawarii. Często bywał wtedy w Possenhofen i bawił się tam z młodszym kuzynostwem, a zwłaszcza z Sissi, która ze wszystkich kuzynek była mu najbliższa. W zasadzie, to była mu jedną z najbliższych mu osób na świecie, którą kochał jak rodzoną siostrzyczkę. Była jednak niestety strasznie nieposłuszna i mimo jego rad, pojechała na kucyku na wycieczkę wtedy, kiedy się zbierało na burzę. Jak łatwo było przewidzieć, spadła na nią gwałtowna ulewa, a ona sama poważnie zachorowała. To Ludwik właśnie najwięcej się wtedy nią opiekował. Sissi doceniała to i obiecywała mu, że już nigdy więcej nie nazwie go dużym głupkiem i będzie odtąd go słuchać, ale Ludwik nie oczekiwał tego od niej, zresztą doskonale wiedział, że łatwo zmieni zdanie, gdy tylko znowu się na niego zezłości. Taka była wtedy jego mała kuzyneczka. Teraz była jednak inna, dojrzała i dorosła, choć nadal niezależna i starająca się być sobą mimo wszystko. A do tego taka piękna i taka zachwycająca. Jak więc można było jej nie kochać? Jak Ludwik miałby tego nie zrobić, choć w czasach, kiedy ta piękność sięgała mu zaledwie do pasa i potrafiła na zmianę kłócić się z nim i bawić się z nim wesoło, nigdy by nie pomyślał, że w swoim życiu kiedykolwiek poczuje do niej coś innego niż tylko braterskie uczucie. Teraz Ludwik czuł się okropnie z tym uczuciem, chciał je jakoś wyprzeć z głowy i aby sobie w tej sprawie pomóc, przypominał sobie, jaka była kiedyś malutka, jak za każdym razem, gdy jej się coś nie spodobało w nim, tupała nóżką i się pokazowo obrażała, a widząc, że to nie pomaga, podlizywała mu się, nazywając go „jedynym i kochanym Ludwisiem” i mówiąc mu, że marzy, aby był jej bratem. Ale wspomnienia te wcale nie wyrzucały miłości do niej z jego serca. Bo przecież zawsze kochał swoją małą, zadziorną kuzyneczkę. Kochał ją, gdyż wiedział, że mimo bycia lekko rozpieszczoną przez ojca i starsze rodzeństwo, Sissi ma dobre serce i jak kocha, to szczerze, czego dawała dowody np. zawsze skacząc z radości na widok Ludwika, kiedy tylko się zjawiał u nich w domu lub zwierzając mu się, gdy była już nieco starsza i przytulając mocno do niego, gdy tylko jej było smutno. Ludwik nigdy nie zapomniał, jak kiedyś mała Sissi zrobiła mu przyjemną niespodziankę i widząc, że on przyjechał, ruszyła biegiem przez cały dziedziniec, wołając go po imieniu, doskoczyła do niego i przytuliła się dziko do jego pasa, bo tylko do niego dosięgała kuzynowi. A gdy on z radością w sercu wziął ją na ręce, zarzuciła mu rączki na szyję, ucałowała czule jego policzki, po czym nie chciała go długo wypuścić z objęć. Marzący zawsze o posiadaniu takiej właśnie młodszej siostrzyczki, Ludwik po prostu szalał za Sissi i był gotów zabrać ją do siebie na zawsze, gdyby tylko tego chciała. I to ona teraz sprawiła, że serce mu mocniej biło i że nie umiał myśleć o czymś innym, jak tylko o niej. Jak można było to nazwać inaczej, jak nie podłą ironią losu?
- Trzeba ci chyba zmienić opatrunki - powiedziała Sissi, przywracając kuzyna do rzeczywistości.
- Albo w ogóle mi je zdjąć. Przecież czuję się już dużo lepiej - stwierdził na to książę i powoli wstał z łóżka.
Chciał pokazać kuzyneczce, jak dobrze się czuje i jak silny jest, ale niestety, ledwie tylko wykonał kilka kroków, poczuł, jak kręci mu się w głowie, po czym o mało nie opadł na podłogę. Sissi szybko jednak podbiegła do niego, przytrzymała go i powiedziała:
- No i co ty najlepszego wyprawiasz? Lekarz kazał pilnować, że będziesz się oszczędzał i dużo wypoczywał.
- Nie chcę być przykuty do łóżka i ubezwłasnowolniony - odparł Ludwik, zły na siebie, że pozwolił, aby Sissi zobaczyła jego słabość.
- To nie ubezwłasnowolnienie, tylko zdrowy rozsądek. Ale jeżeli nie będziesz mnie słuchać, to obawiam się, że i po ten środek sięgnę.
Do pokoju weszła Nene, która chciała zobaczyć, co słychać u kuzyna i kiedy zobaczyła, co się dzieje, również podbiegła do Ludwika i pomogła mu ponownie położyć się do łóżka.
- Ludwiku, proszę - rzekła po chwili - Nie czujesz się jeszcze za dobrze.
- No właśnie, Ludwiku. Posłuchaj Nene. Nie forsuj się za mocno, bo zrobisz sobie krzywdę i zranisz przy okazji nas, kiedy coś ci się stanie - dodała Sissi.
Książę musiał ustąpić i pozwolił obu kuzynkom na to, aby te położyły go do łóżka, a następnie przykryły kołdrą.
- Chciałem spróbować się przejść po pokoju - rzekł na swoje wytłumaczenie - Ale chyba przeliczyłem swoje siły.
Dochodząc do takich wniosków, Ludwik już nie oponował i pozwolił swoim kuzynkom, aby te zmieniły mu opatrunek na głowie i obiecał, że nie będzie więcej robił takich rzeczy i spróbował samodzielnie przechadzać się po pokoju, dopóki nie poczuje się lepiej. W zamian za to wszystko poprosił Sissi, żeby przysłała do jego pokoju Idę Ferenczy, aby mu poczytała. Księżniczka była nieco zdziwiona, dlaczego prosi o to właśnie jej damę do towarzystwa, ale nie zastanawiała się nad tym wszystkim zbyt długo, tylko spełniła prośbę kuzyna.
- Czy Wasza Wysokość wzywał mnie? - spytała Ida, gdy jakieś dziesięć minut później weszła do pokoju Ludwika z książką pod pachą.
Nie wiedziała, co miałaby poczytać księciu, ale Sissi doskonale znała gusta swojego kuzyna i poleciła jej jedną z książek Aleksandra Dumasa ojca, znanego i cenionego francuskiego pisarza, którego kilka powieści Maksymilian posiadał w swojej bibliotece. Sissi poleciła jej książkę tego autora, którą sama bardzo lubiła, opowiadającą o przygodach czwórki przyjaciół służących królowi Ludwikowi XIII i walczącymi z intrygami jego podłego I ministra, kardynała Richelieu, który wraz ze swoimi agentami chce zniszczyć królową Annę Austriaczkę. Zdaniem Sissi ta oto powieść jest najlepsza z dzieł pana Dumasa, dlatego na lekturę do czytania tę właśnie poleca.
- Tak, wzywałem panią. Bardzo się cieszę, że pani przyszła - powiedział do niej przyjaźnie Ludwik - Wiem, że ma pani inne obowiązki, ale jeżeli to nie jest dla pani problem, prosiłbym chociaż o godzinkę poświęconą dla mnie.
- Jej Wysokość, księżniczka Elżbieta sama życzyła sobie, abym to zrobiła, a moim obowiązkiem jest jej słuchać - odparła na to Ida - Przyniosłam ze sobą jedną z książek pana Dumasa. Księżniczka uważa, że to pana ulubiony autor.
- Zgadza się - odpowiedział z uśmiechem zadowolenia Ludwik - A jaki tytuł?
- „Trzej muszkieterowie”.
- Idealny wybór. Druga moja ukochana książka pana Dumasa.
- Druga? A która jest pierwsza?
- „Hrabia Monte Christo”.
Teraz to Ida się uśmiechnęła. Doskonale znała ten tytuł. Wiązał się on z tym, którego pokochała całym sercem i tym, o którego tak bardzo się bała każdego dnia.
- Tę powieść znam. Bardzo piękna. Chociaż podobno Kościół katolicki wpisał ją na Indeks Ksiąg Zakazanych - powiedziała po chwili Węgierka.
- Tak, podobnie jak dzieła Kopernika, Galileusza i wielu wybitnych pisarzy, którzy swoimi książkami otwierali ludzkie umysły na prawdę o świecie - odparł na to Ludwik z ironią w głosie.
Nigdy nie był on miłośnikiem Kościoła, zwłaszcza odkąd na studiach poznał wiele prawd na jego temat. Im więcej zaś wiedzy zdobywał, tym więcej niechęci do tej instytucji w nim się pojawiało. Na szczęście jego matka, kobieta o równie otwartym umyśle, popierała jego plany i przekonała męża, a ojca Ludwika do tego, aby zmniejszyć w kraju władzę Kościoła i otoczyć opieką państwa wolnomyślicieli zwalczających ciemnotę, zabobony oraz zamykanie wiedzy dla wszystkich ludzi i to bez względu na ich status społeczny. Na dworze Maksymiliana II od kilku już lat przebywali ludzie uczeni, gnębieni przez politykę Kościoła, którzy dopiero tutaj mogli w pełni rozwinąć skrzydła. Sam król Bawarii nie do końca był przekonany do ich poglądów, wychodząc z założenia, że trudno jest posiadać pewność, jak to jest naprawdę z Bogiem i jak należy w niego wierzyć, poza tym z natury ostrożny wolał zawsze spokojnie podejmować decyzje. Mimo to dostrzegał potrzebę reform i jako też niechętny bardzo panoszącym się w polityce duchownym, z satysfakcją przyjął pomysły syna i żony, aby coś z tym zrobić, a przynajmniej na terenie ich królestwa. Ludwik był zdania, że to początek wielkich zmian, jakie zaczną jedna po drugiej następować w Bawarii. Zmian na lepsze, które mogą bardzo pomóc nie tylko im, ale i ich poddanym.
- Bardzo ciekawe poglądy, Wasza Wysokość - powiedziała Ida.
- Podobne posiada moja matka. To ona namówiła ojca, abym pojechał uczyć się na uniwersytecie w Paryżu. Tam jest najwięcej światłych umysłów. Potem też kontynuowałem studia w Londynie. W obu miastach poznałem wielu ciekawych ludzi i zdobyłem dość wiedzy, aby zrozumieć pewne rzeczy. Zresztą matka na to właśnie liczyła, posyłając mnie tam na nauki.
Ida słuchała z uwagą słów Ludwika, a kiedy wspomniał o studiach w Paryżu, to zaintrygowana spojrzała na księcia i zapytała:
- W Paryżu? Wasza Wysokość tam właśnie studiował?
- Dokładnie. A potem kontynuowałem studia w Londynie. A czemu pani o to pyta? - zapytał zaintrygowany książę.
Ida zaniepokojona, zamknęła drzwi od pokoju i zapytała:
- Chciałam tylko się dowiedzieć, jeżeli to nie tajemnica, czy Wasza Wysokość miał tam możliwość poznać kogoś, kto jest mi bardzo bliski? To znaczy, ja wiem, że Wasza Wysokość go zna, w końcu ostatnio Wasza Wysokość przywiózł mi list od niego, ale chciałabym wiedzieć, czy Wasza Wysokość i on poznaliście się może w czasie studiów w Paryżu? Bo on też tam studiował i może nie ma to większego znaczenia, ale...
- Ale tak, tam właśnie go poznałem - odpowiedział Ludwik i uśmiechnął się do Idy przyjaźnie.
Węgierka zaintrygowana popatrzyła na księcia, po czym upewniwszy się, że nie ma nikogo za drzwiami, usiadła przy łóżku Ludwika i zapytała:
- Chyba już rozumiem, dlaczego Wasza Wysokość mnie tu wezwał. Czy mój ukochany dostał list?
- Oczywiście i nawet przygotował przed moim wyjazdem odpowiedź. Jest w moim surducie. A przynajmniej była do czasu, kiedy ją tam ostatnio widziałem.
To mówiąc, Ludwik wskazał palcem na swój surdut wiszący na krześle razem z częścią jego ubrań. Ida pełna nadziei podeszła do niego i zaczęła ostrożnie, aby nie okazać księciu braku szacunku, przeszukiwać kieszenie jego surduta. Bez trudu odnalazła w nim list, co powitała z ogromną ulgą. Jednak nikt go nie przejął, był na swoim miejscu i mogła go spokojnie odczytać.
- List jest, Wasza Wysokość. Wygląda na nieotwierany - powiedziała, kiedy z uwagą zaczęła go oglądać.
- Zatem otwórz go, pani i przeczytaj. A potem zaraz zniszcz - polecił Ludwik - Lepiej by było, aby nie znaleziono żadnego dowodu na wasze kontakty.
Ida skinęła głową na znak, że wypełni polecenie, po czym otworzyła list i z wielką uwagą zaczęła go czytać. Była bardzo ciekawa, co też ukochany chce jej przekazać. Gdy jednak to zrobiła, na jej twarzy radość zastąpiło nagle przerażenie i niepokój. Przeczytała list jeszcze kilka razy dla uzyskania pewności, czy aby na pewno dobrze wszystko zrozumiała. Potem w szoku opadła na krzesło i jęknęła:
- Boże, to katastrofa! Jak on może tak ryzykować?!
- A co się stało? - zapytał Ludwik.
- On chce tutaj przybyć, żeby mnie zobaczyć.
Książę, gdy to usłyszał, gwałtownie usiadł na łóżku, ale zaraz poczuł okropny ból z tyłu głowy i opadł na poduszkę ponownie.
- Że co? Czy on kompletnie zwariował? Nie wie, że nie może pokazywać się tu publicznie? - zapytał ze złością i niepokojem jednocześnie - W Bawarii może i nie jest ścigany, ale przecież wyznaczono nagrodę za jego głowę. Niejeden amator pieniędzy zechce go schwytać, gdy tylko go tu zobaczy. Hrabia Arkas wyda go i to nawet za marne grosze. A baronowa von Tauler? Jak tylko coś odkryje, zaraz o tym wszystkim powiadomi arcyksiężnę i cesarza.
- Tak, Wasza Wysokość. To jest po prostu straszne - powiedziała załamana Ida - Król Bawarii na pewno go nie wyda, ale jeśli cesarz się dowie, że mój ukochany tu jest, może zagrozić Bawarii wojną. Nie dojdzie do ślubu księżniczki z cesarzem. Poginą niewinni ludzie. To przerażające. Musimy go jakoś powstrzymać.
- Ale niby jak? Nie ufam tu nikomu na tyle, aby mu powierzyć list do naszego wspólnego znajomego. Telegraf też nie wchodzi w grę. Mogę wiadomość szyfrem przekazać, ale za duże ryzyko. On może nie zrozumieć szyfru, a oficjalnie nadać wiadomości do niego nie mogę, bo jak telegrafista się zorientuje, będziemy mieli wszyscy kłopoty.
- Co więc mamy robić, Wasza Wysokość?
- Obawiam się, że chwilowo nic nie możemy zrobić. Chociaż...
Nagle w głowie Ludwika zabłysła myśl, która wydawała mu się niesamowicie pomysłowa i zarazem bardzo bezpieczna.
- Tak, Wasza Wysokość? - zapytała Ida.
- Pani nada telegram w moim imieniu. Poszedłbym sam, ale nie mogę teraz wstawać z łóżka. Pani musi to zrobić.
- Ale Wasza Wysokość mówił, że nie może wysłać telegramu do niego.
- Ale nie wyślemy telegramu do niego. Wyślemy go do moich rodziców. A w nim napiszemy tak... Niech pani weźmie coś do pisania, ja podyktuję.
Ida wykonała polecenie, a Ludwik po chwili zaczął mówić, co powinno być w telegramie do jego rodziców.
Kochani rodzice <STOP> Spieszę donieść, że jestem w Possenhofen cały, ale nie do końca zdrowy, choć życiu memu nic nie zagraża <STOP> Mój pobyt tutaj się nieco przedłuży <STOP> Proszę przez ten czas nie wypuszczać z pałacu gościa serc nam wszystkich bliskiemu <STOP> Pragnę go bowiem osobiście pożegnać i odprawić w podróż, kiedy tylko wrócę <STOP> Bardzo was proszę, wielce mi na tym zależy <STOP> Przesyłam mu pozdrowienia ode mnie oraz od całej reszty <STOP> Ludwik.
Ida przeczytała na głos treść telegramu i zadowolona powiedziała:
- Moim zdaniem to doskonała wiadomość. Nie ma w niej nic, co by mogło nam lub jemu zagrażać.
- Owszem, a jeżeli nawet ktoś ją przejmie, niczego z niej nie zrozumie - rzekł bardzo zadowolony z siebie Ludwik - Proszę zaraz go zanieść do telegrafu. Niech go nadadzą i to natychmiast.
- Dziękuję, Wasza Wysokość. Naprawdę bardzo dziękuję! - zawołała Ida, tak będąc przy tym wzruszoną, że uklękła przy Ludwiku i ucałowała jego dłoń.
Ludwik, nieco zmieszany tą sytuacją, zachichotał wesoło i rzekł:
- Cieszy mnie, że sprawiłem ci radość. Ale zrób dla mnie jeszcze dwie rzeczy.
- Jakie, Wasza Wysokość?
- Najpierw spal list od niego. Nie zapominaj, że w tym domu jest baronowa. Nie może dowiedzieć się, z kim wymieniasz korespondencję.
Ida wiedziała, że ma on rację i choć niezbyt chętnie, wszak list był od tego, którego tak kochała i gdyby mogła, zachowywałaby go, aby móc czytać go i mieć jakąś jego cząstkę przy sobie, zapaliła zapałkę i podpaliła nią list, wrzucając go do kominka. Kiedy upewniła się, że list już nie istnieje, powiedziała:
- Gotowe. A ta druga sprawa?
- Skoro jesteśmy w tej samej konspiracji, a osoba, o której mowa jest naszym wspólnym znajomym, to mówmy sobie po imieniu.
Ida zarumieniła się lekko na tę propozycję. Tak długo będąc na dworze, łatwo oswoiła się z odpowiednim tytułowaniem osób wysoko postawionych, a zwłaszcza tych stojących wyżej od niej. Nie była więc pewna, czy zdoła zrobić to, o co prosił ją książę.
- Nie wiem, czy się odważę, Wasza Wysokość.
- Odważysz się, jeśli tylko sobie na to pozwolisz, Ido.
- Dobrze, Wasza Wysokość... To znaczy, Ludwiku. Ale jeśli pozwolisz, przy innych będę dalej mówić do ciebie tak, jak zawsze.
- Przy innych, to zgoda. Ale prywatnie nie nazywaj mnie co chwila „Waszą Wysokością”. Trochę to jest męczące, nie sądzisz?
***
Zgodnie z tym, co zostało ustalone, Ida jeszcze tego samego dnia wysłała do króla i królowej Bawarii telegram i zadowolona odetchnęła z ulgą. Miała nadzieję, że to pomoże i że rodzice Ludwika zatrzymają jej ukochanego na dworze. Bardzo za nim tęskniła, ale wolała już nigdy go więcej nie zobaczyć, niż widzieć go gdzieś w lochach austriackich więzień, albo co gorsza, na szubienicy. Przecież on został zaocznie skazany na karę śmierci za udział w powstaniu na Węgrzech i tylko temu, że uciekł w odpowiednim momencie zawdzięcza fakt, że nadal żyje. Mimo to i tak poprzedni cesarz nakazał powieszenie wszędzie jego portretu z zawiadomieniem, że ten człowiek jest poszukiwany. Ponadto w wielu miejscach wisiała też wszędzie jego kukła niczym wisielec z informacją, że jeśli tylko postawi on stopę na ziemi cesarstwa, zajmie miejsce kukły na szubienicy. To wszystko sprawiało, że Ida tak bardzo chciała go zatrzymać tam, gdzie on obecnie przebywał. Tęskniła za nim, ale lepiej było nie widzieć go za często, niż widzieć na stryczku lub w lochu.
Następnego dnia od tych wydarzeń, Ludwik poczuł się już znacznie lepiej i był w stanie wstać z łóżka i przechadzać się po pokoju. Lekarz, który go badał, był zdania, że to dobry znak, ale mimo to książę nie powinien przesadzać i forsować się zbytnio, ponieważ to może mu tylko zaszkodzić. Ludwik zatem większość dnia spędził w swoim pokoju i przyjmował odwiedzających go bliskich, głównie Sissi, Nene, ciotkę Ludwikę, a także Teodora i Marię. Zauważył wówczas, że Teo, jak go pieszczotliwie w domu nazywano, jest jakiś dziwnie smutny. Gdy go o to zapytał, chłopiec nie chciał mu nic powiedzieć, ale Maria oczywiście nie omieszkała mu wszystko wyjaśnić.
- Teo się zakochał, Ludwiku - powiedziała nieco zadziornym tonem, o mało nie pękając przy tym ze śmiechu.
- Wcale się nie zakochałem! Skąd pomysł, że jestem zakochany? - zapytał z lekkim oburzeniem Teodor.
- Bo ja wszystko widzę i rozumiem. Poza tym, jestem dziewczyną i znam się na sprawach miłości.
- Jasne, znasz się. Może jeszcze mi powiesz, że panna Łucja też się zna?
- Oczywiście, że tak - odparła na to Maria, pokazująca swoją ukochaną lalkę - Panna Łucja zna się na miłości jeszcze lepiej niż ja. I powiedziała mi, że na pewno jesteś zakochany. To jasne jak słońce.
Teodor chciał już się odgryźć, ale Ludwik uciszył dzieciaki ruchem ręki, po czym powiedziała rozbawionym tonem:
- No dobrze, nie kłóćcie się. Teodorze, powiedz mi tak szczerze. Podoba ci się jakaś dziewczyna?
Teo zmieszał się delikatnie, nie bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć. Wszak wszyscy chyba widzieli, że to prawda, ale dotąd przecież żartował sobie z miłości i uważał, że to uczucie go ominie, podobnie jak to całe szaleństwo z nim związane. A jednak okazało się, iż nie jest on wolny od tego. Poczuł, że głupieje, że nie umie przestać myśleć o tej dziewczynie, a do tego ma brak apetytu, chociaż próbuje na siłę jeść, aby nikt tego nie zauważył. A jednak ktoś to zauważył, a konkretnie jego wścibska młodsza siostrzyczka. I oczywiście musiała się o tym wygadać.
- Tak, podoba mu się Ilary, córka baronowej - powiedziała Maria za brata.
- Mimi, proszę cię - zwrócił się do siostry Teo - Co to niby za pomysły? Ona jest przecież... Niższa ode mnie.
- Za to jest starsza o cały rok - zakpiła sobie Maria.
- Aha, już rozumiem, o co chodzi. To cię tak niepokoi - powiedział Ludwik, patrząc z uwagą na młodszego kuzyna.
- I dlatego nie umie do niej podejść - zauważyła dowcipnie Maria, o mało nie pękając przy tym ze śmiechu - Chociaż w zasadzie chyba mu dobrze idzie, bo ona jest nim coraz bardziej zainteresowana.
- A skąd to możesz wiedzieć? - zapytał Teodor.
- Bo dziewczyny nie lubią takich, którzy za nimi się uganiają. Jak chłopak to robi, to ona przed nim ucieka i nie chce dać się złapać. Dlatego musi udawać, że na nią nie zwraca uwagę. Wtedy ona sama zacznie za nim chodzić. To jest jasne jak słońce.
- Rozumiem, że mówisz to z autopsji?
- Że z czego?
- Z doświadczenia.
- Nie, skąd - odpowiedziała Maria i delikatnie się zarumieniła - Ja po prostu to wiem i już. Poza tym mówiłam, to przecież jest jasne jak słońce.
Teodor chciał coś siostrze odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo po domu rozległ się gong informujący o tym, że już pora obiadu. Dzieciaki pożegnały więc kuzyna i poszły do jadalni. Ludwik, ponieważ wciąż był jeszcze słaby, jadł w swoim pokoju posiłek przysłany na polecenie ciotki Ludwiki, ale rozmyślał nad tym, co właśnie dowiedział się od swego młodszego kuzynostwa. Żal mu się zrobiło Teodora, zbyt dobrze bowiem pamiętał, jakie on miewał w tym wieku problemy uczuciowe, więc uznał, że może pomóc mu w tej sprawie.
Następnego dnia poczuł się już na tyle lepiej, że pozwolono mu pochodzić po domu i ogrodzie, ale z zastrzeżeniem, aby miał cały czas ze sobą laskę, na której się będzie opierać. Ludwik wyraził na to zgodę, bo nie czuł się jeszcze na tyle silny i zdrowy, aby chodzić sprawnie o własnych siłach. Miał ochotę jednak na spacer, bo dość długo leżał w łóżku i już go to zmęczyło. Dodatkowo pogoda była na tyle ładna, że aż żal by było marnować ją, siedząc w czterech ścianach. Przyjął zatem warunki lekarza i bliskich, zjadł porządne śniadanie, ubrał się i zaczął przechadzać się po terenie posiadłości, podziwiając jej piękno i przypominając sobie, jak wiele wspaniałych chwil tutaj przeżył. Czasami wydawało mu się, jakby to było wczoraj, kiedy biegał tutaj razem z małymi jeszcze Wilhelmem, Nene, Sissi i Franzem, jak doskonale się wtedy bawił i jak dobrze zawsze był tutaj przyjmowany. Wujek Max i ciocia Ludwika zawsze go bardzo lubili i z przyjemnością go tu ugaszczali, a ich dzieci były jego ukochanym kuzynostwem, z którym nigdy się nie nudził. W tym domu odkąd tylko pamiętał, panowała zawsze przyjemna i radosna atmosfera, a on lepiej niż kto inny ją odczuwał, bo był jednym z najmilej widzianych tutaj gości.
Ludwik rozmyślając o tym wszystkim, przechadzał się dalej po terenie całej posiadłości, podpierając się laską dla pewności, że kiedy poczuje się gorzej, to się nie przewróci na ziemię. Był nadal osłabiony, ale miał już więcej sił niż wtedy, gdy tutaj trafił. Czuł, że z tego powodu coraz bliżej mu do odzyskania pełni zdrowia. Ale nie tylko to go przejmowało. Bardzo był niespokojny, czy jego telegram zdoła ocalić jego przyjaciela, a ukochanego Idy przed przybyciem tutaj i ryzykowaniem w ten sposób swojego życia. Miał nadzieję, że tak właśnie będzie.
Z tych myśli wyrwał go jednak widok Teodora, który zasmucony stał tuż nad brzegiem rzeki i ze złości właśnie kopnął nogą jeden z kamieni, wpychając go w ten sposób do wody, mącąc jej taflę. Ludwik widząc to, łatwo się domyślił, że jego mały kuzyn wciąż jeszcze jest dręczony przez swoje uczucie do Ilary. Postanowił mu pomóc. Podszedł zatem do chłopca i powiedział:
- Dalej jesteś dręczony przez okowy miłości, Teo?
Chłopiec spojrzał na niego zdumiony jego obecnością. Nie słyszał wcześniej jego kroków i dlatego tak był zaskoczony widokiem kuzyna. Jeszcze bardziej go zdziwiło to, że tak łatwo odgadł on jego uczucia. Postanowił jednak tego mu nie ułatwiać i powiedział:
- Nie, skąd. Nic mnie wcale nie dręczy, a już na pewno nie miłość.
Ludwik uśmiechnął się ironicznie, podchodząc bliżej chłopca i mówiąc:
- Nie umiesz kłamać, Teo. Widzę to wyraźnie.
Teodor spojrzał na bardzo uważnie na Ludwika i widząc aż nadto wyraźnie, że nie jest w stanie oszukać swojego starszego kuzyna, zasmucony opuścił głowę w dół i pokiwał nią delikatnie na znak, że nie myli się on.
- Tak, to prawda.
- Tak myślałem. Opowiesz mi o tym?
- Nie wiem, czy możesz mi pomóc.
- Spróbuj, Teo.
Chłopiec jeszcze się wahał, dlatego Ludwik zaproponował mu, aby przeszli się razem po terenie posiadłości. Zaczęli więc iść, początkowo w milczeniu, nic do siebie nie mówiąc, potem jednak Ludwik przerwał ciszę.
- Wiem dobrze, jak to jest mieć dziesięć lat i być zadurzonym w dziewczynie. Nie musisz się tego wstydzić. To nie jest wcale coś upokarzającego.
Teo spojrzał na kuzyna, rozważając sobie w głowie to, co właśnie od niego usłyszał. Przeczytał sporo książek z biblioteki ojca i dowiedział się w nich dużo o miłości i o jej negatywnym wpływie na wielu ludzi. Nie chciał nigdy jej ulec i był pewien, że to niemożliwe, aby on się kiedykolwiek zakochał. Teraz jednak tak się stało i chociaż przez chwilę uległ euforii z tego powodu, to szybko ona minęła, gdy odkrył, że Ilary jest od niego o rok starsza. Wiek ten stanowił dla niego poważny problem. Za dużo przecież czytał w różnego rodzaju książkach o tym, jak starsze kobiety manipulowały w ten czy inny sposób młodszymi od siebie mężczyznami i wykorzystywały ich uczucie, aby osiągnąć swoje cele. Ponadto zawsze one z tego czy innego powodu gardziły swoimi ukochanymi, traktując ich jedynie jako środek do tego, aby zrealizować swój podły plan. Teo nie chciał należeć do takich osób i postanowił, że nigdy nie pokocha starszej od siebie dziewczyny. Nie chciał być ofiarą jakieś kokietki, która się nim zabawi i wykorzysta, a potem porzuci. Rzecz jasna, sama miłość też potrafiła zgubić niejednego człowieka, ale ona jeszcze sama w sobie nie była taka zła i Teodor, mimo obawy, że podzieli los wielu bohaterów literatury romantycznej, kiedy się zakocha, byłby mimo wszystko w stanie jednak to zrobić, ale zakochanie się w dziewczynie choćby niewiele od niego starszej było dla niego czymś przerażającym i z góry skazanym na niepowodzenie.
Opowiedział o tym wszystkim Ludwikowi, dodając do tego fakt, że mimo tej całej wiedzy, nie potrafi zapomnieć uczucia do Ilary, tym bardziej, iż była ona ich gościem i codziennie ją widział. Gdyby wyjechała, to na pewno z czasem by on ją jakoś zapomniał i sobie z tym poradził. Ale ona tu była i miała jeszcze długo być, a on codziennie miał ją widzieć. Miał codziennie widzieć jej jasno-brązowe włosy lekko i zmysłowo powiewające na wietrze, te piękne niebieskie oczy i ten taki czarujący uśmiech, który wywoływał w nim okropne wiercenie w brzuchu. To mu tak bardzo wszystko utrudniało, że nie wiedział chwilami, co ma zrobić.
Ludwik wysłuchał jego opowieści, z trudem powstrzymując się od śmiechu, gdy Teodor opowiadał mu o swoim nastawieniu do miłości i dziewczyn, ale za to na poważnie podchodząc do jego uczuć względem Ilary, a kiedy chłopiec skończył mówić, książę odparł:
- No cóż... Wszystko to jest niezwykle ciekawe. Ale mam kilka wniosków na ten temat. Po pierwsze, czytasz za dużo książek i złe wnioski z nich wyciągasz. A po drugie, to fakt, że wiele kobiet w tych książkach to były złe istoty, wcale nie jest dowodem na to, iż Ilary jest taka sama.
- A jeżeli taka właśnie jest i będę przez nią cierpiał? - zapytał Teodor.
- Nie wydaje mi się, aby taka była. Poza tym, nawet gdyby, to przecież jesteś na tyle mądrym chłopakiem, że bez trudu rozpoznasz takie sztuczki i zdołasz się przed nimi obronić. Przecież nie bez powodu czytałeś te wszystkie książki. Możesz z nich czerpać wiedzę, czego unikać w miłości, a nie, aby unikać miłości zupełnie.
Teodor pomyślał nad tym wszystkim i doszedł do wniosku, że Ludwik ma wiele racji. Może zatem Ilary wcale nie jest taka zła? W zasadzie wydaje mu się ona być niesamowicie uroczą dziewczyną. Ale ostatecznie tamte kobiety z książek też przecież nie były takie straszne, a potem zamieniły się, po bliższym poznaniu w podłe zołzy. Może zatem ta cecha wychodzi z nich dopiero z czasem? Podzielił się tą wątpliwością z Ludwikiem, ale ten uznał, że chłopiec przesadza.
- To prawda, nigdy nie wiemy, jaki jest człowiek tak naprawdę, dopóki go tak dobrze nie poznamy, aby wiedzieć o nim już wszystko. A i tak wtedy potrafi nieraz nas zaskoczyć. Jeśli jednak z tego powodu zaczniemy się bać nawiązywania relacji z innymi, to wtedy szybko zostaniemy całkowicie sami na świecie. A uwierz mi, na tym świecie nie ma nic gorszego niż samotność.
- Czyli nigdy nie wiemy, poznając kogoś nowego, że ten ktoś będzie dla nas dobry albo zły? - zapytał Teodor.
- Dokładnie tak - potwierdził Ludwik - Ale ta niewiedza nie powinna nigdy nie zniechęcać nas do tego, abyśmy mieli nawiązywać kolejne znajomości.
- To co powinniśmy robić, jeżeli mamy takie obawy?
- Zachować ostrożność wobec innych ludzi, nie mówić im wszystkiego tak od razu i poznawać ich, a dopiero wtedy wyciągać na ich temat wnioski.
Teodor poczuł, że mu strasznie głupio, iż tak źle ocenił Ilary, nie próbując ją nawet bliżej poznać. Zrozumiał, jak strach przed zakochaniem się i zwariowaniem z powodu miłości go zniechęciła do dziewczyny, która przecież wydawała mu się bardzo ciekawą i miłą osobą. Oczywiście mógł się mylić i ona naprawdę była zła, ale przecież nigdy się tego nie dowie, jeśli tego nie sprawdzi.
- Ale przecież ona jest piękna i taka urocza - mówił dalej pełen jeszcze wielu niepewności - I do tego jeszcze mieszka na dworze. Nie wiem, czy zechce spędzać czas z kimś, kto mieszka na wsi.
- Ale wiesz, ona to baronówna, a ty jesteś księciem. Stoisz zatem wyżej, jeśli chodzi o hierarchię.
- Ale ona jest na dworze i na pewno wielu chłopców tam o nią zabiega. A ja jestem tylko chłopakiem z prowincji. Ja chyba nie mam u niej szans.
- Tak uważasz? - zapytał Ludwik i wskazał palcem na sad, do którego właśnie obaj podeszli w czasie rozmowy - Widzisz to jabłko? To rosnące na tym drzewie, które rośnie naprzeciwko nas? To na najwyższej gałęzi. Sięgniesz po nie?
- No co ty? Przecież jest za wysoko. Jest poza moim zasięgiem - odparł Teo.
- Tak? To zobacz.
Ludwik oparł się mocno jedną ręką o laskę, zaś drugą wydobył zza pasa nóż, jaki miał zwykle przy sobie na wypadek, gdyby musiał się przed czymś bronić, po czym wziął zamach i rzucił nim w kierunku jabłoni. Trafił ostrzem w sam środek jabłka, jednocześnie strącając je z drzewa. Teo patrzył na to zdumiony, a Ludwik zadowolony podszedł do swojej zdobyczy, podniósł ją powoli z ziemi, wyjął wbity w miąższ nóż i powiedział:
- Zapamiętaj, Teo. To, że coś jest poza naszym zasięgiem, nie znaczy, że nie możemy tego zdobyć. Trzymaj!
Po tych słowach, rzucił jabłko w kierunku chłopca, który sprawnie złapał je w obie dłonie, patrząc raz na nie, a raz na Ludwika, uśmiechającego się do niego w przyjacielski i mentorski jednocześnie sposób. Teo odwzajemnił mu uśmiech, a do tego poczuł w sercu wielki przypływ energii. Choć wciąż miał obawy, to wiedział doskonale, co powinien teraz zrobić.
Podziękował kuzynowi za pomoc i powoli ruszył na poszukiwania Ilary. Dość szybko udało mu się ją znaleźć na łące przy ich posiadłości. Dziewczynka zrywała sobie kwiaty, które zamierzała potem upleść w piękny wianek. Teodor, zbliżając się do niej, poczuł, jak mu mocno serce w piersi bije i za chwilę chyba z niej mu wyskoczy. Mimo to, wciąż słyszał w uszach słowa Ludwika i postanowił dowieść sobie i całemu światu, że wcale Ilary nie jest poza jego zasięgiem, a jeśli nawet, to nie znaczy, że musi być taka zawsze.
- Dzień dobry, Ilary - powiedział do niej przyjaznym tonem.
Dziewczynka, która właśnie pochylała się nad kolejnym kwiatem, jaki miała zamiar zerwać, podniosła się i dostrzegła Teodora. Uśmiechnęła się serdecznie na jego widok, a chłopiec poczuł, że kolano mu miękną na widok tego uśmiechu.
- Witaj, Teo - powiedziała do niego serdecznie - Coś się stało?
- Tak. Chciałem cię przeprosić, że przez kilka dni unikałem cię. Naprawdę nie powinienem tego robić.
- Nie powinieneś, to prawda. Ale ja się nie gniewam. Rozumiem, że możesz mnie nie lubić, chociaż...
- Ilary, co ty mówisz? Ja ciebie nie lubię? Przecież ja cię bardzo lubię.
- Dziwnie mi to więc okazywałeś.
- Bo widzisz, ja... Ja się bałem.
- Bałeś się? - spytała zdziwiona Ilary - Ale niby czego? Mnie? Przecież ja nie gryzę. Ani nie biję.
- Nie, to nie o to chodzi - powiedział Teodor i zawstydzony schował ręce za plecy, zaś głowę lekko opuścił w dół - Chodzi o to, że jesteś taka miła i tak ładnie się uśmiechasz i masz takie ładne włosy i takie ładne oczy. I tak ładnie mówisz.
- Przecież ja normalnie mówię.
- Ale masz taki ładny głos. I tak ładnie się ubierasz i... I w ogóle jesteś chyba bardzo miła i dobra, tylko ja się strasznie bałem ci to powiedzieć, bo widzisz, ja... Ja nigdy nie mówiłem tego żadnej dziewczynce i nie wiedziałem, co na to powiesz i czy nie wyśmiejesz mnie.
Ilary zrozumiała już, o co chodzi Teodorowi i rozbawiona z trudem nad sobą zapanowała, aby nie parsknąć śmiechem. Nie chciała go urazić, dlatego pozostała jedynie przy czułym uśmiechu. Choć bawiło ją to, jak Teo myślał. Podobała mu się i dlatego przed nią ucieka? Zwariowany pomysł.
- Teo, już rozumiem. Ale nie zamierzam się z ciebie śmiać. Możesz mi więc to wszystko powiedzieć. Chociaż w zasadzie już powiedziałeś. Czyli lubisz mnie?
- O tak, Ilary. Bardzo cię lubię i chciałbym cię lepiej poznać, jeśli oczywiście tego chcesz - odpowiedział Teodor, nerwowo kopiąc kamyk przy swojej nodze.
- Och, Teo! Bardzo chcę! - zawołała wesoło Ilary, podchodząc do niego - Bo chciałam zobaczyć całą okolicę i nie mam kogo o to poprosić.
- Naprawdę? Ja bardzo chętnie ci wszystko pokażę. Co tylko zechcesz - rzekł Teo, o mało nie podskakując z radości, kiedy to mówił.
Ilary uśmiechnęła się do niego serdecznie i życzliwie. Zwłaszcza, gdy chwilę później Teo podał jej jabłko, strącone wcześniej z drzewa przez Ludwika. Wzięła je do ręki, podziękowała serdecznie chłopcu i pocałowała go w policzek. Teodor zarumienił się mocno, a serce zabiło mu w piersi jeszcze mocniej.
***
Wieczorem, kiedy wszyscy zjedli już kolację i udawali się do swoich pokoi, Sissi pożegnała serdecznie swoich bliskich, życzyła im dobrej nocy i potem poszła do siebie. Była nieco zmęczona odbywającymi się tego dnia lekcjami pod okiem baronowej von Tauler i nadzorowanymi przez Ludwikę i Idę Ferenczy, które miały za zadanie pilnować, aby baronowa nie przesadziła w swoich poczynaniach i nie próbowała w ten sposób zniechęcić Sissi do ślubu z Franciszkiem. Rzecz jasna, ani jedna, ani druga nie miały pojęcia, że pani baronowa otrzymała od Zottornika jasne polecenia, aby Sissi zostawić w spokoju, bo dziewczyna ta, zdaniem szanownego pana kanclerza, miała odpowiedni wpływ na cesarza i swoją osobą odrywała jego osobę od polityki, a co za tym idzie i niebezpiecznych reform. Niebezpiecznych dla wszechwładnego Zottornika, rzecz jasna oraz grupy konserwatystów, którzy na takich zmianach w cesarstwie by stracili. Dodatkowo Zofia, zaniepokojona tym, jak przebiegała jej ostatnia rozmowa z Ludwiką, uznała, że dręczenie Sissi masą obowiązków jest zbyt wielkim ryzykiem. Dlatego nadzór nie był potrzebny, a sama baronowa po prostu miała prowadzić zajęcia dla Sissi w taki oto sposób, w jaki to powinno się odbyć zgodnie z protokołem. Choć niewykluczone, że nawet gdyby Ludwika o tym wiedziała, to i tak wolałaby wszystko nadzorować osobiście, będąc zdania, że lepiej dmuchać na zimne, a ponadto jej córka poczuje się lepiej, kiedy zrozumie, iż może liczyć cały czas na wsparcie matki.
Sissi oczywiście bardzo dobrze o tym wiedziała i sprawiało jej to radość, tak jak i poczucie pewnego rodzaju satysfakcji, że może zawsze liczyć na mamę, która była jej nie tylko rodzicielką, ale i najlepszym przyjacielem w każdej sytuacji. To uczucie, połączone z wsparciem ze strony innych bliskich jej osób sprawiało, że czuła się zdolna podołać każdemu zadaniu, jakie tylko przeznaczyła dla niej Zofia i jej zausznicy. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe, ale wiedziała, że nie da się tak łatwo zniechęcić i zrobi, co tylko może, aby pokonać stawianie jej na drodze przeszkody w poślubieniu ukochanego Franza. W dzieciństwie bowiem zawsze zachwycały ją opowieści o zakochanej parze, która to przechodzi wszelkie przeszkody zastawiane na nich przez wrogów, aby potem osiągnąć wreszcie swój cel i wygrać wspólne szczęście. Opowieści te natchnęły ją do tego, aby zawsze, ale to zawsze walczyć o swoje i teraz też zamierzała to zrobić, aż osiągnie zwycięstwo w tej walce.
Oczywiście walka ta była dość wyczerpująca i należał jej się za nią naprawdę solidny odpoczynek. Dlatego z zadowoleniem oraz poczuciem ogromnej ulgi Sissi poszła do swojego pokoju, aby tam położyć się spać. Tam jednak czekała na nią mała niespodzianka. Ledwie bowiem weszła do pokoju, zauważyła, że w pokoju jest spory bukiet kwiatów z umieszczonym w nim bilecikiem. Zaintrygowana tym faktem księżniczka w pierwszej reakcji zadała samej sobie pytanie, kto też mógł jej przysłać ten bukiet. Pytanie to w normalnej sytuacji wcale by nie zadała, jednak zrozumieć trzeba, że obecnie, ogromnie zmęczona pracowitym oraz pełnym nauki dniem miała przez krótką chwilę osłabiony system myślenia. Jednak po chwili to zmęczenie jej przeszło, a ona sama zdzieliła się otwartą dłonią w czoło i mruknęła z lekką złością na samą siebie:
- Och, Sissi! Ty wariatko! Taka jesteś wykończona, że nie umiesz myśleć? To przecież jasne, kto ci to przysłał. Tylko jedna osoba mogła to zrobić. Tylko kiedy on to zrobił? Pewnie wtedy, kiedy ja ćwiczyłam z baronową.
Zaciekawiona podeszła do bukietu i usiadła na łóżku, wąchając zachwycona wszystkie znajdujące się w nim kwiaty, jeden po drugim. Pachniały wspaniale. A do tego jeszcze były cudowne. Sissi przez dłuższą chwilę im się przyglądała, przy okazji czując, jak we wszystkie części jej ciała powracają siły i chęć życia, bardzo nadwątlone z powodu intensywnych ćwiczeń. Potem wyjęła umieszczony między kwiatami bilecik, otworzyła go i przeczytała.
Najdroższa Sissi,
Naprawdę bardzo żałuję swojego zachowania wobec ciebie. Wiele o tym w ciągu ostatnich kilku dni myślałem i jestem już całkowicie pewien, że postąpiłem wobec ciebie tak, jak nie powinien nigdy postąpić szczerze kochający człowiek. Wiedz jednak, że jeżeli przybyłem wtedy do ciebie, to tylko dlatego, że jestem za Tobą stęskniony ponad wszelką miarę. Moimi zatem poczynaniami kieruje nie to, co pomyślałaś, czyli żądza cielesna, a jedynie miłość szczera i uczciwa. Aby tego ci dowieść, obiecuję nigdy więcej nie postępować w taki sposób, jak zrobiłem to w ostatnich dniach. Na swoje wytłumaczenie rzec chyba tylko mogę, że jesteś zbyt piękna, żebym miał nie szaleć na Twój widok, kiedy dostrzegam Twoją cudowną postać, zwłaszcza wtedy, gdy jesteś naga. Wiedz bowiem, że żadna niewiasta tak na mnie nie działała, jak właśnie Ty to robisz. Dlatego wybacz mi, proszę i już nie miej do mnie o to żalu. Pragnę Cię niedługo odwiedzić. Mam nadzieję, że będę u Ciebie mile widziany, gdyż serce moje i dusza moja tęsknią za Tobą z każdą chwilą coraz bardziej.
Twój na zawsze,
Franz.
PS. Wybacz, że dopiero teraz odpisuję, ale wcześniej zrobić tego nie mogłem, gdyż jako cesarz nie jestem osobą prywatną i nie zawsze mogę dysponować swoim czasem tak, jakbym tego chciał. Niezmiennie jednak moje myśli krążą wciąż przy Tobie, Najmilsza moja i jedyna Sissi.
Zachwycona księżniczka przeczytała ten liścik dwa razy, po czym wzruszona ucałowała go z miłością, wyobrażając sobie przy tym, że całuje usta ukochanego Franciszka. Zadowolona potem rozebrała się i naga opadła delikatnie na łóżko, z kwiatów w bukiecie odrywając wiele płatków, którymi następnie obsypała swoje ciało, chcąc poczuć w ten sposób, choćby tylko dzięki wyobraźni, bliskość swego ukochanego Franza. Gdy to zrobiła, ponownie wzięła do ręki list, przeczytała go jeszcze raz, przycisnęła do serce i wyszeptała:
- On mnie kocha. Franz naprawdę mnie kocha.
Ciekawy był ten sen Ludwika. Przez chwilę myślałam, że to się dzieje naprawdę, bo było to wszystko opisane bardzo realistycznie.
OdpowiedzUsuńŻal mi go, kocha się w Sissi, ale niestety bez wzajemności.
Ludwik został napadnięty przez tych myśliwych, za bardzo się panoszą.
Te historie miłosne 10-letnich dzieci są niesamowicie zabawne.
Ida ciekawa postać. Ten jej ukochany, węgierski buntownik za dużo ryzykuje, by się z nią zobaczyć.
Hrabia Monte Christo od razu mi się przypomina i ten film z Dagmarą Domińczyk. Z lochu, z karceru w wielki świat, z polskiej prowincji do Hollywood. Historia, którą lubimy.
Myślę podobnie jak Ludwik, że Kościół zaprzecza ideałom Chrystusa, podtrzymując ciemnotę, aby ludzi trzymać w ryzach.
Sissi ma teraz pewność, że Franciszek ją kocha naprawdę.
To zdecydowanie był mój ideał kobiety. Przepiękna księżniczka Sissi i zakazana miłość... Ta bajka "Księżniczka Sissi" mnie wzruszała. Co, za banał!
Do raju nam dziś bilet dał los!
I czuła jest jak miłość ta noc...
Kto ciepłem gwiazd ogrzeje me sny?
Nikt, tylko Ty, nikt tylko Ty...